Osiemdziesiąt dni żółtych - Vina Jackson

Reflow text when sidebars are open.
Wszystko przez Vivaldiego.
A konkretnie przez płytę z Czterema porami roku Vivaldiego, która teraz leżała okładką w dół na szafce nocnej, przy moim cicho pochrapującym chłopaku.
Mieliśmy lekkie spięcie, bo kiedy Darren wrócił o trzeciej nad ranem z podróży służbowej, leżałam nago na drewnianej podłodze w jego salonie, a concerto grało tak głośno, jak tylko pozwalało nagłośnienie. Czyli głośno.
Część presto z Lata - koncertu nr 2 g-moll - miała właśnie rozwinąć się z pełną mocą, gdy Darren otworzył drzwi.
Nie zauważyłam jego powrotu, dopóki nie poczułam na prawym ramieniu podeszwy jego buta, którym mną potrząsał. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że się nade mną pochyla. Okazało się, że zapalił światła, a muzyka raptownie ustała.
- Co ty, do ciężkiej cholery, wyprawiasz? - zapytał.
- Słucham muzyki - odparłam niewinnie.
- Właśnie słyszę! Już z końca ulicy! - wrzasnął.
Był w Los Angeles i wyglądał zaskakująco świeżo jak na kogoś, kto ma za sobą długi lot. Wciąż miał na sobie służbowe ubranie: wykrochmaloną białą koszulę, granatowe spodnie w bardzo delikatne prążki, skórzany pasek, a przez ramię trzymał przewieszoną marynarkę od garnituru. Mocno ściskał rączkę walizki na kółkach. Najwyraźniej musiało padać, choć nie słyszałam tego przez muzykę. Walizka była mokra od deszczu, a strumyczki spływały na podłogę, tuż obok mojego uda. Nogawki na dole miał mokre, bo parasolka nie mogła go tam osłonić i spodnie kleiły mu się do łydek.
Odwróciłam głowę w stronę jego buta i zobaczyłam kawałki nagiej łydki. Pachniał piżmowo, trochę potem, trochę deszczem, trochę pastą do butów i skórą. Kilka kropli spadło z buta na moje ramię.
Vivaldi zawsze działał na mnie bardzo szczególnie i ani wczesna poranna godzina, ani zirytowany wyraz twarzy Darrena nie były w stanie powstrzymać fali ciepła, która przetoczyła się przez moje ciało i rozpaliła krew w żyłach tak jak wcześniej muzyka.
Odwróciłam się, jego but wciąż dotykał mojego prawego ramienia, i lewą ręką przesunęłam w górę jego nogi.
Cofnął się natychmiast.
- Chryste, Summer... - Pokręcił głową.
Pociągnął walizkę do ściany i postawił ją obok stojaka z płytami, wyjął Cztery pory roku z odtwarzacza i poszedł do swojego pokoju. Rozważałam pójście za nim, ale w końcu zrezygnowałam. Nie było szansy, żebym wygrała kłótnię z Darrenem, nie mając na sobie ubrania. Miałam nadzieję, że jeśli będę nadal leżała bez ruchu, stanę się mniej widzialna i rozładuję jego gniew, liczyłam, że moje nagie ciało łatwiej wtopi się w drewnianą podłogę w pozycji horyzontalnej niż na stojąco.
Usłyszałam odgłosy otwierania drzwi garderoby i znajome postukiwanie drewnianych wieszaków, kiedy zwieszał marynarkę. W ciągu naszych wspólnych sześciu miesięcy ani razu nie widziałam, żeby rzucił marynarkę na krzesło albo na oparcie kanapy jak normalny człowiek. Zawsze odwieszał ją prosto do garderoby, potem siadał i zdejmował buty, odpinał spinki do mankietów i rozpinał guziki koszuli, którą wrzucał do kosza na brudną bieliznę, a następnie wyjmował ze spodni pasek i zawieszał go na specjalnym wieszaku obok kilku innych pasków w różnych ponurych odcieniach granatu, czerni i brązu. Nosił markowe gatki, takie jakie najbardziej mi się podobały na facetach: krótkie bawełniane spodenki z grubą gumką w pasie. Uwielbiałam to, jak przylegały do jego ciała, kusząco ściśle, ale ku mojemu wiecznemu rozczarowaniu zawsze okrywał się szlafrokiem i nigdy nie chodził po mieszkaniu w samej bieliźnie. Nagość oburzała Darrena.
Poznaliśmy się w lecie na recitalu. To była dla mnie duża rzecz: jedna z zakontraktowanych skrzypaczek zachorowała i zostałam w ostatniej chwili ściągnięta, żeby razem z orkiestrą zagrać utwór Arvo Pärta, którego nie znosiłam. Uważałam, że jest poszarpany i monotonny, ale dla występu na koncercie, na prawdziwej scenie, nie szkodzi, że niewielkiej, mogłam zagrać coś Justina Biebera i udawać, że dobrze się bawię. Darren był na widowni i się zachwycił. Miał słabość do rudowłosych, a jak mi później powiedział, siedział pod takim kątem, że nie widział mojej twarzy, ale miał doskonały widok na czubek mojej głowy. Powiedział, że włosy tak mi lśniły w świetle rampy, iż wyglądały, jakby płonęły. Kupił szampana i użył znajomości z organizatorami koncertu, żeby znaleźć mnie za kulisami.
Nie lubię szampana, ale i tak wypiłam, bo facet był wysoki, atrakcyjny i najbardziej przypominał nieszkodliwego fana spośród tych, jakich do tej pory miałam.
Spytałam go, co by zrobił, gdyby okazało się, że nie mam zęba na przedzie albo z jakiegoś powodu nie jestem w jego typie. Odpowiedział, że spróbowałby szczęścia z perkusistką, która co prawda nie miała rudych włosów, ale mimo to była całkiem ładna.
Kilka godzin później byłam pijana i leżałam na plecach w jego pokoju w Ealing. Zastanawiałam się, jakim cudem wylądowałam w łóżku z facetem, który zanim się na mnie wdrapał, odwiesił w szafie marynarkę i starannie poustawiał buty. Tyle dobrego, że miał dużego fiuta i ładne mieszkanie i choć okazało się, że nie znosi właśnie takiej muzyki, jaką ja uwielbiam, większość weekendów w ciągu ubiegłych kilku miesięcy spędziliśmy wspólnie. Co prawda jak na mój gust zbyt mało czasu przypadło na łóżko, a zdecydowanie za dużo na bywanie na przeintelektualizowanych wernisażach sztuki, której ja nie lubiłam, a Darren, daję głowę, nie rozumiał.
Mężczyźni, którzy widzieli, jak gram w miejscach godnych muzyki klasycznej, a nie w pubach czy na stacjach metra, prawdopodobnie popełniali ten sam błąd, co Darren: sądzili, że jestem wyposażona we wszystkie cechy, które kojarzyły im się ze skrzypaczką, to znaczy: mam nienaganne maniery, jestem kulturalna, wykształcona, pełna wdzięku, zachowuję się jak dama i mam szafę pełną eleganckich sukien scenicznych, z których żadna nie jest wyzywająca ani nie odsłania zbyt wiele ciała. Poza tym noszę buty na niskich słupkach i nie jestem świadoma efektu, jaki mogą wywoływać moje szczupłe kostki.
Tak naprawdę miałam tylko jedną długą czarną suknię na koncerty, a kupiłam ją za grosze na Brick Lane i przerobiłam u krawcowej. Była aksamitna i miała dekolt tuż pod szyję, ale za to odsłaniała plecy; jednak tego wieczoru, kiedy poznałam Darrena, była akurat w pralni, więc kartą kredytową zapłaciłam za superobcisłą sukienkę u Selfridgesa, a metki schowałam w bieliźnie. Na szczęście Darren okazał się pedantycznym kochankiem i nie zostawił na mnie ani na sukience żadnych śladów, więc następnego dnia mogłam ją spokojnie zwrócić.
Miałam mieszkanie, w którym nocowałam w dni powszednie, na osiedlu w Whitechapel. To była kawalerka, raczej pokój niż mieszkanie, z pojedynczym łóżkiem, stojącym wieszakiem robiącym za garderobę oraz małym zlewem, lodówką i kuchenką. Łazienka była na końcu korytarza. Dzieliłam ją z czterema innymi osobami. Od czasu do czasu wpadaliśmy na siebie, ale raczej się nie spoufalaliśmy.
Mimo lokalizacji i fatalnego stanu budynku i tak nie byłoby mnie stać na czynsz, gdybym pewnego wieczoru nie dogadała się z właścicielem, którego spotkałam w barze po późnowieczornej wizycie w British Museum. Nigdy nie wyjaśnił, dlaczego zechciał wynająć mi pokój za mniej, niż kosztowało go jego utrzymanie, ale podejrzewałam, że pod podłogą jest trup albo paczka białego proszku i czasem w nocy leżałam bezsennie, nasłuchując, czy na schodach nie słychać kroków brygady policyjnej, która wpadnie do bloku.
Darren nigdy u mnie nie był. Częściowo z powodu mojego przeczucia, że nie zmusiłby się, żeby postawić stopę na terenie tego budynku bez uprzedniego wyczyszczenia go za pomocą myjki parowej, a częściowo dlatego, że lubiłam mieć kawałek życia tylko dla siebie. Podejrzewam, że w głębi duszy wiedziałam, że nasz związek nie przetrwa i nie chciałam mieć problemów z odrzuconym kochankiem, który po nocy rzuca mi kamieniami w okno.
