Oskar Pill. Dwa królestwa - Eli Anderson

-
Proszę czekać

PRZEJŚCIE

Oskar uchy­lił po­wie­ki, ośle­pia­ło go zło­ci­ste świa­tło. Po­ma­cał ręką, chcąc zna­leźć swój ze­ga­rek, któ­ry le­żał za­wsze w po­bli­żu, ra­zem z nie­wiel­kim al­bu­mem ro­dzin­nych fo­to­gra­fii, gdzie były zdję­cia ojca. Szó­sta pięt­na­ście! Od­wró­cił się w stro­nę ścia­ny i z głę­bo­kim wes­tchnie­niem na­krył gło­wę jaś­kiem. Mi­nio­nej nocy obu­dził go kosz­mar sen­ny, a dziś, w so­bot­ni po­ra­nek, kie­dy mógł spać, jak dłu­go chciał, za­po­mniał zga­sić lamp­kę przy łóż­ku... Ostroż­nie pod­niósł róg jaś­ka. Świa­tło świe­ci­ło te­raz z in­nej stro­ny, zno­wu pro­sto w oczy! Tym ra­zem cał­kiem oprzy­tom­niał. Jesz­cze nig­dy do tej pory nie zda­rzy­ło się, żeby jego lamp­ka sa­mo­dziel­nie prze­sko­czy­ła z jed­nej stro­ny łóż­ka na dru­gą!

Usiadł, prze­tarł oczy i kie­dy zro­zu­miał, co się sta­ło, za­krył dło­nią usta, by nie wrza­snąć z ra­do­ści. Fiol­ka He­pa­to­lii, jego pierw­sze Tro­feum, tań­czy­ła w po­wie­trzu przed jego ocza­mi, lśniąc moc­niej niż kie­dy­kol­wiek!

Wy­sko­czył z łóż­ka na pod­ło­gę.

Drzwi sza­fy sta­ły otwo­rem, po­dob­nie jak ku­fe­rek, w któ­rym scho­wał wcze­śniej Fiol­kę. Usły­szał ja­kiś dźwięk i za chwi­lę uj­rzał pas z pię­cio­ma sa­kiew­ka­mi, któ­ry fru­nął przez cały po­kój, tak jak kie­dyś, jak daw­niej! Oskar bez na­my­słu wsko­czył w dżin­sy, ko­szul­kę i tramp­ki. Pas owi­nął się wo­kół jego bio­der, on sam rzu­cił się tym­cza­sem w stro­nę sza­fy, by wy­jąć stam­tąd pe­le­ry­nę i za­rzu­cić ją na ra­mio­na. Spraw­dził, czy jego Gri­mo­ire znaj­du­je się w tyl­nej kie­sze­ni. Był już w peł­nym rynsz­tun­ku! Po­now­nie oży­ło wszyst­ko to, co czy­ni­ło zeń Me­dy­ku­sa. Z pew­no­ścią był to naj­pięk­niej­szy dzień w jego ży­ciu od roku.

Chciał schwy­cić krysz­ta­ło­wy fla­ko­nik na­peł­nio­ny Nek­ta­rem, ten jed­nak wy­mknął mu się i po­że­glo­wał w stro­nę drzwi.

- Wszy­scy jesz­cze śpią - uprze­dził Oskar. - Z Vio­let­te nie ma więk­sze­go pro­ble­mu: na­wet w cią­gu dnia nie za­wsze sły­szy, co się wo­kół niej dzie­je, ale mama ma lek­ki sen. Je­śli otwo­rzę drzwi, obu­dzi się...

Fiol­ka jak­by wa­ha­ła się przez chwi­lę, a póź­niej skie­ro­wa­ła się w stro­nę okna. Oskar ru­szył za nią.

- Co za­mie­rzasz zro­bić? - wy­szep­tał.

Zro­zu­miał w koń­cu i otwo­rzył okno. W tej sa­mej chwi­li po­czuł, że pas cią­gnie go w stro­nę pa­ra­pe­tu.

- Ale... spad­nę prze­cież! - po­wie­dział, sta­ra­jąc się po­ha­mo­wać krzyk.

Za­nim zdą­żył się zo­rien­to­wać, co się z nim dzie­je, pas spra­wił, że zna­lazł się po dru­giej stro­nie okna! Zła­pał obie­ma rę­ka­mi poły pe­le­ry­ny, któ­ra otwo­rzy­ła się jak spa­do­chron, dzię­ki cze­mu wy­lą­do­wał ła­god­nie na ogro­do­wym traw­ni­ku. Ode­tchnął z ulgą. Na szczę­ście nadal miał umie­jęt­no­ści Me­dy­ku­sa, a pe­le­ry­na nie utra­ci­ła swo­jej mocy. Ro­zej­rzał się. Ogród wo­kół nie­go wy­da­wał się nadal uśpio­ny, po­dob­nie jak i ten na­le­żą­cy do są­siad­ki, pani Wing. Uli­ca bu­dzi­ła się z wol­na do ży­cia. Oskar zbli­żył się do furt­ki: je­dy­nie w skle­pi­ku pana Da­we­sa­ra do­strzegł ozna­ki ży­cia. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na okna swo­je­go domu. Czy po­wi­nien wy­my­kać się o świ­cie? A je­śli mama obu­dzi się wcze­śniej niż zwy­kle i zo­ba­czy jego pu­ste łóż­ko? Fiol­ka za­de­cy­do­wa­ła za nie­go i po­pły­nę­ła w stro­nę uli­cy, nie mar­twiąc się wca­le, co bę­dzie, je­śli zo­ba­czą ją są­sie­dzi, któ­rzy już się obu­dzi­li. Oskar nie na­my­ślał się dłu­żej. Ru­szył jej śla­dem.

Po­su­wa­li się wzdłuż Kil­da­re Stre­et, aż do rogu Pen­ny­mo­re Stre­et, po­tem skrę­ci­li w pra­wo. Od cza­su do cza­su Fiol­ka zwal­nia­ła i po­zwa­la­ła, by zdy­sza­ny chło­piec ją do­go­nił. Klu­czy­li uli­ca­mi Ba­by­lon He­ights w bla­sku wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Oskar - któ­ry znał swo­ją dziel­ni­cę na pa­mięć - od­kry­wał te­raz jej zu­peł­nie nowy, po­ran­ny ob­raz i był nim za­chwy­co­ny. W koń­cu stra­cił z oczu Fiol­kę - prze­pa­dła gdzieś za pocz­tą, w gę­stwi­nie par­ku.

Za­czął biec alej­ką w stro­nę musz­li kon­cer­to­wej. Park nie wy­glą­dał o tej po­rze przy­jaź­nie. Od­kąd Fiol­ka znik­nę­ła z jego pola wi­dze­nia, chło­piec po­czuł się sa­mot­nie i nie­zbyt pew­nie w tej oko­li­cy. Pod­sko­czył, kie­dy usły­szał ja­kiś chra­pli­wy dźwięk. Po­chy­lił się, by scho­wać się przed nie­po­żą­da­nym wzro­kiem za ba­lu­stra­dą z ku­te­go że­la­za. Tak ukry­ty po­su­wał się do przo­du, aż na tyły musz­li. Ha­łas na­si­lał się, przy­po­mi­nał od­głos hi­po­po­ta­ma wy­cho­dzą­ce­go z ką­pie­li. Przy­kle­ił nos do po­rę­czy i z ulgą do­strzegł lśnią­cą Fiol­kę. Wy­pro­sto­wał się po­wo­li. Jego Tro­feum za­trzy­ma­ło się, wi­sząc w prze­strze­ni nad ja­kąś ław­ką. Oskar zo­ba­czył na niej męż­czy­znę po­grą­żo­ne­go w głę­bo­kim śnie. Roz­po­znał go bez tru­du: był to Pa­va­rot­ti, miej­sco­wy klo­szard, któ­ry z wy­bo­ru miesz­kał w par­ku, a kon­kret­nie na tej ław­ce.

To Je­re­my przed­sta­wił Pa­va­rot­tie­go Oska­ro­wi. Wy­ja­śnił ko­le­dze, skąd wzię­ło się prze­zwi­sko tego czło­wie­ka. Po­czci­wiec ów bu­dził się re­gu­lar­nie koło pół­no­cy i za­nim po­now­nie za­padł w twar­dy sen, wy­śpie­wy­wał grom­kim gło­sem arie ope­ro­we, sta­wia­jąc na nogi całą oko­li­cę. Oskar i jego przy­ja­cie­le do­ko­na­li In­tro­duk­cji do jego cia­ła bez jego wie­dzy, od­by­li tam swo­ją pierw­szą wal­kę z Pa­to­lo­gu­sa­mi, od­wiecz­ny­mi wro­ga­mi Me­dy­ku­sów.

Wszyst­kie wy­da­rze­nia mi­nio­ne­go roku po­wró­ci­ły w pa­mię­ci chłop­ca z bo­le­snym na­tę­że­niem. Ten rok, spę­dzo­ny w za­wie­sze­niu, był dla nie­go cięż­ki do znie­sie­nia mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, co się dzie­je z jego przy­ja­ciół­mi ze świa­ta we­wnętrz­ne­go, Va­len­ti­ne i Law­ren­ce'em, to­wa­rzy­szą­cy­mi mu we wcze­śniej­szych przy­go­dach. Po­łą­czy­ła ich praw­dzi­wa przy­jaźń i nie poj­mo­wał, jak mo­gli znik­nąć - bez uprze­dze­nia, bez sło­wa, nie mar­twiąc się o nie­go i nie da­jąc mu zna­ku ży­cia. Kie­dy Fiol­ka oży­ła i prze­sła­ła mu oczy­wi­sty sy­gnał, że jego moc Me­dy­ku­sa jesz­cze nie wy­ga­sła, w Oska­rze od­ży­ła nie­przy­tom­na na­dzie­ja, że może uda mu się od­na­leźć przy­ja­ciół.

Fiol­ka za­to­czy­ła łuk, pod­fru­nę­ła do Oska­ra i za­chę­ca­ła go, by od­da­lił się od musz­li kon­cer­to­wej, pod­cho­dząc bli­żej Pa­va­rot­tie­go. Kie­dy mło­dy Me­dy­kus zbli­żył się do ław­ki, fla­ko­nik de­li­kat­nie wsu­nął się do pierw­szej z sa­kie­wek przy­tro­czo­nych do jego pasa.

A więc to Fiol­ka do­pro­wa­dzi­ła go tu­taj, jak gdy­by miał umó­wio­ne spo­tka­nie. Nie­wy­klu­czo­ne, że we­wnątrz cia­ła Pa­va­rot­tie­go. Oskar po­chy­lił się nad męż­czy­zną i kop­nął nie­chcą­cy pu­stą bu­tel­kę po wi­nie, któ­ra po­tur­la­ła się po zie­mi. Pa­va­rot­ti wes­tchnął gło­śno, wy­ko­nał se­rię dziw­nych min, po­dra­pał się po bro­dzie, po uchu i po po­ślad­ku, a po­tem prze­krę­cił się na dru­gi bok i spał smacz­nie da­lej.

Oskar, któ­ry wstrzy­mał wte­dy od­dech, ode­tchnął z ulgą. Nie było cza­su do stra­ce­nia. Sko­ro jego pe­le­ry­na, pas i Fiol­ka od­ży­ły, dla­cze­go nie miał­by po­twier­dzić swo­jej nad­zwy­czaj­nej mocy? Przez cały mi­nio­ny rok, aż do dzi­siej­sze­go ran­ka, wszel­kie pró­by do­ko­na­nia In­tro­duk­cji oka­zy­wa­ły się bez­owoc­ne. To była wła­ści­wa chwi­la, żeby spró­bo­wać po raz ostat­ni.

Nie za­po­mniał żad­nej z za­sad cier­pli­wie prze­ka­zy­wa­nych mu przez pa­nią Wi­thers, men­tor­kę ob­ja­śnia­ją­cą mu świat Me­dy­ku­sów. A po­nie­waż zdo­był na ra­zie Tro­feum, Fiol­kę He­pa­to­lii, tyl­ko z jed­ne­go Uni­wer­sum, mógł wy­brać się wła­śnie tam. Dla­te­go też jego ce­lem mia­ła być He­pa­to­lia.

Ob­szedł do­oko­ła ław­kę, by sku­pić się na ustach Pa­va­rot­tie­go, drżą­cych moc­no przy każ­dym ko­lej­nym chrap­nię­ciu. Oskar czuł, że moc­no bije mu ser­ce, nie tyl­ko z prze­ję­cia, ale tak­że z ra­do­ści i ze wzru­sze­nia. Ści­snął w dło­ni swój me­da­lion - ob­wie­dzio­ną zło­tem li­te­rę M - roz­pę­dził się i ru­szył szyb­ko w kie­run­ku klo­szar­da.

W par­ku za­lśni­ło na­gle ośle­pia­ją­ce świa­tło, w ni­czym nie zmą­ci­ło to jed­nak snu Pa­va­rot­tie­go.

Oskar zwi­nął poły pe­le­ry­ny i ro­zej­rzał się do­oko­ła. W chwi­li kie­dy prze­ni­kał do or­ga­ni­zmu Pa­va­rot­tie­go, nie miał na my­śli żad­nej kon­kret­nej oko­li­cy z pierw­sze­go Uni­wer­sum. Sko­ro ktoś prze­wi­dział, że przy­bę­dzie do tego miej­sca, po­zwo­li się pro­wa­dzić. Był prze­ko­na­ny, że do­trze do wła­ści­we­go celu, sko­ro Fiol­ka po­ka­zy­wa­ła mu dro­gę. Gdzie za­tem go ścią­gnę­ła? Wy­star­czył je­den rzut oka, by roz­po­znać ten kra­jo­braz: do­li­na, ciem­ne nie­bo prze­ci­na­ne świe­tli­sty­mi bły­ska­wi­ca­mi i grzmią­ca rze­ka Wrot­na, set­ki me­trów ni­żej... Znaj­do­wał się na gó­rze He­pa­to­lii, a do­kład­nie na jed­nym z jej dwóch szczy­tów!

Ode­tchnął głę­bo­ko, jak gdy­by wła­śnie przy­je­chał na wa­ka­cje i miał oka­zję za­żyć świe­że­go po­wie­trza, opusz­cza­jąc za­nie­czysz­czo­ne smo­giem mia­sto. Trze­ba było te­raz od­kryć ja­kąś wska­zów­kę, ślad obec­no­ści in­ne­go Me­dy­ku­sa, ko­goś, kto go tu­taj we­zwał. Spraw­dził, czy ma nadal Gri­mo­ire'a w tyl­nej kie­sze­ni pe­le­ry­ny. Wie­dział, że ta cen­na ksią­żecz­ka w ra­zie po­trze­by od­po­wie mu na py­ta­nie.

- Masz coś do ocle­nia?

Ten głos ode­zwał się na­gle za jego ple­ca­mi. Oskar od­wró­cił się gwał­tow­nie i uj­rzał wy­so­kie­go, pu­co­ło­wa­te­go męż­czy­znę w mun­du­rze. Po­gła­dził on swo­je pod­wi­nię­te do góry wąsy, po­pra­wił czap­kę na gło­wie i pod­szedł bli­żej.

- To jest przej­ście gra­nicz­ne! - po­wie­dział, do­strze­ga­jąc, że Oskar jest chłop­cem. - Py­tam za­tem, czy masz coś do ocle­nia?

- Przej­ście? Ja­kie zno­wu przej­ście? - spy­tał Oskar nie­co za­sko­czo­ny obec­no­ścią nie­zna­jo­me­go.

Cel­nik zdzi­wił się.

- Jak to, nie wiesz, gdzie je­steś? No, prze­cież to jest gra­ni­ca mię­dzy Uni­wer­sa­mi!

Męż­czy­zna zmarsz­czył krza­cza­ste brwi i wy­cią­gnął w jego kie­run­ku mar­mu­ro­wą ta­blicz­kę, któ­rą do tej pory trzy­mał w skrzy­żo­wa­nych za ple­ca­mi dło­niach.

- No cóż - rzekł su­row­szym to­nem - po­każ mi swo­je do­ku­men­ty, chłop­cze.

Oskar spoj­rzał na nie­go zdu­mio­ny. Do­ku­men­ty?! Od­kąd to trze­ba przed­sta­wiać ja­kie­kol­wiek pa­pie­ry we­wnątrz ludz­kie­go cia­ła? Czy w Uni­wer­sach funk­cjo­nu­je ja­kaś po­li­cja? Ani pani Wi­thers, ani pan Bra­ve, ani nikt inny nie wspo­mi­nał mu o tym.

Męż­czy­zna upie­rał się co­raz bar­dziej.

- Chcesz przejść gra­ni­cę, mu­szę za­tem spraw­dzić two­je do­ku­men­ty.

Gra­ni­ca, przej­ście... Oska­ra na­gle olśni­ło: ależ tak! Fiol­ka za­wio­dła go do jed­ne­go z tych słyn­nych przejść, na gra­ni­cę mię­dzy He­pa­to­lią a ko­lej­nym Uni­wer­sum! Uśmiech­nął się, dum­ny z fak­tu, że w koń­cu się tu zna­lazł. Na­resz­cie po­zna Uni­wer­sum Dwóch Kró­lestw, Od­de­chów i Pom­py! Do tego za­tem spro­wa­dza­ło się to ta­jem­ni­cze spo­tka­nie - nad­szedł czas, by kon­ty­nu­ował swo­ją ini­cja­cję w tym punk­cie, w któ­rym ją prze­rwał, by szedł da­lej dro­gą, któ­ra mia­ła uczy­nić zeń praw­dzi­we­go Me­dy­ku­sa.

Był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że za­po­mniał nie­mal o ist­nie­niu cel­ni­ka. Ten zmie­rzył go wzro­kiem od stóp do głów.

- Je­śli do­brze wi­dzę - rzekł nie­co ła­god­niej - je­steś mło­dym Me­dy­ku­sem, czy tak?

Oskar gwał­tow­nie kiw­nął gło­wą. Męż­czy­zna po­grze­bał w tor­bie i wy­cią­gnął inną mar­mu­ro­wą ta­blicz­kę, tym ra­zem zie­lo­ną.

- Je­stem pe­wien, że mu­sisz mieć ja­kiś do­wód toż­sa­mo­ści.

Oskar na gwałt sta­rał się ze­brać my­śli, rzu­cił okiem na ta­blicz­kę. Kie­dy tyl­ko uj­rzał wy­ry­ty na niej znak, wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Się­gnął ner­wo­wo pod ko­szul­kę i wy­cią­gnął me­da­lion.

- No na­resz­cie! - wes­tchnął cel­nik. - Zo­ba­czy­my...

