Daniel
(ur. 1955)
Z Danielem Latowickim spotykam się w malutkiej kawiarence na Dolnym Manhattanie. Wokół nas są tylko trzy jednoosobowe stoliki, a mimo to jest bardzo głośno. Rozmawiamy po angielsku.
Daniel: Gdzie się urodziłeś?
W Warszawie.
Gdzie się wychowałeś?
W Warszawie.
Mówisz po hebrajsku?
Nie.
A w jidysz?
Jeszcze mniej. Zdałem?
Zaczekaj, jeszcze nie skończyłem. Mieszkałeś kiedyś poza Polską?
Tak, w Paryżu.
Nie chciałeś tam zostać?
A ty chciałbyś mieszkać w Paryżu?
Mnie jest dobrze u siebie.
To zupełnie jak mnie.
Ile masz lat?
Czterdzieści siedem, a ty?
Pięćdziesiąt osiem.
Czego nam jeszcze brakuje z podstawowych informacji o sobie?
Mój ojciec urodził się w roku 1908, a zmarł dwadzieścia lat temu. Jego pierwsza rodzina, czyli żona i córka, zginęły w czasie wojny. Moja mama urodziła się w roku 1927 i całą wojnę przeżyła, ukrywając się w lasach. Rodzice poznali się w czasie wojny, a w 1946 wyjechali do Stuttgartu, gdzie byli trzy lata. Moja starsza siostra urodziła się w obozie dipisów[2] w 1947 roku. W 1949 przyjechali do Stanów.
Kim jesteś?
Amerykaninem, bo tutaj się urodziłem, i Polakiem, bo moi rodzice nigdy nie oddali polskich paszportów. Z tatą mówiłem w jidysz, bo on nigdy dobrze nie nauczył się angielskiego. Był prostym człowiekiem bez wykształcenia. Mama zdążyła nauczyć się angielskiego przed moim urodzeniem. Tata bardzo nalegał, by mówiła do mnie po angielsku, żebym nie był traktowany jako "grunner".
Jako kto?
"Grunner" to nowo przybyły, żółtodziób.
Rodzice mówili w domu po polsku?
Czasami tak. Jestem osłuchany z tym językiem, ale sam nie mogę zbyt wiele powiedzieć.
A co możesz?
Mogę powiedzieć: "Ja jestem dobry chłopak".
Dlaczego zgodziłeś się ze mną spotkać?
Człowiek dorośleje i zaczyna czuć potrzebę rozmowy o rzeczach, o których wie, że się wydarzyły, ale nigdy dotąd z nikim o nich nie rozmawiał. Rodzice też ze mną o tym nie rozmawiali. Idąc na spotkanie z tobą, zaproponowałem mojej starszej siostrze, by poszła ze mną, ale odmówiła. Moja mama też nalegała, bym nie szedł.
Dlaczego?
W naszym domu dużo pracy włożono w to, by tamte historie nigdy nie powróciły. Taki jest instynkt ocalałych: żeby żyć, a nie wracać do śmierci. Powiem ci jeszcze coś. Jeśli to ty byś do mnie zadzwonił i poprosił o spotkanie, na pewno bym odmówił. Na szczęście pierwszy raz usłyszałem o tobie od ludzi w Konsulacie Polskim. Dlatego się zgodziłem.
Dlaczego bardziej ufasz Konsulatowi niż mnie?
Bo tam jest przychylna mi osoba, a ciebie nie znałem.
Brzmi przekonująco.
Brałem również pod uwagę jej opinię, iż nasze spotkanie może coś nowego przynieść nie tylko tobie, ale i mnie.
Co masz na myśli?
To, że będę miał szansę rozmawiać o sprawach, o których nigdy nie rozmawiałem.
Jeszcze kogoś się radziłeś w tej sprawie?
Jestem dentystą i spotykam bardzo wielu ludzi w moim gabinecie. Wczoraj rozmawiałem z jednym pacjentem o spotkaniu z tobą. Powiedziałem mu, że jedna część mnie bardzo się na to cieszy, a druga ma nadzieję, że zjem dzisiaj coś takiego, że jutro będę chory i nie będę mógł się z tobą spotkać.
I co ten pacjent na to?
Zaczął opowiadać, że jego ojciec był jednym z żołnierzy, którzy wyzwalali obozy i nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Nigdy!
Żebym dobrze zrozumiał - ten pan był za czy przeciw naszemu spotkaniu?
On od razu zaczął mi opowiadać swoją historię, ale generalnie był za.
Byłeś kiedyś w Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie?
Nie byłem i nie będę. Mam też bardzo dużo książek o Zagładzie, całą półkę. Myślę, że ty jesteś tym, który czyta książki z mojej półki.
Ty ich nie czytasz?
Zaglądam do nich. W jednej nawet przeczytałem wstęp.
O czym był ten wstęp?
Jeden facet pojechał do Polski szukać śladów przeszłości swojej rodziny. Później wrócił i opowiadał o tym swoim rodzicom i dziadkom. I czytając to, pomyślałem, że my nie mieliśmy żadnej rodziny poza naszą czwórką! Zamknąłem książkę i odłożyłem na półkę. Ty miałeś dziadków?
