2
ul. Zawodzie, Mokotów
Kordian Oryński wygrał dwa pierwsze sety, a w trzecim było osiemnaście do czternastu dla niego, kiedy zadzwonił telefon. Jeden z kawałków Iron Maiden był przypisany tylko do jednej osoby.
Młody prawnik odbił lotkę i zerknął w kierunku komórki leżącej na ławeczce przy korcie. Tyle wystarczyło, by skrót zrobiony przez przeciwnika pozostał bez odpowiedzi. Lotka wróciła na połowę kortu Kordiana i spadła tuż za siatką.
- Piętnaście osiemnaście - rzucił chudzielec stojący po drugiej stronie. - Jeszcze przerżniesz.
Oryński trwał w bezruchu, patrząc na wibrujący telefon.
- Mówiłem, że lepiej byś zrobił, zostając przy squashu - ciągnął Kormak. - I to nie tylko dlatego, że na Jerozolimskich mieliśmy karnet.
Prawnik obrócił rakietę w dłoni i przez moment się zastanawiał. Może wybrała numer przez przypadek? Nie miał od niej żadnych wieści od kilku tygodni i nie było powodu, żeby odzywała się teraz.
- Zordon?
Oryński spojrzał na przyjaciela.
- Rzuciłem ci wyzwanie - dodał chudzielec. - Przydałaby się choćby licha riposta.
- Chyłka dzwoni.
- Co?
Najwyraźniej dopiero teraz usłyszał pierwsze riffy The Evil That Men Do.
Kormak zważył lotkę w dłoni, odrzucił ją na bok, a potem zbliżył się do siatki. Złapał za nią i spojrzał z niedowierzaniem na Oryńskiego.
- Ustawiłeś sobie na nią specjalny dzwonek?
- Adekwatny.
- Tak się robiło w gimnazjum, stary. I to tylko po to, żeby wiedzieć, kiedy dzwonią rodzice.
Kordian zignorował uwagę i ruszył w stronę ławki, odnosząc wrażenie, że każdy kolejny krok jest okupiony coraz większym wysiłkiem. Kiedy w końcu podniósł telefon, ten przestał dzwonić. Oryński nabrał tchu i kliknął nieodebrane połączenie.
Kormak stanął obok.
- Powiedziałbym, żebyś się pospieszył, bo czas nam ucieka, ale ona i tak wyrzuci z siebie wszystko najszybciej, jak się da, a potem się rozłączy.
Trudno było temu zaprzeczyć. Oryński przyłożył komórkę do ucha i czekał, niepewny, co usłyszy. W normalnych okolicznościach mógłby spodziewać się kąśliwej uwagi, ironicznego komentarza albo innego przejawu "chyłkowatości". Te jednak do zwyczajnych nie należały. Zbliżyli się do siebie, poszli o jeden krok za daleko, a klamka w ich relacjach zapadła. W ostatniej chwili los jednak wsunął stopę między drzwi, uniemożliwiając ich ostateczne zamknięcie.
Być może decyzja o zerwaniu kontaktu była najlepszą, jaką mogli podjąć.
Kordian nerwowo czekał, aż Chyłka odbierze, a każdy kolejny sygnał zdawał się dłuższy od poprzedniego. W końcu na linii zaległa cisza.
- Mamy sprawę - rzuciła Joanna.
- Nie nazwałbym tego w taki sposób, ale...
- Nie mówię o nas - przerwała mu beznamiętnym głosem. - Ale o robocie.
Oryński wepchnął rakietę do torby, a potem usiadł na ławce. Przetarł twarz ręcznikiem i sięgnął po napój izotoniczny. Wyszedł z założenia, że im dłużej powstrzyma się od odpowiedzi, tym mądrzejsza ostatecznie będzie.
Szybko uświadomił sobie, że tylko się łudzi.
- Jaja sobie robisz? - zapytał. - Nie odbierasz moich telefonów, udajesz, że nie ma cię w domu, nie odpisujesz na...
- Długo będziesz tak pytlował?
- Jeszcze chwilę.
- Zostaw to na inną okazję - odparła, a on w tle usłyszał głośne dźwięki jakiejś starej hardrockowej kapeli. Najwyraźniej Chyłka nastrajała się bojowo. - Bo mamy coś naprawdę dobrego.
- Nadal traktuję to w kategoriach żartu.
Joanna westchnęła na tyle głośno, żeby nie uszło to jego uwadze.
- Wpadnij na Argentyńską, pogadamy.
- Nie zamierzam. Byłem tam trzy razy, nikt mi nie otworzył.
- Musiałam akurat gdzieś wyjść.
- Nie wychodzisz od tygodni.
- Ta?
- Kormak to sprawdził.
Przyjaciel wybałuszył oczy, jakby właśnie usłyszał wyrok skazujący go na śmierć przez rozstrzelanie. Oryński zignorował go i powiódł wzrokiem wzdłuż bocznego oświetlenia kortu. Zatrzymał spojrzenie w rogu i się zamyślił. Co jej strzeliło do głowy? I co sobie wyobrażała?