Przy­ło­żył li­te­rę M do dol­nej czę­ści ta­blicz­ki. Nad nią uka­zał się mały ekran, a na nim po­ja­wił się ob­raz: czy­jaś twarz. Cel­nik mu­snął pal­cem ekran i po­więk­szył ją, a po­tem przyj­rzał się uważ­nie Oska­ro­wi.

- To ty? - za­py­tał po­dejrz­li­wie.

Oskar po­chy­lił się nad in­te­rak­tyw­nym ekra­nem.

- Tak, to ja - po­twier­dził. - Ale to zdję­cie z ze­szłe­go roku. Pod­ro­słem tro­chę - do­dał, pro­stu­jąc się. - Mam już trzy­na­ście lat.

Męż­czy­zna kil­ka razy zer­kał to na zdję­cie, to zno­wu na Oska­ra, po­tem prze­wró­cił stro­nę.

- Two­je imię i na­zwi­sko?

- Oskar Pill.

Cel­nik z za­do­wo­le­niem po­gła­dził wąsy.

- W po­rząd­ku, zga­dza się. Uro­dzi­łeś się 7 grud­nia - do­dał. - Twoi ro­dzi­ce to Ce­lia i Vi­ta­li Pi...

Urwał, jak gdy­by do­pie­ro po fak­cie zro­zu­miał, co czy­ta.

- Je­steś sy­nem Vi­ta­le­go Pil­la?

- Tak! - przy­znał z dumą Oskar. - A o co cho­dzi?

Cel­nik po­krę­cił gło­wą, pod­niósł do góry brwi i w koń­cu od­dał me­da­lion chłop­cu. Ru­szył do przo­du i od­wró­cił się.

- Je­steś go­tów, mój chłop­cze?

- Go­tów? Ale na co?

- Na pró­bę przej­ścia. Już czas: nie bę­dzie­my tu stać przez cały po­ra­nek.

Oskar ro­zej­rzał się do­oko­ła. Zro­bił kil­ka kro­ków do przo­du i wy­chy­lił się. Zo­ba­czył, że stoi na ska­li­stej plat­for­mie, na czymś w ro­dza­ju bal­ko­nu nad prze­pa­ścią. Da­le­ko w dole, na dnie do­li­ny pie­ni­ła się Wiel­ka Ka­na­li­za­cja.

Wzru­szył ra­mio­na­mi. Czuł się te­raz nie­zbyt pew­nie.

- Tak, chy­ba tak... Je­stem go­tów!

Cel­nik uśmiech­nął się tyl­ko i wy­cią­gnął przed sie­bie mar­mu­ro­wą ta­blicz­kę, na któ­rej nadal wid­nia­ło zdję­cie Oska­ra.

Chło­piec po­czuł, że zie­mia drży pod jego sto­pa­mi, zła­pał się ska­ły. Do­strzegł pęk­nię­cie, któ­re po­ja­wi­ło się w zie­mi po­mię­dzy nim a cel­ni­kiem.

Chciał je prze­sko­czyć, ale męż­czy­zna go po­wstrzy­mał.

- Nie bój się, nic ci nie gro­zi. W każ­dym ra­zie, jesz­cze nie w tej chwi­li.

Ka­mien­na plat­for­ma, na któ­rej stał Oskar, ode­rwa­ła się od gór­skiej ścia­ny. Wbrew oba­wom chłop­ca nie spa­dła jed­nak: uno­si­ła się w po­wie­trzu jak la­ta­ją­cy dy­wan i po­wo­li prze­miesz­cza­ła się w kie­run­ku są­sied­nie­go szczy­tu góry. Wi­cher wdzie­rał się w głąb do­li­ny i wiał z wiel­ką siłą. Prze­ra­żo­ny Oskar nie­mal roz­płasz­czył się na zie­mi.

Cel­nik, któ­ry ma­ja­czył jesz­cze w od­da­li, sto­jąc tuż nad urwi­skiem, przy­ło­żył do ust ręce zwi­nię­te w trąb­kę.

- Wstań i patrz uważ­nie, co się po­ja­wi koło cie­bie!

Oskar usły­szał wo­ła­nie i pod­niósł się. Wo­lał się nie wy­chy­lać i nie pa­trzeć w dół. Od do­li­ny dzie­li­ły go set­ki me­trów ot­chła­ni. Miał wra­że­nie, że jest pył­kiem wi­szą­cym po­nad ca­łym świa­tem. Skal­na plat­for­ma moc­no się chwia­ła, sta­rał się jed­nak roz­pacz­li­wie utrzy­mać rów­no­wa­gę. Na­gły roz­błysk świa­tła spra­wił, że pod­niósł wzrok. Wo­kół nie­go za­czę­ły się po­ja­wiać świe­tli­ste sym­bo­le i dzi­wacz­ne ob­ra­zy.

- Po­licz je! - krzyk­nął cel­nik.

Oskar po­słusz­nie za­czął li­czyć.

- Jest ich sie­dem! - od­parł, nie spusz­cza­jąc oka z wi­dzia­deł.

Za­uwa­żył ko­cio­łek wi­szą­cy na łań­cu­chu, wóz, wiel­kie­go pta­ka, me­ta­licz­nie po­ły­sku­ją­cą po­stać z po­le­wacz­ką, za­cho­dzą­ce na sie­bie bań­ki, po­kry­tą fa­la­mi ob­ręcz, a w koń­cu trój­kąt z za­mknię­tym we­wnątrz ko­łem. Miał ocho­tę raz jesz­cze im się przyj­rzeć, ale cel­nik gwał­tow­nie do­ma­gał się jego uwa­gi.

- Gło­śniej! - za­wo­łał. - Nic nie sły­szę!

- Jest ich SIE­DEM! - wrza­snął Oskar, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć wi­cher.

- Do­sko­na­le! Te­raz mu­sisz wy­brać je­den z sym­bo­li i wska­zać go two­im me­da­lio­nem. Je­śli wy­bie­rzesz do­brze, przej­dziesz na dru­gą stro­nę. Zro­zu­mia­łeś...łeś...łeś?

Oskar sku­pił się, by usły­szeć każ­dą sy­la­bę, mimo że sło­wa gu­bi­ły się wśród echa, a na dnie do­li­ny grzmiał nurt Wiel­kiej Ka­na­li­za­cji.

- W po­rząd­ku, zro­zu­mia­łem. Ale jak wy­brać? I co się sta­nie, je­śli nie wy­bio­rę od­po­wied­nie­go sym­bo­lu?

- Nic nie sły­szę! - krzyk­nął cel­nik. - Ach, ten prze­klę­ty wi­cher! Co po­wie­dzia­łeś?

- CO SIĘ STA­NIE, JE­ŻE­LI ŹLE WY­BIO­RĘ?

- Do­sta­niesz dru­gą szan­sę! A te­raz wyj­mij me­da­lion i wsłu­chaj się w Głos Dwóch Kró­lestw, da ci wska­zów­ki, jak masz wy­bie­rać!

Oskar zdo­łał usły­szeć więk­szość z tego, co wy­krzy­czał cel­nik. Wy­jął me­da­lion i trzy­mał go w wy­cią­gnię­tej dło­ni. Wiatr za­czął wi­ro­wać wo­kół chłop­ca sto­ją­ce­go na ru­cho­mej, ska­li­stej plat­for­mie i wo­kół ota­cza­ją­cych go sym­bo­li; przy­wo­dzi­ło to na myśl trą­bę po­wietrz­ną. Wy­cie wia­tru prze­szło w ni­ski ton, z któ­re­go za­czę­ły wy­ła­niać się po­je­dyn­cze sło­wa, głos do­cho­dzą­cy jak­by z wnętrz­no­ści góry.

 

Oska­rze Pil­lu,

Umkną­łeś nie­gdyś przed ostrza­mi,

Po­kry­ty by­łeś opa­rze­nia­mi,

Fru­ną­łeś w po­wie­trzu, het

I su­ną­łeś pod zie­mią jak kret,

Pły­ną­łeś przez roz­le­głe oce­any,

By zdo­być ogień zza szkla­nej ścia­ny.

 

Oskar krę­cił się na wszyst­kie stro­ny jak osza­la­ły. Wi­cher zno­wu wył wo­kół nie­go, a sym­bo­le wi­ro­wa­ły, lśniąc jesz­cze moc­niej niż przed­tem. Sło­wa, któ­re przed chwi­lą usły­szał, za­cie­ra­ły się już po­wo­li w jego pa­mię­ci. Wy­da­wa­ło mu się jed­nak, że Głos wy­po­wie­dział sześć zdań, tym­cza­sem wo­kół nie­go było sie­dem ob­ra­zów. W jaki spo­sób to, co usły­szał, mia­ło­by mu po­móc w wy­bo­rze wła­ści­we­go sym­bo­lu, je­dy­ne­go otwie­ra­ją­ce­go przej­ście do dru­gie­go Uni­wer­sum? Pró­bo­wał ze­brać my­śli i wpadł na pe­wien po­mysł: sko­ro było sześć zdań, być może każ­de z nich od­no­si się do jed­ne­go ob­ra­zu i po­zwa­la go wy­eli­mi­no­wać? Na ko­niec zo­stał­by tyl­ko je­den sym­bol: ten, o któ­rym Głos w ogó­le nie wspo­mniał... To mo­gło być ha­sło otwie­ra­ją­ce drzwi do se­za­mu.

Oskar spoj­rzał zde­spe­ro­wa­ny w kie­run­ku cel­ni­ka, któ­ry wy­da­wał się już bar­dzo da­le­ko od nie­go. Coś wo­łał, ale jego sło­wa gi­nę­ły w wy­ją­cym wie­trze, Oskar ło­wił je­dy­nie po­je­dyn­cze sło­wa.

- ... me­da­lion... głos... po­wtó­rzy!

Chło­piec zro­zu­miał od razu, w czym rzecz. Wy­cią­gnął po­now­nie rękę z me­da­lio­nem. W tej sa­mej chwi­li zno­wu usły­szał do­cho­dzą­cy nie wia­do­mo skąd Głos.

- Po­wtó­rzę jesz­cze tyl­ko je­den, je­dy­ny raz, Oska­rze Pil­lu!

Mło­dy Me­dy­kus pró­bo­wał sku­pić się tyl­ko na tym, co miał te­raz usły­szeć.

- Umkną­łeś nie­gdyś przed ostrza­mi...

Przy­glą­dał się po ko­lei wszyst­kim sym­bo­lom. "Przed ostrza­mi". Jego wzrok padł na ob­raz ko­cioł­ka. Ko­cio­łek... lub kadź! Cho­dzi­ło praw­do­po­dob­nie o kadź z jed­nost­ki roz­drab­nia­nia po­kar­mu, z tną­cy­mi ostrza­mi! Na­le­ża­ło za­tem od­rzu­cić ten sym­bol.

- Po­kry­ty by­łeś opa­rze­nia­mi...

Oskar sta­rał się jak naj­szyb­ciej od­szu­kać coś we wspo­mnie­niach. Co pa­lą­ce­go zna­lazł w He­pa­to­lii? Przy­szły mu na myśl sło­wa Mau­re­en Jo­ubert, za­sia­da­ją­cej w Ra­dzie Naj­wyż­szej Me­dy­ku­sów, jego pierw­szej prze­wod­nicz­ki w Uni­wer­sum: "Strzeż się, Oska­rze, śli­na jest moc­no skon­cen­tro­wa­na: roz­kła­da po­si­łek na czyn­ni­ki pierw­sze!". W jed­nej ko­szul­ce miał na­wet małą dziur­kę po tym wy­da­rze­niu... Oskar przyj­rzał się po­zo­sta­łym wi­zu­ali­za­cjom; za­trzy­mał wzrok na dwóch za­cho­dzą­cych na sie­bie bań­kach: mo­gły to być Śli­nian­ki, gi­gan­tycz­ne bań­ki wy­peł­nio­ne śli­ną... Roz­po­znał za­tem dru­gi sym­bol opi­sa­ny przez ta­jem­ni­czy Głos. To nie ten ob­raz był prze­pust­ką na dru­gą stro­nę gra­ni­cy. Zo­sta­ło jesz­cze pięć.

Sil­ny po­dmuch wia­tru za­chwiał ska­łą krą­żą­cą nad głę­bo­ką ot­chła­nią, sym­bo­le wo­kół nie­go tak­że za­drga­ły. Oskar przy­warł moc­niej do plat­for­my, cią­gle jed­nak trzy­mał w wy­cią­gnię­tej dło­ni swój me­da­lion.

- Fru­ną­łeś w po­wie­trzu, het...

Od­ru­cho­wo po­pa­trzył na wiel­kie­go pta­ka. Do­my­ślił się na­gle, że był to po pro­stu sa­mo­lot, nie zaś - jak po­cząt­ko­wo są­dził - ptak przy­wo­dzą­cy na myśl Vic­to­ra, znie­na­wi­dzo­ne­go ka­nar­ka z Cu­mi­des Circ­le, na­le­żą­ce­go do pana Bra­ve'a... Sa­mo­lot po­dob­ny do tego, któ­rym wy­do­sta­li się swe­go cza­su z wnę­trza góry, on i para jego przy­ja­ciół - Va­len­ti­ne i Law­ren­ce. A za­tem i ten ob­raz od­pa­da.

- I su­ną­łeś pod zie­mią, jak kret

Pły­ną­łeś przez roz­le­głe oce­any...

Tym ra­zem Oskar nie miał więk­szych wąt­pli­wo­ści: "su­nął pod zie­mią, jak kret" w wóz­ku, a ob­ręcz z fa­la­mi przy­po­mnia­ła mu o licz­nych prze­pra­wach po rze­kach i mo­rzach Uni­wer­sum, któ­re od­krył rok wcze­śniej. Wy­eli­mi­no­wał za­tem ko­lej­ne dwa sym­bo­le.

Po­zo­sta­ły już tyl­ko dwa, z któ­rych mu­siał wy­brać je­den, ten, o któ­rym mó­wi­ło ostat­nie zda­nie.

Ser­ce za­czę­ło mu bić szyb­ciej i moc­niej.

- By zdo­być ogień zza szkla­nej ścia­ny - po­wie­dział Głos, za­nim roz­pły­nął się w po­ry­wach wy­ją­ce­go wi­chru.

Oskar wy­pro­sto­wał się. "By zdo­być ogień zza szkla­nej ścia­ny". Nie my­ślał już o prze­pa­ści zie­ją­cej pod plat­for­mą, nie sły­szał wy­cia wia­tru. Po­wta­rzał w my­ślach ostat­nie zda­nie i przy­glą­dał się po­zo­sta­łym ob­ra­zom. Był to czar­ny trój­kąt, za­my­ka­ją­cy w so­bie żół­te koło i po­stać w sre­brzy­stym kom­bi­ne­zo­nie, trzy­ma­ją­ca w ręku coś w ro­dza­ju lan­cy. Przy­po­mi­na­ła tro­chę stra­ża­ka... A za­tem "ogień zza szkla­nej ścia­ny" na­le­ża­ło­by łą­czyć ze stra­ża­kiem? W ta­kim przy­pad­ku je­dy­nym sym­bo­lem, o któ­rym Głos nie wspo­mi­nał, był­by czar­ny trój­kąt: ten wła­śnie znak po­wi­nien wska­zać, by przejść na dru­gą stro­nę.

Wa­hał się, ze­brał się jesz­cze na od­wa­gę. Przy­po­mniał so­bie sło­wa cel­ni­ka: w ra­zie nie­po­wo­dze­nia moż­na spró­bo­wać jesz­cze raz, moż­na się po­my­lić. Był pe­wien, że bez­błęd­nie wy­ty­po­wał pięć pierw­szych sym­bo­li i że od­rzu­cił te wła­ści­we. A za­tem wśród dwóch, któ­re po­zo­sta­ły, je­den musi być wła­ści­wy, a zda­nie o ogniu może do­ty­czyć stra­ża­ka... Oskar mu­siał pod­jąć ja­kąś de­cy­zję.

Pod­niósł w górę me­da­lion i wy­cią­gnął go w kie­run­ku trój­ką­ta.

Z li­te­ry M wy­strze­lił pro­mień ośle­pia­ją­ce­go świa­tła, a po­tem... po­tem nic się nie wy­da­rzy­ło.

Oskar ro­zej­rzał się do­oko­ła: nic się nie zmie­ni­ło. Nadal stał na pła­skiej plat­for­mie za­wie­szo­nej w prze­strze­ni po­mię­dzy dwo­ma szczy­ta­mi góry He­pa­to­lii. Nie otwo­rzy­ło się żad­ne nowe Uni­wer­sum. Mu­siał się po­my­lić, a dro­gę do Dwóch Kró­lestw otwie­rał inny sym­bol.

Już miał zwró­cić me­da­lion w kie­run­ku in­ne­go ob­ra­zu, kie­dy coś się zmie­ni­ło. Nie była to jed­nak zmia­na, któ­rej ocze­ki­wał: ku jego prze­ra­że­niu za­czę­ła pę­kać ska­ła pod jego sto­pa­mi.

Usły­szał strasz­ny huk i ska­ła za­trzę­sła się moc­no. Mało bra­ko­wa­ło, a Oskar by spadł. Prze­wró­cił się i trzy­mał się jej roz­pacz­li­wie, nie wie­rząc wła­snym oczom. Plat­for­ma za­czy­na­ła się kru­szyć i roz­pa­dać. Pod­niósł wzrok i do­strzegł cel­ni­ka, któ­ry wy­ma­chi­wał rę­ka­mi. Oskar krzyk­nął ze wszyst­kich sił.

- Ska­ła się roz­pa­da! A prze­cież mó­wił pan, że mogę mieć jesz­cze jed­ną szan­sę!

- Masz dzie­sięć se­kund, żeby wska­zać inny sym­bol! To ostat­nia szan­sa! Po­spiesz się, mały, SZYB­KO!

Sie­dem se­kund.

WSZYSTKO SKOŃCZONE

Prze­stał biec, zwol­nił kro­ku i za­czął iść, aż w koń­cu za­trzy­mał się zdy­sza­ny. Przed nim aż po ho­ry­zont cią­gnę­ła się bez­kre­sna rów­ni­na. A prze­cież biegł już od wie­lu go­dzin; ol­brzy­mie ja­ski­nie, w któ­rych wciąż się gu­bił, zo­sta­ły da­le­ko za nim.

Był wy­czer­pa­ny i spra­gnio­ny. Ro­bi­ło mu się co­raz go­rę­cej. Chciał zdjąć pe­le­ry­nę - miał wra­że­nie, że nie znie­sie tego ak­sa­mit­ne­go okry­cia ani chwi­li dłu­żej. Szyb­ko jed­nak zdał so­bie spra­wę, że pe­le­ry­na chro­ni go przed ża­rem. Po­spiesz­nie za­rzu­cił ją z po­wro­tem na ra­mio­na. Wy­jął bi­don i wy­są­czył ostat­nie kro­ple pły­nu. Bę­dzie mu­siał szyb­ko zna­leźć ja­kąś wodę.

