Kryszewo, nazajutrz
Kryszewo, nazajutrz
Felicja Stefańska obudziła się rozdrażniona i niewyspana. Wiosną często
jej się to zdarzało. Kiepsko spała, bolała ją głowa. To już chyba ten
wiek - rozmyślała z goryczą. Po czterdziestce wszystko zaczyna
człowiekowi przeszkadzać. Organizm psuje się jak zużyta maszynka,
reaguje na byle gówno. Zmęczenie od samego rana? Wcześniej czegoś
takiego nie znała. Umyła się w zimnej wodzie, ale i tak ledwie widziała
na oczy. W lustro wolała nie patrzeć. W dodatku zabrakło jej kawy, a czuła, że bez wspomagania nie zdoła się dobudzić i zmarnuje dzień pracy.
Opatulona w szlafrok zeszła na dół, do kuchni gospodarzy, od których
urząd gminy wynajmował dla niej niewielkie poddasze na biuro - będące
zarazem siedzibą redakcji lokalnej gazety - wraz z aneksem mieszkalnym.
Na dole zastała tylko gospodynię, od której bez problemu wysępiła pół
słoika kawy, co prawda sypanej, nie rozpuszczalnej, ale dobre i to.
Zaparzy ją sobie w kawiarce. Albo nie, po turecku, żeby zbyt długo nie
czekać. Wymamrotała słowa podziękowania i już miała wracać do siebie,
kiedy gospodyni zawołała za nią, stawiając na nogi lepiej od kofeiny:
- Pani Felu! A słyszała pani, jaka tragedia w Adamowie?
Przystanęła w drzwiach, próbując zachować resztki godności rzeczniczki
prasowej urzędu gminy.
- Jaka tragedia?
- Aaa, to pani jeszcze nic nie wie... - Kobieta wytarła ręce w fartuch.
- A nie słyszała pani, jak syreny w nocy wyły?
- Coś słyszałam, ale myślałam, że jakiś wypadek na drodze.
- Pani siada, to pani opowiem. Potworna tragedia! Spaliła się cała
rodzina na tym nowym osiedlu domków za wsią. Miastowi. Cała rodzina.
Dopiero od niedawna tam mieszkali. I na co im to było... Biedni ludzie,
żywcem się spalili! Nawet dzieci, podobno dwójka. Mówię pani,
nieszczęście takie, że aż się wierzyć nie chce...
Dziennikarka zawróciła i usiadła przy stoliku, a gospodyni wyjęła jej z ręki słoik i zaproponowała, że sama zrobi kawę. Po chwili ustawiła na
blacie dwa kubki z parującą zalewajką, której zapach wypędził z Felicji
resztki odrętwienia umysłowego.
- Nie żyją? - upewniła się.
Kobieta pokiwała głową ze smutkiem.
- Wszyscy, jak jeden mąż - odparła. - Jak straż przyjechała na miejsce,
to już zastali zgliszcza, choć tam ludzie na własną rękę próbowali ich
gasić. Sąsiedzi i cała wieś się zbiegła, ale za mocno się paliło.
Straszna śmierć w płomieniach...
- Ale od czego ten pożar? Zaprószyli ogień? Może jakieś zwarcie?
- Tego jeszcze nie wiadomo. - Gospodyni wzruszyła ramionami. - Pewnie
pani pierwsza się dowie, bo jest tam już policja. Pechowe miejsce.
- Dlaczego pechowe? - Stefańska upiła łyk kawy, parząc sobie usta. - O ile dobrze pamiętam, to są piękne okolice: wzgórza, lasy, rzeka.
Malowniczo tam.
- Piękne to może i tak, ale nie do życia. Tak ludzie mówią. Nic tam
nigdy się nie mogło utrzymać. A jak w końcu te domy pobudowali, to
miejscowi ostrzegali, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. No i jak widać,
mieli rację.
- To były prywatne grunty czy gminne?
- Dawniej gminne. Od gminy wykupił je zaraz po komunie jeden gospodarz z Adamowa, za bezcen. Okazję zwietrzył, a że w radzie sołeckiej siedział,
to mu na rękę poszli. Tak oni się w tamtych latach potrafili urządzić.
Stary Cywiński już nie żyje, ale jego syn podzielił ziemię na działki i posprzedawał miastowym. Teraz spał spokojnie nie będzie. - Kobieta
przeżegnała się.
- To przecież nie jego wina - zaoponowała dziennikarka.
- Niby nie jego, ale sumienie go będzie gryzło. Każdego by gryzło. Jakby
taki pazerny nie był i ziemi by się nie pozbył, to do tej tragedii by
nie doszło.
- No ale co miał z tą ziemią robić, skoro sama pani mówi, że to
nieużytki były? Nie ma co gdybać, pani Mario... Przyszłości nikt nie
przewidzi. Pójdę już do siebie. Spróbuję się czegoś więcej dowiedzieć.
