Osman Pasza - Karol May
8.00 zł
6.88 zł
(8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Bądź spokojny stary przyjacielu! - powtórzył Osman Pasza. - Wie pan, u nas, nawet w tej zapadłej prowincji zdarzają się rzeczy, które gdzie indziej zdarzyćby się nie mogły. Chcę więc pana pocieszyć, że nie będzie mi trudno nietylko przedstawić go alai emini lub bimbasziemu, ale i podnieść go do tej rangi. Zechce mi pan powiedzieć, w jaki sposób się panu tak zasłużył?
- Pozwolę sobie zrobić to później, bowiem w tej chwili brak mi czasu. Każda minuta jest teraz wyliczona, bo chodzi o ujęcie wysoce niebezpiecznej bandy i o zdobycze, jakich dotąd nie było jeszcze.
- Czy to ma związek z pobytem pana w Birs Nimrud, z jego uwięzieniem i późniejszą ucieczką?
- Owszem, nawet bardzo ścisły.
- Opowiedz-że mi pan prędko, ale krótko i zwięźle, bo nie ma pan przecież czasu! O Ile pana znam, przygoda musi być interesująca, i będę rad, jeżeli mi się uda choć raz wziąć udział w przeżyciach Kara ban Nemzis.
- O, jeśli o to chodzi, to Ekscelencja już jest zamieszany w przygodę - uśmiechnąłem się - i z trudem panu przyjdzie nie wziąć w niej czynnego udziału!
Stosując się do jego życzenia, zdałem mu ze wszystkiego sprawę, co ten wysłuchał z natężoną uwagą. Łatwo sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarł na obecnych jego przyjazny do mnie stosunek. Nie zrozumieli ani słowa z naszej rozmowy w języku niemieckim, ale musieli stwierdzić, że nietylko się znamy, ale także jesteśmy w bliższej zażyłości.
Ów generał nie jest bynajmniej wprowadzonym z woli autora, powieściowem Deus ex machina; gdyby chodziło jedynie o fantazję awanturniczą, byłoby to zbytecznem odchyleniem, zupełnie bezcelową stratą papieru, atramentu i farby drukarskiej, albowiem dawno już figurujący namiestnik mógłby tu oddać te same usługi, jak za włosy wyciągnięty "generał". Ten ostatni, którego powinienem nazwać swoim przyjacielem, jest wybitną postacią militarną, nawet autorytetem i, ze względu na swe burzliwe życie, wysoce interesującą.
Adolf Farkas, urodzony Czech, później oficer węgierski, był podczas ich powstania adjutantem Bema i jako taki zasłużył się chlubnie swym rodakom. Po tych zamieszkach obydwaj zaciągnęli się na turecką służbę i przeszli na Islam. Bem pod imieniem Amurat Paszy, Farkas zaś obrał imię Osman, które dzięki późniejszemu pozyskaniu przezeń stopnia Paszy, zamieniło się w Osman Pasza. W czasie wojny 1853-go roku Omer Pasza naznaczył go swym adjutantem; w kampanji lat 1877-78 Farkas wybił się na czoło swem męstwem i sprawnością. Za te zasługi mianowany został pułkownikiem, a wkrótce potem generałem; był równocześnie profesorem wyższej szkoły wojskowej w Konstantynopolu. Cieszył się zaufaniem Padyszacha, dowodem czego jest jego misja do Bagdadu i Hilleh. Poznałem go w Stambule i w jego towarzystwie przy ciekawych pogawędkach wypiłem niejedną filiżankę kawy, niejeden wypaliłem cybuch. Teraz oto stanęliśmy tak nieoczekiwanie nawprost siebie w pokoju namiestnika! Słuchał ze wzrastającą uwagą opowieści o naszych przeżyciach. Kiedy skończyłem, pocierał ręce z zadowoleniem i rzekł:
- Jakież to ciekawe, niezwykle ciekawe; rozumiem, że nie ma pan czasu do stracenia. Jakże chętnie wyruszyłbym razem z panem, aby uczestniczyć w tej wyprawie, cóż, kiedy obowiązek trzyma mnie tutaj. Nie mogę spuścić z oka namiestnika, a nie cierpiące zwłoki badania zajmą mi całą noc. Lecz daję panu do dyspozycji wszystko, czego pan zapragnie. Proszę mi powiedzieć, czem mogę panu służyć? Czy ma pan już plan ataku?
- Czy nie powinienem raczej pozostawić Ekscelencji tę pracę, godną Cezara albo Napoleona? Zależy mi tylko na wydobyciu mego Halefa całego i nietkniętego, reszta jest sprawą tutejszej władzy, której chętnie ustępuję tego zaszczytu.
- Dyplomata z pana! W razie niepowodzenia nie ponosi pan żadnej odpowiedzialności! Czy namiestnik wie już o napadzie na Piszkhidmet Baszi i o wymordowaniu jego ludzi?
- Nie ma o tem pojęcia!
- A więc nie powiemy mu nic. Od czasu, gdy wysłuchałam opowieści pana, nie przestaję o tem myśleć, że namiestnik z racji swych stosunków z Persją jest wspólnikiem Sefira. Ten ostatni jest pośrednikiem. Jak pan myśli?
- Tak, on albo Peder-i-Baharat, a może obaj jednocześnie. To, że zwrócono się właśnie do namiestnika, ma, mojem zdaniem, dwie przyczyny.
- Jakie?
- Po pierwsze - wiedziano o namiestniku, że jest przekupny, po drugie miejsca święte, o które przecież przedewszystkiem chodzi, znajdują się w jego obrębie.
- To słuszne. Otwiera mi pan oczy na prawdę.
- I to jest podejrzane, że stosunek jego do Sefira jest tak niezwykły, tak wyjątkowy! Pozwolił mu, obcemu, nietylko wejść do składu mehkeme, ale i zabierać głos w dochodzeniu. To coś mówi o ich stosunkach.
- Zgadzam się z panem; powrócimy do tych dociekać. Teraz zwracam panu uwagę, że nie jesteśmy sami, o czem zupełnie zapomnieliśmy. Winien jestem obecnym pewne wyjaśnienie.
Odwróciwszy się ode mnie do namiestnika, jął mówić, oczywiście, nie po niemiecku:
- Mówiłeś niedawno o przemytnikach, złodziejach, bandytach i mordercach. Podobnie jak dotąd w wielu punktach, tak i teraz nie zgadzam się z tobą. Ten europejczyk jest moim przyjacielem, i to niespodziane spotkanie sprawia mi prawdziwą radość. Nazywa się Kara ben Nemzi effendi i cieszy się szczególnymi względami Padyszacha. Mówił ci o tem, a nawet udowodnił, lecz tyś nie raczył wziąć tego pod uwagę. Wysłuchałem teraz jego zażaleń i włączę je do innych punktów oskarżenia, które na tobie ciążą; przybędą i inne prawdopodobnie.
