Prolog
Prolog
Wiatr telepał drzwiami drewutni, uderzając o metalową bramę. Od kilku
dni mocno wiało, co chwilę było słychać syreny straży pożarnej, wzywanej
do nagłych sytuacji. Mężczyzna wyszedł z domu, narzucając na siebie
płaszcz. Zamknął drewutnię, zaciskając mocno skobel, po czym dodatkowo
podparł drzwi kamieniem. Postanowił przejść się po okolicy, aby na
własne oczy się przekonać, jakich zniszczeń dokonała wichura. Powalone
drzewa, zerwany dach, na szczęście jego dom nie ucierpiał. Co jakiś czas
robił remont: zmiana rynien, nowy płot, trzeba dbać o swoje i jak widać,
opłaciło się. Skręcił na główną drogę, gdy usłyszał szczekanie psa.
Przez głośne ujadanie przebijał się ludzki głos. A więc znalazł się
jeszcze jakiś szaleniec, który tak jak on w niepogodę spaceruje, zamiast
siedzieć w domu. Psa by nie wygonił, pomyślał, a tu nie tylko pies, ale
i ludzie na zewnątrz. Znów wiatr uderzył go w twarz, wdzierając się pod
płaszcz. Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Postawił kołnierz i schował głowę w ramiona. Miał już zawracać, gdy nagle się wzdrygnął.
Niespodziewanie z krzaków wyskoczył pies i przestraszył go. Na szczęście
był po drugiej stronie ogrodzenia; opierając przednie łapy na płocie,
szczekał głośno.
- Cicho, cicho. - Mężczyzna uspokajał zwierzę, ale na psie nie robiło to
wrażenia.
Za nim, w oddali zauważył kobietę. Wiatr szarpał jej kolorowym szalem.
Wbiła łopatę w ziemię, wkładając w to całą siłę. Zawołał, ale wiatr
połykał jego słowa, a dodatkowo ujadanie psa zagłuszyło jego głos.
Kobieta pochylona nad łopatą, nieświadoma, że ktoś ją obserwuje, otarła
wierzchem dłoni czoło i po raz kolejny wbiła szpadel w ziemię. To
dopiero znalazła sobie porę na prace na działce. - Zmarszczył czoło,
przyglądając się jej z oddali. W pierwszej chwili pomyślał, że może
wichura dokonała zniszczeń na jej posesji. Nie zauważył jednak
powalonych drzew ani porozrzucanych na działce konarów. Kobieta
metodycznie, kawałek po kawałku, wbijała łopatę w ziemię, jakby czegoś
tam szukała albo coś chciała ukryć. Zaczęło padać i drobne krople
lądowały na twarzy mężczyzny. Po chwili rozpadało się na dobre, ale
kobieta, niewzruszona, nadal przekopywała ogródek.
Odwrócił się i ruszył w stronę swojego domu. Wiatr i deszcz przybierały
na sile i zanim mężczyzna dotarł do posesji, był przemoczony do suchej
nitki. Przebiegł przez podwórko i schował się pod zadaszeniem werandy.
Wszedł do domu, zdjął z siebie mokre ubrania, wytarł twarz ręcznikiem i podrzucił do kominka dwa polana. Drewno zajęło się ogniem; zbliżył ręce
do kozy, poczuł, że robi mu się cieplej. Usiadł w fotelu i wpatrywał się
w płomień. Widok kobiety przekopującej ogródek go nie opuszczał; nie
wiedział, dlaczego ta scena zrobiła na nim takie wrażenie, ale bez
wątpienia było w niej coś niepojącego. Zamknął oczy, opierając głowę o poduszkę, a potem zasnął i w śnie znów nawiedził go ten obraz.
Trzepoczący na wietrze, kolorowy szal i ostry szpadel zanurzający się w miękkiej, czarnej ziemi.
Lena. 17 października 2019. Madryt
Lena
17 października 2019
Madryt
Kłamstwo stało się prawdą. Jestem w Madrycie, w mieście, w którym
rzekomo żyję od roku. Utkałam tę opowieść w wyobraźni, nakarmiłam nią
moich bliskich, stałam się jej częścią dużo wcześniej niż w rzeczywistości. Samosprawdzająca się przepowiednia? Jakkolwiek. Przede
mną leży wyborowy hiszpański tapas, a w szklance, gęsta i czerwona
niczym krew, w promieniach słońca wygrzewa się sangria. Upijam łyk i zawieszam wzrok na zdobieniach balkonów po przeciwnej stronie ulicy.
Nigdy nie byłam w Hiszpanii, ale gdy tylko wysiadłam na głównym dworcu
kolejowym w Madrycie, odniosłam wrażenie, jakbym znała to miejsce od
dawna. Wielokrotnie wchodziłam na Google Street View i poruszałam się po
mieście, siedząc na kanapie w moich przytulnym pokoju w centrum
Kopenhagi. Odkrywałam miasto, będąc oddalona od niego o setki
kilometrów, dzięki technologii i życiu w dwudziestym pierwszym wieku.
Utkałam swoją historię, napisałam siebie na nowo, by nie zgadzało się
nic, nawet moje imię i nazwisko. Fikcja, jaką sobie stworzyłam, była
bezpieczniejsza od rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Tygodniami
chłonęłam atmosferę hiszpańskiej stolicy przez szklany ekran mojego
telefonu, a teraz jestem tu naprawdę. Czuję się jak wąż, który -
pozbywając się starej skóry - momentalnie staje się kimś nowym. Zmień
miejsce zamieszkania, a zmienisz swoje przeznaczenie. Tego mi potrzeba.
Radykalnych kroków, dotyczących nie tylko wyglądu zewnętrznego, ale
przede wszystkim psychicznej regeneracji.
Uciekłam. Po raz kolejny udało mi się wyrwać ze szponów przeszłości.
Wystarczyła jeszcze chwila na peronie kopenhaskiego metra, a dopadliby
mnie. Nie siedziałabym teraz na wygodnej sofie i nie wygrzewałabym się w promieniach zachodzącego słońca, rozkoszując się ciepłym powietrzem na
skórze i odgłosami gwarnej madryckiej ulicy wpadającymi przez otwarte na
oścież drzwi balkonowe. Na samą myśl, gdzie bym teraz była i z kim,
czuję zimy dreszcz na plecach.