Nieraz sugerował, żebym wprowadziła się do niego, a zaoszczędzone na czynszu pieniądze przeznaczyła na lepsze skrzypce albo na więcej lekcji, ale odmawiałam. Nie znoszę mieszkać z kimś, szczególnie z kochankiem, i wolałabym dorabiać wieczorami na rogu ulicy niż być utrzymywana przez faceta.
Usłyszałam miękki trzask zamykanego pudełka na spinki do mankietów. Zamknęłam oczy oraz skrzyżowałam nogi, starając się być niewidzialna.
Wrócił do salonu i przechodząc obok mnie, skierował się do kuchni. Usłyszałam wodę płynącą z kranu, potem cichy syk zapalanego gazu, a kilka minut później bulgotanie czajnika. Miał taki nowoczesny, ale stylizowany na stary, który trzeba było postawić na gazie i czekać, aż zagwiżdże. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie kupi sobie elektrycznego, ale on utrzymywał, że z takiego woda smakuje lepiej i porządna filiżanka herbaty powinna zostać zalana porządnie zagotowaną wodą. Ja nie piję herbaty. Mdli mnie od samego zapachu. Piję kawę, ale Darren nie pozwalał mi pić kawy po dziewiętnastej, bo potem odechciewa mi się spać, a on twierdził, że przez moją nocną aktywność on nie może spać.
Rozluźniłam się i udawałam, że jestem gdzie indziej. Uspokoiłam oddech, starając się skoncentrować na całkowitym bezruchu, jakbym była trupem.
- Nie mogę z tobą rozmawiać, Summer, kiedy tak wyglądasz - dotarł do mnie jego odłączony od ciała głos. To jedna z moich ulubionych jego cech: głębokie brzmienie akcentu ucznia z ekskluzywnej szkoły, czasem w wydaniu łagodnym i ciepłym, innym razem zimnym i twardym. Poczułam falę ciepła między udami i zacisnęłam nogi, najmocniej jak mogłam. Myślałam o tym jednym jedynym razie, kiedy uprawialiśmy seks na podłodze w salonie i Darren położył na niej ręcznik. Nie znosił bałaganu.
- Tak, to znaczy jak? - zapytałam, nie otwierając oczu.
- No tak! Goła i rozciągnięta na podłodze jak jakaś psychopatka! Wstań i załóż coś na siebie, do cholery!
Wypił ostatnie łyki herbaty, a łagodny odgłos przełykania sprawił, że wyobraziłam sobie, jak by to było, gdyby Darren klęczał i miał usta między moimi nogami. Od tej myśli zrobiło mi się gorąco.
Raczej nie lubił seksu oralnego, no chyba że byłam maksimum pięć minut po prysznicu, ale nawet wtedy jego liźnięcia były niepewne i zastępował język palcem przy pierwszej nadarzającej się okazji. Używał tylko jednego palca i nie reagował, gdy sama sięgałam ręką i próbowałam przekonać go, żeby włożył we mnie jeszcze dwa.
- Chryste, Summer, jak nie przestaniesz tak robić, będziesz miała luzy jeszcze przed trzydziestką! - powiedział.
Potem poszedł do kuchni, umył ręce płynem do zmywania, a dopiero potem wrócił do łóżka, obrócił się na drugi bok i zasnął plecami do mnie, a ja leżałam i gapiłam się w sufit. Sądząc po odgłosach energicznego chlapania, umył ręce aż po łokcie jak weterynarz przed odebraniem porodu krowy albo ksiądz przed złożeniem ofiary.
Później już nigdy nie zachęcałam go, żeby użył większej liczby palców.
Darren odstawił filiżankę do zlewu i minął mnie w drodze do sypialni. Odczekałam kilka chwil i dopiero potem wstałam, zażenowana myślą, jak bardzo zniesmaczył go widok, jak wstaję nago z podłogi, ale byłam już zupełnie wytrącona z mojej wywołanej Vivaldim ekstazy i kończyny zaczynały mi marznąć i boleć.
- Chodź spać, jak będziesz gotowa - zawołał przez ramię.
Słuchałam, jak się rozbiera i wchodzi do łóżka. Włożyłam bieliznę i zaczekałam, aż jego oddech stanie się głęboki; dopiero potem wślizgnęłam się pod kołdrę obok niego.
Miałam cztery lata, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Cztery pory roku Vivaldiego. Moja matka i rodzeństwo wyjechali na weekend odwiedzić babcię. Ja nie chciałam jechać bez ojca, który musiał zostać ze względu na pracę. Przylgnęłam do niego i wrzeszczałam, kiedy rodzice próbowali wpakować mnie do samochodu, aż w końcu odpuścili i pozwolili mi zostać.
Ojciec nie kazał mi chodzić do przedszkola i zabierał mnie ze sobą do pracy. Spędziłam trzy cudowne dni totalnej wolności. Biegałam po jego warsztacie, wspinałam się na stosy opon, wdychałam ich głęboki, gumowy zapach i patrzyłam, jak ojciec winduje na podnośniku samochody i wślizguje się pod nie, tak że widać było tylko jego nogi i pas. Zawsze trzymałam się w pobliżu, bo potwornie się bałam, że któregoś dnia podnośnik nawali i auto spadnie, przecinając ojca na pół. Nie wiem, czy to była arogancja, czy głupota, ale jeszcze w tym wieku miałam przekonanie, że dam radę go ocalić i za pomocą adrenaliny uniosę samochód na tyle, żeby przez te kilka sekund zdążył się wydostać.
Kiedy kończył pracę, wdrapywaliśmy się do jego ciężarówki i ruszaliśmy w długą drogę do domu; zawsze po drodze zatrzymywaliśmy się przy budce z lodami, choć zwykle nie było mi wolno jeść słodyczy przed obiadem. Ojciec zamawiał rumowe z rodzynkami, a ja za każdym razem próbowałam innych smaków, a czasem nawet prosiłam po pół kulki o różnych smakach.
Raz późno w nocy nie mogłam zasnąć i poszłam do dużego pokoju, gdzie w ciemności leżał na plecach; najwyraźniej spał, choć nie oddychał ciężko. Przyniósł z garażu gramofon i przy każdym obrocie płyty słyszałam cichy szum igły.
- Cześć, córeczko - powiedział.
- Co robisz? - spytałam.
- Słucham muzyki - odparł, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Położyłam się obok niego; czułam ciepło jego ciała i delikatny zapach świeżej gumy, wymieszany z aromatem specjalnego płynu do czyszczenia rąk. Zamknęłam oczy i leżałam bez ruchu. Wkrótce podłoga zniknęła i jedyne, co istniało na świecie, to ja, zawieszona w ciemności, oraz dźwięki Czterech pór roku Vivaldiego.
Później wiele razy prosiłam ojca, żeby puścił to nagranie jeszcze raz i jeszcze, może dlatego, że byłam pewna, że zostałam nazwana na cześć jednej z części koncertu, ale moi rodzice nigdy nie potwierdzili tej teorii.
Tak się zachwycałam tą muzyką, że na urodziny ojciec kupił mi skrzypce i zorganizował lekcje gry. Zawsze byłam dość niecierpliwym i niezależnym dzieckiem, które nie zdradzało predyspozycji w kierunku nauki gry na instrumencie, ale bardziej niż czegokolwiek na świecie pragnęłam zagrać coś, co sprawi, że odlecę, jak tamtej nocy, gdy po raz pierwszy usłyszałam Vivaldiego. I tak od pierwszego momentu, kiedy dotknęłam małymi rączkami smyczka i instrumentu, ćwiczyłam w każdej wolnej chwili.
Moja matka zaczęła się martwić, że wpadam w obsesję i zamierzała zabrać mi na jakiś czas skrzypce, żebym mogła więcej uwagi poświęcić szkole, a może nawet z kimś się zaprzyjaźnić, ale odmówiłam rozstania z moim instrumentem. Ze smyczkiem w ręce czułam, że w każdej chwili mogę zerwać się do lotu. Bez smyczka byłam nikim, ciałem takim jak wszystkie inne, kamieniem skazanym na ziemię.
Szybko opanowałam podstawy i zanim skończyłam dziewięć lat, grałam znaczne lepiej, niż mogła to pojąć moja zdumiona szkolna nauczycielka.
Ojciec zorganizował mi więcej lekcji, ze starszym jegomościem, Holendrem Hendrikiem van der Vlietem, który mieszkał dwie ulice od nas i rzadko wychodził z domu. Był wysoki i przeraźliwie chudy, poruszał się niepewnie, jakby był zawieszony na sznurkach i otaczała go substancja gęstsza niż powietrze; wyglądał jak konik polny płynący w miodzie. Kiedy brał skrzypce, jego ciało zmieniało stan skupienia na płynny. Gdy patrzyło się na ruchy jego ramienia, to tak jakby obserwowało się fale morskie. Muzyka przenikała przez niego jak przypływ.
W przeciwieństwie do nauczycielki muzyki w szkole, pani Drummond, która była zszokowana moim zachowaniem i odnosiła się podejrzliwie do moich postępów, pan van der Vliet pozostał niewzruszony. Rzadko się odzywał i nigdy się nie uśmiechał. Chociaż w moim miasteczku Te Aroha mieszkało niewiele osób, prawie nikt go nie znał i z tego, co wiem, nie miał innych uczniów. Ojciec powiedział mi, że kiedyś pan van der Vliet grywał w Royal Concertgebouw Orchestra w Amsterdamie pod batutą Bernarda Haitinka, ale porzucił karierę muzyka i wyjechał do Nowej Zelandii z Nowozelandką, którą poznał na jednym ze swoich koncertów. Zginęła w wypadku samochodowym tego dnia, kiedy ja się urodziłam.
