Osiedle Północ - Mateusz Sidorek

Kup ebooka

31.90 zł
24.56 zł (24,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pluskwa

Jak co piątek wyciągnąłem z piekarnika zapiekankę z bakłażanem, pomidorami, mozzarellą, parmezanem i provolone. Była za kwadrans dziewiętnasta. Naczynie żaroodporne postawiłem na stole w jadalni i kilka razy zawachlowałem ścierką, tak by zapach parującej parmigiany popłynął w kierunku schodów i wylał się na piętro. Następnie niedyskretnie otworzyłem butelkę riojy i napełniłem rubinowym winem dwa kieliszki.

Jak co piątek Maria odczytała sygnały i punktualnie o dwudziestej zeszła do jadalni. Miała odciśnięte na nosie okulary i jak zwykle westchnęła, że nie można się na niczym skupić, tak pachnie już w całym domu. "No nie, jeszcze beaujolais", dodała. Zobaczę, że po kolacji padnie spać i będę ją musiał zanieść do sypialni. Po tym krótkim wstępie usiedliśmy do jedzenia.

W trakcie piątkowych kolacji mówiliśmy o różnych praktycznych sprawach. Na przykład: Simek to chyba znów śmieci pali, trzeba mu w końcu coś powiedzieć, capi na całym osiedlu. Albo: Jutro musimy pojechać na bazar wcześnie, bo na Litwie mają długi weekend i nie będzie gdzie zaparkować. Albo: Spotkałem Makarewicza, normalnie mył już podjazd i grilla. Niedługo wiosenne porządki będą w lutym, chore. Albo: Dobrze byłoby zadzwonić do mamy i zapytać, czy jej nie zrobić zakupów. Rzadziej: Może zaprosimy Kopków na weekend, wpadłem na Jarka wczoraj w Lidlu, chcą pogadać o tym wyjeździe do Rzymu.

Na co dzień nie rozmawialiśmy prawie wcale. Po pracy Maria parzyła dzbanek kawy i zabierała się do rozwiązywania matematycznych problemów, sprawdzała testy. Pieściła i przesadzała swoje draceny, sagowce, monstery. Wieczorami zwijała się pod ulubionym, musztardowym kocem z wełny na absurdalnie ogromnej kanapie, którą kupiliśmy w przypływie dobrego humoru po jakimś udanym wyjeździe, i oglądała dokumenty o grzybach, argentyńskich kowbojach czy seansach sauny w estońskich lasach.

W tym czasie zwykle siedziałem zamknięty w swoim gabinecie, odpalałem Football Managera i rozgrywałem kolejny sezon. Wybierałem nieoczywiste drużyny, takie jak AS Saint-Étienne, Ferencvárosi TC czy Sheffield United F.C. W przerwach przeglądałem humorystyczne rysunki z "New Yorkera" (najlepsze były te o kotach albo kiepskich randkach), czytałem krótkie posty w stylu: "Jaka postać z Harry'ego Pottera pasuje do twojego znaku zodiaku?" (Bellatrix Lestrange: osobliwa i dziwna).

Kładłem się zazwyczaj dwie godziny po Marii i wstawałem co najmniej godzinę przed nią, dlatego nie toczyliśmy nocnych ani porannych rozmów w łóżku. Po trzydziestu latach małżeństwa byliśmy jak stare, dobre rodzeństwo. Nie interesowały nas nawzajem nasze sprawy. I to nas do siebie zbliżało.

Wiedzieliśmy coś o sobie, ale znowu nie aż tak wiele. Domyślałem się, czego Maria nie lubi. Wchodzenie do łóżka w brudnych skarpetach, zapach lawendy, grillowanie karkówki, czerwona cebula czy sportowe buty - to było nie w jej stylu. Za to nie za bardzo wiedziałem, co w takim razie lubi. Myślę, że coś podobnego mogłaby powiedzieć o mnie.

Raz w tygodniu był czas na masaże. Wbijaliśmy łokcie w nasze mięśnie gruszkowate, wiecznie pospinane od siedzenia przed biurkiem. Stękanie z czasem przechodziło w wycie. Nie myliły nam się ulubione kubki na kawę i herbatę. Po prostu przestaliśmy dociekać, o co nam jeszcze chodzi w życiu. O czym myślimy, kiedy czasem wybudzamy się w środku nocy. Albo co nam zostało do odhaczenia z marzeń dwudziestolatków - podróż do Patagonii albo kolczyk w nosie?

Najwyraźniej w sprawach fundamentalnych panowała u nas zgoda. Kłótnie i obrażanie się uważaliśmy za żenujące i niewarte zachodu. Szkoda nam było czasu na muzykę, którą traktowaliśmy jak rozrywkę dla ludzi pustych i bez wyobraźni. Koncerty były imprezami godnymi pożałowania, podobnie jak festiwale, sylwester, imieniny i parapetówki.

Nie chcieliśmy mieć dzieci i się udało. Najpierw nie ugięliśmy się pod presją naszych rodziców. Potem nie pokonała nas też presja czasu. Po czterdziestych urodzinach było już z górki. Jako nauczyciele wiedzieliśmy, że od uczniów gorsi są tylko ich rodzice. Duży dom na Osiedlu Pogodnym, położony na obrzeżu Suwałk, z którego można równie łatwo dostać się do centrum miasta, jak i uciec gdzieś daleko, stał cały tylko dla nas. Wystarczyło sprzedać po mieszkaniu w bloku, które każde z nas dostało od rodzin. I tak nie było wnuków, które mogłyby je odziedziczyć.

Krzywiliśmy się na myśl o parach bucików w korytarzu, plaskaniu bosych stópek po salonie, w którym mieściły się porządny stół, kanapa z szezlongiem, jamniki wypełnione książkami i blisko dwumetrowa monstera. "Dzieci miałyby tu raj", powtarzali sąsiedzi. A my cieszyliśmy się przestronnym domem, w którym cisza jest jak naturalne ziarno na taśmie filmowej.

Już lata temu, w czasach szkolnych, wszyscy się domyślali, że w końcu będziemy z Marią razem, bo oboje mieliśmy niesamowite włosy - długie, gęste i grube. No i te oczy koloru kalafonii - takie same. Dlatego nikt się za bardzo nie zdziwił, gdy zaraz po maturze zostawiłem dla niej Darię. Wysoką blondynkę, która podobała się prawie wszystkim i lubiła każdego, jakby jej uroda i osobowość były stworzone do zadowalania ludzi. Ciągała mnie po koszmarnych koncertach hiphopowych i nudnych domówkach, na których poznawałem jej kolejnych przyjaciół. Ci mieli mnie za dziwoląga. Najbardziej lubiłem w niej to, że otwierała mi drzwi w samym szlafroku, a jej rodziców prawie nigdy nie było w domu.

Wreszcie któregoś wieczoru powiedziałem Darii, że już nigdy nie pójdę z nią na koncert, bo poznałem pewną socjalistkę i to z nią będę się teraz spotykał. Zrozumiała, że nie chodzi o chwilową młodzieńczą fascynację. Była załamana. Znienawidziła mnie i cały socjalizm. W jej wypowiedziach zaczęły się pojawiać refleksje i kąśliwe uwagi na temat doktryny. Że niszczy mężczyzn i tworzy niesamodzielnych, żałosnych bumelantów. Wyglądało na to, że ludzie żyją tą sprawą. Ale Daria była popularna, więc i wszystko, co jej dotyczyło, stawało się popularne.

Ojciec i matka też nie kibicowali mi w tej decyzji, bo - jak reszta dookoła - twierdzili, że Daria to naprawdę fajna dziewczyna. Ale dla mnie nie było już odwrotu. Fajne i lubiane dziewczyny chodziły otoczone przyjaciółkami po korytarzach w każdej szkole. Za to takich socjalistek Suwałki miały tyle co kot napłakał.

Nawet dwójka z trzech moich jedynych przyjaciół dyskretnie sugerowała, że popełniłem błąd. Zostawiłem sympatyczną dziewczynę, której chciało się do każdego uśmiechnąć. Tak ładną, że mogłaby spokojnie startować w konkursie na Miss Podlasia, a przynajmniej Miss Suwalszczyzny, a już na pewno Miss Suwałk. Tytuł Miss III LO miałaby w kieszeni bez zawodów. Dzisiaj z tej trójki utrzymuję kontakt tylko z Rafałem, który stanął po mojej stronie, co niby o niczym nie świadczy, ale jednak daje do myślenia.

Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy z Marią nad ukryte w lesie Jezioro Gałęziste, żeby palić niebieskie LM, pić herbatę z termosu i uprawiać seks w Fordzie moich rodziców. Kiedy tylko wróciłem do domu, zacząłem czytać Dublińczyków, których podarowała mi, wysiadając z auta.

W zeszły piątkowy wieczór nie czekałem zbyt długo i zaraz po pierwszym kęsie zapiekanki i solidnym łyku wina wyrzuciłem z siebie to, co zbierało się we mnie od tygodnia.

- Myślę, że ktoś założył mi podsłuch w gabinecie - powiedziałem.

Maria, wciąż przeżuwając, zmarszczyła się, co wyglądało, jakby trafiła na zbyt twardy kawałek.

- Kto niby? I po co? Kogo obchodzi, co się dzieje w gabinecie dyrektora ogólniaka?

- Moich wrogów.

- Jakich wrogów?

- A choćby Damiana Boberka, z którym zawsze walczyłem o pierwsze miejsce w biegach przełajowych. W ostatniej klasie na zawodach pod Augustowem poczekałem, aż zapuścimy się głębiej w las i znajdziemy poza zasięgiem sędziów, i bardzo nieelegancko go podciąłem. Ja czegoś takiego nigdy bym nie wybaczył.

Damian Boberek to chyba nie jest ktoś, kim powinienem się przejmować po tylu latach, zasugerowała Maria. I faktycznie, Boberek to płotka, ale była jeszcze Dorota Jabłońska. Tak, dokładnie, ta chemiczka, która pracowała u mnie w szkole. Od dawna czaiła się na posadkę. Za plecami nazywała mnie małym komunistą. Urządzała wieczory z sauną, żeby się ze mnie pośmiać z tą swoją paczką alkoholiczek. Zrobiła awanturę, kiedy znalazła na moim biurku The Relevance of the Communist Manifesto Žižka. Ale to jeszcze nic. Choć na parkingu szkolnym jest mnóstwo miejsca, zawsze parkowała tego swojego dżipa tak blisko mojego auta, że ledwo mogłem się wygrzebać.

Zresztą przygotowałem się już wcześniej. Zrobiłem listę podejrzanych i podzieliłem ich na wrogów osobistych oraz politycznych. Boberek - wróg osobisty. Jabłońska - polityczny, rzecz jasna. Nazwisk było więcej.

- To trochę szalone - westchnęła Maria i nałożyła sobie kolejną, dużą porcję parmigiany.

To szatańsko szalone. Wstajesz, wkładasz koszulę, pijesz czarną kawę, zagryzasz ją tostem z serem i jajkiem, jedziesz do szkoły, wchodzisz, mówisz kilka razy "dzień dobry", może nawet się uśmiechasz. A tu nagle coś takiego.

Parę dni temu dzwoniłem do firmy od wykrywania podsłuchów i innych urządzeń szpiegowskich, Grupy Detektywistycznej Dupin. Telefon odebrała kobieta o bardzo niskim głosie. Co drugie zdanie rozpoczynała od "niech pan mnie posłucha". Bez względu na rezultat musiałbym zapłacić za dojazd ekipy i cały dzień pracy, co przy metrażu mojego gabinetu kosztowałoby jakieś siedem czy osiem tysięcy. Nie muszę chyba mówić, że szkoła nie dysponowała takim budżetem. Czy podsłuchy w szkołach się zdarzają? Może chodzić o zemstę po latach? Czy zwykli ludzie w ogóle robią sobie takie rzeczy?

- Niech pan mnie posłucha, gdyby tylko pan wiedział... - westchnęła, jakby znudzona. - Świat dawno oszalał.

I się rozłączyła. Nie wiem czemu, od razu polubiłem tę babkę z chrypą. Wyobraziłem sobie, jak siedzi w białej koszuli i ramonesce, rozwalona na skórzanym fotelu w stylu retro.

Maria dolała nam wina, wzrok jej już trochę zmętniał. Po kolacji przenieśliśmy się na kanapę z tym, co jeszcze zostało w butelce.

- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytała, zanim zasnęła.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.