Widać było, że od chwili serdecznego przywitania generała ze mną namiestnik znajdował się w najwyższej konsternacji. Usiłował znaleźć jakieś wytłumaczenie, ale przeszkodził mu mój stary kol agasi, który wszedł i zameldował, że trzej jacyś ludzie chcą mówić z namiestnikiem.
- Co za ludzie? - zapytał generał,
- Nie wiem; nie chcieli podać swych imion. Są ubrani po persku; jeden z nich oświadczył, że przybywa wśród nocy, bo ma wręczyć bardzo ważny list namiestnikowi i donieść mu o wielkiem morderstwie, która zaszło w Birs Nimrud.
- Kto został zamordowany?
- Piszkhidmet Baszi wraz ze swymi ludźmi.
- Przez kogo?
- Przez dwóch obcokrajowców, którzy dzisiaj uciekli - przez Kara ben Namzi i Haddedihna z Beduinów.
Generał spojrzał na mnie, a ja na kol agasi'ego. Ci trzej z perska ubrani ludzie mogli być tylko kompanami Sefira. Zrazu pomyślałem o Peder-i-Baharacie i jego dwuch towarzyszach. Jeżeli to oni istotnie, to rozpoczęli wysoce niebezpieczną grę, bo nie wiedzieli, po pierwsza, ze uciekłem wraz z ochmistrzem, po drugie, że sytuacja namiestnika uległa gruntownej zmianie. Przemądrzały Sefir chciał z powodów, nie wymagających komentarzy, napad i mord zwalić na mnie i na Halefa, a więc na chrześcijanina i na prawdopodobnie, aby w ten sposób zrzucić ze siebie i swej bandy wszelkie podejrzenia.
- Gdzie znajdują się ci trzej Persowie? - zapytałem kol agasi'ego.
- Na dole, przy drzwiach, - odrzekł.
- Więc widzieli nasze konie?
- Nie, effendi. Ponieważ ogiery należą do ciebie, otoczyłem je opieką i kazałem je umieścić w achor, stajni naszego pałacu, gdzie ich napojono i nakarmiono.
- Dobrze! Czy powiedziałeś tym ludziom, że jestem tutaj.
- Ani słowa nie mówiłem! Co sądzisz o moim rozumie, skoro przypisujesz mi takie głupstwa?
- Ale wartownicy na pewno wygadali się?
- Ani słowa! W czasie twojej obecności tutaj, zostali zmienieni, a znajdujący się w tej chwili na warcie nic o tobie nie wiedzą.
- Czy mówiłeś im co o przybyciu wysłannika Padyszacha?
- Nie. Ci trzej ludzie są bezmyślni, jak barany, które prą do drzwi rzeźni, gdzie mają być zarżnięte.
- Porównanie nie jest złe. Poczekaj tu chwilę!
- Zwróciłem się do generała, który uprzedził mnie pytaniem:
- Nasz ideę - widzę to po tobie. Czy mam rację?
- Tak.
- Jaką to?
Mówił po arabsku, zatem zwracał się na ty. Zanim mogłem odpowiedzieć, wtrącił się do rozmowy namiestnik:
- Słyszę, że karawana Piszkhidmet Baszi została napadnięta, i on wraz z ludźmi zamordowany. Tymczasem on tu stoi. Czem to się tłumaczy.
- Bardzo zwyczajnie, tak, jak i wiele innych rzeczy ci się dzisiaj wyjaśni. - odparłem.
- Ale gdzie jest Haddedihn? Dlaczego nie sprowadzasz go ze sobą? - spytał zjadliwym tonem. - Coś musiało się zdarzyć, cobyś chciał ukryć!
- Życzę ci, abyś miał tak mało do ukrycia, jak ja! Będzie lepiej dla ciebie, jeżeli wogóle przestaniesz mówić!
Wziąłem generała na stronę i omówiłem z nim plan działania; zatwierdził go i przystąpił odrazu do wykonania, wydając odpowiednie zarządzenia. Został sam w pokoju; inni udali się do sąsiedniego gabinetu. Również i kapral z jego żołnierzami zostali wezwani, gdyż byli nam potrzebni do aresztowania Persów; widok bowiem podobnie wzmocnionej warty przed mieszkaniem namiestnika mógłby ich spłoszyć. Namiestnikowi polecono, aby milczał i zachowywał się spokojnie, jeśli nie chce narazić godności swego wysokiego stanowiska. Jakkolwiekbądź, było mu bardzo ciężko, jako jedynemu tutaj wszechwładcy okazać to posłuszeństwo, jakiego wymagaliśmy. Co do mnie, stanąłem na posterunku za kotarą, aby móc słyszeć każde słowo Persów i obserwować ich przez szparę.
Zaledwie skończyliśmy te przygotowania, Persowie wkroczyli do pokoju. Spodziewali się ujrzeć namiestnika, to też niemało się stropili widokiem generała, którego obecności nie przypuszczali. Byli bardzo zmieszani. Nie omyliłem się; byli to Peder i dwaj jego towarzysze.
- Chcieliście, aby was przyjęto. Czego sobie życzycie teraz wśród nocy? - zapytał Osman Pasza.
- Prosiliśmy o rozmowę z namiestnikiem - odrzekł Peder
- Nie może was przyjąć, ja go zastępuję. O co wam chodzi?
Spojrzał nań tak przenikliwie, że ten nie śmiał się oprzeć. Peder zaczął więc zcicha:
- Nasze doniesienie jest właściwie przeznaczone dla zarządcy tego namiestnictwa, ale skoro utrzymujesz, że pełnisz jego funkcje, mogę ci zdać sprawę z wypadków.
- Wyrażajcie się grzeczniej i ostrożniej! Nic nie utrzymuję, ale to, co mówię, jest obowiązujące. Zapamiętajcie to sobie! Co to za wypadki, o których macie donieść? Mam nadzieję, że są dość ważne, aby wytłumaczyć to nocne wtargnięcie!
- Są bardzo ważne. Chodzi o napad na karawanę i o mord dwunastu ludzi.
- Co za karawana?
- Karawana Piszkhidmet Baszi, który był gościem tutejszego namiestnika. Została przed paru godzinami napadnięta nieopodal ruin i obrabowana, przyczem Piszkhidmet Baszi i jego jedenastu żołnierzy stracili życie.
- Kim są mordercy?
- Pewien chrześcijanin i sunitski Haddedihn, którzy byli już pociągnięci do mehkeme za morderstwa, pohańbienie grobów i szmugiel, ale uciekli.
- Czy możecie tego dowieść?
- Tak.
- Czem?
- Jesteśmy świadkami. Byliśmy przy tem i jedynie nam udało się ujść tej krwawej kąpieli.
- Opowiecie mi przebieg tych wydarzeń. Teraz przejdźmy do sprawy listu, o którym była mowa.