Zrobiłam coś złego, ale i mnie skrzywdzili. Przyjęłam życie w masce, bo
bycie sobą to zbyt duże ryzyko. Gdy wskoczyłam do kolejki metra,
zostawiwszy własną przeszłość na peronie, nie miałam pomysłu, co dalej,
wtedy w mojej głowie pulsowało jedno słowo: uciekaj. Nieważne, dokąd i w jaki sposób, byle jak najdalej od tego potwora i jego matki. Nie mogłam
zrozumieć, jak odnalazł mnie w Danii, przecież czmychnęłam z jego
mrocznej twierdzy nad Jeziorem Powidzkim, znalazłam bezpieczną kryjówkę
w centrum Kopenhagi, w domu staruszki, której stałam się opiekunką, i nagle mój świat znów rozpadł się na kawałki. A drobne odłamki niczym
fragmenty zbitego lustra odbijały skrawki mojego życia, niekompletne,
zniekształcone i trudne do połączenia.
Tamtego dnia, gdy zobaczyłam, że Nikodem - mężczyzna, który mnie oszukał
i przed którym uciekłam z Polski - wychodzi z kamienicy, w której
mieszkałam, zrozumiałam, że nie mam czasu do stracenia. Być może mogłam
podjąć inne kroki, niż znów uciekać, ale zostałam zaskoczona. Chaotyczne
działanie to jedyne, na co było mnie stać w tamtej chwili. A poza tym
czy nie jest tak, że stale chodzimy tymi samymi drogami? Mamy w umyśle
wydeptane ścieżki i choć wiemy, że trasa wiedzie nad urwiskiem, po
grząskiej ziemi lub pod górę, wskakujemy na nią, bo właśnie ją dobrze
znamy, jak żadną inną.
Ja znałam ucieczkę jako rozwiązanie wszystkich moich problemów, znów
wybrałam ten sam scenariusz. Gdy wysiadłam na przystanku metra Central
Station, krzyżującego się z głównym dworcem kolejowym w Kopenhadze, od
razu skierowałam się w stronę tablicy rozkładu odjazdów. Jakby nogi same
mnie tam prowadziły. Przetarte szlaki, wydeptane ścieżki. Gdy pół roku
wcześniej uciekałam przed Nikodemem z Polski, także udałam się na
dworzec, zdawałam sobie więc sprawę, że znów może mnie tam szukać - on
zapewne też działa według wyuczonego, nieświadomego schematu. Tylko że
moją siłą napędową jest ucieczka, a jego - pogoń za mną.
Bateria w moim telefonie padła, a ja nie wzięłam ładowarki z domu
staruszki, u której mieszkałam. W kiosku na dworcu kupiłam starter na
kartę z telefonem, aby nie było potrzeby rejestracji numeru. W Danii
nadal jest to możliwe, choć w Polsce już zakazane. Pierwszym pociągiem,
jaki odjeżdżał poza granicę Skandynawii, był ekspres do Frankfurtu.
Musiałam uciekać. Jak najszybciej opuścić Danię. Jak najdalej od
Kopenhagi, jak najdalej od niego.
Kupiłam w kasie bilet i zajęłam miejsce w wagonie. Oczekiwanie przez
czterdzieści minut, aż w końcu pociąg ruszy, ciągnęło się w nieskończoność. Byłam sama w przedziale i choć miałam miejscówkę przy
oknie, celowo siedziałam w głębi. Nie chciałam rzucać się w oczy. Gdyby
zjawili się na peronie, musiałam mieć nad nimi przewagę, obserwować ich
każdy ruch i jednocześnie wiedzieć, że oni mnie nie widzą. Gdy konduktor
zagwizdał, dając znak do odjazdu, wypuściłam zgromadzone w płucach
powietrze, czując, jak opuszczają mnie wszystkie siły. Stale napięte
mięśnie, wyczulony słuch i wzrok, niczym u zwierzęcia szykującego się do
walki bądź ucieczki. Zamknęłam oczy i oparłam głowę o zagłówek fotela.
Nie dopadli mnie. Uciekłam.
Pociąg powoli ruszył, z każdą sekundą przyśpieszając swój bieg i zostawiając za sobą moje kopenhaskie życie. Mknął przez pola, mieniące
się kolorami jesieni, poprzecinane wstęgami rzek krajobrazy, migocącymi
kolorowymi domkami na horyzoncie, sielską prowincją. Ten malowniczy
krajobraz przypomniał mi moje rodzinne strony, spokój i ciszę
nadbużańskich pól i łąk. Wiedziałam jednak, że nie mogę wrócić do domu.
Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Orchówek to będzie kolejny punkt na
mapie, od którego zaczną mnie szukać. Nie mogłam o tym zapominać.
Włożyłam kartę do nowego aparatu, który podłączyłam do ładowarki w pociągu, i zarejestrowałam się w sieci Lycamobile. Chciałam zadzwonić do
pani Sary, tak nagle urwałam z nią rozmowę, ale nie byłam na to gotowa.
Obawiałam się, że Nikodem wrócił do jej domu i pozna mój nowy numer.
Po dziesięciu godzinach podróży, gdy wysiadłam na dworcu we Frankfurcie,
miałam niemal gotowy plan. W kawiarni o wdzięcznej nazwie Cafe di Roma
zamówiłam macchiato i panini. Byłam głodna i to w tamtej chwili było
najważniejsze. Fizjologia. Cynamonowe bułeczki, które kupiłam w piekarni
nieopodal Esplanaden, zjadłam w drodze. Podłączyłam telefon do ładowarki
i zaczęłam wprowadzać w życie mój naprędce wymyślony scenariusz. Jadąc
pociągiem, gorączkowo robiłam w głowie przegląd moich możliwości,
kontaktów i znajomości, które mogłabym wykorzystać. W ostatnim czasie, z wiadomych względów, nie byłam osobą towarzyską, tak po prawdzie to nigdy
nie leżało to w mojej naturze, ale nawet największy introwertyk ma
kogoś, kogo w sytuacji zagrożenia wybierze na swoje koło ratunkowe.
Iza, moja przyjaciółka, z którą co prawda urwał mi się kontakt, była
jedyną znaną mi osobą, którą mogłam prosić w tej sytuacji o pomoc. Czy
nadal studiowała za granicą, a może już wróciła do Polski? Chociaż nie
miałam Facebooka, odnalazłam ją na portalu społecznościowym. Ostatni
post wrzuciła dwa tygodnie wcześniej; informowała cały świat, że właśnie
inaugurowała kolejny semestr studiów w Hiszpanii. Wysłałam jej
wiadomość, prosząc o pomoc i niezdradzanie nikomu, że się z nią
skontaktowałam. Przez pewien czas byłyśmy sobie naprawdę bliskie,
znałyśmy się niemal od zawsze, takich przyjaźni nie może zabić rok
przerwy. To prawda, zaniedbałam Izę, gdy się zakochałam, straciłam
kompletnie głowę, ale liczyłam na to, że już mi wybaczyła, a zważywszy
na to, co mnie spotkało, nie odmówi pomocy.
