Osobistość poety - Carl Spitteler

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OSOBISTOŚĆ POETY

Cześć dla osobistości poety i artysty, wydająca się nam czemś nieomal przyrodzonem, jest mimo to wytworem wyrafinowanej kultury. Człowiek naiwny używa na dziele sztuki, jak na ciastku: delektuje się niem, nie troszcząc się bynajmniej o jego wytwórcę, nie pytając się nawet o jego nazwisko. Tak postępuje dziecko z książką obrazkową: jest mu obojętnem, czy autorem jej Meggendorfer, Flinzer czy kto inny. Tak postępuje terminator, gwiżdżący jakąś melodyę operową, ale nie kłopocący się o jej pochodzenie. Tak postępują nasze służące, gdy je poślemy do teatru: umieją wprawdzie z całą dokładnością przytoczyć treść sztuki, lecz nazwiska autora z pewnością nie znają. Tak postąpił sobie pewien nauczyciel wiejski, gdy go zapytano o znaczenie słów Uhlanda i Schillera w jakimś zbiorze wierszy: miał on wówczas odpowiedzieć, że to tajemne, techniczne wskazówki dla zecera. W epokach nieliterackich podobną niedbałość cały okazuje naród, tak, że nawet okazałe pod względem rozmiarów, pod względem piękna potężne, olbrzymie dzieła, przeszły do nas bez nazwiska twórców, np. pieśni homeryckie lub Nibelungi. Nazywamy to wówczas poezyą ludową: tytuł, niebezpieczną zawierający pomyłkę. Rzekoma ta poezya ludowa jest w rzeczywistości poezyą anonimową. W jaki sposób anonimowość ta powstała i dotychczas powstaje, kontrolować to możemy codziennie, ponieważ tak samo dzisiaj, jak przed lat dwoma tysiącami, człowiek naiwny, czyli mówiąc innemi słowy, lud, korzysta z dzieła sztuki anonimowo, to znaczy, nie troszcząc się o nazwisko autora, rozpowszechnia ją dalej jako anonim i w ten sposób, w czasie niedługim zupełnie ją anonimizuje. Pójdźmy na wieś i spytajmy się ludzi, śpiewających "Dobrego kamrata" ("Ich hatt' einen Kameraden") lub "Ja nie wiem, co się to dzieje" ("Ich weiss nich, was soll es bedeuten" - Loreley Heinego), o twórców tych pieśni: słyszeli o ich nazwiskach w szkole, ale potem wyszły im z pamięci. Gdyby nie było "Dziejów piśmiennictwa", cały świat, wkrótceby o tych nazwiskach zapomniał. I rzeczywiście, popularne utwory ludzi, o których w "Dziejach piśmiennictwa" nieme wzmianki, anonimizują się całkowicie w drugiem już pokoleniu, jakkolwiek pierwotnie nazwiska ich autorów dobrze znano i powszechnie je wymieniano. Tak stało się między innemi z pieśnią o "doktorze Żelaznobrodym", o "Augustynku" ("Ach, du lieber Augustin"), tak stało się ze wszystkimi hymnami narodowymi. Uczeni znają jeszcze ich twórców, lud o nich całkiem zapomniał. Czasami udaje się uczonym w ostatniej odświeżyć godzinie zanikającą już tożsamość nazwiska, jak to n. p. zdarzyło się z autorami pieśni "Die Wacht am Rhein" lub pieśni o "Struwelpeterze". Z jaką swobodą, powiedziałbym niemal czelnością, przyswaja sobie lud jako swój własny wytwór narodowy to wszystko, co poprzednio było wytworem osobistym, osądzić to możemy najlepiej, jeżeli, poza oddaleniem czasowem, zapytamy się także oddalenia przestrzeniowego, to znaczy po prostu, jeżeli przekroczymy granicę. To, co po tej stronie uchodzi jeszcze za dzieło tego lub owego autora, nazywa się już po tamtej poezyą ludową. Powszechnie znaną, stokrotnie drukowaną piosnkę Heinego o "najpiękniejszych oczach" słyszałem w Rosyi jako poezyę ludową. Ale cóżbyście powiedzieli, gdybym nadmienił, że kiedyś nawet sonaty Beethovenowskie mogą pojawić się u nas jako pieśni ludowe? A przecież widziałem to na własne oczy, słyszałem na własne uszy. Jakaś banda cygańska zapowiedziała starą cygańską melodyę ludową i zagrała pod tym tytułem pierwszy ustęp "Sonaty patetycznej" wraz z introdukcyą i nie zapominając o pasażach. Tego rodzaju doświadczenia i spostrzeżenia skorygują zapewne u ludzi myślących zwykłe powszechne pojęcie o poezyi ludowej. Mianowicie poezya ludowa nie jest poezyą bezosobistą, nie jest wytworem jakiejś zbiorowej duszy ludowej, lecz po prostu zanonimizowaną antologią rozmaitych autorów, i to przeważnie wykształconych dyletantów, którym się wyjątkowo i niepostrzeżenie udało coś porządnego. Uciekać się od wielkich indywidualnych twórców do poezyi ludowej znaczy poprostu to samo, co wielkich mistrzów sztuki wymieniać na belfrów, klechów i adwokatów. Jeżeli więc lud, to znaczy człowiek naiwny, zapamiętałym jest anonimizatorem, w takim razie łatwo się przekonać, że ogromnej trzeba było drogi, ażeby dojść do współczesnego kultu osobistości. Należało się przedewszystkiem nauczyć, że dzieło sztuki idealną, bezmiernie wysoką przedstawia wartość, co, oczywiście, bardzo trudno jest pojąć człowiekowi naiwnemu. Utwory poetyckie, które nowożytne państwo cywilizowane nabywa na wagę złota, a których odnalezienie obdarza uczonego szczęśliwca sławą, zaszczytami, orderami i pensyami, lud traktuje pogardliwie, przechodzą one z ust do ust, z ojca na syna, z babki na wnuka, jako licha tandeta. Ileż to trudu kosztowało zbieraczy, aby od recytatorów ludowych posłyszeć wspaniałe epopeje serbskie. Po prostu wstydzili się tego "dziecińctwa". Tak samo było z Grimmem, gdy zbierał niemieckie bajki ludowe. Dla człowieka niewykształconego będzie sztuka zawsze i wszędzie nieużyteczną tandetą, a twórca nieużytecznym tandeciarzem. Kto lata dziecięce przeżył między ludem, ten mógłby powiedzieć o tem niejedno. Trzeba przy tem zwrócić uwagę, że daleko trudniej odnaleźć pierwiastki doskonałe w sztuce, aniżeli w rzemiośle, że rozmaitość rzeczy dzielnych z jednego i tego samego wypływa źródła, że tysiące nic pięknego stworzyć nie mogą, natomiast jednostka stworzyć może bezmiernie wiele. Zdumienie, wywołane tem zjawiskiem, kładzie podwaliny popularnej sławie, stającej się udziałem nietylko tych, którzy naprawdę stworzyli coś wielkiego, ale - i to przedewszystkiem - i tych, którzy raz po razie dają rzeczy, wpadające w oko. I wtedy to lud, z mozołem zapamiętawszy sobie jakieś imponujące nazwisko, zwykł mu przypisywać wszelkie bezpańskie i bezimienne dobro twórcze, czego w dziejach piśmiennictwa ludów starożytnych rozliczne mamy dowody. Przypomnijcie sobie psalmy Dawidowe i przypowieści Salomona, z których dziewięć dziesiątych należy do "nieprawdziwych", to znaczy, pochodzących od autorów zanonimizowanych. A więc, zamiast "oddać każdemu, co mu się należy", lud w sprawach sztuki trzyma się zasady: "kto ma, temu będzie dane". Dalszym i bardzo trudnym krokiem było spostrzeżenie, że doskonałości absolutne zarówno w rzeczach małych, jak i wielkich, mogą stwarzać tylko ludzie osobiście wielcy. Jak niezmiernie