- Jest dla namiestnika - wywinął się Peder.
- Zastępuję go!
- Zawiera pismo, które musi być przez niego podpisane!
- Mamy odwieźć to pismo zpowrotem, więc musi nam być zwrócone.
- Nie mam nic przeciwko temu!
- Ale musimy je doręczyć tylko jemu, nikomu innemu!
- Chodzi więc o tajemnicę.
- Nie wiem. Mam wyraźny rozkaz, do którego muszę się stosować.
- Od kogóż ten rozkaz?
- Nie mogę powiedzieć.
- Skąd pochodzi ten list?
- Tego też nie mogę powiedzieć.
Peder trząsł się ze strachu; skręcał się w ogniu tych pytań i lżej odetchnął dopiero, gdy generał nareszcie wyrzekł obojętnym tonem:
- Niech i tak będzie... Jak chcecie, tak się stanie! Opowiedzcie mi teraz o napadzie na karawanę. Jakże to się stało?
- Było tak: my trzej odbywamy pielgrzymkę do miejsc świętych. Przybyliśmy tutaj wczoraj i spotkaliśmy rodaka, z którym zaprzyjaźniliśmy się. Gdy zapadł wieczór, chcieliśmy skorzystać z chłodu, aby powędrować dalej, i poprosiliśmy rodaka, żeby nas odprowadził,
- Jak się nazywa ten człowiek?
- Nie pytaliśmy go o nazwisko. Nazwał się def'em, gościem namiestnika i tak będę go dalej nazywał, jeśli łaska.
Miał, oczywiście, na myśli Sefira, i z jego strony było bardzo roztropnie ominąć w ten sposób konieczność podania prawdziwego, czy fałszywego nazwiska. Ciągnął dalej:
- Def zgodził się odprowadzić nas do ruin. Po drodze spotkaliśmy karawanę Piszkhidmet Baszi, która krótko przed nami wyruszyła z Hilleh, i poprosiliśmy o pozwolenie przyłączenia się do niej, czego nam nie odmówiono. ByIiśmy z tego zadowoleni, bo słyszeliśmy o niepewności tej okolicy oraz o jakimś europejczyku i Haddedihnie, którzy są przywódcami rozbójniczych Beduinów i napadają na każdego napotkanego pielgrzyma.
- Czy znasz nazwiska tych rabusiów? - zapytał generał - Tak, europejczyk nazywa się Kara ben Nemzi, a Haddedihn - Halef.
- Co za łotry! Trzeba ich przyłapać, niestety, niewiadomo, jak wyglądają!
- O, wiemy, - wtrącił prędko Peder - określono ich nam; dzisiaj nawet widzieliśmy obydwóch.
- Więc jak wyglądają?
Człowiek ten opisał Halefa i mnie tak dokładnie, że sam nie byłbym tego zrobił lepiej, i opowiadał dalej:
- Niedaleko ruin przyłączyli się do nas. Allah zaćmił nasz wzrok, inaczej bylibyśmy poznali tych dwóch bandytów. Potem gość namiestnika pożegnał nas, życząc nam szczęśliwej podróży, Niestety, nie była szczęśliwa, bo zaledwie się oddalił, rozległy się strzały i opadła nas chmara Beduinów. Widzieliśmy, jak dwaj przybysze, to znaczy europejczyk i Haddedihn wyciągnęli noże i zarżnęli dwóch pielgrzymów. Wtedy poznaliśmy ich, czem prędzej zawróciliśmy nasze konie i uciekli. Udało nam się ujść cało, bo kule wysłane za nami, nie dosięgły nas. Po krótkim czasie, spotkaliśmy def'a, który wrócił na odgłos strzałów. Opowiedzieliśmy mu o napaści, namówił więc nas do powrotu na miejsce napadu. - Może uda się uratować komuś życie! Gdyśmy tam podjechali i rozejrzeli się ostrożnie, zobaczyliśmy ognisko, przy którem obaj przywódcy dzielili łup dla siebie i Beduinów. Skończywszy tę pracę, odjechali, zabierając ze sobą zwłoki Piszkhidmet Baszi, aby je wrzucić do wody. My jednak, po ich odjeździe, zbliżyliśmy się do ogniska, żeby zbadać rozrzucone ciała; były to już tylko trupy, nie rozstrzelone, lecz zakłute! Byliśmy przerażeni! Jednakże gość namiestnika był odważnym człowiekiem: postanowił podążyć za dwoma przywódcami, aby wytropić ich kryjówkę i złapać ich przy pomocy tutejszego wojska. Nas wysłał zpowrotem do Hilleh, polecając natychmiast zawiadomić namiestnika, nawet wśród nocy...
Urwał, a generał zapytał;
- Czy skończyłeś?
- Tak.
- Czy możecie poprzeć to wszystko przysięgą?
- Tak.
- W tem sprawozdaniu jest parę niejasnych punktów. Będziesz musiał odpowiedzieć mi na parę pytań. Powiadasz, że zaprzyjaźniliście się z def'em, jakże to możliwe, że nie znacie jego imienia? Kiedy się zawiera przyjaźń, chce się przecież wiedzieć, jak się przyjaciel nazywa!
- Pielgrzymi-szyici nie mają tego zwyczaju. Jesteś sunnitą i nie możesz o tem wiedzieć.
- Dobrze; to ci się udało! Dalej! Padło tyle strzałów, a nikt nie był ugodzony. Wszyscy byli nie zastrzeleni, lecz przebici. Czy to nie dziwne?
- Nie. Nikt dokładnie nie celował!
- I dwunastu członków karawany dało się spokojnie zarżnąć?
- Strach ich ogarnął.
- Def słyszał strzały, znaczy to, że nie oddalił się zbytnio. Powróciliście razem z nim, powinno więc było trwać bardzo krótko, najwyżej parę minut!
- Nie więcej.
- A jednak ognisko już się paliło? Już się załatwiono z podziałem łupu? Musisz przyznać, że twoja opowieść jest miejscami bardzo dziwna!
- Allah! Mówiłem szczerą prawdę!
- Byliście przedtem w Hilleh?
- Tak.
- Jak długo?
- Parę godzin
- Dokąd wybieracie się stąd.
- Najpierw do Kerbeli.
- Potem?
- Do Meszhed Ali.
- Lecz nie przez Hilleh znowu; byłoby to nakładem drogi, ale wprost przez Kefel?
- Tak.
- A z Meszhed Ali dokąd? -
- Wdół do Samawatu. -
- A dalej?
- Stamtąd chcieliśmy wrócić do Persji przez Qornę, Hawizę i Disful dolinę rzeki Kercha.
- Nie wstępując do Hilleh?
