Oskar Pill. Dwa królestwa - Eli Anderson

Reflow text when sidebars are open.
Oskar uchylił powieki, oślepiało go złociste światło. Pomacał ręką, chcąc znaleźć swój zegarek, który leżał zawsze w pobliżu, razem z niewielkim albumem rodzinnych fotografii, gdzie były zdjęcia ojca. Szósta piętnaście! Odwrócił się w stronę ściany i z głębokim westchnieniem nakrył głowę jaśkiem. Minionej nocy obudził go koszmar senny, a dziś, w sobotni poranek, kiedy mógł spać, jak długo chciał, zapomniał zgasić lampkę przy łóżku... Ostrożnie podniósł róg jaśka. Światło świeciło teraz z innej strony, znowu prosto w oczy! Tym razem całkiem oprzytomniał. Jeszcze nigdy do tej pory nie zdarzyło się, żeby jego lampka samodzielnie przeskoczyła z jednej strony łóżka na drugą!
Usiadł, przetarł oczy i kiedy zrozumiał, co się stało, zakrył dłonią usta, by nie wrzasnąć z radości. Fiolka Hepatolii, jego pierwsze Trofeum, tańczyła w powietrzu przed jego oczami, lśniąc mocniej niż kiedykolwiek!
Wyskoczył z łóżka na podłogę.
Drzwi szafy stały otworem, podobnie jak kuferek, w którym schował wcześniej Fiolkę. Usłyszał jakiś dźwięk i za chwilę ujrzał pas z pięcioma sakiewkami, który frunął przez cały pokój, tak jak kiedyś, jak dawniej! Oskar bez namysłu wskoczył w dżinsy, koszulkę i trampki. Pas owinął się wokół jego bioder, on sam rzucił się tymczasem w stronę szafy, by wyjąć stamtąd pelerynę i zarzucić ją na ramiona. Sprawdził, czy jego Grimoire znajduje się w tylnej kieszeni. Był już w pełnym rynsztunku! Ponownie ożyło wszystko to, co czyniło zeń Medykusa. Z pewnością był to najpiękniejszy dzień w jego życiu od roku.
Chciał schwycić kryształowy flakonik napełniony Nektarem, ten jednak wymknął mu się i pożeglował w stronę drzwi.
- Wszyscy jeszcze śpią - uprzedził Oskar. - Z Violette nie ma większego problemu: nawet w ciągu dnia nie zawsze słyszy, co się wokół niej dzieje, ale mama ma lekki sen. Jeśli otworzę drzwi, obudzi się...
Fiolka jakby wahała się przez chwilę, a później skierowała się w stronę okna. Oskar ruszył za nią.
- Co zamierzasz zrobić? - wyszeptał.
Zrozumiał w końcu i otworzył okno. W tej samej chwili poczuł, że pas ciągnie go w stronę parapetu.
- Ale... spadnę przecież! - powiedział, starając się pohamować krzyk.
Zanim zdążył się zorientować, co się z nim dzieje, pas sprawił, że znalazł się po drugiej stronie okna! Złapał obiema rękami poły peleryny, która otworzyła się jak spadochron, dzięki czemu wylądował łagodnie na ogrodowym trawniku. Odetchnął z ulgą. Na szczęście nadal miał umiejętności Medykusa, a peleryna nie utraciła swojej mocy. Rozejrzał się. Ogród wokół niego wydawał się nadal uśpiony, podobnie jak i ten należący do sąsiadki, pani Wing. Ulica budziła się z wolna do życia. Oskar zbliżył się do furtki: jedynie w sklepiku pana Dawesara dostrzegł oznaki życia. Podniósł wzrok i spojrzał na okna swojego domu. Czy powinien wymykać się o świcie? A jeśli mama obudzi się wcześniej niż zwykle i zobaczy jego puste łóżko? Fiolka zadecydowała za niego i popłynęła w stronę ulicy, nie martwiąc się wcale, co będzie, jeśli zobaczą ją sąsiedzi, którzy już się obudzili. Oskar nie namyślał się dłużej. Ruszył jej śladem.
Posuwali się wzdłuż Kildare Street, aż do rogu Pennymore Street, potem skręcili w prawo. Od czasu do czasu Fiolka zwalniała i pozwalała, by zdyszany chłopiec ją dogonił. Kluczyli ulicami Babylon Heights w blasku wschodzącego słońca. Oskar - który znał swoją dzielnicę na pamięć - odkrywał teraz jej zupełnie nowy, poranny obraz i był nim zachwycony. W końcu stracił z oczu Fiolkę - przepadła gdzieś za pocztą, w gęstwinie parku.
Zaczął biec alejką w stronę muszli koncertowej. Park nie wyglądał o tej porze przyjaźnie. Odkąd Fiolka zniknęła z jego pola widzenia, chłopiec poczuł się samotnie i niezbyt pewnie w tej okolicy. Podskoczył, kiedy usłyszał jakiś chrapliwy dźwięk. Pochylił się, by schować się przed niepożądanym wzrokiem za balustradą z kutego żelaza. Tak ukryty posuwał się do przodu, aż na tyły muszli. Hałas nasilał się, przypominał odgłos hipopotama wychodzącego z kąpieli. Przykleił nos do poręczy i z ulgą dostrzegł lśniącą Fiolkę. Wyprostował się powoli. Jego Trofeum zatrzymało się, wisząc w przestrzeni nad jakąś ławką. Oskar zobaczył na niej mężczyznę pogrążonego w głębokim śnie. Rozpoznał go bez trudu: był to Pavarotti, miejscowy kloszard, który z wyboru mieszkał w parku, a konkretnie na tej ławce.
To Jeremy przedstawił Pavarottiego Oskarowi. Wyjaśnił koledze, skąd wzięło się przezwisko tego człowieka. Poczciwiec ów budził się regularnie koło północy i zanim ponownie zapadł w twardy sen, wyśpiewywał gromkim głosem arie operowe, stawiając na nogi całą okolicę. Oskar i jego przyjaciele dokonali Introdukcji do jego ciała bez jego wiedzy, odbyli tam swoją pierwszą walkę z Patologusami, odwiecznymi wrogami Medykusów.
Wszystkie wydarzenia minionego roku powróciły w pamięci chłopca z bolesnym natężeniem. Ten rok, spędzony w zawieszeniu, był dla niego ciężki do zniesienia między innymi dlatego, że nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje z jego przyjaciółmi ze świata wewnętrznego, Valentine i Lawrence'em, towarzyszącymi mu we wcześniejszych przygodach. Połączyła ich prawdziwa przyjaźń i nie pojmował, jak mogli zniknąć - bez uprzedzenia, bez słowa, nie martwiąc się o niego i nie dając mu znaku życia. Kiedy Fiolka ożyła i przesłała mu oczywisty sygnał, że jego moc Medykusa jeszcze nie wygasła, w Oskarze odżyła nieprzytomna nadzieja, że może uda mu się odnaleźć przyjaciół.
Fiolka zatoczyła łuk, podfrunęła do Oskara i zachęcała go, by oddalił się od muszli koncertowej, podchodząc bliżej Pavarottiego. Kiedy młody Medykus zbliżył się do ławki, flakonik delikatnie wsunął się do pierwszej z sakiewek przytroczonych do jego pasa.
A więc to Fiolka doprowadziła go tutaj, jak gdyby miał umówione spotkanie. Niewykluczone, że wewnątrz ciała Pavarottiego. Oskar pochylił się nad mężczyzną i kopnął niechcący pustą butelkę po winie, która poturlała się po ziemi. Pavarotti westchnął głośno, wykonał serię dziwnych min, podrapał się po brodzie, po uchu i po pośladku, a potem przekręcił się na drugi bok i spał smacznie dalej.
Oskar, który wstrzymał wtedy oddech, odetchnął z ulgą. Nie było czasu do stracenia. Skoro jego peleryna, pas i Fiolka odżyły, dlaczego nie miałby potwierdzić swojej nadzwyczajnej mocy? Przez cały miniony rok, aż do dzisiejszego ranka, wszelkie próby dokonania Introdukcji okazywały się bezowocne. To była właściwa chwila, żeby spróbować po raz ostatni.
Nie zapomniał żadnej z zasad cierpliwie przekazywanych mu przez panią Withers, mentorkę objaśniającą mu świat Medykusów. A ponieważ zdobył na razie Trofeum, Fiolkę Hepatolii, tylko z jednego Uniwersum, mógł wybrać się właśnie tam. Dlatego też jego celem miała być Hepatolia.
Obszedł dookoła ławkę, by skupić się na ustach Pavarottiego, drżących mocno przy każdym kolejnym chrapnięciu. Oskar czuł, że mocno bije mu serce, nie tylko z przejęcia, ale także z radości i ze wzruszenia. Ścisnął w dłoni swój medalion - obwiedzioną złotem literę M - rozpędził się i ruszył szybko w kierunku kloszarda.
W parku zalśniło nagle oślepiające światło, w niczym nie zmąciło to jednak snu Pavarottiego.
Oskar zwinął poły peleryny i rozejrzał się dookoła. W chwili kiedy przenikał do organizmu Pavarottiego, nie miał na myśli żadnej konkretnej okolicy z pierwszego Uniwersum. Skoro ktoś przewidział, że przybędzie do tego miejsca, pozwoli się prowadzić. Był przekonany, że dotrze do właściwego celu, skoro Fiolka pokazywała mu drogę. Gdzie zatem go ściągnęła? Wystarczył jeden rzut oka, by rozpoznać ten krajobraz: dolina, ciemne niebo przecinane świetlistymi błyskawicami i grzmiąca rzeka Wrotna, setki metrów niżej... Znajdował się na górze Hepatolii, a dokładnie na jednym z jej dwóch szczytów!
Odetchnął głęboko, jak gdyby właśnie przyjechał na wakacje i miał okazję zażyć świeżego powietrza, opuszczając zanieczyszczone smogiem miasto. Trzeba było teraz odkryć jakąś wskazówkę, ślad obecności innego Medykusa, kogoś, kto go tutaj wezwał. Sprawdził, czy ma nadal Grimoire'a w tylnej kieszeni peleryny. Wiedział, że ta cenna książeczka w razie potrzeby odpowie mu na pytanie.
- Masz coś do oclenia?
Ten głos odezwał się nagle za jego plecami. Oskar odwrócił się gwałtownie i ujrzał wysokiego, pucołowatego mężczyznę w mundurze. Pogładził on swoje podwinięte do góry wąsy, poprawił czapkę na głowie i podszedł bliżej.
- To jest przejście graniczne! - powiedział, dostrzegając, że Oskar jest chłopcem. - Pytam zatem, czy masz coś do oclenia?
- Przejście? Jakie znowu przejście? - spytał Oskar nieco zaskoczony obecnością nieznajomego.
Celnik zdziwił się.
- Jak to, nie wiesz, gdzie jesteś? No, przecież to jest granica między Uniwersami!
Mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi i wyciągnął w jego kierunku marmurową tabliczkę, którą do tej pory trzymał w skrzyżowanych za plecami dłoniach.
- No cóż - rzekł surowszym tonem - pokaż mi swoje dokumenty, chłopcze.
Oskar spojrzał na niego zdumiony. Dokumenty?! Odkąd to trzeba przedstawiać jakiekolwiek papiery wewnątrz ludzkiego ciała? Czy w Uniwersach funkcjonuje jakaś policja? Ani pani Withers, ani pan Brave, ani nikt inny nie wspominał mu o tym.
Mężczyzna upierał się coraz bardziej.
- Chcesz przejść granicę, muszę zatem sprawdzić twoje dokumenty.
Granica, przejście... Oskara nagle olśniło: ależ tak! Fiolka zawiodła go do jednego z tych słynnych przejść, na granicę między Hepatolią a kolejnym Uniwersum! Uśmiechnął się, dumny z faktu, że w końcu się tu znalazł. Nareszcie pozna Uniwersum Dwóch Królestw, Oddechów i Pompy! Do tego zatem sprowadzało się to tajemnicze spotkanie - nadszedł czas, by kontynuował swoją inicjację w tym punkcie, w którym ją przerwał, by szedł dalej drogą, która miała uczynić zeń prawdziwego Medykusa.
Był tak podekscytowany, że zapomniał niemal o istnieniu celnika. Ten zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.
- Jeśli dobrze widzę - rzekł nieco łagodniej - jesteś młodym Medykusem, czy tak?
Oskar gwałtownie kiwnął głową. Mężczyzna pogrzebał w torbie i wyciągnął inną marmurową tabliczkę, tym razem zieloną.
- Jestem pewien, że musisz mieć jakiś dowód tożsamości.
Oskar na gwałt starał się zebrać myśli, rzucił okiem na tabliczkę. Kiedy tylko ujrzał wyryty na niej znak, wszystko stało się jasne. Sięgnął nerwowo pod koszulkę i wyciągnął medalion.
- No nareszcie! - westchnął celnik. - Zobaczymy...
Przyłożył literę M do dolnej części tabliczki. Nad nią ukazał się mały ekran, a na nim pojawił się obraz: czyjaś twarz. Celnik musnął palcem ekran i powiększył ją, a potem przyjrzał się uważnie Oskarowi.