Chcąc so­bie do­dać od­wa­gi, do­tknął li­te­ry M wy­ha­fto­wa­nej zło­tą ni­cią na pe­le­ry­nie. Po­pa­trzył w dal. Le­d­wie mógł do­strzec wy­so­kie, za­ostrzo­ne na czub­kach cie­nie, któ­re ster­cza­ły z zie­mi jak wy­pa­lo­ne pnie drzew. Wo­lał wy­rzu­cić z pa­mię­ci wspo­mnie­nie strasz­li­we­go, nie­usta­ją­ce­go wi­chru, od któ­re­go po­cho­dzi­ła na­zwa tej rów­ni­ny. Tra­ci­ło się od nie­go zmy­sły.

Po­chy­lił się i wziął do ręki garst­kę ja­sne­go pia­chu, któ­ry skrzy­piał pod no­ga­mi. I wte­dy, cał­kiem bli­sko, do­strzegł pierw­szy ślad.

Był dużo więk­szy niż jego wła­sne śla­dy; wi­dać było od­ci­śnię­tą sto­pę - czy ra­czej łapę - za­koń­czo­ną trze­ma ostry­mi czub­ka­mi. Pa­zu­ry? Ser­ce za­czę­ło mu bić szyb­ciej i moc­niej, jak sy­gnał alar­mo­wy da­ją­cy znać o zbli­ża­ją­cym się za­gro­że­niu. Po­su­nął się kil­ka kro­ków na­przód i zna­lazł ko­lej­ny ślad. Trzy me­try da­lej! Ja­kie roz­mia­ry mu­sia­ło mieć stwo­rze­nie, któ­re ro­bi­ło tak wiel­kie kro­ki? Może po­ru­sza­ło się bie­giem?

Wy­pro­sto­wał się. Gdzieś da­le­ko wśród po­dmu­chów wia­tru roz­legł się prze­ni­kli­wy dźwięk. Mimo upa­łu po­czuł dresz­cze. Ten dźwięk przy­po­mi­nał wrzask zwie­rzę­cia zwie­lo­krot­nio­ny przez echo. W pierw­szym od­ru­chu chciał się cof­nąć. Na­tych­miast jed­nak po­czuł wy­rzu­ty su­mie­nia - po­my­ślał o ojcu, któ­ry w tej sy­tu­acji na pew­no by nie zre­zy­gno­wał. Wes­tchnął głę­bo­ko. Me­dy­kus po­wi­nien za­wsze iść na­przód, bez wzglę­du na wszyst­ko. Nikt nie mu­siał mu tego tłu­ma­czyć, ani pan Bra­ve, ani pani Wi­thers. Nig­dzie tego nie prze­czy­tał. Po pro­stu wie­dział, że tak trze­ba, nie było in­ne­go wyj­ścia.

Zno­wu usły­szał ten dziw­ny ha­łas - gło­śniej­szy i dużo bliż­szy. Upar­cie po­su­wał się ku rzad­kim za­ro­ślom. Kie­dy już mógł roz­róż­nić te dziw­ne czar­ne for­my na ho­ry­zon­cie, za­trzy­mał się. Pod­ło­że drża­ło, jak gdy­by ktoś wa­lił w bę­ben - w dzie­siąt­ki bęb­nów. Po­pa­trzył na zie­mię: wi­dział te same śla­dy ota­cza­ją­ce go ze wszyst­kich stron, bie­gną­ce we wszyst­kich kie­run­kach. Ro­zej­rzał się do­oko­ła za­nie­po­ko­jo­ny. Za­ro­śla były je­dy­nym miej­scem, gdzie mógł­by się ukryć i ob­ser­wo­wać oko­li­cę. Za­czął biec. W ca­łym cie­le czuł wi­bro­wa­nie zie­mi. Ciem­ne pnie, gę­sto ro­sną­ce obok sie­bie, były już tyl­ko kil­ka kro­ków od nie­go. Kie­dy do nich do­tarł, ktoś go do­go­nił i ru­nął na nie­go. Upadł i prze­tur­lał się na bok. Wo­kół nie­go roz­ra­stał się ol­brzy­mi cień. Prze­to­czył się i le­żał te­raz na ple­cach. Po­chy­la­ło się nad nim mnó­stwo wiel­kich bez­kształt­nych be­stii. Roz­su­nę­ły się i uka­zał się wśród nich ja­kiś czło­wiek ubra­ny od stóp do głów na czar­no. Tyl­ko koł­nierz lśnił czer­wie­nią.

Był oto­czo­ny.

Sta­rał się roz­po­znać twarz Pa­to­lo­gu­sa, pa­trzył jed­nak pod słoń­ce i wi­dział tyl­ko za­rys syl­wet­ki. Do­strzegł mgłę wo­kół jego twa­rzy. Czło­wiek ten znik­nął jed­nak po chwi­li, a wo­kół nie­go zno­wu tło­czy­ły się po­two­ry. Jak się wy­do­stać z tej mat­ni? Jak się bro­nić? Przy­po­mniał so­bie swo­ją wal­kę z ol­brzy­mią ośmior­ni­cą w Za­ka­za­nym Tu­ne­lu, pro­wa­dzą­cym do Sank­tu­arium Wie­dzy Me­dy­ku­sów. I broń, z ja­kiej wte­dy sko­rzy­stał: Fiol­ka He­pa­to­lii i nisz­czą­cy wszyst­ko Nek­tar! Za­czął ner­wo­wo szpe­rać pod pe­le­ry­ną, do­tknął pierw­szej sa­kiew­ki na Pa­sie Tro­fe­ów i stwier­dził z prze­ra­że­niem, że była pu­sta. Jego pierw­sze Tro­feum, jego Fiol­ka - znik­nę­ła...

Be­stie ota­cza­ły go co­raz cia­śniej­szym krę­giem. Za­mknął oczy, nie chciał pa­trzeć na ich po­twor­nie skrzy­wio­ne i zde­for­mo­wa­ne py­ski ani ocie­ka­ją­ce śli­ną kły. Nie chciał sły­szeć ich ry­ków. Owi­nął się pe­le­ry­ną. Nie czuł już stra­chu, tyl­ko obez­wład­nia­ją­cą roz­pacz. Tak bar­dzo chciał zdo­być - jed­no po dru­gim - wszyst­kie Tro­fea, któ­re uczy­ni­ły­by go praw­dzi­wym Me­dy­ku­sem; tak bar­dzo pra­gnął zwró­cić ojcu i ca­łej ro­dzi­nie utra­co­ny ho­nor, tym­cza­sem przyj­dzie mu zgi­nąć na tej zło­wro­giej rów­ni­nie. Umrze sa­mot­ny po­śród tych okrut­nych be­stii, po­wa­lo­ny przez Pa­to­lo­gu­sa... Tak ma­rzył, że osią­gnie w koń­cu swój cel... Po­czuł, że pła­cze z wście­kło­ści. Na zie­lo­nej tka­ni­nie pe­le­ry­ny wi­dział przez chwi­lę twa­rze mat­ki i sio­stry.

Za­ci­snął dłoń na ha­fto­wa­nej zło­tem li­te­rze M, zdą­żył jesz­cze do­strzec wy­cią­ga­ją­ce się w jego stro­nę po­twor­ne szpo­ny. Naj­więk­szy z po­two­rów ru­szył do ata­ku.

UKŁAD

Li­mu­zy­na wy­do­sta­ła się z za­kor­ko­wa­nych ulic cen­trum mia­sta. Męż­czy­zna wy­god­nie roz­par­ty na tyl­nym sie­dze­niu nie­cier­pli­wił się.

- Ależ ty się wle­czesz! Nie mo­żesz do­dać tro­chę gazu? Chy­ba nie bę­dzie­my tak je­chać do wie­czo­ra, co? Nie mam po­ję­cia, dla­cze­go wła­ści­wie przy­ją­łem cię do pra­cy, Si­lvio. Je­steś fa­tal­nym szo­fe­rem... Na­stęp­nym ra­zem to ja usią­dę za kie­row­ni­cą, na pew­no pój­dzie dużo szyb­ciej.

Si­lvio zer­k­nął w lu­ster­ko: jego pa­sa­żer nie­mal le­żał na sie­dze­niu. Każ­de­go dnia z co­raz więk­szym tru­dem zno­sił jego skrzy­wio­ną twarz i agre­syw­ne spoj­rze­nie. Był tyl­ko szo­fe­rem, ale od sa­me­go po­cząt­ku gar­dził tym aro­ganc­kim fa­ce­tem, któ­ry w jego oczach nie miał żad­nej war­to­ści. Jego pra­co­daw­ca re­pre­zen­to­wał ten ro­dzaj czło­wie­ka, któ­ry są­dzi, że pie­nią­dze otwie­ra­ją wszyst­kie drzwi i po­zwa­la­ją na wszyst­ko, łącz­nie z bra­kiem sza­cun­ku. Nie miał jed­nak więk­sze­go wy­bo­ru: - po­trze­bo­wał tej pra­cy. Po­wścią­gnął złość, nie ode­zwał się ani sło­wem i przy­spie­szył nie­co.

Sa­mo­chód opu­ścił mia­sto i je­chał jesz­cze do­bry kwa­drans pu­stą dro­gą, wi­ją­cą się po­śród pól, póź­niej przez las. W koń­cu do­je­cha­li do ogro­dze­nia ja­kiejś po­sia­dło­ści. Po­ru­sza­li się wzdłuż wy­so­kie­go i ciem­ne­go, ka­mien­ne­go muru, na­je­żo­ne­go ster­czą­cy­mi, ostry­mi ka­wał­ka­mi szkła z po­tłu­czo­nych bu­te­lek, tak, by nikt nie mógł przejść górą. Sa­mo­chód za­trzy­mał się przed bra­mą z ku­te­go że­la­za.

Fa­cet z tyl­ne­go sie­dze­nia otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du wście­kłym ru­chem i wy­siadł. Za­pu­kał w szy­bę i Si­lvio otwo­rzył ją, wle­pia­jąc wzrok pro­sto przed sie­bie.

- Za­cze­kaj na mnie tu­taj - wark­nął jego szef. - Zro­zu­mia­łeś? Je­śli nie za­sta­nę cię tu, kie­dy wyj­dę, bę­dziesz mógł so­bie po­szu­kać in­nej ro­bo­ty!

Si­lvio bez sło­wa na­ci­snął gu­zik i szy­ba się pod­nio­sła.

Czło­wiek na ze­wnątrz wy­mam­ro­tał jesz­cze ja­kieś groź­by i zbli­żył się do bra­my. Za­dzwo­nił i spoj­rzał w stro­nę ka­me­ry nad wej­ściem, któ­ra wy­da­wa­ła się go ob­ser­wo­wać.

W do­mo­fo­nie za­brzmiał no­so­wy głos:

- Kto tam?

- Je­stem umó­wio­ny z pa­nem Wor­mem! - po­wie­dział krót­ko czło­wiek przed bra­mą. - Pro­szę mi otwo­rzyć.

Mi­nę­ło kil­ka chwil, któ­re oka­za­ły się dla nie­go zbyt dłu­gie, na­ci­snął więc zno­wu dzwo­nek. Jed­no ze skrzy­deł bra­my uchy­li­ło się, skrzy­piąc. Męż­czy­zna od­wró­cił się i po raz ostat­ni spoj­rzał w kie­run­ku szo­fe­ra, po­tem znik­nął za bra­mą.

 

Ro­zej­rzał się do­oko­ła: za ple­ca­mi miał ten nie­zbyt przy­jem­nie wy­glą­da­ją­cy mur, przed nim zaś roz­cią­ga­ły się gę­ste za­ro­śla o ciem­no­czer­wo­nych li­ściach. Ru­szył na­przód wy­gra­co­wa­ną alej­ką. Za­uwa­żył na niej śla­dy opon sa­mo­cho­do­wych i klął pod no­sem:

- Do dia­bła, mógł­by mnie tu wpu­ścić sa­mo­cho­dem, po­bru­dzę buty i spodnie... Da­łem for­tu­nę za ten gar­ni­tur!

Po­gła­dził z sa­tys­fak­cją ma­te­riał i po­szedł da­lej.

Kie­dy mi­nął za­gaj­nik, sta­nął zu­peł­nie za­sko­czo­ny. Znaj­do­wał się kil­ka ki­lo­me­trów za Ple­asan­tvil­le, tym­cza­sem przed nim wy­ra­stał z zie­mi praw­dzi­wy szkoc­ki za­mek, ozdo­bio­ny wie­życz­ka­mi, oto­czo­ny mu­rem, zwień­czo­nym blan­ka­mi, z wą­ski­mi okna­mi w wy­nio­słych fa­sa­dach! Opo­wia­da­no mu wcze­śniej o "neo­go­tyc­kiej sie­dzi­bie z cza­sów re­ne­san­su", ale po­nie­waż nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, co to mo­gło ozna­czać - i miał to w głę­bo­kim po­wa­ża­niu - nie spo­dzie­wał się, że zo­ba­czy ufor­ty­fi­ko­wa­ny za­mek. W cie­niu lasu, ciem­ny ka­mień ele­wa­cji po­rósł mchem, co spra­wia­ło, że bu­dow­la wy­da­wa­ła się jesz­cze bar­dziej po­nu­ra. Miał wra­że­nie, że noc za­pa­da tu­taj wcze­śniej niż w ca­łej oko­li­cy.

Wszedł ostroż­nie po śli­skich, ka­mien­nych stop­niach i zbli­żył się do drzwi. Wziął do ręki że­la­zną ko­łat­kę w kształ­cie dło­ni i gło­śno za­stu­kał kil­ka razy.

- Pro­szę za­cze­kać.

Pod­sko­czył na dźwięk gło­su chry­pią­ce­go w ko­lej­nym do­mo­fo­nie. Był na sie­bie zły z tego po­wo­du i miał na­dzie­ję, że nikt inny nie za­uwa­żył tego na ja­kimś kon­tro­l­nym mo­ni­to­rze.

Nie­dłu­go póź­niej - czas ten dłu­żył mu się jak wiecz­ność - drzwi uchy­li­ły się au­to­ma­tycz­nie.

Wszedł do środ­ka, drzwi za jego ple­ca­mi za­trza­snę­ły się z głu­chym hu­kiem i po­grą­żył się w ciem­no­ściach ogrom­ne­go hal­lu. Świa­tło dzien­ne z tru­dem prze­są­cza­ło się przez spły­wa­ją­ce z bar­dzo wy­so­ka czar­ne por­tie­ry. Zro­bił kil­ka kro­ków, któ­re od­bi­ły się gło­śnym echem na - oczy­wi­ście czar­nym - mar­mu­rze po­sadz­ki. W tej po­nu­rej sie­dzi­bie wszyst­ko chy­ba było czar­ne. Prze­szedł da­lej, by do­trzeć do le­żą­ce­go po­środ­ku po­miesz­cze­nia dy­wa­nu w ko­lo­rze oło­wiu. Miał na­dzie­ję, że na dy­wa­nie skó­rza­ne po­de­szwy jego szy­tych na mia­rę bu­tów, z któ­rych był taki dum­ny, prze­sta­ną roz­pacz­li­wie skrzy­pieć. Pod­niósł gło­wę - ka­se­to­no­wy pla­fon po­kry­ty srebr­no-czar­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi wy­da­wał się nie­do­sięż­ny. Tuż pod nim wi­dać było bie­gną­cy wzdłuż ścian i na­da­ją­cy cha­rak­ter ca­łe­mu wnę­trzu bo­ga­to rzeź­bio­ny bal­kon, ozdo­bio­ny ko­lum­na­mi z he­ba­nu. Wy­da­ło mu się, że z tyłu, za ko­lum­na­mi, do­strze­ga po­ja­wia­ją­ce się i zni­ka­ją­ce jak du­chy cie­nie.

Dla­cze­go pa­nu­je tu taka ci­sza i ta­kie ciem­no­ści?

Miał wra­że­nie, że zna­lazł się w ko­ście­le albo - jesz­cze go­rzej - w klasz­to­rze. Oględ­nie mó­wiąc, męż­czy­zna nie był spe­cjal­nie re­li­gij­ny, ani za­in­te­re­so­wa­ny me­dy­ta­cją. Kie­dy tyl­ko się wzbo­ga­cił, w pierw­szym swo­im od­ru­chu sta­rał się, żeby wszy­scy to do­strze­gli i o tym sły­sze­li. Za­sta­na­wiał się, dla­cze­go Worm nie miesz­kał - po­dob­nie jak on sam - w naj­lep­szej dziel­ni­cy mia­sta, Worm, któ­ry był wła­ści­cie­lem licz­nych za­kła­dów che­micz­nych w Eu­ro­pie Wschod­niej i z pew­no­ścią wła­dał ol­brzy­mią for­tu­ną. Mu­sia­ła być znacz­nie więk­sza niż jego wła­sny ma­ją­tek. Po­krę­cił gło­wą: co za mar­no­traw­stwo, do­praw­dy... Nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że on sam wie­dział­by, jak wy­ko­rzy­stać taką kasę. Ten idio­ta mógł­by so­bie fund­nąć naj­bar­dziej wy­pa­sio­ną cha­tę w mie­ście! - po­my­ślał.

W hal­lu pa­no­wa­ła nie­zwy­kła ci­sza. Zda­wa­ło mu się, że sły­szy swój wła­sny od­dech. At­mos­fe­ra nie była jed­nak szcze­gól­nie miła i przy­tul­na, prze­ciw­nie, wy­da­wa­ło się, że od daw­na - ba! od za­wsze - wisi tu w po­wie­trzu coś cięż­kie­go.

W koń­cu ja­kiś dźwięk prze­rwał ci­szę - był to sze­lest ma­te­ria­łu, do­cho­dził z góry.

Pod­niósł wzrok: ja­kaś ko­bie­ta w dłu­giej suk­ni mi­ja­ła ko­lej­ne ko­lum­ny na bal­ko­nie. Szła szyb­kim i lek­kim kro­kiem. Cof­nął się nie­co, by le­piej się jej przyj­rzeć. Wi­dział jed­nak tyl­ko po­ły­sku­ją­cy ciem­ny ma­te­riał i dłoń prze­su­wa­ją­cą się po ba­lu­stra­dzie.

- Hej tam, niech się pani za­trzy­ma na chwi­lę! - za­wo­łał do niej, jak­by zwra­cał się do han­dlar­ki ryb na tar­gu przy Bond Stre­et. Za­po­mniał, że był w tym domu go­ściem.

Ko­bie­ta szła da­lej, wy­pro­sto­wa­na jak świe­ca, zwol­ni­ła tyl­ko tro­chę kro­ku i od­wró­ci­ła gło­wę. Za­gad­nął ją zno­wu.

