Oślepiający nóż - Brent Weeks

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Rozdział 7

Kip siedział w biurze sekretarzy, bawiąc się nerwowo bandażem na lewej ręce, kiedy Żelazna Pięść i Gavin rozmawiali na balkonie na rufie. Siedział wcześniej oparty plecami do ściany między biurem i kajutą Pryzmata, ale kiedy za dużo usłyszał, przesiadł się po cichu na jedno z krzeseł, dalej od ściany, żeby nie wyszło na to, że podsłuchiwał.

Czarnogwardzistą. On. Zupełnie jakby wygrał w zawodach, w których nawet nie wiedział, że bierze udział. Nie zastanawiał się jeszcze nad przyszłością. Uznał, że Chromeria zajmie mu kilka najbliższych lat i potem się zastanowi. Jednak najtwardsi ludzie, jakich znał na tym świecie, byli Czarnogwardzistami - Karris i Żelazna Pięść.

Drzwi otworzyły się i z kajuty wyszedł Żelazna Pięść. Rzucił Kipowi ostre spojrzenie. Pełne dezaprobaty. I Kip natychmiast zrozumiał, że wciśnięto go Żelaznej Pięści - dowódca nie chciał, żeby Kip-grubas dewaluował Czarną Gwardię. Zrobiło mu się tak ciężko na sercu, że wypadło mu z piersi i zostawiło po sobie dymiący krater w pokładzie.

- Pryzmat chce się z tobą zobaczyć - powiedział Żelazna Pięść.

I wyszedł.

Kip wstał. Miał nogi jak z waty. Poszedł do kajuty.

Pryzmat Gavin Guile, mężczyzna, który wzniósł Mur ze Słonecznej Wody, stawił czoło morskiemu demonowi, zatapiał piratów, miażdżył armie i zastraszał satrapów - jego ojciec - uśmiechnął się do niego.

- Kip, jak się czujesz? Ostatnio dokonałeś naprawdę niesamowitych rzeczy. Chodź. Muszę obejrzeć twoje oczy.

Nagle zakłopotany Kip poszedł za ojcem na balkon na rufie. W jasnym porannym świetle Gavin obejrzał jego tęczówki.

- Wyraźny zielony pierścień. Moje gratulacje. Już nikt więcej nie weźmie cię przypadkiem za nie-krzesiciela.

- To... super.

Gavin uśmiechnął się z pobłażaniem.

- Wiem, że musisz przywyknąć do wielu rzeczy, i podejrzewam, że już ktoś ci to powiedział, ale użyłeś mnóstwa magii w czasie bitwy. Mnóstwa. Przemiana w zielonego golema to coś, czego już nie uczymy, bo ogólnie rzecz biorąc, człowiek może tego dokonać dwa, trzy razy w ciągu życia. To wypala twoją moc i twoje życie z niewiarygodną szybkością. Moc jest upajająca, ale lepiej z nią uważaj. Widziałeś przy pracy jednych z największych krzesicieli tego świata i nie możesz zakładać, że potrafisz robić wszystko to, co oni. Ale popatrz na mnie, prawię ci kazania. Przepraszam.

- Nie, nie szkodzi. To...

To normalna rzecz, każdy ojciec to robi. Kip nie powiedział tego na głos. Przełknął gulę, która nagle wyrosła mu w gardle.

Gavin spojrzał ponad falami na flotyllę, która za nimi podążała. Był zadumany, poważny. Wreszcie się odezwał:

- Kip, nie mam szansy dać ci tego, do czego masz prawo. Nie mogę dać ci czasu, na który zasługujesz, który jestem ci winien. Nie mogę wyjawić ci wszystkich sekretów, które chciałbym. Nie mogę cię wprowadzić w nowe życie w sposób, którego bym sobie życzył. Zdecydowałeś się ujawnić, że jesteś moim synem, i ja to szanuję. Jako taki będziesz znany. Jako że jesteś moim synem, mam dla ciebie zadanie i muszę powiedzieć ci, co to za zadanie. Teraz, ponieważ dzisiaj odpływam. Będę zaglądał co pewien czas do Chromerii, ale niezbyt często. Nie w najbliższym roku.

Kipowi przyszło do głowy za dużo myśli jednocześnie. Zbyt wiele razy wywrócono do góry nogami jego świat. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, z dziecka otumanionej mgiełką samotnej matki stał się chłopcem, który stracił wioskę, matkę i dotychczasowe życie. A potem nagle wylądował w Chromerii i znalazł się w towarzystwie najlepszych krzesicieli i wojowników na świecie.

I tego samego dnia, kiedy ojciec go zaakceptował, uznał synem, a nie bękartem, znalazł list od matki, w którym twierdziła, że Gavin Guile ją zgwałcił. Błagała Kipa, żeby zabił Gavina. Pewnie była ogłupiała od mgiełki, to jasne. Owszem, była to ostatnia rzecz, jaką w życiu napisała. To jednak nie czyniło listu w magiczny sposób różnym od innych kłamstw, które wmawiała Kipowi od lat.

Napisała, że go kocha. Kip natychmiast odrzucił tę myśl i emocje, jakie uruchamiała.

Coś jednak z tego musiało odmalować się na jego twarzy, bo Gavin dodał cicho:

- Kip, masz prawo być zły, ale muszę cię poprosić o coś niemożliwego. Wyślę cię do Chromerii. Oczywiście, spodziewam się, że będziesz dobrze radził sobie na wszystkich lekcjach. Chociaż, szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodzi, dopóki będziesz uczył się tak dużo i tak szybko, jak zdołasz. Tak naprawdę to chcę... To musi być nasza tajemnica, Kip. Już prosząc cię o to, powierzam ci własne życie. Oczywiście, możesz zawieść albo zdecydować, że tego nie zrobisz, ale...

Kip przełknął ślinę. Dlaczego Gavin tak lawirował, skoro chciał go poprosić o wstąpienie do Czarnej Gwardii?

- Kiedy tak owijasz w bawełnę, bardziej mnie przerażasz, niż gdybyś po prostu powiedział - odezwał się Kip.

- Po pierwsze, musisz zaimponować swojemu dziadkowi, nie mając mnie pod ręką. Wezwie cię. Nie będzie miły. Uznamy się za zwycięzców, jeśli zdołasz się nie zmoczyć. - Posłał mu szelmowski uśmiech Guile'ów, ale zaraz spoważniał. - Postaraj się. Jeśli zdołasz mu zaimponować, dokonasz czegoś więcej, niż kiedykolwiek mnie się udało. Jednak cokolwiek uczynisz, nie zrób sobie z niego wroga.

- I to będzie to niewykonalne zadanie?

- Nie... cóż, może... ale zacząłem od łatwiejszego zadania. Chcę, żebyś zniszczył Światłowładcę Klytosa Niebieskiego.

Kip zamrugał zaskoczony. To też nie było "wstąp do Czarnej Gwardii".

- To co powiedziałem, że bardziej mnie przeraża twoje owijanie w bawełnę niż samo zadanie? Cofam te słowa.

- Mówiąc "zniszcz", mam na myśli to, żebyś zrobił wszystko co trzeba, by zrezygnował ze swojego urzędu w Spektrum. Potrzebuję tego stanowiska, Kip.

- Do czego?

- Nie mogę ci powiedzieć. Powinieneś zapytać, co mam na myśli, mówiąc "zrób wszystko co trzeba".

- Ach, racja, w takim razie pytam o to - odparł Kip.

Miał nadzieję, że to jakiś żart, ale buntujący się żołądek podpowiadał mu, że jest inaczej.

- Jeśli nie doprowadzisz do tego, że Klytos zrezygnuje z własnej woli albo z powodu szantażu, zabij go.

Lodowate zimno przepłynęło Kipowi od kręgosłupa do ramion. Chłopak przełknął ślinę.

- Twój wybór. Zostawiam to tobie. To wojna, Kip. Widziałeś, co się dzieje, kiedy niewłaściwy człowiek ma władzę. Gubernator Garristonu mógł przygotować miasto. Wiedział, co nadchodzi. Przygotowanie miasta uczyniłoby go szalenie niepopularnym i kosztowało go fortunę. Zamiast tego więc postanowił pozwolić, by wszyscy zginęli. Jeden człowiek doprowadził do tej rzezi zwykłą bezczynnością. Gdyby nas tam nie było, sprawy potoczyłyby się dużo, dużo gorzej. Tak to wygląda. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.

Chociaż to było niemożliwe, Kip był spokojny. Niemożliwość nie liczyła się w tej chwili, potem będzie się z tym mocować - kiedy ojciec odpłynie.

- Zasługuje na to? - zapytał tylko.

Gavin wziął głęboki wdech.

- Chcę powiedzieć "tak", żeby ci to ułatwić, ale "zasługiwanie" to śliskie pojęcie. Czy tchórz, który porzuca towarzyszy, zasługuje, żeby go zastrzelić? Nie, ale trzeba to zrobić, bo stawka jest zbyt wysoka. Klytos Niebieski to tchórz, który wierzy w kłamstwa. Czy jeśli człowiek wierzy w kłamstwa i je powtarza, to sam jest kłamcą? Może nie, ale trzeba go powstrzymać. Nie uważam, że Klytos jest złym człowiekiem, Kip. Nie sądzę, żeby zasługiwał na śmierć, bo wtedy sam bym go zabił. Stawka jest jednak ogromna i stale rośnie. Zrób, co będziesz musiał. Najpierw dostań się do Czarnej Gwardii. Załatwiłem ci dopuszczenie do kwalifikacji. Dostań się, a ta pozycja ułatwi ci wypełnienie pozostałych zadań.

Pewnie. Łatwizna. Dla Gavina Guile pewnie rzeczywiście to była łatwizna. Dla człowieka dysponującego takimi mocami, wszystko było tak łatwe, że pewnie myślał, że dla innych ludzi też tak jest.

- Co chcemy osiągnąć? - zapytał Kip. - Ostatecznie, mam na myśli.

- Wojna to rozprzestrzeniająca się pożoga. A każda dawna uraza jest jak suche drewno, które błaga o płomień. Kiedy walczyłem z bratem, dołączyli do mnie ludzie, którzy mnie nienawidzili, bo swoich sąsiadów nienawidzili jeszcze bardziej, a wtedy owi sąsiedzi przyłączyli się do mojego brata. Zabiliśmy dwieście tysięcy ludzi w niecałe cztery miesiące, Kip. Miałem szansę zatrzymać tę wojnę na jednym mieście, kilku tysiącach ofiar. Zawiodłem. Są satrapie, które chętnie popatrzą, jak Atash płonie, które nie miałyby nic przeciwko, gdyby ogień rozprzestrzenił się na Krwawą Puszczę, które nie chcą, by ich synowie ginęli w obronie Ruthgaru, które nie życzą sobie, by ich córki dołączyły do Uwolnienia po obronie Parii, które nie chcą, żeby podnosić podatki dla ilytańskich barbarzyńców, które nie zgodzą się, żeby wysyłać ich plony tym paskudnym Abornejczykom.

Kip zrozumiał.

- Nie zostaje więc nikt.

- Staramy się powstrzymać wojnę, zanim pochłonie wszystkich.

- Jak się powstrzymuje wojnę? - spytał Kip.

- Wygrywając ją. Dlatego wykonaj swoje zadanie, a ja zajmę się swoim.

- Ile mam czasu? - zapytał Kip.

Cząstka jego osoby buntowała się. To nie w porządku prosić o coś takiego chłopca. Nie prosi się o coś takiego syna. Jednakże Kip był synem tylko z łaski ojca. Był niechcianym bękartem i jeśli Gavin trzymał chłopca, którego wcześniej nie znał, na odległość wyciągniętej ręki, to jak Kip mógł mieć o to pretensje?

- To zależy, jak długo Książę Barw będzie lizał swoje rany po Garristonie. Pewnie nie mamy co marzyć, że przeczeka zimę, więc najprawdopodobniej wyruszy na zachód. Spodziewam się, że Idoss zatrzyma go na parę miesięcy. Utrata Idoss powinna wystarczyć, żeby Spektrum się ruszyło. W przeciwnym wypadku... sześć miesięcy, Kip. Osiem, jeżeli będziemy mieli szczęście. Jeśli nie utrzymamy Ru, książę zdobędzie tamtejsze jaskinie saletrowe i kopalnie żelaza, a wtedy pogrążymy się w wojnie o wiele gorszej niż Wojna Fałszywego Pryzmata, i wątpliwe, żeby ten konflikt potrwał równie krótko.

Kip tak bardzo tracił grunt pod nogami, że nie widział już, gdzie jest dół, a gdzie góra.

- Dlaczego ja?

- Bo zuchwałość to miecz młodzieńca. Śmiałość to jego pistolet. I szczerze mówiąc, jeśli zawiedziesz, wyjdziesz tylko na dzieciaka. To popsuje twoją reputację, ale nie moją. I nie doprowadzi do śmierci żadnego z nas. Jesteś dobrą bronią, bo gdy spojrzeć na ciebie, wyglądasz jak dziecko, sympatyczny chłopiec, który nie skrzywdziłby nawet muchy.

Sympatyczny. Czytaj "gruby i miły". Za chwilę będę "pogodny".

- Jestem tak nieprawdopodobny jako przeciwnik, że aż idealny?

- Otóż to.

- Też tak raz myślałem, zaraz przed swoją ucieczką z Garristonu.

Kip pomyślał, że nikomu nie przyjdzie do głowy, że przyszedł szpiegować Księcia Barw i ratować Liv. Źle się to skończyło.

- Tyle że teraz jesteś silniejszy.

- To było raptem dwa tygodnie temu!

Gavin się roześmiał.

- To nic ci nie mówi? - naciskał Kip.

Gavin się uśmiechnął.

- Tobie też to powinno coś mówić.

- Co?

Gavin spoważniał.

- Że w ciebie wierzę.

Kip nie bardzo wiedział, co z tym zrobić - nie, kiedy Gavin powiedział mu to wprost. Nie mógł tego wyśmiać, nie mógł z tego zażartować. To była tak oczywista prawda, że poczuł miłe ciepło. Skrzywił się.

- Naprawdę jesteś w tym niezły, co?

Gavin zmierzwił mu włosy.

- Prawie tak dobry, jak myślę. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Wiesz, Kip, kiedy to wszystko się skończy... - Pozwolił, żeby słowa zgasły, a wraz z nimi jego dobry humor.

- To nigdy się nie skończy, prawda? - zapytał Kip.

Pryzmat odetchnął głęboko.

- Nie tak, jakbym chciał.

- Przegramy?

Gavin przez chwilę milczał. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo.

- Istnieje takie ryzyko.

Objął Kipa za szerokie ramiona, uścisnął i wypuścił.

- Ale przeciwności są po to, żeby z nimi walczyć.

 

Rozdział 8

Karris miała już wszystkie rzeczy spakowane i przygotowane. Domyślała się, że Gavin wykrzesze kolejny ślizgacz, zamiast wziąć jedną z łodzi. Zawsze był niecierpliwy. Jeszcze raz sprawdziła rzeczy, żeby uspokoić nerwy. Nie mogła znieść myśli, że o czymś zapomniała. Nie cierpiała, kiedy nie wiedziała, co powinna przygotować, a jednocześnie starała się nie zabrać zbyt wielu rzeczy.

Oczywiście, Gavin przyjdzie, powie "chodźmy" i spróbuje natychmiast wyruszyć. Jakby, wymyśliwszy sposób na przebycie całego Morza Lazurowego w jeden dzień i zaoszczędzenie na tym miesiąca żeglugi, nie mógł sobie pozwolić na dodatkową godzinę lub dwie na spakowanie rzeczy.

Dlaczego właściwie zgłosiła się do tego na ochotnika?

Bo nie masz nic lepszego do roboty niż ratowanie świata i ujawnienia raka, który toczy jego serce.

Oto dlaczego.

Gavin wyszedł na pokład, a nią znowu wstrząsnęło to, że wszystkie spojrzenia od razu powędrowały w jego stronę. Przypuszczała, że większość pasażerów na tym statku to prości ludzie i że oglądaliby się też na widok gubernatora Garristonu, Crassosa, nawet jeśli go nienawidzili. I możliwe, że patrzyliby z takim uwielbieniem na każdego Pryzmata, chociaż w to akurat wątpiła. Pozycja Gavina była wyjątkowa, ale z pewnością ściągałby na siebie wszystkie spojrzenia nawet gdyby był stewardem. Teraz, kiedy ponownie ocalił im wszystkim życie, aż dziwne, że nie witali go burzą oklasków.

Żeglarze powitali go burzą oklasków.

Sukinsyn.

Dwójka Czarnogwardzistów pojawiła się u jego boków, gdy tylko przekroczył próg kajuty. Ktoś musiał krzyknąć, że Pryzmat się pojawił, bo w ciągu kilku chwil ludzie stłoczyli się na pokładzie. Kapitan, oddany gruby Ruthgarczyk, nawet nie próbował ich powstrzymać albo zagonić żeglarzy z powrotem do roboty. Ludzie prawie się tratowali, kiedy wybiegali z kajut pod pokładem. I wszyscy - żeglarze, żołnierze, kupcy, arystokraci i chłopi - nadbiegli, żeby spojrzeć na swojego Pryzmata.

Przebywał z nimi na tym samym statku przez ostatni tydzień, wcześniej był z nimi w Garristonie. Przecież wcale się nie zmienił. A jednak, o ile wcześniej był dla nich ważną osobistością, teraz był po prostu ich człowiekiem. Ich wybawcą. Rzucenie się do walki z morskim demonem i wygrana uczyniła Gavina herosem.

Gdyby Karris nie widziała na własne oczy, jak niewiele brakowało, żeby Gavin został pożarty, mogłaby cynicznie uznać, że specjalnie zaaranżował to przedstawienie.

Na pokładzie panował ścisk - na wszystkich statkach upakowano tylu ludzi, że pękały w szwach, by wydostać uchodźców z Garristonu, zanim Książę Barw zajmie miasto - i wszyscy zebrani szeptali między sobą, wypowiadając takie brednie, jak: "Widzisz go? Mówi coś?".

Gavin podszedł do Karris w towarzystwie Czarnogwardzistów. Oni, tak samo jak ona, rozglądali się po tłumie, wypatrując niebezpieczeństwa.

- Pani, czy uczynisz mi ten honor i zechcesz towarzyszyć mi w małej wyprawie? - zapytał Gavin.

Co należy zrobić, kiedy ktoś cię uprzejmie prosi, żebyś zrobiła coś, co zamierzałaś zrobić, a nawet więcej: knułaś i nakłaniałaś zwierzchnika, żeby ci na to pozwolił?

- Ehm... z największą przyjemnością - odpowiedziała Karris.

- Doskonale.

Gavin uśmiechnął się bez cienia ironii. Naprawdę miał miły uśmiech. Padalec.

Uniósł ręce.

- Słuchajcie! - powiedział.

Miał głos przywódcy i głos mówcy - opanował tę sztuczkę, która pozwalała mu mówić na tyle głośno i wyraźnie, żeby wszyscy go zrozumieli, a jednocześnie nie sprawiał wrażenia, że krzyczy.

- Słuchajcie! Opuszczam was dzisiaj, ale tylko na pewien czas. Udaję się przygotować dla was miejsce. Wyruszę przodem. A teraz proszę, byście byli nieulękli i rośli w siłę. Nadchodzą dni, które nas wszystkich wystawią na próbę. I zadanie, które tylko wy możecie wykonać, chociaż pomogę wam, jak tylko zdołam. Powierzam dowództwo generałowi Danavisowi. Ma moje pełne zaufanie. Dobrze wami pokieruje.

Wypowiadając te słowa, wkraczał na niebezpieczny teren i z pewnością to wiedział. Zasugerował, chociaż nie powiedział tego wprost, że jest ich promachosem; ten tytuł mógł otrzymać Pryzmat w czasie wojny, ale promachia leżała tylko w gestii Spektrum i wymagała jednomyślności. Gavin był promachosem w czasie wojny z bratem i pozbawiono go tego tytułu po niecałych sześciu miesiącach. Być promachosem, znaczyło stać się prawdziwym cesarzem.

Właśnie z myślą o zapobieganiu między innymi takim sytuacjom stworzono Czarną Gwardię.

Z drugiej strony, co innego mógł powiedzieć tym ludziom Gavin? Że odchodzi i że będą musieli sami sobie radzić? Niczego nie mieli. Wszystko zostawili w Garristonie.

Mówił dalej, a Karris rozglądała się po tłumie. Żelazna Pięść, oczywiście, nauczył ich, jak rozpoznać zabójcę w masie ludzi. Ktoś, kto obficie się poci, nerwowo się kręci, każdy, kto zasłania ręce w taki sposób, jakby coś ukrywał. Karris jednak kierowała się bardziej intuicją - zabójca nie pasowałby do otoczenia. Byłaby to osoba, która nie słucha, bo nie obchodzi jej, co się mówi. Byłby to ktoś, kto myśli tylko o swojej misji.

Karris zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy naraz. Po pierwsze, sama właśnie dokładnie tak się zachowywała. Po drugie, na pokładzie było co najmniej pięćdziesięciu Czarnogwardzistów. Już nie wspominając o kilku setkach fanatyków z pospólstwa, którzy rozszarpaliby na strzępy każdego, kto śmiałby choć obrazić ich Pryzmata. Jeśli można było mówić o idealnej chwili, by nie przeprowadzać zamachu, to ona właśnie nastąpiła.

Gavin wykrzesał schody z pokładu do wody, a potem łódkę o żółtym kadłubie z mechanizmem wiosłowym dla dwojga.

Czarnogwardziści na służbie nazywali się Ahhanen i Djur. Żaden z nich nie robił wrażenia zadowolonego, ale zasalutowali Karris, przekazując jej ochronę Pryzmata. Życie, światło, cel.

Gavin zszedł po stopniach i zajął swoje miejsce. Nie podał Karris ręki, by pomóc jej wsiąść, za co była mu wdzięczna. W tej sytuacji nie byli lordem i damą. Jakkolwiek by na to patrzeć, to ona chroniła jego.

Zajęła swoje miejsce przy wiosłach i zapytała:

- Nie niebieska tym razem, hę?

Kiedy ostatnim razem obydwoje wiosłowali, oskarżyła go, że posłużył się niebieskim luksynem przy budowie kadłuba, by był praktycznie niewidoczny na tle fal, co wyprowadzało ją z równowagi.

Odchrząknął.

Nie powinna była tego mówić. Bez wątpienia wykrzesał kadłub z żółtego luksynu przez wzgląd na nią. Narzekała z powodu tego, jak wtedy postąpił, więc tym razem zrobił inaczej. A ona od razu mu to wytknęła. Pięknie, Karris.