Najwidoczniej Iza miała takie samo zdanie w tej kwestii, bo odpisała po
niecałej godzinie. Po krótkiej wymianie zdań, z której dowiedziałam się,
że od kilku miesięcy jest w szczęśliwym związku, zapytała, czy może
zadzwonić. A gdy usłyszałam jej głos, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi
jej ostatnio brakowało. Zapewne kiedy sama doświadczyła tego cudownego
uczucia, jakim jest zakochanie, zrozumiała moje postępowanie,
wcześniejsze decyzje i nie była już o to zazdrosna. Gdy opowiedziałam
jej, że siedzę na dworcu kolejowym we Frankfurcie bez żadnych pomysłów i perspektyw, zaprosiła mnie do Madrytu. Powiedziała, że wynajmuje
malutkie mieszkanko, ale że znajdzie się dla mnie miejsce i żebym nie
zwlekała, tylko jak najszybciej do niej jechała. Tak też zrobiłam. Nie
analizowałam, czy to jest najlepszy pomysł, właściwie nie miałam innego
wyboru, jej dom jawił mi się jako mój nowy azyl.
Siedzę teraz na wygodnej sofie w jej minimalistycznym studiu i patrzę,
jak Iza krząta się po kuchni, przygotowując dla nas kolację. Z głośników
dobiega cicha muzyka, przymykam oczy i odnoszę wrażenie, jakbyśmy
cofnęły się do przeszłości, do czasów przed tym piekielnym dniem, gdy
zostałam oszukana. Niemal widzę wynajmowane mieszkanie w Lublinie,
wysokie wieżowce za oknem, zapach cebularzy, które odgrzewała w opiekaczu dla nas na kolację.
- Paella marinera gotowa - mówi, stawiając na stole patelnię.
- Pachnie obłędnie - komentuję, nachylając się nad daniem.
- Cebula, papryka, pomidory i owoce morza - wymienia, grzebiąc w szafce.
Wyjmuje talerze i sięga do szuflady po sztućce.
Z Frankfurtu złapałam pociąg do Paryża, a tam miałam przesiadkę do
Madrytu. Jestem po blisko trzydziestu godzinach podróży, szybkim
prysznicu i lampce hiszpańskiego trunku. Upijam kolejny łyk sangrii i przysuwam sobie podany przez moją przyjaciółkę talerz.
- Mam nadzieję, że kuchnia hiszpańska przypadnie ci do gustu - mówi,
siadając po przeciwnej stronie stołu.
- Na pewno - odpowiadam, posyłając jej uśmiech. - Jestem tak głodna, że
zjadłabym nawet gwoździe.
Iza wybucha śmiechem. Niecałą godzinę temu odebrała mnie z dworca i metrem przyjechałyśmy do jej mieszkania. W drodze opowiedziałam jej o moich perypetiach w Polsce, śmierci mojego chłopaka i półrocznym pobycie
w Kopenhadze oraz o tym, co się tam stało i zmusiło mnie do kolejnej
ucieczki. Oczywiście nie powiedziałam jej całej prawdy. Pominęłam jeden
istotny szczegół. Fakt, że zabiłam człowieka.
Anna. 22 października 2019. Kopenhaga
Anna
22 października 2019
Kopenhaga
Trzymam telefon w dłoni i po raz kolejny czytam treść esemesa, którego
właśnie otrzymałam. "Wiem, że ją zabiłaś!" Litery powiększają się i zmniejszają, mój mózg eksploduje tysiącem myśli. To niemożliwe. Kręci mi
się w głowie, przytrzymuję się wypolerowanego blatu kuchennej wyspy.
Świat wiruje przede mną. To mój koniec. On wie. On wie. Dudni w mojej
głowie. On zna prawdę. Odwracam się i wymiotuję do zlewu. Grafitowa
powierzchnia pokrywa się dopiero co wypitą przeze mnie kawą. Jestem
skończona. Trafię do więzienia. Usuwam się na krzesło i ukrywam twarz w dłoniach. On wie, co zrobiłam tej dziewczynie. Nie wiem, jak się
dowiedział, ale zna prawdę. Zabiłaś, dudni w mojej głowie. Słowa z esemesa wyświetlają się przed moimi oczami. Zaciskam mocno powieki, ale
poszczególne litery składające się na oskarżające mnie słowo wciąż tam
są. Zostałam zdemaskowana.
To wszystko wina tej przeklętej Leny. Znów pochylam się nad zlewem,
teraz szarpią mną jedynie gardłowe odgłosy, nie mam czym wymiotować. Ta
niespodziewana reakcja mojego organizmu mnie przeraża. Nigdy wcześniej
nic podobnego mi się nie zdarzyło, ale też nigdy wcześniej nie zabiłam
człowieka. Już nic nie będzie takie samo. Jeden wieczór i moje całe
dotychczasowe życie legło w gruzach. Przeklęta dziewczyna!
Gdyby Lena nie pojawiła się w moim życiu, nic podobnego by się nie
stało. Femme fatale, zrujnowała Nikodema, mnie, tego człowieka,
którego zabiła, kobietę, którą ja zabiłam, kto wie, kogo jeszcze
pogrążyła? Zdejmuję z suszarki szklankę i napełniam ją wodą. Upijam
kilka łyków.
Mówią, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny i powinniśmy z każdego dnia wyciągać lekcję na przyszłość. A więc mam współczuć Lenie,
bo dowiedziałam już, co to znaczy znaleźć się w niewygodnym położeniu i zrozumiałam, jak ona się codziennie czuje? A może za jej przykładem
wybrać drogę ucieczki? Stale zmieniać miejsce zamieszkania, mylić tropy.
O nie, to nie w moim stylu! Nic by się nie stało, gdyby ona nie pojawiła
się w moim życiu. Tamta kobieta nadal by żyła, a nade mną nie wisiałaby
wizja więzienia. Ona za to zapłaci, nie ja!
Zerkam na komórkę leżącą na blacie, ekran wyświetlacza wygasł,
zastanawiam się, co odpisać Andersowi. Zaprzeczyć, iść w zaparte, że nie
mam nic wspólnego ze śmiercią tej kobiety, albo może lepiej rżnąć głupa?
Zadzwonić, pytając, o czym on, do cholery, mówi? Jaka kobieta nie żyje?