- Czy mo­gła­by pani za­wo­łać pana Wor­ma? Ja...

Nie skoń­czył zda­nia. Ko­bie­ta prze­su­nę­ła się do przo­du na tyle, że jej twarz oświe­tlił nie­śmia­ły pro­mień świa­tła, któ­ry prze­do­stał się przez za­mknię­te okien­ni­ce. Za­tka­ło go, kie­dy uj­rzał jej oczy - czar­ne, głę­bo­kie i wspa­nia­łe. Było w tym spoj­rze­niu dużo wdzię­ku, ale i dużo smut­ku. Mia­ły dziw­nie lo­do­wa­ty wy­raz. Zu­peł­nie jak­by ko­bie­ta była czę­ścio­wo mar­twa.

- Prze­pra­szam bar­dzo - ją­kał się. - Ja... by­łem umó­wio­ny...

Stwier­dził, że ko­bie­ta ma ra­czej mło­de rysy twa­rzy. Za­uwa­żył wy­so­kie ko­ści po­licz­ko­we i wło­sy upię­te ni­sko na kar­ku. Wy­da­ła mu się bar­dzo pięk­na, mimo że jej twarz tak­że była zga­szo­na. Męż­czy­zna do­strze­gał jed­nak tyl­ko ład­ną ko­bie­tę, któ­rą być może da się ocza­ro­wać. Wy­piął sze­ro­ki tors i po­słał jej nie­przy­zwo­ity uśmiech.

- Je­śli Wor­ma nie ma w domu, może by go pani mo­gła za­stą­pić. Je­stem pe­wien, że mie­li­by­śmy so­bie mnó­stwo do po­wie­dze­nia.

- Pan Worm za­raz pana przyj­mie.

Głos do­cho­dził z tyłu. Od­wró­cił się gwał­tow­nie: po środ­ku hal­lu sta­ła nie­ru­cho­mo ja­kaś ko­bie­ta w far­tusz­ku. Zno­wu spoj­rzał na bal­kon. Nie było tam już ni­ko­go, ko­bie­ta znik­nę­ła. Bez­czel­nym ru­chem wy­cią­gnął pa­lec w kie­run­ku ko­lum­na­dy, za któ­rą znik­nę­ła po­dzi­wia­na przez nie­go przed chwi­lą pięk­na nie­zna­jo­ma.

- Co to za jed­na?

Słu­żą­ca sta­ła sztyw­no i bez ru­chu. Naj­chęt­niej bez cie­nia li­to­ści od­pro­wa­dzi­ła­by tego źle wy­cho­wa­ne­go czło­wie­ka do drzwi i wy­pro­si­ła go z domu. Nie­ste­ty, go­spo­darz cze­kał na nie­go.

- Pan Worm nie ma żad­nych go­ści! - po­wie­dzia­ła oschłym to­nem.

Przez chwi­lę wpa­try­wał się jesz­cze w bal­kon, po­tem zre­zy­gno­wa­ny od­wró­cił się w stro­nę słu­żą­cej.

- Do­brze, niech mnie pani pro­wa­dzi do sze­fa! - rzu­cił po­gar­dli­wym to­nem.

Mi­nę­li drzwi i ru­szy­li na górę krę­ty­mi scho­da­mi, któ­re znaj­do­wa­ły się w na­roż­nej wie­ży. We­szli na trze­cie pię­tro.

Kie­dy szli ko­ry­ta­rzem, męż­czy­zna ze zło­śli­wą ra­do­ścią stu­kał ob­ca­sa­mi po par­kie­cie. W koń­cu jego prze­wod­nicz­ka za­trzy­ma­ła się przed wy­so­ki­mi, lśnią­cy­mi drzwia­mi. Dys­kret­nie za­pu­ka­ła.

- Niech go pani wpu­ści! - po­wie­dział ktoś po dru­giej stro­nie.

Ko­bie­ta otwo­rzy­ła drzwi i od­da­li­ła się ci­chym kro­kiem, nie od­zy­wa­jąc się już ani sło­wem do go­ścia.

Ten zaś wszedł do ga­bi­ne­tu, któ­ry wy­da­wał się cią­gnąć wzdłuż ca­łej fa­sa­dy zam­ku. Do­my­ślać się tego moż­na było jed­nak tyl­ko z ukła­du okien, za­sło­ny były bo­wiem za­cią­gnię­te i ni­cze­go nie moż­na było do­strzec przez okna. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła była lamp­ka świe­cą­ca sła­bym bla­skiem na biur­ku w głę­bi mrocz­ne­go po­miesz­cze­nia.

- Pro­szę usiąść! - po­wie­dział ktoś lek­ko no­so­wym gło­sem.

- Gdzie pan się po­dzie­wa, Worm? Nic nie wi­dzę w tej ciem­ni­cy! Jak pan w ogó­le może żyć tu­taj i od­wa­lać ja­ką­kol­wiek ro­bo­tę? Niech pan tu tro­chę prze­wie­trzy, sta­ry, nie moż­na tkwić w ta­kim za­mknię­ciu, za­ple­śnie­je pan!...

Męż­czy­zna ru­szył w kie­run­ku pierw­sze­go z brze­gu okna i wy­cią­gnął ręce, żeby od­su­nąć za­sło­ny.

- Niech pan ni­cze­go nie do­ty­ka. Pro­szę usiąść.

Worm wy­ło­nił się z pół­cie­nia. Mimo bra­ku do­brych ma­nier, gość po­czuł, że trze­ba usłu­chać. Bez dys­ku­sji. Ob­ser­wo­wał pana tego domu: w żół­ta­wej po­świa­cie lam­py od­ci­nał się wy­raź­nie jego ostry pro­fil. Miał dłu­gi nos, bę­dą­cy prze­dłu­że­niem li­nii czo­ła, przy­mru­żo­ne oczy, rzad­kie si­wie­ją­ce wło­sy, któ­re gdzie nie­gdzie za­cho­wa­ły jesz­cze brą­zo­wa­wy od­cień. No­sił ma­ry­nar­kę ze stój­ką. Flet­cher Worm, czło­nek Ra­dy­Naj­wyż­szej Me­dy­ku­sów, po­ło­żył dłoń na biur­ku i gość był za­sko­czo­ny, wi­dząc, jak bar­dzo prze­zro­czy­sta była jego skó­ra. Moż­na było do­strzec wszyst­kie żył­ki na jego pal­cach.

Worm za­siadł za biur­kiem w skó­rza­nym fo­te­lu z wy­so­kim opar­ciem.

Jego gość usiadł na niż­szym sie­dzi­sku. Czyż­by był to ce­lo­wy za­bieg, aby ktoś sie­dzą­cy na tym miej­scu po­czuł od razu, że jest na słab­szej po­zy­cji? Chęt­nie pod­niósł­by się z po­wro­tem, by zdo­mi­no­wać swo­ją ma­syw­ną i sil­ną syl­wet­ką szczu­płą po­stać Wor­ma, ale nie od­wa­żył się tego zro­bić. Czło­nek Rady był waż­ną oso­bi­sto­ścią, a jego wpły­wy się­ga­ły da­le­ko poza gra­ni­ce mia­sta. Nadal jesz­cze nie miał po­ję­cia, dla­cze­go zo­stał za­pro­szo­ny na to spo­tka­nie, był jed­nak prze­ko­na­ny, że może dużo zy­skać, do­ga­du­jąc się z Wor­mem i ma­jąc jego po­par­cie. Męż­czy­zna wie­dział do­brze, że bio­rąc pod uwa­gę jego wąt­pli­we in­te­re­sy, każ­de wspar­cie może się oka­zać cen­ne, zwłasz­cza pły­ną­ce ze stro­ny Rady Naj­wyż­szej... Cze­kał, aż Worm za­cznie roz­mo­wę. Nie trwa­ło to dłu­go.

- Ro­zu­miem do­brze pana re­ak­cję - po­wie­dział Worm. - Wszyst­ko to musi się panu wy­da­wać bar­dzo... smut­ne i po­nu­re w po­rów­na­niu z pana pięk­nym do­mem.

Męż­czy­zna wy­pro­sto­wał się z dumą, nic nie spra­wia­ło mu więk­szej ra­do­ści niż moż­li­wość mó­wie­nia o so­bie sa­mym i prze­chwa­la­nie się swo­imi pie­niędz­mi.

- No, je­śli już o tym mowa, to fak­tycz­nie, mam nie­zły dom! Musi mnie pan kie­dyś od­wie­dzić, pan i pań­ska pięk­na żona.

Na wzmian­kę o żo­nie Worm na krót­ką chwi­lę ze­sztyw­niał, po­tem jed­nak zno­wu usiadł spo­koj­nie.

- Ale uwa­ga! Bę­dzie pan mu­siał za­brać ze sobą oku­la­ry sło­necz­ne, bo u mnie jest in­a­czej, niż tu­taj! - do­dał, roz­glą­da­jąc się po po­ko­ju. - Smut­ne ob­ra­zy, po­nu­re dy­wa­ny, bor­do­we ak­sa­mit­ne fo­te­le, to nie w moim sty­lu, wie pan. U mnie wszyst­ko jest na błysk!

Wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, a Worm uśmiech­nął się tak­że prze­lot­nie, za­nim się zno­wu ode­zwał.

- Oczy­wi­ście. Wszyst­ko na wiel­ki błysk, tak jest. To musi być cu­dow­na od­mia­na, dla ta­kich lu­dzi, jak pan.

Mu­sia­ło mi­nąć kil­ka chwil, za­nim jego roz­mów­ca za­uwa­żył uszczy­pli­wość.

- Za kogo się pan ma, Worm? - wrza­snął, pro­stu­jąc się. - Lu­dzie, tacy jak ja, jak pan mówi, mają pra­wie tyle samo kasy, co pan, zro­zu­mia­no?... Tyle tyl­ko, że my nie tkwi­my w ciem­nym gro­bow­cu, my umie­my ko­rzy­stać z tych pie­nię­dzy! U nas w domu jest wię­cej lamp niż ta biur­ko­wa ża­rów­czy­na!...

Na twa­rzy Wor­ma nadal wid­niał lek­ki uśmiech.

- Może i ma pan tyle samo pie­nię­dzy, jed­nak nie za­ro­bi­li­śmy ich w ten sam spo­sób, ot, cała róż­ni­ca.

Męż­czy­zna sko­czył na rów­ne nogi i wy­cią­gnął w stro­nę Wor­ma za­ci­śnię­tą pięść.

- Worm, je­śli ścią­gnął mnie pan tu­taj, żeby mnie ob­ra­żać, to...

- Niech pan się uspo­koi! - uciął Worm. - Zu­peł­nie mnie nie in­te­re­su­je po­cho­dze­nie pań­skiej for­tu­ny. Je­śli mó­wię o róż­ni­cy, mam na my­śli to, że nikt nie pro­wa­dzi śledz­twa na te­mat po­cho­dze­nia mo­ich pie­nię­dzy, cze­go nie da się, nie­ste­ty, po­wie­dzieć o panu.

Męż­czy­zna oparł się obie­ma rę­ka­mi o biur­ko i po­chy­lił się w stro­nę Wor­ma z groź­nym, ale i jed­no­cze­śnie za­nie­po­ko­jo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Co pan su­ge­ru­je? Że to­czy się ja­kieś śledz­two na mój te­mat? To groź­ba? Mam to gdzieś!...

- To nie jest groź­ba, tyl­ko fakt, i nie po­wi­nien pan mieć tego gdzieś. Nie­ba­wem może się pan obu­dzić z ręką w noc­ni­ku. A ja spro­wa­dzi­łem pana tu­taj z przy­jaź­ni i żeby pana ostrzec. Jest pan jed­nym z na­szych, je­śli mnie pa­mięć nie myli. Mam kil­ku wy­so­ko po­sta­wio­nych przy­ja­ciół, któ­rzy mnie ostrze­gli, i prze­ka­zu­ję to panu. Może się pan uwa­żać za szczę­ścia­rza.

Worm po­zwo­lił, aby jego gość prze­tra­wił tę wia­do­mość. Ten ostat­ni od­wró­cił się i ob­ser­wo­wał przez chwi­lę ta­pe­ty, bo­aze­rie i szwaj­car­ski ze­gar, któ­ry ty­kał upar­cie i rów­no­mier­nie. Ga­bi­net wy­dał mu się jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cy niż w chwi­li, kie­dy tu wcho­dził. Po­pa­trzył na Wor­ma.

- Czy to wszyst­ko, co mi pan chciał po­wie­dzieć?

- Nie - od­parł Worm. - Mam panu wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia, na mocy na­szej przy­jaź­ni i so­li­dar­no­ści. Je­śli pan ze­chce, po­mo­gę panu zro­bić po­rzą­dek z tymi plot­ka­mi i z ludź­mi, któ­rzy za bar­dzo wo­kół pana wę­szą. Mogę też za­pro­po­no­wać panu ochro­nę, je­śli ktoś pana za­ata­ku­je.

Męż­czy­zna wal­nął moc­no pię­ścią w biur­ko.

- Oto moja ochro­na. Niech mi pan wie­rzy, nie po­trze­bu­ję żad­nej in­nej. To za­wsze świet­nie dzia­ła­ło.

Worm za­re­ago­wał szyb­ciej niż błysk gro­mu. Wy­cią­gnął na­gle rękę spod biur­ka, schwy­cił pięść go­ścia i ści­snął tak moc­no, że ten ostat­ni krzyk­nął z bólu. Po­tem pu­ścił, a męż­czy­zna cof­nął się, za­sko­czo­ny. Nig­dy nie spo­dzie­wał­by się ta­kiej siły po szczu­płych pal­cach człon­ka Rady Naj­wyż­szej, któ­ry mu­siał być prze­cież od nie­go star­szy o ja­kieś trzy­dzie­ści lat.

- Wi­dzi pan sam, jak jest - po­wie­dział Worm. - To jed­nak nie za­wsze dzia­ła. Tym bar­dziej w pań­skiej sy­tu­acji. Mają na pana do­syć ma­te­ria­łów, żeby wsa­dzić pana do wię­zie­nia na wie­le lat.

Męż­czy­zna od­da­lił się nie­co od biur­ka, nie­uf­nie ma­su­jąc rękę. Mio­ta­ła nim chęć zmiaż­dże­nia sta­re­go pier­ni­ka, za­ra­zem jed­nak po­dej­rze­wał, że musi za­cho­wać ostroż­ność, sko­ro nie do­ce­nił jego siły fi­zycz­nej.

- Wo­bec tego w jaki spo­sób może mi pan po­móc?

- Jest pe­wien czło­wiek, któ­ry może pana z tego wy­do­być jed­nym ru­chem ręki.

Jed­nym ru­chem ręki. Worm po­pa­trzył na obo­la­łą dłoń swo­je­go roz­mów­cy i uśmiech­nął się. Męż­czy­zna nie zro­zu­miał jed­nak sub­tel­nej gry słów.

- W po­rząd­ku, niech pan so­bie ze mnie nie kpi, pro­szę mó­wić ja­śniej!

- Bra­ve! - rzu­cił krót­ko Flet­cher Worm.

- Win­ston Bra­ve? Wiel­ki Mistrz? O nim mogę za­po­mnieć. Znam go, pró­bo­wa­łem się z nim umó­wić, żeby bro­nił mnie w... po­wiedz­my w in­nej spra­wie, ale wy­piął się na mnie.

- To naj­lep­szy ad­wo­kat w mie­ście, po­trze­bu­je pan ko­goś ta­kie­go. Po­roz­ma­wiam z nim, przy­po­mnę mu, ja­kie łą­czą nas wię­zy. Nie od­mó­wi po­mo­cy za­gro­żo­ne­mu Me­dy­ku­so­wi. Nie­za­leż­nie od tego, kim jest ten Me­dy­kus! - do­dał Worm, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem sto­ją­ce­go przed nim męż­czy­znę.

Ten na­my­ślał się przez kil­ka mi­nut. W jego oczach za­pło­nę­ły zło­śli­we ogni­ki.

- No cóż, owszem, ma pan ra­cję - może zro­bi tę grzecz­ność in­ne­mu Me­dy­ku­so­wi. To po­zwo­li na­pra­wić nie­co błę­dy, ja­kie po­peł­nił.

Worm wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu i po­pa­trzył na go­ścia py­ta­ją­co. Ten wy­ja­śnił, co miał na my­śli:

- Po­dob­no zgo­dził się wziąć pod swo­je skrzy­dła mło­de­go Pil­la. Zda­je pan so­bie spra­wę? Człon­ka ro­dzi­ny Pil­lów! A prze­cież to na­zwi­sko zo­sta­ło wy­tar­te, a Tro­fea ojca zo­sta­ły...

- Wiem! - uciął Worm.

- Mógł­bym to wy­ko­rzy­stać, co? Nie będę o tym ni­ko­mu opo­wia­dał, je­śli zgo­dzi się pod­jąć mo­jej obro­ny!

 

Worm zbył te sło­wa ru­chem ręki.

- Wszy­scy już o tym wie­dzą. Win­ston Bra­ve jest bar­dzo ce­nio­nym Wiel­kim Mi­strzem, wszy­scy da­rzą go za­ufa­niem i wie­rzą, że po­dej­mu­je słusz­ne de­cy­zje.

Męż­czy­zna za­chi­cho­tał i wy­mi­nął biur­ko, by zbli­żyć się do Wor­ma.

- "Bar­dzo ce­nio­ny Wiel­ki Mistrz"... Wi­dzę, że nie spra­wia to panu przy­jem­no­ści, co, Worm? Coś mi się wi­dzi, że nie­chęt­nie pan to przy­zna­je.

Worm pod­niósł się wol­no z miej­sca, ale usiadł z po­wro­tem.

- Je­śli o mnie cho­dzi, mam do nie­go cał­ko­wi­te za­ufa­nie - po­wie­dział, za­cho­wu­jąc zim­ną krew. - I mam wra­że­nie, że on tak­że mi ufa. Wiem, że je­śli po­mó­wię z nim o pana spra­wie, po­mo­że panu. Jest lo­jal­ny. Niech pan bie­rze z nie­go przy­kład, oszczę­dzi pan so­bie wie­lu kło­po­tów. To tyle. Je­śli woli pan ra­dzić so­bie z tym pro­ble­mem sa­mo­dziel­nie, nie będę pana dłu­żej za­trzy­my­wał.

Worm ru­szył ze swo­im go­ściem w stro­nę drzwi. Męż­czy­zna chwy­cił go za ra­mię, cof­nął jed­nak szyb­ko rękę pod wpły­wem spoj­rze­nia człon­ka Rady.

