1
Rozległo się pukanie do drzwi. Dwa szybkie, nerwowe uderzenia. Matka po kolei spojrzała nam w oczy: ojcu, mojej siostrze, a na końcu mnie, jakby prosiła o pomoc. Nie wiedziała, w jakim języku odpowiedzieć. Ojciec się uśmiechnął, myślę, że szukał właściwego słowa; zakładam, że chciał powiedzieć coś w jidysz, ale wstrzymał się, jakby wyczuł, że ten język nie pasuje do miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Moja siostra otworzyła usta, a następnie zacisnęła wargi, jakby oniemiała. Ja już miałem powiedzieć po angielsku: "Come in", proszę wejść, ale milczałem.
Wtedy moja matka powiedziała po polsku: "Proszę".
Klamka z taniego jasnoszarego metalu drgnęła. Pomalowane na biało drzwi zaczęły się uchylać niczym wolno odsłaniająca się kurtyna, tak jakby osoba, która naciskała klamkę i mocą napiętej ręki jednocześnie pchała ją i przytrzymywała, chciała wywołać efekt zaskoczenia, ale też nie mogła się doczekać, żeby wejść do tego, co przed dziesięcioma minutami stało się naszym domem.
Może powinienem był zacząć tę swoją opowieść o Izraelu i Jerozolimie - o Jerozolimie prawdziwej i Jerozolimach wyobrażonych, wyśnionych - od historii, która wydarzyła się kilka godzin wcześniej. Oto ona.
Tego ranka przed budynek, w którym mieszkała ciocia Itka, siostra mojej matki, dwa kroki od dworca autobusowego w Tel Awiwie, podjechała furgonetka. Matka i siostra, żeńska część naszej rodziny, usadowiły się obok kierowcy. Ja z tatą i czterema walizkami, całym naszym dobytkiem, wsiedliśmy do tyłu. Rozpierała mnie ciekawość, może wręcz euforia. Czułem, że zaczyna się nowe życie - w miejscu, w którym zawsze będę u siebie, w ojczyźnie. Siedzenia z tyłu furgonetki były drewniane. Ruszyliśmy.
Po paru minutach wyjechaliśmy z miasta. Patrzyłem na ojca siedzącego naprzeciwko mnie i mocno trzymającego się oparcia. Ja także siedziałem w taki sposób, żeby nie stracić równowagi i nie spaść - cała powierzchnia pośladków przylegała do ławki, ręce zaciskały się na burcie samochodu, wzrok kierował się na zewnątrz, a oczy były pełne chęci, by nauczyć się na pamięć nowego krajobrazu, krajobrazu ojczyzny. Tata patrzył na mnie i się uśmiechał. W jego spojrzeniu była czułość, jakiej nie widziałem od lat, jakby tym spojrzeniem chciał mi powiedzieć, że mój entuzjazm przywraca mu młodość, jego niegdysiejsze nadzieje. Albo po prostu jakby chciał dodać mi odwagi. Kto wie, może był ze mnie dumny? Ojcowie odkrywają zalety swoich dzieci niespodziewanie i są nimi zaskoczeni. Tak, prawdopodobnie mój ojciec odkrył, że stałem się już dojrzały i silny. Byłem zadowolony z jego wyrazu twarzy, ale też z całej sytuacji, więc się uśmiechałem. I tak obaj, ojciec i syn, uśmiechaliśmy się do siebie nawzajem i patrzyliśmy na krajobraz naszej nowej ojczyzny. Czy nie tym właśnie jest szczęście?
- Patrz, jakie wszystko tu jest piękne! - zawołałem do niego, spoglądając na czerwone wzgórza na trasie z Tel Awiwu do Jerozolimy.
Tak intensywnej czerwieni nie widziałem nigdy w życiu. Wzgórza były nagie. Wrześniowe słońce paliło, wiał ciepły wiatr.
- Naprawdę ci się podoba? - zapytał.
- Tak - odpowiedziałem - nie tylko dlatego, że to ojczyzna. Podoba mi się, bo jest piękne.
Tata dziwnie na mnie spojrzał. Jego oczy wyrażały zdumienie, podziw i decyzję, świadomą i nieświadomą, żeby mnie nie zawieść; tak jakby chciał, żeby moja siła i moja wiara w przyszłość świata, który mnie otaczał i którego byłem już częścią, trwały na zawsze - mój ojciec bał się ulotnej natury uczuć.