Mój ojciec, tak jak Hendrik, był cichym człowiekiem, ale interesował się ludźmi i znał wszystkich w Te Aroha. Wcześniej czy później nawet największy odludek padał ofiarą przebitej opony - w samochodzie, w motorowerze czy też kosiarce do trawy - a mój ojciec miał reputację mechanika, który podejmie się każdej, nawet najdrobniejszej roboty, więc sporo czasu spędzał na wykonywaniu dziwacznych prac dla najróżniejszych mieszkańców, z Hendrikiem włącznie. Któregoś dnia przyszedł do warsztatu załatać oponę w rowerze, a wyszedł z uczennicą gry na skrzypcach.
Czułam lojalność wobec pana van der Vlieta, tak jakbym była w jakiś sposób odpowiedzialna za jego szczęście, bo przyszłam na świat tego dnia, kiedy jego żona odeszła. Chciałam go zadowolić i pod jego kierunkiem ćwiczyłam, aż bolały mnie ramiona, a czubki palców miałam zdarte do żywego.
W szkole nie byłam ani lubiana, ani nielubiana. Uczyłam się przeciętne i nie wyróżniałam się w żadnej dziedzinie poza muzyką, bo tutaj dzięki dodatkowym lekcjom i swojemu talentowi znacznie wyprzedzałam kolegów. Pani Drummond ignorowała mnie na lekcjach; może bała się, że moje szczególne zdolności sprawią, że koledzy będą zazdrośni albo zniechęceni.
Co wieczór chodziłam do garażu i tam grałam na skrzypcach albo słuchałam płyt, zwykle w ciemności, i w myślach żeglowałam przez kanon muzyki klasycznej. Czasem towarzyszył mi ojciec. Rzadko się do siebie odzywaliśmy, ale czułam się z nim zjednoczona doświadczeniem słuchania, a może raczej naszą wspólną dziwacznością.
Unikałam imprez, nie byłam zbyt towarzyska. Dlatego miałam ograniczone kontakty seksualne z chłopcami w moim wieku. Jednak zanim jeszcze weszłam w wiek nastoletni, czułam pierwsze drgnienia tego, co potem stało się wilczym apetytem na seks. Gra na skrzypcach wyostrzała mi zmysły. Wszelkie zakłócenia jakby tonęły w dźwięku i wszystko inne znikało poza granicami mojej percepcji, która całkowicie skupiała się na doznaniach cielesnych. Jako nastolatka zaczęłam utożsamiać to uczucie z podnieceniem. Zastanawiałam się, dlaczego tak łatwo się nakręcam i czemu muzyka ma na mnie tak wielki wpływ. Zawsze martwiłam się, że mój popęd jest nienaturalnie duży.
Pan van der Vliet traktował mnie raczej jak instrument niż żywą osobę. Ustawiał mi ramiona w odpowiedniej pozycji albo kładł rękę na plecach, żebym się wyprostowała; tak jakby miał do czynienia z kawałkami drewna, nie z żywą osobą. Zdawał się zupełnie nieświadomy swojego dotyku, traktował mnie jak przedłużenie własnego ciała. Zawsze zachowywał się nienagannie, ale mimo jego wieku, cierpkiego zapachu i kościstej twarzy, zaczęłam coś do niego czuć. Był niesamowicie wysoki, wyższy od mojego ojca, mógł mieć ze dwa metry, więc oczywiście górował nade mną. Ja osiągnęłam już swój docelowy wzrost, ale nadal mierzyłam tylko metr sześćdziesiąt pięć. W wieku trzynastu lat sięgałam mu ledwie do piersi.
Zaczęłam wyczekiwać naszych lekcji z powodów innych niż radość z doskonalenia gry. Co jakiś czas specjalnie wypuszczałam fałszywą nutę albo dziwnie wyginałam nadgarstek w nadziei, że nauczyciel dotknie mojej dłoni, żeby mnie poprawić.
- Summer, jeśli nadal będziesz tak robić, przestanę cię uczyć - powiedział łagodnie pewnego dnia.
Już nigdy nie fałszowałam.
Aż do tej nocy, kilka godzin przed tym, jak Darren i ja starliśmy się o Cztery pory roku.
Byłam w barze w Camden Town i grałam jakieś luźne kawałki z zespołem mającym aspiracje bluesowo-rockowe, kiedy nagle moje palce zesztywniały i przegapiłam nutę. Nikt z członków zespołu tego nie wychwycił, a nie licząc zagorzałych fanów, którzy przyszli tam dla Chrisa, wokalisty i gitarzysty, większość widowni nie zwracała na nas uwagi. Była środa wieczorem, a tłum w dni powszednie był jeszcze bardziej obojętny niż ten sobotni upijający się, bo z wyjątkiem zagorzałych fanów reszta gości przyszła do baru spokojnie wypić piwo i pogadać, niezależnie od muzyki. Chris powiedział, żebym się nie przejmowała.
Grał na altówce i na gitarze, ale prawie całkiem zrezygnował z pierwszego instrumentu, żeby wykorzystać komercyjny potencjał drugiego. W głębi serca oboje byliśmy oddani instrumentom strunowym i to między nami stworzyło taką małą więź.
- Każdemu się zdarza, kotku - powiedział.
Ale nie mnie. Byłam zdruzgotana.
Opuściłam zespół bez wspólnego drinka po koncercie, pojechałam do Ealing, gdzie mieszkał Darren, i otworzyłam sobie zapasowym kluczem. Pomyliłam godzinę jego przylotu, myślałam, że dotrze na miejsce później, rano i pójdzie prosto do biura, że wcześniej nie wpadnie do domu, dzięki czemu będę miała szansę przespać w wygodnym łóżku całą noc i posłuchać muzyki. Ciągle jeszcze się z nim spotykałam, między innymi dlatego, że miał wysokiej jakości sprzęt grający i w jego mieszkaniu było wystarczająco dużo przestrzeni, żebym mogła słuchać muzyki na podłodze. Jako jeden z nielicznych, jakich znałam, wciąż miał porządne stereo z odtwarzaczem CD, a u siebie nie mogłam położyć się na podłodze. No chyba że wsadziłabym głowę do kuchennej szafki.
Gdy tak przez kilka godzin wciąż od nowa słuchałam Vivaldiego, stwierdziłam, że nasz związek, choć przeważnie przyjemny, ogranicza moją kreatywność. Sześć miesięcy wyważonej sztuki, wyważonej muzyki, wyważonych grilli z innymi wyważonymi parami i pół roku wyważonego seksu sprawiło, że szarpałam się na łańcuchu, który pozwoliłam sobie założyć na szyję; pętlę własnej produkcji.
Musiałam znaleźć jakąś drogę wyjścia.
Darren miał lekki sen, ale regularnie brał środek nasenny, który pomagał mu uniknąć jet lagu po powrotach z Los Angeles. Widziałam blister połyskujący w koszu na śmieci. Nawet o czwartej nad ranem obowiązkowo wyrzucał pusty listek do śmieci, zamiast zostawić go na szafce nocnej do rana.
Płyta Vivaldiego leżała srebrną stroną do góry obok jego lampki. Dla Darrena zostawienie płyty bez pudełka było skrajnym wyrazem buntu. Zdziwiłam się, że mimo środka nasennego może spać, kiedy obok niego leży narażona na zarysowanie płyta.
Wymknęłam się z łóżka przed świtem - przespałam co najwyżej dwie godziny - i zostawiłam Darrenowi kartkę na blacie kuchennym: "Przepraszam za hałas. Śpij dobrze. Zadzwonię do ciebie itd."
Wsiadłam do metra linii Central i pojechałam do West Endu, ale niespecjalnie zwracałam uwagę na kierunek. W moim mieszkaniu wiecznie panował bałagan, a poza tym nie chciałam tam zbyt często ćwiczyć, bo ściany były cienkie i martwiłam się, że inni mieszkańcy zaczną w końcu narzekać na hałas, choć miałam nadzieję, że przyjemny. Chęć grania, jaką czułam w ramionach, była aż bolesna, a głównie chodziło o to, żeby pozbyć się emocji, które nazbierały się we mnie w ciągu ubiegłej nocy.
Zanim dotarłam do Shepherd's Bush, metro było już pełne. Stałam na końcu wagonu, oparta o siedzenie przy drzwiach, bo tak było mi wygodniej, niż siedzieć z futerałem na skrzypce między nogami. Miażdżył mnie tłum przepoconych pracowników biurowych, których na każdym przystanku wlewało się coraz więcej, a każda nowa twarz była jeszcze żałośniejsza od poprzedniej.
Wciąż miałam na sobie długą, czarną aksamitną suknię z występu z poprzedniego wieczoru, a do tego lakierowane martensy w kolorze wiśniowej czerwieni. Na koncertach muzyki klasycznej występowałam w szpilkach, ale do domu wolałam wracać w takich butach, bo miałam poczucie, że kiedy idę przez wschodni Londyn w środku nocy, dodają moim krokom determinacji. Stałam wyprostowana, z zadartym podbródkiem i wyobrażałam sobie, że ci, którzy w tym tłumie w ogóle mnie widzą, muszą podejrzewać, że wracam do domu po jednorazowym numerku.
Pieprzyć ich. Chciałabym wracać po jednorazowym numerku. Przy częstych wyjazdach Darrena i moich występach, których brałam tyle, ile się dało, nie uprawialiśmy seksu prawie od miesiąca. A kiedy już uprawialiśmy, ledwie dochodziłam, a to i tak wyłącznie dzięki pośpiesznemu, zawstydzającemu miotaniu się w desperackiej pogoni za orgazmem. Poza tym martwiłam się, że moje samozaspokajanie się po seksie sprawi, że Darren poczuje się nie dość dobry. Mimo wszystko nadal to robiłam, choć podejrzewałam, że jednak czuje się przez to nie dość dobry, ale do wyboru miałam albo to, albo chodzić przez następne dwadzieścia cztery godziny nabuzowana i nieszczęśliwa.
Na stacji Marble Arch dosiadł się jakiś budowlaniec. Koniec wagonu był już całkiem zatkany i inni pasażerowie zawyli, gdy usiłował wślizgnąć się w niewielką szczelinę przy drzwiach, tuż przede mną. Był wysoki, z potężnym, umięśnionym ciałem i musiał się trochę skulić, żeby drzwi mogły się za nim zamknąć.
- Proszę się przesunąć! - zawołał uprzejmie, ale dość nerwowo.
Nikt się nie ruszył.
Zawsze miałam dobre maniery, więc przesunęłam futerał ze skrzypcami, żeby zrobić trochę miejsca, i teraz - już bez podparcia - stałam twarzą w twarz z tym umięśnionym facetem.
Pociąg ruszył i pasażerowie na chwilę stracili równowagę. Budowlaniec wystrzelił do przodu, a ja wyprostowałam plecy, żeby zachować pion. Przez moment czułam, jak jego pierś naciera na mnie. Miał na sobie bawełniany podkoszulek z długimi rękawami, odblaskową kamizelkę i sprane dżinsy. Nie był gruby, ale krępy, jak rugbysta poza sezonem, a skulony w przedziale, z ręką wyciągniętą w stronę drążka wyglądał, jakby wcisnął się w za małe ubranie.
Zamknęłam oczy i zaczęłam sobie wyobrażać, jak się prezentuje bez dżinsów. Nie miałam okazji zerknąć poniżej jego paska, ale ręka trzymająca drążek była duża i mocna, więc uznałam, że takie samo jest wybrzuszenie w spodniach.
Wjechaliśmy na stację Bond Street i drobna blondynka z wyrazem dzikiej determinacji na twarzy przygotowywała się, żeby się wpakować do pociągu.
Przelotna myśl: czy tym razem pociąg też szarpnie, kiedy ruszy?
Szarpnął.
Mięśniak zatoczył się na mnie, a ja nagle ośmielona złączyłam uda i poczułam, jak jego ciało sztywnieje. Blondynka zaczęła się rozpychać i sięgając do sporej torebki po książkę, wbiła robotnikowi łokieć w plecy. Przysunął się bliżej do mnie, żeby zrobić kobiecie więcej miejsca, a może po prostu spodobała mu się bliskość naszych ciał.
Mocniej zacisnęłam uda.
Pociąg znów szarpnął.
Facet się rozluźnił.
Teraz już przyciskał się do mnie, a ja, rozzuchwalona naszą pozornie przypadkową bliskością, prawie niezauważalnie odchyliłam się i wysunęłam do przodu biodra, tak że guzik jego spodni wcisnął się w wewnętrzną stronę mojego uda.
Zabrał rękę z drążka nad głową i oparł ją o ścianę tuż nad moim ramieniem, więc wyglądaliśmy, jakbyśmy się obejmowali. Wyobraziłam sobie, że słyszę, jak oddech więźnie mu w gardle, a serce przyśpiesza, ale tak naprawdę każdy dźwięk, jaki wydawał, tonął w stukocie pociągu mknącego przez tunel.
Serce zaczęło mi galopować i nagle ogarnęła mnie fala strachu na myśl, że posunęłam się za daleko. Co zrobię, jeśli się odezwie? Albo mnie pocałuje? Zastanawiałam się, jak by to było poczuć jego język w moich ustach - czy dobrze całuje, czy jest takim typem, co desperacko wysuwa i chowa język jak jaszczurka, czy takim, który odgarnąłby mi włosy z twarzy i całował powoli, jakby naprawdę mu zależało.
Poczułam między nogami gorącą wilgoć i ze wstydem i przyjemnością zarazem zdałam sobie sprawę, że moja bielizna jest mokra. Ulżyło mi, że oparłam się buntowniczemu odruchowi, żeby nie zakładać dzisiaj majtek, i jednak znalazłam w mieszkaniu Darrena jakieś figi.
Mięśniak odwrócił twarz do mnie i chciał uchwycić moje spojrzenie, ale patrzyłam w inną stronę, jak gdyby to, że jego ciało napiera na moje, nie było niczym nadzwyczajnym, bo właśnie tak podróżuję na co dzień.
Bałam się, co się stanie, jeśli jeszcze dłużej pozostanę uwięziona między ścianą wagonu a tym facetem, więc zanurkowałam pod jego ramieniem i wysiadłam na stacji Chancery Lane; ani razu nie obejrzałam się za siebie. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy wysiądzie za mną. Miałam na sobie suknię, Chancery Lane było spokojną stacją, a po tym, co się wydarzyło w przedziale, mógł się spodziewać pieprznych gierek. Ale pociąg odjechał, a mój umięśniony mężczyzna razem z nim.
Po wyjściu z metra zamierzałam skręcić w lewo i pójść do francuskiej restauracji na rogu, która podawała najlepsze, jakie jadłam po opuszczeniu Nowej Zelandii, jaja po benedyktyńsku. Kiedy byłam tam pierwszy raz, powiedziałam kucharzowi, że zrobił najlepsze śniadanie, jakie można dostać w Londynie, a on odpowiedział: "Wiem". Potrafię zrozumieć, dlaczego Brytyjczycy nie lubią Francuzów - są zarozumiałymi bubkami, ale mnie się to w nich podoba i wracałam tam na jajka po benedyktyńsku tak często, jak tylko mogłam.
Ale teraz zbyt oszołomiona skręciłam w prawo, a nie w lewo. Zresztą i tak francuską knajpę otwierali dopiero o dziewiątej. Postanowiłam znaleźć jakieś ciche miejsce w Grey's Inn Gardens, może chwilę pograć, a dopiero potem wrócić do restauracji.
W połowie drogi ulicą, na której szukałam nieoznakowanej ścieżki do ogrodów, zdałam sobie sprawę, że stoję przed klubem ze striptizem, który odwiedziłam zaledwie kilka tygodni po przyjeździe do Anglii. Byłam tu z koleżanką. Krótko pracowałyśmy razem, jeżdżąc przez australijskie Terytorium Północne, a potem znów wpadłam na nią w pobliskim hostelu mojego pierwszego wieczoru w Londynie. Słyszała, że taniec to najprostszy sposób, żeby zarobić tu pieniądze. Kilka miesięcy w podlejszych barach, ale potem dostajesz pracę w jednej z ekskluzywnych knajp w Mayfair, gdzie celebryci i piłkarze będą wtykali ci zwitki fałszywych banknotów za stringi, jakby to było confetti.
Charlotte zabrała mnie tutaj na zwiady, chciała wybadać, czy ma szanse na pracę. Ku mojemu rozczarowaniu facet, który powitał nas w wyłożonej czerwonym dywanem recepcji, nie wpuścił nas do sali pełnej skąpo odzianych tańczących dziewczyn, tylko zabrał bocznymi drzwiami do swojego biura.
Zapytał Charlotte o jej doświadczenie w tej branży - nie miała żadnego - nie licząc tańca na stołach w nocnych klubach. Potem obejrzał ją od góry do dołu, tak jak handlarz ogląda konia na aukcji.
Następnie zmierzył mnie wzrokiem, od stóp do głów.
- Ty też szukasz pracy, mała?
- Nie, dziękuję - odparłam. - Mam już pracę. Przyszłam jako obstawa.
- Tu nie ma dotykania. Wywalamy ich od razu, jeśli tylko spróbują - dodał z nadzieją.
Pokręciłam głową.
Przez chwilę rozważałam, czy nie sprzedawać swojego ciała dla zysku, ale pomijając związane z tym ryzyko, wolałabym chyba jednak prostytucję. Wydawała mi się bardziej szczera. Striptiz był przekombinowany. Po co doprowadzać sprawę tak daleko, a potem nie iść na całość? Poza tym stwierdziłam, że potrzebuję wolnych wieczorów na występy i muszę znaleźć taką pracę, po której będę jeszcze miała energię ćwiczyć.
Charlotte spędziła w klubie w Holbron z miesiąc, odeszła tuż po tym, jak jedna z dziewczyn poinformowała mnie, że opuściła lokal z dwojgiem klientów.
Młoda para. Innymi słowy, wyglądali niewinnie, powiedziała Charlotte. Przyszli dość późno, w piątek wieczorem, koleś ucieszony jak dziecko, a dziewczyna podekscytowana i spłoszona, jak gdyby nigdy wcześniej nie widziała nagiej kobiety. Chłopak zaoferował, że zapłaci za taniec, jego partnerka omiotła wzrokiem salę i wybrała Charlotte. Może dlatego, że ta nie zdążyła jeszcze kupić wyposażenia prawdziwej striptizerki ani nie zrobiła sobie tipsów jak inne dziewczyny. Tym się wyróżniała. Była jedyną striptizerką, która nie wyglądała jak striptizerka.
Klientka podnieciła się w mgnieniu oka. Jej chłopak siedział cały czerwony. Charlotte podobało się deprawowanie niewinnych dusz i była zachwycona, jak reagują na ruch jej ciała.
Pochyliła się i pokonała tę niewielką odległość, jaka ich dzieliła.
- Chcecie pójść do mnie? - wyszeptała.