Może tam nawet podjadę i sama się rozejrzę. Dziękuję za kawę. A gdzie
koty?
- A w ogrodzie się wygrzewają, nygusy jedne.
Stefańska marzyła o kocie, ale nie mogła trzymać zwierząt. Nie była u siebie, brakowało jej czasu i stabilizacji. Za to z kotami gospodarzy
zaprzyjaźniła się, a one odwzajemniały jej sympatię.
Poczuła głód i nieco ją zemdliło. Mocna kawa na czczo to nie był dobry
pomysł. Musiała coś zjeść i koniecznie zapalić. Spłukać gorycz herbatą.
A potem chyba naprawdę pojedzie do Adamowa. Tylko najpierw zadzwoni do
Ryby. Młody policjant wszystko jej powie. Ożenił się wprawdzie niedawno
i niedługo zostanie ojcem, ale ich przyjaźń przetrwała, a współpraca
nawet lepiej się teraz układa.
***
Zjadła w locie śniadanie, po czym przebrała się w dżinsy i sweter. Wciąż
jeszcze nie było zbyt ciepło, wiosna w tym roku nie rozpieszczała.
Dopiero teraz odważyła się spojrzeć w lustro. Ujrzała w nim bladą twarz,
rozpaczliwie domagającą się makijażu. Przy ciemnych włosach wydawała się
całkiem biała jak u nieboszczyka. Ale nie chciało jej się wysilać,
pociągnęła tylko usta błyszczykiem i przypudrowała nos, a oporne kudły
rozczesała z trudem i spięła z tyłu. Na szczęście nie była opuchnięta i nie miała worków pod oczami. "Mogło być gorzej", pocieszyła się.
Zapaliła cienkiego papierosa i zadzwoniła do Ryby. Przygotowała się na
to, że - jeśli jest właśnie na pogorzelisku - może nie odebrać. Wtedy
zatelefonowałaby do Grety Pazik. Przyjaciółka, od kilku miesięcy wójt
gminy, też z pewnością była dobrze poinformowana. Policjant odezwał się
jednak po kilku sygnałach.
- Cześć, Zygmuś, masz chwilę?
- Dzwonisz w sprawie tego pożaru? - domyślił się od razu.
- Zgadza się. Powinnam chyba wiedzieć, co i jak...
- Jasne - wszedł jej w słowo. - Właśnie miałem do ciebie dzwonić. Greta
kazała cię o wszystkim informować.
- Miło z jej strony. To streść mi wszystko, zanim tam pojadę. Co
właściwie się stało? Skąd ten pożar? Ktoś zaprószył ogień?
Ryba wyraźnie się zawahał.
- To chyba nie takie proste - odparł wreszcie. - Poza tym na razie
wstrzymaj się z jazdą. Też się tam wybieram. Podjedziemy razem, inaczej
mogą cię nie dopuścić. Na miejscu pracują przez cały czas różne służby,
trwa dochodzenie. Pożar wybuchł krótko po północy, kiedy wszyscy głęboko
spali. Na tym nowym osiedlu domków jednorodzinnych, na płaskowyżu za
wsią. Dom był zbudowany z paneli drewnianych, więc błyskawicznie się
jarał. Kiedy ci ludzie już się zbudzili, było za późno, żeby się
uratować. Jeśli nawet wcześniej się nie zaczadzili, to ogień skutecznie
odciął im wszystkie drogi ucieczki. Zginęło małżeństwo z dwojgiem
dzieci, trzynaście i cztery lata. Sąsiedzi wezwali straż i próbowali
sami gasić, ale nie dali rady. Dopiero gdy strażacy dojechali, ugasili
pożar. No ale już było po ptakach. I tak cud, że przy tym wietrze ogień
nie rozprzestrzenił się na inne zabudowania. Tam zawsze piździ, a domy
stoją dość blisko siebie.
- Coś już wiadomo o przyczynach pożaru?
- Jeszcze nic pewnego. Dopiero będą to badać. Ale... - w głosie
aspiranta ponownie dało się słyszeć wahanie - strażacy mówili nam
nieoficjalnie, że pożar nie wybuchł samoistnie. Znaleźli na miejscu
ślady substancji łatwo palnych. Twierdzą, że to najprawdopodobniej było
podpalenie...
- Co?! - Felicję zatkało. - Jak to podpalenie? Czyli morderstwo?!
- No nie, niekoniecznie. Nie możemy tego od razu zakładać. Kretynów nie
brakuje, ktoś mógł to zrobić dla kawału i nie przewidzieć, że to się tak
skończy. Na przykład jakiś małolat. Albo czubek. No wiesz, różnie
bywa...
Stefańska się zirytowała.
- Daj spokój, Ryba! Co ty bredzisz? Ktoś w środku nocy podpala dom z ludźmi w środku dla kawału?!
