Cześć dla osobistości poety i artysty, wydająca się nam
czemś nieomal przyrodzonem, jest mimo to wytworem wyrafinowanej
kultury. Człowiek naiwny używa na dziele sztuki, jak na ciastku:
delektuje się niem, nie troszcząc się bynajmniej o jego wytwórcę,
nie pytając się nawet o jego nazwisko.
Tak postępuje dziecko z książką obrazkową: jest mu obojętnem, czy
autorem jej Meggendorfer, Flinzer czy kto inny. Tak postępuje
terminator, gwiżdżący jakąś melodyę operową, ale nie kłopocący się
o jej pochodzenie. Tak postępują nasze służące, gdy je poślemy do
teatru: umieją wprawdzie z całą dokładnością przytoczyć treść
sztuki, lecz nazwiska autora z pewnością nie znają. Tak postąpił
sobie pewien nauczyciel wiejski, gdy go zapytano o znaczenie słów
Uhlanda i Schillera w jakimś zbiorze wierszy: miał on wówczas
odpowiedzieć, że to tajemne, techniczne wskazówki dla zecera. W epokach nieliterackich podobną niedbałość cały okazuje naród,
tak, że nawet okazałe pod względem rozmiarów, pod względem piękna
potężne, olbrzymie dzieła, przeszły do nas bez nazwiska twórców,
np. pieśni homeryckie lub Nibelungi. Nazywamy to wówczas poezyą
ludową: tytuł, niebezpieczną zawierający pomyłkę. Rzekoma ta poezya
ludowa jest w rzeczywistości poezyą anonimową. W jaki sposób
anonimowość ta powstała i dotychczas powstaje, kontrolować to
możemy codziennie, ponieważ tak samo dzisiaj, jak przed lat dwoma
tysiącami, człowiek naiwny, czyli mówiąc innemi słowy, lud,
korzysta z dzieła sztuki anonimowo, to znaczy, nie troszcząc się o
nazwisko autora, rozpowszechnia ją dalej jako anonim i w ten
sposób, w czasie niedługim zupełnie ją anonimizuje. Pójdźmy na wieś
i spytajmy się ludzi, śpiewających "Dobrego kamrata" ("Ich hatt'
einen Kameraden") lub "Ja nie wiem, co się to dzieje" ("Ich weiss
nich, was soll es bedeuten" - Loreley Heinego), o twórców tych
pieśni: słyszeli o ich nazwiskach w szkole, ale potem wyszły im z
pamięci. Gdyby nie było "Dziejów piśmiennictwa", cały świat,
wkrótceby o tych nazwiskach zapomniał. I rzeczywiście, popularne
utwory ludzi, o których w "Dziejach piśmiennictwa" nieme wzmianki,
anonimizują się całkowicie w drugiem już pokoleniu, jakkolwiek
pierwotnie nazwiska ich autorów dobrze znano i powszechnie je
wymieniano. Tak stało się między innemi z pieśnią o "doktorze
Żelaznobrodym", o "Augustynku" ("Ach, du lieber Augustin"), tak
stało się ze wszystkimi hymnami narodowymi. Uczeni znają jeszcze
ich twórców, lud o nich całkiem zapomniał. Czasami udaje się
uczonym w ostatniej odświeżyć godzinie zanikającą już tożsamość
nazwiska, jak to n. p. zdarzyło się z autorami pieśni "Die Wacht am
Rhein" lub pieśni o "Struwelpeterze". Z jaką swobodą, powiedziałbym niemal czelnością, przyswaja sobie
lud jako swój własny wytwór narodowy to wszystko, co poprzednio
było wytworem osobistym, osądzić to możemy najlepiej, jeżeli, poza
oddaleniem czasowem, zapytamy się także oddalenia przestrzeniowego,
to znaczy po prostu, jeżeli przekroczymy granicę. To, co po tej
stronie uchodzi jeszcze za dzieło tego lub owego autora, nazywa się
już po tamtej poezyą ludową. Powszechnie znaną, stokrotnie
drukowaną piosnkę Heinego o "najpiękniejszych oczach" słyszałem w
Rosyi jako poezyę ludową. Ale cóżbyście powiedzieli, gdybym
nadmienił, że kiedyś nawet sonaty Beethovenowskie mogą pojawić się