Być wstrząśnięta? A może wręcz oburzona, że w ogóle nie podejrzewa o taki czyn? To nie przejdzie. Nie z Andersem. Jest najbardziej dociekliwą
i wiarygodną osobą, jaką znam. Nigdy nie rzuca słów na wiatr. Jeśli coś
mówi, to ma do tego stuprocentową pewność. Wie, co zrobiłam, i teraz mi
grozi.
Chwytam komórkę w dłoń i idę po schodach do góry. Wchodzę do łazienki
znajdującej się przy sypialni, wyjmuję z kosmetyczki środki
przeciwbólowe; rozsadza mi głowę i muszę przyćmić ten stan. Wyciskam z blistra dwie białe tabletki, wrzucam do ust i popijam wodą z kranu.
Wracam do sypialni, zaciągam żaluzje w oknach i kładę się na środku
łóżka. Nie przykrywam się, bo czuję, że cała płonę. Ten esemes nie tylko
rozpalił moje emocje, lecz także podniósł o kilka stopni temperaturę
mojego ciała. Dotykam ręką czoła, nie jest gorące, ale policzki pulsują
strachem.
Co teraz ze mną będzie? I jak w ogóle Anders się o tym dowiedział? Tam,
gdzie doszło do śmiertelnego potrącenia dziewczyny, nie było żadnych
kamer, tego jestem pewna. Byłam w tym miejscu wielokrotnie, boczna
droga, między drzewami dziko rosnącymi na skraju pól i łąk. Poza
zasięgiem miejskiej sieci monitoringu. Świadek? Policja nie powoływała
się na żadnego świadka, znam tę sprawę jedynie z mediów, ale zapewne
dotarłyby do dziennikarzy informacje, że ktoś widział zdarzenie, a poza
tym, wtedy nie leżałabym jak teraz na wygodnym materacu w mojej
sypialni, tylko składała zeznania na policji albo spoczywała na wąskiej,
niewygodnej więziennej pryczy.
Minęło osiem dni od zdarzenia, czas działa na moją korzyść. Padający od
świtu do nocy deszcz zmył wszystkie ślady zbrodni, wywietrzała pamięć
sąsiadów, którzy mogli widzieć w moim ogrodzie tę dziewczynę tamtego
wieczoru. A może właśnie w ten sposób Anders dowiedział się, że mam coś
wspólnego z zabójstwem? Spotkał kogoś z sąsiedztwa i wyszło na jaw, że
gościłam u siebie tę zamordowaną kobietę. Ale czy wtedy sąsiad nie
zgłosiłby tego od razu na policję? Poza tym mój dom jest za wysokim
parkanem, nie docierają tu spojrzenia przypadkowych gapiów. Ani oko
kamery.
Siadam na łóżku zbyt gwałtownie, nagły zawrót głowy sprawia, że robi mi
się na moment ciemno przed oczami. Po chwili mój błędnik pracuje znów
prawidłowo, wstaję i rozglądam się po pokoju. Czy możliwe, że Anders bez
mojej wiedzy i zgody zamontował w domu kamery? Nie byłam z tamtą
pielęgniarką w sypialni, więc opuszczam pokój i schodzę na dół.
Rozglądam się po salonie, aneksie kuchennym, wchodzę do gabinetu, ale
nigdzie nie widzę żadnych dziwnych urządzeń, które wzbudziłyby mój
niepokój. Słyszałam, że teraz kamery mogą być ukryte w przedmiotach
codziennego użytku, być bardzo małe, wręcz mikroskopijne, z łatwością
mieszczące się w guziku od koszuli czy zatyczce długopisu.
Unoszę głowę i spoglądam na kryształowy żyrandol. Czy w jednym z kamyczków mój były partner mógł ukryć urządzenie szpiegowskie? Wychodzę
na zewnątrz, jest pierwszy słoneczny dzień po kilku deszczowych
tygodniach, ale silny wiatr sprawia, że przeszywają mnie zimne dreszcze,
gdy obchodzę dom dookoła. Tutaj także nie zauważam niczego dziwnego,
elewacja i dach są bez widocznych zmian. Poza tym, jeśli nawet obecność
tej dziewczyny w moim domu została zauważona przez Andersa dzięki
kamerom, to i tak nie byłaby twardym dowodem w sprawie, przecież nie
nagrała się scena, jak pozbawiam ją życia. A on wyraźnie napisał, że
wie, iż ją zabiłam. Ponadto śledzenie, podglądanie to naprawdę nie w stylu Andersa, on najzwyczajniej nie ma na to czasu, co więcej, wręcz
stroni od tego. Zbyt wiele razy stał się celem paparazzich, by bawić się
w te haniebne zagrywki.
Niemal słyszę, jak wypowiada te słowa, wielokrotnie zwykł w taki sposób
mówić o medialnym zepsuciu. A może to sprawka jakiegoś dziennikarza?
Obserwował nasz dom, licząc, że wpadnie mu w kadr znany pan projektant,
a tymczasem nie było nic ciekawego oprócz dwóch kłócących się kobiet,
które uwiecznił na zdjęciach, a potem dodał dwa do dwóch? Szantażuje
Andersa fotkami? Żąda zapłaty za milczenie? A gdy on mu nie zapłaci,
upubliczni je? Dlatego mój były jest przekonany, że ją zabiłam, bo ma
dowody na zdjęciach? Przypominam sobie tamten wieczór, w pobliżu domu i na bocznej drodze nie było nikogo, zauważyłabym to, ale czy na pewno?
Wracam do domu, przekręcam klucz od środka, zignoruję wiadomość od
Andersa, nic mu nie odpiszę, tylko udowodnię moją niewinność. A żeby to
zrobić, muszę oskarżyć Lenę. Nie pozostaje mi nic innego, jak wrobić ją
w to morderstwo. I tak już ma jedno na koncie, a jedno czy dwa, jaka to
różnica, gdy dostaje się dożywocie?
Emil. 22 października 2019. Kopenhaga
Emil
22 października 2019
Kopenhaga
Wracam do mieszkania i zsuwam z nóg buty. Nie wierzę w to, co się stało.
Odwieszam marynarkę i pierwsze kroki kieruję do łazienki. Przemywam
twarz zimną wodą, a potem chowam ją w miękki ręcznik frotté. Mam
wrażenie, że czas biegnie innym rytmem, jakbym nagle został wtrącony do
równoległej rzeczywistości. Wychodząc rano z domu, nie spodziewałem się
takiego obrotu spraw. Przez myśl mi nie przeszło, że właśnie dzisiaj
dostanę niemy znak od Leny, dziewczyny, która po raz drugi nagle
zniknęła z mojego życia, bez słowa wyjaśnienia, bez pożegnania. Wtedy
milczała tygodniami, teraz niezwłocznie zawiadamia mnie, że wyjechała do
Hiszpanii.