Zaśmiał się więc i powiedział:
- Naprawdę ci się podoba? Brakuje lasu, zieleni. Wszystko jest tu nagie i suche, a kolor jest zbyt mocny, zbyt czerwony. Ale - poprawił się - tak, masz rację, jest przepięknie. Będziemy tu szczęśliwi, twoja matka, twoja siostra.
Wychwyciłem jakieś drgnienie w jego głosie, coś nieszczerego, nie kłamstwo, ale fałszywy ton, ledwie zauważalny w melodii słów. Zrozumiałem, że moim zadaniem było go pocieszyć. Miałem szesnaście lat.
Wiem, to stereotyp: emigracja polega także na tym, że dzieci stają się dorosłe i opiekują się rodzicami, role się odwracają. Ale co mogę na to poradzić, że moja historia powiela niektóre stereotypy? Nic, mogę ją tylko opowiedzieć, ponieważ to w opowieści stwarza się wspomnienie i świat.
- Tato - powiedziałem - ten pejzaż, te czerwone wzgórza, ten ciepły wiatr i oślepiające słońce są nieskończenie piękniejsze od lasów i strumieni, od polan i dębów Polski.
- Być może - odrzekł. - Cieszę się, że ci się podoba, chociaż mnie będzie brakowało lasów i strumyków.
Następnie, jakby chciał otrząsnąć się z chwili słabości i zawiązać nowy męski sojusz, wyciągnął rękę i wskazał na kabinę kierowcy, w której przez maluteńkie okno mogliśmy dostrzec głowy mojej mamy i siostry.
- Zobacz, kobiety jadą wygodnie z kierowcą, a my tutaj, na wietrze, w słońcu, na twardych ławkach...
- Tato, mnie się podoba. Dla mnie ta podróż mogłaby trwać godzinami. - I jeszcze: - Patrz, to są miejsca króla Dawida, proroków.
Uśmiechnął się znowu z wielką czułością. Nie objął mnie, bo rzadko to robił, ale też dlatego, że gdyby się puścił, wypadłby na środek drogi.
Dotarliśmy do Jerozolimy. Furgonetka zatrzymała się w wąskiej uliczce na wzgórzu. Zakręty odtwarzały ukształtowanie terenu. Po bokach stały trzypiętrowe budynki z czerwonych cegieł. Mówi się, że Jerozolima jest biała. Nasza dzielnica była czerwona. Małe okna, balkoniki, murki otaczające skromne ogródki przy domach.
- Dojechaliśmy - oznajmił kierowca niezdarnym angielskim.
Tata podziękował akademickim hebrajskim używanym w synagogach, którego nauczył się w dzieciństwie, zanim w wieku trzynastu lat odrzucił Boga i przykazania. Mama milczała. Z budynku wyszła urzędniczka. Była to pracownica Centrum Absorpcji - tak nazywała się instytucja, która zajmowała się imigrantami przez pierwsze sześć miesięcy po przybyciu. Kobieta zaprowadziła nas na pierwsze piętro, dała nam klucz. Tata otworzył drzwi. Weszliśmy.
Mieszkanie było małe, wyposażone w najpotrzebniejsze meble. Zaintrygowały mnie okna, niemalże szczeliny w ścianach - nie były dwuskrzydłowe i nie otwierało się ich do wewnątrz tak jak w Polsce. Nie służyły do tego, by łapać światło melancholijnej mazowieckiej równiny. To była ochrona przed światłem pustyni. Przesuwane okna, sliding windows. Gdy się je otwierało, szklana tafla znikała w murze. Z jednego z tych okien-szczelin zobaczyłem rząd budynków takich samych jak nasz, za nimi nagą i pustą przestrzeń, a w oddali zabudowania jakiejś wioski. Było słychać szczekanie psów i ryk osła.
Mama zaczęła się żalić na skromne wyposażenie mieszkania i nędzne meble. Ja zbierałem się, żeby zrobić jej awanturę i wypomnieć niewdzięczność wobec państwa, które łaskawie nas przyjęło. Tata rozglądał się oszołomiony. Siostra zaczęła otwierać walizkę.