- Zgo­da, Worm - ska­pi­tu­lo­wał. - Niech bę­dzie. Cze­go pan chce w za­mian? Bo ro­zu­miem, że to ja­kaś wy­mia­na, praw­da? Pa­mię­ta pan chy­ba, że jest pan moim dłuż­ni­kiem? Zro­bi­łem panu pew­ną przy­słu­gę kil­ka lat temu... Czy mu­szę panu od­świe­żyć pa­mięć?

Worm po­pra­wił so­bie man­kie­ty. Stał sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny.

- Nic od pana nie chcę w za­mian, prze­ciw­nie, to nie ko­niec mo­je­go wspar­cia. Mam dla pana pew­ną pro­po­zy­cję.

Męż­czy­zna po­pa­trzył na nie­go po­dejrz­li­wie.

- Chy­ba nie sko­rzy­stam z tego wspar­cia. Nie mogę nad­uży­wać pana grzecz­no­ści.

- Niech się pan nie oba­wia. Zresz­tą, nie cho­dzi tu­taj o pana.

- To o kogo cho­dzi?

- Tym ra­zem chcę po­móc pań­skie­mu dziec­ku.

- Mo­je­mu dziec­ku? Ależ...

Worm pod­pro­wa­dził go z po­wro­tem w stro­nę fo­te­la.

- Ma pan jesz­cze parę chwil? Mogę panu za­pro­po­no­wać coś do pi­cia?

 

Kie­dy w koń­cu otwo­rzy­ły się drzwi i męż­czy­zna wy­szedł z ga­bi­ne­tu, prze­peł­nia­ła go sa­tys­fak­cja i za­ra­zem wąt­pli­wo­ści.

- Kie­dy?

- Ju­tro - od­parł Flet­cher Worm. - Im wcze­śniej, tym le­piej.

Męż­czy­zna za­wa­hał się, a po­tem kiw­nął gło­wą.

- Nie je­stem idio­tą, Worm, a w każ­dym ra­zie nie ta­kim, za ja­kie­go mnie pan ma. Nie jest pan in­sty­tu­cją cha­ry­ta­tyw­ną i po­dej­rze­wam, że pana pro­po­zy­cja nie jest wca­le bez­in­te­re­sow­na. Za­le­ży mi na moim chło­pa­ku i może pan być pe­wien, że będę miał pana na oku.

- Pro­szę się nie oba­wiać, to może mu przy­nieść tyl­ko ko­rzyść.

- Ale uwa­ga! - przy­po­mniał męż­czy­zna. - Coś za coś.

- Ju­tro po­mó­wię o panu z Bra­ve'em.

Gość miał już wyjść, cof­nął się jed­nak w ostat­niej chwi­li.

- Worm?

Czło­nek Rady za­siadł już w swo­im fo­te­lu. Spoj­rzał tyl­ko mil­czą­co na męż­czy­znę. Ten uśmiech­nął się ja­do­wi­cie.

- Wy­ra­zy sza­cun­ku dla pań­skiej żony!

BRAK KONTAKTU

Oskar na­gle się obu­dził. Ro­zej­rzał się nie­przy­tom­nie do­oko­ła. Kil­ka do­brych chwil pa­trzył za­spa­ny na oświe­tlo­ne bla­skiem księ­ży­ca pla­ka­ty, pił­kę, kij bejs­bo­lo­wy, biur­ko, krót­ko mó­wiąc - na wła­sny po­kój w ma­łym dom­ku przy Kil­da­re Stre­et, w dziel­ni­cy Ba­by­lon He­ights. W koń­cu zro­zu­miał, gdzie się znaj­du­je. Je­dy­na rów­ni­na wo­kół nie­go za­sła­na była koł­drą i prze­ście­ra­dłem - sie­dział roz­trzę­sio­ny na łóż­ku. Rzu­cił okiem na bu­dzik - była czwar­ta trzy­dzie­ści sie­dem rano.

Co za kosz­mar!

Za­mknął oczy i opadł na po­dusz­kę z wes­tchnie­niem ulgi. To był tyl­ko zły sen. Żeby się upew­nić, jed­nym su­sem wy­sko­czył z łóż­ka, po­mi­ja­jąc dra­bin­kę, i rzu­cił się w kie­run­ku sza­fy, choć mógł obu­dzić mat­kę i sio­strę śpią­ce na tym sa­mym pię­trze. Otwo­rzył gwał­tow­nie drzwi, od­gar­nął wie­sza­ki z ko­szul­ka­mi i spodnia­mi, po­ma­cał w głę­bi - po­czuł pod pal­ca­mi ak­sa­mit pe­le­ry­ny. Po­chy­lił się i się­gnął po ku­fe­rek sto­ją­cy na naj­niż­szej pół­ce. Za­mknął sza­fę, spraw­dził rzu­tem oka, czy drzwi do jego po­ko­ju są na do­brze za­mknię­te, i otwo­rzył ku­fe­rek.

Zno­wu wes­tchnął - z ulgą, ale też z pew­nym roz­cza­ro­wa­niem. Le­ża­ła tam Fiol­ka He­pa­to­lii, jego Tro­feum zdo­by­te w pierw­szym Uni­wer­sum ludz­kie­go cia­ła. Miał nie­zbi­ty do­wód, że wszyst­ko, co prze­żył przed chwi­lą, było tyl­ko złym snem. Fiol­ka jed­nak wciąż wy­da­wa­ła się mar­twa, po­dob­nie jak przez cały mi­nio­ny rok: zwy­kły, krysz­ta­ło­wy fla­ko­nik na­peł­nio­ny żół­ta­wym pły­nem i tyle.

Pa­mię­tał prze­cież do­sko­na­le, jak nie­zwy­kłym bla­skiem lśni­ło jego Tro­feum w pew­nych oko­licz­no­ściach i jak jego Pas Tro­fe­ów sam uno­sił się w po­wie­trzu, owi­ja­jąc się wo­kół jego bio­der. Od tam­tej pory nig­dy się to już nie wy­da­rzy­ło. Mnó­stwo razy usi­ło­wał oży­wić swo­ją Fiol­kę, brał ją do ręki, roz­grze­wał, prze­ma­wiał do niej - wszyst­ko na nic. To samo do­ty­czy­ło Pasa Tro­fe­ów, któ­ry spo­czy­wał w głę­bi sza­fy, roz­pacz­li­wie nie­ru­cho­my i bez ży­cia.

Prze­mknę­ło mu przez gło­wę, że kosz­mar miał spe­cjal­ne zna­cze­nie, jak­by ktoś da­wał mu znak po­wro­tu do ży­cia: że wszyst­ko, co łą­czy­ło go ze świa­tem Me­dy­ku­sów, bu­dzi się z dłu­gie­go snu. I tym ra­zem jed­nak cze­ka­ły go je­dy­nie głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie i przy­gnia­ta­ją­ca oba­wa. Miał wra­że­nie, że od­kąd rok temu pod ko­niec lata opu­ścił po­spiesz­nie Cu­mi­des Circ­le, dom pana Bra­ve'a, prze­stał być Me­dy­ku­sem.

Wspo­mnie­nie tego strasz­ne­go dnia - zwłasz­cza in­for­ma­cji, któ­re od­krył w Sank­tu­arium Wie­dzy - dła­wi­ło go w gar­dle. Mimo że roz­pacz już nie­co ze­lża­ła, w ser­cu po­zo­stał przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar. Nig­dy nie uwie­rzył w to, co wte­dy uj­rzał i usły­szał. Jego oj­ciec z pew­no­ścią nie był zdraj­cą na usłu­gach Pa­to­lo­gu­sów, osa­dzo­nym w ciem­nej celi wię­zien­nej, gdzie póź­niej spo­tka­ła go śmierć. Wie­le osób twier­dzi­ło, że był zu­peł­nie inny - nie tyl­ko, co zro­zu­mia­łe, jego mat­ka, ale tak­że obcy lu­dzie, god­ni naj­wyż­sze­go sza­cun­ku. Mó­wi­li, że Vi­ta­li Pill był wspa­nia­łym Me­dy­ku­sem, któ­ry obez­wład­nił i osa­dził w wię­zie­niu strasz­li­we­go wro­ga, Czar­ne­go Księ­cia - przy­wód­cę Pa­to­lo­gu­sów. W oczach wszyst­kich - lub pra­wie wszyst­kich - jego oj­ciec był czło­wie­kiem uczci­wym i od­waż­nym. Więk­szość są­dzi­ła, że po­trak­to­wa­no go nie­spra­wie­dli­wie. Nie, to nie­moż­li­we, żeby oj­ciec był ska­za­nym na po­tę­pie­nie zdraj­cą!

Oskar okre­ślił wte­dy swój cel. Chciał zdo­być wszyst­kie Tro­fea z pię­ciu Uni­wer­sów, jed­no po dru­gim, by zo­stać Me­dy­ku­sem god­nym pa­mię­ci ojca. W ten spo­sób przy­wró­cił­by mu ho­nor. Po­wziął ta­kie po­sta­no­wie­nie i nie zre­zy­gno­wał z nie­go od cza­su strasz­ne­go od­kry­cia w Sank­tu­arium. Wie­dział, że może li­czyć na wspar­cie pani Wi­thers, a być może tak­że na po­moc pana Bra­ve'a, Wiel­kie­go Mi­strza Me­dy­ku­sów.

Dla­cze­go jed­nak nie miał od nich żad­nych wia­do­mo­ści?... Dla­cze­go jego pierw­sze Tro­feum i pas nie da­wa­ły zna­ków ży­cia? Od nie­skoń­cze­nie dłu­gich, nie do znie­sie­nia dłu­gich trzy­na­stu mie­się­cy trwa­ła ci­sza. Nikt nie prze­słał mu żad­nej wia­do­mo­ści, żad­ne­go li­stu, nic. Wszyst­ko wy­pa­ro­wa­ło, roz­wia­ło się jak dym, nie zo­sta­wia­jąc śla­du - poza sta­rym skó­rza­nym pa­sem z pię­cio­ma sa­kiew­ka­mi i fla­ko­ni­kiem.

Oskar nie­chęt­nie wró­cił do łóż­ka. Opa­dło nań zmę­cze­nie cięż­kie jak ołów. Za­padł w mę­czą­cy sen.

 

Trzy go­dzi­ny póź­niej głos mat­ki wy­rwał go z noc­nych ma­ja­ków.

- Oskar - po­wie­dzia­ła Ce­lia, za­glą­da­jąc przez uchy­lo­ne drzwi - bu­dzę cię już dru­gi raz. Za trze­cim ra­zem wró­cę z trąb­ką i wia­drem wody...

Oskar uniósł gło­wę z po­dusz­ki. Wy­da­wa­ła się wa­żyć kil­ka ton. Wy­mam­ro­tał kil­ka nie­zro­zu­mia­łych słów. Ce­lia uśmiech­nę­ła się, we­szła do po­ko­ju i od­su­nę­ła za­sło­ny, wpusz­cza­jąc ja­sne świa­tło sło­necz­ne koń­czą­ce­go się już lata. Ci­cho po­de­szła do łóż­ka. Pa­trzy­ła ko­cha­ją­cym wzro­kiem na śpią­ce­go syna - trzy­na­sto­lat­ka... Cza­sa­mi by­wał taki od­po­wie­dzial­ny, udo­wod­nił to już prze­cież nie raz, cza­sem zaś był wiel­kim dzie­cia­kiem, któ­re­go trze­ba było wy­cią­gać z łóż­ka.

- Je­śli chcesz się spóź­nić na roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go - po­wie­dzia­ła, tar­ga­jąc jego rudą czu­pry­nę - mo­żesz po­le­żeć jesz­cze kil­ka mi­nut. A je­śli nie, mu­sisz wstać, umyć się i zejść na śnia­da­nie.

Oskar bez sło­wa usiadł na łóż­ku, przy­szło mu to jed­nak z wiel­kim tru­dem. Roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go! To prze­cież już dzi­siaj... Miał wra­że­nie, że lato mi­nę­ło z szyb­ko­ścią świa­tła, cho­ciaż każ­de­go dnia spo­dzie­wał się ja­kie­goś zna­ku ze stro­ny Za­ko­nu - bez­sku­tecz­nie. W koń­cu wy­do­był z sie­bie głos.

- Już idę...

Ce­lia wy­szła z po­ko­ju, Oskar zaś zsu­nął się z łóż­ka na pod­ło­gę. Nie miał zbyt wiel­kiej ocho­ty pójść do szko­ły w Ba­by­lon He­ights. Lu­bił na­wet szko­łę i ko­le­gów - przy­najm­niej nie­któ­rych - nie za­chwy­ca­ła go jed­nak cała resz­ta, czy­li to, co wią­za­ło się ze szkol­ną dys­cy­pli­ną. Sztyw­ny roz­kład za­jęć, rów­ne rzę­dy i przed­mio­ty, któ­re nu­dzi­ły go nie­po­mier­nie, a któ­rych mimo wszyst­ko mu­siał się uczyć. Ze­szły rok ni­cze­go w tej kwe­stii nie zmie­nił - za­sa­dy i po­słu­szeń­stwo pa­so­wa­ły do nie­go jak pięść do nosa. Lato, wa­ka­cje i swo­bo­da, z ja­kiej ko­rzy­stał za po­zwo­le­niem mat­ki, wca­le tego nie po­pra­wia­ły.

Ru­szył w stro­nę ła­zien­ki, po­włó­cząc no­ga­mi, i wy­szedł stam­tąd kil­ka mi­nut póź­niej, nie­co od­świe­żo­ny. My­śli ukła­da­ły mu się dużo skład­niej, ale oba­wy też były ja­sne. Świet­nie pa­mię­tał, czym gro­zi mu szko­ła. Nie tyl­ko dys­cy­pli­na, ale też ktoś dużo gor­szy, o kim pra­wie za­po­mniał pod­czas wa­ka­cji: Ro­nan Moss, szkol­ny ty­ran, i jego ban­da. Oskar, in­a­czej niż po­zo­sta­li ucznio­wie, nie bał się go, to jed­nak wca­le nie uła­twia­ło sy­tu­acji. Prze­czu­wał, że nig­dy się z nimi nie do­ga­da, ani z Mos­sem, ani też z ni­kim z jego kla­nu.

No może pra­wie z ni­kim. Była też prze­cież ślicz­na Til­la, któ­ra do­brze wie­dzia­ła, że jest ślicz­na. Krę­ci­ła się cza­sa­mi w to­wa­rzy­stwie Mos­sa - a ra­czej to on krę­cił się cza­sem wo­kół niej. Oskar miał się przed nią na bacz­no­ści, a za­ra­zem czuł, jak bar­dzo mu się po­do­ba, co do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wa­ło spra­wę.

Uciął te roz­wa­ża­nia i szyb­ko się ubrał. Zbiegł jak strza­ła po scho­dach i wpadł do kuch­ni, po­pra­wia­jąc ko­szul­kę. Bez sło­wa usiadł za sto­łem i za­brał się do sznu­ro­wa­nia tram­pek. Vio­let­te, któ­ra do tej pory z wiel­kim sku­pie­niem ob­ser­wo­wa­ła pła­tek zbo­żo­wy, wy­rwa­ła się z roz­ma­rze­nia. Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy.

- Oskar, prze­stań!

- Co mam prze­stać?

- Za­wią­zy­wać tak moc­no sznu­ro­wa­dła! Udu­szą się, bie­dac­twa!

Oskar zaj­rzał pod stół: te­ni­sów­ki Vio­let­te zo­sta­ły sta­ran­nie po­zba­wio­ne sznu­ro­wa­deł. Wy­pro­sto­wał się i po­pa­trzył na nią prze­cią­gle. Nie dało się ukryć, cięż­ko mu było na­dą­żyć za sza­lo­ny­mi po­my­sła­mi sio­stry, któ­ra wi­docz­nie roz­po­czę­ła wal­kę o pra­wa sznu­ro­wa­deł... Wła­śnie wsta­wa­ła i oczy­wi­ście na­tych­miast zgu­bi­ła je­den z bu­tów. Jak­by ni­cze­go nie za­uwa­ży­ła, otwo­rzy­ła lo­dów­kę i wy­ję­ła z niej ły­żecz­kę. Wró­ci­ła na miej­sce, za­kła­da­jąc po dro­dze po­rzu­co­ny but, ot tak, po czym usia­dła przy sto­le.

Ce­lia ob­ser­wo­wa­ła tę sce­nę ką­tem oka. Od daw­na już nie ko­men­to­wa­ła dziw­nych za­cho­wań cór­ki.

- Ko­cha­nie, je­śli bę­dziesz od­kła­dać sztuć­ce gdzie in­dziej niż zwy­kle, po­wiedz mi o tym, bę­dzie mi ła­twiej - po­pro­si­ła tyl­ko.

Oskar zaś, in­a­czej niż mama, miał jesz­cze na­dzie­ję, że roz­gry­zie, jak funk­cjo­nu­je to za­sta­na­wia­ją­ce urzą­dze­nie - jego sio­stra.

- Niby dla­cze­go wła­ści­wie trzy­masz ły­żecz­kę w lo­dów­ce? - spy­tał chło­piec. - Bo­isz się, że się sto­pi? Że na­grze­je się od słoń­ca, je­śli bę­dzie le­ża­ła na sto­le?

Vio­let­te po­pa­trzy­ła na nie­go w osłu­pie­niu ślicz­ny­mi, fioł­ko­wy­mi ocza­mi, jak­by na­gle uj­rza­ła zom­bie.

- Ależ za­sta­nów się, ły­żecz­ka jest prze­cież me­ta­lo­wa, nie może się sto­pić na słoń­cu.

Wy­mie­ni­ła spoj­rze­nie z mat­ką. Brat za­czy­nał ją po­waż­nie nie­po­ko­ić. Ce­lia po­wstrzy­ma­ła się, by nie wy­buch­nąć śmie­chem, a Oskar po­trzą­snął gło­wą: jego sio­stra była naj­dziw­niej­szą isto­tą na kuli ziem­skiej, a do tego uda­ło jej się zro­bić z nie­go idio­tę...

Ce­lia rzu­ci­ła okiem na ze­ga­rek i po­spiesz­nie do­pi­ła kawę.

- No do­brze, syn­ku, za­pa­ku­ję ci ka­nap­kę, zjesz w dro­dze, a te­raz idź­cie na górę po rze­czy i ru­sza­my. Nie, Vio­let­te, tym ra­zem włóż ły­żecz­kę do zle­wu, bar­dzo cię pro­szę, do­sko­na­le da so­bie radę. W dro­gę!

 

Ce­lia zo­sta­wi­ła dzie­ci pod szkol­ną bra­mą i po­mknę­ła do pra­cy. Jej szef, nie­ja­ki Gel­dhof, chy­ba za krót­ko był na urlo­pie: od­kąd ty­dzień temu wró­cił z wa­ka­cji, był jesz­cze bar­dziej nie do znie­sie­nia niż zwy­kle. Nie mo­gła się spóź­nić na­wet mi­nu­tę.

Vio­let­te po­le­cia­ła jak mo­tyl w kie­run­ku szkol­ne­go dzie­dziń­ca, sta­ra­jąc się nie gu­bić te­ni­só­wek; Oskar z dużo mniej­szym en­tu­zja­zmem ru­szył w stro­nę gru­py uczniów. Z da­le­ka za­uwa­żył go chu­dy chło­pak z wło­sa­mi ob­cię­ty­mi na za­pał­kę i za­wo­łał go:

- Oskar! Tu je­ste­śmy!

Je­re­my O'Ma­ley i jego brat Barth - star­szy tyl­ko o rok, ale wyż­szy o gło­wę i cięż­szy o do­bre dzie­sięć kilo - przy­wi­ta­li Oska­ra z wiel­kim en­tu­zja­zmem.

- Za­czął się rok szkol­ny, a to zna­czy, że in­te­res zno­wu się roz­krę­ci - cie­szył się Je­re­my, naj­lep­szy i naj­bar­dziej ob­rot­ny biz­nes­men w ca­łej szko­le. - Mam całą masę po­my­słów, mu­si­my o tym po­ga­dać, Oskar. Te­raz na pew­no dasz się na­mó­wić na spół­kę z nami.

Ktoś się ode­zwał za ich ple­ca­mi.

- Cześć, przy­ja­cie­le!

Oskar uśmiech­nął się do bla­de­go, ja­sno­wło­se­go chło­pa­ka, któ­ry do nich pod­szedł. Ay­den Spen­cer wciąż jesz­cze spra­wiał wra­że­nie nie­śmia­łe­go i sła­bo­wi­te­go. Wy­da­wa­ło się wręcz, że za chwi­lę się prze­wró­ci pod cię­ża­rem zwy­kłe­go tor­ni­stra. Jed­nak rok temu on tak­że od­krył, że po­dob­nie jak Oskar, na­le­ży do taj­ne­go Za­ko­nu Me­dy­ku­sów. A po­tem w groź­nych sy­tu­acjach udo­wod­nił ko­le­gom, że stać go na od­wa­gę i de­ter­mi­na­cję. Oskar nie wie­dział, gdzie i w jaki spo­sób Ay­den spę­dził wa­ka­cje, wy­da­wał się jed­nak znacz­nie bar­dziej pew­ny sie­bie.

- Cześć, Ay­den! - rzu­ci­li chó­rem.

- Jak tam wa­sze wa­ka­cje?

- Było fan­ta­stycz­nie! - za­wo­łał Je­re­my. - W Ba­za­rze mie­li­śmy mnó­stwo to­wa­ru, a Barth miał peł­ne ręce ro­bo­ty z do­star­cza­niem go do do­mów. Wpa­da­li­śmy też od cza­su do cza­su na ba­sen, znam do­brze ochro­nia­rza, to mój są­siad i po­ma­ga­li­śmy mu opróż­nić piw­ni­cę, kie­dy or­ga­ni­zo­wa­li­śmy wy­prze­daż w Ba­by­lon He­ights, a do tego...

- Po­praw­ka - prze­rwał mu Barth. - Ty ro­bi­łeś se­lek­cję, a ja opróż­ni­łem piw­ni­cę.

- Oj tam, niech ci bę­dzie, to szcze­gół - mach­nął ręką Je­re­my, ba­ga­te­li­zu­jąc uwa­gę Bar­tha. - To jest wła­śnie pra­ca ze­spo­ło­wa: ja my­ślę, a ty dzia­łasz. A ty, Oskar, by­łeś gdzieś na wa­ka­cjach? - zmie­nił te­mat Je­re­my. - Ja­koś nie za czę­sto się spo­ty­ka­li­śmy.

Oskar już miał coś na to od­po­wie­dzieć, kie­dy usły­sze­li kpią­cy głos.

- A gdzie miał wy­je­chać z mat­ką i sio­strą? Pew­nie przez całe lato tań­czył i ba­wił się lal­ka­mi!

Ro­nan Moss prze­pchnął się obok Ay­de­na, żeby zna­leźć się w ich krę­gu. On tak­że nie­spe­cjal­nie się zmie­nił: ta sama kwa­dra­to­wa syl­wet­ka, agre­syw­ne za­cho­wa­nie, to samo spoj­rze­nie, ostre jak brzy­twa. Miał tyl­ko tro­chę wię­cej krost na twa­rzy. Sto­ją­ce za nim dziew­czy­ny za­czę­ły chi­cho­tać. Oskar rzu­cił wzro­kiem do­oko­ła i za­ci­snął pię­ści. Moss do­pro­wa­dzał go do wście­kło­ści na­wet wte­dy, kie­dy mil­czał, a gdy się od­zy­wał, było jesz­cze go­rzej.

- Nor­mal­ka - cią­gnął Moss ze śmie­chem. - Ma same dziew­czy­ny w domu. Ra­cja, co, Pill? Cią­gle nie masz ojca, praw­da? No cóż, mam dla cie­bie złą no­wi­nę: już się ra­czej nie po­ja­wi, nie żyje...

Oskar zro­bił krok w jego stro­nę. W oczach Mos­sa po­ja­wił się błysk: wy­da­wa­ło się, że cie­szy się na myśl o bój­ce. W tym sa­mym mo­men­cie Barth O'Ma­ley pod­wi­nął rę­ka­wy i zbli­żył się do Oska­ra. Moss skrzy­wił się: brat Je­re­my'ego jako je­dy­ny do­rów­ny­wał mu siłą; nie lu­bił go pro­wo­ko­wać. Ota­cza­ją­cy go trzej kum­ple, nie­cie­ka­we gęby, tak­że cof­nę­li się od­ru­cho­wo.

Je­re­my sko­rzy­stał z tej chwi­li wa­ha­nia.

- Ty, je­śli chcesz być cały i zdro­wy, zni­kaj stąd le­piej, in­a­czej wy­pusz­czę na cie­bie mo­je­go ochro­nia­rza - za­gro­ził, kle­piąc bra­ta po im­po­nu­ją­cych mu­sku­łach.

- No, wi­dzę, że tra­dy­cja prze­trwa­ła wa­ka­cje. Pięk­nie za­czy­na­cie rok szkol­ny, bra­wo!...

Wszy­scy do­brze zna­li ten su­ro­wy głos. Od­wró­ci­li się jed­no­cze­śnie. Za nimi stał sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny pan Pin­gwin w ofi­cjal­nym gar­ni­tu­rze i nie­zgrab­nych, pro­sto­kąt­nych oku­la­rach na no­sie. Zbli­żył się i ob­rzu­cił bacz­nym spoj­rze­niem Mos­sa, po­tem Oska­ra. Skrzy­żo­wał ręce za ple­ca­mi.

- Mam dla was świet­ną wia­do­mość: w tym roku zno­wu je­stem wa­szym wy­cho­waw­cą! I w tym roku tak­że będę was miał na oku - do­dał z na­ci­skiem, pa­trząc zna­czą­co w stro­nę Mos­sa. - Dla­te­go ra­dzę, że­by­ście szyb­ko pod­ję­li wła­ści­wą de­cy­zję.

Moss wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi i ulot­nił się bez sło­wa wraz ze swo­ją ban­dą.

- A te­raz, Oska­rze - cią­gnął na­uczy­ciel ła­god­niej­szym to­nem - cze­ka cię naj­więk­sze wy­zwa­nie dzi­siej­sze­go dnia. Mu­sisz sta­nąć ra­zem z ko­le­ga­mi w rzę­dzie i nie ru­szać się, do­pó­ki nie każę wam wejść do kla­sy.

 

Pan Pin­gwin roz­po­czął pierw­szą lek­cję od dłu­giej prze­mo­wy na te­mat ko­le­żeń­stwa i sza­cun­ku dla in­nych osób.

- Wy­star­czy, że te­raz za­sto­su­je­cie te za­sa­dy we wła­snym ży­ciu - za­koń­czył, bez wia­ry we wła­sne sło­wa.

Oskar od­wró­cił się dys­kret­nie. Moss pa­trzył na nie­go ze zło­śli­wym bły­skiem w oczach. Sło­wa wy­cho­waw­cy spły­nę­ły po nim jak woda po kacz­ce. Ko­le­żeń­ska lo­jal­ność była nie­moż­li­wa w no­wym roku szkol­nym i Oskar wąt­pił, by kie­dy­kol­wiek mia­ło się to zmie­nić.

Na szczę­ście lek­cje upły­wa­ły szyb­ko jed­na za dru­gą, a nowe za­ję­cia przy­cią­ga­ły uwa­gę. Oskar i jego przy­ja­cie­le szyb­ko za­po­mnie­li o obec­no­ści Mos­sa i jego kum­pli w kla­sie. Kie­dy po za­koń­cze­niu ostat­niej lek­cji ode­zwał się dzwo­nek, Oskar zdał so­bie spra­wę, że dzień mi­nął mu nie­po­strze­że­nie. Była czwar­ta po po­łu­dniu i przy­po­mniał so­bie, co za­mie­rzał zro­bić - te­raz albo nig­dy.

- Ej, no... Oskar, gdzie idziesz, za­cze­kaj! - za­wo­łał Je­re­my. - Gdzie się wy­bie­rasz? Je­ste­ście wszy­scy za­pro­sze­ni do Ba­za­ru Je­re­my'ego, żeby uczcić po­czą­tek roku. Bę­dzie je­dze­nie, pani Go­li­no zro­bi­ła piz­zę!

- Po­sta­ram się póź­niej do was wpaść, ale te­raz mu­szę... mu­szę ko­niecz­nie coś za­ła­twić, mama mnie pro­si­ła. Po­ży­czysz mi ro­wer? Od­dam po­tem.

- Do­bra - zgo­dził się Je­re­my, rzu­ca­jąc klucz do za­bez­pie­cza­ją­cej ro­wer kłód­ki. - Ale po­spiesz się i wpad­nij za­raz do nas! Słu­chaj, nie wi­dzę nig­dzie Ay­de­na... A prze­cież był tu­taj cały dzień, wi­dzia­łem go jesz­cze nie­daw­no. Znik­nął nie wia­do­mo kie­dy...

Na­chy­lił się w stro­nę Oska­ra i po­wie­dział kon­spi­ra­cyj­nie:

- Chy­ba nie wy­cią­gnął swo­jej pe­le­ry­ny i nie prze­nik­nął cich­cem do czy­je­goś or­ga­ni­zmu, co? Z wami, Me­dy­ku­sa­mi, tak bywa... Trze­ba mieć oczy sze­ro­ko otwar­te, in­a­czej w mgnie­niu oka za­czy­na­cie spa­ce­ro­wać po czy­jejś wą­tro­bie jak po gó­rze albo nur­ko­wać w ło­dzi pod­wod­nej w pod­ziem­nej ar­te­rii...

Oskar po­spiesz­nie scho­wał swo­je rze­czy do tor­ni­stra. Miał do za­ła­twie­nia coś bar­dzo waż­ne­go, nie za­mie­rzał przej­mo­wać się nie­obec­no­ścią przy­ja­cie­la. Tym bar­dziej że roz­ma­wiał z nim wcze­śniej. Ay­den, po­dob­nie, jak Oskar, od wie­lu mie­się­cy nie czuł swo­jej mocy.

Już wy­cho­dził z kla­sy, kie­dy Barth zła­pał go za ra­mię i za­czął mó­wić, ją­ka­jąc się lek­ko i prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę:

- A czy... Vio­let­te też musi coś za­ła­twić dla mamy? Czy może pójść z nami do Ba­za­ru?

- Nie, Vio­let­te nie ma nic spe­cjal­ne­go w pla­nach - za­pew­nił go Oskar, uśmie­cha­jąc się lek­ko. - Idź i za­proś ją, uprze­dzę mamę.

Barth uśmiech­nął się tak­że i szyb­ko wy­szedł z kla­sy. Oskar sko­rzy­stał z chwi­li nie­uwa­gi Je­re­my'ego, któ­ry roz­śmie­szał kil­ka dziew­czyn, za­pra­sza­jąc je na im­pre­zę. Wy­mknął się cich­cem przez bra­mę pro­wa­dzą­cą na tyły szko­ły. Za­nim wy­szedł, za­uwa­żył ką­tem oka Ro­na­na Mos­sa sto­ją­ce­go w głę­bi dzie­dziń­ca. Tkwi­ły przed nim nie­ru­cho­mo i nie­co sztyw­no dwie dziew­czyn­ki, tak jak­by on wy­da­wał im ja­kieś roz­ka­zy, a one słu­cha­ły w mil­cze­niu. Oskar roz­po­znał dwie młod­sze sio­stry Mos­sa. Star­sza z nich, Lor­na, sta­ła ze schy­lo­ną gło­wą, pod­da­jąc się w mil­cze­niu po­le­ce­niom. Na mo­ment ucie­kła spoj­rze­niem w bok i na­po­tka­ła wzrok Oska­ra; po­tem kiw­nę­ła gło­wą. Młod­sza, Car­rie, nie mia­ła szans, by sprze­ci­wić się bra­tu. Oskar stwier­dził, że nie ma sen­su dłu­żej im się przy­glą­dać. Z pew­nym tru­dem zna­lazł ro­wer swe­go przy­ja­cie­la. Już na nie­go wsia­dał, kie­dy za­trzy­mał go czyjś głos.

- Je­dziesz już, Oska­rze?

Jesz­cze za­nim się od­wró­cił, ser­ce za­bi­ło mu nie­co moc­niej.

- Tak - od­parł. - Tro­chę się spie­szę...

Til­la przy­glą­da­ła mu się du­ży­mi, zło­ci­sty­mi ocza­mi. Od­gar­nął ner­wo­wo rudy ko­smyk wło­sów i za­uwa­żył, że jej dwie ko­le­żan­ki, Bar­bie Gla­ser i Ele­anor Blay­ne, chi­cho­czą z ja­kie­goś po­wo­du za jej ple­ca­mi. Bar­bie mia­ła tak na­praw­dę na imię Re­ese, ale jej nie­zwy­kle ja­sne wło­sy, za­wsze ufry­zo­wa­ne w na­der skom­pli­ko­wa­ny spo­sób, przy­wo­dzi­ły na myśl słyn­ną lal­kę i w koń­cu Je­re­my nadał jej to prze­zwi­sko. "Pew­nie ma tak­że po­dob­ny po­ziom in­te­li­gen­cji" - twier­dził. Tym­cza­sem Ele­anor na­śla­do­wa­ła od rana do wie­czo­ra Til­lę, przez co czę­sto prze­zy­wa­no ją Sha­dow1, po­nie­waż na ogół to wy­star­cza­ło jej do szczę­ścia. Dzi­siaj też była ubra­na iden­tycz­nie jak Til­la, ale kło­pot po­le­gał na tym, że nie wy­glą­da­ła jak ona. Im usil­niej pró­bo­wa­ła się do niej upodob­nić, tym bar­dziej pod­kre­śla­ła, jak bar­dzo się od niej róż­ni.

- Ja też mu­szę już wra­cać do domu - po­wie­dzia­ła Til­la, ba­wiąc się ko­smy­kiem wło­sów. - Mo­że­my pójść ra­zem, je­śli chcesz... - do­rzu­ci­ła, pa­trząc zna­czą­co na przy­ja­ciół­ki.

Bar­bie sta­ła bez ru­chu, nie poj­mu­jąc, o co cho­dzi. Til­la gło­śno wes­tchnę­ła. Ele­anor zro­zu­mia­ła prze­kaz i po­cią­gnę­ła Bar­bie za rękę.

- Chodź, Re­ese, mu­si­my już iść.

- Ale dla­cze­go?

- Dla­te­go! - od­par­ła z na­ci­skiem Ele­anor-Sha­dow. - Póź­niej ci wy­ja­śnię.

Od­da­li­ły się. Oskar po­czuł, że ru­mie­ni się jak pi­wo­nia. Z wiel­kim sku­pie­niem przy­glą­dał się ro­we­ro­wej dęt­ce.

- Wiesz... to zna­czy... nie wra­cam jesz­cze na Kil­da­re Stre­et.

Til­la wpa­try­wa­ła się w nie­go przez chwi­lę. W koń­cu wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Moss ma chy­ba ra­cję: wi­docz­nie wo­lisz ba­wić się lal­ka­mi ze swo­ją sio­strą! Cześć!

Wszyst­kie trzy wy­buch­nę­ły śmie­chem i ode­szły. Oskar wsiadł na ro­wer i pe­da­ło­wał naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mógł, żeby już nie sły­szeć tego śmie­chu.

Za­trzy­mał się do­pie­ro po kwa­dran­sie.

Zsiadł z ro­we­ru i pro­wa­dził go, idąc pięk­ną uli­cą wzdłuż par­ku. Wszyst­kie domy wy­glą­da­ły tu bar­dzo za­moż­nie, je­den pre­zen­to­wał się le­piej od dru­gie­go, Oskar jed­nak wy­pa­try­wał tego, któ­ry stał nie­co da­lej od uli­cy. Zbli­żył się do ogro­dze­nia z ku­te­go że­la­za; ser­ce biło mu moc­no. Pe­łen na­dziei, prze­czy­tał dwa sło­wa wy­gra­we­ro­wa­ne na nie­wiel­kiej ta­blicz­ce:

Cu­mi­des Circ­le

Po­pa­trzył na fa­sa­dę z ja­sne­go pia­skow­ca, po­dzie­lo­ną du­ży­mi okna­mi. Okien­ni­ce były otwar­te, ale w domu nie było wi­dać naj­mniej­szych oznak ży­cia. Je­dy­nie świe­żo za­gra­bio­na, wy­sy­pa­na bia­łym żwi­rem ścież­ka pro­wa­dzą­ca do drzwi wej­ścio­wych świad­czy­ła o tym, że ktoś sta­le dba o po­se­sję. Czy su­ro­wy ma­jor­do­mus Bo­nes cho­wał się za jed­ną z por­tier? Czy Che­rie krę­ci się ner­wo­wo po kuch­ni? Dla­cze­go ani ona, ani jej mąż Jer­ry nie od­po­wie­dzie­li nig­dy na jego li­sty i we­zwa­nia? Oskar za­wa­hał się przez chwi­lę, a po­tem po­wtó­rzył to, co ro­bił nie­mal co­dzien­nie od wie­lu mie­się­cy: wy­cią­gnął spod ko­szul­ki łań­cu­szek z me­da­lio­nem i przy­ło­żył zło­ci­stą li­te­rę M do zam­ka w furt­ce.

Nic.

Nic się nie wy­da­rzy­ło, tyl­ko że­la­stwo skrzyp­nę­ło smęt­nie. Furt­ka nadal była za­mknię­ta, mimo że przy­ło­żył do niej swo­ją Li­te­rę. Roz­cza­ro­wa­ny po­krę­cił gło­wą. Dla­cze­go my­ślał, że dziś bę­dzie in­a­czej niż po­przed­nio? Może z po­wo­du snu? Czy też dla­te­go, że wy­da­wa­ło mu się, że po­czą­tek roku szkol­ne­go ozna­cza nową epo­kę w jego ży­ciu Me­dy­ku­sa? Wes­tchnął cięż­ko, scho­wał me­da­lion i chciał już wsiąść na ro­wer, kie­dy po­czuł, że ktoś de­li­kat­nie do­ty­ka jego ra­mie­nia. Od­wró­cił się szyb­ko: to była ga­łąź drze­wa. Pod­niósł wzrok, pe­łen go­rą­cej na­dziei.

- Zi­zou! To ty! To na­praw­dę ty!

Gdy­by tyl­ko mógł prze­sko­czyć przez kra­tę, z pew­no­ścią uści­skał­by z ca­łe­go ser­ca gru­by pień ol­brzy­mie­go dębu, któ­ry ja­kimś cu­dem zna­lazł się tuż przy furt­ce. Oskar po­pro­sił dziw­ne­go przy­ja­cie­la:

- Bła­gam cię, Zi­zou, po­móż mi wejść do ogro­du!

Drze­wo jed­nak po­gła­ska­ło tyl­ko lek­ko po­li­czek chłop­ca i unio­sło ga­łąź z po­wro­tem.

- Nie, za­cze­kaj, wróć!

Na próż­no. Zi­zou znik­nął za do­mem Win­sto­na Bra­ve'a, Wiel­kie­go Mi­strza Me­dy­ku­sów, roz­pły­wa­jąc się w buj­nej zie­le­ni ogro­du. I zno­wu nie było wi­dać naj­mniej­sze­go ru­chu, jak gdy­by po­sia­dłość była kom­plet­nie opusz­czo­na.

Oskar po­cie­szał się my­ślą, że oto zno­wu uka­zał się jego oczom ja­kiś ele­ment ta­jem­ne­go świa­ta Me­dy­ku­sów. Tak bar­dzo prze­cież cze­kał na tę chwi­lę! Nie było to może wie­le, ale tro­chę go po­cie­szy­ło. Wszyst­ko, co prze­żył, nie mo­gło być je­dy­nie od­le­głym, męt­nym wspo­mnie­niem! Może nie­dłu­go po­ja­wią się inne zna­ki?

Od­da­lił się nie­co od ogro­dze­nia i już miał wsiąść na ro­wer Je­re­my'ego, kie­dy po­czuł, że coś ogrze­wa mu ser­ce. Naj­pierw było to tyl­ko lek­kie wra­że­nie cie­pła, po­tem to coś roz­grze­wa­ło się co­raz bar­dziej, aż wresz­cie za­czę­ło nie­mal pa­rzyć. Bez na­my­słu rzu­cił swo­ją tor­bę i od­sta­wił ro­wer, a po­tem nie zwa­ża­jąc na to, że stoi na środ­ku chod­ni­ka, pod­cią­gnął ko­szul­kę. Jego me­da­lion lśnił ogni­stym bla­skiem. Oskar - uszczę­śli­wio­ny i za­fa­scy­no­wa­ny tym wi­do­kiem - nie śmiał go wziąć do ręki, bo bał się, że może utra­cić swo­ją świe­żo od­zy­ska­ną moc. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na okna na pierw­szym pię­trze: wy­da­wa­ło mu się, że zo­ba­czył tam ja­kiś drob­ny ruch, ale po­tem już nic. Po­pa­trzył na zło­tą li­te­rę M. Mi­nę­ło za­le­d­wie kil­ka se­kund, a zno­wu wy­glą­da­ła nor­mal­nie.

Oskar uśmiech­nął się. Wsko­czył na ro­wer i ru­szył jak wiatr w stro­nę Ba­by­lon He­ights.

CO NIE?

Oskar sta­rał się jak naj­prę­dzej do­trzeć do Je­re­my'ego, li­cząc po ci­chu na to, że zo­stał tam choć­by je­den ka­wa­łek sma­ko­wi­tej piz­zy pani Go­li­no. Nie za­wiódł się. Je­re­my zor­ga­ni­zo­wał Ba­zar w piw­ni­cy domu ro­dzin­ne­go, któ­ry stał nie­co da­lej na ich wspól­nej uli­cy. Im­pre­za wła­śnie roz­krę­ci­ła się na do­bre. Nie­zli­czo­na gro­ma­da dzie­ci za­śmie­wa­ła się do roz­pu­ku, je­dząc i pi­jąc, a tak­że ku­pu­jąc nie­zli­czo­ne ga­dże­ty, któ­re Je­re­my wy­naj­dy­wał w ich dziel­ni­cy i nie tyl­ko. Vio­let­te, któ­ra wła­śnie wy­my­śli­ła so­bie, że nie musi już nic pić, wła­śnie wy­gła­sza­ła im­pro­wi­zo­wa­ny wy­kład na ten te­mat:

- ... i ro­zu­mie­cie, je­śli wro­śnie­my obie­ma sto­pa­mi w zie­mię jak kwia­ty, nie bę­dzie­my już mu­sie­li pić wody i bę­dzie­my mie­li ślicz­ne, ko­lo­ro­we twa­rze!

Do­oko­ła niej sta­ło kil­ko­ro dzie­ci pa­trzą­cych na nią bez sło­wa. Tyl­ko Car­rie Moss, któ­rej nie bra­ko­wa­ło cha­rak­te­ru, po­sta­no­wi­ła drą­żyć da­lej te­mat.

- Ale jak to? My­ślisz może, że z two­ich pięt wy­ro­sną ko­rze­nie?

Vio­let­te kiw­nę­ła gło­wą, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

- W każ­dym ra­zie wszy­scy ci, któ­rzy chcie­li­by spraw­dzić, czy to moż­li­we - za­pro­po­no­wa­ła - mogą wpaść ju­tro do mo­je­go ogro­du. Ju­tro jest so­bo­ta, bę­dzie­my mie­li mnó­stwo cza­su. Przyjdź­cie na bo­sa­ka!

Wszy­scy za­czę­li zer­kać na boki z za­że­no­wa­niem. Tyl­ko Barth się ode­zwał:

- Je­śli chcesz, to ja mogę wpaść i spraw­dzić...

Car­rie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Wiesz co, Vio­let­te? Nie wiem, czy na­praw­dę je­steś kwiat­kiem, ale zde­cy­do­wa­nie masz nie po ko­lei tam, w środ­ku! - po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc pal­cem rudą głów­kę dziew­czyn­ki.

Oskar, któ­ry czę­sto źle zno­sił sza­lo­ne po­my­sły sio­stry, trzy­mał się z boku. Zo­ba­czył Je­re­my'ego.

- Co tu­taj robi sio­stra Mos­sa? - spy­tał nie­uf­nie mło­dy Me­dy­kus.

- Bez obaw, Mos­so­wie nie zo­sta­li wca­le na­szy­mi naj­bliż­szy­mi przy­ja­ciół­mi. Po pro­stu sio­stry Ro­na­na są cał­kiem do rze­czy, a Car­rie jest ko­le­żan­ką mo­jej ku­zyn­ki. Car­rie ma dzie­sięć lat, ale kie­dy się ode­zwie, wy­da­je się, że ma co naj­mniej pięt­na­ście! Sły­sza­łem, że zwró­ci­ła uwa­gę pro­fe­so­ro­wi Pin­gwi­no­wi, wy­obra­żasz to so­bie? Ele­anor Blay­ne mi opo­wia­da­ła. Po­dob­no cał­kiem za­po­mniał ję­zy­ka w gę­bie...

- Moss po­zwo­lił młod­szej sio­strze przyjść tu­taj?

- Nie, ale ona ma to gdzieś. Za to Lor­na boi się sprze­ci­wić bra­tu, spusz­cza przy nim wzrok, jak­by za­raz miał jej uciąć gło­wę...

- Wiesz, w pew­nym sen­sie ma ra­cję... - za­uwa­żył Oskar.

- Po­dob­no za­drę­cza te bie­dacz­ki. Na­śla­du­je zresz­tą ojca. Ja­sne, że za­bro­nił im tu przy­cho­dzić. Ale Car­rie, dwa lata młod­sza od sio­stry, nie daje so­bie w ka­szę dmu­chać! Coś czu­ję, że dzi­siaj w domu Mos­sów bę­dzie nie­zła awan­tu­ra!

Oskar spoj­rzał na ze­ga­rek: była siód­ma wie­czo­rem! Na­gle zdał so­bie spra­wę, że nie uprze­dził mamy o im­pre­zie u Je­re­my'ego. Pew­nie umie­ra te­raz z nie­po­ko­ju. Skrzy­wił się. Nie tyl­ko u Mos­sów bę­dzie dziś wie­czo­rem awan­tu­ra... Ru­szył po­spiesz­nie w stro­nę Vio­let­te. Prze­szko­dził jej wzra­stać ko­rze­nia­mi w zie­mię i po­cią­gnął ją w stro­nę wyj­ścia.

- Ale... Oskar, za­cze­kaj, mu­szę im jesz­cze po­ka­zać, jak się pod­le­wa sto­py!

- Do ju­tra, spo­tka­my się w par­ku! - krzyk­nął w stro­nę bra­ci O'Ma­ley, nie za­da­jąc so­bie tru­du, żeby od­po­wie­dzieć sio­strze.

 

Wra­ca­li pod nu­mer 6897 przy Kil­da­re Stre­et z du­szą na ra­mie­niu. W ma­łym dom­ku pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza, któ­ra nie wró­ży­ła nic do­bre­go.

- Za­pra­szam was na roz­mo­wę, NA-TYCH-MIAST. Oby­dwo­je.

Po­pa­trzy­li na sie­bie i Vio­let­te scho­wa­ła się od­ru­cho­wo za ple­ca­mi bra­ta, cho­ciaż była nie­co wyż­sza. Ru­szy­li w stro­nę kuch­ni, skąd do­bie­gał głos mamy.

Ce­lia sie­dzia­ła na krze­śle z gło­wą pod­par­tą rę­ka­mi. Nie zdą­ży­ła się na­wet prze­brać, nadal mia­ła na so­bie ko­stium, któ­ry no­si­ła do pra­cy, i buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Wes­tchnę­ła głę­bo­ko i od­rzu­ci­ła na ple­cy dłu­gie, czar­ne wło­sy, po czym pod­nio­sła się z miej­sca i sta­nę­ła na­prze­ciw­ko dzie­ci.

- Dzię­ku­ję wam, ko­cha­ni, na­praw­dę - wiel­kie dzię­ki. Po­twor­nie się nu­dzę w ży­ciu, wszyst­ko jest zbyt pro­ste i zbyt ła­twe, brak mi kło­po­tów, a prze­cież nig­dy nie zda­rza mi się o was mar­twić, dla­te­go dzię­ku­ję wam ser­decz­nie, że znik­nę­li­ście, nie uprze­dza­jąc mnie o tym. Dzię­ki temu mia­łam za­ję­cie, po­sta­wi­łam na nogi całą dziel­ni­cę. Wró­ci­li­ście odro­bi­nę za wcze­śnie: wła­śnie mia­łam dzwo­nić na po­li­cję.

- Mamo... - spró­bo­wał coś po­wie­dzieć Oskar. - Ja...

- Nie od­zy­waj się. Owszem, chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, gdzie by­li­ście, ale za bar­dzo się o was ba­łam, nie mam siły słu­chać żad­nych wy­ja­śnień. Chy­ba le­piej bę­dzie, je­śli naj­pierw choć tro­chę się uspo­ko­ję.

Ce­lia rzad­ko się uno­si­ła. A je­śli już się tak dzia­ło, nig­dy nie krzy­cza­ła. Kie­dy była zła lub nie­spo­koj­na, mó­wi­ła bar­dzo ci­cho, całą resz­tę wy­ra­ża­ły jed­nak bar­dzo czy­tel­nie jej oczy - te same ślicz­ne, fioł­ko­we oczy, któ­re odzie­dzi­czy­ła po niej Vio­let­te. Tego wie­czo­ru Oskar wi­dział w nich jed­no­cze­śnie złość i strach.

Ce­lia wsta­ła, dzie­ci za­le­d­wie od­wa­ży­ły się spoj­rzeć na pięk­ną, zmę­czo­ną twarz mat­ki. Pod­nio­sła trzę­są­cą ręką swo­ją ko­mór­kę i wy­bra­ła z pa­mię­ci ja­kiś nu­mer.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, już są w domu. Dzię­ki... Je­śli chcesz... Do­brze. Cze­kam.

Po tych sło­wach skoń­czy­ła roz­mo­wę. Ru­szy­ła w stro­nę drzwi i po­wie­dzia­ła jesz­cze, nie od­wra­ca­jąc się w ich stro­nę:

- Kie­dy już do was do­trze, że nie je­ste­ście na świe­cie sami i że są tu lu­dzie, któ­rzy przej­mu­ją się wa­szym lo­sem, wpad­nij­cie do pań­stwa Go­li­no, do pań­stwa Or­fa­no­uda­kis, do Spe­cja­łów z Del­hi i do pana Tina i po­wiedz­cie im, że wszyst­ko z wami w po­rząd­ku. Nie­po­ko­ją się i cze­ka­ją na tę wia­do­mość.

U stóp scho­dów Ce­lia po­czu­ła lek­kie za­wro­ty gło­wy i za­trzy­ma­ła się na mo­ment. Po­ło­ży­ła rękę na po­rę­czy i za­mknę­ła oczy. Gdy już mi­nął strasz­ny lęk o dzie­ci, któ­re nie wró­ci­ły o nor­mal­nej po­rze do domu, i kie­dy od­pły­nę­ły naj­czar­niej­sze my­śli, mia­ła wiel­ką ocho­tę gło­śno się roz­pła­kać. Po­wstrzy­ma­ła się jed­nak. Na szczę­ście przez cały czas sły­sza­ła ci­chy, po­cie­sza­ją­cy ją głos w głę­bi du­szy. Świet­nie zna­ła ten głos i nig­dy go nie za­po­mni. Po­dob­nie jak w wie­lu in­nych stre­su­ją­cych sy­tu­acjach, przed jej ocza­mi zja­wi­ła się ko­ją­ca twarz męża, któ­ry wy­da­wał jej się bar­dziej żywy niż kie­dy­kol­wiek - mimo że mi­nę­ło trzy­na­ście lat od jego śmier­ci. Dzię­ki temu przez cały czas mia­ła na­dzie­ję, że wszyst­ko do­brze się skoń­czy. Czy jako mat­ka mo­gła stra­cić zim­ną krew? Czy mo­gła się za­ła­mać? Nie, z pew­no­ścią nie chcia­ła być taka wo­bec dzie­ci. Niech za­uwa­żą, że jest zła, ale też - że umie za­pa­no­wać nad zło­ścią bez krzy­ku, a zwłasz­cza bez łez. Chcia­ła, żeby zro­zu­mia­ły kon­se­kwen­cje swo­je­go za­cho­wa­nia. Otrzą­snę­ła się i po­szła na górę do swo­je­go po­ko­ju.

Oskar od­wró­cił się ku sio­strze, szu­ka­jąc wspar­cia. Chciał z kimś po­dzie­lić po­czu­cie winy. Od­bił się jed­nak od ścia­ny: Vio­let­te, któ­ra nie była w sta­nie znieść czy­je­go­kol­wiek bólu, za­mknę­ła się w so­bie, nu­cąc ja­kąś nie­zna­ną pio­sen­kę i wpa­tru­jąc się nie­ru­cho­mo w pas ka­fel­ków nad zle­wo­zmy­wa­kiem.

Wes­tchnął i po­sta­no­wił od razu za­sto­so­wać się do proś­by mat­ki. Otwo­rzył drzwi, zszedł po kil­ku schod­kach wio­dą­cych w stro­nę furt­ki i... za­trzy­mał się jak wry­ty.

Przed nim stał czło­wiek, któ­ry był dla nie­go uoso­bie­niem nie­wia­ry­god­nej tę­po­ty, ocię­ża­ło­ści i pre­ten­sjo­nal­nych ma­nier: Bar­ry Hux­ley. Jego naj­więk­szą wadą było to, że krą­żył bez­wstyd­nie wo­kół Ce­lii. Co gor­sza Oskar po­dej­rze­wał, że mat­ka po­trak­to­wa­ła go ła­ska­wie i że zo­stał jej fa­ce­tem.

Oskar wy­chy­lił się nie­co - Bar­ry za­par­ko­wał swój wóz nie­mal na środ­ku uli­cy, tak żeby każ­dy mógł go po­dzi­wiać: ka­brio­let w od­lo­to­wym, spor­to­wym wy­da­niu, z moż­li­wie naj­więk­szą ilo­ścią da­ją­cych po oczach chro­mów i spoj­le­rów. Gdy­by to było moż­li­we, Bar­ry za­in­sta­lo­wał­by so­bie au­to­ma­tycz­ny alarm zwra­ca­ją­cy uwa­gę na jego sa­mo­chód na­wet wte­dy, kie­dy nie sie­dział za kie­row­ni­cą.

Męż­czy­zna po­chy­lił się nad Oska­rem z wy­so­ko­ści me­tra dzie­więć­dzie­się­ciu i zła­pał go w niedź­wie­dzi uścisk.

- No i co po­wiesz? - spy­tał, trą­ca­jąc go tak, jak­by po­trzą­sał drzew­kiem owo­co­wym. - Na­pę­dza­my ma­mie stra­cha, co? Cho­dzi­my na wa­ga­ry? Całe szczę­ście, że wa­sza mat­ka może na mnie li­czyć, kie­dy dzie­je się coś złe­go, co nie? Od razu do mnie za­dzwo­ni­ła i prze­cze­sa­łem całą dziel­ni­cę sa­mo­cho­dem, szu­ka­jąc was. Wie­dzia­łem, że cię znaj­dę.

Oskar wy­rwał się z na­chal­ne­go uści­sku.

- Chy­ba nie za­uwa­ży­łeś, je­ste­śmy już w domu i wca­le nas nie zna­la­złeś, sami wró­ci­li­śmy! Mama dzwo­ni­ła do cie­bie, żeby ci o tym po­wie­dzieć.

Bar­ry wziął się pod boki i zmie­rzył chłop­ca wzro­kiem od stóp do głów.

- Do­bra, po­wiedz le­piej, gdzie by­łeś, ru­dziel­cu? No? Na pew­no pro­wa­dza­łeś się z ja­kąś pa­nien­ką, co nie? - za­su­ge­ro­wał i pu­ścił do chłop­ca oko, sta­ra­jąc się wpro­wa­dzić kum­pel­ski na­strój. - Da­lej, przy­znaj się, dla nas fa­ce­tów to nor­mal­ka...

Wy­buch­nął gło­śnym śmie­chem, któ­ry w ża­den spo­sób nie oka­zał się za­raź­li­wy. Oska­ro­wi wca­le nie było do śmie­chu, naj­chęt­niej kop­nął­by go w go­leń. Nie za­mie­rzał zwie­rzać się temu ty­po­wi. Prze­zy­wa­li go z Vio­let­te Pa­nem Co Nie. Każ­de "Co nie?", któ­rym okra­szał swo­je wy­po­wie­dzi, bu­dzi­ło w chłop­cu bez­sil­ną wście­kłość.

- Nie - od­parł szyb­ko. - Mia­łem coś lep­sze­go do ro­bo­ty, ale to cię nie po­win­no in­te­re­so­wać.

- Mia­łeś coś lep­sze­go do ro­bo­ty niż za­ba­wa z pa­nien­ka­mi? Masz prze­cież trzy­na­ście lat, co nie... ? W two­im wie­ku nie ma nic lep­sze­go do ro­bo­ty! Tyl­ko za­ba­wa z pa­nien­ka­mi, co nie?

Oskar po­gar­dli­wie po­krę­cił gło­wą. Może i nie był cał­kiem obo­jęt­ny na wdzię­ki dziew­czyn - a przy­najm­niej jed­nej z nich - ale na szczę­ście miał też inne spra­wy na gło­wie. Choć­by kwe­stie zwią­za­ne z Za­ko­nem Me­dy­ku­sów. Bar­ry był ostat­nim czło­wie­kiem, z któ­rym miał­by ocho­tę o tym po­roz­ma­wiać. I nie był za­sko­czo­ny, że dla tego tę­pa­ka prio­ry­te­tem były pa­nien­ki.

- Lu­dzie po­zba­wie­ni mó­zgu może i nie mają nic lep­sze­go do ro­bo­ty - od­pa­lił bez na­my­słu. - Za­ję­ci są za­kła­da­niem cza­pek bejs­bo­lo­wych tył na przód i szpa­ner­ski­mi sa­mo­cho­da­mi.

Bar­ry na­gle prze­stał się uśmie­chać, zmie­nił się na twa­rzy. Oskar zro­zu­miał, że cel­nie tra­fił, i był z sie­bie na­wet za­do­wo­lo­ny. Głos mat­ki, któ­ry roz­legł się za jego ple­ca­mi, przy­wo­łał go do po­rząd­ku.

- Oskar, co tam ro­bisz? - spy­ta­ła Ce­lia, sto­jąc na pro­gu domu. - Wra­caj w tej chwi­li do środ­ka!

Orien­to­wa­ła się w prze­py­chan­kach po­mię­dzy Oska­rem a Bar­rym i wo­la­ła, żeby nie prze­by­wa­li ze sobą zbyt dłu­go sam na sam.

To było jed­nak sil­niej­sze od nie­go. Oskar wy­biegł szyb­ko na uli­cę.

- Po­wiem są­sia­dom, że nic się nie sta­ło, i za­raz wra­cam! - za­wo­łał w stro­nę mat­ki, uda­jąc, że nie sły­szy jej krzy­ków.

 

Od­wie­dził za­przy­jaź­nio­ne domy i wszę­dzie prze­pra­szał za zmar­twie­nie, któ­re­go był źró­dłem. Wie­dział do­sko­na­le, że miesz­kań­cy Kil­da­re Stre­et byli jak wiel­ka ro­dzi­na i wszyst­kie dzie­ci trak­to­wa­ne były tro­chę jak wspól­ne do­bro. Po śmier­ci taty on i Vio­let­te trak­to­wa­ni byli w spe­cjal­ny, uważ­ny spo­sób. Są­sie­dzi mu­sie­li na­praw­dę moc­no się o nich mar­twić i Oska­ro­wi za­le­ża­ło na tym, żeby ich wszyst­kich uspo­ko­ić.

Z naj­więk­szą chę­cią spę­dził­by wie­czór u O'Ma­ley­ów, co pro­po­no­wa­li mu za­rów­no Je­re­my, Barth, jak i ich ro­dzi­ce, któ­rzy za­pra­sza­li go na ko­la­cję. Mógł­by za­jąć się czym­kol­wiek, by­le­by tyl­ko nikt nie zmu­szał go do spę­dze­nia choć­by kil­ku chwil z Pa­nem Co Nie. Mama jed­nak nig­dy by mu nie wy­ba­czy­ła, gdy­by uciekł tego wie­czo­ru z domu. Mar­twi­ło ją, że nie lu­bił Bar­ry'ego Hux­leya. Nie mógł się zmu­sić do przy­jaź­ni ani po­dzi­wu dla tego czło­wie­ka, ale dzi­siaj mu­siał się po­sta­rać. Wró­cił do domu z du­szą na ra­mie­niu.

Przy­szedł w samą porę, by usiąść do sto­łu. Bar­ry na­le­gał, żeby usiadł koło nie­go. Mat­ka ką­tem oka ob­ser­wo­wa­ła jego re­ak­cję, nie mógł się za­tem sprze­ci­wić. Pan Co Nie miał chy­ba pa­mięć krót­ką jak ka­na­rek - jak­by za­po­mniał, co Oskar po­wie­dział pół go­dzi­ny wcze­śniej. Wci­snął chłop­cu na gło­wę swo­ją czap­kę bejs­bo­lo­wą. Oskar po­wstrzy­mał od­ru­cho­wą chęć ze­rwa­nia jej na­tych­miast z gło­wy. Vio­let­te, któ­ra wró­ci­ła wła­śnie na zie­mię po dłu­giej po­dró­ży do in­ne­go, nie­do­stęp­ne­go in­nym wy­mia­ru, ob­ser­wo­wa­ła go te­raz ze zdu­mie­niem.

- Od kie­dy za­czą­łeś no­sić taką czap­kę?

Po­trzą­snę­ła gło­wą nie­co skrzy­wio­na.

- Nie, ścią­gnij ją, pro­szę. Nie pa­su­je ci, wy­glą­dasz ja­koś mniej in­te­li­gent­nie, zu­peł­nie jak... jak...

Jej spoj­rze­nie spo­czę­ło na Bar­rym, jak­by wcze­śniej nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z jego obec­no­ści i do­pie­ro co go za­uwa­ży­ła.

- No więc... zu­peł­nie jak on.

Oskar nie wie­rzył wła­snym uszom. Miał strasz­ną ocho­tę się ro­ze­śmiać, a za­ra­zem miał wra­że­nie, że Vio­let­te na do­bre zwa­rio­wa­ła. Ce­lia po­trzą­snę­ła cór­ką.

- Vio­let­te, nie za­cho­wuj się, jak ktoś źle wy­cho­wa­ny!

Za­sko­czo­na dziew­czyn­ka wy­cią­gnę­ła rękę i do­tknę­ła owło­sio­ne­go ra­mie­nia Bar­ry'ego czub­kiem pal­ca wska­zu­ją­ce­go.

- No nie, to praw­dzi­wy Bar­ry?

Od­wró­ci­ła się w stro­nę bra­ta, było jej bar­dzo przy­kro.

- Po­my­śleć, że przed chwi­lą wy­tar­łam go z pa­mię­ci! - po­wie­dzia­ła naj­zu­peł­niej po­waż­nie. - Wi­dać nie do koń­ca to jesz­cze do­pra­co­wa­łam.

W od­po­wie­dzi Oskar wy­buch­nął grom­kim śmie­chem. Fakt, jego sio­stra cza­sem do­pro­wa­dza­ła go do sza­leń­stwa, ale w ta­kich sy­tu­acjach jak ta czuł, że ją po pro­stu uwiel­bia.

Ce­lia zde­ner­wo­wa­ła się.

- Ma­cie się na­tych­miast uspo­ko­ić, obo­je! Co się z wami dzi­siaj dzie­je? Osza­le­li­ście czy co?

Oskar miał za­miar coś po­wie­dzieć, ale mat­ka prze­rwa­ła mu w pół sło­wa.

- Ani sło­wa wię­cej! Ro­zu­miesz czy nie?

Bar­ry roz­parł się za­do­wo­lo­ny na krze­śle.

- Mó­wi­łem ci już tyle razy, Ce­lia, że po­zwa­lasz im na zbyt wie­le. Wi­dzisz, jak tyl­ko tro­chę przy­krę­cisz śru­bę, od razu wszyst­ko le­piej dzia­ła...

Ce­lia nic na to nie od­po­wie­dzia­ła. Bar­ry po­trak­to­wał to jak za­chę­tę i cią­gnął da­lej.

- Przy tej oka­zji mo­gła­byś im od razu po­wie­dzieć o na­szych pla­nach...

Spoj­rza­ła na nie­go ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Słu­chaj, chcia­ła­bym sama de­cy­do­wać, kie­dy po­wiem o tym moim dzie­ciom i...

- Ro­bisz za dużo za­mie­sza­nia w tej spra­wie, zu­peł­nie bez sen­su - skwi­to­wał Bar­ry, nie da­jąc jej do­koń­czyć zda­nia.

Oskar wstrzy­mał od­dech. Mie­li ja­kieś "pla­ny"? Mama i ten tam?... Przez chwi­lę miał naj­gor­sze po­dej­rze­nia, wo­lał jed­nak od­su­nąć je od sie­bie. Bar­ry zwró­cił się w stro­nę dzie­ci.

- Wa­sza mama i ja, my...

- Bar­ry, po­zwól, że ja to zro­bię - po­wie­dzia­ła Ce­lia.

Pan Co Nie wes­tchnął głę­bo­ko i za­czął so­bie oglą­dać pa­znok­cie. Ce­lia wpa­trzy­ła się w swój ta­lerz i ode­zwa­ła się do dzie­ci:

- Bar­ry był tak miły i za­pro­po­no­wał mi... eee...

Oskar nie wy­trzy­mał dłu­żej.

- Co ta­kie­go ci za­pro­po­no­wał?!

Krzyk­nął tak gło­śno, że Vio­let­te pod­sko­czy­ła na miej­scu.

- Wie do­sko­na­le, że cięż­ko pra­cu­ję, a to lato z pa­nem Gel­dho­fem było trud­ne do znie­sie­nia - wy­ja­śni­ła Ce­lia. - Za­pro­po­no­wał więc, że­by­śmy wy­je­cha­li gdzieś na kil­ka dni, abym mo­gła choć tro­chę od­po­cząć.

Oska­ro­wi wy­rwa­ło się gło­śne wes­tchnie­nie ulgi. Na­tych­miast jed­nak wy­obra­ził so­bie, że mama i Bar­ry wy­ja­dą gdzieś jak dwo­je za­ko­cha­nych (cięż­ko mu było na­wet po­my­śleć o tym sło­wie, a co do­pie­ro je wy­mó­wić) i ta myśl wy­da­ła mu się nie do znie­sie­nia.

Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich pierw­sza za­re­ago­wa­ła Vio­let­te. Pod­sko­czy­ła na swo­im krze­śle i rzu­ci­ła się w stro­nę mat­ki.

- Mamo, po­je­dzie­cie sa­mo­cho­dem Bar­ry'ego?

Ce­lię za­nie­po­ko­ił dziw­ny wy­gląd cór­ki. Od­po­wie­dzia­ła nie­skład­nie:

- Jesz­cze nie pod­ję­li­śmy de­cy­zji, naj­pierw mu­szę się upew­nić, czy pani Or­fa­no­uda­kis lub pań­stwo O'Ma­ley mogą wziąć was na tro­chę do sie­bie, że­by­ście czu­li się do­brze i żeby to nie było dla was wiel­kim wy­rze­cze­niem...

- Co ty kom­bi­nu­jesz? - wtrą­cił się Bar­ry. - Dla­cze­go dla two­ich dzie­cia­ków to mia­ło­by być ja­kieś wy­rze­cze­nie?

- Mamo - po­wtó­rzy­ła Vio­let­te. - Czy po­je­dzie­cie jego sa­mo­cho­dem?

- Ależ tak - od­po­wie­dział Bar­ry, nie cze­ka­jąc na re­ak­cję Ce­lii. - To prze­cież su­per­bry­ka, co nie?... - do­dał, dum­ny, jak paw.

Vio­let­te ści­snę­ła dło­nie mat­ki.

- Ależ mamo, nie mo­żesz tak je­chać! Ten sa­mo­chód nie ma da­chu!

- Ko­cha­nie, co ty zno­wu wy­my­śli­łaś?!

- Kie­dy masz ja­kieś zmar­twie­nia - cią­gnę­ła Vio­let­te - albo kie­dy bra­ku­je nam pie­nię­dzy, ma­wiasz za­wsze: "To nic, dzie­ci, naj­waż­niej­sza rzecz w ży­ciu to mieć dach nad gło­wą!". A sa­mo­chód Pana Co Nie...

- Czyj sa­mo­chód? - prze­rwał jej Bar­ry.

- ... nie ma da­chu! - do­koń­czy­ła Vio­let­te, bar­dzo zmar­twio­na.

Ce­lia przy­mknę­ła oczy.

- Ależ to tyl­ko ta­kie po­wie­dze­nie, Vio­let­te... To ma zna­czyć, że masz dom, schro­nie­nie, ro­zu­miesz? Nie uda­waj dziec­ka, bar­dzo cię pro­szę!

Vio­let­te od­wró­ci­ła się w stro­nę Bar­ry'ego i przy­glą­da­ła mu się z wiel­ką uwa­gą.

- Po­patrz tyl­ko: on ma pu­sto w gło­wie, jest jak ten jego sa­mo­chód, brak mu da­chu nad gło­wą, to dla­te­go. Z nim nig­dy nie znaj­dziesz bez­piecz­ne­go schro­nie­nia. Nig­dy - do­da­ła ci­szej.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, Vio­let­te wy­bie­gła z kuch­ni. Oskar cały się go­to­wał, jed­nak - zu­peł­nie wy­jąt­ko­wo - nie miał po­ję­cia, co po­wie­dzieć i jak sprze­ci­wić się wy­jaz­do­wi mamy z tym tę­pa­kiem, któ­re­go te­raz po pro­stu nie­na­wi­dził. Za­nim się ode­zwał, Ce­lia pró­bo­wa­ła prze­mó­wić mu do roz­sąd­ku:

- Słu­chaj, prze­cież tu nie cho­dzi o karę dla was, Bar­ry chce mi po pro­stu spra­wić przy­jem­ność i...

- Ale my już zo­sta­li­śmy uka­ra­ni jego obec­no­ścią! - po­wie­dział Oskar, wska­zu­jąc ru­chem gło­wy Bar­ry'ego.

Ce­lia nie zdą­ży­ła nic od­po­wie­dzieć, bo w tej sa­mej chwi­li do kuch­ni wpa­dła Vio­let­te. Pod­bie­gła do Bar­ry'ego, pod­nio­sła rękę z gum­ką i za­czę­ła ener­gicz­nie po­cie­rać jego skó­rę.

- Hej, co ty wy­pra­wiasz? Wy­ry­wasz mi wło­ski!

- O nie! - jęk­nę­ła Vio­let­te, strasz­li­wie roz­cza­ro­wa­na. - Zno­wu mi nie wy­szło, on tu cią­gle jesz­cze jest!

Nie bar­dzo wie­dzia­ła, co po­cząć, sta­ła przed Bar­rym, wy­ko­nu­jąc nie­sko­or­dy­no­wa­ne ru­chy rę­ka­mi.

Ce­lia mio­ta­ła się mię­dzy nimi ze łza­mi w oczach.

- Je­ste­ście zło­śli­wi i przy­no­si­cie mi wstyd! - po­wie­dzia­ła roz­trzę­sio­nym gło­sem.

Oskar spoj­rzał na Bar­ry'ego ze zło­ścią. To z jego po­wo­du mama po­wie­dzia­ła o nich coś, cze­go nig­dy wcze­śniej nie sły­sze­li.

Wstał i w mil­cze­niu wy­szedł z kuch­ni, a za nim sio­stra.

 

Dłu­gą chwi­lę sie­dział na pod­ło­dze w swo­im po­ko­ju, ko­piąc fut­bo­lów­kę. Kie­dy już miał do­syć rzu­ca­nia w my­ślach gro­mów na mat­kę i na tego kre­ty­na, wstał i wy­szedł na ko­ry­tarz. Wo­lał przejść się jesz­cze tro­chę po uli­cy niż na­tknąć się zno­wu gdzieś w domu na Bar­ry'ego Hux­leya. Było jesz­cze ja­sno, a Ce­lia po­zwo­li­ła im wy­cho­dzić z domu wie­czo­rem. Wie­dzia­ła do­brze, że w oko­li­cy nic im nie gro­zi.

Prze­chy­lił się przez po­ręcz i spraw­dził, czy dro­ga jest wol­na. Już miał zejść na dół, zmie­nił jed­nak zda­nie i zaj­rzał do po­ko­ju Vio­let­te. Ser­ce mu się ści­snę­ło i zmie­nił pla­ny. Prze­szła mu chęć, żeby wyjść na dwór.

Wszedł do jej po­ko­ju, za­mknął bez­sze­lest­nie drzwi i usiadł bli­sko niej, na łóż­ku.

- Vio­let­te! - po­wie­dział, jak gdy­by przy­wo­ły­wał ją z ja­kiejś od­le­głej pla­ne­ty.

Vio­let­te sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo na łóż­ku z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, wpa­trzo­na w okno i da­lej, w czer­wie­nie­ją­ce nie­bo. Jej twarz ota­cza­ła gum­ka, któ­ra przy­trzy­my­wa­ła otwar­tą książ­kę peł­nią­cą funk­cję na­kry­cia gło­wy. W su­mie wy­glą­da­ło to dość za­baw­nie i Oskar się uśmiech­nął. Vio­let­te od­wró­ci­ła się ku nie­mu i tak­że uśmiech­nę­ła się do nie­go, co nie­co roz­po­go­dzi­ło jej smut­ną twarz.

- Masz ra­cję - po­wie­dział Oskar, pa­trząc na książ­kę, roz­ło­żo­ną na jej gło­wie. - Dzię­ki temu za­wsze masz ja­kiś dach nad gło­wą.

Sio­stra zdję­ła gum­kę z gło­wy i po­chy­li­ła się w jego stro­nę.

- Chcesz się tu­taj schro­nić ra­zem ze mną?

Oskar za­wa­hał się przez chwi­lę, wzru­szył ra­mio­na­mi, w koń­cu przy­su­nął gło­wę do ucha Vio­let­te.

- Niech bę­dzie! - po­wie­dział, cho­wa­jąc się pod da­szek z książ­ki. - Po­bę­dzie­my tu­taj ra­zem.