Przechodzę do salonu i opadam na kanapę. Z kieszeni spodni wyjmuję
kartkę pocztową, którą od niej dostałem. Dawno nie otrzymałem żadnej
pocztówki, znajomi przesyłają pozdrowienia z wakacji na Messengerze lub
innym komunikatorze, a tu proszę, trzymam w dłoni widokówkę. Obracam ją
w palcach, przyglądając się detalom. Spienione morze, mewy, palmy,
zachodzące słońce, daleko mi do romantyka, ale umiem docenić piękno i unikatowość. I ta kartka taka jest. Nieoczywista. Zupełnie tak jak Lena.
Niby zwyczajna dziewczyna, ale tak naprawdę nieodgadniona, tajemnicza,
nieprzewidywalna.
Wpatruję się w drukowane litery, którymi zapisano moje imię i nazwisko
oraz adres szpitala. Miejsce, które przeznaczone jest na wakacyjne
pozdrowienia, zionie pustką. Dlaczego nic nie napisała? Zakładała, że
kartka dostanie się w niewłaściwe ręce i ktoś oprócz mnie dowie się, że
ukrywa się w Hiszpanii? Jej strategia związana była z tym, że kogoś się
bała czy jednak zrobiła coś, co jest karalne? Znów przypominają mi się
hasła wpisywane przez nią w wyszukiwarce mojego laptopa. Co grozi za
zabicie człowieka, jak ukryć się przed policją i tego rodzaju podobne
teksty, którymi nie interesują się niewinni ludzie. Od natłoku myśli
zaczyna boleć mnie głowa. Z jednej strony znów czuję się źle z tym, że
Lena potraktowała mnie w taki sposób, zostawiła, uciekła bez słowa, a z drugiej martwię się o nią. Czy jest bezpieczna, czy nic jej nie grozi,
czy ten, przed kim ucieka, nie odnalazł jej w Maladze? Chyba że jest w tej sprawie drugie dno i ta kartka z Malagi wcale nie jest od niej?
Nie znam charakteru jej pisma, poza tym nie tak łatwo rozpoznać
kogokolwiek po piśmie wielkimi literami, ale mimo tylu niewiadomych
czuję, że to ona się ze mną skontaktowała. Bo któż inny? Od pół roku
pracuję w szpitalu w Kopenhadze i nie dostałem żadnych nieoczekiwanych
przesyłek, dopiero teraz, gdy ona zniknęła, przyszła do mnie kartka.
Gdy ostatni raz się widzieliśmy, mówiła, że ktoś, przed kim uciekła z Polski, odnalazł ją w Kopenhadze. Proponowałem jej, aby została u mnie,
tutaj byłaby bezpieczna, ale ona odmówiła. Nie ufała mi do końca? Bała
się, że ten ktoś tutaj też ją odnajdzie? Kim był ten człowiek, dlaczego
powiedziała, że została przez niego oszukana, co on jej zrobił? Żałuję,
że nie zadałem jej tych wszystkich pytań, pozwoliłem odejść bez słowa
wyjaśnienia. Przyszła do mnie, bo potrzebowała pomocy, a ja nie
spełniłem pokładanych we mnie nadziei. Może byłem za mało stanowczy,
powinienem bardziej się postarać i przekonać ją, że może mi zaufać,
odważyć się i wyznać prawdę. Przyznać się, że przez ten cały czas, gdy
się nie widzieliśmy, stale była w moich myślach. Próbowałem sobie ułożyć
życie, związałem się z nową kobietą, ale tak naprawdę czekałem na nią.
A teraz moja kopenhaska dziewczyna nie żyje i nikt nie wie, kto stoi za
jej śmiercią. I nagle w tym wszystkim pojawia się Lena, całe morze
niewiadomych. Ponownie odwracam kartkę na kolorową stronę, niby
wakacyjny kadr, sztampowe fotki, ale ja widzę szczegół. Wiem, że nie
wybrała jej przypadkowo, spędziła sporo czasu, zanim zdecydowała się na
tę jedyną. Pochylone palmy, rozpływające się na wodzie, zachodzące
słońce, studiuję pocztówkę, jakbym chciał wyczytać z niej ukryty
przekaz. Widokówka jest po prostu zlepkiem kapitalnych zdjęć, na tyle
zdążyłem poznać Lenę, by wiedzieć, że przywiązuje ogromną wagę do
kompozycji, przecież chciała związać swoje życie z fotografią, ale
oprócz tego, że kartka została wysłana z Malagi, nic więcej nie udaje mi
się odczytać.
Odkładam ją na stół i opieram głowę o poduszkę, czuję, że niebawem
zapadnę w sen. Tak wiele zdarzyło się w ostatnim czasie: niespodziewane
pojawienie się Leny, potem jej zniknięcie, a do tego śmierć Sylwii,
pielęgniarki na moim oddziale. Od początku złapaliśmy flow i mimo że
ostatecznie nie chciałem się z nią związać na zawsze, bez przerwy zadaję
sobie pytanie, czy naprawdę musiała zginąć. Brutalnie zabita. Dlaczego i przez kogo? Do tej pory policja nikogo nie złapała. Nie pozostawiono
nikomu zarzutów, to karygodne. Żadnych świadków, żadnych śladów? Nawet
najdoskonalszy morderca zostawia coś po sobie na miejscu zbrodni. Włos,
odcisk buta, guzik. A jeśli nie uda się znaleźć żadnej rzeczy, która
byłaby dowodem, to nie bez znaczenia pozostają okoliczności popełnienia
morderstwa. Miejsce, w którym doszło do przestępstwa, narzędzie zbrodni,
faktycznie niczego się nie doszukali? Zawsze jest jakiś drobiazg,
szczegół, który wystarczy podsunąć pod lupę, poddać analizie, by
wyłuskać podstawę do postawieniu komuś zarzutów. Po nitce do kłębka.
Jeśli zamkną sprawę, oprawca Sylwii będzie chodzić po świecie i zagrażać
kolejnym ludziom? Kim jest zabójca i gdzie się teraz ukrywa?