Odepchnęli się i zaczęli wiosłować w milczeniu, kierując się na zachód. Kiedy oddalili się jakieś półtorej mili, Gavin dał znać, że powinni się zatrzymać.

- Wczoraj pokazałem im wszystkim ślizgacz, ale sporo się wtedy działo - powiedział.

"Sporo się działo". Uznała, że można i tak opisać panikę, która ogarnęła pięćdziesiąt tysięcy bezradnych ludzi, kiedy zdali sobie sprawę, że atakuje ich morski demon, i zdumienie, z jakim patrzyli, jak ich Pryzmat w pojedynkę odciąga od nich niebezpieczeństwo za pomocą magii, jakiej nikt dotąd nie widział.

- Nie chciałem dzisiaj sprezentować wszystkim krzesicielom lekcji, jak samemu przygotować taki ślizgacz. Tylko dlatego, że sekret w końcu się wyda, nie znaczy, że trzeba o nim wykrzykiwać na cały świat.

Urwał, jakby zdał sobie sprawę, że może Karris nie jest osobą, której należy to mówić.

- Dokąd więc się wybieramy? - zapytała.

Ona też nie chciała teraz rozmawiać na ten temat.

- Powiedziałem swoim ludziom, że przygotuję dla nich miejsce.

- Cały czas mówisz ludziom różne rzeczy.

Gavin otworzył usta, ale się zawahał. Oblizał usta. Nie powiedział tego, co zamierzał.

- Zasłużyłem sobie na to. Rzecz w tym, że mam pięćdziesiąt tysięcy uchodźców. Jeśli umieścimy ich w jednym z małych tyrejskich miasteczek na wybrzeżu, to przytłoczą miejscowych, a i tak nadal będą znajdować się raptem kawałek marszem od Księcia Barw. Będą bezbronni i umrą z głodu, nawet jeśli on ich nie zaatakuje. Rzecz w tym, że, głównie z niesprawiedliwych powodów, nikt nie zechce pomóc grupie Tyrejczyków.

- A ty wpadłeś na jakieś wymyślne rozwiązanie.

- Nie wymyślne. Eleganckie. No dobrze, pewnie można je nazwać też wymyślnym. - Zaczął krzesać łopatki i słomki do ślizgacza. - Zamierzam umieścić ich na Wyspie Jasnowidzów.

Czyli naprawdę mu odbiło.

- Całą wyspę otaczają rafy. Nikt nie podpłynie tam statkiem - powiedziała Karris.

- Ja podpłynę.

- A co na to powiedzą Jasnowidze?

- Pewnie się zdziwią. Nic im jeszcze nie powiedziałem.

- Cudnie.

- Kto wie? - Gavin się zadumał. - W końcu są Jasnowidzami. Może przewiedzieli moje przybycie.

Uśmiech Gavina zwiądł od żaru dezaprobaty Karris. Podał jej jedną słomkę i pomknęli po falach.

Kiedy ostatnio razem płynęli ślizgaczem, trzymali się za ręce, a Karris ściskała jego dłoń miarowo, żeby złapali rytm. Teraz nie wyciągnął do niej dłoni. Dobrze, oszczędził jej kłopotu, kiedy musiałaby odmówić.

Mimo to, znaleźli wspólny rytm i mknęli po powierzchni morza. W ciągu pół godziny pojawiły się przed nimi góry Wyspy Jasnowidzów. Znajdowały się jednak dalej, niż się wydawało, i minęło jeszcze kilka godzin, zanim Gavin i Karris zbliżyli się do wyspy. Nawet wtedy Gavin nie skierował się prosto do niej. Skręcił na południe od wyspy i popłynął między nią i Tyreą; tyrejskie góry Karsos były ledwie widoczne w oddali i wydawało się, że mają fioletową barwę.

W końcu Gavin skręcił na północ ku rozległej zatoce. To było wielkie, spłaszczone półkole, dostatecznie duże, żeby pomieściła się tam cała flotylla Gavina, ale za szerokie - jak obstawiała Karris, chociaż nie była fachowcem - by chroniło przed zimowymi sztormami, które rozpętają się między wyspą i kontynentem za kilka miesięcy.

Nie było tam żadnych znanych zabudowań. Wyspa stanowiła tabu, była zakazana, święta. Lucidonius przekazał ją Jasnowidzom setki lat temu. A ponadto była otoczona przez rafy, które zniszczyłyby każdy statek o większym zanurzeniu niż kajak albo ślizgacz, a nawet one miały szansę tylko w czasie wysokiego przypływu.

Kiedy się zbliżyli, prześlizgując się raptem na szerokość dłoni nad rafami koralowymi, Karris zobaczyła ogromny pomost wystający z niezagospodarowanego brzegu. Pirs lśnił niczym złoto - pirs z czystego żółtego luksynu. Już miała coś powiedzieć na ten temat Gavinowi - czy to on go zbudował? To tu się wybierał, kiedy znikał w ciągu ostatnich dni? - kiedy zobaczyła coś innego.

Na plaży tłoczyło się nieskładnie kilka setek uzbrojonych mężczyzn i kobiet.

- Gavin, ci ludzie robią wrażenie rozgniewanych.

Gavin z rozbawieniem uniósł brwi.

- Nie tak bardzo rozgniewanych, jak będą za chwilę.

A potem, nie zważając na nic, podpłynął ślizgaczem do brzegu i zatrzymał się dokładnie przed tłumem.

 

Spis postaci

Adrasteia (Teia): uczennica w Chromerii. Jest niewolnicą lady Lucretii Verangheti z Veranghetich ze Smussato. Stara się o przyjęcie do Czarnej Gwardii i jest parylową krzesicielką.

Aheyyad: pomarańczowy krzesiciel, wnuk Tali. Obrońca Garristonu, projektant tamtejszego Muru ze Słonecznej Wody; nazwany przez Pryzmata Gavina Guile Aheyyadem Słoneczną Wodą.

Ahhanen: Czarnogwardzista.

Aklos: niewolnik lady Aglaii Crassos.

Amestan: Czarnogwardzista walczący w bitwie o Garriston.

Aram: szczeniak w Czarnej Gwardii. Jego rodzice byli Czarnogwardzistami i szkolono go w sztukach walki, odkąd nauczył się chodzić.

Arana: uczennica krzesania, córka kupca.

Aras: uczeń Chromerii, szczeniak w Czarnej Gwardii.

Arash, Javid: jeden z krzesicieli, który bronił Garristonu.

Aravind, lord: satrapa Atashu. Ojciec Katy Ham-haldity, corregidora Idoss.

Arias, lord: jeden z doradców Księcia Barw. Jest Atashaninem. Jego zadaniem jest rozprzestrzenianie wieści na temat Księcia Barw.

Arien: preceptorka w Chromerii. Krzesze pomarańczowy i poddaje Kipa próbie na rozkaz Światłowładcy Czerni.

Ariss Nawigator: legendarny badacz i odkrywca.

Artylerzysta: ilytański pirat. Jego pierwszym poważnym stanowiskiem w załodze była pozycja kanoniera na statku Aved Barayah. Później został kapitanem.

Asif: młody Czarnogwardzista.

Asmun: szczeniak w Czarnej Gwardii.

Atagamo: preceptor, który naucza właściwości luksynu w Chromerii. Jest Ilytaninem.

Atiriel, Karris: księżniczka z pustyni. Została Karris Wrogiem Cieni, zanim poślubiła Lucidoniusa.

Ayrad: żółty krzesiciel. Był szczeniakiem w Czarnej Gwardii wiele lat przed tym, jak Kip zaczął szkolenie. Zaczął jako ostatni w klasie (czterdziesty dziewiąty) i doszedł aż na szczyt, walcząc ze wszystkimi po kolei. Okazało się, że złożył śluby. Został dowódcą Czarnej Gwardii i przynajmniej raz ocalił czterech różnych Pryzmatów, zanim został otruty.

Azmith, Caul: paryjski generał, młodszy brat paryjskiej satrapki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Rozdział 9

- Dowódco, czy mogę chwilę z panem porozmawiać? - spytał Kip.

Kiedy Gavin i Karris odpłynęli, dowódca Żelazna Pięść i Czarna Gwardia przejęli najszybszy galeas, zabrali Kipa i skierowali się do Chromerii.

Przez kilka pierwszych dni wszyscy byli cały czas zajęci, bo Czarnogwardziści uczyli się od żeglarzy, próbując poznać ich rzemiosło. Dowódca Żelazna Pięść nie chciał, żeby jego ludzie siedzieli bez zajęcia, a mając szansę zdobyć nowe umiejętności, wszyscy natychmiast zabrali się do pracy. Żeglarze początkowo narzekali, ale w końcu przekonali się do pomysłu, gdy zobaczyli, jak szybko Czarnogwardziści się uczą.

Ci, którzy nie byli na służbie, brali udział w sparingach i treningach nadzorowanych przez Żelazną Pięść na niewielkim forkasztelu galeasa. Kipowi było wolno patrzeć, ale starał się przy tym nie wchodzić nikomu w drogę. Potrzebował paru dni, żeby znaleźć moment, kiedy dowódca będzie miał kilka wolnych minut, by móc mu pozawracać głowę.

Dowódca spojrzał na Kipa. Skinął głową. Wracał do kajuty, którą dzielił z nim kapitan.

Kip zebrał się już na odwagę, ale kiedy weszli do małego pomieszczenia i usiedli przy stoliku, odkrył, że po drodze większość jej stracił.

- Proszę pana, ja... w czasie bitwy o Garriston, ja... część z tego wydaje się nierealna, jakbym pamiętał coś, co nie mogło się naprawdę wydarzyć, wie pan, co mam na... Ale nie to chciałem... - Kip gadał jak głupi, nie mógł się wysłowić.

Poruszył obandażowaną ręką. Zabolało.

- Zabiłem króla... satrapę... jak zwał, tak zwał. Kiedy to zrobiłem, mistrz Danavis, znaczy generał Danavis, skrzyczał mnie, mówiąc, że wszystko popsułem. Nie chciałem okazać nieposłuszeństwa, po prostu... Sam nie wiem, może rzeczywiście chciałem się przeciwstawić.

Słowa stawiały opór. Miał wrażenie, że gada bez składu i ładu. Zabijał ludzi i pewnej cząstce jego osoby to się podobało. Jakby utarł nosa tym, którzy nie traktowali go poważnie. Tyle że on naprawdę miażdżył ludziom nosy, całe twarze i kiedy o tym pomyślał, czuł się okropnie. Powiedzenie o tym jednak było zbyt trudne.

- Nadal nie wiem, co zawaliłem i jaką to miało cenę. Może pan mi wyjaśnić?

Dowódca Żelazna Pięść odetchnął głęboko. Najwyraźniej nad czymś się zastanawiał.

- Ręka - powiedział.

Kip podał mu prawą rękę, nie bardzo wiedząc, czego chce ten imponujący człowiek.

Dowódca spojrzał na niego beznamiętnie.

- Ach!

Kip pokazał mu lewą. Dowódca zdjął bandaż.

- Miałem czternaście lat, kiedy pierwszy raz zabiłem człowieka. Moja matka była deją Aghbalu, gubernatorką regionu, i szykowała się do zdetronizowania satrapy Parii i zostania satrapką, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Pewnego razu, kiedy przechodziłem obok jej komnat, usłyszałem jej krzyk. Po raz pierwszy krzesałem może ze dwa tygodnie wcześniej. Wpadłem do komnaty i zobaczyłem zabójcę. Drobnego człowieka o rysach pogardzanego plemienia Gatu, o zębach poplamionych od żucia katy i z trucizną na falistym ostrzu krisu. Pamiętam, jak pomyślałem, że tylko krzesząc zdołam go powstrzymać, zanim będzie za późno. Jednak krzesanie nie wydarzyło się samo z siebie jak te dwa tygodnie wcześniej. Zadźgał moją matkę, kiedy ja stałem tam, nie wierząc własnym oczom, wyskoczył przez okno, przez które wcześniej wszedł, i próbował uciec po dachach. Dogoniłem go, pobiłem własnymi pięściami i zrzuciłem z dachu.

Kip przełknął ślinę. Żelazna Pięść gonił zabójcę, nieuzbrojony, po dachach i zabił człowieka uzbrojonego w zatruty sztylet... kiedy miał czternaście lat?

Dowódca zamilkł, oglądając poparzoną rękę Kipa. Machnął, żeby mu podano maść, którą konsyliarze przygotowali dla Kipa, i wtarł trochę w zaognioną skórę. Kip syknął i napiął wszystkie mięśnie, żeby powstrzymać krzyk.

- Musisz ruszać palcami - powiedział Żelazna Pięść. - Dzień w dzień, bez przerwy. W przeciwnym wypadku wkrótce palce na stałe zakrzywią się w szpony. Blizny unieruchomią ci dłoń i palce, i będziesz musiał rozedrzeć skórę, żeby nimi poruszyć. Albo teraz pocierpisz trochę, albo później dużo bardziej.

To było trochę bólu?

Dowódca Żelazna Pięść powrócił do swojej opowieści, kiedy owijał rękę Kipa świeżym bandażem.

- Rzecz nie w tym, że jestem twardym człowiekiem. Rzecz w tym, że popełniłem parę błędów. Moja matka została wyszkolona w dawat, sztuce walki naszego plemiona. Nie była wybitną wojowniczką, ale sporo umiała jak na cywila. Gdybym nie wszedł do pokoju, nie musiałaby się o mnie martwić i zdołałaby odpierać jego atak tak długo, aż zjawiłyby się straże. A kiedy już za nim pobiegłem, nie powinienem był go zabijać. Dowiedzielibyśmy się wtedy, kto go przysłał.

- Ale pan był tylko dzieckiem - powiedział Kip.

Po ponownym obandażowaniu i unieruchomieniu ręki poczuł się, jakby wpełzł z powrotem do ciepłego łóżka w zimny poranek.

- Tak samo jak ty - odparł dowódca.

Kip już chciał zaprotestować, ale Żelazna Pięść jeszcze nie skończył.

- A nawet gdybyś nie był, widziałem dorosłych mężczyzn i kobiety popełniających gorsze błędy w walce. Gdybyśmy z natury rzeczy podejmowali tylko słuszne decyzje, walcząc, nie musielibyśmy się szkolić.

- Czy przeze mnie zginęli ludzie? Zabiłem króla i nadal nie wiem, czy zrobiłem dobrze, czy nie.

Cały ból ulał się z Kipa i łzy stanęły mu w oczach. Odwrócił twarz i zacisnął zęby, mrugając gwałtownie. Głupek. Panuj nad sobą.

- Nie wiem - odpowiedział dowódca Żelazna Pięść. - Jednak Książę Barw celowo odsłonił króla Garadula. Chciał, żeby zginął. Może zawczasu to zaplanował. Z pewnością, gdybyśmy pojmali Garadula, zamiast go zabić, popsulibyśmy szyki Księciu Barw. Generał Danavis jest naprawdę bardzo, bardzo dobry w swoim fachu. Natychmiast to zrozumiał. Mało kto by to spostrzegł. A już z pewnością nie piętnastolatek, który pierwszy raz bierze udział w bitwie.

- Ale ja go zignorowałem. Tak bardzo chciałem zabić króla, że już nikogo nie słuchałem. Niczego.

Kip zmiażdżył królowi głowę. Pamiętał to uczucie, kiedy czaszka pękła, mózg wypłynął, krew trysnęła.

- Byłeś całkowicie w objęciach swojego koloru, Kip. Dlatego popełniłeś błąd. Może przez to wojna ogarnie więcej świata. Może. A może generał się mylił. Może król Garadul byłby o wiele gorszy od tego księcia. Nie wiemy. Nie dowiemy się. Stało się. Następnym razem bardziej się postaraj. Ja tak robię.

Dlatego trenujesz.

- Dowiedzieliście się kiedykolwiek, kto go przysłał? - spytał Kip.

- Zabójcę? Moja siostra uważała, że tak. Chodźmy do kambuza. Czas na kolację, chociaż nie będzie tak duża, jak byśmy obaj tego chcieli.

- Ale zemściła się na winnym?

- Można tak powiedzieć.

- A co mu zrobiła?

- Wyszła za niego.

 

Podziękowania

Od fal milimetrowych, przez sztuki walki, po "Magic: The Gathering" - potrzebowałem mnóstwa pomocy przy tym tomie. Oprócz tych, którym już dziękowałem w poprzedniej książce (i u których nadal mam dług wdzięczności), jest kilka osób zasługujących na powtórne lub zupełnie nowe podziękowania. Jako pierwszej dziękuję mojej żonie, Kristi, bez której wykonywałbym teraz jakąś znienawidzoną pracę. Kochanie, dzięki, że znosiłaś sześciodniowe tygodnie pracy przez kilka ostatnich lat. Postaram się być rozsądniejszy... za jakiś czas. Dziękuję Tobie, Eliso, za przejęcie tylu obowiązków, żebym mógł więcej pisać. Dziękuję Donowi Maass, Cameron McClure i reszcie DMLA za znalezienie nam właściwych ludzi do współpracy, za porady, za fachowe wyjaśnienia, za doskonałe wskazówki odnośnie do fabuły, za zachęty. Życie pisarza często jest zbyt samotne, a wy wnieśliście do niego rozsądek i mądrość.

Dziękuję ludziom z Orbit Books (w szczególności Devi, Anne, Alexowi, Timowi, Susan, Ellen i Lauren P.), którzy cały czas zadziwiają mnie ciężką pracą, jaką wykonują, innowacyjnością, chęcią do współpracy. Słyszę różne straszne historie od pisarzy, którzy wylądowali gdzie indziej, i cieszę się, że znalazłem swój dom w Orbit. Dziękuję wszystkim tym za kulisami, dzięki którym sprawy idą tu jak po maśle.

Dziękuję Mary Robinette Kowal ("Shades of Milk and Honey"), która zechciała przeczytać roboczą wersję książki. Doskonały oddźwięk, rewelacyjne spostrzeżenia. Ulepszyłaś moją książkę. Poza tym, ta jedna rzecz, to miejsce w trzeciej księdze, kiedy sprawy wyglądają naprawdę źle, a ty zasugerowałaś coś, przez co wyglądają absolutnie beznadziejnie? Aha, na sto procent ukradnę ten pomysł.

Dziękuję profesorowi matematyki, dr N. Willisowi, który przeczytał Czarnego Pryzmata i natychmiast zapytał mnie, czy kiedykolwiek grałem w "Magic: The Gatheringh". (Podstępny sposób przekonania się, czy zagram z nim, bez przyznawania się wprost do swojego bzika). Nigdy nie grałem w "MtG", ale wkrótce dostrzegłem matematyczne piękno tej gry. Wtedy zostało zasiane ziarno gry w Dziewięć Króli (chociaż mechanizm i zasady tych gier są różne). Żeby uprzedzić pewne e-maile, które z pewnością dostanę w tej sprawie: "Tak... ale miną lata". Dziękuję też za pomoc w obmyśleniu systemu prób na szkoleniu do Czarnej Gwardii, które nagle straszliwie się skomplikowało. I bądź tu człowieku mądry.

Dziękuję mojemu przyjacielowi z sił specjalnych, E.H., który zaznajomił mnie (dane odtajnione, wszystko absolutnie legalne!) pokrótce z technologią fal milimetrowych. Kto mówi, że w fantasy nie można wykorzystać najnowocześniejszej nauki?

Wielkie podziękowania dla sierżanta Rory'ego Millera. Jego książki na temat przemocy powinny być lekturą obowiązkową dla tych, którzy chcą przekonująco opisać przemoc w swoich fikcyjnych światach, i dla tych, którzy pragną jej uniknąć w prawdziwym świecie! (Zacznijcie od Meditation on Violence). Tylko jednej rzeczy mu nie wybaczę: mówienie o ilości uwalnianej adrenaliny w świecie i w czasach, kiedy jeszcze nie istniało słowo "adrenalina", to prawdziwe piekło. (Dziękuję Peterowi H. z Powell's za sprzedanie mi tej książki osobiście - i sprzedawanie osobiście mojej książki innym!).

Dziękuję lordowi Alfredowi Tennysonowi, którego Ulissesa cytowałem w Czarnym Pryzmacie i Oślepiającym nożu, przypisując te słowa Gevisonowi. Nieśmiertelne wersy, proszę pana. Chciałem podziękować już w poprzednim tomie, ale to przeoczyłem. Przepraszam.

Na końcu pragnę podziękować moim czytelnikom. Kocham to, co robię, i dzięki Wam nadal mogę to robić. To ogromny przywilej i zaszczyt, za co jestem Wam ogromnie wdzięczny. Nie mogę wiele Wam obiecać poza tym, że będę pracował ze wszystkich sił, żeby opowiadać Wam najlepsze historie, jakie zdołam. Może umówimy się, że ja będę to robił, a Wy nadal będziecie wciskać moje książki przyjaciołom? Umowa stoi?

Brent Weeks

 

Rozdział 10

~ Artylerzysta ~

Pac. Nadfiolet i niebieski. Wystarczyło, że dotknął kciukiem, a nastąpiło coś takiego, jakby ktoś zdmuchnął świecę. Świat pociemniał. Oczy stały się bezużyteczne. A jednak chwilę potem pojawiło się słońce, zalewające go fale, migoczące i rozkołysane. Patrzenie, jak zmienia się jego perspektywa, podczas gdy ciało pozostawało w całkowitym bezruchu, przyprawiało go o lekkie nudności.

Pac. Zieleń rozwiązała ten problem raptownym ucieleśnieniem, gdy powrócił zmysł dotyku. Płynął. Silne, żylaste ciało, nagie do pasa. Woda jest ciepła, pełno na niej szczątków statku.

Pac. Żółć. Powraca słuch - okrzyki nawołujących się mężczyzn, wrzaski paniki albo bólu. Jednak żółty to coś więcej, jest w nim logika człowieka i miejsca. Tyle że w tym żółć nie jest do końca taka jak powinna. Niedowierzanie. Pryzmat zjawił się znikąd. Uskoczył przed wszystkimi jego strzałami z dział. Nawet kiedy w końcu Artylerzysta zaczął strzelać z obu naraz. Mała łódka, którą Pryzmat zrobił, poruszała się z prędkością, w którą by nie uwierzył, gdyby to ktoś inny mu o niej opowiedział. Już Ceres to sobie na nim odbije. Przeklęty Gavin Guile.

Jego umysł przeskakuje z tematu na temat. Coś tu...