- Nie, - odrzekł Peder, który mimo swą przebiegłość, nie miarkował wcale, jaką pułapkę nastawił nań generał tem pytaniem. Wybieg udał się, bo Osman Pasza pochwycił:
- A więc jak się ma rzecz z listem dla namiestnika? Mieliście go doręczyć, a odjechaliście, nie zrobiwszy tego, nie mając przytem zamiaru wrócić do Hilleh. A teraz przychodzicie wśród nocy i przynosicie list. Objaśnij mi tę sprzeczność.
Persowie byli święcie przekonani, że zostaną przyjęci przez namiestnika, to też nie byli przygotowani do tego egzaminu. Peder łamał sobie głowę nad jakąś mniej lub więcej wiarogodną odpowiedzią, zaczynał ją parę razy, ale nie mógł znaleźć nic takiego, co mogłoby uchodzić za prawdopodobne.
- No, mów dalej! - nalegał generał. - Dlaczego milczysz? Czy nie możesz znaleźć wykrętu?
- Za za-pom-nieliśmy o liście - wybełkotał nareszcie Peder.
- Zapomnieliście? List taki ważny, który pozwalacie sobie przynosić teraz, w tak nieodpowiedniej porze? List, który tak wysoko cenicie, że nie możecie mi zaufać za mojem pokwitowaniem, lecz bezpośrednio do rąk własnych namiestnika? Czy doprawdy jesteście tacy głupi, że sądzicie, iż uwierzę tym bredniom? Z niesłychaną bezczelnością opowiadacie mi szereg kłamstw, które każdy dureń przejrzy i wykryje. Bo nietylko ostatni wasz wykręt, ale wszystkie, jakie tu słyszałem o napadzie, są wierutnem kłamstwem i oszukaństwem.
- Nie sądź tak, o nie! - rzekł Peder wylękniony. - Wszystko, co tu powiedziałem, jest szczerą, świętą prawdą, którą możemy natychmiast potwierdzić przysięgą.
- Spodziewam się, że nie zawahacie się złożyć tę rzekomą przysięgę! A więc obstajecie przy tem, że Kara ben Nemzi i Haddedihn są przywódcami Beduinów, którzy napadli na karawanę Piszkhidmet Baszi?
- Tak!
- Do jakiego plemienia należą ci Beduini?
- Tego nie możemy wiedzieć, bo nie mówiliśmy z nimi, przytem było tak ciemno, że nie mogliśmy dojrzeć żadnych szczególnych oznak tych ludzi.
- A Piszkhidmet Baszi jest zabity?
- Tak.
- Na pewno zabity?
- Tak.
- Czy widzieliście własnemi oczyma jego trupa? Pomyśl dobrze, zanim odpowiesz.
Te ostre słowa przejęły Pedera strachem; zaczynał pojmować, że tutejsze powietrze nie jest takie czyste, jak przypuszczał. Ale nie miał już wyjścia, nie mógł cofnąć swych kłamstw i odparł:
- Tak, widzieliśmy. Był doprawdy martwy. Był nawet jednym z pierwszych zabitych.
Generał zrobił krótką pauzę, ażeby podkreślić znaczenie swych następnych słów; utkwił w Pederze ostry wzrok i rzekł z naciskiem:
- Myślałem, że leży żywy i cały w lochu Birs Nimrud!
To było dla Persów tak nieoczekiwane, że nie mogli się opanować. Nagłe drgawki i wystraszone spojrzenia, jakie zamienili, były niezbitym dowodem ich winy. Stali w niemem osłupieniu przed generałem. Ten ciągnął dalej:
- Gość namiestnika podążył za przywódcami, aby wyśledzić ich norę?
- Tak, tak powiedział... - potwierdził Peder, zupełnie przygnębiony.
- To było zupełnie bezcelowe, bo znam tę kryjówkę dokładnie. Haddedihn leży osobno w izbie na prawo od schodów, prowadzących do pierwszej komory. Nawprost znajduje się druciana krata, za którą leżeli Kara ben Nemzi i Piszkhidmet Baszi.
- Bi khatir-i khunda! - Na miłość boską! - krzyknął Peder - skąd... skąd wiesz... - urwał, łapiąc się na nieostrożności, i naprawił swój błąd temi słowy:
- Nie wiemy, o co ci chodzi. Nie mamy najmniejszego pojęcia, co znaczy twoje powiedzenie.
- Doprawdy? A więc zwracam wam uwagę, że nie powiedziałem, że ci dwaj ludzie tam leżą, lecz leżeli. Teraz nie są już w niewoli. Wasz Sefir...
- Sefir, Sefir! - zawołał Aftab nieostrożnie.
- O, dziwisz się, że znam, tak przezornie przez was ukryte, imię tak zwanego "gościa"? Ten lęk zdradza waszą całkowitą winę! A więc wasz Sefir mocno niedocenił Kara ben Nemzi. Ten europejczyk jest mądrzejszy i sprytniejszy, niż wy wszyscy razem wzięci. Znał wnętrza Birs Nimrudu znacznie wcześniej, nim go tam wprowadziliście, i w duchu śmiał się z Sefira, gdy ten mówił mu o torturach, jakiemi go będzie raczył...
- Ja-ja-my-ty... widzisz, że tracę mowę ze zdziwienia. Co mówisz? Nie możemy wcale pojąć! - wyjąkał Peder.
- Nie ze zdziwienia, ale za strachu! Gdy Kara ben Nemzi i Halef wpadli w twe ręce koło zagajników tamaryszkowych, triumfowałaś, szalałeś z radości, że będziesz mógł im odpłacić za te baty, jakie od nich niegdyś otrzymałeś. Teraz możesz być pewien, że baty będą, lecz nie dla nich, a dla ciebie!
W tem miejscu Peder uważał za stosowne porzucić zdumioną minę i zagrać rolę obrażonego. Wyprostował się i zapytał:
- Panie, skąd biorą ci się tak niezrozumiałe rzeczy...
- Milczeć! - zagrzmiał generał. - Trzeba mnie nazywać nie "panie", lecz Hazret, czego dotychczas rozmyślnie nie robiłeś... Ale zaraz nauczymy was grzeczności! Skoro jednak mówisz o "niezrozumiałych rzeczach", to za chwilę odzyskasz zdolność rozumienia. Patrz! Znasz ich!
Wskazał na kotarę. W oczekiwaniu tej chwili, skinąłem na ochmistrza i wystąpiliśmy razem. Skutek naszego zjawienia się był mocniejszy, niż przypuszczaliśmy. Choć bezczelni i zatwardziali, ludzie ci nie mogli na nasz widok przemóc strachu. Poprostu załamali się wpół, a Peder pierzchnął do wyjścia. Uprzedziłem go, skoczywszy między niego a drzwi, dobyłem rewolweru, wycelowałem w pierś jego i ostrzegłem:
- Precz od drzwi, bo zastrzelę cię natychmiast!
To zmusiło go do cofnięcia się o parę kroków, a że sięgnął przytem ręką do pasa, do dałem:
- I precz tam z ręką! Teraz żarty się skończyły! Onbaszi, wejść tutaj!