- To ty? - zapytał podejrzliwie.
Oskar pochylił się nad interaktywnym ekranem.
- Tak, to ja - potwierdził. - Ale to zdjęcie z zeszłego roku. Podrosłem trochę - dodał, prostując się. - Mam już trzynaście lat.
Mężczyzna kilka razy zerkał to na zdjęcie, to znowu na Oskara, potem przewrócił stronę.
- Twoje imię i nazwisko?
- Oskar Pill.
Celnik z zadowoleniem pogładził wąsy.
- W porządku, zgadza się. Urodziłeś się 7 grudnia - dodał. - Twoi rodzice to Celia i Vitali Pi...
Urwał, jak gdyby dopiero po fakcie zrozumiał, co czyta.
- Jesteś synem Vitalego Pilla?
- Tak! - przyznał z dumą Oskar. - A o co chodzi?
Celnik pokręcił głową, podniósł do góry brwi i w końcu oddał medalion chłopcu. Ruszył do przodu i odwrócił się.
- Jesteś gotów, mój chłopcze?
- Gotów? Ale na co?
- Na próbę przejścia. Już czas: nie będziemy tu stać przez cały poranek.
Oskar rozejrzał się dookoła. Zrobił kilka kroków do przodu i wychylił się. Zobaczył, że stoi na skalistej platformie, na czymś w rodzaju balkonu nad przepaścią. Daleko w dole, na dnie doliny pieniła się Wielka Kanalizacja.
Wzruszył ramionami. Czuł się teraz niezbyt pewnie.
- Tak, chyba tak... Jestem gotów!
Celnik uśmiechnął się tylko i wyciągnął przed siebie marmurową tabliczkę, na której nadal widniało zdjęcie Oskara.
Chłopiec poczuł, że ziemia drży pod jego stopami, złapał się skały. Dostrzegł pęknięcie, które pojawiło się w ziemi pomiędzy nim a celnikiem.
Chciał je przeskoczyć, ale mężczyzna go powstrzymał.
- Nie bój się, nic ci nie grozi. W każdym razie, jeszcze nie w tej chwili.
Kamienna platforma, na której stał Oskar, oderwała się od górskiej ściany. Wbrew obawom chłopca nie spadła jednak: unosiła się w powietrzu jak latający dywan i powoli przemieszczała się w kierunku sąsiedniego szczytu góry. Wicher wdzierał się w głąb doliny i wiał z wielką siłą. Przerażony Oskar niemal rozpłaszczył się na ziemi.
Celnik, który majaczył jeszcze w oddali, stojąc tuż nad urwiskiem, przyłożył do ust ręce zwinięte w trąbkę.
- Wstań i patrz uważnie, co się pojawi koło ciebie!
Oskar usłyszał wołanie i podniósł się. Wolał się nie wychylać i nie patrzeć w dół. Od doliny dzieliły go setki metrów otchłani. Miał wrażenie, że jest pyłkiem wiszącym ponad całym światem. Skalna platforma mocno się chwiała, starał się jednak rozpaczliwie utrzymać równowagę. Nagły rozbłysk światła sprawił, że podniósł wzrok. Wokół niego zaczęły się pojawiać świetliste symbole i dziwaczne obrazy.
- Policz je! - krzyknął celnik.
Oskar posłusznie zaczął liczyć.
- Jest ich siedem! - odparł, nie spuszczając oka z widziadeł.
Zauważył kociołek wiszący na łańcuchu, wóz, wielkiego ptaka, metalicznie połyskującą postać z polewaczką, zachodzące na siebie bańki, pokrytą falami obręcz, a w końcu trójkąt z zamkniętym wewnątrz kołem. Miał ochotę raz jeszcze im się przyjrzeć, ale celnik gwałtownie domagał się jego uwagi.
- Głośniej! - zawołał. - Nic nie słyszę!
- Jest ich SIEDEM! - wrzasnął Oskar, próbując przekrzyczeć wicher.
- Doskonale! Teraz musisz wybrać jeden z symboli i wskazać go twoim medalionem. Jeśli wybierzesz dobrze, przejdziesz na drugą stronę. Zrozumiałeś...łeś...łeś?
Oskar skupił się, by usłyszeć każdą sylabę, mimo że słowa gubiły się wśród echa, a na dnie doliny grzmiał nurt Wielkiej Kanalizacji.
- W porządku, zrozumiałem. Ale jak wybrać? I co się stanie, jeśli nie wybiorę odpowiedniego symbolu?
- Nic nie słyszę! - krzyknął celnik. - Ach, ten przeklęty wicher! Co powiedziałeś?
- CO SIĘ STANIE, JEŻELI ŹLE WYBIORĘ?
- Dostaniesz drugą szansę! A teraz wyjmij medalion i wsłuchaj się w Głos Dwóch Królestw, da ci wskazówki, jak masz wybierać!
Oskar zdołał usłyszeć większość z tego, co wykrzyczał celnik. Wyjął medalion i trzymał go w wyciągniętej dłoni. Wiatr zaczął wirować wokół chłopca stojącego na ruchomej, skalistej platformie i wokół otaczających go symboli; przywodziło to na myśl trąbę powietrzną. Wycie wiatru przeszło w niski ton, z którego zaczęły wyłaniać się pojedyncze słowa, głos dochodzący jakby z wnętrzności góry.
Oskarze Pillu,
Umknąłeś niegdyś przed ostrzami,
Pokryty byłeś oparzeniami,
Frunąłeś w powietrzu, het
I sunąłeś pod ziemią jak kret,
Płynąłeś przez rozległe oceany,
By zdobyć ogień zza szklanej ściany.
Oskar kręcił się na wszystkie strony jak oszalały. Wicher znowu wył wokół niego, a symbole wirowały, lśniąc jeszcze mocniej niż przedtem. Słowa, które przed chwilą usłyszał, zacierały się już powoli w jego pamięci. Wydawało mu się jednak, że Głos wypowiedział sześć zdań, tymczasem wokół niego było siedem obrazów. W jaki sposób to, co usłyszał, miałoby mu pomóc w wyborze właściwego symbolu, jedynego otwierającego przejście do drugiego Uniwersum? Próbował zebrać myśli i wpadł na pewien pomysł: skoro było sześć zdań, być może każde z nich odnosi się do jednego obrazu i pozwala go wyeliminować? Na koniec zostałby tylko jeden symbol: ten, o którym Głos w ogóle nie wspomniał... To mogło być hasło otwierające drzwi do sezamu.
Oskar spojrzał zdesperowany w kierunku celnika, który wydawał się już bardzo daleko od niego. Coś wołał, ale jego słowa ginęły w wyjącym wietrze, Oskar łowił jedynie pojedyncze słowa.
- ... medalion... głos... powtórzy!
Chłopiec zrozumiał od razu, w czym rzecz. Wyciągnął ponownie rękę z medalionem. W tej samej chwili znowu usłyszał dochodzący nie wiadomo skąd Głos.
- Powtórzę jeszcze tylko jeden, jedyny raz, Oskarze Pillu!
Młody Medykus próbował skupić się tylko na tym, co miał teraz usłyszeć.
- Umknąłeś niegdyś przed ostrzami...
Przyglądał się po kolei wszystkim symbolom. "Przed ostrzami". Jego wzrok padł na obraz kociołka. Kociołek... lub kadź! Chodziło prawdopodobnie o kadź z jednostki rozdrabniania pokarmu, z tnącymi ostrzami! Należało zatem odrzucić ten symbol.
- Pokryty byłeś oparzeniami...
Oskar starał się jak najszybciej odszukać coś we wspomnieniach. Co palącego znalazł w Hepatolii? Przyszły mu na myśl słowa Maureen Joubert, zasiadającej w Radzie Najwyższej Medykusów, jego pierwszej przewodniczki w Uniwersum: "Strzeż się, Oskarze, ślina jest mocno skoncentrowana: rozkłada posiłek na czynniki pierwsze!". W jednej koszulce miał nawet małą dziurkę po tym wydarzeniu... Oskar przyjrzał się pozostałym wizualizacjom; zatrzymał wzrok na dwóch zachodzących na siebie bańkach: mogły to być Ślinianki, gigantyczne bańki wypełnione śliną... Rozpoznał zatem drugi symbol opisany przez tajemniczy Głos. To nie ten obraz był przepustką na drugą stronę granicy. Zostało jeszcze pięć.
Silny podmuch wiatru zachwiał skałą krążącą nad głęboką otchłanią, symbole wokół niego także zadrgały. Oskar przywarł mocniej do platformy, ciągle jednak trzymał w wyciągniętej dłoni swój medalion.
- Frunąłeś w powietrzu, het...
Odruchowo popatrzył na wielkiego ptaka. Domyślił się nagle, że był to po prostu samolot, nie zaś - jak początkowo sądził - ptak przywodzący na myśl Victora, znienawidzonego kanarka z Cumides Circle, należącego do pana Brave'a... Samolot podobny do tego, którym wydostali się swego czasu z wnętrza góry, on i para jego przyjaciół - Valentine i Lawrence. A zatem i ten obraz odpada.
- I sunąłeś pod ziemią, jak kret
Płynąłeś przez rozległe oceany...
Tym razem Oskar nie miał większych wątpliwości: "sunął pod ziemią, jak kret" w wózku, a obręcz z falami przypomniała mu o licznych przeprawach po rzekach i morzach Uniwersum, które odkrył rok wcześniej. Wyeliminował zatem kolejne dwa symbole.
Pozostały już tylko dwa, z których musiał wybrać jeden, ten, o którym mówiło ostatnie zdanie.
Serce zaczęło mu bić szybciej i mocniej.
- By zdobyć ogień zza szklanej ściany - powiedział Głos, zanim rozpłynął się w porywach wyjącego wichru.
Oskar wyprostował się. "By zdobyć ogień zza szklanej ściany". Nie myślał już o przepaści ziejącej pod platformą, nie słyszał wycia wiatru. Powtarzał w myślach ostatnie zdanie i przyglądał się pozostałym obrazom. Był to czarny trójkąt, zamykający w sobie żółte koło i postać w srebrzystym kombinezonie, trzymająca w ręku coś w rodzaju lancy. Przypominała trochę strażaka... A zatem "ogień zza szklanej ściany" należałoby łączyć ze strażakiem? W takim przypadku jedynym symbolem, o którym Głos nie wspominał, byłby czarny trójkąt: ten właśnie znak powinien wskazać, by przejść na drugą stronę.
Wahał się, zebrał się jeszcze na odwagę. Przypomniał sobie słowa celnika: w razie niepowodzenia można spróbować jeszcze raz, można się pomylić. Był pewien, że bezbłędnie wytypował pięć pierwszych symboli i że odrzucił te właściwe. A zatem wśród dwóch, które pozostały, jeden musi być właściwy, a zdanie o ogniu może dotyczyć strażaka... Oskar musiał podjąć jakąś decyzję.
Podniósł w górę medalion i wyciągnął go w kierunku trójkąta.
Z litery M wystrzelił promień oślepiającego światła, a potem... potem nic się nie wydarzyło.
Oskar rozejrzał się dookoła: nic się nie zmieniło. Nadal stał na płaskiej platformie zawieszonej w przestrzeni pomiędzy dwoma szczytami góry Hepatolii. Nie otworzyło się żadne nowe Uniwersum. Musiał się pomylić, a drogę do Dwóch Królestw otwierał inny symbol.
Już miał zwrócić medalion w kierunku innego obrazu, kiedy coś się zmieniło. Nie była to jednak zmiana, której oczekiwał: ku jego przerażeniu zaczęła pękać skała pod jego stopami.
Usłyszał straszny huk i skała zatrzęsła się mocno. Mało brakowało, a Oskar by spadł. Przewrócił się i trzymał się jej rozpaczliwie, nie wierząc własnym oczom. Platforma zaczynała się kruszyć i rozpadać. Podniósł wzrok i dostrzegł celnika, który wymachiwał rękami. Oskar krzyknął ze wszystkich sił.
- Skała się rozpada! A przecież mówił pan, że mogę mieć jeszcze jedną szansę!
- Masz dziesięć sekund, żeby wskazać inny symbol! To ostatnia szansa! Pospiesz się, mały, SZYBKO!
Siedem sekund.
Przestał biec, zwolnił kroku i zaczął iść, aż w końcu zatrzymał się zdyszany. Przed nim aż po horyzont ciągnęła się bezkresna równina. A przecież biegł już od wielu godzin; olbrzymie jaskinie, w których wciąż się gubił, zostały daleko za nim.
Był wyczerpany i spragniony. Robiło mu się coraz goręcej. Chciał zdjąć pelerynę - miał wrażenie, że nie zniesie tego aksamitnego okrycia ani chwili dłużej. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że peleryna chroni go przed żarem. Pospiesznie zarzucił ją z powrotem na ramiona. Wyjął bidon i wysączył ostatnie krople płynu. Będzie musiał szybko znaleźć jakąś wodę.