Pac. Oranż. Zapach morza, dymu i wystrzelonego prochu; wyczuwa też innych mężczyzn unoszących się na wodzie, a pod nimi, wokół nich... O, niech to wszyscy diabli. Rekiny. Mnóstwo rekinów.

Jego palec już opada. Pac. Czerwony-i-podczerwony-i-smak-krwi-w-ustach-ale-to-zbyt...

Cały dowcip z rekinami polega na tym, żeby walić je w nos. Całkiem podobnie jak z człowiekiem. Rozkwaś łobuzowi nos, a od razu pójdzie szukać zaczepki gdzie indziej. Łatwe, nie? Bułka z masłem.

Artylerzysta to nie jest łatwy kąsek. Morze to moje zwierciadło. Kapryśne jak ja. Szalone jak ja. Prądy w głębinach i potwory, które się z tych głębin wynurzają. Inni mówią, że to morska mgiełka, a ja mówię, że to ona pluje mi w twarz, ale tak po przyjacielsku. W przeciwieństwie do większości tej zgrai potrafię pływać. Tylko tego nie lubię. Ceres i ja najchętniej podziwiamy się na odległość.

Strasznie musiała się o coś wściec.

Rekin, którego na mnie nasłała, to rekin tygrysi. Ten gatunek to dobrzy myśliwi. Szybcy. Ciekawscy jak ogar wąchający ci krocze. Oszalali jak nałogowcy na głodzie. Zwykle są dwa razy dłuższe od człowieka. Jednak moja pani okazała mi należny szacunek. Mój rekin jest większy. Tak na oko jest trzy razy dłuższy ode mnie. Trudno powiedzieć, gdy patrzysz przez wodę. Nie chcę przesadzać. Nie cierpię tych, co przesadzają. Nienawidzę sukinkotów.

Jestem Artylerzystą i jak gadam, to celnie.

Wszędzie na szafirowych wodach walają się szczapy, kawałki lin i beczek, całe to śmiecie, ale rekin tygrysi wraca. Zależnie od tego, jak bardzo okaże się nieustępliwa, będę potrzebował paru minut, żeby osiągnąć stosowną wielkość...

- Och, Ceres! - wykrzykuję, kiedyś coś do mnie dociera. - Wiem, czemu się wściekasz!

Niewielu ludzi o tym wie, ale nazwa Morza Lazurowego wzięła się od jej imienia, a nie od koloru[1]. Nie. Te palanty i cymbały w Chromerii myślą, że cały świat kręci się wokół nich i ich kolorów.

Rekin krąży wokół mnie, płetwa grzbietowa wycina piękne łuki na otwartych wodach. Jestem już na obrzeżach śmietniska. Pierwszy wyskoczyłem, kiedy tylko zobaczyłem, że ogień zbliża się do prochowni. Jednakże fakt, że znajduję się na obrzeżu, oznacza, że płynąc do mnie, rekin nie musi zwalczać pokusy, jaką jest pozostałe dryfujące mięso.

- Ceres! Spokojnie! Odpuść sobie!

Ciągle się odwracam, starając się być twarzą do potwora. Rekiny są tchórzami - lubią pociągnąć cię w głębinę, zachodząc od tyłu. Te wielkie sukinsyny pływają sobie, ledwie poruszając cielskiem, jak kołujące sępy, i zaczynasz sobie myśleć, że są ociężałe, ale kiedy atakują, robią to z taką szybkością, że można narobić w gacie. Łeb jak klin zakreśla kręgi trochę bliżej, obraca się. I... teraz!

Artylerzysta ma mistrzowskie wyczucie czasu. Nikt mu nie dorówna. Nie masz innego wyjścia, kiedy morze wierzga pod twoimi stopami, a ty trzymasz w ręku lontownicę, lont się tli, dyszy ci prosto w twarz płonącą saletrą, jakby to był oddech kochanki, korweta już ustawia się burtą i jeśli tym razem nie zetniesz jej masztu, zatopi cię, wytrzebi i sprzeda do niewoli na galerę, po tym jak cię przeszpuntują wszyscy faceci z pokładu, którzy mają coś do ciebie albo ich zwyczajnie nosi.

Kopię i uderzam stopą, która po całym życiu chodzenia boso jest twarda jak garbowana skóra i kość, prosto w nos rekina. Widzę przebłysk mlecznej błony na oczach żarłacza, kiedy odskakuję, prawie wylatując z wody niesiony siłą jego uderzania.

Rekin dygocze ogłuszony. Wrażliwy nos, tak mi mówił ojciec. Wygląda na to, że dobrze mi mówił.

Artylerzysta to nie jest łatwy kąsek.

- Ceres! Myślisz, że ja to zrobiłem? Nieprawda! To Pryzmat! Gavin Guile! To ten przeklęty chłopak wysadził statek, nie ja. Idź, jego dorwij, ty durna babo!

Ceres nienawidzi, kiedy zaśmieca się jej twarz resztkami wysadzonego statku, a mnie przydarzyło się to już parę razy.

Rekin dochodzi do siebie i rzuca się do ucieczki. Przez sekundę myślę, że jestem bezpieczny, że Ceres zachowa się rozsądnie. Pływa tu inne mięso. I wtedy rekin zakręca i płynie z powrotem.

Jednakże chowa urazę. Cała Ceres. A ona zwykła brutalną siłą miażdżyć tych, którzy ją prowokują.

- Ceres! Nie rób tego!

Nadal mam pistolet. Straciłem swój muszkiet, kiedy wybuchł mi w rękach w czasie walki z Pryzmatem i jego Czarnogwardzistami - co doprowadza mnie do szału i co jest niemożliwe, bo nigdy w życiu nie załadowałem muszkietu za dużą ilością prochu. Zresztą, tym pomartwię się później. Pistolet może nadal działać, chociaż skoczyłem do wody. Od lat próbowałem zbudować wodoodporny pistolet. Jednak nic nie pomagało, kiedy wpadło się do wody, a poza tym, strzelanie w wodzie to zabawa dla głupców. Morska skóra Ceres chroni jej krewniaków. Wobec tego wyciągam nóż; jego ostrze jest długie na trzy dłonie.

- Niech cię szlag, Ceres! Przecież mówiłem, że przepraszam!

Morskie demony to synowie Ceres. Zabiłem jednego, wiele lat temu. Do tej pory mi nie wybaczyła. I nie wybaczy, dopóki nie złożę w ofierze czegoś naprawdę nadzwyczajnego.

Rekin tygrysi płynie prosto na mnie. Zero subtelności. Wiem już, kiedy uderzy.

Atakuje i moja pięta znowu zderza się z jego miękkim nosem. Tym razem część uderzenia amortyzuję kolanami; bestia mimo to porządnie obrywa, ja jednak nie pozwalam, żeby znowu mnie tak daleko odrzuciło. Dźgam w oko, nie trafiam, wbijam nóż w skrzela. Wyciągam ostrze, a w ślad za nim tryska szkarłat, jak ogień z gardzieli działa.

To śmiertelny cios, ale śmierć będzie powolna. Do diabła. Chciałem załatwić to szybko.

Krew plami wodę w pełnym słońcu. Rekin skręca gwałtownie. Płynę, jakby goniła mnie wściekła bogini. Docieram do szalupy akurat, kiedy zjawiają się młodsze żarłacze. Te są krótsze niż piekielny ogar Ceres, a ich pasy są wyraźniejsze.

To cud, że bączek ocalał - cud tylko trochę umniejszony przez fakt, że nigdzie nie ma przeklętych wioseł. Staję na szeroko rozstawionych nogach i widzę, że inni mężczyźni też płyną do szalupy. Pierwszy to Paryjczyk, któremu brakuje z sześciu zębów. Nazywa się Kant, i to nie bez powodu.

Ten przeklęty młot już dorwał w swoje brudne łapy dwa wiosła. Nie wygląda na zadowolonego, gdy widzi, że siedzę w szalupie.

- Wyglądasz na przemoczonego - mówię.

Nie mam wioseł, ale to nie ja pływam z rekinami. A rekiny nie jedzą wioseł.

- Pierwszy oficer - mówi Kant. - Ty jesteś kapitanem. I potrzebujemy załogi. To moje ostatnie słowo. Wiatry i fale nie zagnają cię stąd do brzegu.

Szybki jest. Właśnie z tego powodu zawsze go tak nie cierpiałem. Niebezpieczny gość, ten Kant. Z drugiej strony, na ile dobrym kanciarzem może być? W końcu sam pozwolił, żeby go tak obsmarowano - nazwano Kantem.

- No to dawaj wiosła, pierwszy oficerze, żebym mógł pomóc ci wejść do łodzi - proponuję.

- Idź do diabła.

- To był rozkaz - mówi Artylerzysta.

- Idź do diabła - odpowiada Kant i podnosi głos, nie zważając na żarłacze.

Poddaję się. Nigdy się nie poddaję.

Kant upiera się, że będzie trzymał wiosła, kiedy wciągam go do bączka. I bardzo dobrze. Dzięki temu ma zajęte ręce, kiedy przebijam mu plecy nożem, przyszpilając go do nadburcia.

Kiedy mężczyźni patrzący z wody klną, zaskoczeni tą nagłą zdradą, wyrywam wiosła z palców Kanta. On już nie żyje, ręce dygocą mu w przedśmiertnych drgawkach, zaciskają się mocno. Muszę posłużyć się kolbą pistoletu, żeby roztrzaskać zaciśnięte palce, dzięki czemu wiosła lądują w szalupie.

Stoję, chociaż łódka podskakuje na falach jak korek. Trzymam pistolet, wymachując nim beztrosko, kiedy zwracam się do pływających, zdesperowanych mężczyzn, którzy właśnie widzieli, jak zamordowałem Kanta.

- Jestem Artylerzysta! - krzyczę, bardziej do Ceres niż do mężczyzn w wodzie. - Dokonałem tego, o czym satrapowie i Pryzmaci tylko marzą! Jestem kanonierem z legendarnego Aved Barayah! Jestem pogromcą morskiego demona! Zabójcą rekinów! Piratem! Draniem! A teraz jestem kapitanem. Kapitan Artylerzysta mustruje załogę - mówię, wreszcie zwracając się do pływających, przestraszonych mężczyzn otoczonych przez rekiny.

Wyrywam nóż z burty i ciało Kanta spada do wygłodniałego morza.

- Musi być gotowa wypełniać rozkazy!

1 Morze Lazurowe - w oryginale Cerulean Sea; cerulean (ang.) - lazurowy, błękitny (przyp. tłum.).

 

Rozdział 11

- Mam nadzieję, że dobrze wypocząłeś, mały Guile'u - powiedziała niska, przysadzista Czarnogwardzistka imieniem Samite.

Ustawiono ją razem z nim na tyłach kolumny Czarnej Gwardii. Tego ranka Galeas dopiero co dotarł na Wielki Jaspis i jako pierwsi zeszli na ląd Czarnogwardziści.

- To będzie dla ciebie długi dzień - dodała.

Czy wypoczął? Całą noc próbował wymyślić, jak ukryć swój wielki sekret, swoje dziedzictwo, ostatni i jedyny podarunek od matki. Miał duży, ozdobny, wysadzany klejnotami biały sztylet, o którym nikt nie wiedział, i duże, ozdobne etui z polerowanego drewna do kompletu. Oczywiście mógł schować sztylet do pudełka, ale jakaś paranoiczna cząstka jego umysłu była przekonana, że pierwsze, co zrobi ktoś, kto zobaczy to pudełko, to poprosi, by je otworzył.

Jak mógłby odmówić?

Późną nocą usiadł w ciemnościach na małej koi, starając się nie obudzić Czarnogwardzistów śpiących na innych kojach. Znalazł szpagat i przymocował sobie sztylet do pleców, co zajęło mu bite dziesięć minut z powodu zabandażowanej ręki. Pod ubraniem czubek sięgał mu aż do tyłka, ale pasek przytrzymywał sztylet na miejscu.

To nie było doskonałe rozwiązanie, ale najlepsze, na jakie wpadł. Po takiej nocy długi dzień to było właśnie to, czego potrzebował. Mimo to, zdobył się na smutny uśmiech dla Samite. Była ładna mimo garbatego, często łamanego nosa i rzucającego się w oczy braku przedniego zęba. Była niska i zwarta jak wał nadmorski.

Jako jedni z ostatnich dołączyli do kolumny, po której uformowaniu Czarnogwardziści ruszyli spokojnym truchtem.

Kip myślał, że będzie pod mniejszym wrażeniem, kiedy po raz drugi ujrzy Chromerię. Mylił się. Nadal imponował mu nawet Wielki Jaspis, w całości zajęty przez zabudowę. Samo miasto składało się z wielobarwnych kopuł na pobielonych kanciastych budynkach. Każde skrzyżowanie zdobiła wieża, na szczycie której wisiało lustro, tak wypolerowane i lśniące, by mogło skierować światło słoneczne - a nawet księżycowe - w dowolną część miasta. Tysiąc Gwiazd, tak je nazywano. Ulice poprowadzono po prostych z matematyczną precyzją, by odcinały tak niewiele promieni, jak to tylko możliwe.

Widząc, jak Kip przygląda się budowlom, Samite powiedziała:

- Nie ma ciemności na Wielkim Jaspisie, lubią tak mawiać. - Uśmiechnęła się szeroko, pokazując dziurę po zębie. - Nie można traktować tego dosłownie, ale jest w tym stwierdzeniu więcej prawdy niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Kip skinął głową, oszczędzając oddech na czas truchtu. Wystarczyło, żeby na chwilę spojrzał na Samite, a już prawie wpadł na odzianego w czerń luksjata.

Na ulicach tłoczyły się tysiące ludzi. I to bez dnia targowego czy z powodu szczególnego święta, zdał sobie sprawę Kip. To było normalne na Wielkim Jaspisie. A przechodnie pochodzili z każdego zakątka Siedmiu Satrapii. Rude blade dzikusy z ostępów Krwawej Puszczy i odziani w wełniane dublety ciemni jak noc Ilytanie, jasnoskórzy Ruthgarczycy ze słomkowymi kapeluszami o szerokim rondzie dla ochrony przed słońcem, i Abornejczycy, i Abornejki, których w zasadzie nie dało się odróżnić pod licznymi warstwami jedwabiu i masą kolczyków.

Jednakże niezależnie od pochodzenia wszystkich na ulicach łączyła jedna rzecz: respekt dla Czarnej Gwardii, z którą Kip biegł. Ludzie schodzili gwardzistom z drogi, a ci z kolei uznawali to za naturalne.

Początkowo Kip starał się nie rzucać za bardzo w oczy, jako ktoś, kto nie pasuje do umięśnionych sylwetek wokół, ale wkrótce skupił się na tym, żeby nadążyć.

- Nie martw się - powiedziała Samite.

Ku niepomiernej irytacji Kipa, chociaż Czarnogwardzistka była niemal tak szeroka jak wysoka, nawet się nie zadyszała.

- Jeśli nie nadążysz, mamy rozkaz cię zanieść - dodała.

Zanieść? Wstyd, jaki go ogarnął, gdy tylko to sobie wyobraził, dodał mu sił. Poza tym, gdyby go ponieśli, odkryliby sztylet.

Wreszcie przeszli po Łodydze Lilii - przezroczystym moście z niebieskiego i żółtego luksynu pomiędzy Małym i Wielkim Jaspisem.

Żelazna Pięść dał jakiś sygnał, którego Kip nie widział, kiedy Czarna Gwardia wkroczyła na główny dziedziniec między sześcioma zewnętrznymi wieżami Chromerii, i gwardziści rozbiegli się w sześć różnych stron. Kip zgiął się wpół, opierając ręce na kolanach, próbując złapać oddech. Wzdrygnął się, zmełł w ustach przekleństwo i zdjął ciężar z lewej ręki.

- Ukryta broń jest najbardziej użyteczna, jeśli możesz ją szybko wyciągnąć - powiedziała Samite.

Kip gwałtownie się wyprostował. No jasne. Kiedy się pochylił, sztylet zarysował się wyraźnie pod ubraniem, a z racji swojej pracy, kto jak kto, ale Czarnogwardziści potrafili dostrzec ukrytą broń.

Doskonale, Kip. Znakomicie. Nie potrafisz schować sztyletu nawet na godzinę.

Z drugiej strony, nie powiedziała ani słowa więcej.

Kip rozejrzał się po odchodzących Czarnogwardzistach. Żelazna Pięść też zniknął.

- Ehm, a co ja mam ze sobą zrobić? - zapytał Samite.

- Zabiorę cię do twojej nowej kwatery, a potem na zajęcia.

Kipa ścisnęło w żołądku. Klasa pełna ludzi, którzy znają się wzajemnie i będą się gapić, kiedy on wejdzie. Zostanie wrzucony w sam środek tematu, o którym nie ma zielonego pojęcia, i wyjdzie na głupka. Przełknął ślinę.

Widziałem morskiego demona, stawiłem czoło kolorakom, walczyłem w bitwie, zabiłem... a denerwuję, się bo będę nowy w klasie. Skrzywił się, ale nie poczuł się lepiej.

Poszedł za Samite do centralnej wieży i do jednej z działających na zasadzie przeciwwagi wind.

- Poznałeś już rozkład pomieszczeń? - spytała Samite.

- Dowódca zabrał mnie prosto do Młocarni, więc nie bardzo.

- Niestety, nie mamy na to dzisiaj czasu. Lubię patrzeć, jak świeże mięso wytrzeszcza oczy. - Wyszczerzyła zęby, ale w przyjaznym uśmiechu. - Mówiąc w skrócie, w każdej wieży mieszkają krzesiciele danego koloru i tam znajduje się większość przeznaczonych dla nich klas, chociaż są też wspólne dla wszystkich koszary, biura, magazyny i biblioteki. U podstawy każdej wieży znajdują się bardziej wyspecjalizowane pomieszczenia. Pod niebieską są piece hutnicze i piece do wytapiania szkła, pod zieloną ogrody i menażerie, pod czerwoną sala zabaw i konserwatoria, pod żółtą infirmeria i sale dyscyplinarne, pod podczerwoną kuchnie i zagrody, a pod Wieżą Pryzmata jest sala główna. Jasne?

Miał nadzieję, że żartowała. Uśmiechnął się niepewnie, kiedy wyszli na puste piętro znajdujące się niezbyt wysoko. Samite poprowadziła go korytarzem i otworzyła dębowe drzwi do koszar.

- Znajdź sobie puste łóżko.

W środku nikogo nie było, puste prycze ciągnęły się od jednej ściany do drugiej. W nogach każdej stała skrzynia na rzeczy osobiste.

- Proszę, powiedz mi, że nie ma żadnej ukrytej hierarchii rządzącej tym, kto dostaje które łóżko - jęknął Kip.

- Nie ma żadnej ukrytej hierarchii rządzącej tym, kto dostaje które łóżko - oznajmiła monotonnym głosem Samite.

- Kłamiesz?

- Zgadza się.

- Które łóżko jest najgorsze w pokoju?

- W głębi, najdalej od drzwi.

Kip ruszył do ostatniego łóżka, kiedy zdał sobie z czegoś sprawę. Przystanął.

- Właściwie to nie mam żadnych rzeczy.

Miał tylko płaszcz, ozdobne pudełko na nóż i nóż.

Samite odchrząknęła.

- Co?

- Nie pójdziesz do klasy uzbrojony.

Niech to diabli.

- Zabierzemy cię także do krawców po chromeryjski strój.

Co miał zrobić? Zostawić bezcenny sztylet w koszarach? Samite wiedziała tylko, że Kip ma nóż. Właśnie opuścili strefę wojenną, więc to nie była żadna niespodzianka. Gdyby jednak pokazał go jej, z pewnością by to zgłosiła. Musiał sprawić, żeby sztylet jej nie zainteresował.

- Będę, ehm, musiał zdjąć koszulę, żeby wyjąć nóż, więc mogłabyś, ehm, odwrócić się? - spytał Kip.

Odwróciła się bez jednego uśmiechu czy żartu na ten temat.

Kip szybko podszedł do łóżka, zdjął koszulkę i odwiązał sztylet. Naciągnął z powrotem koszulę i niezgrabnie zwinął płaszcz. Otworzył skrzynię. W środku leżał cienki złożony koc. Kip odłożył płaszcz i szkatułkę od sztyletu, a potem postawił skrzynię w nogach łóżka.

- Już? - spytała Samite.

- Ehm, nie! Jeszcze minutkę.

Kip rozejrzał się po łóżkach. W pokoju stało około sześćdziesięciu pryczy. Wolne - te najbliżej Kipa - nie były pościelone, a skrzynie stały pod nimi. Zajęte pościelono, skrzynie stały w ich nogach.

Nie było tu żadnych schowków, tak samo jak nawet odrobiny prywatności.

Kip wsunął sztylet pod materac. Szybko pościelił łóżko, starając się wygładzić zmarszczki, żeby wybrzuszenie nie rzucało się w oczy. Potem ruszył z powrotem do Samite.

- Wiesz - zagadnęła go Czarnogwardzistka - najlepszy sposób, żeby coś ci ukradziono, to schować to pod materac. Tam zawsze zabijaki i złodzieje zaglądają w pierwszej kolejności.

Jestem beznadziejny w te klocki! Powinienem był powiedzieć ojcu o tym sztylecie. Nawet jeśli by mi go zabrał, lepsze to niż, żeby buchnął go jakiś szesnastoletni zapyziały dupek. Niech to szlag, matko, nie mogłaś dać mi medalionu?

Kip wrócił do pryczy, wyjął sztylet i rozejrzał się. Przeszedł pięć rzędów do jednego z wolnych łóżek, otworzył skrzynię pod nim i schował sztylet pod kocem. Lepsze to niż nic. Wsunął skrzynkę pod łóżko, krzywiąc twarz.

- Fantastycznie - powiedział. - Co teraz?

Następni w kolejności byli krawcy, gdzie Kip musiał się rozebrać do wzięcia miary. Krawcami okazały się kobiety. Jedna z nich była naprawdę ładna, a kiedy przyklęknęła przed nim, gdy on stał w samej bieliźnie, mógł jej zajrzeć prosto w dekolt. Przez następne pół godziny Kip gapił się w sufit i modlił. A kiedy wreszcie wychodził, dziękując Orholamowi, że jego ciało nie narobiło mu żadnego wstydu, druga kobieta odchrząknęła i wręczyła mu zapasową parę czystej bielizny.

- Można je przepłukać w wodzie od czasu do czasu - powiedziała konspiracyjnym szeptem. - Tak samo jak pachy.

Prawie umarł ze wstydu.