Nikodem. 19 października 2019. Jezioro Powidzkie
Nikodem
19 października 2019
Jezioro Powidzkie
Lena znów zniknęła? Uciekła, zanim zdążyłem ją odnaleźć. Wyprawa do
Kopenhagi, pogoń za nią były na marne. Co więcej, wywołały jeszcze
większą frustrację i obudziły we mnie najgorsze demony. Od powrotu do
Polski nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Przyjechałem do domu nad
jeziorem, ale wprowadziła się tu także moja matka. Jak zwykle ona. Mój
największy przyjaciel i zarazem najniebezpieczniejszy wróg. Powiedziała,
że nie może zostawić mnie teraz samego, że zaopiekuje się mną, a ja nie
miałem siły protestować. To także doprowadza mnie do szału, moja
bierność, poddanie się jej wpływom i jej obecność od rana do wieczora,
stale gdzieś obok mnie. Jest męcząca, narzucająca się, wszystko
najlepiej wiedząca. Wychowała mnie na kulturalnego człowieka, umiem
trzymać słowa i emocje na wodzy, ale wiem, że do czasu. Jestem jak
tykająca bomba, wybuchnę, a ogrom zniszczeń będzie przerażający. Ona nie
wie, do czego jestem zdolny, i oby się nie dowiedziała. Jednak gdy się
tu kręci, gdy przekopuje ogródek, sadząc co chwilę nowe rośliny, aż mi
cierpnie skóra na karku.
- Nikoś - powiedziała ostatnio. - A tak właściwie po co ci te dwa
szamba?
Buch, buch, buch. Moje serce weszło na wzmożone obroty.
- Postawiłabym w tym miejscu pergolę, zasadziła dzikie wino, zrobiłby
się tu uroczy zakątek. Zobacz, jaki z tego miejsca jest doskonały widok
na jezioro - dodała, stając na włazie do szamba. Gdyby tylko wiedziała,
co, a właściwe kto znajduje się dwa metry pod nią. - Ojciec mówił, że
może pomóc ci to zlikwidować. - Stuknęła kaloszem we właz. - Ma jakąś
sprawdzoną ekipę...
- Nie chcę - zaprotestowałem. - Żadnych remontów, żadnych obcych ludzi,
chcę odpocząć.
- Oczywiście nie teraz, rozumiem - westchnęła. - Po tym, co cię spotkało
w Kopenhadze - fuknęła. - Co za paskudna dziewczyna... - zaczęła, ale
przerwała, czując, że może to się przerodzić w następną kłótnię, na
którą już sama nie miała ochoty.
Uważa, że zostałem napadnięty przez Lenę, że to ona uderzyła mnie w tył
głowy i zostawiła nieprzytomnego w ciemnym korytarzu.
- Mogłeś umrzeć - powtarzała, gdy wracaliśmy do Polski. - Nie rozumiem,
dlaczego się tak uparłeś na tę dziewczynę, jest tyle innych pięknych,
dobrych kobiet, a ona jest podła, chciała cię zabić!
Ona zabiła człowieka, dlatego tak się na nią uparłem, skomentowałem w myślach, zostawiając uwagi matki bez odpowiedzi.
Gdy wracaliśmy z Danii, matka prowadziła samochód, stwierdziwszy, że
jestem zbyt słaby, aby siedzieć za kółkiem. Poleciłem jej, żeby skupiła
się na drodze, zamknąłem oczy, udając, że śpię, a potem naprawdę
zasnąłem. Dzięki temu udało mi się przetrwać podróż, bez jej marudzenia
i obwiniania o wszystko Lenę. Jednak ona nigdy nie odpuszcza.
- Nie uważasz, że powinniśmy coś z tym zrobić? - pyta.
Leżę na szezlongu w zacienionej części tarasu, a matka znowu grzebie w ziemi.
- Z czym? - pytam, nadal nie otwierając oczu.
Zapewne znów chce coś wykopać, przesadzić lub dobrać się do szamba.
- Z Leną - mówi nieoczekiwanie.
Momentalnie siadam i spoglądam na nią.
- Z Leną?
- Tak. - Kiwa głową, wchodząc na taras.
Opiera grabki o balustradę, zwinnym ruchem zdejmuje ogrodnicze
rękawiczki i sięga po dzbanek wypełniony wodą.
- Ona nie może tak bezkarnie chodzić po świecie, chciała cię zabić...
- Mamo, przecież nie masz pewności, że to była ona.
Milion razy mówiłem jej, że nikt Leny nie złapał za rękę. To prawda,
ktoś uderzył mnie w głowę, straciłem przytomność, osoba, która znalazła
mnie na klatce kamienicy, wezwała pogotowie, ale ja nie widziałem
sprawcy.
- A niby kto? - oburza się. - Pojechałeś do Kopenhagi za nią. - Spogląda
na mnie surowym wzrokiem. - Tylko nie zaprzeczaj. - Unosi rękę. - Mama
dobrze wie i synek jej nie oszuka.
Co za koszmar. Ten synek skończył już czterdzieści lat, a mama mówi do
niego, jakby nadal miał cztery.
- Nie znasz w Kopenhadze nikogo, kto miałby cię zaatakować. Więc kto,
jeśli nie ona?
- Przecież policja powiedziała, że to był napad na tle rabunkowym.
- Rabunkowym - powtarza, ironizując. - Jakoś tego nie kupuję. -
Przekrzywia głowę. - Nawet nie splądrowano mieszkania, z którego
wychodziłeś, tak nie zachowują się złodzieje.
Mam już zapytać, a skąd wie, jak zachowują się złodzieje, ale ona nie
daje mi dojść do słowa.
- Dla mnie to mało przekonujące. Mogli szamotać się z tobą, próbować
wyrwać saszetkę, a nie od razu zadawać cios w tył głowy, który mógł być
śmiertelny. W imię czego?! Niepewnej zawartości twojego portfela? -
Spogląda mi w oczy. - Bandyci raczej nie działają przypadkowo, najpierw
obserwują swoją ofiarę, sprawdzają status społeczny, ustalają plan dnia,
gdzie i z kim bywa, no i czy jest w ogóle wart zachodu. Taki napad na
klatce schodowej to idiotyzm, w każdej chwili ktoś mógł wyjść z innego
mieszkania, wejść do kamienicy, to nie trzyma się kupy. Nikoś. - Kręci
głową. - To nie był żaden napad na tle rabunkowym, to było celowe
działanie skierowane w ciebie. Policji najłatwiej przyjąć takie
tłumaczenie. Ale ja wiem lepiej. - Opiera dłonie na biodrach. - Napadła
cię Lena, koniec i kropka - mówi to tak pewnie, jakby rzeczywiście to
widziała na własne oczy. - Bała się, że ją odnalazłeś, nie wiem,
dlaczego ona tak przed tobą ucieka, ale od początku mi się nie podobała.
Od pierwszego dnia, gdy ją zobaczyłam. Naciągaczka. Wprowadziła się do
twojego domu i ani pracy, ani nauki, żyła tu jak huba na drzewie.