Chcąc sobie dodać odwagi, dotknął litery M wyhaftowanej złotą nicią na pelerynie. Popatrzył w dal. Ledwie mógł dostrzec wysokie, zaostrzone na czubkach cienie, które sterczały z ziemi jak wypalone pnie drzew. Wolał wyrzucić z pamięci wspomnienie straszliwego, nieustającego wichru, od którego pochodziła nazwa tej równiny. Traciło się od niego zmysły.
Pochylił się i wziął do ręki garstkę jasnego piachu, który skrzypiał pod nogami. I wtedy, całkiem blisko, dostrzegł pierwszy ślad.
Był dużo większy niż jego własne ślady; widać było odciśniętą stopę - czy raczej łapę - zakończoną trzema ostrymi czubkami. Pazury? Serce zaczęło mu bić szybciej i mocniej, jak sygnał alarmowy dający znać o zbliżającym się zagrożeniu. Posunął się kilka kroków naprzód i znalazł kolejny ślad. Trzy metry dalej! Jakie rozmiary musiało mieć stworzenie, które robiło tak wielkie kroki? Może poruszało się biegiem?
Wyprostował się. Gdzieś daleko wśród podmuchów wiatru rozległ się przenikliwy dźwięk. Mimo upału poczuł dreszcze. Ten dźwięk przypominał wrzask zwierzęcia zwielokrotniony przez echo. W pierwszym odruchu chciał się cofnąć. Natychmiast jednak poczuł wyrzuty sumienia - pomyślał o ojcu, który w tej sytuacji na pewno by nie zrezygnował. Westchnął głęboko. Medykus powinien zawsze iść naprzód, bez względu na wszystko. Nikt nie musiał mu tego tłumaczyć, ani pan Brave, ani pani Withers. Nigdzie tego nie przeczytał. Po prostu wiedział, że tak trzeba, nie było innego wyjścia.
Znowu usłyszał ten dziwny hałas - głośniejszy i dużo bliższy. Uparcie posuwał się ku rzadkim zaroślom. Kiedy już mógł rozróżnić te dziwne czarne formy na horyzoncie, zatrzymał się. Podłoże drżało, jak gdyby ktoś walił w bęben - w dziesiątki bębnów. Popatrzył na ziemię: widział te same ślady otaczające go ze wszystkich stron, biegnące we wszystkich kierunkach. Rozejrzał się dookoła zaniepokojony. Zarośla były jedynym miejscem, gdzie mógłby się ukryć i obserwować okolicę. Zaczął biec. W całym ciele czuł wibrowanie ziemi. Ciemne pnie, gęsto rosnące obok siebie, były już tylko kilka kroków od niego. Kiedy do nich dotarł, ktoś go dogonił i runął na niego. Upadł i przeturlał się na bok. Wokół niego rozrastał się olbrzymi cień. Przetoczył się i leżał teraz na plecach. Pochylało się nad nim mnóstwo wielkich bezkształtnych bestii. Rozsunęły się i ukazał się wśród nich jakiś człowiek ubrany od stóp do głów na czarno. Tylko kołnierz lśnił czerwienią.
Był otoczony.
Starał się rozpoznać twarz Patologusa, patrzył jednak pod słońce i widział tylko zarys sylwetki. Dostrzegł mgłę wokół jego twarzy. Człowiek ten zniknął jednak po chwili, a wokół niego znowu tłoczyły się potwory. Jak się wydostać z tej matni? Jak się bronić? Przypomniał sobie swoją walkę z olbrzymią ośmiornicą w Zakazanym Tunelu, prowadzącym do Sanktuarium Wiedzy Medykusów. I broń, z jakiej wtedy skorzystał: Fiolka Hepatolii i niszczący wszystko Nektar! Zaczął nerwowo szperać pod peleryną, dotknął pierwszej sakiewki na Pasie Trofeów i stwierdził z przerażeniem, że była pusta. Jego pierwsze Trofeum, jego Fiolka - zniknęła...
Bestie otaczały go coraz ciaśniejszym kręgiem. Zamknął oczy, nie chciał patrzeć na ich potwornie skrzywione i zdeformowane pyski ani ociekające śliną kły. Nie chciał słyszeć ich ryków. Owinął się peleryną. Nie czuł już strachu, tylko obezwładniającą rozpacz. Tak bardzo chciał zdobyć - jedno po drugim - wszystkie Trofea, które uczyniłyby go prawdziwym Medykusem; tak bardzo pragnął zwrócić ojcu i całej rodzinie utracony honor, tymczasem przyjdzie mu zginąć na tej złowrogiej równinie. Umrze samotny pośród tych okrutnych bestii, powalony przez Patologusa... Tak marzył, że osiągnie w końcu swój cel... Poczuł, że płacze z wściekłości. Na zielonej tkaninie peleryny widział przez chwilę twarze matki i siostry.
Zacisnął dłoń na haftowanej złotem literze M, zdążył jeszcze dostrzec wyciągające się w jego stronę potworne szpony. Największy z potworów ruszył do ataku.
Limuzyna wydostała się z zakorkowanych ulic centrum miasta. Mężczyzna wygodnie rozparty na tylnym siedzeniu niecierpliwił się.
- Ależ ty się wleczesz! Nie możesz dodać trochę gazu? Chyba nie będziemy tak jechać do wieczora, co? Nie mam pojęcia, dlaczego właściwie przyjąłem cię do pracy, Silvio. Jesteś fatalnym szoferem... Następnym razem to ja usiądę za kierownicą, na pewno pójdzie dużo szybciej.
Silvio zerknął w lusterko: jego pasażer niemal leżał na siedzeniu. Każdego dnia z coraz większym trudem znosił jego skrzywioną twarz i agresywne spojrzenie. Był tylko szoferem, ale od samego początku gardził tym aroganckim facetem, który w jego oczach nie miał żadnej wartości. Jego pracodawca reprezentował ten rodzaj człowieka, który sądzi, że pieniądze otwierają wszystkie drzwi i pozwalają na wszystko, łącznie z brakiem szacunku. Nie miał jednak większego wyboru: - potrzebował tej pracy. Powściągnął złość, nie odezwał się ani słowem i przyspieszył nieco.
Samochód opuścił miasto i jechał jeszcze dobry kwadrans pustą drogą, wijącą się pośród pól, później przez las. W końcu dojechali do ogrodzenia jakiejś posiadłości. Poruszali się wzdłuż wysokiego i ciemnego, kamiennego muru, najeżonego sterczącymi, ostrymi kawałkami szkła z potłuczonych butelek, tak, by nikt nie mógł przejść górą. Samochód zatrzymał się przed bramą z kutego żelaza.
Facet z tylnego siedzenia otworzył drzwi samochodu wściekłym ruchem i wysiadł. Zapukał w szybę i Silvio otworzył ją, wlepiając wzrok prosto przed siebie.
- Zaczekaj na mnie tutaj - warknął jego szef. - Zrozumiałeś? Jeśli nie zastanę cię tu, kiedy wyjdę, będziesz mógł sobie poszukać innej roboty!
Silvio bez słowa nacisnął guzik i szyba się podniosła.
Człowiek na zewnątrz wymamrotał jeszcze jakieś groźby i zbliżył się do bramy. Zadzwonił i spojrzał w stronę kamery nad wejściem, która wydawała się go obserwować.
W domofonie zabrzmiał nosowy głos:
- Kto tam?
- Jestem umówiony z panem Wormem! - powiedział krótko człowiek przed bramą. - Proszę mi otworzyć.
Minęło kilka chwil, które okazały się dla niego zbyt długie, nacisnął więc znowu dzwonek. Jedno ze skrzydeł bramy uchyliło się, skrzypiąc. Mężczyzna odwrócił się i po raz ostatni spojrzał w kierunku szofera, potem zniknął za bramą.
Rozejrzał się dookoła: za plecami miał ten niezbyt przyjemnie wyglądający mur, przed nim zaś rozciągały się gęste zarośla o ciemnoczerwonych liściach. Ruszył naprzód wygracowaną alejką. Zauważył na niej ślady opon samochodowych i klął pod nosem:
- Do diabła, mógłby mnie tu wpuścić samochodem, pobrudzę buty i spodnie... Dałem fortunę za ten garnitur!
Pogładził z satysfakcją materiał i poszedł dalej.
Kiedy minął zagajnik, stanął zupełnie zaskoczony. Znajdował się kilka kilometrów za Pleasantville, tymczasem przed nim wyrastał z ziemi prawdziwy szkocki zamek, ozdobiony wieżyczkami, otoczony murem, zwieńczonym blankami, z wąskimi oknami w wyniosłych fasadach! Opowiadano mu wcześniej o "neogotyckiej siedzibie z czasów renesansu", ale ponieważ nie miał zielonego pojęcia, co to mogło oznaczać - i miał to w głębokim poważaniu - nie spodziewał się, że zobaczy ufortyfikowany zamek. W cieniu lasu, ciemny kamień elewacji porósł mchem, co sprawiało, że budowla wydawała się jeszcze bardziej ponura. Miał wrażenie, że noc zapada tutaj wcześniej niż w całej okolicy.
Wszedł ostrożnie po śliskich, kamiennych stopniach i zbliżył się do drzwi. Wziął do ręki żelazną kołatkę w kształcie dłoni i głośno zastukał kilka razy.
- Proszę zaczekać.
Podskoczył na dźwięk głosu chrypiącego w kolejnym domofonie. Był na siebie zły z tego powodu i miał nadzieję, że nikt inny nie zauważył tego na jakimś kontrolnym monitorze.
Niedługo później - czas ten dłużył mu się jak wieczność - drzwi uchyliły się automatycznie.
Wszedł do środka, drzwi za jego plecami zatrzasnęły się z głuchym hukiem i pogrążył się w ciemnościach ogromnego hallu. Światło dzienne z trudem przesączało się przez spływające z bardzo wysoka czarne portiery. Zrobił kilka kroków, które odbiły się głośnym echem na - oczywiście czarnym - marmurze posadzki. W tej ponurej siedzibie wszystko chyba było czarne. Przeszedł dalej, by dotrzeć do leżącego pośrodku pomieszczenia dywanu w kolorze ołowiu. Miał nadzieję, że na dywanie skórzane podeszwy jego szytych na miarę butów, z których był taki dumny, przestaną rozpaczliwie skrzypieć. Podniósł głowę - kasetonowy plafon pokryty srebrno-czarnymi malowidłami wydawał się niedosiężny. Tuż pod nim widać było biegnący wzdłuż ścian i nadający charakter całemu wnętrzu bogato rzeźbiony balkon, ozdobiony kolumnami z hebanu. Wydało mu się, że z tyłu, za kolumnami, dostrzega pojawiające się i znikające jak duchy cienie.
Dlaczego panuje tu taka cisza i takie ciemności?
Miał wrażenie, że znalazł się w kościele albo - jeszcze gorzej - w klasztorze. Oględnie mówiąc, mężczyzna nie był specjalnie religijny, ani zainteresowany medytacją. Kiedy tylko się wzbogacił, w pierwszym swoim odruchu starał się, żeby wszyscy to dostrzegli i o tym słyszeli. Zastanawiał się, dlaczego Worm nie mieszkał - podobnie jak on sam - w najlepszej dzielnicy miasta, Worm, który był właścicielem licznych zakładów chemicznych w Europie Wschodniej i z pewnością władał olbrzymią fortuną. Musiała być znacznie większa niż jego własny majątek. Pokręcił głową: co za marnotrawstwo, doprawdy... Nie ma najmniejszych wątpliwości, że on sam wiedziałby, jak wykorzystać taką kasę. Ten idiota mógłby sobie fundnąć najbardziej wypasioną chatę w mieście! - pomyślał.
W hallu panowała niezwykła cisza. Zdawało mu się, że słyszy swój własny oddech. Atmosfera nie była jednak szczególnie miła i przytulna, przeciwnie, wydawało się, że od dawna - ba! od zawsze - wisi tu w powietrzu coś ciężkiego.
W końcu jakiś dźwięk przerwał ciszę - był to szelest materiału, dochodził z góry.
Podniósł wzrok: jakaś kobieta w długiej sukni mijała kolejne kolumny na balkonie. Szła szybkim i lekkim krokiem. Cofnął się nieco, by lepiej się jej przyjrzeć. Widział jednak tylko połyskujący ciemny materiał i dłoń przesuwającą się po balustradzie.
- Hej tam, niech się pani zatrzyma na chwilę! - zawołał do niej, jakby zwracał się do handlarki ryb na targu przy Bond Street. Zapomniał, że był w tym domu gościem.
Kobieta szła dalej, wyprostowana jak świeca, zwolniła tylko trochę kroku i odwróciła głowę. Zagadnął ją znowu.
- Czy mogłaby pani zawołać pana Worma? Ja...
Nie skończył zdania. Kobieta przesunęła się do przodu na tyle, że jej twarz oświetlił nieśmiały promień światła, który przedostał się przez zamknięte okiennice. Zatkało go, kiedy ujrzał jej oczy - czarne, głębokie i wspaniałe. Było w tym spojrzeniu dużo wdzięku, ale i dużo smutku. Miały dziwnie lodowaty wyraz. Zupełnie jakby kobieta była częściowo martwa.
- Przepraszam bardzo - jąkał się. - Ja... byłem umówiony...
Stwierdził, że kobieta ma raczej młode rysy twarzy. Zauważył wysokie kości policzkowe i włosy upięte nisko na karku. Wydała mu się bardzo piękna, mimo że jej twarz także była zgaszona. Mężczyzna dostrzegał jednak tylko ładną kobietę, którą być może da się oczarować. Wypiął szeroki tors i posłał jej nieprzyzwoity uśmiech.
- Jeśli Worma nie ma w domu, może by go pani mogła zastąpić. Jestem pewien, że mielibyśmy sobie mnóstwo do powiedzenia.
- Pan Worm zaraz pana przyjmie.
Głos dochodził z tyłu. Odwrócił się gwałtownie: po środku hallu stała nieruchomo jakaś kobieta w fartuszku. Znowu spojrzał na balkon. Nie było tam już nikogo, kobieta zniknęła. Bezczelnym ruchem wyciągnął palec w kierunku kolumnady, za którą zniknęła podziwiana przez niego przed chwilą piękna nieznajoma.
- Co to za jedna?
Służąca stała sztywno i bez ruchu. Najchętniej bez cienia litości odprowadziłaby tego źle wychowanego człowieka do drzwi i wyprosiła go z domu. Niestety, gospodarz czekał na niego.
- Pan Worm nie ma żadnych gości! - powiedziała oschłym tonem.
Przez chwilę wpatrywał się jeszcze w balkon, potem zrezygnowany odwrócił się w stronę służącej.
- Dobrze, niech mnie pani prowadzi do szefa! - rzucił pogardliwym tonem.
Minęli drzwi i ruszyli na górę krętymi schodami, które znajdowały się w narożnej wieży. Weszli na trzecie piętro.
Kiedy szli korytarzem, mężczyzna ze złośliwą radością stukał obcasami po parkiecie. W końcu jego przewodniczka zatrzymała się przed wysokimi, lśniącymi drzwiami. Dyskretnie zapukała.
- Niech go pani wpuści! - powiedział ktoś po drugiej stronie.
Kobieta otworzyła drzwi i oddaliła się cichym krokiem, nie odzywając się już ani słowem do gościa.
Ten zaś wszedł do gabinetu, który wydawał się ciągnąć wzdłuż całej fasady zamku. Domyślać się tego można było jednak tylko z układu okien, zasłony były bowiem zaciągnięte i niczego nie można było dostrzec przez okna. Jedynym źródłem światła była lampka świecąca słabym blaskiem na biurku w głębi mrocznego pomieszczenia.
- Proszę usiąść! - powiedział ktoś lekko nosowym głosem.
- Gdzie pan się podziewa, Worm? Nic nie widzę w tej ciemnicy! Jak pan w ogóle może żyć tutaj i odwalać jakąkolwiek robotę? Niech pan tu trochę przewietrzy, stary, nie można tkwić w takim zamknięciu, zapleśnieje pan!...
Mężczyzna ruszył w kierunku pierwszego z brzegu okna i wyciągnął ręce, żeby odsunąć zasłony.
- Niech pan niczego nie dotyka. Proszę usiąść.
Worm wyłonił się z półcienia. Mimo braku dobrych manier, gość poczuł, że trzeba usłuchać. Bez dyskusji. Obserwował pana tego domu: w żółtawej poświacie lampy odcinał się wyraźnie jego ostry profil. Miał długi nos, będący przedłużeniem linii czoła, przymrużone oczy, rzadkie siwiejące włosy, które gdzie niegdzie zachowały jeszcze brązowawy odcień. Nosił marynarkę ze stójką. Fletcher Worm, członek RadyNajwyższej Medykusów, położył dłoń na biurku i gość był zaskoczony, widząc, jak bardzo przezroczysta była jego skóra. Można było dostrzec wszystkie żyłki na jego palcach.
Worm zasiadł za biurkiem w skórzanym fotelu z wysokim oparciem.
Jego gość usiadł na niższym siedzisku. Czyżby był to celowy zabieg, aby ktoś siedzący na tym miejscu poczuł od razu, że jest na słabszej pozycji? Chętnie podniósłby się z powrotem, by zdominować swoją masywną i silną sylwetką szczupłą postać Worma, ale nie odważył się tego zrobić. Członek Rady był ważną osobistością, a jego wpływy sięgały daleko poza granice miasta. Nadal jeszcze nie miał pojęcia, dlaczego został zaproszony na to spotkanie, był jednak przekonany, że może dużo zyskać, dogadując się z Wormem i mając jego poparcie. Mężczyzna wiedział dobrze, że biorąc pod uwagę jego wątpliwe interesy, każde wsparcie może się okazać cenne, zwłaszcza płynące ze strony Rady Najwyższej... Czekał, aż Worm zacznie rozmowę. Nie trwało to długo.
- Rozumiem dobrze pana reakcję - powiedział Worm. - Wszystko to musi się panu wydawać bardzo... smutne i ponure w porównaniu z pana pięknym domem.
Mężczyzna wyprostował się z dumą, nic nie sprawiało mu większej radości niż możliwość mówienia o sobie samym i przechwalanie się swoimi pieniędzmi.
- No, jeśli już o tym mowa, to faktycznie, mam niezły dom! Musi mnie pan kiedyś odwiedzić, pan i pańska piękna żona.
Na wzmiankę o żonie Worm na krótką chwilę zesztywniał, potem jednak znowu usiadł spokojnie.
- Ale uwaga! Będzie pan musiał zabrać ze sobą okulary słoneczne, bo u mnie jest inaczej, niż tutaj! - dodał, rozglądając się po pokoju. - Smutne obrazy, ponure dywany, bordowe aksamitne fotele, to nie w moim stylu, wie pan. U mnie wszystko jest na błysk!
Wybuchnął głośnym śmiechem, a Worm uśmiechnął się także przelotnie, zanim się znowu odezwał.
- Oczywiście. Wszystko na wielki błysk, tak jest. To musi być cudowna odmiana, dla takich ludzi, jak pan.
Musiało minąć kilka chwil, zanim jego rozmówca zauważył uszczypliwość.
- Za kogo się pan ma, Worm? - wrzasnął, prostując się. - Ludzie, tacy jak ja, jak pan mówi, mają prawie tyle samo kasy, co pan, zrozumiano?... Tyle tylko, że my nie tkwimy w ciemnym grobowcu, my umiemy korzystać z tych pieniędzy! U nas w domu jest więcej lamp niż ta biurkowa żarówczyna!...
Na twarzy Worma nadal widniał lekki uśmiech.
- Może i ma pan tyle samo pieniędzy, jednak nie zarobiliśmy ich w ten sam sposób, ot, cała różnica.
Mężczyzna skoczył na równe nogi i wyciągnął w stronę Worma zaciśniętą pięść.
- Worm, jeśli ściągnął mnie pan tutaj, żeby mnie obrażać, to...
- Niech pan się uspokoi! - uciął Worm. - Zupełnie mnie nie interesuje pochodzenie pańskiej fortuny. Jeśli mówię o różnicy, mam na myśli to, że nikt nie prowadzi śledztwa na temat pochodzenia moich pieniędzy, czego nie da się, niestety, powiedzieć o panu.
Mężczyzna oparł się obiema rękami o biurko i pochylił się w stronę Worma z groźnym, ale i jednocześnie zaniepokojonym wyrazem twarzy.
- Co pan sugeruje? Że toczy się jakieś śledztwo na mój temat? To groźba? Mam to gdzieś!...
- To nie jest groźba, tylko fakt, i nie powinien pan mieć tego gdzieś. Niebawem może się pan obudzić z ręką w nocniku. A ja sprowadziłem pana tutaj z przyjaźni i żeby pana ostrzec. Jest pan jednym z naszych, jeśli mnie pamięć nie myli. Mam kilku wysoko postawionych przyjaciół, którzy mnie ostrzegli, i przekazuję to panu. Może się pan uważać za szczęściarza.
Worm pozwolił, aby jego gość przetrawił tę wiadomość. Ten ostatni odwrócił się i obserwował przez chwilę tapety, boazerie i szwajcarski zegar, który tykał uparcie i równomiernie. Gabinet wydał mu się jeszcze bardziej przygnębiający niż w chwili, kiedy tu wchodził. Popatrzył na Worma.
- Czy to wszystko, co mi pan chciał powiedzieć?
- Nie - odparł Worm. - Mam panu więcej do zaoferowania, na mocy naszej przyjaźni i solidarności. Jeśli pan zechce, pomogę panu zrobić porządek z tymi plotkami i z ludźmi, którzy za bardzo wokół pana węszą. Mogę też zaproponować panu ochronę, jeśli ktoś pana zaatakuje.
Mężczyzna walnął mocno pięścią w biurko.
- Oto moja ochrona. Niech mi pan wierzy, nie potrzebuję żadnej innej. To zawsze świetnie działało.
Worm zareagował szybciej niż błysk gromu. Wyciągnął nagle rękę spod biurka, schwycił pięść gościa i ścisnął tak mocno, że ten ostatni krzyknął z bólu. Potem puścił, a mężczyzna cofnął się, zaskoczony. Nigdy nie spodziewałby się takiej siły po szczupłych palcach członka Rady Najwyższej, który musiał być przecież od niego starszy o jakieś trzydzieści lat.
- Widzi pan sam, jak jest - powiedział Worm. - To jednak nie zawsze działa. Tym bardziej w pańskiej sytuacji. Mają na pana dosyć materiałów, żeby wsadzić pana do więzienia na wiele lat.
Mężczyzna oddalił się nieco od biurka, nieufnie masując rękę. Miotała nim chęć zmiażdżenia starego piernika, zarazem jednak podejrzewał, że musi zachować ostrożność, skoro nie docenił jego siły fizycznej.
- Wobec tego w jaki sposób może mi pan pomóc?
- Jest pewien człowiek, który może pana z tego wydobyć jednym ruchem ręki.
Jednym ruchem ręki. Worm popatrzył na obolałą dłoń swojego rozmówcy i uśmiechnął się. Mężczyzna nie zrozumiał jednak subtelnej gry słów.
- W porządku, niech pan sobie ze mnie nie kpi, proszę mówić jaśniej!
- Brave! - rzucił krótko Fletcher Worm.
- Winston Brave? Wielki Mistrz? O nim mogę zapomnieć. Znam go, próbowałem się z nim umówić, żeby bronił mnie w... powiedzmy w innej sprawie, ale wypiął się na mnie.
- To najlepszy adwokat w mieście, potrzebuje pan kogoś takiego. Porozmawiam z nim, przypomnę mu, jakie łączą nas więzy. Nie odmówi pomocy zagrożonemu Medykusowi. Niezależnie od tego, kim jest ten Medykus! - dodał Worm, obrzucając wzrokiem stojącego przed nim mężczyznę.
Ten namyślał się przez kilka minut. W jego oczach zapłonęły złośliwe ogniki.
- No cóż, owszem, ma pan rację - może zrobi tę grzeczność innemu Medykusowi. To pozwoli naprawić nieco błędy, jakie popełnił.
Worm wyprostował się w fotelu i popatrzył na gościa pytająco. Ten wyjaśnił, co miał na myśli:
- Podobno zgodził się wziąć pod swoje skrzydła młodego Pilla. Zdaje pan sobie sprawę? Członka rodziny Pillów! A przecież to nazwisko zostało wytarte, a Trofea ojca zostały...
- Wiem! - uciął Worm.
- Mógłbym to wykorzystać, co? Nie będę o tym nikomu opowiadał, jeśli zgodzi się podjąć mojej obrony!
Worm zbył te słowa ruchem ręki.
- Wszyscy już o tym wiedzą. Winston Brave jest bardzo cenionym Wielkim Mistrzem, wszyscy darzą go zaufaniem i wierzą, że podejmuje słuszne decyzje.
Mężczyzna zachichotał i wyminął biurko, by zbliżyć się do Worma.
- "Bardzo ceniony Wielki Mistrz"... Widzę, że nie sprawia to panu przyjemności, co, Worm? Coś mi się widzi, że niechętnie pan to przyznaje.
Worm podniósł się wolno z miejsca, ale usiadł z powrotem.
- Jeśli o mnie chodzi, mam do niego całkowite zaufanie - powiedział, zachowując zimną krew. - I mam wrażenie, że on także mi ufa. Wiem, że jeśli pomówię z nim o pana sprawie, pomoże panu. Jest lojalny. Niech pan bierze z niego przykład, oszczędzi pan sobie wielu kłopotów. To tyle. Jeśli woli pan radzić sobie z tym problemem samodzielnie, nie będę pana dłużej zatrzymywał.
Worm ruszył ze swoim gościem w stronę drzwi. Mężczyzna chwycił go za ramię, cofnął jednak szybko rękę pod wpływem spojrzenia członka Rady.
- Zgoda, Worm - skapitulował. - Niech będzie. Czego pan chce w zamian? Bo rozumiem, że to jakaś wymiana, prawda? Pamięta pan chyba, że jest pan moim dłużnikiem? Zrobiłem panu pewną przysługę kilka lat temu... Czy muszę panu odświeżyć pamięć?
Worm poprawił sobie mankiety. Stał sztywno wyprostowany.
- Nic od pana nie chcę w zamian, przeciwnie, to nie koniec mojego wsparcia. Mam dla pana pewną propozycję.
Mężczyzna popatrzył na niego podejrzliwie.
- Chyba nie skorzystam z tego wsparcia. Nie mogę nadużywać pana grzeczności.
- Niech się pan nie obawia. Zresztą, nie chodzi tutaj o pana.
- To o kogo chodzi?
- Tym razem chcę pomóc pańskiemu dziecku.
- Mojemu dziecku? Ależ...
Worm podprowadził go z powrotem w stronę fotela.
- Ma pan jeszcze parę chwil? Mogę panu zaproponować coś do picia?
Kiedy w końcu otworzyły się drzwi i mężczyzna wyszedł z gabinetu, przepełniała go satysfakcja i zarazem wątpliwości.
- Kiedy?
- Jutro - odparł Fletcher Worm. - Im wcześniej, tym lepiej.
Mężczyzna zawahał się, a potem kiwnął głową.
- Nie jestem idiotą, Worm, a w każdym razie nie takim, za jakiego mnie pan ma. Nie jest pan instytucją charytatywną i podejrzewam, że pana propozycja nie jest wcale bezinteresowna. Zależy mi na moim chłopaku i może pan być pewien, że będę miał pana na oku.
- Proszę się nie obawiać, to może mu przynieść tylko korzyść.
- Ale uwaga! - przypomniał mężczyzna. - Coś za coś.
- Jutro pomówię o panu z Brave'em.
Gość miał już wyjść, cofnął się jednak w ostatniej chwili.
- Worm?
Członek Rady zasiadł już w swoim fotelu. Spojrzał tylko milcząco na mężczyznę. Ten uśmiechnął się jadowicie.
- Wyrazy szacunku dla pańskiej żony!
Oskar nagle się obudził. Rozejrzał się nieprzytomnie dookoła. Kilka dobrych chwil patrzył zaspany na oświetlone blaskiem księżyca plakaty, piłkę, kij bejsbolowy, biurko, krótko mówiąc - na własny pokój w małym domku przy Kildare Street, w dzielnicy Babylon Heights. W końcu zrozumiał, gdzie się znajduje. Jedyna równina wokół niego zasłana była kołdrą i prześcieradłem - siedział roztrzęsiony na łóżku. Rzucił okiem na budzik - była czwarta trzydzieści siedem rano.
Co za koszmar!
Zamknął oczy i opadł na poduszkę z westchnieniem ulgi. To był tylko zły sen. Żeby się upewnić, jednym susem wyskoczył z łóżka, pomijając drabinkę, i rzucił się w kierunku szafy, choć mógł obudzić matkę i siostrę śpiące na tym samym piętrze. Otworzył gwałtownie drzwi, odgarnął wieszaki z koszulkami i spodniami, pomacał w głębi - poczuł pod palcami aksamit peleryny. Pochylił się i sięgnął po kuferek stojący na najniższej półce. Zamknął szafę, sprawdził rzutem oka, czy drzwi do jego pokoju są na dobrze zamknięte, i otworzył kuferek.
Znowu westchnął - z ulgą, ale też z pewnym rozczarowaniem. Leżała tam Fiolka Hepatolii, jego Trofeum zdobyte w pierwszym Uniwersum ludzkiego ciała. Miał niezbity dowód, że wszystko, co przeżył przed chwilą, było tylko złym snem. Fiolka jednak wciąż wydawała się martwa, podobnie jak przez cały miniony rok: zwykły, kryształowy flakonik napełniony żółtawym płynem i tyle.
Pamiętał przecież doskonale, jak niezwykłym blaskiem lśniło jego Trofeum w pewnych okolicznościach i jak jego Pas Trofeów sam unosił się w powietrzu, owijając się wokół jego bioder. Od tamtej pory nigdy się to już nie wydarzyło. Mnóstwo razy usiłował ożywić swoją Fiolkę, brał ją do ręki, rozgrzewał, przemawiał do niej - wszystko na nic. To samo dotyczyło Pasa Trofeów, który spoczywał w głębi szafy, rozpaczliwie nieruchomy i bez życia.
Przemknęło mu przez głowę, że koszmar miał specjalne znaczenie, jakby ktoś dawał mu znak powrotu do życia: że wszystko, co łączyło go ze światem Medykusów, budzi się z długiego snu. I tym razem jednak czekały go jedynie głębokie rozczarowanie i przygniatająca obawa. Miał wrażenie, że odkąd rok temu pod koniec lata opuścił pospiesznie Cumides Circle, dom pana Brave'a, przestał być Medykusem.
Wspomnienie tego strasznego dnia - zwłaszcza informacji, które odkrył w Sanktuarium Wiedzy - dławiło go w gardle. Mimo że rozpacz już nieco zelżała, w sercu pozostał przygniatający ciężar. Nigdy nie uwierzył w to, co wtedy ujrzał i usłyszał. Jego ojciec z pewnością nie był zdrajcą na usługach Patologusów, osadzonym w ciemnej celi więziennej, gdzie później spotkała go śmierć. Wiele osób twierdziło, że był zupełnie inny - nie tylko, co zrozumiałe, jego matka, ale także obcy ludzie, godni najwyższego szacunku. Mówili, że Vitali Pill był wspaniałym Medykusem, który obezwładnił i osadził w więzieniu straszliwego wroga, Czarnego Księcia - przywódcę Patologusów. W oczach wszystkich - lub prawie wszystkich - jego ojciec był człowiekiem uczciwym i odważnym. Większość sądziła, że potraktowano go niesprawiedliwie. Nie, to niemożliwe, żeby ojciec był skazanym na potępienie zdrajcą!
Oskar określił wtedy swój cel. Chciał zdobyć wszystkie Trofea z pięciu Uniwersów, jedno po drugim, by zostać Medykusem godnym pamięci ojca. W ten sposób przywróciłby mu honor. Powziął takie postanowienie i nie zrezygnował z niego od czasu strasznego odkrycia w Sanktuarium. Wiedział, że może liczyć na wsparcie pani Withers, a być może także na pomoc pana Brave'a, Wielkiego Mistrza Medykusów.
Dlaczego jednak nie miał od nich żadnych wiadomości?... Dlaczego jego pierwsze Trofeum i pas nie dawały znaków życia? Od nieskończenie długich, nie do zniesienia długich trzynastu miesięcy trwała cisza. Nikt nie przesłał mu żadnej wiadomości, żadnego listu, nic. Wszystko wyparowało, rozwiało się jak dym, nie zostawiając śladu - poza starym skórzanym pasem z pięcioma sakiewkami i flakonikiem.
Oskar niechętnie wrócił do łóżka. Opadło nań zmęczenie ciężkie jak ołów. Zapadł w męczący sen.
Trzy godziny później głos matki wyrwał go z nocnych majaków.
- Oskar - powiedziała Celia, zaglądając przez uchylone drzwi - budzę cię już drugi raz. Za trzecim razem wrócę z trąbką i wiadrem wody...
Oskar uniósł głowę z poduszki. Wydawała się ważyć kilka ton. Wymamrotał kilka niezrozumiałych słów. Celia uśmiechnęła się, weszła do pokoju i odsunęła zasłony, wpuszczając jasne światło słoneczne kończącego się już lata. Cicho podeszła do łóżka. Patrzyła kochającym wzrokiem na śpiącego syna - trzynastolatka... Czasami bywał taki odpowiedzialny, udowodnił to już przecież nie raz, czasem zaś był wielkim dzieciakiem, którego trzeba było wyciągać z łóżka.
- Jeśli chcesz się spóźnić na rozpoczęcie roku szkolnego - powiedziała, targając jego rudą czuprynę - możesz poleżeć jeszcze kilka minut. A jeśli nie, musisz wstać, umyć się i zejść na śniadanie.
Oskar bez słowa usiadł na łóżku, przyszło mu to jednak z wielkim trudem. Rozpoczęcie roku szkolnego! To przecież już dzisiaj... Miał wrażenie, że lato minęło z szybkością światła, chociaż każdego dnia spodziewał się jakiegoś znaku ze strony Zakonu - bezskutecznie. W końcu wydobył z siebie głos.
- Już idę...
Celia wyszła z pokoju, Oskar zaś zsunął się z łóżka na podłogę. Nie miał zbyt wielkiej ochoty pójść do szkoły w Babylon Heights. Lubił nawet szkołę i kolegów - przynajmniej niektórych - nie zachwycała go jednak cała reszta, czyli to, co wiązało się ze szkolną dyscypliną. Sztywny rozkład zajęć, równe rzędy i przedmioty, które nudziły go niepomiernie, a których mimo wszystko musiał się uczyć. Zeszły rok niczego w tej kwestii nie zmienił - zasady i posłuszeństwo pasowały do niego jak pięść do nosa. Lato, wakacje i swoboda, z jakiej korzystał za pozwoleniem matki, wcale tego nie poprawiały.
Ruszył w stronę łazienki, powłócząc nogami, i wyszedł stamtąd kilka minut później, nieco odświeżony. Myśli układały mu się dużo składniej, ale obawy też były jasne. Świetnie pamiętał, czym grozi mu szkoła. Nie tylko dyscyplina, ale też ktoś dużo gorszy, o kim prawie zapomniał podczas wakacji: Ronan Moss, szkolny tyran, i jego banda. Oskar, inaczej niż pozostali uczniowie, nie bał się go, to jednak wcale nie ułatwiało sytuacji. Przeczuwał, że nigdy się z nimi nie dogada, ani z Mossem, ani też z nikim z jego klanu.
No może prawie z nikim. Była też przecież śliczna Tilla, która dobrze wiedziała, że jest śliczna. Kręciła się czasami w towarzystwie Mossa - a raczej to on kręcił się czasem wokół niej. Oskar miał się przed nią na baczności, a zarazem czuł, jak bardzo mu się podoba, co dodatkowo komplikowało sprawę.
Uciął te rozważania i szybko się ubrał. Zbiegł jak strzała po schodach i wpadł do kuchni, poprawiając koszulkę. Bez słowa usiadł za stołem i zabrał się do sznurowania trampek. Violette, która do tej pory z wielkim skupieniem obserwowała płatek zbożowy, wyrwała się z rozmarzenia. Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Oskar, przestań!
- Co mam przestać?
- Zawiązywać tak mocno sznurowadła! Uduszą się, biedactwa!
Oskar zajrzał pod stół: tenisówki Violette zostały starannie pozbawione sznurowadeł. Wyprostował się i popatrzył na nią przeciągle. Nie dało się ukryć, ciężko mu było nadążyć za szalonymi pomysłami siostry, która widocznie rozpoczęła walkę o prawa sznurowadeł... Właśnie wstawała i oczywiście natychmiast zgubiła jeden z butów. Jakby niczego nie zauważyła, otworzyła lodówkę i wyjęła z niej łyżeczkę. Wróciła na miejsce, zakładając po drodze porzucony but, ot tak, po czym usiadła przy stole.
Celia obserwowała tę scenę kątem oka. Od dawna już nie komentowała dziwnych zachowań córki.
- Kochanie, jeśli będziesz odkładać sztućce gdzie indziej niż zwykle, powiedz mi o tym, będzie mi łatwiej - poprosiła tylko.
Oskar zaś, inaczej niż mama, miał jeszcze nadzieję, że rozgryzie, jak funkcjonuje to zastanawiające urządzenie - jego siostra.
- Niby dlaczego właściwie trzymasz łyżeczkę w lodówce? - spytał chłopiec. - Boisz się, że się stopi? Że nagrzeje się od słońca, jeśli będzie leżała na stole?
Violette popatrzyła na niego w osłupieniu ślicznymi, fiołkowymi oczami, jakby nagle ujrzała zombie.
- Ależ zastanów się, łyżeczka jest przecież metalowa, nie może się stopić na słońcu.
Wymieniła spojrzenie z matką. Brat zaczynał ją poważnie niepokoić. Celia powstrzymała się, by nie wybuchnąć śmiechem, a Oskar potrząsnął głową: jego siostra była najdziwniejszą istotą na kuli ziemskiej, a do tego udało jej się zrobić z niego idiotę...
Celia rzuciła okiem na zegarek i pospiesznie dopiła kawę.
- No dobrze, synku, zapakuję ci kanapkę, zjesz w drodze, a teraz idźcie na górę po rzeczy i ruszamy. Nie, Violette, tym razem włóż łyżeczkę do zlewu, bardzo cię proszę, doskonale da sobie radę. W drogę!
Celia zostawiła dzieci pod szkolną bramą i pomknęła do pracy. Jej szef, niejaki Geldhof, chyba za krótko był na urlopie: odkąd tydzień temu wrócił z wakacji, był jeszcze bardziej nie do zniesienia niż zwykle. Nie mogła się spóźnić nawet minutę.
Violette poleciała jak motyl w kierunku szkolnego dziedzińca, starając się nie gubić tenisówek; Oskar z dużo mniejszym entuzjazmem ruszył w stronę grupy uczniów. Z daleka zauważył go chudy chłopak z włosami obciętymi na zapałkę i zawołał go:
- Oskar! Tu jesteśmy!
Jeremy O'Maley i jego brat Barth - starszy tylko o rok, ale wyższy o głowę i cięższy o dobre dziesięć kilo - przywitali Oskara z wielkim entuzjazmem.
- Zaczął się rok szkolny, a to znaczy, że interes znowu się rozkręci - cieszył się Jeremy, najlepszy i najbardziej obrotny biznesmen w całej szkole. - Mam całą masę pomysłów, musimy o tym pogadać, Oskar. Teraz na pewno dasz się namówić na spółkę z nami.
Ktoś się odezwał za ich plecami.
- Cześć, przyjaciele!
Oskar uśmiechnął się do bladego, jasnowłosego chłopaka, który do nich podszedł. Ayden Spencer wciąż jeszcze sprawiał wrażenie nieśmiałego i słabowitego. Wydawało się wręcz, że za chwilę się przewróci pod ciężarem zwykłego tornistra. Jednak rok temu on także odkrył, że podobnie jak Oskar, należy do tajnego Zakonu Medykusów. A potem w groźnych sytuacjach udowodnił kolegom, że stać go na odwagę i determinację. Oskar nie wiedział, gdzie i w jaki sposób Ayden spędził wakacje, wydawał się jednak znacznie bardziej pewny siebie.
- Cześć, Ayden! - rzucili chórem.
- Jak tam wasze wakacje?
- Było fantastycznie! - zawołał Jeremy. - W Bazarze mieliśmy mnóstwo towaru, a Barth miał pełne ręce roboty z dostarczaniem go do domów. Wpadaliśmy też od czasu do czasu na basen, znam dobrze ochroniarza, to mój sąsiad i pomagaliśmy mu opróżnić piwnicę, kiedy organizowaliśmy wyprzedaż w Babylon Heights, a do tego...
- Poprawka - przerwał mu Barth. - Ty robiłeś selekcję, a ja opróżniłem piwnicę.
- Oj tam, niech ci będzie, to szczegół - machnął ręką Jeremy, bagatelizując uwagę Bartha. - To jest właśnie praca zespołowa: ja myślę, a ty działasz. A ty, Oskar, byłeś gdzieś na wakacjach? - zmienił temat Jeremy. - Jakoś nie za często się spotykaliśmy.
Oskar już miał coś na to odpowiedzieć, kiedy usłyszeli kpiący głos.
- A gdzie miał wyjechać z matką i siostrą? Pewnie przez całe lato tańczył i bawił się lalkami!
Ronan Moss przepchnął się obok Aydena, żeby znaleźć się w ich kręgu. On także niespecjalnie się zmienił: ta sama kwadratowa sylwetka, agresywne zachowanie, to samo spojrzenie, ostre jak brzytwa. Miał tylko trochę więcej krost na twarzy. Stojące za nim dziewczyny zaczęły chichotać. Oskar rzucił wzrokiem dookoła i zacisnął pięści. Moss doprowadzał go do wściekłości nawet wtedy, kiedy milczał, a gdy się odzywał, było jeszcze gorzej.
- Normalka - ciągnął Moss ze śmiechem. - Ma same dziewczyny w domu. Racja, co, Pill? Ciągle nie masz ojca, prawda? No cóż, mam dla ciebie złą nowinę: już się raczej nie pojawi, nie żyje...
Oskar zrobił krok w jego stronę. W oczach Mossa pojawił się błysk: wydawało się, że cieszy się na myśl o bójce. W tym samym momencie Barth O'Maley podwinął rękawy i zbliżył się do Oskara. Moss skrzywił się: brat Jeremy'ego jako jedyny dorównywał mu siłą; nie lubił go prowokować. Otaczający go trzej kumple, nieciekawe gęby, także cofnęli się odruchowo.
Jeremy skorzystał z tej chwili wahania.
- Ty, jeśli chcesz być cały i zdrowy, znikaj stąd lepiej, inaczej wypuszczę na ciebie mojego ochroniarza - zagroził, klepiąc brata po imponujących muskułach.
- No, widzę, że tradycja przetrwała wakacje. Pięknie zaczynacie rok szkolny, brawo!...
Wszyscy dobrze znali ten surowy głos. Odwrócili się jednocześnie. Za nimi stał sztywno wyprostowany pan Pingwin w oficjalnym garniturze i niezgrabnych, prostokątnych okularach na nosie. Zbliżył się i obrzucił bacznym spojrzeniem Mossa, potem Oskara. Skrzyżował ręce za plecami.
- Mam dla was świetną wiadomość: w tym roku znowu jestem waszym wychowawcą! I w tym roku także będę was miał na oku - dodał z naciskiem, patrząc znacząco w stronę Mossa. - Dlatego radzę, żebyście szybko podjęli właściwą decyzję.
Moss wzruszył lekko ramionami i ulotnił się bez słowa wraz ze swoją bandą.
- A teraz, Oskarze - ciągnął nauczyciel łagodniejszym tonem - czeka cię największe wyzwanie dzisiejszego dnia. Musisz stanąć razem z kolegami w rzędzie i nie ruszać się, dopóki nie każę wam wejść do klasy.
Pan Pingwin rozpoczął pierwszą lekcję od długiej przemowy na temat koleżeństwa i szacunku dla innych osób.
- Wystarczy, że teraz zastosujecie te zasady we własnym życiu - zakończył, bez wiary we własne słowa.
Oskar odwrócił się dyskretnie. Moss patrzył na niego ze złośliwym błyskiem w oczach. Słowa wychowawcy spłynęły po nim jak woda po kaczce. Koleżeńska lojalność była niemożliwa w nowym roku szkolnym i Oskar wątpił, by kiedykolwiek miało się to zmienić.
Na szczęście lekcje upływały szybko jedna za drugą, a nowe zajęcia przyciągały uwagę. Oskar i jego przyjaciele szybko zapomnieli o obecności Mossa i jego kumpli w klasie. Kiedy po zakończeniu ostatniej lekcji odezwał się dzwonek, Oskar zdał sobie sprawę, że dzień minął mu niepostrzeżenie. Była czwarta po południu i przypomniał sobie, co zamierzał zrobić - teraz albo nigdy.
- Ej, no... Oskar, gdzie idziesz, zaczekaj! - zawołał Jeremy. - Gdzie się wybierasz? Jesteście wszyscy zaproszeni do Bazaru Jeremy'ego, żeby uczcić początek roku. Będzie jedzenie, pani Golino zrobiła pizzę!
- Postaram się później do was wpaść, ale teraz muszę... muszę koniecznie coś załatwić, mama mnie prosiła. Pożyczysz mi rower? Oddam potem.
- Dobra - zgodził się Jeremy, rzucając klucz do zabezpieczającej rower kłódki. - Ale pospiesz się i wpadnij zaraz do nas! Słuchaj, nie widzę nigdzie Aydena... A przecież był tutaj cały dzień, widziałem go jeszcze niedawno. Zniknął nie wiadomo kiedy...
Nachylił się w stronę Oskara i powiedział konspiracyjnie:
- Chyba nie wyciągnął swojej peleryny i nie przeniknął cichcem do czyjegoś organizmu, co? Z wami, Medykusami, tak bywa... Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, inaczej w mgnieniu oka zaczynacie spacerować po czyjejś wątrobie jak po górze albo nurkować w łodzi podwodnej w podziemnej arterii...
Oskar pospiesznie schował swoje rzeczy do tornistra. Miał do załatwienia coś bardzo ważnego, nie zamierzał przejmować się nieobecnością przyjaciela. Tym bardziej że rozmawiał z nim wcześniej. Ayden, podobnie, jak Oskar, od wielu miesięcy nie czuł swojej mocy.
Już wychodził z klasy, kiedy Barth złapał go za ramię i zaczął mówić, jąkając się lekko i przestępując z nogi na nogę:
- A czy... Violette też musi coś załatwić dla mamy? Czy może pójść z nami do Bazaru?
- Nie, Violette nie ma nic specjalnego w planach - zapewnił go Oskar, uśmiechając się lekko. - Idź i zaproś ją, uprzedzę mamę.
Barth uśmiechnął się także i szybko wyszedł z klasy. Oskar skorzystał z chwili nieuwagi Jeremy'ego, który rozśmieszał kilka dziewczyn, zapraszając je na imprezę. Wymknął się cichcem przez bramę prowadzącą na tyły szkoły. Zanim wyszedł, zauważył kątem oka Ronana Mossa stojącego w głębi dziedzińca. Tkwiły przed nim nieruchomo i nieco sztywno dwie dziewczynki, tak jakby on wydawał im jakieś rozkazy, a one słuchały w milczeniu. Oskar rozpoznał dwie młodsze siostry Mossa. Starsza z nich, Lorna, stała ze schyloną głową, poddając się w milczeniu poleceniom. Na moment uciekła spojrzeniem w bok i napotkała wzrok Oskara; potem kiwnęła głową. Młodsza, Carrie, nie miała szans, by sprzeciwić się bratu. Oskar stwierdził, że nie ma sensu dłużej im się przyglądać. Z pewnym trudem znalazł rower swego przyjaciela. Już na niego wsiadał, kiedy zatrzymał go czyjś głos.
- Jedziesz już, Oskarze?
Jeszcze zanim się odwrócił, serce zabiło mu nieco mocniej.
- Tak - odparł. - Trochę się spieszę...
Tilla przyglądała mu się dużymi, złocistymi oczami. Odgarnął nerwowo rudy kosmyk włosów i zauważył, że jej dwie koleżanki, Barbie Glaser i Eleanor Blayne, chichoczą z jakiegoś powodu za jej plecami. Barbie miała tak naprawdę na imię Reese, ale jej niezwykle jasne włosy, zawsze ufryzowane w nader skomplikowany sposób, przywodziły na myśl słynną lalkę i w końcu Jeremy nadał jej to przezwisko. "Pewnie ma także podobny poziom inteligencji" - twierdził. Tymczasem Eleanor naśladowała od rana do wieczora Tillę, przez co często przezywano ją Shadow1, ponieważ na ogół to wystarczało jej do szczęścia. Dzisiaj też była ubrana identycznie jak Tilla, ale kłopot polegał na tym, że nie wyglądała jak ona. Im usilniej próbowała się do niej upodobnić, tym bardziej podkreślała, jak bardzo się od niej różni.
- Ja też muszę już wracać do domu - powiedziała Tilla, bawiąc się kosmykiem włosów. - Możemy pójść razem, jeśli chcesz... - dorzuciła, patrząc znacząco na przyjaciółki.
Barbie stała bez ruchu, nie pojmując, o co chodzi. Tilla głośno westchnęła. Eleanor zrozumiała przekaz i pociągnęła Barbie za rękę.
- Chodź, Reese, musimy już iść.
- Ale dlaczego?
- Dlatego! - odparła z naciskiem Eleanor-Shadow. - Później ci wyjaśnię.
Oddaliły się. Oskar poczuł, że rumieni się jak piwonia. Z wielkim skupieniem przyglądał się rowerowej dętce.
- Wiesz... to znaczy... nie wracam jeszcze na Kildare Street.
Tilla wpatrywała się w niego przez chwilę. W końcu wzruszyła ramionami.
- Moss ma chyba rację: widocznie wolisz bawić się lalkami ze swoją siostrą! Cześć!
Wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem i odeszły. Oskar wsiadł na rower i pedałował najszybciej, jak tylko mógł, żeby już nie słyszeć tego śmiechu.
Zatrzymał się dopiero po kwadransie.
Zsiadł z roweru i prowadził go, idąc piękną ulicą wzdłuż parku. Wszystkie domy wyglądały tu bardzo zamożnie, jeden prezentował się lepiej od drugiego, Oskar jednak wypatrywał tego, który stał nieco dalej od ulicy. Zbliżył się do ogrodzenia z kutego żelaza; serce biło mu mocno. Pełen nadziei, przeczytał dwa słowa wygrawerowane na niewielkiej tabliczce:
Cumides Circle
Popatrzył na fasadę z jasnego piaskowca, podzieloną dużymi oknami. Okiennice były otwarte, ale w domu nie było widać najmniejszych oznak życia. Jedynie świeżo zagrabiona, wysypana białym żwirem ścieżka prowadząca do drzwi wejściowych świadczyła o tym, że ktoś stale dba o posesję. Czy surowy majordomus Bones chował się za jedną z portier? Czy Cherie kręci się nerwowo po kuchni? Dlaczego ani ona, ani jej mąż Jerry nie odpowiedzieli nigdy na jego listy i wezwania? Oskar zawahał się przez chwilę, a potem powtórzył to, co robił niemal codziennie od wielu miesięcy: wyciągnął spod koszulki łańcuszek z medalionem i przyłożył złocistą literę M do zamka w furtce.
Nic.
Nic się nie wydarzyło, tylko żelastwo skrzypnęło smętnie. Furtka nadal była zamknięta, mimo że przyłożył do niej swoją Literę. Rozczarowany pokręcił głową. Dlaczego myślał, że dziś będzie inaczej niż poprzednio? Może z powodu snu? Czy też dlatego, że wydawało mu się, że początek roku szkolnego oznacza nową epokę w jego życiu Medykusa? Westchnął ciężko, schował medalion i chciał już wsiąść na rower, kiedy poczuł, że ktoś delikatnie dotyka jego ramienia. Odwrócił się szybko: to była gałąź drzewa. Podniósł wzrok, pełen gorącej nadziei.
- Zizou! To ty! To naprawdę ty!
Gdyby tylko mógł przeskoczyć przez kratę, z pewnością uściskałby z całego serca gruby pień olbrzymiego dębu, który jakimś cudem znalazł się tuż przy furtce. Oskar poprosił dziwnego przyjaciela:
- Błagam cię, Zizou, pomóż mi wejść do ogrodu!
Drzewo jednak pogłaskało tylko lekko policzek chłopca i uniosło gałąź z powrotem.
- Nie, zaczekaj, wróć!
Na próżno. Zizou zniknął za domem Winstona Brave'a, Wielkiego Mistrza Medykusów, rozpływając się w bujnej zieleni ogrodu. I znowu nie było widać najmniejszego ruchu, jak gdyby posiadłość była kompletnie opuszczona.
Oskar pocieszał się myślą, że oto znowu ukazał się jego oczom jakiś element tajemnego świata Medykusów. Tak bardzo przecież czekał na tę chwilę! Nie było to może wiele, ale trochę go pocieszyło. Wszystko, co przeżył, nie mogło być jedynie odległym, mętnym wspomnieniem! Może niedługo pojawią się inne znaki?
Oddalił się nieco od ogrodzenia i już miał wsiąść na rower Jeremy'ego, kiedy poczuł, że coś ogrzewa mu serce. Najpierw było to tylko lekkie wrażenie ciepła, potem to coś rozgrzewało się coraz bardziej, aż wreszcie zaczęło niemal parzyć. Bez namysłu rzucił swoją torbę i odstawił rower, a potem nie zważając na to, że stoi na środku chodnika, podciągnął koszulkę. Jego medalion lśnił ognistym blaskiem. Oskar - uszczęśliwiony i zafascynowany tym widokiem - nie śmiał go wziąć do ręki, bo bał się, że może utracić swoją świeżo odzyskaną moc. Podniósł wzrok i spojrzał na okna na pierwszym piętrze: wydawało mu się, że zobaczył tam jakiś drobny ruch, ale potem już nic. Popatrzył na złotą literę M. Minęło zaledwie kilka sekund, a znowu wyglądała normalnie.
Oskar uśmiechnął się. Wskoczył na rower i ruszył jak wiatr w stronę Babylon Heights.
Oskar starał się jak najprędzej dotrzeć do Jeremy'ego, licząc po cichu na to, że został tam choćby jeden kawałek smakowitej pizzy pani Golino. Nie zawiódł się. Jeremy zorganizował Bazar w piwnicy domu rodzinnego, który stał nieco dalej na ich wspólnej ulicy. Impreza właśnie rozkręciła się na dobre. Niezliczona gromada dzieci zaśmiewała się do rozpuku, jedząc i pijąc, a także kupując niezliczone gadżety, które Jeremy wynajdywał w ich dzielnicy i nie tylko. Violette, która właśnie wymyśliła sobie, że nie musi już nic pić, właśnie wygłaszała improwizowany wykład na ten temat:
- ... i rozumiecie, jeśli wrośniemy obiema stopami w ziemię jak kwiaty, nie będziemy już musieli pić wody i będziemy mieli śliczne, kolorowe twarze!
Dookoła niej stało kilkoro dzieci patrzących na nią bez słowa. Tylko Carrie Moss, której nie brakowało charakteru, postanowiła drążyć dalej temat.
- Ale jak to? Myślisz może, że z twoich pięt wyrosną korzenie?
Violette kiwnęła głową, uśmiechając się szeroko.
- W każdym razie wszyscy ci, którzy chcieliby sprawdzić, czy to możliwe - zaproponowała - mogą wpaść jutro do mojego ogrodu. Jutro jest sobota, będziemy mieli mnóstwo czasu. Przyjdźcie na bosaka!
Wszyscy zaczęli zerkać na boki z zażenowaniem. Tylko Barth się odezwał:
- Jeśli chcesz, to ja mogę wpaść i sprawdzić...
Carrie wzruszyła ramionami.
- Wiesz co, Violette? Nie wiem, czy naprawdę jesteś kwiatkiem, ale zdecydowanie masz nie po kolei tam, w środku! - powiedziała, wskazując palcem rudą główkę dziewczynki.
Oskar, który często źle znosił szalone pomysły siostry, trzymał się z boku. Zobaczył Jeremy'ego.
- Co tutaj robi siostra Mossa? - spytał nieufnie młody Medykus.
- Bez obaw, Mossowie nie zostali wcale naszymi najbliższymi przyjaciółmi. Po prostu siostry Ronana są całkiem do rzeczy, a Carrie jest koleżanką mojej kuzynki. Carrie ma dziesięć lat, ale kiedy się odezwie, wydaje się, że ma co najmniej piętnaście! Słyszałem, że zwróciła uwagę profesorowi Pingwinowi, wyobrażasz to sobie? Eleanor Blayne mi opowiadała. Podobno całkiem zapomniał języka w gębie...
- Moss pozwolił młodszej siostrze przyjść tutaj?
- Nie, ale ona ma to gdzieś. Za to Lorna boi się sprzeciwić bratu, spuszcza przy nim wzrok, jakby zaraz miał jej uciąć głowę...
- Wiesz, w pewnym sensie ma rację... - zauważył Oskar.
- Podobno zadręcza te biedaczki. Naśladuje zresztą ojca. Jasne, że zabronił im tu przychodzić. Ale Carrie, dwa lata młodsza od siostry, nie daje sobie w kaszę dmuchać! Coś czuję, że dzisiaj w domu Mossów będzie niezła awantura!
Oskar spojrzał na zegarek: była siódma wieczorem! Nagle zdał sobie sprawę, że nie uprzedził mamy o imprezie u Jeremy'ego. Pewnie umiera teraz z niepokoju. Skrzywił się. Nie tylko u Mossów będzie dziś wieczorem awantura... Ruszył pospiesznie w stronę Violette. Przeszkodził jej wzrastać korzeniami w ziemię i pociągnął ją w stronę wyjścia.
- Ale... Oskar, zaczekaj, muszę im jeszcze pokazać, jak się podlewa stopy!
- Do jutra, spotkamy się w parku! - krzyknął w stronę braci O'Maley, nie zadając sobie trudu, żeby odpowiedzieć siostrze.
Wracali pod numer 6897 przy Kildare Street z duszą na ramieniu. W małym domku panowała absolutna cisza, która nie wróżyła nic dobrego.
- Zapraszam was na rozmowę, NA-TYCH-MIAST. Obydwoje.
Popatrzyli na siebie i Violette schowała się odruchowo za plecami brata, chociaż była nieco wyższa. Ruszyli w stronę kuchni, skąd dobiegał głos mamy.
Celia siedziała na krześle z głową podpartą rękami. Nie zdążyła się nawet przebrać, nadal miała na sobie kostium, który nosiła do pracy, i buty na wysokich obcasach. Westchnęła głęboko i odrzuciła na plecy długie, czarne włosy, po czym podniosła się z miejsca i stanęła naprzeciwko dzieci.
- Dziękuję wam, kochani, naprawdę - wielkie dzięki. Potwornie się nudzę w życiu, wszystko jest zbyt proste i zbyt łatwe, brak mi kłopotów, a przecież nigdy nie zdarza mi się o was martwić, dlatego dziękuję wam serdecznie, że zniknęliście, nie uprzedzając mnie o tym. Dzięki temu miałam zajęcie, postawiłam na nogi całą dzielnicę. Wróciliście odrobinę za wcześnie: właśnie miałam dzwonić na policję.
- Mamo... - spróbował coś powiedzieć Oskar. - Ja...
- Nie odzywaj się. Owszem, chciałabym się dowiedzieć, gdzie byliście, ale za bardzo się o was bałam, nie mam siły słuchać żadnych wyjaśnień. Chyba lepiej będzie, jeśli najpierw choć trochę się uspokoję.
Celia rzadko się unosiła. A jeśli już się tak działo, nigdy nie krzyczała. Kiedy była zła lub niespokojna, mówiła bardzo cicho, całą resztę wyrażały jednak bardzo czytelnie jej oczy - te same śliczne, fiołkowe oczy, które odziedziczyła po niej Violette. Tego wieczoru Oskar widział w nich jednocześnie złość i strach.
Celia wstała, dzieci zaledwie odważyły się spojrzeć na piękną, zmęczoną twarz matki. Podniosła trzęsącą ręką swoją komórkę i wybrała z pamięci jakiś numer.
- Wszystko w porządku, już są w domu. Dzięki... Jeśli chcesz... Dobrze. Czekam.
Po tych słowach skończyła rozmowę. Ruszyła w stronę drzwi i powiedziała jeszcze, nie odwracając się w ich stronę:
- Kiedy już do was dotrze, że nie jesteście na świecie sami i że są tu ludzie, którzy przejmują się waszym losem, wpadnijcie do państwa Golino, do państwa Orfanoudakis, do Specjałów z Delhi i do pana Tina i powiedzcie im, że wszystko z wami w porządku. Niepokoją się i czekają na tę wiadomość.
U stóp schodów Celia poczuła lekkie zawroty głowy i zatrzymała się na moment. Położyła rękę na poręczy i zamknęła oczy. Gdy już minął straszny lęk o dzieci, które nie wróciły o normalnej porze do domu, i kiedy odpłynęły najczarniejsze myśli, miała wielką ochotę głośno się rozpłakać. Powstrzymała się jednak. Na szczęście przez cały czas słyszała cichy, pocieszający ją głos w głębi duszy. Świetnie znała ten głos i nigdy go nie zapomni. Podobnie jak w wielu innych stresujących sytuacjach, przed jej oczami zjawiła się kojąca twarz męża, który wydawał jej się bardziej żywy niż kiedykolwiek - mimo że minęło trzynaście lat od jego śmierci. Dzięki temu przez cały czas miała nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Czy jako matka mogła stracić zimną krew? Czy mogła się załamać? Nie, z pewnością nie chciała być taka wobec dzieci. Niech zauważą, że jest zła, ale też - że umie zapanować nad złością bez krzyku, a zwłaszcza bez łez. Chciała, żeby zrozumiały konsekwencje swojego zachowania. Otrząsnęła się i poszła na górę do swojego pokoju.
Oskar odwrócił się ku siostrze, szukając wsparcia. Chciał z kimś podzielić poczucie winy. Odbił się jednak od ściany: Violette, która nie była w stanie znieść czyjegokolwiek bólu, zamknęła się w sobie, nucąc jakąś nieznaną piosenkę i wpatrując się nieruchomo w pas kafelków nad zlewozmywakiem.
Westchnął i postanowił od razu zastosować się do prośby matki. Otworzył drzwi, zszedł po kilku schodkach wiodących w stronę furtki i... zatrzymał się jak wryty.
Przed nim stał człowiek, który był dla niego uosobieniem niewiarygodnej tępoty, ociężałości i pretensjonalnych manier: Barry Huxley. Jego największą wadą było to, że krążył bezwstydnie wokół Celii. Co gorsza Oskar podejrzewał, że matka potraktowała go łaskawie i że został jej facetem.
Oskar wychylił się nieco - Barry zaparkował swój wóz niemal na środku ulicy, tak żeby każdy mógł go podziwiać: kabriolet w odlotowym, sportowym wydaniu, z możliwie największą ilością dających po oczach chromów i spojlerów. Gdyby to było możliwe, Barry zainstalowałby sobie automatyczny alarm zwracający uwagę na jego samochód nawet wtedy, kiedy nie siedział za kierownicą.
Mężczyzna pochylił się nad Oskarem z wysokości metra dziewięćdziesięciu i złapał go w niedźwiedzi uścisk.
- No i co powiesz? - spytał, trącając go tak, jakby potrząsał drzewkiem owocowym. - Napędzamy mamie stracha, co? Chodzimy na wagary? Całe szczęście, że wasza matka może na mnie liczyć, kiedy dzieje się coś złego, co nie? Od razu do mnie zadzwoniła i przeczesałem całą dzielnicę samochodem, szukając was. Wiedziałem, że cię znajdę.
Oskar wyrwał się z nachalnego uścisku.
- Chyba nie zauważyłeś, jesteśmy już w domu i wcale nas nie znalazłeś, sami wróciliśmy! Mama dzwoniła do ciebie, żeby ci o tym powiedzieć.
Barry wziął się pod boki i zmierzył chłopca wzrokiem od stóp do głów.