trudno uświadomić to sobie, mamy dowód w szeregu dyletantów lirycznych, którzy w prostocie swej duszy ani nie przeczuwają, że i najdrobniejsza piosnka wymaga wybitnej oryginalności twórcy; zdaje im się natomiast, że natchnienie spadnie na nich skądkolwiekbądź. "Łaska chwili", "Pocałunek muzy", Bardzo pięknie. Niestety, łaska ta spada tylko na tych, którzy ją posiadają już skądinąd, a muza całuje tylko oblicza o ostrym, wybitnym profilu. Osobistość jest w wszelkiej sztuce czynnikiem tak rozstrzygającym, że człowiek twórczy pozna od razu, z najmniejszej choćby próby, czy ten, który tę jedyną napisał stronicę, należy wogóle do powołanych czy do lichot. Pytanie co do literackiej osobistości poety czy artysty jest zatem wysoce uprawnione; do kwestyi tej redukuje się ostatecznie prawdziwa krytyka w dziedzinie sztuki. Atoli pytanie to może zwyrodnieć i już zwyrodniało. Następuje to wówczas, jeżeli przeholowanie wiedzy literacko­-historycznej stawia dzieło sztuki na miejscu drugiem, a osobistość twórcy na pierwszem. Pokolenie nasze doprowadziły do tego rozmaite pobudki: bizantyńskie dzyń­-dzyń, to znaczy bałwochwalcze bicie pokłonów naszym klasykom i otaczanie ich legendami, jak świętych, dalej poczciwe, romansowe plotkarstwo, nie umiejące skonać w spokoju, zanim do każdego z twórców nie przylepi jakiejś miłostki (ostatecznie cała nasza mądrość w sprawach sztuki znajduje ujście w postaciach kobiecych); dodać do tego trzeba powszechny przesąd etyczny, dla czego i w jakim stopniu najwyższem dziełem twórcy powinno być jego życie (życie, które Shakespeare'a zniżyłoby do roli niepoczesnego partacza), a wreszcie przyczyna najgłówniejsza: rosnąca coraz to bardziej niezdolność szczerego rozkoszowania się dziełem sztuki. Dla tego zostawiamy u twórcy swoją wizytówkę. W ten sposób kult poety i pogoń za geniuszami wystąpiły nagminnie, zjawisko, którego wszechstronnej szkodliwości dla literatury tak po krótce wyjaśnić nie mogę. Jeżeli jednak przypadkiem sądzicie, że coś podobnego sprawia pacyentom przyjemność, w takim razie pozwólcie, że twierdzić będę wręcz przeciwnie. Nie dla tego, jakoby obrażało smak tych wielmożów, że tyle się naokoło ich osoby czyni rumoru. Urodzić musi się dopiero artysta czy literat, któryby w skrytości serca przyznał, że go się przecenia. Idzie poprostu o to, że pogoni za osobistością artysty towarzyszą z natury rzeczy pojęcia gotowe, a więc wymagania, których twórca prawdziwy żadną miarą wypełnić nie może, gdy tymczasem z łatwością przystosowuje się do nich pozbawiony treści i wewnętrznego oparcia naśladowca. Wówczas to zamierzone obsypywanie czcią równa się rzucaniu okruszków przed kosy: utyją wróble a kos padnie ofiarą kota. Wymagania bowiem epoki, stawiane osobistości poety, są niewątpliwie wszelkiego pozbawione sensu. Po pierwsze, ponieważ przypuszczają, że poeta powinien być retuszowanem odbiciem portretu któregoś z poprzedników; po drugie, ponieważ wymagania te zmieniają się co lat piętnaście, tak, że, chcąc zadosyć uczynić tym pospolitym życzeniom ogółu, musiałoby to biedactwo przynajmniej cztery rozmaite posiadać oblicza; po trzecie, ponieważ wymagania te w przeważnej części zatrącają co nieco dzieciństwem.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.