u nas jako pieśni ludowe? A przecież widziałem to na własne oczy,
słyszałem na własne uszy. Jakaś banda cygańska zapowiedziała starą
cygańską melodyę ludową i zagrała pod tym tytułem pierwszy ustęp
"Sonaty patetycznej" wraz z introdukcyą i nie zapominając o
pasażach. Tego rodzaju doświadczenia i spostrzeżenia skorygują
zapewne u ludzi myślących zwykłe powszechne pojęcie o poezyi
ludowej. Mianowicie poezya ludowa nie jest poezyą bezosobistą, nie
jest wytworem jakiejś zbiorowej duszy ludowej, lecz po prostu
zanonimizowaną antologią rozmaitych autorów, i to przeważnie
wykształconych dyletantów, którym się wyjątkowo i niepostrzeżenie
udało coś porządnego. Uciekać się od wielkich indywidualnych
twórców do poezyi ludowej znaczy poprostu to samo, co wielkich
mistrzów sztuki wymieniać na belfrów, klechów i adwokatów. Jeżeli więc lud, to znaczy człowiek naiwny, zapamiętałym jest
anonimizatorem, w takim razie łatwo się przekonać, że ogromnej
trzeba było drogi, ażeby dojść do współczesnego kultu osobistości.
Należało się przedewszystkiem nauczyć, że dzieło sztuki idealną,
bezmiernie wysoką przedstawia wartość, co, oczywiście, bardzo
trudno jest pojąć człowiekowi naiwnemu. Utwory poetyckie, które
nowożytne państwo cywilizowane nabywa na wagę złota, a których
odnalezienie obdarza uczonego szczęśliwca sławą, zaszczytami,
orderami i pensyami, lud traktuje pogardliwie, przechodzą one z ust
do ust, z ojca na syna, z babki na wnuka, jako licha tandeta. Ileż
to trudu kosztowało zbieraczy, aby od recytatorów ludowych
posłyszeć wspaniałe epopeje serbskie. Po prostu wstydzili się tego
"dziecińctwa". Tak samo było z Grimmem, gdy zbierał niemieckie
bajki ludowe. Dla człowieka niewykształconego będzie sztuka zawsze
i wszędzie nieużyteczną tandetą, a twórca nieużytecznym
tandeciarzem. Kto lata dziecięce przeżył między ludem, ten mógłby
powiedzieć o tem niejedno. Trzeba przy tem zwrócić uwagę, że daleko trudniej odnaleźć
pierwiastki doskonałe w sztuce, aniżeli w rzemiośle, że rozmaitość
rzeczy dzielnych z jednego i tego samego wypływa źródła, że tysiące
nic pięknego stworzyć nie mogą, natomiast jednostka stworzyć może
bezmiernie wiele. Zdumienie, wywołane tem zjawiskiem, kładzie
podwaliny popularnej sławie, stającej się udziałem nietylko tych,
którzy naprawdę stworzyli coś wielkiego, ale - i to
przedewszystkiem - i tych, którzy raz po razie dają rzeczy,
wpadające w oko. I wtedy to lud, z mozołem zapamiętawszy sobie
jakieś imponujące nazwisko, zwykł mu przypisywać wszelkie
bezpańskie i bezimienne dobro twórcze, czego w dziejach
piśmiennictwa ludów starożytnych rozliczne mamy dowody.
Przypomnijcie sobie psalmy Dawidowe i przypowieści Salomona, z
których dziewięć dziesiątych należy do "nieprawdziwych", to znaczy,
pochodzących od autorów zanonimizowanych. A więc, zamiast "oddać
każdemu, co mu się należy", lud w sprawach sztuki trzyma się
zasady: "kto ma, temu będzie dane". Dalszym i bardzo trudnym krokiem było spostrzeżenie, że
doskonałości absolutne zarówno w rzeczach małych, jak i wielkich,
mogą stwarzać tylko ludzie osobiście wielcy. Jak niezmiernie trudno
uświadomić to sobie, mamy dowód w szeregu dyletantów lirycznych,
którzy w prostocie swej duszy ani nie przeczuwają, że i
najdrobniejsza piosnka wymaga wybitnej oryginalności twórcy; zdaje
im się natomiast, że natchnienie spadnie na nich skądkolwiekbądź.