- Mamo - przerywam jej. - Daj już spokój!
- To ty daj spokój! - podnosi głos. - Po co w ogóle tak za nią gonisz,
za tą gówniarą, ona jest młodsza o dwadzieścia lat, to smarkula, która
ma fiu-bździu w głowie, a poza tym jest nieobliczalna. Wręcz
niebezpieczna! Chciała cię zabić, ja to wiem. - Zaczyna chodzić w kółko
po tarasie, zazwyczaj, gdy się nakręci, nie potrafi usiedzieć w miejscu.
- Nie potrzebuję dowodów, matczyne serce najlepiej czuje, ta dziewczyna
to wcielone zło i ja tak tego nie zostawię - ostro rzuca poszczególne
słowa, jakby cięła nożem powietrze wokół nas. - Ona chciała cię zabić i zapłaci za to, już ja się o to postaram. - Spogląda na mnie, a ja wiem,
że nie kłamie, i przeraża mnie wizja jej zemsty.
Lena. 19 października 2019. Madryt
Lena
19 października 2019
Madryt
- Wiesz, że nie wiedziałam, że on nie żyje? - mówi Iza, zerkając na mnie
badawczo.
Jest dyskretna, nie wypytuje mnie, jedynie delikatnie krąży wokół
tematu, zapewne zdaje sobie sprawę, że sprawa jest dla mnie trudna, i nie chce dotknąć czułej struny.
Ma na myśli Huberta, mojego byłego chłopaka, faceta, dla którego
postawiłam wszystko na jedną kartę, nawet przyjaźń z nią, a on mnie
oszukał. Wpatruję się w miskę pełną zielonej i fioletowej sałaty, którą
przed chwilą podała, i nie potrafię podnieść wzroku, aby spojrzeć jej w oczy. Źle się z tym czuję, że nie jestem z nią szczera, ale nie mam
pewności, czy powinnam powiedzieć jej prawdę. I nie chodzi tu o Huberta,
o nim powiedziałam jej prawie wszystko, ale o dalszą część historii.
Mroczną, brutalną, nieodwracalną. Gdy wypuszczę ją na zewnątrz, stracę
nad nią kontrolę. Dopóki jest zamknięta w czeluściach mojego umysłu,
dopóki spoczywa na dnie moich wspomnień, przysypana niewdzięczną i fałszywą pierzyną normalności, jestem bezpieczna. Przynajmniej tak mi
się wydaje. Nie wyobrażam sobie, że miałabym teraz otworzyć usta i powiedzieć: "Wiesz, to stało się tak nagle, nie chciałam tego zrobić,
ale zabiłam człowieka, chociaż szczerze, to nieprawda, w tamtej chwili
chciałam go zabić, nie liczyło się nic więcej tylko moja ucieczka".
Nie wiem, jak zareaguje moja przyjaciółka, czy nie stracę azylu w jej
domu, czy nie doniesie na mnie policji, nawet działając w dobrej wierze,
sądząc, że tylko wymiar sprawiedliwości zapewni mi bezpieczeństwo. I być
może miałaby rację, być może to byłaby najlepsza opcja, raz na zawsze
zrzuciłabym z ramion ten cholerny ciężar winy. Ale jeśli moje
tłumaczenia nie wystarczą i trafię do więzienia? Oczyma wyobraźni widzę
ciasną, obskurną celę, siebie w więziennym drelichu, samotną i pozbawioną nadziei. Albo jeszcze gorzej, otoczoną rzeszą agresywnych i zwyrodniałych kobiet, które wykorzystują mnie do spełniania swoich
potrzeb fizycznych i psychicznych, wprowadzają w życie najgorsze wizje.
A poza tym od czego miałabym zacząć, jak poprowadzić tę rozmowę, by
przyjaciółka mnie zrozumiała i nie oceniała?
- To znaczy wiedziałam o trupie wyłowionym z Bugu, mama mi o tym
powiedziała - dodaje Iza, polewając sałaty sosem winegret. - Ale przez
myśl mi nie przeszło, że to może być ktoś, kogo znam - kończy, siadając
naprzeciwko mnie.
Iza ostrzegała mnie przed Hubertem. Myślałam, że jest to podyktowane jej
zazdrością. Nie wyszło jej z chłopakiem, a ja właśnie zaczynałam się
spotykać z przystojnym facetem, ale teraz patrzę na to inaczej. Może nie
miało to nic wspólnego z zazdrością, ona już wtedy czuła, że coś jest z Hubertem nie tak. Intuicja mówiła jej, że ten facet jest trefny i powinnam trzymać się od niego z daleka. Jednak nie mam odwagi ją o to
teraz zapytać. Jeszcze przyjdzie na to pora.
- Nie wiem, co mam zrobić - mówię, odchrząkując. - Nie mogę wracać do
Polski...
Urywam, bo żeby dokończyć to zdanie, musiałbym się zdobyć na szczerość,
a w tej chwili mnie na to nie stać. Nie powiedziałam jej jeszcze
wszystkiego, co wydarzyło się w Kopenhadze, to za dużo jak na pierwsze
spotkanie. Dociera do mnie, że ten rollercoaster, który rozegrał się w ciągu ostatniego roku, to właśnie moje życie. Niebywałe.
- Spokojnie możesz zostać u mnie - mówi.
- Dziękuję. - Podnoszę na nią wzrok. - Nawet nie wiesz, ile to dla mnie
znaczy - dodaję. - Mam trochę oszczędności, ale nie wystarczy na długo,
a nie chcę być dla ciebie ciężarem.
Po minie Izy widzę, że chce zaprzeczyć, ale nim zdąży się odezwać, mówię
wprost:
- Potrzebuję pracy. Najlepiej od zaraz.
- To jej poszukamy - proponuje, jakby to było wyjście do sklepu po
zakupy.
Kiedyś nie była taka, najwidoczniej zmieniła ją Hiszpania i ludzie,
których tu poznała. Przypominam sobie moje początki w Danii, bezowocne
poszukiwanie pracy i odbijanie się od drzwi. Brak znajomości duńskiego
był dla wszystkich pracodawców problemem. Aż w końcu trafiłam na panią
Sarę, zostałam jej opiekunką, znalazłam u niej schronienie. Czy tutaj
też będę miała tyle szczęścia? Potrzebuję pracy z dwóch powodów:
oczywiście finansowego, ale także psychicznego. Muszę zająć czymś myśli,
wskoczyć w wir obowiązków, w innym razie wciąż będę rozpamiętywać
przeszłość i zwariuję.
- Nie znam hiszpańskiego - mówię.