- Wiem, że to głupio brzmi - ustąpił. - Ale nie możemy o niczym
przesądzać, zanim nie otrzymamy pełnych danych. Na razie przyczyny
pożaru są nieznane i kropka. I tak masz napisać. Nie chcemy spłoszyć
podpalacza.
- To rozumiem. Dobrze. Więc kiedy tam jedziemy? Możesz zaraz?
- Za pół godziny. Przyjadę po ciebie.
W samochodzie niespecjalnie rozmawiali, aspirant zresztą przez cały czas
był na nasłuchu i łączył się z kolegami. Felicja rozmyślała. Czekając na
Rybę, próbowała dodzwonić się do Grety, ale usłyszała, że "pani wójt
jest w tej chwili nieuchwytna", domyślała się więc, że prawdopodobnie
pojechała już do Adamowa. Greta nie odpuściłaby, zawsze stara się być
obecna tam, gdzie mieszkańcy jej potrzebowali. I nie udaje, nie robi
tego pod publiczkę, taka po prostu jest. Każdej pełnionej funkcji oddaje
całą siebie. Stefańska podziwiała ją za to: sama się aż do tego stopnia
nie poświęcała, choć i w jej przypadku praca zawsze była ważna,
ważniejsza od życia prywatnego. Może dlatego, że tego ostatniego nigdy
tak naprawdę nie miała. Greta owszem, choć niezbyt udane, przynajmniej
do pewnego momentu. Przeżyła koszmar małżeństwa z alkoholikiem i utratę
córki, już dorosłej, która odwróciła się od niej, biorąc stronę
"skrzywdzonego" tatusia. Fakt, doprowadziła podobno do tego, że ojciec
przestał wreszcie pić, gdy z powodu nałogu otarł się o śmierć. Na jak
długo, trudno przewidzieć. Oboje wyemigrowali w końcu do Stanów,
praktycznie zrywając kontakt. Greta bardzo to przeżyła. Dopiero niedawno
zaczęło jej się wreszcie układać - w nowym, spokojnym i stabilnym
związku z miejscowym biznesmenem, który nosił ją na rękach i był gotów
jej nieba przychylić. Felicja cieszyła się, że toksyczna córunia nie
zakłóca już spokoju jej przyjaciółce. Pamiętała ciągłe awantury z czasów, gdy dziewczyna mieszkała w Polsce, a Greta rozpaczliwie
próbowała się z nią pojednać. W pewnym momencie była nawet gotowa wrócić
z tego powodu do pijaka. To by była dla niej katastrofa. Na szczęście
ułożyło się inaczej.
Może przyczyną dramatu w Adamowie również był alkohol? - pomyślała,
szybko jednak przywołała się do porządku. Ryba ma rację, nie ma co
spekulować, trzeba zaczekać na wyniki badań. Odgoniła od siebie myśli,
próbując oczyścić umysł. Zaczęła obserwować przez okno mijane
krajobrazy, rzeczywiście piękne. Dominowała tu wczesna wiosenna zieleń,
kojąca oczy i studząca emocje.
Po mniej więcej kwadransie wjechali do sporej wsi, minęli jej centrum ze
sklepami, kościołem, szkołą i knajpą, po czym podążyli szosą pod górę,
gdzie królowały stare, jeszcze przedwojenne domy z ogrodami - na ich
tyłach znajdowały się sady i pola. Jechali dalej, aż dawne zabudowania
przerzedziły się, ustępując miejsca nowszym, z okresu PRL-u, po czym za
przydrożnym krzyżem wjechali na polną drogę. Kawałek wyżej widać już
było nowoczesne osiedle domków jednorodzinnych, nadal będące częściowo
placem budowy. Było ich na oko z kilkanaście, z przeciwnej strony
okolonych lasem, z boku łąką, na której stały już fundamenty pod kolejne
budynki. Teren nie był jeszcze zagospodarowany, wokół posesji królowały
dzikie łąki ozdobione polnymi kwiatkami, choć przy niektórych
bungalowach widoczne już były zalążki przyszłych trawników albo
ogródków. Teraz kręciło się tam mnóstwo ludzi, cywilów oraz pracowników
służb. Wzdłuż drogi stało kilka samochodów, między innymi wóz straży
pożarnej i dwa radiowozy. Zaparkowali za nimi.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Ryba.
Policjant poszedł porozmawiać ze strażakami i technikami, dziennikarka w tym czasie rozejrzała się po okolicy. Była malownicza, nic dziwnego, że
ludzie chcieli tu mieszkać. Osiedle było nieco oddalone od wsi, na tyle,
by "miastowi" mogli czuć się komfortowo w swoim izolowanym ustroniu,
zarazem nie tracąc kontaktu wzrokowego ze społecznością lokalną. Felicja
policzyła domy: dziewięć zamieszkanych i pięć w budowie, z czego dwa w postaci fundamentów po drugiej stronie drogi. Niewielkie, ładnie
zaprojektowane bungalowy w pastelowych barwach wyglądały sielsko i anielsko, co kontrastowało z tragedią, jaka rozegrała się w ich
sąsiedztwie. Zgliszcza były dobrze widoczne, w powietrzu dominował swąd
spalenizny. W tej chwili chyba wszyscy mieszkańcy - mimo wietrznej i pochmurnej pogody - wylegli na zewnątrz. W zbitych grupkach ludzi
zebranych na posesjach wyraźnie było czuć niepokój. Bliżej drogi stali
mieszkańcy wioski, bardziej opanowani - ich emocje trudno było nazwać.