Kapral, posłuszny temu wezwaniu, wszedł wraz ze swymi żołnierzami i stanął na posterunku przed drzwiami. Podczas gdy ja ciągle mierzyłem lufą ku Persom, generał odebrał im noże i pistolety. Karabinów nie mieli przy sobie. Nie próbowali nawet się opierać
- Tak, - rzekłem, zwracając się do Pedera. - Czy pamiętasz jeszcze czem mi groziłeś? Co miało się stać po naszem ponownem widzeniu? Oto widzimy się - no i co dalej?
Słyszałem, jak zgrzytnął zębami - innej odpowiedzi dać nie mógł.
- Uważaliście się za nieskończenie mądrych, a jednak jesteście głupi, jakże bezdennie głupi! - mówiłem dalej. - To doprawdy niewiarogodne; wsadzić mnie do Birs Nimrud, zdradziwszy mi uprzednio drogę do podziemi ruin!
- Kto ci to zdradził? - ozwał się.
- Ty!
- Ja?
- Tak, ty sam!
- Kłamstwo!
- Ba! Czy nie miałeś przy sobie dokumentu, który zawierał wykres drogi, wejścia, a nawet znak, wyryty na cegle?
Zacisnął pięści, porwał się na mnie, hamując się jednakże, i krzyknął:
- Miałeś go w ręce? Widziałeś go? Niech cię Allah zgładzi!
- Tak, miałem go i zrozumiałem wszystkie znaki!
- Więc musisz być wszechwiedzący, albo w posiadaniu djabelskich czarów.
- Nie jest to wszechwiedza, ani żadne djabelskie czary, trzeba tylko nie być tak durnym, jak wy trzej. Nie mam tu zamiaru wytykać wam głupotę. Chcemy z wami jak najprędzej skończyć. Dawaj ten list, który miałeś doręczyć namiestnikowi!
Sięgnął mimowoli ręką do tyłu, ale cofnął ją natychmiast i odrzekł:
- Nie mam żadnego listu!
- Nie opowiadaj bzdur! Byłoby śmieszne, gdybyś chciał teraz przeczyć temu, co przed chwilą twierdziłeś parę razy!
- List był tylko pretekstem - nie mam żadnego listu!
- Masz go przy sobie!
- A gdybym nawet miał - nie dam ci go.
- Potrafię go znaleźć!
- A więc szukaj! - parsknął wściekle, poczem wybuchnął wymuszonym śmiechem.
Przystąpiłem do niego, położyłem mu rękę w to miejsce, do którego przedtem sięgnął i rzekłem:
- Tu jest schowany!
- Tu, w pasie? Więc wyjm go!
- W pasie nie, ale pod nim, zdaje mi się, że w sirjama, spodniach.
- Dewwab, bydlę - diabeł w tobie siedzi!
Ledwo wymówił to obrażające słowo, zdzieliłem go siarczystym policzkiem tak, że runął, jak długi na ziemię.
- Trzymajcie go mocno! - rozkazałem kapralowi.
Ten przy pomocy swych żołnierzy rzucił się na niego, nim jeszcze zdążył wstać. Chciał się bronić, nie mógł przeciwstawić się tylu mocnym rękom. W tej chwili odsunięto kotarę i namiestnik wpadł wzburzony do pokoju, wybuchając na mnie gniewem;
- Co tobie do tego listu, który jest wystosowany do mnie? Czy jesteś moim pośrednikiem, czy też jestem chłopcem, który musi prosić o pozwolenie, aby dostał to, co do niego należy? Jeżeli list jest dla mnie, nikt inny nie może go otrzymać, tylko ja!
- Ani ja? - zapytał generał.
- Nie,
Osman Pasza położył mu rękę na ramieniu i pouczył go poważnym tonem:
- Zdajesz się jeszcze nie wiedzieć, dlaczego znajduję się tutaj. Muszę ci krótko i dobitnie powiedzieć; jestem ręką Padyszacha, która sięgnęła tutaj, aby sprawdzić księgę twych czynów. Nie może być z twej strony żadnego oporu, ani wykręcania się. Postępuję według przepisu, i w razie twego sprzeciwu, potrafię zgnieść twe nieposłuszeństwo.
Namiestnik cofnął się o krok, spojrzał wyzywająco w twarz generała i, spotkawszy jego wzrok, opuścił oczy, namyślił się i odparł:
- Wiem, że muszę być posłuszny, jeżeli chodzi o sprawy urzędowe; ten list wszakże jest skierowany do mnie w kwestji prywatnej!
- Ach! Więc znasz jego treść?
- Tak.
- I jesteś pewien, że ten człowiek, chociaż kłamie, jest w posiadaniu pisma dla ciebie?
- Twierdzić stanowczo nie mogę, ale jeżeli posiada pismo, wiem na pewno, że treść jest osobista, a nie urzędowa.
- Skąd więc ten strach przynoszącego? Skąd ta chęć ukrywania go?
- Właśnie dlatego, że jego treść dotyczy nie mego urzędu, lecz sprawy prywatnej, związanej z moją rodziną, o którą nikt inny troszczyć się nie powinien - żaden wysłannik, ani nawet "ręka Padyszacha", jak się sam nazwałeś!
- Dobrze! Jeżeli jest tak, jak mówisz, pozwolę ci je doręczyć. Niech ten człowiek poda pismo!
- Nie mam żadnego! - odrzekł Peder, usiłując wstać, mimo czuwających żołnierzy.
- Z tego, że wciąż kłamie, można sądzić, że pismo nie jest takie niewinne - odrzekł Osman Pasza. - Zrewidować go!
- Nie trzeba długo szukać - wtrąciłem. - Ten goniec zdradził się własnym ruchem, kiedy sięgał ręką do pasa. Zaraz zobaczymy!
Pochyliłem się nad leżącym, który już się nie opierał i włożyłem mu rękę za pas. Odrazu namacałem to, czego szukałem. Na podszewce spodni znajdowała się kieszeń, z której wydobyłem pismo. Przelotne spojrzenie pozwoliło mi przeczytać adres, jakim list był opatrzony. Gdy się wyprostowałem, namiestnik cisnął się do mnie i wyciągnął rękę, aby mi wydrzeć list, mówiąc przytem:
- Dawaj go tu! Należy do mnie! Nie wolno ci go ruszać!
Schowałem list za plecami, odtrąciłem wzburzonego adresata i odparłem:
- Poczekaj chwilę; trzeba rozpatrzeć adres!
- Na pewno nie twój! - syknął rozwścieczony.
- Nie, ale zawiera, prócz twego imienia, twój urzędowy tytuł. Wysłannik Padyszacha raczy osądzić, jaką należy z niego wyciągnąć treść - urzędową, czy prywatną.