- Angielski powinien wystarczyć - zaczyna, a przez jej twarz przebiega
nieokreślony grymas. - W wakacje pracowałam w pewnym hotelu w Maladze -
uśmiecha się do swoich wspomnień. - Mam bardzo dobry kontakt z managerem. Wprawdzie zbliża się koniec sezonu, ale myślę, że jeszcze do
początku listopada spokojnie mogłabyś tam popracować, oni stale szukają
nowych osób. Nie byłaby to praca marzeń, ale ja nie narzekałam. -
Spogląda za okno. - Mój chłopak też tam pracował - dodaje, przenosząc na
mnie wzrok. - Wikt i opierunek zapewnia hotel. Byłabyś zainteresowana?
- No jasne - mówię.
Iza zerka na zegarek.
- Dzisiaj już za późno, ale jutro rano zadzwonię do Antonia i dowiemy
się, jak wygląda tam sytuacja - mówi, upijając łyk wina.
Spoglądam na nią, a w mojej głowie powstaje zuchwały plan.
- Bo tak sobie pomyślałam - rzucam. - Że może mogłabyś wspomnieć temu
managerowi, że mogę też robić zdjęcia gościom, indywidualne sesje lub w czasie jakichś imprez hotelowych.
Iza omal nie krztusi się winem. Czy powiedziałam coś nie tak?
- Przepraszam - kaszle. - To świetny pomysł - mówi, odchrząkując. -
Zapomniałam o twoim talencie do fotografowania. - Uderza się otwartą
dłonią w czoło.
To oczywiście byłoby spełnienie marzeń, ale tego nauczyłam się od pani
Sary, dzielić się z innymi ludźmi swoimi potrzebami, bo może ktoś będzie
umiał mi pomóc. Ta staruszka przekazała mi jeszcze jedną radę: prawda
jest najwyższym dobrem. Jednak na tym etapie życia nie mogę sobie na to
pozwolić i mimo że chciałabym szczerze wyznać przyjaciółce wszystko, co
mnie spotkało, nie zrobię tego. Jeszcze nie teraz.
Anna. 22 października 2019. Kopenhaga
Anna
22 października 2019
Kopenhaga
Musiałam zasnąć, bo budzę się z bijącym sercem. To zapewne efekt
działania środków przeciwbólowych, zazwyczaj nie zdarza mi się zasnąć w środku dnia. Rozglądam się dokoła, wraca rzeczywistość, słowa esemesa od
Andersa pojawiają mi się przed oczami, przypominając o tym, co zrobiłam.
"Wiem, że ją zabiłaś!" Brutalna, traumatyczna prawda. Jestem na siebie
zła za to, że zasnęłam, jakbym nagle pozostawiła wydarzenia własnemu
biegowi. W momencie gdy ważą się moje losy, ucinam sobie drzemkę. To
nierozważne, idiotyczne, nie w moim stylu, powinnam działać.
Siadam na łóżku i nagle rysuje się przede mną drastyczna wizja. Być może
jest związana ze snem sprzed kilku sekund, którego teraz nie pamiętam.
Obraz rysujący się przede mną jest wyraźny i przerażający. Anders
doniósł na mnie policji. Wiedzą już, że to ja śmiertelnie potrąciłam
pielęgniarkę, a na dodatek uciekłam z miejsca wypadku. Zbierają dowody
na potwierdzenie oskarżenia, przesłuchują świadków i lada chwila się u mnie zjawią. Aresztują przy blasku fleszy tych dziennikarskich hien,
które doniosą całej Kopenhadze, że zacna pani dyrektor Instytutu
Polskiego jest morderczynią. Nie wiem, czy rzeczywiście o tym śniłam,
czy to podszepty mojej intuicji, ale wiem, że najwyższa pora przywrócić
się do porządku. Jeśli sama siebie nie obronię, nikt tego za mnie nie
zrobi. Podrywam się z łóżka. Nie wiem, dokąd mam iść, od czego zacząć,
co zrobić.
Od zabójstwa minęło osiem dni, najlepiej byłoby sprawdzić, co nowego
słychać w sprawie, ile udało się ustalić policji. Ale jak to zrobić,
żeby nie ściągnąć na siebie podejrzeń glin? W mediach same
przypuszczenia, poza tym od wypadku minął tydzień, uwaga dziennikarzy
skupiła się na innych sprawach, news goni news. Najbezpieczniej i najmądrzej byłoby zapytać Andersa, zagrać w otwarte karty i poprosić o szczerą odpowiedź. Czy jednak takim zachowaniem nie potwierdzę swojej
winy? Skoro się boję, że powiedział o swoich podejrzeniach policji, to
znaczy, że mam coś na sumieniu; w przeciwnym razie nie zawracałabym
sobie tym głowy, wiedząc, że nie znajdują żadnych dowodów, bo jestem
czysta. Nie wiem, co powinnam zrobić, nie mam pojęcia, jak to rozegrać,
ale wiem jedno, nie mogę trafić za kratki. I mimo że zabiłam człowieka,
nie chcę ponieść kary.
To głupie, ale przez jedną krótką chwilę wiem, co ona czuła. Znalazłam
się w podobnym położeniu, też jak Lena zabiłam człowieka. Ona wybrała
ucieczkę, ale ja nie chcę żyć w taki sposób. Ukrywać się jak szczur,
każdego dnia drżeć o swój los, o to, że prawda ujrzy światło dzienne.
Wystarczy, że przez kilka godzin żyję w tym stanie i już jestem
wykończona, a jeśli potrwa to odrobinę dłużej, stanę się psychicznym
wrakiem. Lena zaprzecza, iż zabiła tego mężczyznę wyłowionego z rzeki,
pielęgniarka, którą zabiłam, mówiła, że ktoś, od kogo dowiedziała się o trupie znad Bugu, także jej broni, ale artykuły, a przede wszystkim jej
zachowanie mówią same za siebie. Gdyby była niewinna, nie zmieniałaby co
chwilę miejsca zamieszkania, nie rozglądałaby się podejrzliwe dookoła, a tak się właśnie zachowywała.
Przypominam sobie jej wizytę w Instytucie Polskim, stałam na scenie i głosiłam prelekcję, miałam doskonały widok. Spięte ciało, ukradkowe
spojrzenia, nie chciała tam być, bała się, że zostanie zdemaskowana.
Dziewczyna wyglądem przypominająca anioła, piękna, delikatna blondynka,
a tak naprawdę morderczyni. Ciekawe, gdzie teraz się ukryła i czy ktoś,
kto dał jej schronienie, wie, do czego jest zdolna?