Zmusili go do kąpieli - ze złością odprawił niewolnicę, która próbowała mu pomóc - a potem przebrał się w nową białą tunikę, nowe białe spodnie i nową bieliznę, a niewolnica zabrała jego rzeczy do koszar. Potem poszli i zarejestrowali go u jakiegoś urzędnika, który kazał Kipowi wpisać imię na stercie formularzy. Później Samite zabrała go do jadalni, gdzie pozwolono mu na bardzo mały i bardzo szybki lunch, a na końcu pokazała mu, gdzie znajdują się toalety na każdym piętrze wież.

Wreszcie zabrała go na pierwsze zajęcia.

- Mogę wejść do środka albo poczekać na zewnątrz. Twój wybór - powiedziała.

- Na zewnątrz, proszę. Na zewnątrz.

Już bez tego był wystarczająco zażenowany faktem, że ma osobistą strażniczkę. Zajrzał do sali wykładowej, próbując ukryć zdenerwowanie, podczas gdy inni uczniowie przechodzili obok niego. Był głodny. Oddałby wszystko za kawałek pasztecika.

- Ehm, jest coś, co powinienem wiedzieć? - zapytał.

- Nikt się nie spodziewa, że będziesz cokolwiek wiedzieć.

Wobec tego może nawet spełnię wasze oczekiwania.

 

Rozdział 12

- Za każdym razem, kiedy krzeszecie, przyśpieszacie swoją śmierć - powiedziała preceptorka Kadah.

Nie była jeszcze w średnim wieku, a już sprawiała wrażenie pomarszczonej szarej myszy. Miała przygarbione ramiona, włosy, które nie widziały szczotki ani grzebienia od tygodni, zielone okulary na złotym łańcuszku na szyi i rózgę z zielonego luksynu w ręce.

- Wasza śmierć nie ma znaczenia, ale pozbawienie waszego satrapy drogiego narzędzia jak najbardziej. My, którzy krzeszemy, jesteśmy niewolnikami. Niewolnikami Orholama, światła, Pryzmata, satrapów i naszych miast.

Radosna osóbka. Kip starał się zachować beznamiętną twarz, siedząc na pierwszych zajęciach w Chromerii.

- Najpierw kłamstwa, potem lekcje - powiedział chłopiec siedzący za Kipem.

- Co? - zdziwił się Kip.

Zerknął przez ramię.

Chłopiec - co dziwne - nosił okulary w grubych mahoniowych oprawkach pod jeszcze grubszymi czarnymi brwiami. Soczewki sprawiały, że jedno oko wydawało się większe od drugiego. A jeszcze bardziej intrygujące od jego ruthgarskiej urody - kręconych jasnokasztanowych włosów, drobnego nosa, ogorzałej cery i piwnych oczu - były same mechaniczne okulary. Na zawiasach trzymały się dwie kolorowe soczewki, żółta i niebieska, w każdej chwili gotowe, by spuścić je na przezroczyste szkła.

Chłopak wyszczerzył zęby, widząc, jak Kip się gapi.

- Mój własny projekt.

- Genialne. Nigdy...

Coś uderzyło w ławkę Kipa z odgłosem jak wystrzał z muszkietu. Kip prawie wyskoczył ze skóry. Spojrzał na luksynową rózgę w ręce preceptorki. Uderzyła nią w ławkę, raptem o szerokość kciuka omijając jego opuszki.

- Panie Guile - powiedziała.

Pozwoliła, żeby słowa wybrzmiały, informując w klasie wszystkich, którzy nie wiedzieli, kim jest Kip, że w rzeczy samej wywodzi się z Guile'ów i że ona o tym wie.

W następnej kolejności udowodni, że ma to w nosie.

- Uważa pan, że jest lepszy od reszty klasy, panie Guile?

Pokusa była ogromna, ale Kip otrzymał swoje rozkazy. Miał dobrze radzić sobie na zajęciach. Nie pomoże mu w realizacji tego celu fakt, że go z nich wyrzucą.

- Nie, pani preceptor - odpowiedział.

Uznał, że zabrzmiało to szczerze.

Nie robiła groźnego wrażenia, nie była ani wysoka, ani potężnie zbudowana, ale stała złowieszczo nad krzesłem Kipa. Odchylił się tak mocno, jak pozwoliło mu oparcie krzesła.

- Rozumiemy się, młody człowieku?

Dziwnie to ujęła, skoro nie wyraziła wprost żadnej groźby, ale nie musiała.

- Tak, pani preceptor.

- Dyscypułowie, z pewnością zauważyliście już nowego kolegę - powiedziała to w taki sposób, że nie było jasne, czy robi aluzje do jego tuszy, czy też nie. Rozległo się kilka nerwowych chichotów. - Nazywa się Kit Guile i...

- Kip - wtrącił Kip. - Nie kit do okien, tylko Kip, chłopak do kitu.

Wiedział, że popełnił błąd, kiedy tylko zaczął wypowiadać te słowa.

- Ach. Dziękuję. Zapomniałam, że rynsztokowy tyrejski ma własne definicje słów. Wyciągnij rękę, Kip.

Wyciągnął rękę, nie do końca rozumiejąc po co, dopóki nie uderzyła go zieloną witką w knykcie.

Aż mu zaparło dech.

- Nigdy więcej nie przerywaj preceptorowi, Kip. Nawet jeśli jesteś Guilem.

Spojrzał na knykcie, spodziewając się, że będą spływały krwią. Jednak nic z tych rzeczy. Preceptorka doskonale wiedziała, jak mocno może uderzyć swoją witką. Przynajmniej uderzyła go w kostki prawej ręki. Uderzenie w gojącą się lewą byłoby o wiele gorsze.

Preceptorka Kadah odwróciła się i wróciła na przód klasy, mrucząc pod nosem:

- Kip, idiotyczne imię. Ale jakiego imienia dla bękarta można się spodziewać po niepiśmiennej flądrze?

To była pułapka. Kip wiedział, że to pułapka. Otwierała się szeroko dokładnie przed jego stopami. Ona cię nienawidzi i ma plan, Kip. Trzymaj język za zębami, Kip.

Podniósł rękę. To był jedyny kompromis, jaki jego mózg zdołał wynegocjować z ustami.

Nie pozwoliła mu się odezwać, więc dalej trzymał w górze lewą rękę. Owinięta w bandaże rzucała się w oczy. Mogła wyglądać jak biała flaga kapitulacji, gdyby nie to, że w tak oczywisty sposób wyrażała bunt.

- Jak wszyscy powinniście wiedzieć z wczorajszego wykładu, krzesanie to proces przemiany światła w materialną substancję, luksyn.

Widziała, że Kip nadal trzyma rękę w górze, i na chwilę zacisnęła mocniej usta, ale udała, że go nie widzi.

- Każdy kolor światła może zostać przekształcony w luksyn danego koloru, a każdy luksyn ma swój zapach, wagę, twardość, wytrzymałość.

Na brodę Orholama, o tym im mówi? Byli aż tak bardzo w tyle? Co za strata...

- Kip, uważasz to za stratę czasu? - zapytała ostro preceptorka. - Nudzimy cię?

Pułapka, Kip. Nie rób tego, Kip.

- Nie, zawsze tak szklą mi się oczy. To dlatego, że moja matka wiecznie paliła mgiełkę.

Preceptorka uniosła brwi.

- Mam taką przypadłość - mówił. Zamknij się, Kip. Zamknij. - Widzi pani, nie tylko jestem gruby, ale też ociężały... no wie pani, umysłowo... więc, kiedy zafiksuję się na jednej rzeczy, to nie jestem w stanie zająć się inną, dopóki nie uzyskam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Może nie jestem dostatecznie zaawansowany, żeby brać udział w tych zajęciach. Może powinienem zostać przeniesiony gdzie indziej.

- Rozumiem.

Wiedział, że nie pozwoli mu przenieść się do innej klasy. Nie wiedział nawet, czy jest jakaś inna klasa.

- Cóż, panie Guile, to właśnie są zajęcia dla nowicjuszy. Szczycimy się tym, że nie zostawimy w tyle nawet najsłabszych cieląt w stadzie, a pan ewidentnie chciał coś powiedzieć, prawda?

- Tak, pani preceptor.

Nienawidził jej. Ledwie ją znał, a już chciał rozkwasić jej ten brzydki pysk.

Uśmiechnęła się. To był nadzwyczaj nieprzyjemny uśmiech. Drobna kobieta, tak zadowolona z tego, że jest panią na swoich włościach, która z taką dumą zastraszała klasę pełną dzieci.

- Wobec tego zawrzyjmy umowę, Kip: ty powiesz, co zechcesz, ale jeśli ja uznam to za impertynencję, znowu uderzę cię w knykcie. Widzicie, to będzie niezwykle pouczające: analogia krzesania, zawsze płaci się cenę, a wy musicie zdecydować, czy jesteście gotowi ją zapłacić. A zatem, Kip?

- Nazwała pani moją matkę niepiśmienną, a jest w tym mniej więcej tyle prawdy, co w stwierdzeniu, że pani jest przyzwoitym człowiekiem. - Kipowi serce podeszło już do gardła. - Moja matka zaprzedała duszę mgiełce. Kłamała, oszukiwała i kradła, myślę, że nawet sprzedała się parę razy, ale nie była niepiśmienna. Jeśli zamierza pani oczerniać moją matkę, żebym wyszedł na bardziej żałosnego, to jest mnóstwo prawdziwych rzeczy, które można o niej powiedzieć. Jednak "niepiśmienna" do nich nie należy.

Ty suko.

Cała klasa wybałuszyła oczy, słysząc te słowa. Nie wiedział, czy właśnie rozbroił setkę plotek, czy raczej ich namnożył. Może jedno i drugie, ale zachował spokój w głosie i nie nazwał preceptorki kłamczynią ani nie powiedział nic gorszego. W pewnym sensie to było zwycięstwo. W pewnym.

- Skończyłeś?

A teraz cena za zwycięstwo.

- Tak.

Położył rękę na ławce, żeby go uderzyła. Lewą, owiniętą w bandaże.

To głupie, Kip. Tylko ją prowokujesz. Sam się prosisz.

Trzask! Kip podskoczył, kiedy rózga uderzyła w ławkę tak mocno, że cały blat się zatrząsł - raptem o dwa kciuki od jego dłoni.

- Klaso, czasem w krzesaniu jest jak w życiu, nie trzeba płacić ceny za niewłaściwe zachowanie - powiedziała preceptorka Kadah. - Zwłaszcza gdy jest się Guilem. Kip, nie podoba mi się twoja postawa. Idź poczekać na korytarzu.

Kip wstał i wyszedł na korytarz odprowadzany spojrzeniem dwudziestu par oczu. Inne dzieci z klasy pochodziły ze wszystkich Siedmiu Satrapii: ciemnoskórzy Paryjczycy, dziewczęta z rozpuszczonymi włosami, chłopcy w ghotrach; oliwkowoskórzy Atashanie o oczach jak szafiry; mnóstwo Ruthgarczyków o drobnych nosach, wąskich wargach i jasnej skórze, jeden był nawet blondynem. Kip był jedynym Tyrejczykiem, chociaż najbardziej wyglądał na mieszańca: włosy miał kręcone jak u Paryjczyka, ale bez ich smukłej, wiotkiej budowy; oczy miał niebieskie jak Atashanin, ale skórę ciemniejszą niż ich oliwkowa cera, a nos nie tak wyrazisty. Miał nawet kilka piegów widocznych na skórze, jakby w jego żyłach płynęło trochę krwi mieszkańców Krwawej Puszczy.

"Będą cię nienawidzili z mojego powodu" - zapowiedział mu ojciec. A potem posłał mu swój krzywy, czarujący uśmiech Guile'a. "Ale nie martw się, w końcu zaczną cię nienawidzić także z twojego powodu".

To był jego pierwszy dzień, więc Kip zgadywał, że na razie zbiera żniwo nienawiści do Gavina Guile.

Samite nie było, kiedy wyszedł na korytarz. Podejrzewał, że Czarnogwardziści pracowali na zmiany. Pewnie uznała, że uda mu się przesiedzieć jedną lekcję i nie narobić sobie kłopotów.

Ups.

Śmiało, pomyślał, siadając na podłodze w korytarzu Chromerii i użalając się nad sobą. Zostałeś uznany jako bękart najpotężniejszego człowieka na świecie. Wiele razy uratował ci życie i dał ci wybór. Mogłeś zjawić się w Chromerii anonimowo. A wybrałeś sobie to.

Kip myślał wcześniej, że ma tu przynajmniej jednego przyjaciela. Miał tu Liv... aż do Garristonu. Była dla niego miła, chociaż traktowała go jak młodszego brata. Teraz jednak odeszła, walczyła po stronie Księcia Barw, woląc wierzyć w jego pocieszające kłamstwa. Kip nienawidził jej za to, pogardzał nią za to, że szuka łatwiejszego wyjścia... ale przede wszystkim za nią tęsknił.

Usiadł blisko drzwi, próbując podsłuchać wykładu preceptorki Kadah, starając się myśleć o magii, żeby nie myśleć o niczym innym. Preceptorka mówiła coś o właściwościach zielonego luksynu? Pomyślał o tym, żeby spróbować wykrzesać coś tutaj, w korytarzu. To był jednak zły pomysł. Zielony wyzwalał szaleństwo, pogardę dla autorytetów. To byłaby kiepska chwila. Mimo to, uśmiechnął się na samą myśl.

- Ty jesteś Kip? - rozległ się nagle czyjś głos, wyrywając Kipa z marzeń.

Mówił do niego drobniutki, gładko ogolony i bardzo ciemny Paryjczyk w wykrochmalonej chustce na głowie i szatach niewolnika z delikatnej bawełny.

- Ehm, tak.

Kip wstał i kłąb strachu, który wpadł mu do żołądka, podpowiedział mu, kto przysłał tego niewolnika.

Mężczyzna przyglądał mu się przez kilka chwil, najwyraźniej go oceniając. Nie pozwolił jednak, by werdykt odmalował się na jego twarzy. Najważniejszy niewolnik i prawa ręka Androssa Guile; nazywał się Grinwoody - Gavin wyjaśnił to wcześniej Kipowi.

- Światłowładca Guile oczekuje cię.

Światłowładca Guile, czyli Światłowładca Andross Guile, jeden z najbogatszych ludzi na świecie, z posiadłościami w całym Ruthgarze, Krwawej Puszczy i Parii. W rządzącej radzie znanej Spektrum był Czerwienią. Ojciec dwóch Pryzmatów, Gavina i buntownika, który prawie zniszczył świat, Dazena. Kip pomyślał, że Andross Guile to jedyny człowiek na świecie, którego Gavin Guile się obawiał.

Dziadek.

A Kip był bękartem, plamą na honorze rodziny. Felia Guile, babka Kipa i jedyna osoba, która potrafiła urobić tyrana, jakim był Andross Guile, nie żyła.

Zanim jednak Kip zacznie walić głową w ten mur, musi zająć się innym problemem. Nie mógł odejść z korytarza, nie dając preceptorce Kadah nowego powodu do nienawiści, i nie mógł okazać braku szacunku Androssowi Guile, każąc mu czekać.

- Ehm, a powiesz preceptorce, że zostałem wezwany? - spytał Kip.

Grinwoody spojrzał na niego z kamienną twarzą.

Kip czuł się jak głupek. Jakby sam nie mógł zrobić jednego kroku, uchylić drzwi i powiedzieć "zostałem wezwany". Już otworzył usta, żeby się wytłumaczyć, kiedy przypomniał sobie polecenie Gavina: pamiętaj, kim jesteś.

Chciał przeprosić albo dodać "proszę", ale ugryzł się w język.

Po kolejnej chwili mierzenia Kipa wzrokiem Grinwoody ustąpił. Zapukał do drzwi i wszedł do klasy.

- Światłowładca Guile wzywa Kipa.

Nie dał preceptorce Kadah szansy na reakcję, ale Kip oddałby lewe oko, żeby zobaczyć wyraz jej twarzy. Grinwoody był niewolnikiem, ale niewolnikiem zobowiązanym do wypełniania swoich obowiązków przez jednego z najpotężniejszych ludzi na świecie. Nic, co powiedziałaby preceptorka, nie miałoby znaczenia. Grinwoody był człowiekiem, który pamiętał, kim jest.

Prawdziwe pytanie brzmiało: "kim jest Kip?". Grinwoody zwrócił się do niego tylko po imieniu. Nie powiedział też "Światłowładca Guile wzywa wnuka".

Co powiedział Gavin? "Uznamy się za zwycięzców, jeśli zdołasz się nie zmoczyć"?

Kip odchrząknął.

- Ehm, możemy po drodze zajrzeć do toalety?

 

Rozdział 13

Gavin uśmiechnął się, schodząc ze ślizgacza na Wyspę Jasnowidzów. Karris wyciągnęła jatagan i mierzyła z pistoletu w najbliższego mężczyznę.

Ludzie tworzyli zwykłą, nieuporządkowaną zgraję, ale byli uzbrojeni w miecze, muszkiety, prowizoryczne włócznie. Łączyło ich niewiele wspólnych cech - pochodzili ze wszystkich Siedmiu Satrapii, byli jasnoskórzy i ciemnoskórzy, brudni i czyści, odziani w jedwabie i wełnę. Niektórzy mieli trzecie oko narysowane węglem na czole. Jednak nawet wśród tych jedni mieli kunsztowne rysunki, a inni zgrubne i przekrzywione.

Tych wszystkich ludzi łączyło tylko jedno: każdy z nich był na tyle wierzący, by przebyć rafy w małej łódce z pływakami, i każdy był krzesicielem.

Z tłumu wyszła kobieta. Była maleńka, ledwie sięgała Gavinowi powyżej pasa. Miała krótkie ręce i nogi, ale tułów rozmiarów typowych dla kobiety średniego wzrostu. Na jej czole widniało kunsztownie wytatuowane jaśniejące oko.

- Nie będziesz tu krzesał - powiedziała.

- Ja o tym zdecyduję - odpowiedział Gavin.

Zamiast się zirytować, posłała mu uśmiech.

- Zgodnie z przepowiednią.

Jasnowidze. Cudownie.

- Ktoś przepowiedział, że tak powiem? - spytał.

- Nie, że będziesz dupkiem.

Gavin się roześmiał.

- Myślę, że polubię to miejsce.

- Pójdziecie z nami - powiedziała kobieta.

- Jasne - odparł Gavin.

- To nie była prośba.

- Właśnie, że była. Kiedy nie masz dość siły, by wymusić posłuszeństwo, to z definicji jest prośba. Jak się nazywasz?

- Caelia. Jak się zmęczę, poniesiesz mnie - powiedziała, niewzruszona zachowaniem Gavina.

- Z radością.

Przerwał im odgłos odciąganego kurka w pistolecie. Karris wycelowała z broni prosto w wytatuowane trzecie oko Caelii. Rozległ się szczęk, kiedy pozostali ludzie wycelowali muszkiety w Karris i odciągnęli kurki.

- Jeden fałszywy ruch, a rozwalę ci czaszkę - powiedziała Karris.

- Biała Czarnogwardzistka. Powiedziano nam, że będziesz zajadła.

Karris ostrożnie zwolniła kurek i schowała pistolet, a potem wsunęła jatagan do pochwy.

- Zmieniłem zdanie - powiedział Gavin. - Do kogo mnie zabieracie i jak daleko ona się znajduje?

"Ona" to był strzał. Tak naprawdę mało wiedział na temat przekonań religijnych Jasnowidzów, podejrzewał, że nie ma tu ujednoliconej doktryny, jednak w obliczu określonych faktów biologicznych, kultury musiały wypracować sobie jakąś interpretację. Krzesicielki zwykły lepiej radzić sobie z krzesaniem, ponieważ kobiety lepiej widzą kolory i przeciętnie żyją dłużej od krzesicieli. Te kultury, które uznały, że to znaczy, iż Orholam faworyzuje kobiety, nie lubiły, kiedy zakładano, że przewodzi im mężczyzna.

- Trzecie Oko rezyduje u podnóża góry Inura.

Gavin wskazał na najwyższy szczyt. Był zielony, nie dość wysoki, żeby rysowała się na nim granica lasu, ale mimo to, znajdował się spory kawałek od plaży.

- Ile to jest, z pięć godzin marszu stąd?

- Sześć.

- Pewnie nie macie koni?

- Mamy parę koni, ale do Trzeciego Oka idzie się piechotą. To pielgrzymka. Daje człowiekowi czas na refleksję i przygotowanie duszy na spotkanie.

- Yhm. No dobra, kiedy Trzecie Oko przyjdzie do mnie, może jechać konno. Chcę, żeby była w odpowiednim nastroju.

Caelia sprawiała wrażenie, jakby przygryzała wnętrze policzków.

- Jak przepowiedziano.

- Przepowiedziała, że nie przyjdę? - spytał Gavin.

- Nie, nadal mówię o byciu dupkiem.

Rozległy się śmiechy.

- Może to pomoże, jeśli powiem, że nie jestem kapryśny, ale mam robotę do wykonania. Zajmę się nią tutaj.

Caelia rozejrzała się po dwustu uzbrojonych ludziach otaczających Gavina i Karris.

- Wiesz, mogłabym nalegać. Ci ludzie są nie tylko uzbrojeni, są także krzesicielami.

- Jestem Pryzmatem - powiedział Gavin, jakby kobieta po prostu tego nie rozumiała. - Myślisz, że dwustu ludzi może powstrzymać mnie przed przeprowadzeniem Mojej Woli?

Caelia się zawahała.

- Myślę, że niepotrzebnie szukasz konfliktu.

- Oklaski dla tej pani - mruknęła Karris.

Czasem Gavin myślał, że świat jest pełen kretynów. Władza może być nożem, ale często musi być pałką. Człowiek taki jak Żelazna Pięść może mówić łagodnie, ponieważ już po prostu stojąc, onieśmiela innych ludzi swoją prezencją. Gavin musiał nakreślać granice i wymuszać ich respektowanie, bo nie ufał, że ktoś inny zrobi to za niego. Musiał to robić, bo jeśli inni zaczną podejmować swoje decyzje w oparciu o założenie, że jest słaby, pozostanie mu tylko brutalna siła, żeby zmusić ich do zmiany zdania. Prewencja jest tańsza od reedukacji.

Jednakże to, co powiedział na temat Woli, nie było czymś, co wyrwało mu się przypadkiem. Krzesiciele zawsze narzucali swoją wolę światu. Wśród najpotężniejszych krzesicieli zawsze było wyjątkowo dużo szaleńców, łajdaków, primadonn i dupków. A ponieważ wszystko od nich zależało, byli tolerowani. W szczególności dotyczyło to Gavina.