Poczerwienili się jeszcze chwilę, ale w końcu się zgodzili i we troje zapakowali się na tylne siedzenie czarnej taksówki, którą pojechali do jej mieszkania w Vauxhall. Sugestie Charlotte, żeby pojechać do nich, natychmiast odrzucili.
Mówiła potem, że mina jej współlokatora była bezcenna, gdy następnego dnia rano wszedł do jej sypialni bez pukania, niosąc herbatę, i zastał ją w łóżku nie z jednym nieznajomym, a z dwojgiem.
Teraz rzadko kontaktowałam się z Charlotte. Londyn ma to do siebie, że wsysa ludzi, a utrzymywanie kontaktów nigdy nie było moją mocną stroną. Ale klub zapamiętałam.
Nie znajdował się, jak moglibyście podejrzewać, w ciemnej uliczce, tylko zaraz przy głównej ulicy, między Pret a Manger a sklepem sportowym. Kilka lokali dalej była włoska restauracja, gdzie byłam kiedyś na randce. Zapadła mi w pamięć, bo niechcący podpaliłam menu, trzymając je nad stojącą na środku stołu świecą.
Wejście było trochę w głębi, a szyld nie świecił się neonowo, ale jeśli spojrzało się na zaciemnione szyby i nazwę - Sweethearts - nie było wątpliwości, co to za miejsce.
Ogarnięta nagłą ciekawością, mocniej objęłam ramieniem futerał ze skrzypcami, zrobiłam kilka kroków do przodu i pchnęłam drzwi.
Zamknięte. Na głucho. Możliwe, co nie powinno dziwić, że w czwartek o ósmej trzydzieści rano nigdy nie było otwarte. Popchnęłam drzwi jeszcze raz, a nuż odpuszczą.
Nic z tego.
Dwaj faceci przejeżdżający obok mnie białym vanem zwolnili i otworzyli okno:
- Przyjdź w porze lunchu, kochanie! - krzyknął jeden z nich.
Jego twarz wyrażała raczej współczucie niż zainteresowanie. W czarnej sukni, wciąż z mocnym rockowym makijażem z poprzedniego wieczoru, musiałam wyglądać jak desperatka szukająca pracy. A nawet jeśli, to co?
Byłam głodna i wyschło mi w ustach. Ręce zaczynały mnie boleć. Przyciskałam futerał ze skrzypcami do boku jak zwykle, gdy czułam się przygnębiona albo zestresowana. Nie miałam ochoty iść do francuskiej restauracji bez prysznica i we wczorajszych ciuchach. Nie chciałam, żeby kucharz uważał, że jestem niechlujna.
Pojechałam metrem do Whitechapel, weszłam do swojego mieszkania, zdjęłam sukienkę i zwinęłam się na łóżku. Budzik nastawiłam na piętnastą, żeby iść na stację metra i grać dla wracających z pracy.
Nawet w najgorsze dni, kiedy palce miałam tak niezdarne, jakby były z parówek, a mózg wydawał się zalany klejem, wciąż mobilizowałam się do grania, nawet w parku, gdzie jedyną widownię stanowiły gołębie. Nie chodziło nawet o ambicję czy o zrobienie kariery na scenie, choć oczywiście marzyłam, że zostanę zauważona i ktoś zaproponuje mi, żebym grała w Lincoln Center albo w Royal Festivall Hall. Po prostu nie mogłam się powstrzymać.
Obudziłam się o trzeciej wypoczęta, a co ważniejsze - w lepszym nastroju. Z natury jestem optymistką. Bo przecież potrzeba pewnej dozy szaleństwa albo pozytywnego nastawienia do życia, a może jednego i drugiego po trochu, żeby wyruszyć na drugi koniec świata z jedną walizką, pustym kontem bankowym i marzeniem, żeby się udało. Moje złe nastroje nigdy nie trwały długo.
W mojej szafie wisi pełno różnych ciuchów na uliczne granie, większość jest z targowisk albo z eBaya, bo nie mam za dużo kasy. Rzadko wkładam dżinsy, bo talię mam znacznie węższą niż biodra i mierzenie dżinsów jest dla mnie udręką. Na co dzień noszę spódnice i sukienki. Zaopatrzyłam się w kilka par krótkich dżinsowych spodenek na dni kowbojskie, kiedy gram rytmy country, ale dzisiaj miałam nastrój na Vivaldiego, a Vivaldi wymaga bardziej klasycznego wyglądu. Najchętniej włożyłabym czarną aksamitną sukienkę, ale leżała zwinięta na podłodze, tam gdzie ją rzuciłam rano, i musiała wrócić do pralni chemicznej. Zamiast niej wybrałam czarną spódnicę do kolan z subtelnym trenem i jedwabną kremową bluzkę z delikatnym koronkowym kołnierzykiem - obie rzeczy kupiłam w tym samym sklepie z modą vintage. Do tego włożyłam kryjące rajstopy i sznurowane botki do kostek, na niskich obcach. Miałam nadzieję, że efekt końcowy daje złudzenie dyskretnego wiktoriańskiego gotyku, czyli stylu, który ja uwielbiałam, a którego Darren nie znosił; uważał, że vintage jest typowy dla samozwańczych niedomytych hipsterów.
Kiedy dotarłam na stację Tottenham Court Road, gdzie miałam ugadane miejsce do grania, tłum powracających do domu zaczynał właśnie gęstnieć. Stanęłam pod ścianą u podnóża pierwszej pary schodów ruchomych. W jakimś magazynie przeczytałam, że według badań przechodnie najchętniej dają grajkom pieniądze, jeśli mają czas na podjęcie decyzji. Ustawiłam się więc tak, że widzieli mnie, zjeżdżając schodami, i mieli czas przeszukać portfele, zanim mnie miną. Nie stałam im też bezpośrednio na drodze, co sprawdzało się w przypadku londyńczyków - ci lubili mieć poczucie, że z własnej woli zbaczają z kursu i wrzucają pieniędze do mojego futerału na skrzypce.
Wiem, że powinnam podtrzymywać kontakt wzrokowy i uśmiechać się w podzięce za wrzucone monety, ale tak zatapiałam się w muzyce, że często zapominałam. A kiedy grałam Vivaldiego, nie było siły, żebym nawiązała kontakt z kimkolwiek. Gdyby na stacji rozległ się alarm pożarowy, też pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi. Przykładałam skrzypce pod brodę i w ciągu kilku minut przechodnie znikali. Stacja Tottenham Court Road znikała. Byłam tylko ja i zaczynany wciąż od nowa Vivaldi.
Grałam, dopóki ręce nie zaczynały mnie boleć, a w brzuchu nie burczało. Obydwa objawy świadczyły o tym, że zrobiło się znacznie później, niż zamierzałam zostać. Do domu wróciłam o dziesiątej.
Dopiero następnego dnia rano policzyłam zebrane pieniądze i wtedy odkryłam nowiutki czerwony banknot, starannie wetknięty w małe rozdarcie w aksamitnej podszewce.
Ktoś dał mi pięćdziesiąt funtów.
Fale przypadku przemieszczają się najdziwniejszymi kursami. Czasem miał wrażenie, że całe jego życie przepłynęło jak rzeka, której zygzakowate koryto były wytyczane przez nieprzewidywalne wydarzenia albo przypadkowych ludzi, a on nigdy nie miał pełnej kontroli, po prostu przedryfował od dzieciństwa, przez wiek nastoletni i pierwsze życiowe trudności na spokojniejsze wody wieku średniego, jak pijany okrętujący się na dalekich morzach. Ale z drugiej strony, czy nie wszyscy byli w takiej samej sytuacji? Może on okazał się lepszym nawigatorem, a sztormy po drodze nie były zbyt dotkliwe.
Dzisiejsze zajęcia przeciągnęły się: studenci mieli zbyt wiele pytań i przerywali tok wykładu. Nie, żeby miał z tym problem. Im głębiej drążą, im więcej pytają, tym lepiej. To znaczy, że im zależy, że interesuje ich temat. Co nie było takie oczywiste. Ale ten nabór akademicki był udany. Odpowiednia proporcja studentów z zagranicy i tych angielskich tworzyła będący wyzwaniem miks, który nie pozwalał mu spocząć na laurach. W przeciwieństwie do wielu innych profesorów, bardzo urozmaicał swoje wykłady, choćby po to, żeby nie wpaść pułapkę nudy i powtarzalności. W tym semestrze swoje seminarium z literaturoznawstwa porównawczego poświęcił powracającemu motywowi samobójstwa i śmierci u pisarzy tworzących w latach trzydziestych i czterdziestych. Analizowali amerykańskie nowele F. Scotta Fitzgeralda, niesłusznie oskarżanego o faszyzm francuskiego pisarza Drieu La Rochelle'a i włoskiego autora Cesarego Pavese. Nie był to szczególnie optymistyczny temat, ale zdawało się, że trafia do części jego słuchaczy, głównie kobiet. Podejrzewał, że zawdzięcza to Sylvii Plath. To dobrze; dopóki nie wędrują z tego powodu w kierunku gazowego piekarnika, tylko uśmiechał się w duchu.
Nie potrzebował tej pracy. Pieniądze zdobył jakieś dziesięć lat temu, gdy umarł jego ojciec i zostawił mu ładną sumkę. Nigdy by go o to nie podejrzewał. Ich relacja nie była łatwa i był pewien, że znakomitą większość pieniędzy odziedziczy jego rodzeństwo, z którym ani nie utrzymywał regularnych kontaktów, ani nie miał wiele wspólnego. To była miła niespodzianka. Jedno z tych skrzyżowań na drodze życia, których nie widzi się z wyprzedzeniem.
Po wykładzie spotkał się w swoim gabinecie z kilkorgiem studentów, omówił z nimi kwestię konsultacji naukowych i odpowiedział na pytania, ale przez to zaczynał być spóźniony. Planował iść na popołudniowy seans nowego filmu w Curzon na West Endzie, ale to już mu się nie uda. Nic straconego, nadrobi w weekend.
Komórka zawibrowała, zapiszczała i jak krab przesunęła się po wypolerowanym blacie jego biurka. Podniósł ją. Migotała ikonka wiadomości. "Chcesz się spotkać? C."
Dominik westchnął. Powinien? Nie powinien?
Miał romans z Claudią od roku i nie był już pewien, jak się zapatruje na tę sprawę i na nią. Jeśli chodzi o szczegóły techniczne, nie miał nic na sumieniu, bo zaczęli się spotykać, kiedy przestała być jego studentką. Co prawda ledwie kilka dni później, ale zawsze. Także z etycznego punktu widzenia było w porządku, ale zastanawiał się, czy warto kontynuować ten związek.
Postanowił nie odpowiadać od razu. Dać sobie czas na zastanowienie. Zdjął z wieszaka na ścianie czarną, wytartą, skórzaną kurtkę, zebrał książki i materiały wykładowe do płóciennej torby i skierował się do wyjścia. Zapiął się, bo znad rzeki wiał zimny wiatr i ruszył w stronę metra. Na zewnątrz robiło się już ciemno, w ciężkim szarometalicznym odcieniu londyńskiej jesieni. Tłum wydawał się przerażający, bo niebezpiecznie szybko zbliżała się pora powrotów do domu, a strumienie przechodniów płynęły w obydwie strony. Ludzie ocierali się o niego w anonimowym pośpiechu. Zwykle o tej porze znajdował się już poza centrum. To była inna strona miasta, nieznany wymiar, w którym dominował tłum pracujących robotów, ciężki, ołowiany, obcy. Dominik mimochodem wziął podaną mu darmową wieczorną gazetę i wszedł na stację.
Claudia była Niemką, rude włosy miała farbowane i bosko się pieprzyła. Jej ciało często pachniało balsamem kakaowym, bo takiego używała. Po całej nocy spędzonej z nią w łóżku Dominika zwykle pobolewała od tego zapachu głowa. Choć wspólne noce nie zdarzały się często. Kochali się, rozmawiali niezobowiązująco i rozstawali się do następnego razu. To był ten rodzaj romansu. Żadnych zobowiązań, żadnych pytań, żadnej wyjątkowości. Wzajemnie realizowali swoje potrzeby, pod względem moralnym było to całkiem higieniczne. Zadryfował w tę relację dość nieświadomie, choć Claudia oczywiście dawała znaki, od początku sygnalizowała pewne rzeczy, ale on działał jakby siłą rozpędu. Czasem tak się zdarza.
Rozmyślania przerwało mu hamowanie pociągu. Tutaj powinien przesiąść się w linię północną, przechodząc przez kolejny labirynt korytarzy. Nienawidził metra, ale wspomnienie wcześniejszych lat, kiedy nie był jeszcze bogaty, w większości przypadków powstrzymywało go przed braniem taksówki na uniwersytet i z powrotem. Jeździłby samochodem, już pal diabli londyńską opłatę za jazdę po centrum, ale pod uczelnią ani w najbliższej okolicy nie było miejsc parkingowych, nie wspominając o wiecznych i obezwładniających korkach na Finchley Road.
Znajome zapachy godzin szczytu - pot, rezygnacja i depresja - jak zwykle atakowały jego zmysły, ale kiedy kierował się w stronę ruchomych schodów, dobiegł go ledwie słyszalny dźwięk muzyki.
Barista przyniósł ich kawy na zewnątrz. Dominik jak zwykle dostał podwójne espresso, a Claudia bardziej wyrafinowaną wariację na temat cappuccino z pseudowłoskimi bajerami. Nie protestował, więc zapaliła papierosa, chociaż sam nie palił.
- Jesteś zadowolona z kursu? - zapytał.
- Całkowicie.
- A co planujesz dalej? Zostajesz w Londynie, będziesz studiować?
- Pewnie tak. - Miała zielone oczy i ciemnorude włosy spięte w kok, jeśli ta fryzura nadal tak się nazywała. Mizerna grzywka spływała po jej czole. - Chciałabym zrobić doktorat, ale chyba jeszcze nie jestem gotowa. Może zacznę uczyć. Niemieckiego. Kilka osób mnie o to prosiło.
- Nie literatury? - zdziwił się Dominik.
- Nie sądzę.
- Szkoda.
- Czemu? - Posłała mu kpiący uśmiech.
- Byłabyś w tym dobra.
- Naprawdę?
- Tak.
- To miłe, że tak mówisz.
Wziął łyk kawy. Była gorąca, mocna i słodka. Wrzucił do filiżanki cztery kostki cukru i mieszał tak długo, aż się rozpuściły, eliminując pierwotną gorycz.
- Wcale nie.
- Uważam, że twoje wykłady były świetne. - Spuściła wzrok i prawie zatrzepotała rzęsami, ale nie był tego do końca pewien, bo w kawiarni panował wilgotny półcień. A może tylko sobie wyobraził, że zatrzepotała rzęsami.
- Zawsze zadawałaś doskonałe pytania, które udowadniały, że świetnie rozumiesz temat.
- A ty masz wielki głód... książek - dodała szybko.
- Mam nadzieję.
Znów spojrzała na niego i zauważył, że ma zaczerwienioną szyję, aż do spektakularnego dekoltu, w którym biały push-up eksponował zarys gładkich i jasnych ściśniętych piersi. Zawsze nosiła obcisłe białe koszule, spięte paskiem w talii, żeby podkreślić bujność kształtów.
Sygnał był oczywisty. To dlatego zaproponowała drinka. Nie chodziło już o kwestie naukowe. Nie miał co do tego wątpliwości.
Dominik wstrzymał na chwilę oddech i rozważał sytuację. Niech to, jest atrakcyjna, a minęło już - nagła myśl - sporo czasu, odkąd miał w łóżku Niemkę; był nastolatkiem, a Christel miała ponad dziesięć lat więcej niż on, więc jako małolat uważał wówczas, że dzieli ich pokolenie. Od tamtej pory zasmakował wielu kobiecych narodowości w swojej niezaplanowanej podróży przez krainę rozkoszy. Więc czemu nie?
Powoli przesunął rękę po drewnianym blacie stolika i musnął jej smukłe palce. Długie ostre paznokcie miała pomalowane na kolor szkarłatu, nosiła dwa ciężkie pierścionki, jeden z niedużym brylantem.
Spojrzała na swoją dłoń i odpowiedziała na jego niezadane pytanie.
- Przez rok byłam zaręczona. On został w domu. Odwiedza mnie co kilka miesięcy. Nie wiem, czy to jeszcze cokolwiek znaczy. Na wypadek gdybyś się zastanawiał.
Dominikowi podobało się, jak jej niemiecki akcent wpływa na brzmienie słów.
- Rozumiem. - Dłonie miała ciepłe, nieadekwatnie do pory roku.
- Ty nie nosisz żadnych pierścieni? - spytała.
- Nie.
Godzinę później byli w jej sypialni w Shoreditch, a przez otwarte okno dochodziły odgłosy rozmów klientów klubu nocnego Hoxton, którzy wychodzili na zewnątrz.
- Pozwolisz? - zapytał.
Pocałowali się. Jej oddech pachniał mieszanką papierosów, cappuccino, żądzy i żaru, zaczynającego się w okolicy brzucha. Przestawała oddychać, gdy wędrował rękami po jej talii i przyciskał pierś do jej piersi, a twarde brodawki wwiercały się w jego ciało i zdradzały podniecenie kochanki. Czuł jej oddech na szyi, gdy delikatnie penetrował językiem jej lewe ucho, potem ukąsił ją w płatek ucha, wreszcie wślizgnął się w głąb, a ona aż naprężyła się z podniecenia i niecierpliwości. Zamknęła oczy.
Wstrzymała oddech, gdy zaczął odpinać guziki jej białej koszuli. Cienki materiał był tak ciasno opięty, że Dominik zastanawiał się, jak ona w tym oddycha. Guzik za guzikiem uwalniał miękką skórę, a poły koszuli odskakiwały na boki, wyzwalając ciało. W jej piersiach było coś nadzwyczaj radosnego. Strome wzgórza, w których mógł się zagubić, choć zazwyczaj w sytuacjach seksualnych preferował mniej spektakularne piersi. Claudia była dużą dziewczyną, począwszy od osobowości, skończywszy na obfitych kształtach.
Jej dłoń zatrzymała się z przodu jego napiętych spodni. Cofnął się o krok, nie śpieszyło mu się do rozpinania rozporka.
Wyciągnął do Claudii ręce, zanurzył palce w jej ognistych włosach i napotkał łagodny opór dziesiątek spinek, które podtrzymywały misterną konstrukcję fryzury. Westchnął. Wolno, starannie zaczął jedna po drugiej wyciągać spinki, za każdym razem uwalniając całe pasma włosów. Patrzył, jak oddzielają się od reszty i opadają na ramiona, układając się miękko na cienkich, napiętych ramiączkach stanika.