Miałem troje dziadków i jednego przyszywanego.
Czyli nigdy mnie nie zrozumiesz.
A ty mnie zrozumiesz, że byłem jedynym żydowskim dzieckiem w szkole? Albo że nie mieliśmy ani jednego żydowskiego sąsiada w okolicy?
Przepraszam.
Nie ma co przepraszać, każdemu z nas czegoś brakowało. Miałeś żydowskich kolegów w szkole i żydowskich sąsiadów?
Oczywiście. Nie miałem żadnych innych. Chodziłem do szkoły żydowskiej z językiem jidysz, nie z hebrajskim. Latem jeździłem na kolonie z tymi samymi ludźmi.
Z mojej perspektywy zarówno jidysz, jak i hebrajski znaczy żydowski. Opowiesz mi o tym świecie?
Dzisiaj już go nie ma, bo jidysz zniknął. Wszystko jest hebrajskie, ale wtedy była ogromna grupa ludzi, która wyrosła w tej kulturze i dalej tak żyła. Szkoły, synagogi, kina, księgarnie, rozmowy na ulicach - wszystko było w jidysz. Pamiętam nawet obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim, które odbywały się w jidysz. Cały program, tutaj na Manhattanie, był w tym języku. To zaczęło znikać w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Przykro mi, że wyrastałeś bez tego wszystkiego.
Mogę powiedzieć, że miałem w swoim życiu krótki epizod jidysz, kiedy razem z rodzicami i bratem mieszkałem w Paryżu, na początku lat osiemdziesiątych. Zaraz po przyjeździe poszedłem do francuskiej szkoły. Mój francuski był jeszcze wtedy bardzo kiepski. Zamiast chodzić do szkoły, codziennie jeździłem do dzielnicy Marais, która wtedy jeszcze była dzielnicą Żydów aszkenazyjskich. Tam poznałem starszego pana, właściciela małego sklepiku. On i jego żona przyjechali po wojnie z Polski. Nie mieli dzieci, więc szybko się u nich przyjąłem. Miałem tam swój malutki taborecik, na którym siedziałem i jadłem kiszone ogórki. Ja do nich mówiłem po polsku, a oni do mnie na swój sposób również. Ich język był mieszanką polskiego i jidysz. Mój romans z nimi trwał stosunkowo niedługo i zakończył się gwałtownie odkryciem przez tatę moich notorycznych nieobecności w szkole. Czasami jeszcze wracałem do tych państwa, ale losy tego sklepiku bardzo dobrze wpisały się w znikanie kultury jidysz.
Dlaczego lubiłeś tam chodzić?
Poza tym, że chciałem ominąć szkołę, co było nie bez znaczenia, odkryłem tam ludzi, którzy w jakiś specyficzny sposób byli podobni do moich dziadków.
Ja też robię takie wycieczki w przeszłość. Jadę w okolice, w których się wychowałem, i spaceruję wokół tych domów. I zawsze po kilku minutach mój mózg przełącza się na jidysz.
Niestety mój rozum nigdy się na jidysz nie przestawi, ale wycieczki do tamtego sklepiku sprowokowały refleksję, że takich ludzi jak ci państwo i moi dziadkowie pewnie jest więcej, tylko ja nie mam do nich dostępu.
Trzeba było szukać w okolicy, pewnie byli tuż za rogiem.
To wiem, bo przychodzili mnie oglądać i rozmawiali nad moją głową. Co jakiś czas się pytali, czy znam jakieś słowa w jidysz. Gdy mówiłem: "Kisz mi tuches"[3], to umierali ze śmiechu i szczypali mnie w policzki.
Czy twoi rodzice i dziadkowie opowiadali ci, co się im zdarzyło podczas wojny?
Tak.
Ale opowiadali te wszystkie straszne rzeczy, czy tylko tyle, że mieszkali tu, a potem przenieśli się tam, i same takie ogólniki?
Opowiadali całkiem sporo.
U mnie w domu się o tym nie mówiło, ale pamiętam obchody rocznicy powstania w getcie warszawskim. Oglądałem je w telewizji w 1963 roku. I nagle, kompletnie bez ostrzeżenia, tata zaczął mi opowiadać o tym, jak ostatni raz widział swoją mamę. Miałem osiem lat i głowę zajętą głównie baseballem i piłką. Od tego momentu wiedziałem, że nigdy już nie będę mógł go o nic zapytać. Tata powiedział, co chciał, i sprawa została zamknięta.
Skąd wiedziałeś, że nie możesz już nigdy do tego wrócić?
To nie była rozmowa taty z synem, to był monolog. Zasada komunikacji w tej sprawie została ustalona nie przeze mnie, więc nie ja mogłem ją zmienić. Mogę ci opowiedzieć jeszcze jedną historię, świąteczną. Czytaliśmy w szkole Hagadę[4] na Pesach i podczas pierwszego sederu cała druga część opowieści była o getcie warszawskim. Urodziny mojego ojca przypadały na drugi dzień Pesach i wierz mi, że nigdy u nas nie było to wesołe święto. Zawsze świece były zapalane dla pamięci.
Rozmawiasz o tym ze swoją siostrą?
Ona jest jedyną osobą, z którą okazjonalnie te tematy poruszam. Ale te rozmowy nigdy nie zaczynają się: "Słuchaj, chciałbym pogadać, bo wczoraj strasznie płakałem, gdy sobie przypomniałem...". Nigdy w ten sposób. To zaczyna się zwykle przypadkiem.
Często płaczesz, myśląc o wojnie?
Dosyć, ale ja raczej nie myślę o wojnie generalnie, tylko o losach moich rodziców.
Próbowałeś kiedyś pytać mamę o przeszłość?
Kilka osób próbowało mnie namówić, żebym wziął dyktafon i zaczął ją przepytywać, ale nie zrobiłem tego i nigdy nie zrobię. Nie dlatego, że mnie to nie interesuje, tylko dlatego, że czuję się za moją mamę odpowiedzialny. Odpowiedzialny za to, żeby w jej życiu pojawiało się jak najmniej cierpienia, a te rozmowy na pewno wiele by go przysporzyły.
Od kiedy czujesz się za mamę odpowiedzialny?
Od kiedy zrozumiałem, że mogę ją chronić, nie zadając jej pytań.
Ile miałeś wtedy lat?
Mogłem mieć czternaście, piętnaście lat. I do dzisiaj tak jest. To wcale nie oznacza, że z mamą nie rozmawiam. Dzwonię do niej codziennie.
A z tatą rozmawiałeś?
Mój tata zawsze był na coś chory. Jak dzisiaj widzę tych, którzy wracają z Afganistanu czy z Iraku i mają zdiagnozowany PTSD[5], to myślę, że u taty to nie było zwykłe chorowanie, tylko coś więcej.
I mój tata, i moja mama, i zapewne twoi dziadkowie oraz rodzice zostali na trwałe uszkodzeni. W zeszłym roku w moim mieście młody chłopak przyniósł broń do szkoły i spowodował wielki dramat. Pewnie czytałeś o tym w gazetach. Dla nas wszystkich to była tragedia i nie umieliśmy się po tym otrząsnąć. Jak to się ma do tego, co wydarzyło się naszym rodzicom? Oni tego doświadczali codziennie przez wiele miesięcy i lat. Byli zwierzyną łowną. Codziennie musieli zdobywać pożywienie, pozostając niewidocznymi dla innych. To nie tylko mnie przeraża, ja nie umiem sobie tego w ogóle wyobrazić.
Często o tym myślisz?
Dosyć często, ale równie często myślę o tym, co człowiek jest zdolny zrobić, by przeżyć. Oni nigdy nie opowiadali szczegółów o tym, jak im się to udało. W czasie, kiedy wystąpiłem o polskie obywatelstwo, miałem taki lęk, że adwokaci, których zatrudniłem w Polsce do szukania w archiwach, znajdą jakiś kawałek papieru z napisem: "Jeśli spotkasz takiego i takiego mężczyznę, to wiedz, że on w czasie wojny zrobił to i to. Trzeba go ścigać".
Bałeś się, że to może dotyczyć twoich rodziców?
Tak. Nie wiem, jak oni przeżyli wojnę, i nie wiem, co ja byłbym skłonny zrobić, żeby przeżyć... Taki miałem lęk.
I mimo to dalej nie pytałeś?
Nie. A ty pytałeś?
Kiedyś zapytałem moją mamę, co myśli o tym, że jak jej mama wyszła z obozu, to przyjechała po nią z bardzo dużym opóźnieniem - dopiero jakieś trzy miesiące po wyzwoleniu. Moja mama była wtedy we Francji przerzucana z jednego domu dziecka do drugiego, a babcia przez całą wojnę nic nie wiedziała o jej losach.
Pewnie nie była fizycznie w stanie ruszyć po dziecko. Ludzie po obozach byli ledwo żywi.
Moja babcia, która zawsze była i do dzisiaj jest dla mnie bohaterką, została dłużej, bo założyła szpital, który pomagał najciężej chorym więźniom dojść do siebie przed powrotem do domu.
Bardzo szlachetnie z jej strony.
Ty nie pojechałbyś od razu szukać swoich dzieci? Zostałbyś pomagać innym?
Zadajesz bardzo trudne pytania.
Trochę trudne, a trochę nie. Ponieważ moja mama również uważała swoją mamę za bohaterkę, odpowiedziała, że babcia postąpiła szlachetnie.
No właśnie.
Wtedy zapytałem, czy gdybym ja był nią, a ona swoją mamą, to czy by mnie zostawiła w domu dziecka i pomagała innym.
I?
I zrobiła się katastrofa. Ta rozmowa kosztowała moją mamę dwa lata ciężkiej depresji.
I jak się po tym czułeś?
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.