Policja nie dopuszczała nikogo do odgrodzonego taśmami pogorzeliska.
Stefańska zrobiła kilka zdjęć smartfonem, jednak gdy spróbowała podejść
do taśmy, została stamtąd grzecznie wyproszona przez młodego
mundurowego. Nie przekonała go nawet jej funkcja ani legitymacja, kazał
jej czekać na zakończenie czynności. Innych dziennikarzy tu nie było,
widocznie wiadomość jeszcze się nie rozeszła. Oczywiście to tylko
kwestia czasu, rodzinna tragedia tej wagi z pewnością nie pozostanie bez
echa. Wyjęła z torby aparat fotograficzny i zrobiła jeszcze parę zbliżeń
z zoomem. Ucieszyła się, że zabrała sprzęt.
Straciła z oczu Rybę, zapytała więc policjanta z prewencji o panią wójt
i dowiedziała się, że owszem, była tutaj jeszcze niedawno, ale zdaje
się, że poszła do wsi. Zatelefonowała na jej prywatną komórkę. Tym razem
Greta odebrała od razu:
- Felicja? Gdzie jesteś?
- Tutaj. Na pogorzelisku. A ty?
- U sołtysa. Zaczekaj na mnie, za chwilę wracam.
- Dopiero co przyjechałam. Będę stała przy radiowozie.
Pstryknęła jeszcze kilka zdjęć z dalszego planu, nie pomijając widoków
osiedla na tle krajobrazów, i w oczekiwaniu na Gretę zapaliła papierosa.
Irytował ją wiatr, przed którym nie było gdzie się schować, rozległy
płaskowyż był łysy, bezdrzewny, dopiero w oddali majaczył las. Po kilku
minutach na drodze pojawiła się kilkuosobowa grupa, w której rozpoznała
przyjaciółkę. Odkąd Greta została wójtem, prawie nigdy nie poruszała się
samotnie, zawsze asystowali jej współpracownicy i fani. Nawet gdy
pojawiała się prywatnie, choćby w sklepie, od razu otaczał ją wianuszek
wielbicieli lub po prostu ciekawskich. Felicja żartowała, że Greta
powinna kupić kilka różnych peruk i ciemne okulary, by zapewnić sobie
anonimowość. Tym razem już z daleka rozpoznała urzędników. Byli w garniturach i mieli problemy z pokonaniem piaszczystej, mokrej drogi w swoich wypucowanych lakierkach. Greta, jak zwykle w swoim stylu, była
elegancka, jednak ubrana bardziej stosownie do okoliczności: w szary
sportowy płaszcz z paskiem i kozaki; jej platynowe, modnie obcięte włosy
skrywał chroniący przed wiatrem kaptur. Temperatura zresztą wciąż była
bardziej zimowa niż wiosenna. Z oddali zobaczyła Felicję i pomachała
jej, nie był to jednak gest radosny. Dziennikarka odwzajemniła go,
również bez oznak wesołości. Trudno było nie myśleć o ludziach, których
kilka godzin wcześniej pochłonął ogień - zaledwie kilkadziesiąt metrów
od tej drogi. Swąd wyczuwalny w powietrzu nie pozwalał nawet na chwilę o tym zapomnieć.
Pani wójt rozstała się ze swoimi współpracownikami na skraju zabudowań,
kierując ich w stronę pogorzeliska, sama natomiast podeszła do
dziennikarki.
- Zobaczyłaś już wszystko? Masz zdjęcia? - zapytała.
- Na miejsce pożaru mnie nie wpuścili, ale zdjęcia zrobiłam. Może, jak
tam pójdę z tobą, to...
- Mam lepszy pomysł - przerwała jej Greta. - Nie ma sensu się tam teraz
pchać, niech strażacy pracują w spokoju. I tak niczego w tej chwili się
nie dowiesz prócz tego, co ja już wiem. Pojedziemy do mnie, wszystko ci
opowiem przy kawie. Mam listę mieszkańców tego osiedla, tych, którzy już
tutaj zamieszkali, oraz którzy się dopiero budują. Musiałam zrobić
rozeznanie, bo w ogóle nie znałam tych ludzi. Za to tych ze wsi w większości kojarzę. Na wszelki wypadek zostawiam na miejscu swoich
ludzi, żeby mieli oko na wszystko. Jutro albo pojutrze przyjedziemy tu,
jak już skończą badać teren pogorzeliska, żeby na spokojnie pogadać z mieszkańcami. Co ty na to?