Dla takich chwil żył. Cisza przed burzą. Rytuał odsłonięcia. Świadomość, że punkt, w którym nie ma już odwrotu, został osiągnięty i przekroczony, pieprzenie było pewne. Dominik chciał celebrować każdą chwilę, poruszać się tak wolno, jakby się skradał, zapisać każdą sekundę w szarych komórkach, te zupełnie nowe doznania wędrujące od opuszek palców przez całe ciało, łącznie z twardniejącym w erekcji kutasem, aż do mózgu. Ale nerw wzrokowy omijały, bo miały zostać zaszyfrowane w sposób szczególny i utrwalone jako niezapomniane i nieśmiertelne. Kolekcja wspomnień, którą mógł się rozkoszować całe życie.
Wziął głęboki wdech i uchwycił delikatny, nieznany powiew balsamu kakaowego.
- Jakich używasz perfum? - zapytał zaintrygowany nieznanym zapachem.
- Ach, to. - Uśmiechnęła się kusząco. - To nie perfumy, tylko balsam. Smaruję się nim co rano. Dzięki temu mam miękką skórę. Nie podoba ci się?
- Niecodzienny, muszę przyznać - odpowiedział, a potem się zreflektował: - Pachnie tobą.
Szybko się przyzwyczaił. To dziwne, że każda kobieta ma własny zapach, sobie tylko właściwą subtelną zmysłową mieszankę naturalnego zapachu, sklepowych perfum i balsamów, słodkich i kwaśnych.
Claudia rozpięła stanik i jej piersi eksplodowały, zaskakująco napięte i jędrne. Dłonie Dominika powędrowały ku twardym ciemnobrązowym brodawkom. Pewnego dnia w przyszłości będzie się zabawiał, zaciskając na nich jej spinki do włosów i obserwując mieszaninę bólu i przyjemności, którą odzwierciedlały jej załzawione oczy.
- Często w czasie wykładów łapałam na sobie twoje spojrzenie - powiedziała.
- Naprawdę?
- O tak, naprawdę. - Uśmiechnęła się.
- Skoro tak twierdzisz - zgodził się szelmowsko.
Jak mógł na nią nie patrzeć? Zawsze miała na sobie najkrótszą spódniczkę i niezmiennie siadała w pierwszym rzędzie w sali wykładowej, a potem raz po raz zakładała nogę na nogę w akcie figlarnej i rozpraszającej jego uwagę lubieżności. Potem ze spokojem obserwowała jego błądzące spojrzenie, a tajemniczy uśmieszek wypełzał na jej pełne usta.
- Więc daj mi popatrzeć - poprosił.
Przyglądał się, jak rozpina spódniczkę w kratkę Burberry, która opadła na podłogę, a potem wychodzi z niej, wciąż w sięgających kolan brązowych skórzanych butach. Miała mocne uda, ale była wysoka i proporcjonalnie zbudowana. Kiedy tak stała bez ruchu - z nagimi piersiami władczymi jak rozpięty na maszcie żagiel - tylko w czarnych majtkach z wysokim stanem, samonośnych pończochach i wypolerowanych butach, w jej postawie było coś z walecznej Amazonki. Drapieżna, ale uległa. Agresywna, ale gotowa do ustępstw. Ich spojrzenia się spotkały.
- Teraz ty - rozkazała.
Rozpiął koszulę i zrzucił ją na dywan, a Claudia przyglądała mu się z uwagą.
Uśmieszek wspólnika zbrodni przebiegł jej przez usta, gdy Dominik na tym poprzestał i bez słów, tylko wzrokiem, domagał się, by rozbierała się dalej.
Pochyliła się, rozpięła buty i dwoma szybkimi ruchami zrzuciła je ze stóp. Zrolowała cienkie nylonowe pończochy, aż zwinęły się wokół jej kostek, a potem je ściągnęła. Miała zacząć zdejmować majtki, gdy podniósł rękę.
- Zaczekaj - powiedział.
Przerwała w pół ruchu.
Podszedł do Claudii, stanął za nią, a potem ukląkł i wsunął palec pod elastyczny materiał bielizny. Z nowej perspektywy podziwiał jędrność i doskonałą krągłość pośladków dziewczyny i rozsiane po nagich plecach pieprzyki. Pociągnął majtki w dół i odsłonił biały krajobraz twardych pośladków. Trącił ją w łydkę, wyszła z majtek, a on zgniótł je w dłoni i rzucił przez pokój.
Podniósł się z kolan i stanął za nią. Była całkiem naga.
- Odwróć się - poprosił.
Była zupełnie wygolona, niespotykanie jędrna i otwierała się bardzo wyraziście: widać było prostą linię między dwoma wąskimi fałdami skóry.
Przysunął dłoń do jej krocza. Poczuł ciepło wydostające się na zewnątrz. Bezczelnie wsunął w nią palec. Była bardzo wilgotna.
Spojrzał jej w oczy, szukając głodu.
- Zerżnij mnie - powiedziała.
- Już myślałem, że nigdy nie poprosisz.
Ciche strzępy znajomej melodii dosięgły go, gdy maszerował korytarzem na peron północnej linii, eskortowany przez tłum wracających w godzinie szczytu jak więzień pod ścisłą strażą.
Dźwięki skrzypiec torowały sobie drogę ku niemu, przedzierając się przez stłumiony wieczorny zgiełk ludzkiej ciżby; z każdym jego krokiem stawały się coraz głośniejsze, a potem, w jednej chwili, zdał sobie sprawę, że niedaleko stąd ktoś gra drugą część Czterech pór roku Vivaldiego, choć jedynie partię skrzypiec, bez udziału orkiestry, akcentującej przebieg koncertu. Ale dźwięk był tak przenikliwy, że nie potrzebował wsparcia. Dominik przyśpieszył kroku, a złaknione uszy chłonęły muzykę.
Na skrzyżowaniu czterech tuneli, tworzącym otwartą przestrzeń dla dwóch par ruchomych schodów, które jednocześnie połykały strumienie podróżnych jadących na górę i wypluwały tych zanurzających się w głębiny systemu komunikacji, stała młoda kobieta i z zamkniętymi oczami grała na skrzypcach. Kaskady płomiennych włosów spływały jej na ramiona i połyskiwały jak elektryczna aureola.
Ludzie zareagowali nerwowo, gdy Dominik zatrzymał się nagle i zablokował przepływ pasażerów, więc przesunął się w róg, gdzie nie zawadzał już nikomu, i stamtąd przyglądał się artystce. Instrument nie był podłączony do prądu. Dźwięk zawdzięczał swoje bogactwo akustyce tego miejsca i żywiołowemu glissando smyczka na strunach.
Niech to, jest niezła, pomyślał.
Wiele czasu minęło, odkąd uważnie przysłuchiwał się utworowi klasycznemu. Kiedy był mały, matka wykupiła dla niego karnet na serię koncertów, które odnosiły wielki sukces w sobotnie poranki w Théâtre du Châtelet w Paryżu - tam jego ojciec prowadził interes i tam całą rodziną mieszkali dziesięć lat. Przez sześć miesięcy orkiestra i gościnnie występujący soliści wykorzystywali poranne koncerty jako próbę przed wieczornym występem dla prawdziwej, dorosłej widowni; w ten cudowny sposób wprowadzali dzieci do świata muzyki klasycznej. Dominika to zafascynowało i ku zaskoczeniu ojca całe skromne kieszonkowe przeznaczał na zakup nagrań - to były jeszcze złote czasy winyli - Czajkowskiego, Griega, Mendelssohna, Rachmaninowa, Berlioza i Prokofiewa, którzy przodowali w jego prywatnym panteonie. Dopiero ponad dekadę później awansował na fana muzyki rockowej, a kiedy Bob Dylan przeszedł na instrumenty elektryczne, Dominik zapuścił włosy. Zawsze z opóźnieniem reagował na muzyczne i socjologiczne trendy. Ale do dziś w samochodzie słuchał muzyki klasycznej. Wprowadzała błogostan, oczyszczała umysł i zagłuszała wyzwiska, którymi miotał wściekły i zniecierpliwiony jazdą.
Młoda kobieta miała zamknięte oczy, gdy delikatnie kołysała się, stapiając z melodią. Miała na sobie czarną spódnicę do kolan i jasną koszulę z wiktoriańskim kołnierzem, która lekko lśniła w sztucznym podziemnym świetle, a materiał opływał jej ciało o nieodgadnionej sylwetce. Dominik natychmiast zachwycił się nadzwyczajną bladością jej szyi i filigranowym łukiem nadgarstka, gdy w zapamiętaniu przesuwała smyczkiem i ściskała gryf instrumentu.
Skrzypce wyglądały na stare, w dwóch miejscach były sklejone taśmą i zdaje się wydawały ostatnie tchnienia, ale za to kolor drewna doskonale współgrał z grzywą młodej artystki.
Dominik stał tak przez pięć długich minut, zawieszony w czasie, obojętny na niekończący się strumień podróżnych, którzy mijali go w drodze do swoich anonimowych żywotów i zajęć. W napięciu patrzył na skrzypaczkę, jak mknie przez zawiłe kompozycje Vivaldiego z pasją i całkowitą obojętnością wobec otoczenia, przypadkowych słuchaczy. Nie zwracała też uwagi na postrzępione aksamitne wnętrze futerału na skrzypce, który leżał u jej stóp i z wolna napełniał się monetami; nikt z przechodniów nie poświęcał jej więcej uwagi, natomiast Dominik cały zamienił się w słuch i stał jak zaczarowany.
Ani razu nie otworzyła oczu, pogrążona w transie, z umysłem zatopionym w świecie muzyki, wznosiła się na skrzydłach melodii.
Dominik też zamknął oczy; podświadomie pragnął towarzyszyć jej w tym świecie, który stworzyła i z którego muzyka eliminowała ślady rzeczywistości. Ale co chwilę otwierał powieki, spragniony widoku jej ciała, które poruszało się ledwie dostrzegalnie, a każde ścięgno drgało w ekstazie niezwykłości. Cholera, oddałby wszystko, żeby wiedzieć, co czuje w tej chwili ta młoda kobieta, psychicznie, mentalnie.