- Jesteś tam, Zordon? - spytała. - Czy muszę mieć kryształy komunikacji, żeby się z tobą dogadać?
- Co?
- Nie tak się kontaktowali z twoim imiennikiem Power Rangers?
- Nie. Mieli centrum dowodzenia, które... - Kordian urwał i pokręcił głową z niedowierzaniem. - Nieważne. Powiedz mi lepiej, co z...
- U mnie wszystko okej.
- Okej?
Nie odpowiadała.
- Zostałaś oblana kwasem, po raz pierwszy w karierze poszłaś na zwolnienie, a oprócz tego...
- Dziwisz się? - odburknęła. - Cierpię na przypadłość zwaną zaawansowaną ciążą. Jak wchodzę do wanny, właściwie nie jestem kąpiącą się kobietą, tylko ludzką łodzią podwodną.
Oryński pociągnął łyk izotonika.
- Mam bebzol jak stąd do wieczności - ciągnęła. - A pasożyt produkuje tyle CO2, że ONZ niedługo rozciągnie na mnie sankcje z Protokołu z Kioto.
Kordian uśmiechnął się pod nosem. Po tym, co wywinęła mu Chyłka, nie powinien w ogóle do niej oddzwaniać. Co dopiero mówić o przejściu nad tym do porządku dziennego. A jednak była patronka potrafiła spacyfikować wszelkie pretensje i wyrzuty, zanim rozmówca zdążył je wyrazić.
- Nie mogę pójść nawet do Hard Rock Cafe, co dopiero do kancelarii - dodała.
- Ale sprawę możesz przyjmować?
- Jeśli jest ciekawa, to nie tyle mogę, ile muszę.
- A ta według ciebie jest?
- Żebyś wiedział - potwierdziła, a w jej głosie zadrgała dobrze mu znana nuta podniecenia. - Napisała do mnie pewna kobieta, która chciała, żebym zajęła się siedzącym za kratkami mężem.
- To rzeczywiście brzmi jak...
- Zaraz potem kojfnęła.
- Co powiedziałaś?
- Że odwaliła kitę.
Kordian uniósł brwi.
- A, zbyt niedelikatnie - zmitygowała się Joanna. - W takim razie powiedzmy, że usnęła snem wiecznym. I stało się to tuż po tym, jak się do mnie zgłosiła.
Oryński nie miał zamiaru jej przerywać, wiedząc, że bez dopytywania dostanie wszystkie informacje w pigułce. W przeciwnym wypadku byłyby z pewnością przeplatane licznymi przytykami.
Jej głos brzmiał całkiem nieźle. Zupełnie jakby po procesie Al-Jassama nic się nie wydarzyło. Jakby nie doszło do tego, że mogła stracić dziecko. I jakby nie została oszpecona do końca życia.
Wyłuszczyła mu wszystko, zwyczajowo nie ustępując prędkości kałasznikowowi. Kiedy skończyła, ponowiła zaproszenie na Argentyńską, które w istocie było zgrabnie ujętym rozkazem.
- Chcesz bronić Tatuażysty? - spytał Oryński. - Tylko dlatego, że jego żona umarła?
- Zaraz po tym, jak odkryła nowe dowody.
- Przynajmniej tak twierdziła - mruknął Kordian, dostrzegając, że przyjaciel wrzucił już wszystko do torby i najwyraźniej był gotowy do wyjścia.
Kormak znał go zbyt dobrze, by łudzić się, że dokończą mecz. Ruszył do szatni, a Oryński zawiesił ręcznik na karku i usiadł wygodniej.
- Nie. Mówiła prawdę.
- Jesteś pewna?
- Tak.
Czekał, aż powie więcej, ale najwyraźniej nadszedł ten moment, w którym spodziewała się, że sam zainteresuje się sprawą i pociągnie ją za język. Tańczyli ten taniec zbyt długo, by którekolwiek z nich zapomniało kroków.
- Skąd ta pewność? - spytał w końcu Kordian.
- Stąd, że znalazła dowód na to, że jedna z ofiar żyje.
Oryński pewnie roześmiałby się w głos, gdyby nie to, że w głosie Chyłki słyszał znane ożywienie. W przypadku każdej innej osoby znaczyłoby to tylko tyle, że sprawa wzbudziła w niej emocje. Jeśli jednak chodziło o Joannę, był to dowód, że coś jest na rzeczy.
Tyle że kłóciło się to z logiką.
- Tatuażysta został skazany za zabójstwo czterech osób - zauważył Kordian. - Wszystkie ciała znaleziono w kilku miejscach pod Warszawą. Dowody jednoznacznie wskazywały na niego.
- Więc jeden z trupów zmartwychwstał.
- Chyłka...
- Kobieta trafiła na jego materiał DNA na innym miejscu przestępstwa - kontynuowała Joanna. - Jedna z ofiar żyje, Zordon.
- W takim razie kogo pochowano?
- Na pewno niewłaściwą osobę. Tyle wiem.
- Ale...
- Poza tym pal licho zwłoki. Do tej pory został z nich szkielet, parę ścięgien i trochę kości. Mnie interesuje niewinny facet, który jeszcze żyje. O ile jego więzienną egzystencję można tak nazwać.
Oryński przypuszczał, że nie - chyba że miałby być wyjątkowym optymistą. Gdyby Tadeusz Tesarewicz siedział za same zabójstwa, mógłby cieszyć się respektem współwięźniów. Fakt, że gwałcił nieletnie ofiary, z pewnością jednak uczynił z niego cel dla niejednego osadzonego.
Ale być może mu się należało.
Dowody były na tyle mocne, że nie istniała najmniejsza wątpliwość co do winy. Nie mogły zostać spreparowane, nie w takiej ilości i w takim charakterze.
- Wyciągasz zbyt pochopne wnioski - odezwał się Kordian. - I to tylko dlatego, że chcesz czymś zająć głowę.
- Zajmuję ją nieustannie, myśląc o tym, że za kilka miesięcy wydalę intruza - odparła pod nosem. - I skurczybyk przez następnych kilkadziesiąt lat będzie miał czelność świętować ten dzień, mimo że sprowadził wtedy na matkę niewyobrażalny, rozdzierający ból.
Oryński zamilkł, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć. Zająknięcie się o cesarce nie wydawało się najlepszym pomysłem.
- Wiesz, co robią Huiczole? Indiańskie plemię z Meksyku?
- Nie. I chyba nie chcę wiedzieć.
- Podczas porodu zawiązują linę na genitaliach sprawców ciąż. Kiedy kobieta rodzi, pociąga za drugi koniec, zaciskając pętlę. Chodzi o to, żeby delikwent poczuł choć namiastkę tego, co ona przeżywa.
Kordian głośno przełknął ślinę.
- Tym bardziej nie możesz wziąć tej sprawy - zauważył.
- Nie jestem dziurawą boją, Zordon, tylko łodzią podwodną. Mogę pływać bez problemu.
- Nie po tych wodach.
- Wręcz przeciwnie. A ty wybierzesz się w rejs ze mną.
Zaśmiał się cicho. Sprawnie omijali niewygodny temat, który właściwie przesądzał, że Kordian nie mógł brać udziału w sprawie.
- Nie wiem, czy pamiętasz o paragrafie...
- Trzydziestym ósmym Regulaminu aplikacji adwokackiej i egzaminu adwokackiego? - wpadła mu w słowo. - Tak, pamiętam.
- Jest w nim zapisane, że kto odstępuje od egzaminu, otrzymuje wynik niedostateczny.
- Wiem, wiem. Od jakiegoś czasu staram się wykazać jego wewnętrzną sprzeczność, niezgodność z Konstytucją, Kartą Praw Podstawowych, Wielką Kartą Swobód i innymi takimi.
- I jak ci idzie?
- Tak samo jak tobie, kiedy wybiegłeś z egzaminu, chcąc mnie ratować.
Odchrząknął nerwowo, przypominając sobie, w jak opłakany sposób się to zakończyło. Kiedy dotarł pod Skylight, na miejscu nie było już Chyłki ani ratowników medycznych, zostali jedynie policjanci. Karetka odwiozła Joannę do szpitala, a tłum się rozchodził. Sprawcy nie odnaleziono, choć jedna ze zgromadzonych pomogła stworzyć portret pamięciowy.
Kariera Oryńskiego zakończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła. Wprawdzie nadal pracował w Żelaznym & McVayu, przypuszczał jednak, że niebawem się to zmieni. Firmie nie opłacało się trzymać na liście płac niekończących aplikacji pracowników.
- A więc postanowione - odezwała się Chyłka. - Przyjeżdżasz, a potem zabieramy się do roboty.
- Nie mogę prowadzić spraw.
- Nie będziesz prowadził niczego poza swoim rydwanem ognia, nie przejmuj się. Kończcie z Kormakiem tego swojego squasha i...
- Przerzuciliśmy się na badmintona.
Nie przeszło mu nawet przez myśl, żeby zapytać, skąd Chyłka wie, co robią. Udowodniła już, że na polu inwigilacji nie ustępuje służbom specjalnym.
- A ja na bronienie niewinnych - oznajmiła. - Więc zasuwaj na Saską, czekam.
Nie czekała natomiast na żadną odpowiedź. Oryński usłyszał dźwięk przerwanego połączenia, ale nie odsunął telefonu od ucha. Trwał w bezruchu przez jakiś czas.
Zrozumiał dwie rzeczy. Po pierwsze Joanna nie odpuści, choćby miała tuż przed rozwiązaniem wygłaszać mowę końcową. Po drugie będzie to jego ostatnia sprawa w kancelarii Żelazny & McVay.
I zanosiło się na to, że opuści firmę z hukiem. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej intrygowało go, czy to możliwe, by jedna z ofiar wciąż żyła. Ślady DNA, które odnaleziono, musiały być przekonujące, inaczej Chyłka nie podjęłaby się sprawy.
W końcu Kordian wsunął komórkę do torby, przerzucił ją przez ramię i ruszył do szatni. Uznał, że koniec rozgrzewki. Czas brać się do roboty.