Tyle że, im więcej masz władzy, tym trudniej dostrzec, co leży poza jej granicami.

I jeszcze pozostawała przyjemność z faktu, że inni robią to, czego chcesz. Poczuł ją teraz, kiedy Caelia wydała rozkazy, zbierając ludzi i odchodząc. Mógł sobie powiedzieć, że ustalenie równowagi sił było ważne ze względu na to, co zamierzał, i dla przygotowania Jasnowidzów na gorzką pigułkę, którą przyjdzie im przełknąć. To wszystko prawda, ale musiał też się pilnować.

Zanim tamci odeszli, Gavin ruszył z powrotem plażą. Zostawił ślizgacz zapieczętowany.

- Mamy tydzień - powiedział do Karris. - Ta zatoka jest za szeroka, więc musimy wybudować wały nadmorskie od tego miejsca i stamtąd tutaj. Będę musiał zrobić porządek z rafami. Myślę o tym, żeby uprzątnąć je, tworząc zygzak, dzięki czemu, jeśli zjawi się tu wroga flota, będzie po niej, ale oznakujemy bezpieczną drogę, żeby miejscowi mogli kierować ruchem. Boje, które można usunąć? Nie zdecydowałem też jeszcze, jak szerokie powinno być bezpieczne przejście. Jeśli będzie za wąskie, utrudnimy przewóz towarów do miasta, które zwyczajnie stanie się za drogie dla ludzi, żeby dało się tu mieszkać. Z kolei przy za szerokim rafa przestanie pełnić funkcję odstraszającą. Dlatego wszelkie twoje przemyślenia są więcej niż mile widziane. Poza tym potrzebuję twojej pomocy w uszeregowaniu pod względem ważności rzeczy, które muszę wznieść, żeby zapewnić moim ludziom gładki start. Mamy wyciąć dżunglę? A jeśli tak, to w jaki sposób? Potrzebujemy wybudować mur chroniący przed tutejszymi zwierzętami, przed miejscowymi? Powinniśmy spróbować wybudować jakieś domy czy to już będzie za dużo pracy?

Karris po prostu na niego patrzyła.

- Wiesz, za każdym razem kiedy myślę, że cię znam... Naprawdę zamierzasz to zrobić, prawda? Zakładasz miasto. Nie po prostu wioskę. Planujesz, że stanie się ważnym centrum.

- Nie za mojego życia. - Gavin się uśmiechnął.

- Wiesz, jeśli będziesz cały czas zmieniał wszystko, czego się tkniesz, za pięć lat nic nie będzie już takie samo.

Pięć lat. To miało mu przypomnieć o jego kadencji Pryzmata. Niestety, on już umierał i wkrótce Karris to zauważy.

- Nie - powiedział. - Mam nadzieję, że nie.

Pięć lat i pięć wielkich celów. Tyle że teraz został mu tylko rok.

 

Rozdział 14

Jedynym, czego tego miejsce potrzebowało, żeby wyglądało jeszcze upiorniej, były pajęczyny łopoczące na wietrze. Kip spojrzał w ciemny, choć oko wykol, pokój lorda Androssa Guile niespecjalnie uradowany.

- Wpuszczasz światło - powiedział Grinwoody. - Próbujesz zabić mojego pana?

- Nie, nie, ja... - Wiecznie przepraszam. - Już wchodzę.

Przeszedł przez kilka warstw ciężkich ozdobnych tkanin odcinających światło.

Powietrze w pokoju było zatęchłe, nieruchome, nagrzane. Cuchnęło starym człowiekiem. Panowała tu niewiarygodna ciemność. Kip natychmiast zaczął się pocić.

- Chodź tu - rozległ się ochrypły głos. Był niski i zgrzytliwy, jakby lord Guile nie odzywał się przez cały dzień.

Kip podszedł, stawiając maleńkie kroczki, przekonany, że zaraz się potknie i skompromituje. Jakby wszedł do jaskini smoka.

Coś dotknęło jego twarzy. Wzdrygnął się. Nie pajęczyna, ale dotyk lekki jak piórko. Kip przystanął. Z jakiegoś powodu spodziewał się, że Andross Guile będzie schorowany, może będzie siedział w fotelu na kółkach - niczym mroczne odbicie Bieli. Jednak on stał.

Dłoń była twarda, chociaż z niewieloma odciskami. Zbadała pucułowatą twarz Kipa, pomacała jego włosy, zbadała krzywiznę nosa, nacisnęła usta, przesunęła się po ziarnistej powierzchni zaczątków jego brody. Kip skrzywił się, aż zbyt świadomy pryszczy, które wyskoczyły mu tam, gdzie pojawiał się pierwszy zarost.

- A zatem ty jesteś bękartem - powiedział Andross Guile.

- Tak, mój panie.

Niczym grom z jasnego nieba, coś nagle omal nie urwało Kipowi głowy. Grzmotnął o ścianę tak mocno, że połamałby się, gdyby jej też nie pokrywały warstwy gobelinów. Padł na wyłożoną dywanami podłogę z płonącym policzkiem. W uszach mu dzwoniło.

- To za to, że istniejesz. Nigdy więcej nie hańb tej rodziny.

Kip wstał chwiejnie, zbyt zaskoczony, żeby się rozgniewać. Nie wiedział, czego się spodziewał, ale na pewno nie ciosu w ciemnościach.

- Proszę mi wybaczyć, że się urodziłem, mój panie.

- Nawet nie masz pojęcia.

Zapadła cisza. Ciemność przytłaczała. "Cokolwiek zrobisz", powiedział Gavin, "nie zrób sobie z niego wroga". Czy tu mogło być jeszcze goręcej?

- Wyjdź - powiedział w końcu Andross Guile. - Natychmiast.

Kip wyszedł, mając mgliste odczucie, że zawiódł.

 

Rozdział 15

Książę Barw masował skronie. Liv Danavis nie mogła oderwać od niego oczu. Nikt nie mógł. Ten człowiek był praktycznie wyrzeźbiony w żywym luksynie. Niebieskie płyty pokrywały jego przedramiona, tworzyły kolczaste rękawice na pięści. Tkany niebieski luksyn tworzył większość skóry z żółtym płynącym rzekami pod powierzchnią i ciągle odżywiającym pozostały luksyn. Elastyczny zielony tworzył stawy. Tylko twarz była ludzka, ale i to ledwie, ledwie. Skóra zawęźliła się od blizn po oparzeniach, a oczy - halo pękło w obu w takim stopniu, że w ogóle przestało istnieć - były wielobarwnym wirem, nie tylko tęczówki, ale także białka. W tej chwili, kiedy zasiadał na wielkim fotelu w sali audiencyjnej Trawertynowego Pałacu, twardówka mieniła się błękitem, a potem żółcią. Miał zadecydować, jak podzielić miasto, które właśnie podbił... i zastał je niemal puste.

- Chcę, żeby dwunastu lordów powietrza nadzorowało redystrybucję miasta. Lord Shayam będzie im przewodniczył. Najpierw złupić. Ci, którzy uciekli z Garristonu, prawie nic ze sobą nie zabrali. Wszystko zostało tutaj. Część z tego pojedzie razem z wojskiem, ale resztę należy zostawić, żeby zgniła. Sprzedajcie, co da się sprzedać, resztę rozdzielcie w najsprawiedliwszy sposób między pozostałych garristończyków. Dwunastu lordów zdecyduje, którym spośród nowych osadników przypadnie dzierżawa których nieruchomości. Bogatsze obszary i domy będą wymagały opłaty z góry. W przypadku biedniejszych zezwolimy na półroczne odroczenie pierwszych opłat. Lady Selene. - Zwrócił się do niebiesko-zielonej dichromatki, której halo jeszcze nie pękło.

Była Tyrejką o falujących ciemnych włosach i śniadej cerze, piękną, ale dziwną, o oczach zbyt szeroko osadzonych i małych ustach. Dygnęła.

- Odpowiadasz za wszystkich zielonych do chwili, kiedy opuścimy miasto. Sześć tygodni. W tym czasie spodziewam się, że kluczowe kanały nawadniające zostaną oczyszczone, a śluzy na rzece naprawione. Chcę, żeby miasto rozkwitło następnej wiosny. Pierwsze jesienne deszcze mogą nadejść lada dzień. Proszę skonsultować się z lordem Shayamem. Trzeba będzie sprowadzić nowe rośliny, być może także glebę. Zrób co w twojej mocy, z pomocą ludzi, których otrzymujesz w czasie, jakim dysponujemy.

Lady Selene skłoniła się nisko i natychmiast wyszła.

I tak to się ciągnęło przez cały ranek. Liv siedziała pośród pięciu doradców po lewicy Księcia Barw. Poza tymi doradcami nikt inny nie miał prawa przebywać w sali audiencyjnej. Książę chciał, żeby tylko nieliczni znali w całości jego plany. Liv nie miała pojęcia, dlaczego znalazła się w grupce uprzywilejowanych. Była córką generała Corvana Danavisa i Książę Barw nie ukrywał, że ma nadzieję przeciągnąć na swoją stronę dawnego wroga Gavina, ale Liv uważała, że chodzi o coś więcej. Przeszła na jego stronę przed bitwą o Garriston, nawet walczyła razem z jego wojskiem, starając się odzyskać miasto - zrobiła to jednak w zamian za to, że Książę Barw uratował jej przyjaciół. Nie zasłużyła sobie na takie zaufanie.

Jednakże zafascynował ją obserwowany proces. Często książę wzywał dworzanina, by ten udzielił mu dodatkowych informacji na określony temat. Nie obchodziły go nic a nic stare prawa, nie dbał o to, jak tradycyjnie załatwiano określone kwestie, ale żywo interesował się handlem, podatkami i rolnictwem - wszystkim tym, co potrzebne, by zaspokoić potrzeby jego ludzi i wojska.

Wezwawszy dowódców wojskowych, awansował jednego z najbardziej utalentowanych młodych dowódców, a potem wyznaczył mu zadanie zabezpieczenia tyrejskich dróg i rzek. Chciał, żeby wymiana handlowa mogła bez przeszkód kwitnąć wzdłuż całej Umbry i żeby bandytów bezlitośnie zdeptano.

Liv wiedziała, że pod pewnymi względami to będzie jedynie zmiana jednych bandytów na drugich. Ludzie księcia bez wątpienia będą zbierali podatki tak samo, jak bandyci pobierali opłaty za wolny przejazd. Jeśli jednak będą sprawiedliwi i nie będą mordować farmerów i kupców dla ich towarów, to kraj i tak lepiej na tym wyjdzie, mniejsza o szczegóły.

Książę wysłał samodzielną grupę zielonych i żółtych do oczyszczenia samej rzeki. Jeśli nawet był złym człowiekiem, to również dalekowzrocznym, bo chociaż Liv nie rozumiała wszystkich jego rozkazów, było dla niej jasne, że poświęca ogromną liczbę własnych krzesicieli i wojowników dla dobra Tyrei. Jej cyniczna nadfioletowa natura mówiła jej, że na dłuższą metę to podziała na jego korzyść. Wojsko w czasie przemarszu nie produkuje własnego jedzenia, a nie zawsze może liczyć na łupy, by opłacić ludzi, więc porządna ekonomicznie baza umocni jego władzę w przyszłości.

- Lordzie Ariasie - powiedział Książę Barw - chcę, byś wybrał setkę spośród swoich kapłanów, dość młodych, żeby byli żarliwi, i dostatecznie dojrzałych, by wchłonęli podstawy, i rozesłał ich do wszystkich satrapii, by głosili dobrą nowinę o nadchodzącej wolności. Niech skupią się na miastach. W miarę możliwości wysyłaj miejscowych. Niech wiedzą, jaki opór napotkają. Spodziewaj się, że zostaną męczennikami dla sprawy Dazena, i zacznij przygotowywać nową falę zapaleńców. Chcę dostawać regularne raporty. I poślij z nimi doradców. Wynajmiemy Zakon Złamanego Oka tam, gdzie prześladowania będą zbyt duże.

Lord Arias się skłonił. Był Atashaninem z typowymi dla jego ludu jasnoniebieskimi oczami, oliwkową skórą i zaplecioną w warkoczyki, ozdobioną paciorkami brodą.

- Mój książę, jak chcesz, żebyśmy działali na Wielkim Jaspisie i w samej Chromerii?

- Chromerię zostawcie w spokoju. Inni się nią zajmą. Wielkim Jaspisem trzeba się zająć z największą ostrożnością. Chcę, żeby nasi ludzie pracowali tam głównie oczami i uszami, a nie ustami, rozumiesz? Na Wielki Jaspis dajesz tylko najlepszych ludzi. Chcę, żeby gderali w tawernach i na targach, albo dołączali do tych, którzy już narzekają, i ledwie szeptem wspominali, że nasza sprawa może przynieść im pewne korzyści. Rozpoznajcie tych, którzy mają żale i których uda się zwerbować, ale zachowajcie ogromną ostrożność. Tam nie ma głupców. Spodziewajcie się, że Chromeria spróbuje podesłać szpiegów.

- Zezwoli książę na posłużenie się tam Zakonem? - spytał lord Arias.

- Najlepsi ludzie z Zakonu już tam jadą. Oczekuję jednak, że posłużysz się nim jak igłą, a nie pałką, zrozumiano? Jeśli nasza działalność zostanie zbyt wcześniej ujawniona, całe przedsięwzięcie zostanie skazane na klęskę. Losy rewolucji spoczywają w twoich rękach.

Lord Arias pogłaskał brodę, przez co żółte paciorki zagrzechotały.

- Uważam wobec tego, że bazę do własnych operacji należy ustanowić na Wielkim Jaspisie.

- Zgoda.

- Będę potrzebował funduszy.

- I w tym miejscu, co było do przewidzenia, natrafiamy na mur. Mogę dać ci dziesięć tysięcy danarów. Wiem, że to ułamek tego, co potrzebujesz, ale mam ludzi, których trzeba nakarmić. Wykaż się pomysłowością.

- Piętnaście tysięcy? - zaproponował lord Arias. - Już sam zakup domu na Wielkim Jaspisie...

- Musisz sobie poradzić. Przyślę więcej za trzy miesiące, jeśli zdołam.

Resztę dnia poświęcono kwestiom przyziemnym: rozkazom, jak wojsko ma rozbić obóz i gdzie, prośbom o pieniądze na jedzenie, nową odzież i obuwie, nowe konie i woły, pieniądze należne kowalom, górnikom, zagranicznym lordom i bankierom, którzy dopominali się zwrotu pożyczek. Inni zjawiali się z prośbą o zezwolenie na przymuszenie miejscowych i ludzi idących za taborem do służby przy uprzątaniu dróg, gaszeniu pożarów i odbudowie mostów.

Tylko Liv nigdy o nic nie pytano. Najczęściej odwoływano się do kwestorki. Nosiła gigantyczne okulary korekcyjne i trzymała małe liczydła, które nieustannie dręczyła. A przynajmniej Liv tak myślała - że kobieta tylko nerwowo bawi się liczydłem. Jednakże po pewnym czasie, kiedy kwestorka przedstawiła księciu tuzin różnych sposobów, w jakie mógł zająć się długami, żeby maksymalnie zwiększyć swój przychód, Liv zdała sobie sprawę, że drobna kobieta nieustannie coś liczyła.

Wreszcie książę zapytał jednego z doradców, jakie jeszcze inne sprawy należy załatwić, i uznał, że wszystkie mogą zaczekać do jutra. Odprawił pozostałych doradców i wezwał Liv, by mu towarzyszyła.

We dwoje poszli na górę, na rozległy balkon jego komnaty.

- A zatem, Aliviano Danavis, co dzisiaj widziałaś?

- Cóż, mój panie. - Wzruszyła ramionami. - Zobaczyłam, że sprawowanie rządów jest o wiele bardziej skomplikowane, niż kiedykolwiek zdawałam sobie z tego sprawę.

- Uczyniłem dziś dla Garristonu, a w jeszcze znaczniejszym stopniu dla Tyrei, więcej, niż Chromeria dokonała w ciągu szesnastu lat. Oczywiście, nikt mi za to nie podziękuje. Przymusowa praca przy oczyszczaniu miasta nie spodoba się, ale lepsze to niż pozwolić towarom, by gniły albo zostały rozgrabione przez szabrowników i gangi.

- Tak, mój panie.

Z kieszeni płaszcza wyjął cieniutkie zigarro z tytoniem zwiniętym w listek szczurzego ziela. Przytknął je do palca napełnionego podczerwienią, żeby je zapalić, i zaciągnął się dymem.

Przyglądała mu się zaciekawiona.

- Moja przemiana z ciała w luksyn nie była doskonała - powiedział. - Udało mi się to lepiej niż komukolwiek innemu w ciągu wieków, ale mimo to, popełniłem pewne błędy. Bolesne błędy. Oczywiście to, że zaczynałem od zwęglonej skorupy, niespecjalnie pomagało.

- Co się panu stało?

- O tym może innym razem. Chcę, żebyś pomyślała o przyszłości, Aliviano. Chcę, żebyś marzyła. - Spojrzał na zatokę. Była zawalona śmieciem, port też był zaśmiecony. Książę westchnął. - Oto miasto, które zajęliśmy. Klejnot pustyni, który Chromeria ze wszystkich sił starała się zniszczyć.

- Mój ojciec próbował je obronić - powiedziała Liv.

- Twój ojciec jest wielkim człowiekiem i nie wątpię, że wierzył, że to właśnie robi. Tyle że twój ojciec uwierzył w kłamstwa Chromerii.

- Myślę, że był szantażowany - powiedziała Liv, czując wewnętrzną pustkę.

Pryzmat, którego tak podziwiała, posłużył się nią, żeby szantażem zmusić jej ojca do współpracy. Nie wiedziała nawet jak tego dokonał, ale to był jedyny powód, jaki potrafiła sobie wyobrazić, dla którego ojciec mógłby zacząć pracować dla zaprzysięgłego wroga.

- Mam nadzieję, że to prawda.

- Słucham? - zdziwiła się Liv.

- Bo jeśli to prawda, to nie jest jeszcze dla niego za późno, a ogromnie ucieszyłbym się, mając go po naszej stronie. To niebezpieczny człowiek. Dobry człowiek. Genialny. Dowiemy się. Obawiam się jednak, Liv, że słuchał ich kłamstw od tak dawna, że to całkowicie zniszczyło jego pojmowanie. Może dostrzec parę chwastów na powierzchni i je odrzucić, jeśli jednak cała gleba została skażona, jak może dojrzeć prawdę? To dlatego młodzi są naszą nadzieją.

Słońce zachodziło i znad Morza Lazurowego napłynęła świeża bryza. Książę Barw zaciągnął się głęboko zigarrem. Sprawiał wrażenie, że delektuje się czerwieniejącym światłem.

- Liv, chcę, żebyś pomyślała o świecie bez Chromerii. O świecie, w którym kobieta może czcić takiego boga, jakiego zechce. Gdzie bycie krzesicielem nie jest wyrokiem śmierci z dziesięcioletnim odroczeniem. O świecie, gdzie przypadkowe narodziny nie umieszczają głupców na tronach, ale gdzie umiejętności człowieka i zapał decydują o jego sukcesie. Żadnych lordów prócz tych, których ustanowi natura. Żadnych niewolników. Żadnych! Niewolnictwo jest przekleństwem Chromerii. W naszym nowym świecie kobieta nie będzie pogardzana, ponieważ pochodzi z Tyrei, nie. Nie będzie to także powód do szczególnej dumy. Nie walczę, by uczynić Tyreę najważniejszą. W naszym nowym świecie to po prostu nie będzie się liczyć. Twoje włosy, oczy, wszystko, co cię odróżnia, będzie po prostu czyniło cię interesującą. Będziemy światłem tego świata. Otworzymy Wrota Mroku, które Lucidonius zamknął, i wytniemy przejście przez góry Sharazan. Powitamy wszystkich. W każdej wiosce i w każdym mieście będzie nauczało się magii i odkryjemy, że wiele, wiele więcej ludzi ma talenty, które można wykorzystać dla poprawy życia ich samych i ludzi wokół nich. Nie znajdą się w skorumpowanych rękach gubernatorów i satrapów. Myślę, że wraz z postępami nauki odkryjemy, że wszyscy, naprawdę wszyscy, zostali ucałowani przez światło. Pewnego dnia wszyscy będą krzesać. Pomyśl, ilu geniuszy magii jest na świecie nawet teraz, geniuszy, którzy mogliby zmienić świat! Możliwe jednak, że w tej chwili są Tyrejczykami i nie stać ich na wyjazd do Chromerii. Są Paryjczykami i deja nie lubi ich rodziny. Są Ilytanami i uwikłali się w przesądy, że magia jest zła. Pomyśl o polach, które leżą odłogiem. Pomyśl o głodujących dzieciach, które nie mają chleba, bo nie mają zielonych krzesicieli, którzy zwiększyliby plony. Chromeria ma ich krew na rękach. I żadne z nich nawet nie zdaje sobie z tego sprawy! To cicha śmierć, powolna trucizna. Chromeria pozbawia życia satrapie, wysysając krew kropla po kropli. Oto nasza walka, Aliviano. O inną przyszłość. Nie będzie łatwo. Zbyt wielu ludzi zyskało zbyt wiele na obecnej korupcji, żeby chętnie to oddali. Wyślą ludzi, żeby za nich umierali. I to łamie mi serce. Poświęcą właśnie tych, których chcemy wyzwolić. Ale ich powstrzymamy. Zadbamy, żeby więcej tego nie mogli zrobić, żeby nienarodzone pokolenia otrzymały lepszy świat niż ten, w którym my żyjemy.

- Wszystko, co mówisz, książę, brzmi pięknie, ale nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, czyż nie? - powiedziała Liv.

Uśmiechnął się szeroko.

- Tak! Tego właśnie chcę od ciebie, Liv. Krzesz. Teraz. Nadfiolet. I myśl. I powiedz mi, co myślisz. Nie zostaniesz ukarana. Niezależnie od słów.

Spełniła polecenie, nasiąkając obcym, niewidzialnym światłem i pozwalając, by przepłynęło przez nią. Czuła, jak odrywa ją od emocji, kierując ku hiperracjonalności, niemalże bezcielesnej inteligencji.

- Jesteś, książę, praktycznym człowiekiem - powiedziała beznamiętnym głosem. Intonacja wydawała się niepotrzebną ozdóbką, kiedy człowiek znajdował się we władaniu nadfioletu. - Być może też romantycznym. Dziwne połączenie. Ale przez cały dzień zajmowałeś się wypełnianiem zadań i zastanawiam się, czy nie jestem zwyczajnie ostatnim na twojej liście. Nie potrafię powiedzieć, czy to preludium do uwiedzenia, czy po prostu lubisz podziw kobiet.

Jakaś jej cząstka przeraziła się tym, co powiedziała - co za czelność! Zamiast jednak ulec zawstydzeniu i rumieńcom, Liv zanurzyła się głębiej w beznamiętność nadfioletu.

Książę odparł filuternie:

- Rzadkością jest mężczyzna, który nie ulega kobietom, które ulegają jego czarowi.

- Zatem po prostu miałam rację w drugim punkcie.

Cieszył się jej uwagą, jej rosnącym podziwem, ale prawie jej nie dotykał, nawet kiedy miał do tego pretekst. Nie pochylał się ku niej, kiedy rozmawiali. Angażował się intelektualnie, ale nie cieleśnie.

- Nie jest to jednak uwodzenie.

Nie sprawiał wrażenia do końca zadowolonego.

- Niestety, ogień, który odebrał mi wiele więcej, pozbawił mnie też prostszych przyjemności ciała. Oczywiście, wcale nimi nie gardzę. Ale ja nie pofigluję sobie jak zielony.

Z powodu paraliżu spowodowanego przez blizny po oparzeniach i paraliżu wywołanego przez luksyn wpleciony w skórę trudno było odczytać jakiekolwiek uczucia malujące się na jego twarzy poza tymi najwyraźniejszymi. Liv upomniała się, że to nie znaczy, że książę nie przeżywa gwałtownych ani silnych emocji. W jego oczach przepływały swobodnie kolory, ale Liv uważała, że są dobrą wskazówką jego uczuć tylko wtedy, kiedy przeżywał coś silnie. W pewnym sensie był jak szyfr.

Nadfioletowi uwielbiali szyfry. Uwielbiali je łamać.

- Wiesz, kim byłem? - zapytał Książę Barw.

- Nie.

- A ja ci nie powiem. Wiesz dlaczego?

- Bo nie chcesz, książę, bym wiedziała? - zaryzykowała.

- Nie, bo nadfioletowi uwielbiają odkrywać sekrety. Jeśli nie dam ci zadania, które będzie wymagało odkrycia czegoś, co nie ma dla mnie znaczenia, możesz okazać się na tyle bystra, że odkryjesz coś, co wolałbym zachować w tajemnicy.

- Diaboliczne - odpowiedziała z podziwem.

Luksyn wystrzelił z niego, uderzając ją w pierś. Liv zatoczyła się, tracąc panowanie nad nadfioletem, i odkryła, że coś zaciska się wokół jej szyi.

Kopiąc, zdała sobie sprawę, że nie dotyka stopami ziemi. Więcej - wisiała poza balkonem trzymana za głowę przez luksynową pięść. Złapała ją, próbując się podciągnąć, starając się złapać oddech, poluzować uścisk, panikując, nie zdając sobie nawet sprawy, że poluzowanie uścisku to ostatnia rzecz, jakiej powinna chcieć. Gdyby spadła z tej wysokości, zginęłaby. Zrobiło jej się gorąco w głowę, żyły nabrzmiewały, miała wrażenie, że oczy jej zaraz wybuchną.

Oczy Księcia Barw były jaskrawoczerwone, jarzyły się jak węgle. Zamrugał. Na pierwszy plan wypłynęła żółć i Liv poczuła, że wrzucono ją z powrotem na balkon i wypuszczono.

Upadła, kaszląc.

- Ja... Chromeria demonizuje to, co robimy - wychrypiał książę. - Dosłownie. Uczyniła z nas prawdziwych diabłów, a ja nie będę tolerował tych, którzy nazywają dobro złem, a zło dobrem. Ja... źle zareagowałem.

Liv trzęsła się i była tym faktem zawstydzona. Pomyślała, że zaraz się popłacze, i była za to wściekła na siebie. Była Danavis. Była odważna i silna, i nie załamie się jak mała dziewczynka. Była kobietą, miała siedemnaście lat. Była dość dorosła, żeby mieć własne dzieci. Nie załamie się.

Wstała, skłoniła się, chwiejąc się odrobinę.

- Proszę o wybaczenie, mój panie. Nie chciałam cię obrazić.

Książę spojrzał na zatokę, opierając ręce na poręczy. Wypuścił zigarro. Zapalił następne.

- Nie musisz wstydzić się tego, że drżysz. To reakcja ciała. Widziałem najbardziej nieulękłych weteranów, którzy tak samo dygotali. To twój wstyd czyni z tego słabość. Nie zważaj na to. To minie.

Przybierając spokojny wyraz twarzy, jakby malowała czarne kreski wokół oczu, Liv wykrzesała nadfiolet. To pomogło. Skrzyżowała ręce, jakby osłaniała się przed wieczornym chłodem, ale tak naprawdę, żeby ukryć ich drżenie.

- A zatem, mój panie?

Przechylił głowę.

- A zatem?

- A zatem masz wobec mnie plany.

- Oczywiście.

- I nie powiesz mi, na czym polegają.

- Bystra dziewczyna. Wyznaczę ci nauczyciela, który odpowie na niemal wszystkie twoje pytania.

- Poza tym jednym?

Uśmiechnął się szeroko.

- Będą także inne kwestie, które pominie.

- Kim jest ten nauczyciel?

- Zorientujesz się, kiedy go zobaczysz. A teraz idź. Mam jeszcze bardziej ponure zadania do wykonania, zanim światło umrze.

 

Rozdział 1

Gavin Guile leżał na plecach na wąskim ślizgaczu dryfującym pośrodku morza. To była maleńka łódka o niskich burtach. Kiedyś, gdy tak leżał na plecach, niemal wierzył, że stanowi jedność z morzem. Teraz kopuła nieba nad nim była pokrywą, a on sam krabem w kotle... w którym robiło się coraz goręcej.

Dwie godziny przed południem tu, na południowym obrzeżu Morza Lazurowego, wody powinny mieć olśniewający, głęboki niebieskozielony odcień. Niebo w górze - czyste, bo słońce wypaliło już poranną mgiełkę - powinno mieć spokojną barwę intensywnego szafiru.

Tylko że on nie mógł tego zobaczyć. Odkąd cztery dni temu przegrał bitwę o Garriston, wszędzie zamiast błękitu widział szarość. Nie potrafił dojrzeć nawet tego, o ile się nie skupił. Okradzione z błękitu morze wyglądało jak cieniutki, szaro-zielony bulion.

Jego flotylla czekała. Trudno się rozluźnić, kiedy tysiące ludzi czekają na ciebie i tylko na ciebie, on potrzebował jednak tej odrobiny spokoju.

Patrzył na nieboskłon z rozłożonymi rękami, dotykając palcami fal.

Lucidoniusie, byłeś tutaj? Czy naprawdę istniałeś? Czy tobie też to się przytrafiło?

Coś zasyczało w wodzie - ów odgłos przywodził na myśl łódź tnącą fale.

Gavin usiadł w ślizgaczu. A potem wstał.

Pięćdziesiąt kroków za nim coś zniknęło pod falami, coś na tyle dużego, żeby wywołać falę. To mógł być wieloryb.

Tyle że wieloryby zwykle wynurzają się, żeby zaczerpnąć powietrza, a nad wodą nie wisiała mgiełka wodna, nie rozległ się świst wypuszczanego powietrza. Skoro już z odległości pięćdziesięciu kroków Gavin słyszał syk, z jakim morskie stworzenie przecina wodę, musiało być ogromne. Gavinowi serce podeszło do gardła.

Zaczął wciągać światło, żeby wykrzesać mechanizm wiosłowy... i nagle zamarł. Coś przesuwało się w wodzie dokładnie pod maleńką łódką. Zupełnie jakby, jadąc w powozie, patrzył na krajobraz, który śmiga za oknem. Tyle że Gavin się nie poruszał. Przesuwające się cielsko było olbrzymie, wiele razy większe od szerokości ślizgacza i falując, zbliżało się do powierzchni, do jego maleńkiej łódeczki. Morski demon.

W dodatku się jarzył. Spokojnym, ciepłym blaskiem jak słońce w chłodny ranek.

Gavin nigdy nie słyszał o czymś podobnym. Morskie demony były potworami, najczystszym i najbardziej szalonym ucieleśnieniem furii znanym rodzajowi ludzkiemu. Płonęły czerwienią, zagotowywały morza, zostawiały za sobą unoszące się na wodzie płomienie. Nie były mięsożerne - przynajmniej tak obstawiano w starych książkach - ale bezwzględnie broniły swojego terytorium i każdy intruz, który się na nim znalazł, musiał zostać zniszczony. Mowa o takich intruzach jak statki.

Jednakże to światło różniło się od tamtej wściekłości. To była spokojna poświata, a morski demon nie był zaciekłym niszczycielem, tylko lewiatanem przemierzającym morza i jedynie drobna fala znaczyła drogę, którą przebył. Kolory migotały na falach i stawały się coraz żywsze, w miarę jak falowanie unosiło cielsko coraz bliżej powierzchni.

Niewiele myśląc, Gavin ukląkł, kiedy grzbiet stworzenia wynurzył się z wody tuż pod jego ślizgaczem. Zanim łódka ześlizgnęła się z fali, Gavin wyciągnął rękę i dotknął skóry morskiego demona. Spodziewał się, że stwór, który sunie po falach, będzie oślizgły, ale ciało okazało się zaskakująco chropowate, muskularne i ciepłe.

Na jedną bezcenną chwilę Gavin przestał istnieć. Nie było Gavina Guile ani Dazena Guile, nie było Najwyższego Światłowładcy Pryzmata, biadolących i szurających nóżętami, pozbawionych godności dygnitarzy, kłamstw, satrapów, których trzeba sterroryzować, członków Spektrum, którymi trzeba manipulować, kochanek, bękartów i żadnej potęgi poza tą przed jego oczami. Poczuł się mały, kiedy patrzył na ten niepojęty bezmiar.

Pod wpływem chłodu delikatnej, porannej bryzy i ciepła bliźniaczych słońc, jednego na niebie i drugiego w toni, Gavina ogarnął błogi spokój. To była najbliższa świętości chwila, jakiej doświadczył w życiu.

A potem dotarło do niego, że morski demon płynie prosto ku jego flotylli.

 

Rozdział 2

Zielone piekło przyprawiało go o szaleństwo. Martwy człowiek znowu powrócił na odbijającą światło ścianę, wyrazisty, szczerzący zęby do Dazena. Jego rysy skurczyły się na zakrzywionych ścianach kulistej zielonej celi tak, że wyglądał jak szkielet.

Najważniejsze było, żeby nie krzesać. Po szesnastu latach krzesania tylko niebieskiego, wypaczania umysłu i niszczenia ciała obmierzłym błękitnym spokojem teraz, kiedy uciekł z niebieskiej celi, Dazen niczego nie pragnął tak bardzo, jak obeżreć się innym kolorem. Zupełnie jakby codziennie rano, w południe i wieczorem przez sześć tysięcy dni jadł kleik i teraz ktoś proponował mu plasterek bekonu.

Za czasów, kiedy był wolny, nawet nie przepadał za bekonem. Teraz propozycja brzmiała cudownie. Zastanawiał się, czy to gorączka zamieniała jego myśli w emocjonalną papkę.

Zabawne, że pomyślał "za czasów kiedy był wolny", a nie "kiedy był Pryzmatem".

Nie był pewien czy to dlatego, że nadal wmawiał sobie, że pozostaje Pryzmatem niezależnie od tego, czy nosi królewskie szaty, czy cuchnące szmaty, czy też dlatego, że to już nie miało znaczenia.

Dazen próbował odwracać wzrok, ale wszystko było zielone. Otworzyć oczy znaczyło zanurzyć stopy w zieleni. Nie: siedział po szyję w wodzie i próbował wyschnąć. Nie miał najmniejszej nadziei na wyschnięcie. Musiał to wiedzieć i pogodzić się z tym faktem. Jedyne pytanie nie brzmiało: "czy zamoczy sobie też włosy?", ale "czy nie utonie?".

Zieleń to dzikość i wolność. Logiczna cząstka Dazena, która pławiła się w uporządkowaniu błękitu, wiedziała, że przyssanie się do czystej dzikości, dopóki pozostaje zamknięty w luksynowej klatce, doprowadzi go do szaleństwa. Po paru dniach rozszarpałby sobie paznokciami gardło. Tutaj dzikość oznaczała śmierć. Wreszcie zrealizowałby cel, jaki wyznaczył mu brat.

Musiał zachować cierpliwość. Musiał pomyśleć, a myślenie było teraz trudną sztuką. Zbadał swoje ciało powoli i ostrożnie. Ręce i kolana miał podrapane od czołgania się przez tunel z piekliszcza. Guzy i siniaki, jakie sobie ponabijał, spadając przez zapadnię do tej celi, mógł zignorować. Były bolesne, ale nieistotne. Większy niepokój budziło zaognione, zakażone rozcięcie na piersi. Już od samego patrzenia na nie Dazenowi robiło się niedobrze; z rany sączyła się ropa i obietnica śmierci.

Najgorsza była gorączka, psująca mu krew, czyniąca go głupim, irracjonalnym, osłabiająca siłę jego woli.

Jednakże Dazen uciekł z niebieskiego więzienia, a to więzienie go zmieniło. Brat stworzył cele pośpiesznie i zapewne najwięcej wysiłku włożył w pierwszą, niebieską. Każde więzienie ma jakąś skazę.

Niebieska cela uczyniła z niego idealnego człowieka do odszukania tej skazy. Śmierć albo wolność.

W lustrzanej zielonej ścianie martwy człowiek powiedział:

- Założymy się?

 

Rozdział 3

Gavin wciągnął światło i zaczął tworzyć mechanizm do wiosłowania. Odruchowo spróbował wykrzesać niebieski luksyn. Chociaż niebieski był kruchy, jako sztywny i gładki idealnie nadawał się na części, które nie podlegają bocznym naprężeniom. Przez chwilę Gavin raz jeszcze spróbował go wykrzesać na siłę. Był żywym ucieleśnieniem Pryzmatu, on jeden spośród wszystkich krzesicieli potrafił rozszczepić w sobie światło. Błękit tam był, Gavin wiedział, że kolor tam jest i może sama ta wiedza wystarczy, nawet jeśli nie mógł go zobaczyć.

Na Orholama, skoro można znaleźć nocnik w środku nocy, chociaż się go nie widzi, bo przecież ta przeklęta rzecz tam stoi, to czemu i z kolorem nie jest tak samo?

Nic. Nie poczuł przypływu harmonijnej logiki, chłodnej racjonalności, skóry nie splamił mu błękit. Nici z krzesania. Po raz pierwszy od dzieciństwa poczuł się bezradny. Jak zwykły człowiek. Jak kmiotek.

Krzyknął z bezradności. Zresztą i tak było już za późno na wiosła. Ten sukinsyn płynął za szybko.

Gavin wykrzesał łopatki i słomki. Niebieski lepiej nadawał się na dysze do ślizgacza, ale z natury elastyczna zieleń mogła się sprawdzić, o ile wykrzesze dostatecznie grubą warstwę. Chropowaty zielony luksyn był cięższy i wytwarzał większy opór w wodzie, więc Gavin płynął wolniej, ale nie miał ani czasu, ani dość skupienia, żeby krzesać żółty. Cenne sekundy uciekały, kiedy on przygotowywał ślizgacz.

Po chwili łopatki były już gotowe i Gavin zaczął strzelać luksynem w dysze, przez co powietrze i woda wystrzeliwały za małą łódką wprawiając ją w ruch. Pochylił się mocno, napinając mięśnie ramion, ale potem, kiedy już nabrał prędkości, wysiłek nieco zelżał. Wkrótce ślizgacz pędził z sykiem po falach.

Flotylla pojawiła się w oddali. Najpierw Gavin zobaczył żagle na najwyższych masztach. Jednakże przy prędkości, z jaką pędził, już wkrótce widział całe statki. Były ich teraz setki: od małych żaglówek po galeasy i trzymasztowy liniowiec z ożaglowaniem rejowym i czterdziestoma ośmioma działami, który Gavin odebrał ruthgarskiemu gubernatorowi i uczynił z niego swój okręt flagowy. Opuścili Garriston z ponad setką jednostek, ale kolejne setki, które opuściły miasto wcześniej, dołączyły do nich w ciągu następnych dni z obawy przed piratami, licznymi na tych wodach. Jako ostatnie zobaczył ogromne luksynowe barki. Osobiście stworzył te cztery ledwie zdatne do żeglugi wielkie, otwarte łodzie, żeby pomieścić na nich tyle uchodźców, ile się da. Gdyby tego nie zrobił, zginęłyby tysiące ludzi.

A teraz i tak zginą, jeśli Gavin nie powstrzyma morskiego demona.

Kiedy zbliżył się w pędzie, znowu dostrzegł morskiego demona - garb wystający na wysokość sześciu stóp z wody. Skóra potwora nadal łagodnie jaśniała i jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu demon nie pędził prosto na flotyllę. Jego ścieżka powinna poprowadzić go w odległości około tysiąca kroków przed statkiem flagowym.

Same statki, rzecz jasna, także brnęły przed siebie, tnąc powoli wodę i skracając dystans, ale morski demon poruszał się tak szybko, że Gavin ośmielił się wierzyć, że ruch statków nie będzie miał znaczenia. Nie miał pojęcia, jak czułe są zmysły morskiego demona, wiedział jednak, że jeśli potwór nie zmieni kierunku, to może flocie się uda.

Gavin nie mógł oderwać rąk od dysz ślizgacza, nie tracąc przy tym cennej prędkości - zresztą, nawet gdyby mógł, nie miał pojęcia, jak zdołałby przekazać całej flotylli sygnał, który znaczyłby "Nie róbcie niczego głupiego!".

Mylił się - morski demon przepłynie jakieś pięćset kroków przed statkiem flagowym. Źle ocenił kierunek czy też stwór zakręcał w stronę flotylli?

Gavin widział obserwatorów na bocianich gniazdach, wymachujących gwałtownie rękami do tych, którzy znajdowali się pod nimi na pokładzie. Bez wątpienia krzyczeli, ale Gavin znajdował się za daleko, żeby ich usłyszeć. Kiedy podpłynął bliżej, zobaczył ludzi biegających po pokładach.

Niebezpieczeństwo dopadło flotyllę o wiele szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Zgodnie z normalnym porządkiem rzeczy, wrogowie mogliby pojawić się na horyzoncie i zacząć pościg. Sztorm mógł rozpętać się nagle w ciągu pół godziny. Jednakże ta sytuacja rozegrała się na przestrzeni minut i teraz z niektórych statków obserwowano dwa dziwy: łódź poruszającą się po falach z szybkością, jakiej nikt do tej pory nie widział, i gigantyczny ciemny cień przed nią, który mógł być jedynie morskim demonem.

Bądźcie mądrzy, niech was wszystkich Orholam weźmie, bądźcie mądrzy albo zbyt przerażeni, żeby cokolwiek zrobić. Błagam!

Na załadowanie dział potrzeba czasu, a nie można zostawić ich załadowanych, bo proch by zawilgł. Zawsze jakiś idiota mógł strzelić z muszkietu w przepływający kształt, ale taki incydent powinien okazać się zbyt drobny, żeby potwór w ogóle go zauważył.

Morski demon przecinał wody czterysta kroków przed flotą i płynął cały czas przed siebie.

Gavin słyszał teraz krzyki dobiegające ze statków. Człowiek na bocianim gnieździe flagowego okrętu Gavina trzymał się za głowę z niedowierzaniem, ale nikt nie zrobił niczego głupiego.

Orholamie, jeszcze tylko jedna minuta. Jeszcze tylko...

Kiedy moździerz sygnalizacyjny huknął przed południem, wszelkie nadzieje Gavina przepadły jak kamień w wodę. Mógłby przysiąc, że krzyki na wszystkich statkach flotylli w jednej chwili ucichły. A chwilę potem znowu się podniosły, kiedy doświadczeni żeglarze krzyczeli z niedowierzaniem na przerażonego kapitana-kretyna, który pewnie właśnie ich zabił.

Gavin nie odrywał oczu od morskiego demona. Kilwater - sycząca piana i potężnie rozfalowana tafla wody - ciągnął się prosto przez kolejne sto kroków. Kolejne sto. Może potwór nie usły-szał?

I nagle ślizgacz śmignął dokładnie nad bestią, bo morski demon wykonał zwrot szybciej, niż Gavin myślał, że to możliwe.

Kiedy morski potwór zawrócił, jego ogon przeciął powierzchnię wody. Poruszał się za szybko, żeby można było dostrzec szczegóły. Gavin wychwycił tylko, że płonął gniewem w kolorze ognistej czerwieni rozjarzonego kuciem żelaza i że, gdy całą długością - a było tego z pewnością ze trzydzieści kroków - uderzył w wodę, wstrząs sprawił, że huk moździerza sygnalizacyjnego wydał się przy tym cieniutki i cichutki.

Ogromne fale rozeszły się od miejsca, w którym ogon uderzył wodę. Ponieważ Gavin stanął jak wryty, teraz ledwie zdążył obrócić ślizgacz, zanim fale w niego uderzyły. Zanurzył się głęboko w pierwszą falę i pośpiesznie rzucił przed siebie zielony luksyn, poszerzając i wydłużając dziób łódki. Następna fala cisnęła nim do przodu i wyrzuciła go w powietrze.

Dziób ślizgacza uderzył w kolejną ogromną falę pod zbyt dużym kątem, więc zanurkował w toń. Woda zmyła Gavina z pokładu prosto w odmęty.

Morze Lazurowe było ciepłą, wilgotną paszczą. Połknęło Gavina w całości, jednym chrupnięciem pozbawiło go oddechu, przewałkowało ozorem, aż stracił rozeznanie w kierunkach, bawiło się nim przed połknięciem, a kiedy stawił opór, w końcu go wypluło.

Gavin wypłynął i błyskawicznie znalazł flotyllę. Nie miał czasu, żeby wykrzesać cały nowy ślizgacz, więc wykrzesał mniejsze łopatki u rąk, wciągnął tyle światła, ile był w stanie utrzymać, gwałtownym szarpnięciem przyciągnął ręce do boków, a głową ustawił się w kierunku morskiego demona. Rzucił luksyn w dół i odrzut cisnął nim do przodu.

Napór fal był niewiarygodny. Odebrał mu wzrok, wyłączył słuch, ale Gavin nie zwalniał. Parł przed siebie, czerpiąc z siły ciała stwardniałego od lat znoju na ślizgaczu, pozwalającego mu teraz pokonać morze w jeden dzień, i z nieugiętej woli, jakiej dopracował się po latach wypełniania funkcji Pryzmata i zmuszania świata do podporządkowywania się jego życzeniom.

Poczuł, że wpada w cień hydrodynamiczny morskiego demona - napór nagle zmalał, a prędkość się podwoiła. Nadając ciału kierunek ruchem nóg, Gavin zanurzył się głębiej w wodę, a potem wystrzelił ku powierzchni.

Wyleciał w powietrze. W ostatniej chwili.

Nie powinien był za wiele zobaczyć, gdy raptownie łapał powietrze i światło, kiedy woda spływała z całego jego ciała, ale scena przed nim zastygła i ujrzał wszystko. Łeb morskiego demona wynurzył się do połowy z wody z zaciśniętą paszczą w kształcie krzyża, dzięki czemu ta guzowata, kolczasta głowa w kształcie młota mogła roztrzaskać okręt flagowy na drzazgi. Cielsko demona miało co najmniej dwadzieścia kroków szerokości i znajdowało się teraz raptem pięćdziesiąt kroków od statku.

Mężczyźni stali przy bakburcie z muszkietami w rękach. Z kilku bił gęsty, czarny dym. Inne właśnie rozbłyskiwały, kiedy lont podpalał proch na panewce w ułamku chwili przed wystrzałem. Dowódca Żelazna Pięść i Karris stali oboje, gotowi na wszystko i nieulękli; żarzący się luksyn formował się w pociski w ich dłoniach. Na pokładach działowych Gavin widział ludzi ubijających proch w działach, szykujących się do salwy, której nigdy w życiu nie zdążą oddać.

Pozostałe statki z flotylli tłoczyły się wokół jak dzieciaki wokół bójki na pięści; mężczyźni przysiedli na nadburciach z rozdziawionymi ustami, zbyt niewielu z nich próbowało choćby załadować muszkiety.

Ludzie odrywali teraz wzrok od zbliżającego się potwora i rozdziawiając usta ze zdumienia, patrzyli, co to za nowa groza wystrzeliła w powietrze. Mężczyzna na bocianim gnieździe pokazywał go ręką, krzycząc.

A Gavin zawisł w powietrzu, w chwili, gdy tylko sekundy dzieliły jego rodaków od katastrofy i zniszczenia. Cisnął wszystkim, co miał, w morskiego demona.

Skrząca się, skręcona ściana wielobarwnego światła wystrzeliła z Gavina i pomknęła ku potworowi.

Gavin nie wiedział, co uczyniła, kiedy uderzyła w morskiego demona, a nawet czy w ogóle go trafiła.

Było takie stare, paryjskie porzekadło, które Gavin już kiedyś słyszał, ale nigdy się nad nim nie zastanawiał: "Kiedy ciśniesz górą, góra ciśnie tobą".

Czas znowu ruszył, i to nieprzyjemnie szybko. Gavin poczuł się tak, jakby zdzielono go pałką - większą niż jego ciało. Został odrzucony w tył, przed oczami wybuchły mu gwiazdy; Gavin młócił kończynami jak kocur, wykręcał się, próbując obrócić się w powietrzu, i z ogłuszającym pluskiem wpadł do wody dwadzieścia kroków dalej.

Światło jest życiem. Lata wojny nauczyły Gavina, żeby nigdy nie pozostawać nieuzbrojonym; bezbronność to preludium do śmierci. Gavin wypłynął na powierzchnię i natychmiast zaczął krzesać. W ciągu lat, które stracił, po tysiąckroć popełniając błędy podczas udoskonalania ślizgacza, doprowadził do perfekcji także metody wydostawania się z wody i tworzenia łodzi. Nie było to łatwe zadanie - krzesicieli bowiem zawsze przerażało to, że mogliby wpaść do wody i nie być w stanie się z niej wydostać.

Dzięki swym umiejętnościom Gavin już po paru sekundach stał na pokładzie nowego ślizgacza i krzesał łopatki, próbując jednocześnie zorientować się, co się stało.

Statek flagowy nadal płynął, chociaż stracił jeden reling i miał ogromne otarcia na kadłubie od strony bakburty. Zatem morski demon musiał zawrócić i tylko odbił się od statku. Zawracając, znowu uderzył ogonem, bo kilka żaglówek w pobliżu zostało zalanych i ludzie skakali do wody, a inne statki już płynęły, żeby ich wyłowić z paszczy morza.

A gdzie, u diabła, podział się morski demon?

Ludzie krzyczeli na pokładach. Nie wykrzykiwali pochwał, ale wołali zaniepokojeni. Wskazywali...

O, w mordę.

Gavin zaczął ciskać luksynem w słomki tak szybko, jak się dało, ale ślizgacz zawsze wolno się rozpędzał.

Gigantyczny wściekle czerwony łeb w kształcie młota wynurzył się niecałe dwadzieścia kroków od niego i szybko się zbliżał. Gavin przyśpieszał i złapał falę uderzeniową wywołaną przez masywny, tępy kształt prący przez wodę. Przód łba był jak ściana - guzowata, kolczasta ściana.

Jednakże dzięki temu, że fala uderzeniowa porwała go ze sobą, Gavin zaczął oddalać się od potwora.

Wtedy paszcza o kształcie krzyża otworzyła się, przez co cały przód młota pękł w czterech miejscach. Kiedy morski demon zaczął zasysać wodę, zamiast pchać ją przed sobą, fala uderzeniowa gwałtownie zniknęła. A ślizgacz Gavina szarpnął się nagle w stronę paszczy.

I prosto do paszczy. Po otwarciu była spokojnie dwa, a nawet trzy razy szersza niż wzrost Gavina. Morskie demony połykały całe morza. Cielsko dygotało miarowo - krąg, który na przemian zaciskał się i rozszerzał, wystrzeliwując wodę przez skrzela do tyłu niemal tak samo jak ślizgacz.

Gavinowi dygotały ręce, mięśnie ramion paliły go żywym ogniem, kiedy popychał ciężar całego ciała, całej łodzi po morzu. Mocniej. Niech to szlag, mocniej!

Morski demon wygiął się w górę w chwili, w której ślizgacz Gavina wystrzelił z jego paszczy. Czwórdzielne szczęki zamknęły się z kłapnięciem, a sam demon skoczył w powietrze. Gavin zamknął oczy i krzyknął, napierając z całej mocy.

Zerknął przez ramię i zobaczył coś niemożliwego: morski demon wyskoczył z wody. Cały. Jego potężne cielsko huknęło z powrotem w wodę, jakby wszystkie siedem wieży Chromerii zawaliło się w morze jednocześnie.

Jednakże Gavin był szybszy. Roześmiał się porwany wrażeniem szaleńczej wolności lotu i świetlistej lekkości bytu. Śmiał się.

Morski demon ścigał go wściekły, nadal płonąc czerwienią, poruszając się jeszcze szybciej niż dotąd. Ślizgacz jednak osiągnął pełną prędkość i Gavinowi nie groziło już niebezpieczeństwo. Zatoczył koło, kierując się w głąb morza; odległe ludzkie sylwetki wiwatowały na pokładach całej flotylli, a stwór popłynął za nim.

Gavin godzinami prowadził go daleko na morze, a potem, zatoczywszy szeroki krąg na wypadek gdyby morski demon mógł płynąć na oślep w kierunku, w którym widział go po raz ostatni, zostawił go daleko za sobą.

Kiedy słońce zaszło, Gavin wrócił całkowicie wyczerpany do flotylli. Stracili dwie żaglówki, ale nie zginął ani jeden człowiek. Jego ludzie - bo jeśli do tej pory nie byli "jego", to teraz podbił ich serca i dusze - powitali go jak boga.

Gavin przyjął ich uznanie z bladym uśmiechem, ale poczucie wolności osłabło. Żałował, że on nie może się radować. Żałował, że nie może się upić, tańczyć i pójść do łóżka z najładniejszą dziewczyną, jaką zdołałby znaleźć. Żałował, że nie może znaleźć gdzieś wśród floty Karris, pokłócić się z nią, przelecieć ją albo jedno i potem drugie. Żałował, że nie może snuć opowieści, a potem słuchać, jak powtarza ją setka ust, i śmiać się ze śmierci, która minęła ich o włos. A tak, kiedy jego ludzie świętowali, on zszedł pod pokład. Sam. Odprawił gestem Corvana. Pokręcił głową, widząc wytrzeszczającego oczy syna.

I w końcu w zaciemnionej kajucie, gdy już został sam, zapłakał. Nie z powodu tego, co się stało, ale z powodu tego, czym wiedział, że stać się musi.

 

Rozdział 4

Karris nie dołączyła poprzedniego wieczoru do ludzi świętujących ocalenie, chociaż otarli się o morskiego demona. Obudziła się przed świtem, odświeżyła się i zaczesała do tyłu czarne włosy, żeby dać sobie czas do namysłu. Na nic się to nie zdało.

Tajemnica przeszkadzała Karris jak rzep pod popręgiem. Związała mroczne jak jej nastrój włosy w codzienny kucyk. Przez ostatnie pięć dni składała w całość fragmenty: Gavin, który "zachorował" po ostatniej bitwie w wojnie przeciwko swojemu bratu Dazenowi; Gavin zrywający ich zaręczyny; Gavin zdumiony nowiną, że ma syna z nieprawego łoża, Kipa; Gavin, który całkiem się zmienił.

Potem zmarnowała sporo czasu, rozmyślając, jak mogła być aż tak tępa. Ona - tak samo jak wszyscy inni - przypisała zmiany traumie, jaką była wojna, traumie, jaką było zabicie własnego brata. Jego pryzmatyczne oczy było dowodem - dowodem, że Gavin to Gavin. Gavin był błyskotliwym człowiekiem i niezłym kłamcą, ale nie powinien zdołać jej oszukać. Za dobrze go znała. A ściśle rzecz biorąc, za dobrze znała Dazena.

To koniec. Poszła na forkasztel i jak każdego ranka zaczęła się rozciągać. Wariowała bez codziennej gimnastyki. Jej zwierzchnik, dowódca Żelazna Pięść, zapobiegliwie przyniósł jej wcześniej dwa czarne komplety ubrań. Zarówno tunikę, jak i spodnie uszyto z bawełny nasączonej luksynem - były dopasowane we właściwych miejscach i na całej długości elastyczne, skrojone po pierwsze tak, żeby zapewniać swobodę ruchów, a po drugie, żeby móc popisywać się twardym jak stal ciałem Czarnogwardzisty. Jednakże, chociaż stękanie i pot stanowiły nieodłączną część jej życia, nie znaczyło to, że chciała dzielić się tym z każdym matołkiem na pokładzie.

- Można? - zapytał Żelazna Pięść, wchodząc na pokład dziobowy.

Dowódca Czarnej Gwardii był potężnym mężczyzną. Dobrym przywódcą. Bystrym, twardym i budzącym piekielny postrach człowiekiem. Kiedy Karris skinęła głową, zdjął chustkę i schludnie ją złożył. To był paryjski zwyczaj religijny - mężczyźni zakrywali głowy z szacunku dla Orholama. Istniały jednak wyjątki i jak wielu Paryjczyków, Żelazna Pięść uważał, że nakaz obowiązuje tylko wtedy, kiedy słońce w pełni wzejdzie nad horyzont.

Kiedyś Żelazna Pięść zaplatał w warkoczyki swoje sztywne, czarne włosy, ale po bitwie o Garriston i śmierci tylu Czarnogwardzistów ogolił głowę na znak żałoby. Kolejny paryjski zwyczaj. Chustka, która kiedyś przykrywała jego chwałę, teraz okrywała żałobę.

Orholamie. Ci wszyscy martwi Czarnogwardziści, wielu z nich zabitych w jednej chwili przez jeden eksplodujący pocisk, fartowny strzał, który za nic miał ich nadzwyczajne umiejętności w krzesaniu i walce. Jej towarzysze. Jej przyjaciele. To była zionąca otchłań, która pożarła wszystko oprócz jej łez.

Stanąwszy równolegle do Karris, Żelazna Pięść złożył ręce, a potem rozdzielił je w podwójnej gardzie. To był początek marsh ka. Stosowny początek, kiedy mięśnie nie są rozgrzane, a ruchy w tej sekwencji nie miały zbyt dużego zasięgu, więc pomieszczą się we dwójkę na niewielkiej przestrzeni forkasztelu. Niski, szeroki zamach, obrót, kopnięcie boczne, kopnięcie okrężne, lądowanie na drugiej nodze, utrzymanie równowagi - niezbyt proste zadanie na kołyszącym się pokładzie.

Żelazna Pięść prowadził, a Karris chętnie mu na to pozwoliła. Żeglarze wyznaczeni na trzecią wachtę zerkali ukradkiem w ich stronę, ale Karris i Żelazną Pięść ledwie było widać w szarówce przed świtem, a spojrzenia pozostały dyskretne. Sekwencja ruchów była dla niej tak naturalna, jakby ćwiczyła je całe życie. Karris skupiła się na własnym ciele, ból po spaniu na drewnianym pokładzie szybko rozćwiczyła, a starsze były bardziej uparte - uraz z treningu, przez który zawsze bolało ją biodro, zesztywnienie w lewej kostce po tym, jak ją skręciła w walce z zieloną kolorzycą u boku Gavina.

Nie Gavina. Dazena. Niech go Orholam przeklnie.

Żelazna Pięść przeszedł do korick ka, szybko zwiększając intensywność ćwiczeń - znowu dobry wybór na tak małej przestrzeni. Wkrótce Karris skupiała się już tylko na tym, żeby zwiększyć odrobinę zasięg w kopnięciu sierpowym, uzyskać maksymalną wysokość i zasięg w kopnięciu tylnym. Nie była nawet w przybliżeniu wzrostu Żelaznej Pięści, ale on potrafił wymachiwać długimi nogami w kopnięciach i uderzać rękami z niewiarygodną szybkością. Musiała bardzo się postarać, żeby utrzymać tempo, które narzucił.

Słońce wstawało, ale przerwali ćwiczenia dopiero, kiedy niemal całe wynurzyło się zza horyzontu. Najwyraźniej Żelazna Pięść też potrzebował solidnego treningu. Kiedy dyszała pochylona, z dłońmi opartymi na udach, on otarł czoło, zrobił znak siódemki do wschodzącego słońca, wyszeptał krótką modlitwę i założył ghotrę na ogoloną głowę.

- Chcesz czegoś - powiedział.

Podniósł drugą ściereczkę i rzucił ją Karris. Oczywiście przyniósł dwie. Zawsze był taki sumienny. To jej też podpowiedziało, że nie towarzyszył jej dziś w porannej gimnastyce przez przypadek. Przyszedł porozmawiać.

Klasyczna zagrywka Żelaznej Pięści. Przychodzi porozmawiać i wypowiada trzy słowa w ciągu godziny.

Mimo wszystko miał rację. Dlatego Karris powiedziała:

- Lord Pryzmat opuści flotę. Albo spróbuje to zrobić bez twojej wiedzy, albo przynajmniej spróbuje przekonać cię, żebyś go puścił bez żadnych Czarnogwardzistów. Chcę, żebyś wysłał mnie.

- Powiedział ci to?

- Nie musiał. Jest tchórzem, zawsze ucieka. - Karris myślała, że pozbyła się gniewu, ćwicząc, ale oto proszę, oto on, prosto z pieca: gorący i chrupiący, gotowy w jednej chwili wystrzelić ją pod niebo.

- Tchórzem? - Żelazna Pięść oparł się o reling. Spojrzał na poręcz. - Hm...

Krok od miejsca, w którym stali, reling był odłamany. Został zniszczony przez szalejącego morskiego demona.

Szalejącego morskiego demona, któremu Gavin stawił czoło.

Odchrząknęła.

- Nie zamierzałam wypowiedzieć na głos tego ostatniego zdania.

- Chodź tu. Pokaż oczy.

Żelazna Pięść ujął jej twarz w potężne dłonie i spojrzał jej w oczy w świetle wschodzącego słońca, badając je w wielkim skupieniu.

- Karris, jesteś najszybszą krzesicielką, jaką mam, ale też jesteś najszybsza do krzesania. Niekontrolowany gniew? Mówienie na głos rzeczy, których nie zamierzało się powiedzieć? To są znamiona czerwonego albo zielonego, który umiera. Połowa moich Czarnogwardzistów nie żyje, a jeśli ty nadal będziesz krzesać tyle co zawsze, wkrótce twoje halo pęknie...

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - wtrącił się ktoś niespodziewanie.

Gavin.

Żelazna Pięść nadal ujmował jej twarz w dłoniach, patrząc jej w oczy. Kiedy tak stali na dziobówce w delikatnym ciepłym świetle jutrzenki, oboje jednocześnie zdali sobie sprawę, jak to musi wyglądać.

Dowódca Żelazna Pięść zabrał ręce i odchrząknął. Karris pomyślała, że pierwszy raz widzi go zakłopotanego.

- Lordzie Pryzmacie - powiedział. - Niech ci błogosławi oko Orholama.

- Miłego dnia i tobie, dowódco. Karris - powitał i ją. - Dowódco, chciałbym zobaczyć się z tobą za godzinę. Wezwij też, proszę, Kipa. Będę go potrzebował po naszej rozmowie. O ile się nie mylę, znajduje się na pierwszej barce.

Biała tunika Gavina zdobiona złotym haftem była naprawdę czysta - na statku, w trakcie ucieczki z pola bitwy, ktoś uprał mu ubranie. Aż tyle znaczył dla ludzi. Rzeczy jak za sprawą magii układały się po myśli Gavina, nawet kiedy on się nie starał. To po prostu doprowadzało ją do szału. Przynajmniej twarz miał wymizerowaną. Gavin rzadko kiedy dobrze sypiał.

Żelazna Pięść chciał chyba coś powiedzieć, ale tylko skinął głową i odszedł.

Karris została sama z Gavinem po raz pierwszy, odkąd wpadła w szał po tym, jak dowiedziała się, że spłodził bękarta w czasie ich narzeczeństwa. Wtedy wyskoczyła z ich łodzi. Pierwszy raz stali twarzą w twarz, odkąd spoliczkowała tę jego uśmiechniętą gębę - w czasie bitwy o Garriston, przy całej armii.

Może rzeczywiście za dużo krzesała czerwieni i zieleni. Gniew i impulsywność nie powinny być najważniejszymi cechami Czarnogwardzisty. Ani damy.

- Lordzie Pryzmacie - powiedziała, postanowiwszy sobie, że zachowa się uprzejmie.

Spojrzał na nią w milczeniu, a niespokojna inteligencja w jego oczach analizowała, wiecznie analizowała. Patrzył na nią niemal żałośnie, jego wzrok dotykał jej włosów, oczu, zatrzymał się na jej ustach, powędrował w dół po jej krągłościach i wrócił do oczu, może przeskakując na ułamek chwili w bok od nich, gdzie zaczynały się formować zmarszczki.

- Karris - odezwał się łagodnie - potargana i spocona wyglądasz lepiej niż większość kobiet w najelegantszym stroju.

Gavin był przystojny, czarujący i uparty w każdym znaczeniu tego słowa, ale ludzie często zapominali, że był też mądry.

Nie chciał rozmawiać. Grał na zwłokę. Chciał, żeby się pogubiła i zaczęła się bronić z powodów, które nie miały tu nic do rzeczy. Łajdak! Była spocona, kleiła się i śmierdziała - jak mógł ją komplementować w takiej chwili?

Jak śmiał być miły po tym, jak go spoliczkowała?

Jakim prawem ta durna, podła zagrywka zadziałała, chociaż Karris dobrze wiedziała, co Gavin robi?

- Idź do diabła! - powiedziała i odeszła.

Piękna robota, Karris. Zachowałaś się jak zawodowiec i jak dama. Jakże uprzejmie. Łajdak!

 

Rozdział 5

Jak kobieta mogła sprawić, że mężczyzna jednocześnie chciał wyrzucić ją za burtę i pocałować tak, by zaparło jej dech? Karris odeszła, a Gavin wbrew sobie podziwiał jej figurę.

Przeklęta kobieta.

Zauważył, że niektórzy żeglarze na pokładzie też się za nią oglądają. Odchrząknął, żeby zwrócić ich uwagę, a potem uniósł brew. Szybko znaleźli sobie zajęcie.

- Czy to naprawdę niezbędne, lordzie Pryzmacie?

To był jego nowy generał, człowiek, który współpracował z nim szesnaście lat temu, kiedy był najskuteczniejszym generałem Dazena - Corvan Danavis. Musieli nieźle się postarać, żeby przekonać wszystkich, że "wróg" Gavina przyjmuje teraz od niego rozkazy.

- Mówiąc to, masz na myśli to? - Gavin wskazał sznurową drabinkę prowadzącą na bocianie gniazdo.

- Tak.

Generał Danavis należał do tego rodzaju ludzi, którzy modlą się przed bitwą, na wszelki wypadek, a potem zajmują się swoją robotą, jakby w ogóle nie bali się śmierci. Gavin wątpił, czy generał doświadczał strachu tak jak inni ludzie, ale... śmiertelnie nienawidził wysokości.

- Tak - odpowiedział Gavin.

Pierwszy wspiął się po sznurowej drabince. Kiedy podciągnął się na stanowisko obserwacyjne, po raz kolejny uderzyła go myśl, która często go nachodziła: całe jego życie opierało się na magii. Wspiął się na tę wysokość bez lęku, bo wiedział, że gdyby spadł, zdążyłby wystarczająco szybko krzesać, by się czegoś złapać. Chociaż mógł robić wrażenie nieulękłego, wcale taki nie był. Po prostu rzadko kiedy groziło mu realne niebezpieczeństwo - zupełnie inaczej niż w przypadku większości ludzi. Ludzie nie raz widzieli, jak wyczynia niesamowite rzeczy, więc uważali go za niesamowitego. Rozumieli sytuację całkiem na opak.

Nagle ścisnął go za serce strach tak obezwładniający, że przez chwilę naprawdę myślał, że ktoś go dźgnął w pierś. Odetchnął głęboko.

Corvan wspiął się, nie odrywając oczu od bocianiego gniazda, ściskając panicznie każdy szczebel. Gavinowi było przykro, że robi coś takiego przyjacielowi, ale w przypadku niektórych rozmów zwyczajnie nie mógł zaryzykować, że ktoś ich podsłucha.