Szybko osiągała finał allegra Zimy. Dominik wyciągnął portfel z lewej wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki i zaczął szukać banknotu. W drodze na uniwersytet wziął pieniądze z bankomatu. Krótko wahał się między dwudziestką a pięćdziesiątką, ale spojrzał na młodą rudowłosą kobietę i na falę zapowiadającą drgnienie całego ciała, gdy wygięła nadgarstek i pod dziwacznym kątem skierowała smyczek w stronę strun. Jedwabna bluzka była naprężona do granic i ciasno opinała widoczny pod nią czarny stanik.
Dominik poczuł narastające napięcie w kroku i nie mógł za to obwiniać muzyki. Wyjął banknot pięćdziesięciofuntowy i pośpiesznie włożył do futerału na skrzypce; wsunął go pod warstwę monet, żeby nie kusił łakomych przechodniów. Młoda kobieta, pogrążona w muzyce, nie widziała tego.
Odszedł, gdy koncert urwał się wdzięcznie i nad okolicą znów zapanowały typowe odgłosy metra, a pędzący podróżni rozchodzili się w różne strony.
Później, już w domu, położył się na kanapie i słuchał nagrania koncertu Vivaldiego, które znalazł na półce, a którego nie wyjmował od lat. Nawet nie pamiętał, że je kupował, może było dołożone do jakiejś gazety.
Przypomniał sobie zamknięte oczy dziewczyny (jakiego mogą być koloru?), kiedy grała zatracona w muzyce, i zastanawiał się, jak może pachnieć. Puścił wodze fantazji i zobaczył cipkę Claudii, tę głębię, gdy penetrował ją palcami, gdy jego kutas ją szturmował, ten dzień, gdy poprosiła, żeby wsadził jej całą pięść, i to, jak doskonale się wpasował w jej wilgotne wnętrze, a ona jęczała. Krzyk zamierał jej na ustach, a paznokcie jednym dzikim sztychem wbiła w delikatną skórę jego pleców. Łapiąc oddech, postanowił, że kiedy następnym razem będzie pieprzył Claudię, włączy tę muzykę. Tak zrobi. Ale w wyobraźni to nie Claudię będzie pieprzył.
Następnego dnia nie miał wykładów, jego grafik na uczelni został ułożony tak, żeby wszystkie zajęcia kumulowały się w ciągu dwóch dni w tygodniu. Mimo to pod wpływem impulsu wyszedł z domu w popołudniowej godzinie szczytu i pojechał metrem na Tottenham Court Road. Chciał znów zobaczyć młodą skrzypaczkę. Może uda mu się dojrzeć kolor jej oczu. Odkryje, jakie jeszcze utwory ma w repertuarze. Czy zależnie od dnia albo typu muzyki ubiera się inaczej.
Ale dziewczyny nie było. Na jej miejscu stał jakiś facet z długimi tłustymi włosami, prężył się nieznośnie, grając bardzo marną wersję Wonderwall, a potem katował obojętnych przechodniów łzawą przeróbką Roxanne zespołu Police.
Dominik zaklął pod nosem.
Przez pięć kolejnych wieczorów wracał na stację. Z nadzieją.
Po to tylko, żeby trafiać kolejno na grajków serwujących ze zmiennym sukcesem Dylana i The Eagles oraz na śpiewaczkę operową, która śpiewała do nagranego na taśmie akompaniamentu orkiestry. Ale skrzypaczki nie było. Wiedział, że uliczni grajkowie rezerwują sobie czas i miejsce występów, ale nie było sposobu, żeby poznać jej grafik. Równie dobrze mogła występować nieregularnie albo już więcej nie pojawić się w tym miejscu.
W końcu zadzwonił do Claudii.
Ten seks był jakby zemstą za to, że Claudia nie jest kim innym, więc władczo zmusił ją, aby uklękła, i wziął brutalniej, niż miał w zwyczaju. Nic nie powiedziała, ale wiedział, że nie jest zachwycona. Skrzyżował jej ręce na plecach, brutalnie miażdżył nadgarstki i wdzierał się w nią tak głęboko, jak się dało, nie zważając na jej suchość i czerpiąc przyjemność z palącego tarcia w jej wnętrzu, gdy wchodził w nią raz za razem z precyzją metronomu. Z perwersyjną fascynacją obserwował, jak jej odbyt porusza się pod wpływem nacisku, i bezwstydnie zatapiał się w tym pornograficznym widoku. Gdyby miał trzecią rękę, bezdusznie chwyciłby ją za włosy. Dlaczego był taki wściekły? Przecież Claudia nie zrobiła nic złego.
Może zaczynał mieć jej dość i nadszedł czas, żeby pójść naprzód? Ale do kogo?
- Sprawia ci przyjemność, jak mnie krzywdzisz? - spytała później, gdy w łóżku sączyli drinki wykończeni, spoceni, speszeni.
- Czasem tak - odparł.
- Wiesz, że nie mam nic przeciwko temu, prawda?
Westchnął.
- Wiem. Może dlatego to robię. Ale czy to znaczy, że to ci się podoba?
- Nie jestem pewna.
Zwyczajowa cisza po stosunku, która zwykle ich rozdzielała, powróciła i odpłynęli w sen. Claudia wyszła wcześnie rano. Zostawiła notatkę z przeprosinami i informacją o jakiejś rozmowie, i rudy włos na poduszce, żeby Dominik pamiętał, że spędziła tu noc.
Minął miesiąc, podczas którego Dominik nie odtwarzał już klasycznych nagrań, kiedy był w domu sam. Uznał, że to nie w porządku. Zbliżał się koniec semestru, a on znów czuł zew podróży. Amsterdam? Wenecja? A może inny kontynent? Seattle? Nowy Orlean? Te miejsca, które kiedyś chętnie brał pod uwagę, teraz, nie wiedzieć czemu, już go nie pociągały. Bardzo niepokojące wrażenie, do tej pory rzadko go doświadczał.
Claudia wyjechała do Hanoweru, zamierzała spędzić kilka tygodni z rodziną, a on nie miał energii poszukiwać kogoś innego, żeby się zabawić. Z żadną dawną znajomą też nie chciał ponownie spędzić czasu. Nie była to również pora dla krewnych czy przyjaciół. Bywały nawet dni, kiedy dochodził do wniosku, że z nieznanych powodów opuściła go już moc uwodzenia.
W drodze na seans do National Film Theatre przy South Bank wziął darmową gazetę od gazeciarza czającego się przy wejściu na stację Waterloo, odruchowo schował złożony egzemplarz do płóciennej torby i całkiem o nim zapomniał aż do późnego popołudnia nazajutrz.
Przeglądając gazetę, Dominik natrafił w dziale "Newsy z podziemia" na materiał, który nie ukazał się w porannym "Guardianie". Zwykle znajdowały się tam opowieści o dziwacznych znaleziskach i rzeczach zgubionych w metrze oraz głupie historyjki o podróżnych i ich zwierzętach.
Gazeta donosiła, że grająca na ulicy skrzypaczka została niechcący wplątana w bójkę, która poprzedniego dnia miała miejsce na stacji metra Tottenham Court Road w Londynie. Grupa miejscowych pijanych kibiców piłki nożnej zmierzających na mecz na Wembley wszczęła bójkę. Służby porządkowe metra siłą rozpędziły awanturujących się mężczyzn. Choć skrzypaczka nie była bezpośrednio zamieszana, została dotkliwie poturbowana i upuściła instrument, na który upadł jeden z rosłych napastników. Wyglądało na to, że jej skrzypce są już całkiem do niczego.
Dominik szybko przebiegł wzrokiem krótką notatkę, żeby przeczytać koniec. Kobieta miała na imię Summer.
Summer Zehova. Pomijając nazwisko o brzmieniu rodem z Europy Wschodniej, wyglądało na to, że pochodzi z Nowej Zelandii.
To musi być ona.
Tottenham Court Road, skrzypce... Kto jeszcze mógłby to być?
Nie wyglądało na to, żeby miała zdecydować się na uliczne występy bez sprawnego instrumentu, więc szanse na ponowne spotkanie i posłuchanie jej gry były aktualnie zerowe.
Dominik oparł się w fotelu, nieświadomie zmiął gazetę w dłoni i z wściekłością wyrzucił do kosza.
Ale przynajmniej znał już imię skrzypaczki: Summer.
Zebrał myśli i przypomniał sobie, jak kilka lat wcześniej szpiegował w Internecie byłą kochankę - ot tak, żeby się dowiedzieć, co się z nią stało i jak potoczyło się jej życie po rozstaniu. Tropił ją dyskretnie, bo pozostała nieświadoma jego inwigilacji.
Przeszedł do gabinetu, włączył komputer i wpisał w Google imię młodej artystki. Pokazało się niewiele trafień, ale wyglądało na to, że dziewczyna ma konto na Facebooku.
Zdjęcie na jej profilu nie było ani trochę artystyczne i pochodziło sprzed co najmniej kilku lat, ale poznał ją natychmiast. Może zostało zrobione w Nowej Zelandii? Zaczął się zastanawiać, od jak dawna Summer jest w Londynie.
Na zdjęciu nie zaciskała ust w ekstatycznej grze na skrzypcach; wargi miała pomalowane na lśniącą czerwień i Dominik nic nie mógł poradzić na to, że zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby tymi ponętnymi ustami objęła jego wzwiedziony członek.