Podałem pismo generałowi. Namiestnik porwał się śpiesznie ku niemu, aby je wydrzeć; chwyciłem go za kołnierz, zakręciłem nim w kółko i cisnąłem w kąt, gdzie gruchnął na ziemię. Dźwignął się, chcąc ponowić swój atak na generała, ale obecni oficerowie, którzy wyszli w międzyczasie z gabinetu, zagrodzili mu drogę. Wiedząc, że list zawiera dowód jego winy, szamotał się bezsilnie, wyzywając i klnąc przytem. Generał przeczytał adres, skinął do mnie i rzekł:
- Masz rację. Napis na liście pozwala wnosić o treści urzędowej. List należy do mnie!
Otworzył go i przeczytał. Twarz jego, w miarę czytania, przybierała coraz bardziej poważny wyraz. Po przeczytaniu schował list do kieszeni, popatrzył przed siebie w zamyśleniu i skierował kroki ku drzwiom przedpokoju. Otworzył je i zawołał:
- Kol agasi!
Stary wszedł.
- Czy macie żelazne kajdany?
- Tak, Hazretini. Wiszą na łańcuchu w khabu es sidżn, w lochu gdzie zamyka się niebezpiecznych więźniów.
- Czy więzienie jest dobrze obwarowane?
- Allah, Wallah! Mury są z kamienia, podłoga i sufit również z kamienia! Niema tam okna, ani żadnego otworu, drzwi są tak grube, że trzebaby godzinami pracować nad przewierceniem małej dziurki.
- lle zawiera cel?
- Gdy tam byłem, widziałem dziesięć, albo dwanaście.
- Kto ma klucze?
- Syndandżi, dozorca więzienny. Czy mam go sprowadzić?
- Nie, sam pójdę - zaprowadzisz mnie do niego.
Zwrócił się do mnie i powiedział po niemiecku:
- Namiestnik jest zdrajcą. Pismo jest formalnym kontraktem, który miał podpisać, a który zawiera wykaz sum, jakie już otrzymał i jakie ma otrzymać. Nic więcej nie mogę panu powiedzieć. Muszę tego osobnika przypilnować tak dokładnie, jak tego wymaga wielkość mojej odpowiedzialności, zatem chcę osobiście zbadać tutejsze więzienie. Będzie pan łaskaw uważać, aby pod moją krótką nieobecność nie stało się coś niepożądanego?
- Oczywiście. Może pan być spokojny, Ekscelencjo! Chciałbym tylko zapytać, czy pan już coś postanowił w sprawie tych trzech Persów?
- Będą również zakuci w kajdany. Ten, który nazywa się Peder, przywiózł list z Teheranu, a Sefir jest właściwym pośrednikiem i zna całą treść pisma.
- Co to za ludzie! Oszukują bezczelnie zwierzchników, którzy przecież mają do nich zaufanie. Nasuwa się teraz pytanie, czy ochmistrz, który, jako perski urzędnik stojący blisko sfer rządowych, wie coś niecoś o tej sprawie.
- Myślałem już o tem. Jakiego pan jest zdania?
- Ochmistrz wydaje mi się nieszkodliwym.
- Mnie też. Nie bacząc na to, postaram się nie wypuszczać go z Hilleh, póki nie będę przekonany o jego całkowitej niewinności. Proszę więc pana o zwrócenie uwagi, aby tu nic nie zaszło w czasie mojej nieobecności!
Oddalił się w towarzystwie kol agasi'ego. Zaledwie wyszedł, namiestnik zrobił wysiłek, aby wydostać się ze swego kąta, a tym, którzy mu przeszkadzali, zagroził:
- Puśćcie mnie! Ci, którzy mnie trzymają, będą nielitościwie ukarani. Ja tu rozkazuję, nikt inny! Moje doniesienia dojdą do Bagdadu, a nawet Stambułu. Każę was zdegradować i uwięzić! Słyszycie? Czy boicie się tego chrześcijańskiego psa? Tego potwora ohydy i podłości...
Stanąłem nad nim i osadziłem go temi słowy:
- Do mnie pijesz?
- Tak, do ciebie! - wycedził.
- I jak śmiałeś mnie nazwać?
- Chrześcijańskim psem i...
Nie mógł dokończyć zdania, bo uderzyłem go tak silnie, że stracił przytomność. Wyciągnąłem mu machrami, chustkę z za pasa i zawiązałem mu nią ręce na plecach.
- Tak, teraz nie będzie mi więcej dokuczał. Później zajmie się nim syndandżi!
- A może wogóle dżellaa, oprawca, gdyż z uwagi na piastowany przezeń urząd, przyślą mu zapewne jedwabny stryczek - poparł moje słowa mir alai. Widzę effendi, że twe uderzenia pięścią są tak mocne, jak i dawniej. Dzięki nim niepotrzebne są powrozy do wiązania rąk i nóg uwięzionym. I tam takie uderzenie by się przydało.
Wskazał na Pedera, który trzymany przez żołnierzy, usiłował wyzyskać nieobecność generała, i wciąż ponawiał opór. Kazałem go związać własnym jego pasem, a że kapral czuwał nad tem, uczyniono to samo, już bez mego polecenia, z dwoma innymi Persami, którzy nie mieli śmiałości stawiać najmniejszego oporu.
Najbierniejszą rolę przez cały ten czas grał Piszkhidmet baszi. Oparty nieruchomo o ścianę, nie wymówił ani słowa i tylko oczyma zdradzał od czasu do czasu, że rozgrywające się sceny nie są mu obojętne. Teraz zbliżył się do mnie i wyrzekł po raz pierwszy:
- Effendi, ci ludzie - to przestępcy. Zgadzam się z tem. Muszą być ukarani - i z tem się zgadzam. Ale czy generał ma prawo obezwładnić ich i więzić?
- Z pewnością - odpowiedziałem.
- Mimo, że są perscy poddani?
- Bądź ostrożny, Piszkhidmet baszi! Prawo generała jest bezsprzeczne, bo żaden konsul, lub przedstawiciel obcego mocarstwa nie może przeciwdziałać aresztowaniu przestępców swego narodu. Nikt nie może wymagać, aby zostawiano mordercę na wolności, dlatego, że należy do innego narodu.
- Tak, masz rację. Ale dlaczego przywołujesz mnie do ostrożności?
- Bo stając w obronie tych ludzi, łatwo możesz ściągnąć na siebie podejrzenie, że jesteś ich tajnym wspólnikiem.
Ze spokojnym uśmieszkiem, który byłby niemożliwy, gdyby nie miał czystego sumienia, jął mnie zapewniać:
- Podobne podejrzenie nie może mnie spotkać. Żyję pod osłoną łaski naszego panującego i zadowolony jestem ze swego stanowiska i z życia. Poco miałbym psuć sobie, albo wręcz niweczyć to zadowolenie, mieszając się do spraw, które nic wspólnego nie mają z moją godnością ani uczciwością. Oświadczyłem ci już, że jestem dzielnym, a nawet zapalonym wojownikiem. Ale stawiać na kartę mój dobrobyt dla zdobycia marnych pieniędzy przez zdradę stanu, czy jak tam te rzeczy się nazywają - to mi się nawet nie śni. Cenię się o wiele wyżej. Nienawidzę spisków, bo podrywają dobre samopoczucie i mącą błogi spokój duszy. Możesz mi wierzyć effendi!