Wtedy rozległo się pukanie. Mama powiedziała: "Proszę!", ja zastygłem z moim "Come in" na ustach i drzwi się otworzyły. W tamtych czasach w Izraelu nie było domofonów ani zamykanych klatek schodowych. Każdy mógł wejść do budynku, a drzwi mieszkań były takie same jak drzwi do pokoi. Zazwyczaj pomalowane na biało. Miały klamki z taniego szarego metalu, które każdy mógł łatwo nacisnąć z zewnątrz.
Drzwi otworzyły się w zwolnionym tempie i stanął w nich wysoki przystojny mężczyzna. Uśmiechnął się z zakłopotaniem i powiedział:
- Słyszałem, że przybyła tu moja uczennica. Chciałem się z nią przywitać. Nazywam się Zygmunt Bauman.
Uczennicą była moja siostra i szybko odkryliśmy, że trafiliśmy do samego środka luksusowego obozu polskiej elity - luksusowego, bo nie mieszkaliśmy w namiotach ani blaszanych barakach. Bauman nie był jedynym znajomym. Wśród naszych sąsiadów znalazł się też najsłynniejszy neurochirurg z Warszawy. Zimą, kiedy wchodził do naszego mieszkania, zamykał wszystkie okna, a gdy mama protestowała, że brakuje powietrza, odpowiadał:
- Nikt nigdy nie umarł z zaduchu, a widziałem mnóstwo ludzi, którzy zmarli na zapalenie płuc.
Mówiło się, że w czasie okupacji w Polsce nie zajmował się głowami ani mózgami, tylko kutasami - odtwarzał napletki obrzezanych mężczyzn.
Bauman, podobnie jak słynny neurochirurg, jak my i wielu innych, opuścił Polskę, bo w 1968 roku komunistyczny reżim uznał, że nie ma już w niej miejsca dla Żydów. Zmuszono nas do zrzeczenia się obywatelstwa i wyjazdu z jedną walizką na głowę oraz pięcioma dolarami w kieszeni.
Niedaleko naszej ulicy leżała dzielnica, przez którą przechodziłem, idąc do szkoły lub centrum miasta. Nazywała się Katamon, od greckiego "Pod monasterem", ponieważ znajdował się tam klasztor Świętego Symeona, człowieka, który zgodnie z Ewangelią według Świętego Łukasza pierwszy rozpoznał w Jezusie Mesjasza i Zbawiciela. Czyste ulice, eleganckie domy, rzeczywiście białe, z ogródkami ogrodzonymi murkiem. A czym jest Jerozolima, jeśli nie miejscem, gdzie każdy czeka na zbawienie?
Tołstoj twierdził, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne. Mylił się, ponieważ szczęśliwe rodziny nie istnieją - mogą istnieć tylko jednostki, które dążą do szczęścia. Ale miał też rację: istnieje model zbiorowego szczęścia, coś, co mógłbym nazwać odpowiedzialną mieszczańską beztroską. "Odpowiedzialną", ponieważ ojciec rodziny podejmuje decyzje po rozważeniu za i przeciw, "beztroską", ponieważ ojciec rodziny, wziąwszy na siebie wszystkie obowiązki, zapewnia żonie i dzieciom beztroskie życie, właśnie takie - bez trosk, bez rozterek - wybaczcie schemat godny białego mężczyzny rodem z XIX wieku. Na Katamonie oddychało się właśnie atmosferą mieszczańskiego spokoju, podobną do tej panującej w willowych dzielnicach wielu miast świata, gdzie architektura i urbanistyka głoszą: "Tu mieszkają szczęśliwe rodziny".
Zabudowa Katamonu pochodzi z lat trzydziestych XX wieku: światło, wygody, higiena. Przed wojną 1948 roku, kiedy rodziło się państwo Izrael, dzielnicę zamieszkiwały dobrze sytuowane rodziny arabskie: profesorowie, adwokaci, kupcy. Prawie wszyscy byli wyznania prawosławnego. Tu mieściły się konsulaty Libanu i Syrii, Polski i Czechosłowacji, a także kilka hoteli. Po wojnie na miejsce Palestyńczyków wygnanych przez Żydów przybyły rodziny Żydów wygnane ze Starego Miasta przez Legion Arabski.