- Przyjedziemy? My? - zdziwiła się Stefańska. - Myślisz, że wójtowi...
wójcinie... wójtowej... Kurczę, jak to się powinno mówić?!
Greta Pazik wzruszyła ramionami.
- Wójtowa to żona wójta. Ja nie jestem żoną wójta. Możesz mówić wójt, po
prostu - odparła zniecierpliwiona.
- To jest właśnie dyskryminacja! Już na płaszczyźnie języka!
- Daj spokój z tymi feministycznymi tekstami. Jest jak jest.
- To była kpina. No więc myślisz, że wójtowi wypada łazić po domach i rozpytywać ludzi? No chyba że w peruce i masce...
- Zobaczymy - ucięła pani wójt. - Możesz jeździć sama albo ci kogoś
zaufanego przydzielę. Na pewno trzeba będzie z tymi ludźmi porozmawiać.
Musimy mieć rozeznanie w sytuacji. To co, jedziemy? Gdzie masz swoje
autko?
- Przyjechałam z Rybą. Czekaj, zadzwonię do niego i powiem mu, że wracam
z tobą. - Felicja wyjęła z kieszeni telefon.
- Dobra, to łap go, a ja pójdę już odpalać. Stoję tam, na tyłach tego
domku. - Pokazała palcem kierunek.
Gdy wyjeżdżały na główną szosę, minęły ich dwa samochody osobowe i furgonetka.
- Widzisz? - zdenerwowała się Felicja. - Sępy z miasta przyjechały...
- Nie zwróciłam uwagi. Prasa?
- Telewizja. Prasa pewnie też. Już zwietrzyli sensację.
- Nie bój się, nie zostaną wpuszczeni nawet na teren osiedla! Będą sobie
mogli popatrzeć z daleka. To już załatwione. My musimy być informowani
jako pierwsi, to nasz teren. - Greta wyjechała na asfaltową drogę i przyspieszyła.
Obszerna willa Pazików znajdowała się praktycznie w centrum Kryszewa,
ale była położona na zboczu górującego nad nim wzgórza, pośród innych
podobnie wytwornych posesji. Postawił ją kilka lat temu Przemek Pazik,
Grety nigdy nie byłoby stać na tak luksusowy dom, i to w jednej z najdroższych lokalizacji w miasteczku. "Miasteczko" - tak zgodnie z tradycją określali miejscowość gminną mieszkańcy i nie tylko oni, gdyż
była duża i miała zdecydowanie miejski charakter, nie przypadkiem
zresztą, jako że jeszcze przed wojną miała prawa miejskie, a do tego
była modnym, cenionym uzdrowiskiem. Powojenne migracje ludności
spowodowały znaczny odpływ mieszkańców z tych terenów, a Polska Ludowa
nie próbowała temu zaradzić. Formalnie Kryszewo pozostawało teraz gminą
wiejską. Wynikało to również z faktu, że większość jej obecnych
mieszkańców stanowili biznesmeni, zameldowani na stałe w Trójmieście,
gdzie - niestety - urzędy wciąż działały sprawniej. Greta obiecywała to
zmienić, ale problemów, jak się okazało, było przed nią mnóstwo: gmina
miała długi i zaległe zobowiązania. Chyba z tego powodu - nie licząc
osobistego uroku - mieszkańcy postawili w ostatnich wyborach lokalnych
na kobietę. Pierwszą kobietę na tym stanowisku, którą zdążyli poznać już
wcześniej jako idealną radną, i to przez dwie kadencje. Greta nigdy się
nie "dorobiła". Na początku przemiany ustrojowej w brutalny sposób
podcięto jej skrzydła w biznesie. Później wszystkie jej dochody przez
lata pochłaniało utrzymanie domu, córki i wiecznie bezrobotnego męża
pijaka. W działalności na rzecz społeczeństwa była zaś kryształowo
uczciwa. Przed ślubem z Pazikiem zajmowała połowę starego bliźniaka
odziedziczonego po swoich rodzicach, w którym obecnie mieściły się biura
firmy jej męża, zajmującej się produkcją jakichś części do maszyn
rolniczych, Felicja nie mogła zapamiętać jakich. Zresztą nie miało to
dla niej znaczenia, najważniejszy był fakt, że nareszcie znalazł się
facet, który potrafił zapewnić jej przyjaciółce normalne życie po tym
wszystkim, przez co przeszła, łącznie z postrzeleniem przez bandytę.