Uwierzyłem mu chętnie, ale z innego zupełnie powodu: przedewszystkiem nietylko zbyt cenił swą wygodę, ale był zanadto tchórzliwy, aby móc wzbudzać podejrzenia, o których poprzednio wspominał Osman Pasza.
Ten wnet powrócił. Wślad za nim szedł kol agasi; przez uchylone drzwi widziałem, że przedpokój jest pełen żołnierzy. Pojmani zostali odprowadzeni, zaś namiestnika musiano przenieść, nie odzyskał bowiem dotąd przytomności. Generał osobiście im towarzyszył, aby się przekonać, czy zastosowano wszystkie nakazane środki ostrożności.
Gdy powrócił, musiałem mu zwrócić uwagę na to, że mój powrót do Birs Nimrud wymaga pośpiechu.
- Tak - zgodził się - zabawiliśmy dłużej, niż zamierzałeś, ale też unieszkodliwiliśmy za jednym zamachem namiestnika, co mam tylko tobie do zawdzięczenia. Kto z nas ma jednak ustalić plan dalszego działania?
- Proszę!
- Jest to zadanie, które tybyś łatwiej rozstrzygnął, niż ja, bo znasz lepiej ode mnie miejscowość i tutejsze stosunki. Proszę cię więc przynajmniej o radę i dobre wskazówki, któremi się mam kierować!
- Chętnie! Ale będziemy mówili po niemiecku!
- Jak pan chce! - podchwycił generał w tymże języku. - Czy jest coś takiego, co my dwaj tylko wiedzieć powinniśmy?
- Owszem.
- Cóż takiego?
- Doniosła sprawa szajki przemytników. Myślę, że tylko osoby zaufane powinny mieć do niej dostęp.
- Jestem tego samego zdania. Ale niepodobna, aby doszło do walki w tych podziemiach?
- To jest możliwe, chociaż sądzę, że da się uniknąć walki. Jeżeli szajka wpadnie w nasze ręce - stanie się, oczywiście, własnością rządu Padyszacha. Ekscelencja podziela moje zdanie?
- Naturalnie. Rozumie się, że będzie wyznaczona nagroda dla tych, którym zawdzięczać będziemy tę zdobycz!
- Dobrze, zapamiętam tę obietnicę!
- Tak? Chciał pan... dla siebie? - spytał tonem cokolwiek niedowierzającym.- Możliwe; że pan okaże się jedynym człowiekiem, który się przyczynił...
- Przepraszam - przerwałem mu - nie o mnie chodzi, lecz o mego starego bimbasziego w Bagdadzie. Gdyby nam nie opowiedział tego, co przeżył w Birs Nimrud, byłoby obecnie rzeczą niemożliwą przychwycić sefira. Stracił przytem cały swój majątek; jemu więc powinna być przyznana cała nagroda, Ekscelencjo!
Osman Pasza podał mi rękę i rzekł wzruszonym głosem:
- Nie zawiodłem s!ę! Spodziewałem się tego po panu! Objawia mi się cały Kara ben Nemzi, który nie o siebie dba, lecz o dzielnych i upośledzonych! Pański bimbaszi dostanie tyle, ile pan zażąda. Ale teraz do rzeczy: potrzeba nam wojska - ile więc i jakiego rodzaju broni?
- Tylko kawalerja, gwoli szybkości!
- Jest do pana dyspozycji.
- Nie wiem, ilu ludzi liczy banda sefira i w jakiej ilości zwerbował Ghasai - Beduinów; sądzę jednak, że pięćdziesięciu jeźdźców wystarczy w zupełności.
- Na żądanie pana postawię na nogi cały garnizon!
- Dziękuję! Gdybym działał tylko dla siebie, nie potrzebowałbym pięćdziesięciu jeźdźców.
- Z jakiego względu postępuje pan inaczej?
- Ze względu na odpowiedzialność.
- Ba! Jestem tutaj obcy. Czy nie widzi pan, że sprawia mi prawdziwą ulgę, zwalniając mnie z tej sprawy i biorąc na siebie przeprowadzenie jej? Znam pana i wiem, że nie mógłbym powierzyć pełnomocnictwa lepszym rękom. Więc proszę pana o zgodę, a więc... o rękę!
Wyciągnął do mnie rękę i, widząc, że się waham, dodał;
- Przyrzekam nawet panu nagrodę w postaci przyjemności, którą rezerwuję dla pana i jeszcze dla kogoś!
- Jaką to przyjemność?
- Poczekaj pan chwilę! Jak się nazywa ten kol agasi, którego mi pan polecił?
- Amuhd Mahuli.
- Dobrze: wracam za dwie minuty!
Skinął na mir alai, aby za nim podążył, i wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie znajdował się stół do pisania. Gdy powrócili, pułkownik, który dawał referencje, mrugnął do mnie porozumiewawczym uśmiechem; generał trzymał w ręku arkusz papieru, który podał mi z temi słowy:
- Amuhd Mahuli jest od dzisiaj bimbaszim; tu oto ma pan tymczasową nominację, jako gwarancję właściwego awansu, który nastąpi za parę dni. Może mu pan dać, jeżeli to panu sprawia przyjemność, ale narazie ani ja, ani mir alai nie możemy mu nic powiedzieć. Niech mu pan zrobi z tego nagrodę. Widzi pan, że chcę panu dogodzić. Jeszcze raz wyciągam rękę - czy zgadza się pan nareszcie?
- Tak, z miłą chęcią - odrzekłem, podając mu rękę, poczem złożyłem papier i schowałem do kieszeni.
- Dobrze! Niech pan decyduje o wszystkiem! Ale nie bierz pan mniej, niż pięćdziesięciu żołnierzy, bo zawsze jest lepiej mieć o dziesięciu ludzi więcej, niż o jednego zamało!
- Zatem proszę o sześćdziesięciu, bo dziesięciu musi zostać przy koniach.
- Pięknie! Dalej?
- Tymi sześćdziesięcioma dowodzić będzie stary Amuhd Mahuli, który, oczywiście, musi mi być we wszystkiem posłuszny.
- Zgoda! Co dalej?
- Paczkę świec i zapałek.
- Więcej nic?
- Nic więcej. Jestem gotów, jeszcze jedno pytanie: czy Ekscelencja przybędzie, jeśli wyślę gońca?
- Jeśli Pan wyśle po mnie, to będzie znaczyło, że jestem potrzebny, więc przybędę.
- Zatem proszę o jak najszybsze przyszykowanie oddziału i o konia dla Piszkhidmet Baszi
- Czy i ten wyrusza z wami?
- Tak, jest mi potrzebny.
- Nie uważam go za bardzo odważnego?
- Potrzebny mi jest on sam, a nie jego odwaga, której naprawdę nie posiada. Potrzebuję go do innej, zupełnie biernej roli.
- O, domyślam się - chce pan nadać tej wyprawie, jak to jest w pańskim zwyczaju, jakiś oryginalny charakter?
- Nieinaczej.
- Już jestem ciekaw pańskiej późniejszej opowieści. Natychmiast wydaję odpowiednie rozkazy,
- Ale proszę, aby przytem zachowano jak największą ciszę! Poza tem wyznaję, że odczuwam głód i pragnienie.
- Tym potrzebom zaraz uczynimy zadość - uśmiechnął się zadowolony.
Po dziesięciu minutach siedzieli wszyscy obecni przy zimnem lahhm maszwi, pieczeni, a po kwadransie kol agasi zameldował, że oddział jest gotów do wymarszu. Był najwyższy czas. Ochmistrz nie odmówił swego udziału; mając sześćdziesięciu żołnierzy eskorty, czuł się bezpiecznie. Gdyby jednak wiedział, do jakiej roli go przeznaczałem, byłby najchętniej pozostał w Hilleh. Natomiast Mahuli cieszył się, jak dziecko, z wycieczki, jaką przedsiębraliśmy.
* * *
Wyszliśmy na dwór, gdzie przed bramą czekał na nas zastęp jeźdźców. Stanąłem na jego czele wraz z kol agasim i ochmistrzem. Ten pierwszy, zaledwie opuściliśmy miasto, poruszył sprawę rozkazów, jakie miał ode mnie otrzymać:
- Ty, effendi, jesteś muszir, seraskier Paszą, marszałkiem naczelnym naszej armji, - rzekł - ja zaś ferik Paszą, generałem dywizji. Wszyscy mają tobie być posłuszni, a mnie moich sześćdziesięciu ludzi. Z chęcią idziemy na tę walkę i jesteśmy gotowi skoczyć dla ciebie w ogień. Powiedz mi tylko, co mam robić i jak się mam zachowywać!
- Przedewszystkiem musimy jak najprędzej i możliwie niepostrzeżenie zajechać do Birs Nimrud - odrzekłem,
- Niepostrzeżenie? Wobec tego byłoby wskazane zboczyć z tej drogi.
- Słusznie; ale wtedy wjeżdżamy na zły teren i narażamy nogi naszych koni na niebezpieczeństwo.
- O, nie. Musisz wiedzieć, że tu jest nasze pole ćwiczeń, znamy więc każdą piędź ziemi. Jeśli wrogowie spodziewają się ataku, oczekują go od strony miasta. Czy nie?
- Nieinaczej.
- Wytężą więc uwagę w tym kierunku - dlatego musimy ich zaskoczyć z innej strony. Poświęcimy na to co najmniej jeszcze pięć minut. Czy nie uważasz, że powinniśmy zatoczyć maleńki łuk?
- Tak.
- A więc polegaj na mnie! Twoje ogiery nie potkną się ani razu. Pojedziemy jak po gładkim sufra, stole.
Zboczył na prawo i muszę przyznać, że co do porządku jazdy, nie przesadzał. Przytem nie przestawał mówić i ciągnął dalej:
- Myślę o starem przysłowiu, które głosi, że los nicuje suderah, ubranie człowieka trzy razy dziennie: raz rano, drugi raz w południe, a trzeci wieczorem. Twój los zdaje się zmieniać jeszcze częściej, mianowicie w nocy także dwa razy.
- Jakto?
- Bo tej nocy sam byłeś więziony, i już teraz chcesz innych uwięzić. Tak samo byłeś moim więźniem i po krótkim czasie znów wolny, nie pytając nikogo o pozwolenie!
- W mojej ojczyźnie przysłowie powiada; kto dużo pyta, ten popełnia dużo błędów; w tym wypadku będzie oznaczało: ten nie przebywa murów.
- Tak, ten skok przez mur! Dałbyś dużo za to, żeby zobaczyć te spojrzenia, jakiemi was odprowadzono, kiedy, siedząc, jak na gomelastik, gumowych sprężynach przefrunęliście na drugą stronę! Nikt z nas nie byłby się odważył na taki skok. Mamy niezłe konie w pułku, ale nie mamy dobrych jeźdźców. Wolny Beduin jeździ konno o wiele lepiej, niż my. Gdybym tylko miał bataljon, nie mówię o pułku, jakżeby jeździli moi ludzie! Musieliby latać, jak sokoły! Ale tego w mojem życiu nie dopnę. Kismet mi nie sprzyja!
- Czy nie czujesz się szczęśliwy?
- Jak można być szczęśliwym, kiedy się w ciągu pięciu miesięcy nie otrzymało żołdu? Padyszach jest największym i najsławniejszym, najbogatszym i najmądrzejszym władcą wszystkich państw, ale... nie skrzywdzisz mnie i nie zdradzisz mych słów, jego bogactwa zostają przy nim, do nas nie docierają, a sprawiedliwość jego rozpościera się nad całą kulą ziemską, tylko nie nad naszemi kieszeniami.
- Z czego żyjesz, skoro tak długo nie dostałeś żołdu?
- Właściwie wcale nie żyję, lecz głoduje, bo kocham swój harem, żonę i swe dzieci i oddaję im te okruchy chleba, które zbieram z dywanów moich przełożonych. Ja mogę głodować, ale nie oni!
- Twoi przełożeni mają więc chleb?
- O, nietylko chleb, ale i mięso i wszystko, czego ich dusza zapragnie. Musisz wiedzieć, że strumień dochodów idzie z góry na dół, ale dochodzi tylko do bimbasziego; tu urywa się zazwyczaj i tylko wtedy, kiedy pułk zaczyna się buntować, zostaje otwarta maleńka śluza, która zresztą natychmiast zostaje zatkana. O, gdybym tak kiedykolwiek zaawansował na bimbaszi'ego, bylibyśmy, ja i moja rodzina, do której całem swem sercem należę, na zawsze zbawieni!
- Czy twoja rodzina jest liczna?
- Mam czterech synów i trzy córki: mam własną matkę i matkę swej żony; razem jedenaście osób, zmuszonych żyć ze skąpego żołdu, którego nie dostaję. Oby Allah dał nam polepszenie!
- Pomoże ci, Amuhd Mahuli. Jeżeli będę z ciebie dzisiaj zadowolony, pomówię z generałem i poproszę go, aby polecił wypłacić ci zaległy żołd.
- Gdybyś zechciał, effendi! Moja wdzięczność i całej mojej rodziny byłaby niezapomniana do.................................................................................