Pomógł generałowi wdrapać się na stanowisko. Poczekał, aż Corvan złapie oddech. Przynajmniej barierki tutaj były schludne, wysokie i mocne. W dole żeglarze zajmowali się swoją robotą. Podnosił się poranny wiaterek i zaczęła się pierwsza wachta; wachtowi sprawdzali teraz liny i węzły. Kapitan na rufie z sekstansem weryfikował ich położenie.

- Straciłem niebieski - powiedział Gavin.

Wyrzuć to z siebie. Potem posprzątasz.

Widział po minie Corvana Danavisa, że nie ma pojęcia, o czym Gavin mówi. Pogłaskał rude wąsy, które zaczynały mu odrastać. Za czasów wojny słynął z paciorków wplecionych w zwieszające się wąsy.

- Niebieski? Ale co niebieskiego?

- Nie widzę już niebieskiego koloru, Corvan. Jest słoneczny poranek, patrzę na niebo i Morze Lazurowe... i nie widzę niebieskiego. Umieram i potrzebuję twojej pomocy w podjęciu decyzji, co powinienem zrobić.

Corvan był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego Gavin znał, ale teraz sprawiał wrażenie zagubionego.

- Lordzie Pryzmacie, coś takiego nie... Chwileczkę, opowiedz mi o wszystkim po kolei. Czy to się wydarzyło w czasie walki z morskim demonem?

- Nie. - Gavin spojrzał na fale.

Kołysanie statku było kojące, a harmonijny błękit nieba i morza idealnie dopełniały wrażenie. Pamiętał kolor tak dobrze, że mógłby przysiąc, że prawie go widzi. Był superchromatą, człowiekiem, który potrafi różnicować kolory precyzyjniej niż inni ludzie. Znał niebieski od najjaśniejszych do najciemniejszych jego odcieni, od fioletowych po najzieleńsze jego tony, niebieski o każdym stopniu nasycenia, niebieski w każdej odmianie.

- Po bitwie - odpowiedział. - Kiedy odpływaliśmy z uchodźcami. Obudziłem się następnego dnia i w pierwszej chwili nawet tego nie zauważyłem. Corvan, to jakbyś patrzył na twarz przyjaciela i zdał sobie sprawę, że nie znasz jego imienia. Niebieski tam jest, na wyciągnięcie ręki. Jakby ten kolor był na czubku mojego... oka. Jeśli się nie skupię, to nawet tego nie zauważam, tyle że świat wydaje się sprany, spłaszczony. Jeśli jednak skoncentruję się ze wszystkich sił, widzę szarość tam, gdzie powinien być niebieski. Ma dokładnie ten sam odcień i nasycenie, jest odpowiednio jasny lub ciemny, ale... jest szary.

Corvan milczał przez długą minutę, mrużąc oczy z czerwonym halo.

- To nie najszczęśliwszy moment - powiedział. - Pryzmaci mają żyć wielokrotność siedmiu lat. Powinno ci zostać pięć lat.

- Nie sądzę, żeby to, co mi się przydarzyło, było normalne. Nigdy nie zostałem wyświęcony na Pryzmata. Może to się właśnie dzieje, kiedy naturalny polichromata nie przejdzie przez ceremonię Spektrum.

- Nie wiem, czy to akurat...

- Słyszałeś o jakimś Pryzmacie, który oślepł? Kiedykolwiek?

Ostatnim Pryzmatem przed Gavinem, przed prawdziwym Gavinem, był Alexander Rozłożysty Dąb. Był słabym Pryzmatem, głównie krył się w swoich apartamentach, najprawdopodobniej uzależnił się od maku. Przed nim była matrona Eirene Malargos. Przetrwała czternaście lat. Gavin jak przez mgłę pamiętał ją z rytuałów z okazji Dnia Słońca, kiedy jeszcze był małym chłopcem.

- Gavinie, większość Pryzmatów nie dożywa szesnastu lat. Może ceremonia Spektrum sprawiłaby, że umarłbyś wcześniej. Może gdybyś zmarł po siedmiu albo czternastu latach, nie doświadczyłbyś czegoś takiego. Nie mamy pewności.

Oto jeden z minusów bycia impostorem. Nie możesz uzyskać informacji na temat czegoś, co jest tak wielką tajemnicą, że już powinieneś to wiedzieć. Prawdziwy Gavin przeszedł inicjację jako Pryzmat elekt w wieku trzynastu lat. Złożył przysięgę, że nigdy nie będzie o tym mówił, nawet ze swoim niegdyś najlepszym przyjacielem i bratem, Dazenem.

Z tego co Gavin wiedział, to była jedyna przysięga, której dotrzymali wszyscy członkowie Spektrum, bo w ciągu szesnastu lat, kiedy udawał brata, nikt nie powiedział na ten temat ani słowa. Chyba że pozwalali sobie na ukradkowe aluzje na ten temat, których nigdy nie wychwycił i w związku z tym nie zareagował na nie, a co za tym idzie, dał do zrozumienia, że wysoko ceni sobie tajemnicę związaną z ceremonią i oni też tak powinni postępować.

Innymi słowy wpadł we własną pułapkę. Po raz kolejny.

- Corvanie, nie wiem, co się dzieje. Mogę obudzić się jutro i nie być w stanie krzesać zielonego, a następnego dnia nie móc już krzesać żółtego. A może straciłem tylko niebieski i to wszystko, ale już go straciłem. W najlepszym wypadku, jeśli zdołam trzymać się z dala od Chromerii i nie będę obecny na wszystkich niebieskich rytuałach, zostanie mi rok, aż do następnego Dnia Słońca. Nie ma siły, żebym ukrył oszustwo w czasie ceremonii albo się od nich wymigał. Jeśli do tego czasu nie będę w stanie krzesać niebieskiego, jestem trupem.

Gavin widział, jak do Corvana docierają konsekwencje przedstawionego faktu. Przyjaciel odetchnął.

- Hm. I to teraz, kiedy już wszystko tak dobrze szło. - Zaśmiał się. - Mamy pięćdziesiąt tysięcy uchodźców, których nikt nie zechce; kończy nam się jedzenie. Książę Barw odniósł właśnie wielkie zwycięstwo i bez wątpienia zgromadzi kolejne tysiące heretyków pod swoim sztandarem, i w takiej chwili tracimy nasz największy atut.

- Jeszcze nie umarłem - powiedział Gavin.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Corvan ze smutkiem odwzajemnił uśmiech, ale wyglądał na załamanego.

- Nie martw się, lordzie Pryzmacie, jestem ostatnim człowiekiem, który by cię skreślił.

Gavin wiedział, że to prawda. Corvan pogodził się z hańbą i wygnaniem, żeby przegrana Dazena wyglądała bardziej wiarygodnie. Spędził ostatnie szesnaście lat w zapadłej wiosce, biedny i nieznany, dyskretnie mając na oku bękarta prawdziwego Gavina, Kipa.

Kolejny kłopot.

Corvan spojrzał w dół, pobladł, widząc wysokość, i znowu chwycił się kurczowo barierki.

- Co zamierzasz zrobić?

- Im więcej czasu spędzam z krzesicielami, tym bardziej prawdopodobne, że ktoś zauważy, że coś jest nie tak. A jeśli za bardzo zasiedzę się w Chromerii, Biel poprosi mnie o zbadanie równowagi. Jeśli niebieski zacznie tracić w stosunku do czerwieni, może się okazać, że nawet się nie zorientuję, już nie mówiąc o tym, że nie przywrócę równowagi. Usuną mnie.

- Zatem...

- Zatem udam się do Az?lay zobaczyć się z Nuqabą - odpowiedział Gavin.

- Cóż, jest to jakiś sposób, żeby zniechęcić Żelazną Pięść do towarzyszenia ci, ale dlaczego chcesz się z nią zobaczyć?

- Ponieważ poza faktem, że w ich stolicy znajduje się największa biblioteka świata, gdzie mogę studiować i całe Spektrum nie dowie się w ciągu godziny, co czytałem, Paryjczycy przechowują także ustne przekazy, w tym wiele opowieści, którą są tajne, a niektóre z nich niewątpliwie heretyckie.

- Czego szukasz?

- Jeśli ja straciłem kontrolę nad błękitem, to znaczy, że błękit wyrwał się spod kontroli.

Corvan przez chwilę był zdezorientowany, a potem się przeraził.

- Nie możesz mówić poważnie. Nigdy nie czytałem dzieła poważnego uczonego, który uważałby, że mary to coś więcej niż straszydła wymyślone przez Chromerię, żeby usprawiedliwić czyny pierwszych fanatyków i luksorów.

Mara. Corvan prawidłowo posłużył się starym ptarsyjskim terminem. Prawdopodobnie oznaczał on świątynię lub święte miejsce, ale Paryjczycy Lucidoniusa uważali, że to chodziło o coś ohydnego. Zagarnęli sobie to słowo, tak jak zagarnęli świat.

- A jeśli się mylą?

Corvan milczał przez dłuższy czas. A potem powiedział:

- Zatem zamierzasz stanąć w progu Nuqaby, powiedzieć: "pokaż mi, proszę, jako duchowemu przywódcy twojej religii heretyckie teksty i opowiedz mi historie, które ze wszystkich ludzi na świecie ja najprędzej uznam za zasługujące na wyrok śmierci", i spodziewasz się, że Paryjczycy wypełnią twoje polecenie? Widać, że masz plan. Chociaż, zwróć uwagę, nie mówię, że to dobry plan.

- Potrafię być nadzwyczaj czarujący - odparł Gavin.

Corvan się uśmiechnął, ale zaraz się odwrócił.

- Wiesz, to co zrobiłeś wczoraj z tym morskim demonem, było... zdumiewające. To co zrobiłeś w Garristonie, było zdumiewające, nie tylko budowa Muru ze Słonecznej Wody. Gavinie, ci ludzie pójdą za tobą na koniec świata. Będę głosić wieść o twoich dokonaniach, opowiadać ją każdej napotkanej osobie. Gdyby doszło do walki między tobą a Spektrum...

- Corvanie, Spektrum już ma bardziej uległych kandydatów, stojących w kolejce do urzędu Pryzmata. Jeśli przeciwstawię im się teraz, znajdę się w równie fatalnym miejscu, jak Dazen siedemnaście lat temu. Nie narażę świata na taką powtórkę. Ludzie mogą mnie kochać, jeśli jednak wszyscy przywódcy zjednoczą się przeciwko mnie, nie zdobędę niczego poza śmiercią dla przyjaciół i sprzymierzeńców. Już raz to zrobiłem.

- W takim razie, co? Po prostu nas zostawisz? A co zrobisz z Kipem? To twardy dzieciak, ale poraniony, i myślę, że jesteś jedyną osobą, której się trzyma. Jeśli dowie się, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz, może się rozpaść. Nie sposób powiedzieć, w co się zamieni. Nie rób tego swojej duszy, Gavinie. Nie rób tego światu. Ostatnie, czego potrzeba Siedmiu Satrapiom, to kolejny młody polichromata z rodu Guile, który oszalał z gniewu i rozpaczy. A co my mamy zrobić? Gdzie mamy umieścić tych wszystkich ludzi?

- Corvanie, Corvanie, Corvanie. Mam plan.

W pewnym sensie.

- Wiesz, przyjacielu, tego się właśnie obawiałem.

Bocianie gniazdo zakołysało się potężnie, kiedy statek natrafił na niespodziewanie wysoką falę i Corvan spojrzał daleko w dół, na pokład, przełykając ślinę.

- Podejrzewam, że nie przewiduje on łatwego zejścia dla mnie?

 

Rozdział 6

Żelazna Pięść skrzywił się na widok trzymanego pisma. Zwykle taki wyraz twarzy w jego wykonaniu i pod adresem Gavina byłby ledwie drgnieniem mięśni, które natychmiast znika. Tym razem jednak dowódca wykrzywił się, jakby jadł filet wędzony w dymie z sumaka.

- Panie, każesz mi dostarczyć rozkazy. Dostarczyć je Bieli - powiedział.

Gavin wezwał krzepkiego gwardzistę do swojej prywatnej kajuty, sprawdziwszy uprzednio kilka innych pomieszczeń, zanim zdecydował, które najlepiej się nada.

- Dotyczące mojego syna. Owszem.

Jako Pryzmat Gavin nie miał żadnej władzy nad Bielą, ale ona uważała, żeby go nie obrazić. Oboje ostrożnie dobierali kwestie, o które ze sobą walczyli. Uznał, że Biel nie zdecydowałaby się walczyć z nim w tej sprawie.

- Chcesz zrobić z Kipa Czarnogwardzistę. - Żelazna Pięść starał się mówić beznamiętnie.

Był dowódcą Czarnej Gwardii. Teoretycznie on jeden powinien decydować, kto może starać się o przyjęcie.

- Lordzie Pryzmacie, nie wiem nawet od czego zacząć wyjaśnienia, jak złe i niszczycielskie może się to okazać.

Był słoneczny dzień, ale błyszczące ciemne drewno kajuty chłonęło światło, przez co Gavin musiał się skupić, żeby widzieć wyraz twarzy dowódcy.

- Mam nadzieję, dowódco, że jesteś świadom mojego najwyższego szacunku dla ciebie.

Delikatne drgnienie brwi. Niedowierzanie. Gavin powiedział akurat szczerą prawdę, ale podejrzewał, że nie dał Żelaznej Pięści zbyt wielu powodów, by w to wierzył.

Mimo to, mówił dalej:

- Jednakże znaleźliśmy się w sytuacji, która wymaga szybkiego działania. Uchodźcy. Poszkodowani satrapowie. Utracone miasto. Rebelia. Coś ci to mówi?

Twarz Żelaznej Pięści zamieniła się w kamienną maskę.

Gavin musiał załatwić tę sprawę delikatniej. Mówisz człowiekowi, że go szanujesz, a potem traktujesz go jak idiotę?

- Dowódco, ilu Czarnogwardzistów straciłeś w Garristonie? - zapytał.

- Pięćdziesięciu dwóch zginęło. Dwunastu jest rannych. U czternastu halo jest tak bliskie pęknięcia, że trzeba ich zastąpić.

Gavin umilkł na dość długo, żeby uszanować poniesione straty w ludziach. Oczywiście znał już te liczby. Znał twarze i imiona poległych. Czarna Gwardia była osobistą strażą Pryzmata, a jednak znajdowała się poza jego kontrolą. Stąpał po kruchym lodzie.

- Wybacz, że mówię to tak bez ogródek, ale trzeba tych ludzi zastąpić.

- Na to potrzeba przynajmniej trzech lat, a Czarna Gwardia jako całość nie odzyska dawnego poziomu przed upływem dziesięciu albo więcej. Będę musiał awansować ludzi, którzy nie są dostatecznie wyszkoleni. Oni nie będą w stanie dostatecznie dobrze wyszkolić swoich podwładnych. Rozumiesz, panie, jakie skutki mają dla nas twoje działania? Zabiły jedno pokolenie, upośledziły następne dwa. Pozostawię po sobie Czarną Gwardię, która będzie cieniem tego, co otrzymałem. - Żelazna Pięść mówił spokojnym głosem, ale nie dało się z niczym pomylić kryjącej się za opanowaniem furii.

To było nietypowe dla Żelaznej Pięści.

Gavin nic nie powiedział; zęby miał zaciśnięte, wzrok martwy. Oto piekło przywódcy: widzieć człowieka jako jednostkę, znać jego nadzieję, rodzinę, ukochanych, ulubione potrawy, wiedzieć, czy jest bardziej czujny rankiem, czy nocą, że lubi ostre papryczki i tańczące dziewczęta, że fałszuje przy śpiewaniu. A w następnej godzinie widzieć w nim numer i być gotowym go poświęcić. Tych trzydziestu ośmiu martwych mężczyzn i czternaście kobiet ocaliło dziesiątki tysięcy ludzi, prawie uratowało miasto. Gavin posłał ich w miejsce, gdzie wiedział, że mogą zginąć, i tak się stało. Zrobiłby to ponownie. Zniósł spojrzenie Żelaznej Pięści.

Dowódca odwrócił wzrok.

- Lordzie Pryzmacie - dodał.

Nie było skruchy w jego głosie, ale Gavin nie wymagał ślepego posłuszeństwa. Wymagał po prostu posłuszeństwa.

Gavin zerknął na otwartą przestrzeń nad krokwiami między jego kajutą i sąsiednią.

- Czarna Gwardia potrzebuje rekrutów. Jesienne zajęcia pewnie się jeszcze nie zaczęły, a Kip idealnie pasuje. Widziałeś, jak krzesze.

- To zbyt wymagające fizycznie. Dwadzieścia tygodni piekielnego treningu i walki co miesiąc, żeby odsiać plewy. Zaczynamy od czterdziestu dziewięciu i kończymy na najlepszej siódemce. Nigdy by mu się nie udało, nawet gdyby nie poparzył ręki. Jeśli schudnie, to może za rok albo...

- Uda mu się - powiedział Gavin.

To nie był wyraz wiary.

Cisza, kiedy Żelazna Pięść siłował się z sugestią. A potem niedowierzanie.

- Chcesz, panie, żebym wcielił go niezasłużenie?

- Muszę odpowiadać na to pytanie?

- Mam publicznie uczynić go faworytem? To zniszczy tego chłopaka.

- I tak wszyscy będą uważać, że jest faworyzowany. - Gavin wzruszył ramionami i zadbał, żeby mówić z mocą. - Będzie służył celowi, dla którego został stworzony albo załamie się, próbując go osiągnąć, jak my wszyscy.

Dowódca Żelazna Pięść nie odpowiedział. Ten człowiek rozumiał potęgę milczenia.

- Chodź ze mną, dowódco.

Wyszli razem na balkon. Drzwi między kajutami były cienkie, a nad krokwiami zostawiono wolne przestrzenie, może po to, by kapitan mógł wywrzaskiwać rozkazy do swoich sekretarzy, którzy w normalnych okolicznościach mieli swoje biuro w małej sąsiedniej kabinie. Rozmowa nie przebiegła do końca tak, jak Gavin chciał, ale osiągnie swój cel. Kip powinien był wszystko usłyszeć.

Teraz Gavin chciał powiedzieć parę słów przeznaczonych tylko dla uszu Żelaznej Pięści.

- Kip jest moim synem, dowódco. Uznałem go, kiedy zamiast tego mogłem pozwolić, żeby umarł, i nikt by się o nim nie dowiedział. Nie zamierzam zniszczyć Kipa. Jest gruby, jest niezręczny i jest potężnym polichromatą. Zacznie szybko dorastać, kiedy trafi do Chromerii. Może stać się pośmiewiskiem albo wyrosnąć na wielkiego człowieka. Późno zaczyna. Synowie i córki satrapów pożrą go żywcem. Chcę, żebyś zajął mu każdą godzinę, odmienił go fizycznie, wzmocnił psychicznie, sprawił, że pozna swoją wartość. Kiedy zapracuje na szacunek Czarnej Gwardii, kiedy nie będzie się przejmował, co żmije myślą na jego temat, poproszę go, żeby odszedł z Czarnej Gwardii i wskoczył do gniazda żmij.

- Przygotowujesz go na następnego Pryzmata - powiedział Żelazna Pięść.

- Skądże, dowódco, to sam Orholam wybiera następnego Pryzmata.

To był żart, ale Żelazna Pięść się nie roześmiał.

- W rzeczy samej, lordzie Pryzmacie.

Gavin ciągle zapominał, że Żelazna Pięść jest religijnym człowiekiem.

- Nie zamierzam mu pobłażać - powiedział dowódca. - Jeśli ma wstąpić do mojej Czarnej Gwardii, musi na to zasłużyć.

- Doskonale.

- Jest polichromatą.

Zdecydowanie odwodzono polichromatów od podejmowania tak niebezpiecznej służby.

- Nie byłby pierwszym wyjątkiem - odparł Gavin.

Chociaż byłby pierwszym od bardzo, bardzo dawna.

Zapadło ciężkie milczenie.

- I to ja mam jakoś przekonać Biel, by na to pozwoliła.

- Mam do ciebie zaufanie. - Gavin wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Od kwaśnego spojrzenia Żelaznej Pięści nawet miód straciłby słodycz. Gavin się roześmiał, i znowu to zauważył - Żelazna Pięść go szanował, ale czar Gavina w ogóle na niego nie działał.

- Opuszczasz nas - powiedział powoli dowódca. - Po tym, jak przez ciebie zginęła połowa moich ludzi, zamierzasz odejść i zostawić nas w tyle, zgadza się?

Niech to szlag.

Żelazna Pięść uznał milczenie za potwierdzenie.

- Wiedz jedno, Pryzmacie, nie pozwolę na to. Nie zrobię dla ciebie absolutnie niczego, jeśli nie pozwolisz mi wykonać mojej roboty. Jeśli przez ciebie moje wysiłki tracą sens, dlaczego miałbym pomagać tobie? Czy to nazywasz najwyższym szacunkiem?

Ach. Zapamiętaj sobie, Gavinie: czar działa o wiele mniej skutecznie na ludzi, którzy mają dobre powody, żeby skopać ci tyłek. Gavin uniósł ręce.

- Czego chcesz?

- Żadne "chcę". Żądam. Weź ze sobą Czarnogwardzistę. Ja go wybiorę. Nie wiem, jaką masz misję, Pryzmacie, ale gdzie jeden może się udać, dwójka też da radę. Zauważ, że wolałbym, byś podróżował z całym oddziałem, ale jestem rozsądnym człowiekiem.

Właściwie to okazał o wiele więcej rozsądku, niż Gavin by się spodziewał. Może Żelazna Pięść nie był tak dobrym politykiem, jak Gavin myślał. Oczywiście, pewnie był zbyt zajęty znajdowaniem najskuteczniejszych sposobów zabijania, żeby nabrać takiej praktyki w polityce jak Gavin. Żelazna Pięść pewnie zamierzał osobiście towarzyszyć Gavinowi, ale nic z tego nie wyjdzie. Kiedy dowódca pomyśli, ile pracy go czeka w związku z odbudową i szkoleniem Czarnej Gwardii, sam zda sobie z tego sprawę. A wtedy będzie już za późno.

- Zgoda - odpowiedział szybko Gavin, zanim dowódca przemyślał swoje stanowisko.

- Zatem umowa stoi - powiedział Żelazna Pięść.

Wyciągnął rękę, a Gavin ją uścisnął. To był stary paryjski sposób przypieczętowywania umów, który wyszedł już z użycia. Dowódca spojrzał Gavinowi w oczy, kiedy ściskali sobie dłonie.

- Już ktoś poprosił mnie o przydzielenie mu tego zadania - zaczął.

Niemożliwe. Nawet nie powiedziałem mu, że odchodzę, zanim...

- Karris - powiedział Żelazna Pięść.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Szerokim.

Łajdak.