Czasem zazdrościła Grecie, wiedziała jednak, że sama by się w tym nie
spełniła. Przynajmniej nie teraz. Na razie potrzebowała adrenaliny,
niezależności, ryzyka. Owszem, spokoju też, ale w granicach, które sobie
sama wyznaczała. Właśnie dlatego osiadła w Kryszewie. Ale może kiedyś i jej się ułoży. Greta przekroczyła pięćdziesiątkę, gdy trafiła na swojego
Pazika. Felicja była od niej młodsza o ponad dychę. Mam jeszcze szansę -
uspokajała się. W obecnych czasach czterdzieści plus, zwłaszcza kiedy
się człowiek nie zmienia, to przecież żaden wiek. Podobno. O ile można
wierzyć pochlebcom...
Jak zwykle rozgościły się w obszernej kuchni z aneksem jadalnym. Przemka
jak zawsze o tej porze nie było w domu, dużo pracował, czasy nikomu nie
sprzyjały, więc i Pazikom ostatnio wiodło się gorzej. Rząd nie doceniał
przedsiębiorców. Pytanie, kogo doceniał - pomyślała gorzko Stefańska.
Wciąż czuły gryzący smród dymu, który wsiąkł w ich ubrania. Próbowały go
zignorować. Greta nastawiła kawę w dużym ekspresie, z lodówki wyjęła
ciasto.
- A może wolałabyś najpierw coś konkretnego? - zreflektowała się. -
Jadłaś śniadanie? - zapytała.
Znała dobrze przyjaciółkę, wiedziała więc, że ta często zapominała o tak
prozaicznych rzeczach jak normalne posiłki.
- Jadłam, jadłam. Ciasto będzie w sam raz! A co to jest? - Felicja
łakomie przyjrzała się apetycznemu plackowi.
- Sernik, kretynko. Nie widać?
- Nie znam się. Sama piekłaś?
Greta uśmiechnęła się krzywo.
- A jak sądzisz? Nie mam na to czasu, złośliwa jędzo. Zamówiłam na
weekend z kawiarni, tej nad jeziorem. Wiesz, że są świetni.
- Nie musisz się tłumaczyć. Domyślam się, że sama nie potrafisz.
Nałożysz wreszcie czy mam jeść prosto z patery?
Przekomarzając się, zaniosły do stolika dzbanek z kawą, ciasto,
filiżanki i talerzyki. Spoważniały, gdy Greta wyjęła z torby swoje
notatki odnoszące się do pożaru.
- Już wiesz, że to nie był wypadek?
- Tak. Ryba mi powiedział. - Felicja odsunęła na bok talerzyk z ciastem.
Nagle odechciało jej się jeść. Napiła się tylko kawy.
- Poprosiłam Zygmunta, żeby niczego przed tobą nie ukrywał, bo wtedy
stajesz się jeszcze bardziej dociekliwa. Chociaż... może to i dobrze.
Nie dopuszczę, żeby podpalaczowi uszło to płazem!
- Podpalaczowi? Raczej mordercy.
Greta zacisnęła usta.
- Masz rację. Dokładnie tak samo uważam! - odparła z determinacją,
jakiej Felicja się po niej nie spodziewała. Zwykle próbowała być
"poprawna politycznie" i jak długo się da, nie dostrzegać tej gorszej
strony medalu, szczególnie gdy chodziło o dobre imię jej ukochanej
gminy.
- Samo się nasuwa - bąknęła. - Ale wiesz co? To jest chore... Kto mógł,
do cholery, zrobić coś takiego?! Podpalić dom, w którym śpią ludzie?
Dzieci? - Dziennikarka wzdrygnęła się.
- Masz jeszcze jakieś złudzenia? Wątpisz w istnienie potworów w ludzkiej
skórze? Skoro ktoś mógł zatłuc siekierą dzieciaki biznesmena, to równie
dobrze mógłby podpalić dom. Nie wiem, co gorsze.
- Myślisz, że tym razem też chodzi o zemstę?
- Nie mam pojęcia, ja nie w tym sensie. - Greta Pazik pokręciła głową
bezradnie. - Mówiłam ogólnie. Może chodzić o wszystko, my kompletnie nic
o tych ludziach nie wiemy. A jeśli to seryjny piroman?
- Czemu seryjny? - zdziwiła się Stefańska.
- Bo kilka miesięcy temu ktoś podpalił stodołę Cywińskiemu, sołtysowi
Adamowa. Wtedy nie wykryto sprawcy, ale nikt nie zginął, nawet zwierzęta
uratowali, tyle że budynek poszedł z dymem, więc się rozeszło po
kościach...
Dziennikarka czujnie podniosła głowę znad smartfona, na którym
przeglądała zdjęcia z pogorzeliska.
- Cywiński? To on sprzedał grunt pod budowę tego osiedla?
- A wiesz, że... chyba tak. - Greta się zdziwiła. - Nie pomyślałam o tym, ale masz rację. Skąd wiesz?
- Od mojej gospodyni. Nie bardzo go chyba lubi.
- E, typowe wiejskie niesnaski! Twoja gospodyni pochodzi z Adamowa, to i powtarza stare plotki. Chłop ma kasę, ziemię, więc mu zazdroszczą.