"Łaska chwili", "Pocałunek muzy", Bardzo pięknie. Niestety, łaska
ta spada tylko na tych, którzy ją posiadają już skądinąd, a muza
całuje tylko oblicza o ostrym, wybitnym profilu. Osobistość jest w
wszelkiej sztuce czynnikiem tak rozstrzygającym, że człowiek
twórczy pozna od razu, z najmniejszej choćby próby, czy ten, który
tę jedyną napisał stronicę, należy wogóle do powołanych czy do
lichot. Pytanie co do literackiej osobistości poety czy artysty jest zatem
wysoce uprawnione; do kwestyi tej redukuje się ostatecznie
prawdziwa krytyka w dziedzinie sztuki. Atoli pytanie to może
zwyrodnieć i już zwyrodniało. Następuje to wówczas, jeżeli
przeholowanie wiedzy literacko-historycznej stawia dzieło sztuki
na miejscu drugiem, a osobistość twórcy na pierwszem. Pokolenie
nasze doprowadziły do tego rozmaite pobudki: bizantyńskie
dzyń-dzyń, to znaczy bałwochwalcze bicie pokłonów naszym klasykom
i otaczanie ich legendami, jak świętych, dalej poczciwe, romansowe
plotkarstwo, nie umiejące skonać w spokoju, zanim do każdego z
twórców nie przylepi jakiejś miłostki (ostatecznie cała nasza
mądrość w sprawach sztuki znajduje ujście w postaciach kobiecych);
dodać do tego trzeba powszechny przesąd etyczny, dla czego i w
jakim stopniu najwyższem dziełem twórcy powinno być jego życie
(życie, które Shakespeare'a zniżyłoby do roli niepoczesnego
partacza), a wreszcie przyczyna najgłówniejsza: rosnąca coraz to
bardziej niezdolność szczerego rozkoszowania się dziełem sztuki.
Dla tego zostawiamy u twórcy swoją wizytówkę. W ten sposób kult poety i pogoń za geniuszami wystąpiły nagminnie,
zjawisko, którego wszechstronnej szkodliwości dla literatury tak po
krótce wyjaśnić nie mogę. Jeżeli jednak przypadkiem sądzicie, że
coś podobnego sprawia pacyentom przyjemność, w takim razie
pozwólcie, że twierdzić będę wręcz przeciwnie. Nie dla tego, jakoby
obrażało smak tych wielmożów, że tyle się naokoło ich osoby czyni
rumoru. Urodzić musi się dopiero artysta czy literat, któryby w
skrytości serca przyznał, że go się przecenia. Idzie poprostu o to,
że pogoni za osobistością artysty towarzyszą z natury rzeczy
pojęcia gotowe, a więc wymagania, których twórca prawdziwy żadną
miarą wypełnić nie może, gdy tymczasem z łatwością przystosowuje
się do nich pozbawiony treści i wewnętrznego oparcia naśladowca.
Wówczas to zamierzone obsypywanie czcią równa się rzucaniu
okruszków przed kosy: utyją wróble a kos padnie ofiarą kota. Wymagania bowiem epoki, stawiane osobistości poety, są
niewątpliwie wszelkiego pozbawione sensu. Po pierwsze, ponieważ
przypuszczają, że poeta powinien być retuszowanem odbiciem portretu
któregoś z poprzedników; po drugie, ponieważ wymagania te zmieniają
się co lat piętnaście, tak, że, chcąc zadosyć uczynić tym
pospolitym życzeniom ogółu, musiałoby to biedactwo przynajmniej
cztery rozmaite posiadać oblicza; po trzecie, ponieważ wymagania te
w przeważnej części zatrącają co nieco dzieciństwem.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.