- Dobra, powiedz lepiej, gdzie byłeś, rudzielcu? No? Na pewno prowadzałeś się z jakąś panienką, co nie? - zasugerował i puścił do chłopca oko, starając się wprowadzić kumpelski nastrój. - Dalej, przyznaj się, dla nas facetów to normalka...
Wybuchnął głośnym śmiechem, który w żaden sposób nie okazał się zaraźliwy. Oskarowi wcale nie było do śmiechu, najchętniej kopnąłby go w goleń. Nie zamierzał zwierzać się temu typowi. Przezywali go z Violette Panem Co Nie. Każde "Co nie?", którym okraszał swoje wypowiedzi, budziło w chłopcu bezsilną wściekłość.
- Nie - odparł szybko. - Miałem coś lepszego do roboty, ale to cię nie powinno interesować.
- Miałeś coś lepszego do roboty niż zabawa z panienkami? Masz przecież trzynaście lat, co nie... ? W twoim wieku nie ma nic lepszego do roboty! Tylko zabawa z panienkami, co nie?
Oskar pogardliwie pokręcił głową. Może i nie był całkiem obojętny na wdzięki dziewczyn - a przynajmniej jednej z nich - ale na szczęście miał też inne sprawy na głowie. Choćby kwestie związane z Zakonem Medykusów. Barry był ostatnim człowiekiem, z którym miałby ochotę o tym porozmawiać. I nie był zaskoczony, że dla tego tępaka priorytetem były panienki.
- Ludzie pozbawieni mózgu może i nie mają nic lepszego do roboty - odpalił bez namysłu. - Zajęci są zakładaniem czapek bejsbolowych tył na przód i szpanerskimi samochodami.
Barry nagle przestał się uśmiechać, zmienił się na twarzy. Oskar zrozumiał, że celnie trafił, i był z siebie nawet zadowolony. Głos matki, który rozległ się za jego plecami, przywołał go do porządku.
- Oskar, co tam robisz? - spytała Celia, stojąc na progu domu. - Wracaj w tej chwili do środka!
Orientowała się w przepychankach pomiędzy Oskarem a Barrym i wolała, żeby nie przebywali ze sobą zbyt długo sam na sam.
To było jednak silniejsze od niego. Oskar wybiegł szybko na ulicę.
- Powiem sąsiadom, że nic się nie stało, i zaraz wracam! - zawołał w stronę matki, udając, że nie słyszy jej krzyków.
Odwiedził zaprzyjaźnione domy i wszędzie przepraszał za zmartwienie, którego był źródłem. Wiedział doskonale, że mieszkańcy Kildare Street byli jak wielka rodzina i wszystkie dzieci traktowane były trochę jak wspólne dobro. Po śmierci taty on i Violette traktowani byli w specjalny, uważny sposób. Sąsiedzi musieli naprawdę mocno się o nich martwić i Oskarowi zależało na tym, żeby ich wszystkich uspokoić.
Z największą chęcią spędziłby wieczór u O'Maleyów, co proponowali mu zarówno Jeremy, Barth, jak i ich rodzice, którzy zapraszali go na kolację. Mógłby zająć się czymkolwiek, byleby tylko nikt nie zmuszał go do spędzenia choćby kilku chwil z Panem Co Nie. Mama jednak nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby uciekł tego wieczoru z domu. Martwiło ją, że nie lubił Barry'ego Huxleya. Nie mógł się zmusić do przyjaźni ani podziwu dla tego człowieka, ale dzisiaj musiał się postarać. Wrócił do domu z duszą na ramieniu.
Przyszedł w samą porę, by usiąść do stołu. Barry nalegał, żeby usiadł koło niego. Matka kątem oka obserwowała jego reakcję, nie mógł się zatem sprzeciwić. Pan Co Nie miał chyba pamięć krótką jak kanarek - jakby zapomniał, co Oskar powiedział pół godziny wcześniej. Wcisnął chłopcu na głowę swoją czapkę bejsbolową. Oskar powstrzymał odruchową chęć zerwania jej natychmiast z głowy. Violette, która wróciła właśnie na ziemię po długiej podróży do innego, niedostępnego innym wymiaru, obserwowała go teraz ze zdumieniem.
- Od kiedy zacząłeś nosić taką czapkę?
Potrząsnęła głową nieco skrzywiona.
- Nie, ściągnij ją, proszę. Nie pasuje ci, wyglądasz jakoś mniej inteligentnie, zupełnie jak... jak...
Jej spojrzenie spoczęło na Barrym, jakby wcześniej nie zdawała sobie sprawy z jego obecności i dopiero co go zauważyła.
- No więc... zupełnie jak on.
Oskar nie wierzył własnym uszom. Miał straszną ochotę się roześmiać, a zarazem miał wrażenie, że Violette na dobre zwariowała. Celia potrząsnęła córką.
- Violette, nie zachowuj się, jak ktoś źle wychowany!
Zaskoczona dziewczynka wyciągnęła rękę i dotknęła owłosionego ramienia Barry'ego czubkiem palca wskazującego.
- No nie, to prawdziwy Barry?
Odwróciła się w stronę brata, było jej bardzo przykro.
- Pomyśleć, że przed chwilą wytarłam go z pamięci! - powiedziała najzupełniej poważnie. - Widać nie do końca to jeszcze dopracowałam.
W odpowiedzi Oskar wybuchnął gromkim śmiechem. Fakt, jego siostra czasem doprowadzała go do szaleństwa, ale w takich sytuacjach jak ta czuł, że ją po prostu uwielbia.
Celia zdenerwowała się.
- Macie się natychmiast uspokoić, oboje! Co się z wami dzisiaj dzieje? Oszaleliście czy co?
Oskar miał zamiar coś powiedzieć, ale matka przerwała mu w pół słowa.
- Ani słowa więcej! Rozumiesz czy nie?
Barry rozparł się zadowolony na krześle.
- Mówiłem ci już tyle razy, Celia, że pozwalasz im na zbyt wiele. Widzisz, jak tylko trochę przykręcisz śrubę, od razu wszystko lepiej działa...
Celia nic na to nie odpowiedziała. Barry potraktował to jak zachętę i ciągnął dalej.
- Przy tej okazji mogłabyś im od razu powiedzieć o naszych planach...
Spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem.
- Słuchaj, chciałabym sama decydować, kiedy powiem o tym moim dzieciom i...
- Robisz za dużo zamieszania w tej sprawie, zupełnie bez sensu - skwitował Barry, nie dając jej dokończyć zdania.
Oskar wstrzymał oddech. Mieli jakieś "plany"? Mama i ten tam?... Przez chwilę miał najgorsze podejrzenia, wolał jednak odsunąć je od siebie. Barry zwrócił się w stronę dzieci.
- Wasza mama i ja, my...
- Barry, pozwól, że ja to zrobię - powiedziała Celia.
Pan Co Nie westchnął głęboko i zaczął sobie oglądać paznokcie. Celia wpatrzyła się w swój talerz i odezwała się do dzieci:
- Barry był tak miły i zaproponował mi... eee...
Oskar nie wytrzymał dłużej.
- Co takiego ci zaproponował?!
Krzyknął tak głośno, że Violette podskoczyła na miejscu.
- Wie doskonale, że ciężko pracuję, a to lato z panem Geldhofem było trudne do zniesienia - wyjaśniła Celia. - Zaproponował więc, żebyśmy wyjechali gdzieś na kilka dni, abym mogła choć trochę odpocząć.
Oskarowi wyrwało się głośne westchnienie ulgi. Natychmiast jednak wyobraził sobie, że mama i Barry wyjadą gdzieś jak dwoje zakochanych (ciężko mu było nawet pomyśleć o tym słowie, a co dopiero je wymówić) i ta myśl wydała mu się nie do zniesienia.
Ku zaskoczeniu wszystkich pierwsza zareagowała Violette. Podskoczyła na swoim krześle i rzuciła się w stronę matki.
- Mamo, pojedziecie samochodem Barry'ego?
Celię zaniepokoił dziwny wygląd córki. Odpowiedziała nieskładnie:
- Jeszcze nie podjęliśmy decyzji, najpierw muszę się upewnić, czy pani Orfanoudakis lub państwo O'Maley mogą wziąć was na trochę do siebie, żebyście czuli się dobrze i żeby to nie było dla was wielkim wyrzeczeniem...
- Co ty kombinujesz? - wtrącił się Barry. - Dlaczego dla twoich dzieciaków to miałoby być jakieś wyrzeczenie?
- Mamo - powtórzyła Violette. - Czy pojedziecie jego samochodem?
- Ależ tak - odpowiedział Barry, nie czekając na reakcję Celii. - To przecież superbryka, co nie?... - dodał, dumny, jak paw.
Violette ścisnęła dłonie matki.
- Ależ mamo, nie możesz tak jechać! Ten samochód nie ma dachu!
- Kochanie, co ty znowu wymyśliłaś?!
- Kiedy masz jakieś zmartwienia - ciągnęła Violette - albo kiedy brakuje nam pieniędzy, mawiasz zawsze: "To nic, dzieci, najważniejsza rzecz w życiu to mieć dach nad głową!". A samochód Pana Co Nie...
- Czyj samochód? - przerwał jej Barry.
- ... nie ma dachu! - dokończyła Violette, bardzo zmartwiona.
Celia przymknęła oczy.
- Ależ to tylko takie powiedzenie, Violette... To ma znaczyć, że masz dom, schronienie, rozumiesz? Nie udawaj dziecka, bardzo cię proszę!
Violette odwróciła się w stronę Barry'ego i przyglądała mu się z wielką uwagą.
- Popatrz tylko: on ma pusto w głowie, jest jak ten jego samochód, brak mu dachu nad głową, to dlatego. Z nim nigdy nie znajdziesz bezpiecznego schronienia. Nigdy - dodała ciszej.
Nie czekając na odpowiedź, Violette wybiegła z kuchni. Oskar cały się gotował, jednak - zupełnie wyjątkowo - nie miał pojęcia, co powiedzieć i jak sprzeciwić się wyjazdowi mamy z tym tępakiem, którego teraz po prostu nienawidził. Zanim się odezwał, Celia próbowała przemówić mu do rozsądku:
- Słuchaj, przecież tu nie chodzi o karę dla was, Barry chce mi po prostu sprawić przyjemność i...
- Ale my już zostaliśmy ukarani jego obecnością! - powiedział Oskar, wskazując ruchem głowy Barry'ego.
Celia nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo w tej samej chwili do kuchni wpadła Violette. Podbiegła do Barry'ego, podniosła rękę z gumką i zaczęła energicznie pocierać jego skórę.
- Hej, co ty wyprawiasz? Wyrywasz mi włoski!
- O nie! - jęknęła Violette, straszliwie rozczarowana. - Znowu mi nie wyszło, on tu ciągle jeszcze jest!
Nie bardzo wiedziała, co począć, stała przed Barrym, wykonując nieskoordynowane ruchy rękami.
Celia miotała się między nimi ze łzami w oczach.
- Jesteście złośliwi i przynosicie mi wstyd! - powiedziała roztrzęsionym głosem.
Oskar spojrzał na Barry'ego ze złością. To z jego powodu mama powiedziała o nich coś, czego nigdy wcześniej nie słyszeli.
Wstał i w milczeniu wyszedł z kuchni, a za nim siostra.
Długą chwilę siedział na podłodze w swoim pokoju, kopiąc futbolówkę. Kiedy już miał dosyć rzucania w myślach gromów na matkę i na tego kretyna, wstał i wyszedł na korytarz. Wolał przejść się jeszcze trochę po ulicy niż natknąć się znowu gdzieś w domu na Barry'ego Huxleya. Było jeszcze jasno, a Celia pozwoliła im wychodzić z domu wieczorem. Wiedziała dobrze, że w okolicy nic im nie grozi.
Przechylił się przez poręcz i sprawdził, czy droga jest wolna. Już miał zejść na dół, zmienił jednak zdanie i zajrzał do pokoju Violette. Serce mu się ścisnęło i zmienił plany. Przeszła mu chęć, żeby wyjść na dwór.
Wszedł do jej pokoju, zamknął bezszelestnie drzwi i usiadł blisko niej, na łóżku.
- Violette! - powiedział, jak gdyby przywoływał ją z jakiejś odległej planety.
Violette siedziała nieruchomo na łóżku z założonymi rękami, wpatrzona w okno i dalej, w czerwieniejące niebo. Jej twarz otaczała gumka, która przytrzymywała otwartą książkę pełniącą funkcję nakrycia głowy. W sumie wyglądało to dość zabawnie i Oskar się uśmiechnął. Violette odwróciła się ku niemu i także uśmiechnęła się do niego, co nieco rozpogodziło jej smutną twarz.
- Masz rację - powiedział Oskar, patrząc na książkę, rozłożoną na jej głowie. - Dzięki temu zawsze masz jakiś dach nad głową.
Siostra zdjęła gumkę z głowy i pochyliła się w jego stronę.
- Chcesz się tutaj schronić razem ze mną?
Oskar zawahał się przez chwilę, wzruszył ramionami, w końcu przysunął głowę do ucha Violette.
- Niech będzie! - powiedział, chowając się pod daszek z książki. - Pobędziemy tutaj razem.