Możliwe, że stąd tamto podpalenie. Tak przynajmniej wtedy zakładano w śledztwie.
- Jednak w kontekście ostatniego podpalenia sprawa daje do myślenia...
- Fakt. Zwróciłam na to uwagę. I co, wyszły ci zdjęcia?
- Ujdą. Lepsze są w aparacie, potem sobie obejrzymy. Pokaż lepiej, co
tam masz w tych notatkach.
Pani wójt otworzyła gruby, czarny notes.
- Nazwiska, numery posesji i uwagi sołtysa dotyczące mieszkańców osiedla
- odparła. - Dostaniesz to, w sumie zapisałam je dla ciebie. Wiem, że
mogłabyś zrobić to sama, ale mnie tam ludzie lepiej znają, więc poszło
mi łatwiej. Tylko jedno muszę ci od razu powiedzieć. Ci nowi mieszkańcy
są podobno jacyś dziwni. Miejscowi ich nie lubią. A to miejsce nazywają
"Osiedlem odmieńców".
- W jakim sensie dziwni?
Greta wzruszyła ramionami.
- Sołtys nie do końca mi to wyjaśnił. Odludki, samotnicy, outsiderzy, z przeszłością. Za dnia długo śpią, po nocach się u nich świeci. Cytuję:
jak u wampirów. Do kościoła nie chodzą. Ani do knajpy. Zakupów na
miejscu nie robią, nie przychodzą na wspólne ogniska. Ludziom ze wsi
wydaje się, że zadzierają nosa. Ponoć nikt tam nie jest "normalny", ale
co to według nich dokładnie znaczy... - Rozłożyła ręce.
- Ci pogorzelcy też tacy byli? - zainteresowała się dziennikarka.
- Domańscy... Tak się nazywali. Właśnie nie. Oni jedni byli ponoć
sympatyczni i różnili się od reszty "odmieńców". Mieli dzieci, które
posłali do miejscowych szkół. Potrafili pogadać. Dlatego ludzie im
szczerze współczują. I oczywiście uważają, że to sąsiedzi z osiedla ich
podpalili.
- A ci z osiedla pewnie podejrzewają tubylców?
- Trafiłaś w dziesiątkę...
Dwa dni później
Dwa dni później
Felicja wracała do Adamowa u boku "nasłanego" - jak wściekała się w myślach - faceta. Nasłanego przez Gretę, która jednak stwierdziła, że na
razie nie będzie bezpośrednio mieszać się w jej dziennikarskie śledztwo.
"Przemek powiedział, żebym nie narażała powagi urzędu. Że łażący po
domach i wypytujący ludzi wójt to coś niepoważnego" - wyznała Felicji
przez telefon i dodała, że wprawdzie nie do końca zgadza się z mężem,
ale na razie się powstrzyma, przydzieli jednak dziennikarce asystenta z urzędu. I zrobiła to, pomimo sprzeciwu Felicji, argumentując swoją
decyzję tym, że łatwiej będzie rozmawiać z lokalsami, mając wsparcie ze
strony autorytetu gminy. "Rozumiesz, twoje dochodzenie nabierze przez to
urzędowej rangi" - dodała. Stefańska, chcąc nie chcąc, musiała się
zgodzić. Buntowała się, bo przy poprzednich sprawach radziła sobie bez
oficjalnego wsparcia, domyślała się jednak, że Grecie chodzi przede
wszystkim o jej bezpieczeństwo. Fakt, że co najmniej dwa razy znalazła
się w opałach. Greta zresztą też. Wtedy jeszcze była tylko radną. I pewnie o to też chodziło Pazikowi, nie o żadną "powagę urzędu".
Wymogła jednak na przyjaciółce obietnicę, w myśl której asystent nie
będzie wtrącał się w jej robotę. Sama nią będzie kierować. Jako
dziennikarka musi być wolna i niezależna. Greta zgodziła się na to mimo
uwagi, że jako rzeczniczka prasowa urzędu gminy Stefańska nie jest i nie
może być do końca niezależna. Tu nastąpiła ich odwieczna kłótnia na
temat etyki pracy dziennikarza, jak zwykle niezakończona. Na szczęście i tak dobrze się rozumiały, więc pewne kwestie mogły zostawić w zawieszeniu. Koniec końcem Stefańska jechała teraz gminnym samochodem z kierowcą - co za wypas, nawet Greta zwykle poruszała się własnym autem -
a obok niej siedział milczący brodaty czterdziestokilkulatek w swetrze i marynarce, nawet całkiem miły, choć i tak działający na dziennikarkę jak
płachta na byka. Pachniał subtelnie tatarakiem. Stefańska nie
rozpoznawała marki tej wody toaletowej, ale musiała być dobra.
Przedstawił jej się jako Sebastian Czepecki. Wiedziała już wcześniej od
Grety, że jest radnym z jej komitetu. Greta zapewniała, że można mu ufać
w stu procentach. Kierowcą był z kolei znudzony młody chłopak i Felicja
od razu zdecydowała, że będzie to pierwszy i ostatni raz. Na następny
wypad - który z pewnością nastąpi - pojedzie własną reanimowaną starą
renówką, ignorując urzędową powagę. Poprzedniego dnia nauczyła się
niemal na pamięć nazwisk osób, z którymi będzie rozmawiać. Trzeba też
będzie dowiedzieć się czegoś więcej o ofiarach... ofiarach przestępstwa,
nie nieszczęśliwego wypadku, ponieważ już było wiadomo, że Domańskich
podpalono z premedytacją. Dom został oblany substancją łatwo palną w kilku miejscach, by jego mieszkańcy nie mogli się uratować. Wyjątkowo
perfidna zbrodnia, zwłaszcza że śmierć w płomieniach poniosły także
niewinne dzieci...
Rozmyślając, nie zauważyła, że dojechali już na miejsce.
- Gdzie teraz? - zapytał kierowca, zwalniając przed krzyżówką.
Zanim Felicja zdążyła się odezwać, zareagował Czepecki.
- Zaparkuj na parkingu przy kościele i idź do pubu. My się już dalej
przejdziemy. Zamów sobie obiad i kawę na koszt gminy, tylko nie zapomnij
wziąć rachunku. Mamy u nich swoją pulę. Będziesz musiał na nas trochę
poczekać.
- Nie ma sprawy! - ucieszył się chłopak. - Tam mają kanał sportowy. Może
jakiś meczyk się trafi!
- Od razu mówiłam, że bez sensu było brać kierowcę. Tylko kłopot i koszty - powiedziała Stefańska, gdy wysiedli z auta, a kierowca włączył
alarm i oddalił się w kierunku jedynej we wsi knajpy.
"Asystent" machnął na to ręką.
- Nic nie szkodzi. To tylko na początek - odparł - żeby zrobić wrażenie.
Za chwilę cała wieś będzie wiedziała, że przywieźli urzędników z gminy.
Z pełnym majestatem. To co, przespacerujemy się ten kawałek? Dasz radę?
Bo może wolałabyś, żeby nas podwiózł pod osiedle, a potem po nas wrócił?
Dziennikarka parsknęła śmiechem.
- Wyglądam na inwalidkę czy co? To nie jest aż tak daleko! Pogoda ładna.
Nawet chętnie się przejdę.
- To dobrze. - Czepecki uśmiechnął się, kiedy już ruszyli w górę szosy,
do nowszej części Adamowa. - Będziemy mieli chwilę, żeby po drodze
dogadać szczegóły naszej współpracy. Na początek.
- Może to i racja, warto pogadać. Żebyśmy mieli jasność. Bo widzisz, ja
przywykłam do tego, że pracuję sama...
- Rozumiem - odpowiedział od razu, gdy tylko zawiesiła głos. - Nie chcę
ci wchodzić w drogę. To nie był mój pomysł, Greta poprosiła mnie, żebym
ci pomagał. Jak już pewnie wiesz, jestem jej radnym, ale nie tylko,
prywatnie również przyjacielem. Bardzo ją cenię i nie mogłem odmówić.
Zresztą nawet gdybym odmówił, i tak znalazłaby na moje miejsce kogoś
innego. Odnoszę wrażenie, że bardzo jej zależy na wyjaśnieniu tej
sprawy, a nie do końca polega na... hmm... na tutejszej policji. Chce
też, żeby gmina włączyła się w to. Trudno jej się dziwić, taka historia
zaraz na początku kadencji...
- To fakt, nic miłego. - Stefańska pokiwała głową, podziwiając
jednocześnie pokryte wiosennymi kwiatami łąki i zielone poletka za
gospodarstwami. Byle tylko nie patrzeć na tego faceta. Zrobiło jej się
głupio.
On tymczasem kontynuował:
- Więc mam taką propozycję. Nie będę się narzucał, ale podzielimy się
obowiązkami. Na przykład ja wezmę na siebie miejscowych, a ty osiedle.
Mnie będzie łatwiej z naszymi mieszkańcami, tobie z miastowymi. Potem
wymienimy się informacjami. Na tym się raczej nie skończy, więc będziemy
na bieżąco uzgadniać, co komu przypadnie, a raz w tygodniu możemy
urządzać burzę mózgów. Co ty na to? Coś przecież muszę robić, inaczej
będziesz miała na głowie Gretę. Ona nie odpuści...
Felicja zerknęła wreszcie na niego z sympatią. Mało tego, zauważyła, że
jest całkiem przystojny. I miły. Naturalny, nie nadęty. Fajny gość.
Pomału zbliżali się do celu. Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów. Teraz
można zapalić, bo potem, rozmawiając z ludźmi, nie będzie wypadało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki