Osiedle martwych marzeń - Adrian Chrząszcz

Kup ebooka

27.99 zł
22.39 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stare kino

W dwudziestym wieku kino "Uciecha" (przed wojną "Czary") przechodziło rozkwit kulturalny. Każdy seans, każdy spektakl sprawiał, że sala teatralna była wypełniona do ostatniego fotela.

Miejsce to stało się symbolem, chlubą miasta, a zarazem ucieczką od szarej, powojennej rzeczywistości. Wydawało się, że popularność kina "Uciecha" będzie niezmienna, ale nic nie trwa wiecznie. Jedno przerażające odkrycie zrujnowało wszystko...

Pewnej nocy po ostatnim seansie młoda kobieta sprzątała główną salę. Robiąc to, nuciła pod nosem, bo tak miała w zwyczaju. Nie miała pojęcia, że za chwilę znajdzie coś, co w późniejszym czasie doprowadzi do jej śmierci.

Pomiędzy siódmym a ósmym rzędem leżało zawiniątko... Podniosła je, ponieważ sądziła, że ktoś coś zostawił, a jej obowiązkiem było odniesienie takich rzeczy do recepcji (tamtego wieczoru, o tamtej godzinie - pustej).

Zdziwił ją ciężar oraz wielkość przedmiotu, który znalazła, ponieważ prawdopodobnie nie była to żadna rzecz osobista, a więc co to mogło być? Nie miała zamiaru tego sprawdzać, bo w żadnym wypadku nie była osobą ciekawską, ale pech chciał, że pakunek rozwiązał się, a jego zawartość upadła na posadzkę. Kobieta krzyknęła, gdy skupiła wzrok na leżącym u jej stóp ciele zmasakrowanego noworodka. Jego oczy były śnieżnobiałe, a twarz przybrała kolor popiołu. Ale nie to było najgorsze... Krew dziecka zaczęła płynąć po podłodze, zupełnie jakby ktoś zamordował je w tym momencie.

Sprzątaczka zwymiotowała, gdy dotarło do niej, że ktoś rozerwał jego maleńką klatkę piersiową, jakby była kartką papieru. Połamane żebra sterczały w górę, wyglądając jak odrażające szpikulce do lodu. Wnętrzności niemowlaka były poszarpane, porwane oraz pogryzione, a ich kawałki spoczywały aktualnie na podłodze. Wrzasnęła, po czym pobiegła do telefonu znajdującego się w recepcji. Zadzwoniła na milicję i łamiącym się głosem opisała całą sytuację. Kazali jej czekać, ale ona i tak nie miała zamiaru się ruszyć. Sparaliżował ją strach.

W zeznaniach kobiety coś ewidentnie się nie zgadzało. Z niesamowitą dokładnością wskazała miejsce, w którym znalazła noworodka i gdzie go upuściła, ale funkcjonariusze nie mogli go znaleźć. Przeczesali cały budynek, ale dziecko zniknęło, jakby zapadło się pod ziemię. To nie regenerująca się jaszczurka, nie mógł przecież odejść... Zresztą, wtedy nie myślano takimi kategoriami.

Najpierw kobieta została uznana za morderczynię, zabrano ją do ciasnej celi, gdzie skatowano do nieprzytomności. Gdy jasne stało się, że nie zamordowała nikogo, wtedy umieszczono ją w zakładzie psychiatrycznym, gdzie pewnego dnia znaleziono ją, wiszącą pod sufitem, wyklętą przez rodzinę.

Kino "Uciecha" zamknięto natychmiast. Jego mury nigdy więcej nie doświadczyły piękna sztuki.

Obecnie kino stoi w tym samym miejscu, niszczejąc i umierając.

***

Piotr, Brian, Stefan i Jakub stanęli przed potężnym, prostokątnym gmachem starego, opuszczonego kina. Rozejrzeli się dookoła, ale w zasięgu wzroku znajdowały się jedynie gołębie tkwiące na dachu. W jakimś dziwnym, fantastycznym sensie wyglądały jak strażnicy tego miejsca, jedyne stworzenia chcące zaglądać w te wiekowe mury (nie licząc bezdomnych, którzy z całą pewnością korzystali z tego miejsca jako schronienia w nocy przed zimnem).

Chłopcy ruszyli wzdłuż zablokowanego frontu, który niegdyś był głównym wejściem, po czym skręcili w lewo, w wąską ścieżkę pomiędzy ścianą budynku a szerokim pasmem krzewów oraz chwastów. Wyraźnie słyszeli samochody jeżdżące na ulicy obok, ale roślinność dawała im skuteczną ochronę przed ich wzrokiem. W normalnych okolicznościach takie eskapady do opuszczonych miejsc powinno się robić w nocy, gdy szansa na zauważenie i kłopoty z policją jest mniejsza, ale oni potrzebowali dziennego światła, aby nakręcenie teledysku było łatwiejsze. Całą ścieżkę zdobiły lśniące w słońcu fragmenty rozbitych butelek oraz puste paczki po najtańszych papierosach.

Chłopcy skręcili w lewo, w małą wnękę w budynku, a tam znajdowała się droga do środka. Okno zawieszone było dość nisko, a krata została wykrzywiona, więc wystarczyło się delikatnie podciągnąć, aby wejść do środka. Oczywiście szpara nie była ogromna, a osoba o pokaźnej posturze miałaby problem, aby się przecisnąć, ale żadnego z nich ten problem nie dotyczył.

Zbliżyli się do okna.

W pomieszczeniu było ciemno, mimo światła, które do niego wpadało, dlatego Stefan wyciągnął telefon i uruchomił latarkę. Zobaczyli białe, porozbijane - w niektórych miejscach wyrwane - kafelki oraz dwie kabiny, w których kiedyś znajdowały się sedesy.

-No i mamy kibelek - powiedział Brian.

-Kto pierwszy? - zapytał Stefan.

-Im szybciej, tym lepiej - oznajmił Jakub, po czym ściągnął plecak i położył go na ziemi. - Świeć mi tak, żebym widział i nie złamał nogi.

-Ma się rozumieć, szefie.

Jakub złapał parapet i podciągnął się. Miał wrażenie, że wyrwa jest odrobinę większa, a w praktyce krata krępowała jego ruchy. Jednakże po chwili przeszedł przez okno i znalazł się po drugiej stronie.

-Ale tu syf - powiedział.

Jedną nogę postawił na drewnianych schodach, które ktoś umiejscowił tak, aby wychodzenie było łatwiejsze. Ktoś inny natomiast przewrócił je na bok, aby położenie drugiej nogi było niemożliwe. Ale to nie był duży problem. Drugi but powędrował na podłogę, między sterty gruzu i bezpańskich śmieci.

-Dawajcie plecaki i zapraszam następnego klienta - obrócił się w stronę okna i wyciągnął ręce.

Dwa plecaki bez problemu przeszły na drugą stronę, a po nich przyszedł czas na Briana.

On obrał nieco inną strategię. Złapał się kraty, a następnie zaczął wchodzić po ścianie, tak jak robią to żołnierze wchodzący na dach budynku przy użyciu kotwiczki. Poszło mu sprawniej niż poprzednikowi, ponieważ już chwilę później znalazł się we wnętrzu zdemolowanej toalety.

-Nie wiem, czy to prawda, ale słyszałem, że kobieta sprzątająca w tym kinie znalazła zmasakrowanego noworodka i dlatego je zamknięto - odezwał się Piotr.

-No wiesz... To raczej nie jest prawda, ale wielka szkoda, że mówisz nam to dopiero, gdy połowa z nas jest już w środku! - oburzył się Brian.

-Boisz się duchów? Nie martw się, bo one boją się ciebie bardziej... Tak jak mówi się o pająkach. - W głosie Jakuba powiewała wyraźna nuta sarkazmu.

-Idiota - skwitował Brian.

W międzyczasie Stefan zaczął przechodzić na drugą stronę. Robił to dość nieporadnie, ale w końcu osiągnął cel.

-Zapraszamy, Panie Zmasakrowany Noworodek - odezwał się Jakub.

-Dziękuję za zaproszenie, z chęcią z niego skorzystam. - Uśmiechnął się, uznając, że odbił piłeczkę w zadowalającym stopniu.

Chwilę później wszyscy byli już w środku.

Jakub otworzył drzwi pokryte łuszczącą się białą farbą. Rozległo się nieprzyjemne, zaskakująco głośne skrzypienie.

-Jeszcze trochę, a obudzisz wszystkich zmarłych! - zganił go Brian.

-Przecież to nie moja wina, kretynie... Po co go zabraliście? - zwrócił się w stronę Stefana i Piotra - Gość się chyba naćpał i zaraz zobaczy ducha.

-Bo miałem w planach podlizać się jego siostrze. Chciała mieć wolną chatę, a ja chciałbym ją poderwać, dlatego... No sam rozumiesz. A poza tym ktoś musi stanąć za kamerą, prawda? - wyjaśnił Piotr.

-Ale zdajesz sobie sprawę, że chciała mieć wolną chatę, żeby zaprosić jakiegoś chłoptasia, innego niż ty? - Zwrócił mu uwagę Jakub.

-Nie sądzę.

-Jak tam chcesz.

Po tej krótkiej wymianie zdań przestąpili przez próg i znaleźli się w głównym holu. W zasadzie to nie zobaczyli jeszcze nic szczególnego, ale już w tym momencie wyczuli klimat panujący w tym miejscu. Był tak silny, że nie wyczułaby go jedynie osoba niewrażliwa na sztukę, a każdy z nich w pewnym sensie miał z nią coś wspólnego. Brian interesował się filmowaniem, w przyszłości planował zostać reżyserem, wizjonerem, który sprawi, że polskie kino podniesie się z kolan. Jakub był grafikiem komputerowym, a Piotr i Stefan wspólnie nagrywali muzykę, licząc, że kiedyś wydadzą legalną płytę. Tyle marzeń zamkniętych w tym umierającym, dławiącym się miejscu, prawdziwy paradoks.

W dalszym ciągu obserwowali pomieszczenie, w którym się znaleźli. Zielona farba łuszczyła się, a jej płaty spadały na posadzkę, odsłaniając fragmenty drewna. Na ziemi znajdowały się pokaźne liczby połamanych desek, a na suficie zachował się jedynie hak, na którym niegdyś wisiał żyrandol. Naprzeciwko nich znajdowały się schody, ale na nie przyjdzie jeszcze czas... O ile po lewej stronie znajdowały się dwie pary zablokowanych, podwójnych drzwi, będących głównym wejściem, o tyle prawa strona kryła dwa pomieszczenia, których jeszcze nie zbadali.

-Może zaczniemy od piwnicy? - zapytał Jakub, wskazując na małe drzwi, znajdujące się po lewej stronie schodów.

-Najciekawsze na końcu - odparł Stefan.

-Coś w tym jest... To po kolei w takim razie.

Jakub ruszył w stronę pomieszczenia znajdującego się najbliżej. Drewniane drzwi były uchylone, więc wejście do środka nie stanowiło żadnego problemu. Wnętrze, w którym się znaleźli, było naprawdę spore, większe niż główny hol. W niektórych miejscach z sufitu zwisały żyrandole, a w innych jedynie pojedyncze żarówki.

Całe pomieszczenie zostało wypełnione najróżniejszymi sprzętami. Zaczynając od metalowych półek, idąc przez poobijane meble, a na pudłach ze starymi taśmami kończąc. Czymś niesamowitym byłoby wzięcie jednej z nich i uruchomienie, jednakże każdy z nich zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe. Ruszyli przez pomieszczenie, co jakiś czas schylając się, aby przeczytać treść kartek leżących na ziemi. Ich główną treścią była polityka.

-Myślicie, że co tu było? - zapytał Brian.

-W internecie czytałem, że w tym budynku funkcjonowała również restauracja, więc prawdopodobnie w tym miejscu znajdowała się jadalnia. - Piotr rozejrzał się dookoła i uświadomił sobie, że nie zachował się tam żaden stolik, przy którym ówcześni goście spożywali posiłki.

-Idziemy dalej? Chyba widzieliśmy tu wszystko. - Jakub spojrzał w stronę drzwi do głównego holu.

-Widzę to! Widzę! - uniósł się Stefan.

Koledzy spojrzeli na niego, sądząc, że zobaczył coś, czego nie chciał widzieć, ale on stał w tym samym miejscu, trzymając się za głowę jak artysta, który doznał olśnienia.

-Co takiego? - zdziwił się Piotr

-Jeszcze pytasz?! Początek teledysku, oczywiście, że początek teledysku!

-No to dawaj.

-Zaczynamy tutaj. - Stefan wskazał ścianę znajdującą się naprzeciwko drzwi. - Kamera jest za naszymi plecami, a my odpalamy flary i zaczynamy iść. - Ruszył z miejsca, aby jego prezentacja wyglądała jeszcze lepiej. - Przechodzimy przez całe pomieszczenie na jednym ujęciu, a potem otwieramy drzwi i wychodzimy. Nie sądzę, że odpadną, jeśli delikatnie jej popchniemy. Wtedy zrobimy cięcie, Brian wyjdzie, stanie w drzwiach od łazienki, a my zamkniemy drzwi i wyjdziemy jeszcze raz. Oczywiście zmontujemy to tak, żeby było płynnie. Mam nadzieję, że rozumiecie. Wychodzimy z flarami w rękach, wtedy zmiana kamery i idziemy na górę, na główną scenę, bo domyślam się, że tam nagramy większość materiału.

-Nie brzmi to źle - przyznał Piotr. - Jest dość proste, ale zarazem w pewnym sensie tajemnicze. Co sądzisz, panie reżyser?

-Sądzę, że to dobry pomysł. Jedyna rzecz, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to fakt, że musicie wyjść, zanim zacznie się nawijka, bo inaczej będzie to wyglądało dość dziwnie. Wyczucie dobrego tempa będzie dość istotne.

-Da się zrobić - powiedział Stefan. - Teraz możemy iść dalej - zwrócił się do Jakuba, który w czasie ilustrowania planu zdążył usiąść na przewróconej szafce.

-Klasa światowa - skwitował tamten.

Chłopcy skierowali się w stronę wyjścia. Szli we względnej ciszy aż do momentu, gdy coś rąbnęło o posadzkę, a w powietrze wzbiły się tumany kurzu. Momentalnie odwrócili się, a wtedy rozległ się krzyk.

-Cholerny bałagan! Przewróciłem się o coś!

-Nic ci się nie stało, Brian? - zapytał Piotr, który skierował się w jego stronę, aby wyciągnąć pomocną dłoń.

-Chyba nie. - Chłopak podniósł się do siadu, po czym - zanim dotarł do niego Piotr - spojrzał na swoje dłonie. Wewnętrzna strona lewej była rozcięta, z rany nieśpiesznie wypływała bordowa krew. - A jednak rozciąłem sobie rękę. Chyba wypadałoby założyć bandaż, żeby nie wdało się zakażenie - stwierdził, po czym wyciągnął zdrową rękę i złapał wyciągniętą dłoń kolegi.

-Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy czekali, dlatego proponuję, że ze Stefanem pójdziemy do następnego pomieszczenia, a wy do nas dołączycie.

-Spoko, idźcie - odparł Piotr, który uklęknął i usiłował wydobyć bandaż z wnętrza swojego plecaka.

Opuścili pomieszczenie, a po chwili znaleźli się przed zamkniętymi drzwiami wykonanymi z jasnego drewna. Napis na nich głosił: "Kuchnia".

-Super. Może zachował się jeszcze jakiś kucharz, który zechciałby nam coś ugotować? - zażartował Jakub.

-Sądzę, że po tylu latach mógłby być "przy kości" - Stefan podkreślił ostatnie dwa słowa.

-Dlaczego ja nigdy nie rozumiem twoich żartów?

-Bo to już wyższy poziom. Daleko ci do niego. - Nuta wyższości rozbrzmiała w jego głosie.

-Nie podskakuj.

-Nie śmiałbym.

Jakub nacisnął klamkę, a drzwi otworzyły się w całkowitej ciszy.

W pomieszczeniu znajdowały się dwa okna, z czego jedno było całkowicie zasłonięte dyktą, a drugie w połowie podzieliło jego los. Panował tam półmrok. Chłopcy wyciągnęli telefon i uruchomili latarki. Nastała względna jasność, więc zaczęli się rozglądać. Wszystkie ściany wyłożono białymi kafelkami, których obecny stan pozostawiał wiele do życzenia. Liczne pęknięcia, obicia, zadrapania obserwowały dwójkę gości, którzy wchodzili coraz głębiej, śmielej. Na środku znajdowało się coś, co kiedyś było płytą kuchenną, jednakże obecnie w jej powierzchni znajdowały się dwie wielkie dziury przypominające kratery po uderzeniu meteorytu. Znajdujące się w niej piece były otwarte, więc chłopcy wykorzystali okazję i zajrzeli do środka. Znaleźli tam kolejne gazety opisujące ówczesną politykę, dwie butelki po piwie oraz - co ciekawe - dwie zużyte prezerwatywy. Stefan spojrzał na jedną ze ścian, a wtedy zobaczył napis, który wcześniej nie rzucił mu się w oczy:

"Braci się nie traci" - przeczytał w myślach.

-Ktoś ewidentnie tęskni za Chadą - zwrócił się do Jakuba, wskazując mu sentencję.

-Szukajcie, a znajdziecie - odparł tamten, po czym skierował się w stronę wyjścia.

W progu spotkali Piotra oraz Briana.

-Trochę to dziwne, że nie ma przejścia między kuchnią a jadalnią. Z posiłkami musieli przechodzić na około, przez hol - powiedział Stefan jakby na przywitanie.

-W ten sposób robili innym gościom ochotę na jedzenie i więcej osób odwiedzało restaurację. - Piotr zaśmiał się, a reszta podążyła jego śladem.

-Wchodzicie? - Jakub kiwnął głową w stronę pomieszczenia za swoimi plecami. - W sumie to nie było tam nic ciekawego, nie licząc faktu, że w piecu leżą dwa zużyte kondomy. Piotrze, czy byłeś już tutaj może z jego siostrą? - uśmiechnął się, wskazując na reżysera teledysku. - Ano tak, zapomniałem, że ona woli robić takie rzeczy z innymi. Mój błąd...

Chłopak pokazał mu środkowy palec, po czym zaczął wchodzić po schodach.

-To chyba znaczy, że nie chce zobaczyć, co jest w środku.

Stefan i Jakub podążyli jego śladem.

-Ja zobaczę, co jest w środku. Zaraz was dogonię - oznajmił Brian.

-Spoko, jakoś się znajdziemy.

Reżyser teledysku włączył latarkę i wszedł do kuchni.

***

Po pięciu minutach Brian wyszedł z pomieszczenia. Uznał, że jego koledzy mieli rację, bo w zasadzie nie było tam nic godnego uwagi. Jednakże warto było przekonać się na własnej skórze. Zgasił latarkę i zaczął wspinać się na szczyt schodów. Bandaż powoli przesiąkał krwią, ale nie bolało go, więc nie było powodu do narzekania. Mógł skończyć gorzej.

Nagle zobaczył coś dziwnego. Na półpiętrze znajdowało się pomieszczenie, od którego drzwi zostały wyrwane i spoczęły oparte o najbliższą ścianę. Brian mógłby przysiąc, że przed chwilą ich nie było... Z drugiej strony była szansa, że nie zwrócił na nie uwagi.

Hol wypełnił się przeciągłym skrzypnięciem, gdy stanął na ostatnim schodku, ale on skupił się na tajemniczej wnęce i ledwie je usłyszał. Wyglądało na to, że we wnętrzu nie ma żadnego okna, dlatego po raz kolejny włączył latarkę. Spojrzał w lewo, na wyższe piętro, ale nie dostrzegał żadnego ze swoich kolegów. Pokoik wydawał się naprawdę mały, więc prawdopodobnie postanowili go pominąć. Brian zrobiłby to samo, ale ciekawość kazała mu zajrzeć do środka.

Snop światła zatańczył na ścianach pokrytych białą farbą, a wtedy chłopak zrozumiał, że miał całkowitą rację. Pomieszczenie było tak małe, że nie miał pojęcia, co mogło się w nim znajdować.

Wszedł do środka.

Rozejrzał się, ale - tak jak sądził - nie było tam nic interesującego, a w zasadzie to nie było tam nic z wyjątkiem białych ścian, dlatego obrócił się i planował skierować się na następne piętro. Jednakże wtedy poczuł jakieś dziwne uczucie, którego nie potrafił opisać. Uczucie, które kazało mu się odwrócić, jeszcze raz spojrzeć na ścianę za sobą. Zrobił to, a wtedy doznał szoku. Zobaczył podłużne ślady, jakby...

Jakby ktoś zamknął tu wielkie zwierzę, a ono za wszelką cenę chciałoby się wydostać, oraz napisy, których znaczenia nie rozumiał. Strach zaczął zaciskać się na jego gardle jak stryczek, ale Brian był jakby w transie. Wyciągnął zranioną dłoń i zaczął iść w stronę napisów... Po czole oraz plecach spływał mu zimny pot, ale on się tym nie przejmował. Dotknął je, a wtedy zaczęły się dziać rzeczy tak niezwykłe, tak straszne, że wręcz fantastyczne.

Poczuł silne, nieprzyjemne ciepło będące jak płynąca lawa. Jego skóra zaczęła się czerwienić, a jej fragmenty łuszczyły się, tak jak farba w większości tego budynku, ale to był dopiero początek... Poczuł wewnętrzny ucisk, ale w żadnym stopniu nie był on fizyczny. Coś napierało na jego duszę z przerażającą siłą, a on był wobec tego bezsilny. Był jak niemowlę skazane na czyjąś łaskę.

Potem rozległy się głosy. Setki, tysiące udręczonych, krzyczących, błagających głosów. Zaczął czuć ich tragedię, ich cierpienie, a to było gorsze niż kara śmierci. Stał się katalizatorem dla bólu, a one planowały wyładować na nim wszystko, co miały. Źrenice Briana zniknęły, jakby nigdy wcześniej ich tam nie było. Jego oczy pokryła biel przypominająca świeży, miękki śnieg. Jego fizyczna powłoka, słabe, ludzkie ciało oślepło, ale on w dalszym ciągu widział. W całości stał się swoją duszą, zatracając jakąkolwiek cząstkę człowieczeństwa. Lewitował w powietrzu, obserwując samego siebie. Stojącego w bezruchu, umierającego... Napisy na ścianach zaczęły tworzyć duży, owalny kształt i coś potężnego pociągnęło go w jego wnętrze. Ściana zatrzęsła się, gdy wtapiał się w nią. Głosy stawały się coraz donośniejsze, ale on nie czuł już żadnego bólu. Wyraźnie słyszał każde ich słowo. Każde błaganie o pomoc, każdą modlitwę.

I wtedy zobaczył jakiś budynek, który z całą pewnością nie należał do znanego mu świata. Pokrywająca go czerń wręcz emanowała pierwotnym złem, lękami zakorzenionymi w ludzkiej naturze. A on, Brian, przeleciał przez jedną z jego ścian i wtedy znalazł się w niewiarygodnie długim korytarzu. Po obu stronach znajdowały się cele. Były ich setki... Pomiędzy kratami każdej z nich wystawały ludzkie ręce. Poranione, pamiętające o torturach, których doświadczyły. Niektórym brakowało palców, a inne, te z podciętymi żyłami, pokrywały posadzkę posoką, jednakże nawet głupiec wiedziałby, że nigdy się nie wykrwawią, bo przebywanie w tym miejscu było karą, najgorszą ze wszystkich. W tym miejscu śmierć była błogosławieństwem.

Dusza Briana, mimo jego woli, zaczęła się przesuwać w przód, prześlizgiwać się między udręczonymi dłońmi. Najpierw wolno, potem szybciej, szybciej, aż w końcu wszystko dookoła stało się jedynie rozmazanym filmem. Mknął przez korytarz aż do momentu, gdy zobaczył wielkie drzwi. Ich powierzchnie pokrywały pentagramy oraz symbole, które do końca jego życia pozostaną ukryte za zasłoną niewiedzy. Sądził, że przeleci przez nie, tak jak miało to miejsce ze ścianą, ale one otworzyły się, wiedząc, że nadchodzi gość.

Wszystkie uczucia wróciły, gdy przekroczył próg.

Jego dusza cierpiała, zżerał ją ból, a on, Brian, wiedział, że w pobliżu znajdują się istoty, o których istnieniu wolałby nie wiedzieć. Monstrualne, pierwotne kreatury. Wiedział, że jeśli spojrzałby w ich zwaliste, odrażające, mroczne oblicza, to wydałby na siebie wyrok śmierci. Zgnietliby go, tak jak but zgniata irytującego robaka, bo w zasadzie tym dla nich był - bezwartościowym robalem, który wykonał swoje zadanie, więc może zdechnąć.

Czuł, że patrzą na niego. Ich wzrok był szyderczy, a uśmiech szelmowski, rozciągający się od jednego zniekształconego ucha do drugiego. Brian nie miał pojęcia, ile ich było. Pięć albo sześć? Może, ale nie zdążył pomyśleć o tym dłużej, bo czas odwiedzin się skończył. Pozwolili mu stanąć przed obliczem stworzycieli, ale nic więcej.

Jego dusza zaczęła się cofać. Z każdą sekundą pędziła coraz szybciej, aż w końcu otoczenie zaczęło się zlewać w jedność. Nie miał czasu na pomyślenie o czymkolwiek, bo chwilę później jego dusza z zatrważającą prędkością wypadła z portalu utworzonego przez bluźniercze napisy i uderzyła w jego ziemską powłokę. Wszelkie fizyczne uszkodzenia zniknęły, a w jego oczach na nowo pojawiły się niebieskie tęczówki. Wziął głęboki, życiodajny oddech, po czym zemdlał, upadając na chłodną, brudną podłogę.

Wcześniej, gdy dotknął ściany, na jej powierzchni pozostały krople, którym udało przesączyć się przez bandaż. W tym momencie ich tam nie było. Piekło zassało je i zapragnęło więcej tego cudownego, boskiego napoju.

***

Ludzka percepcja jest prymitywna, ograniczona, dlatego większa część populacji z góry odrzuca istnienie innych światów, rzeczywistości bądź piekła. To ostatnie istnieje z całą pewnością. Jego wysłannicy interesują się naszym gatunkiem, skrupulatnie go obserwują i czekają na okazję do zdobycia nowych dusz będących paliwem dla ich królestwa. Pomagają im w tym miejsca, gdzie bariera między światami jest cienka jak woal, bowiem tam ich moce mają największy wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Owe moce mogą być uśpione, ale nigdy nie znikają, a najzwyczajniej w świecie czekają na impuls, który pobudzi je do życia.

Takim miejscem było kino "Uciecha", a impulsem została krew Briana.

***

Chłopak z trudem otworzył oczy, a wtedy pulsujący ból zaczął wiercić się przez jego czaszkę. Podniósł się do siadu. Potrzebował chwili, aby przypomnieć sobie wydarzenia, których był świadkiem. Gdy już to zrobił, wtedy natychmiast zerwał się na równe nogi i wybiegł z pomieszczenia. Wbiegał na wyższe piętro, stając na co drugim schodku, więc znalezienie się na górze zajęło mu krótką chwilę. Dysząc - z wywieszonym językiem oraz wybałuszonymi oczami - ruszył przed siebie, licząc, że właśnie tam znajdują się jego koledzy.

Przebiegł przez pomieszczenie, które kiedyś było poczekalnią, a wtedy ich zobaczył dzięki sporawym dziurom w ścianach. Stali przed główną sceną, rozmawiając o czymś.

Popchnął drzwi, a te z hukiem uderzyły o ścianę. Wykończony upadł na kolana, po czym zaczął się czołgać w kierunku najbliższego czerwonego fotela, w którym niegdyś goście kina oglądali przedstawienia. Był blady jak ściana, więc przyjaciele czym prędzej ruszyli w jego stronę.

-Gdzieś ty był? Gotowałeś coś w tej kuchni? - zapytał Jakub.

Cisza.

-Minęło dwadzieścia minut. Zdążyliśmy porobić sobie zdjęcia, rozejrzeć się w pobliżu, on - wskazał na Piotrka - zdążył wymienić z twoją siostrą trochę wiadomości, a ty w tym czasie zdążyłeś obczaić maleńką kuchnię i wejść po schodach? - kontynuował.

Brian zaczął mamrotać pod nosem.

-Poczekaj. Nie widzisz, że nie jest w najlepszym stanie? Kurwa, jest blady jak marmur. - Stefan złapał się za głowę. - Co się stało?

-Tam... Na półpiętrze... Piekło w pokoju... - Brian bełkotał urywkami zdań.

-Piekło w pokoju? Mówiłem, że gość się naćpał, przecież tam nie było nawet żadnego pokoju. Ani żadnego, kurwa, piekła.

-Nie, on trzęsie się ze strachu. Idźcie to sprawdzić, a ja z nim zostanę. - Piotr kucnął i próbował nawiązać rozmowę, licząc, że dowie się czegoś więcej. Nie miał pojęcia, czy wierzy w to, co mówił Brian, szczególnie że równałoby się to z przyznaniem, że coś sprawiło, iż nagle pojawiło się nowe pomieszczenie. Nie wierzył w takie rzeczy, ale szanował swego przyjaciela, dlatego uznał, że lepiej to sprawdzić.

-Dobrze, przecież nic nas nie zabije. Chodź, Stefan. Sprawdzimy to piekło...

***

Chłopcy nie znaleźli żadnego pomieszczenia, bo w rzeczywistości nigdy go tam nie było, tak jak nie było dziecka, które kilkadziesiąt lat temu znalazła sprzątaczka. Piekło wykorzystywało swoją potęgę, aby manipulować światem dookoła. Wszystko po to, aby dostać ciepłą krew i jeszcze cieplejsze dusze. Kino "Uciecha" z całą pewnością dostarczało im tego dużo, ale zazwyczaj był to zatęchły pokarm pochodzący od zatęchłych, zawszonych bezdomnych, którzy wybrali zły nocleg. Morderstwa na nich były proste, a zatarcie po sobie śladów sprowadzało się do zniesienia ich do piwnicy, gdzie ich powłoki zamieniały się w pył, z którego powstały, osiadając na znajdujących się tam przedmiotach jak kurz.

Tak było zazwyczaj, ale dzisiaj... Ci chłopcy byli prawdziwą gratką, dlatego warto było się z nimi zabawić, zanim zginą. Im więcej adrenaliny, tym krew staje się smaczniejsza, bo przepełnia ją strach.

Drzwi od sali kinowej otworzyły się, a Jakub i Stefan weszli do środka.

-Nic tam nie ma. Żadnych drzwi, żadnego piekła - powiedział Jakub. Wyglądał na zadowolonego z siebie.

Brian poruszył się nerwowo, prawie spadając z fotela. Bełkot nasilił się, ale tym razem pozostawał poza zasięgiem jego znajomych.

-Chuj z teledyskiem, musimy go stąd zabrać - oznajmił Piotr.

-Jak wydostaniemy go przez okno? - zapytał Jakub, emanujący delikatnym pesymizmem.

-Coś wymyślimy, w najgorszym wypadku wykopiemy kratę. Jest porządnie zardzewiała, damy radę.

Stefan rozejrzał się dookoła, jakby chcąc zapamiętać to miejsce. Przyglądał się scenie, na której wcześniej stali. Deski skrzypiały, ale chodzenie po nich sprawiało mu jakąś dziwną przyjemność. Była tam również bordowa, zniszczona tabliczka, a napis na niej głosił: "Dni Filmu Radzieckiego". Poniżej znajdowała się data, ale czas sprawił, że stała się zupełnie nieczytelna. Białe kurtyny natomiast zostały porwane, poszarpane jak całun, którym stał się Ronnie Glass, a ich strzępy zwisały w dół, wyglądając jak duchy szykujące się do ataku. Ściany pokrywała pomarańczowo-brązowa farba, która w naprawdę wielu miejscach zdążyła odpaść, odsłaniając biały tynk. W zasadzie możliwe, że przebywanie w tym miejscu było odrobinę niebezpieczne, bo sufit, a dokładniej znajdujące się tam szare płyty, wyglądał, jakby za chwilę miał runąć, ale czego nie robi się dla sztuki? Evviva l'arte!, chciało by się powiedzieć.

-Chyba nie da rady iść sam, co? - zapytał Stefan, patrząc w odsłonięte okna, przez które wpadały snopy światła.

-Wątpię, trzeba go będzie prowadzić - odparł Piotr, po czym wstał i chwycił Briana, którego zmysły topiły się jak lody w słoneczny dzień. - Wyciągniemy cię stąd, stary.

I wtedy się zaczęło.

Byli już prawie gotowi, gdy usłyszeli jakiś dźwięk. Najpierw był cichy jak powiew letniego, nocnego wiatru, ale z każdą chwilą narastał.

-Słyszycie to? - zapytał Jakub, mimo iż to pytanie było całkowicie zbędne.

Oczywiście, że słyszeli... Piskliwy, skrzeczący głosik wypierał głuchą, niechcianą ciszę. Próbowali wsłuchać się w niego, aby porównać go z czymś znanym.

I wtedy zrozumieli.

Płacz dziecka, płacz cholernego dziecka w opuszczonym budynku. To nie mogło wróżyć nic dobrego. Lament dochodził z balkonu, na którym znajdowały się kolejne rzędy czerwonych foteli z lepszym widokiem na zapomnianą scenę.

-Spadajmy stąd jak najszybciej - oznajmił Piotr. Pomógł wstać Brianowi i wspólnie ruszyli w kierunku wyjścia.

Jakub, idący jako pierwszy, otworzył drzwi. Wsłuchując się w płacz, który ze spokojnego, przypominającego bardziej szlochanie, przerodził się w histeryczny, opuścili salę teatralną i planowali ruszyć w lewo w stronę schodów, jednakże przeszkodził im w tym głos Stefana.

-Chłopaki... Poczekajcie, a co, jeśli to po prostu dziecko, które ktoś tu porzucił na pastwę losu? Jeśli ktoś nas widział, gdy tu wchodziliśmy, to będziemy mieli przesrane.

-Wierzysz w to, co mówisz? W takim razie, dlaczego nie płakało przez cały czas, gdy tu byliśmy? - Jakub wyglądał na zirytowanego.

-Cholera, nie wiem. Może spało? - mówiąc to, Stefan przejechał dłonią po włosach, tak jak robił to za każdym razem, gdy się denerwował.

Takie wytłumaczenie mogło wydawać się śmieszne, ale w normalnych okolicznościach, gdyby Brian nie popadał w szaleństwo przez coś, co rzekomo zobaczył, mogło być ono jak najbardziej prawdopodobne. W dzisiejszym świecie można znaleźć całą masę ludzi (niewartych, by nazwać ich rodzicami) porzucających własne potomstwo w lasach, na łąkach lub we wnętrzach opuszczonych budynków, choćby takich jak ten.

-Cholera, wolałbym tego nie mówić, ale chyba Stefan ma rację. Jeśli ktoś go znajdzie, to chyba możemy zostać oskarżeni o nieudzielenie pomocy.

-Nie wierzę w duchy ani inne gówno, ale to... - Wskazał na schody prowadzące na balkon. Znajdowały się po prawej stronie od głównej sali. - To mi się nie podoba! To się skończy źle. Chrzanić tego bachora, nawet jeśli istnieje!

-Chcesz, żeby nam postawili zarzuty? Bo ja nie! - uniósł się Stefan.

-Kurwa, kurwa, kurwa mać. - Jakub na krótką chwilę ukrył twarz we wnętrzu swoich dłoni, jakby zbierając myśli. - Jebać to! Miejmy to już za sobą! - Zaczął iść w stronę balkonu.

-Idź z nim, zadzwonię na karetkę. On wygląda coraz gorzej. - Piotr kiwnął głową w stronę Briana. - Za przebywanie w opuszczonym budynku nie będziemy mieć aż takich problemów, a on potrzebuje jak najszybszej pomocy.

Stefan kiwnął głową i po chwili - wspólnie z Jakubem - zniknęli za winklem. Wtedy Piotr zadzwonił na numer alarmowy.

***

Zbutwiałe drewno skrzypiało, jakby za chwilę miało się rozsypać. I był to całkiem prawdopodobny scenariusz, uwzględniając otwory ziejące z powierzchni schodów jak paszcze surrealistycznych stworów. Chłopcy tańczyli pomiędzy nimi, a każdy krok przybliżał ich do szczytu, do źródła histerycznego płaczu, który obecnie stawał się nie do zniesienia. Był jak wielki młot, uderzający w ich czaszki raz po raz, raz po raz. Aż do momentu, gdy nie obrócą się w proch. Ze ścian obserwowali ich ludzie, którzy niegdyś odwiedzali to miejsce, aby zaczerpnąć odrobinę życia bez zmartwień, bo taka właśnie jest sztuka - wyzwalająca. Fotografie zdążyły wyblaknąć, a oblicza na nich stały się niewyraźne, rozmazane. Stefan zerknął na kilka z nich, po czym uświadomił sobie, że zawierają w sobie smutną prawdę o życiu i przemijaniu.

Bo czyż nie jest tak, że w pewnym momencie każdy z nas, ludzi, zaczyna blaknąć lub gasnąć jak płomień ukryty pod szklanką postawioną do góry dnem?

-To miejsce staje się coraz bardziej przerażające - wyszeptał, gdy znaleźli się w połowie schodów.

-Tylko nam się tak wydaje, bo Brianowi coś odjebało. Uratujemy to przeklęte, płaczące dziecko, wyjdziemy stąd i wszystko będzie dobrze - odparł Jakub. - I dlaczego szepczesz?

-Nie wiem... Czuję, że powinienem oddać szacunek temu miejscu. - Głos Stefana stał się jeszcze cichszy. Odniósł wrażenie, że czyjaś niewidzialna pięść zacisnęła się na jego strunach głosowych, uniemożliwiając podniesienie głosu.

Jego rozmówca zaśmiał się, po czym powiedział:

-To super, ale szkoda, że ten płaczący skurczybyk tak nie uważa.

Stefan nie odpowiedział.

Zrobiłby to, ale usłyszał coś zastanawiającego, coś wyróżniającego się na tle dziecięcego płaczu. Cichy dźwięk, który przypomniał mu czasy dzieciństwa, gdy z kolegami (jednym z nich był właśnie Jakub) bawili się w rycerzy, udając, że patyki to miecze. Wyobrażali sobie, że walczą z hordami przeciwników, podczas gdy w rzeczywistości uderzali w otwartą przestrzeń, powietrze lub krzaki rosnące wzdłuż polnych dróg. I te wspomnienia sprawiły, że zrozumiał, iż coś przed nimi przecięło powietrze. Gdzieś na balkonie, za zamkniętymi drzwi. W zasadzie to nie powinien tego słyszeć, a jednak usłyszał i zrozumiał, że coś się zbliża.

-Chodźmy stąd. Nie powinno nas tu być - powiedział.

Zdziwiony chłopak obrócił głowę w jego stronę, chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie rozległ się huk pękającego drewna. Potem kolejny świst, jednakże tym razem zdecydowanie głośniejszy. Głowa Jakuba drgnęła, planując spojrzeć w kierunku nadlatującego pocisku, ale było zdecydowanie za późno. Coś mięsistego, czerwonego niczym wino zacisnęło się wokół jego szyi jak wąż szykujący się do duszenia swojej ofiary. Chciał krzyknąć, ale na to również było za późno. To coś pociągnęło go w przód z niewyobrażalną siłą. Rozległ się dźwięk pękających kręgów szyjnych, a chłopak był już w zasadzie martwy, gdy telefon, który wypadł mu z ręki, zniknął w jednej z dziur. Jego bezwładne ciało poleciało w przód jak marionetka ciągnięta przez kuglarza. Stefan ruszył w pogoń, licząc, że uratuje swojego przyjaciela. Z niewiarygodną precyzją pokonywał kolejne stopnie, omijał kolejne wyrwy. Gdzieś w jego głowie pojawił się głos mówiący mu, że dla Jakuba jest już za późno, że powinien ratować siebie, jednakże szok sprawił, że nie myślał racjonalnie.

Ciało grzmotnęło w drzwi z siłą rozpędzonego samochodu uderzającego w betonową balustradę. Trzask był tak głośny, że nawet Piotr oraz mdlejący Brian zdali sobie sprawę, że dzieje się coś złego. Ten drugi przypomniał sobie przerażające, pierwotne postacie, które rozciągały się nad nim, tak jak gwiazdy rozciągają się na nocnym niebie, a wtedy jego bełkot stał się głośniejszy, jeszcze bardziej chaotyczny. Ślina płynęła po jego brodzie, ciekła na koszulkę, a on zrozumiał, że chce umrzeć, bo tylko w taki sposób zazna spokoju.

To coś wciągnęło bezwładną głowę Jakuba w dziurę, którą chwilę wcześniej zrobiło. Ostre kawałki drewna rozrywały skórę na jego policzkach oraz głowie. Stefan objął chłopaka w pasie i zaczął ciągnąć. Prężył się jak kulturysta bijący rekord świata, ale ten pojedynek przegrał już w przedbiegach. Dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że płacz ustał, a więc to naprawdę była pułapka, a oni wpadli w nią jak nieświadome zwierzęta.

Stracił równowagę i upadł na podłogę, gdy nieruchome ciało przechyliło się do tyłu, aby chwilę później uderzyć w powierzchnię drzwi. Ucieczka stała się jedynym racjonalnym wyjściem z sytuacji... Nie żeby wcześniej było inaczej, ale tym razem wiedział o tym nawet Stefan, który nie potrafił podnieść się do pionu, zupełnie jakby kończyny nie reagowały na impulsy wysyłane przez mózg. Mógł jedynie patrzeć, jak truchło jego przyjaciela uderza w drzwi raz za razem, raz za razem...

Obserwował to aż do końca, do momentu, gdy głowa z przeciągłym mlaśnięciem pękających tkanek oraz skóry została oderwana od tułowia i zniknęła za drzwiami. Ciało upadło na posadzkę, a z uszkodzonych tętnic szyjnych wystrzeliła fontanna krwi, która zaczęła plamić wszystko, co znajdowało się w jej zasięgu. Stefan krzyknął, a potem - mimowolnie - utkwił wzrok w wyrwie, szukając turlającej się głowy swojego przyjaciela, ale zamiast tego dostrzegł coś zdecydowanie bardziej przerażającego.

Zobaczył rzędy czerwonych foteli, a pomiędzy nimi znajdowało się coś, czego nie potrafił nazwać. Stało tam odrażające monstrum o popielatym kolorze skóry i licznych bruzdach przypominających kratery na księżycu trzymało głowę Jakuba. Najpierw czekało, jakby modląc się nad swoją ofiarą, a później rozwarło swą makabryczną paszczę, z której wypadł wielki, czerwony język. Obróciło zdobycz w taki sposób, że świeża, jeszcze ciepła krew kapała wprost na jego oblicze, a ono chłonęło ją w wygiętej, groteskowej pozycji. Zgroza rozgrywająca się po drugiej stronie drzwi sprawiła, że Stefan krzyknął po raz kolejny, a wtedy stwór obrócił łeb w jego stronę, jakby mówiąc: "Będziesz następny".

Chłopak czuł, że tam, po drugiej stronie, znajduje się jego przyszły oprawca. Nie chciał umierać, dlatego w myślach błagał, aby ciało pozwoliło mu na ucieczkę, jednakże ono pozostawało nieugięte. Kazało mu patrzeć na kreaturę, która wróciła do poprzedniego zajęcia, nie śpiesząc się po kolejną ofiarę. Cierpliwie chłeptała krew Jakuba, bo tak chciało piekło, a piekło zawsze ma rację.

-Kurwa mać! Co tu się stało?! Gdzie jego głowa?! - Piotr domagał się odpowiedzi, ale Stefan potrafił zdobyć się jedynie na podniesienie ręki i wskazanie w odpowiednim kierunku.

Piotr spojrzał w wyrwę, a wtedy zobaczył coś, czego nigdy by nie zapomniał.

Popielata, humanoidalna postać drżała jakby targana spazmami bólu. Trzęsła się, wydając obleśne mlaśnięcia, a wtedy Piotr zrozumiał, że jej zachowanie nie ma nic wspólnego z bólem... Była cholernie podniecona, wręcz w stanie euforii.

-Ja pierdolę... - wyszeptał - Na co czekasz?! Spierdalamy stąd! - krzyknął, mimo że jego struny głosowe wydawały się odrętwiałe, a gardło zamieniło się w Saharę.

Chwycił Stefana, po czym z całej siły pociągnął go w górę, jakby wyrywając jego ciało z transu. Paraliż zniknął, przynajmniej na razie, dlatego wspólnie ruszyli w dół, uważając, aby nie wpaść, w którąś z dziur, bowiem to zakończyłoby się wycieczką na niższe piętro oraz - prawdopodobnie - złamaną nogą, a nawet skręconym karkiem.

Udało im się. Jednakże obaj zdawali sobie sprawę, że do ucieczki jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Po chwili znaleźli się przed główną salą, gdzie skulony Brian wpatrywał się pusto w przestrzeń. Wiedział, że ONI nadchodzą, dlatego nie miał zamiaru walczyć, bo jakie byłyby szanse? Trzy marne, słabe, ludzkie byty kontra pierwotne, boskie stworzenia, którą potrafią zabić samym spojrzeniem. Po co się męczyć? Lepiej oddać im cześć, umierając.

-Miałeś rację, do cholery! Miałeś pierdoloną rację! - krzyczał Stefan.

-Musimy spadać! Jak najszybciej! - Piotr schylił się, aby podnieść Briana, ale ten odsunął się, dając do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera.

-Oszalałeś?! To coś nas zabije! - wrzasnął Stefan.

To była racja, bez dwóch zdań, ale siedzący na ziemi chłopak zaledwie przecząco pokręcił głową.

Nikt nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo za drzwiami rozległ się pojedynczy głuchy łoskot. Dwóch chłopców spojrzało do środka przez szparę, którą zostawili wcześniej, a wtedy zobaczyli głowę Jakuba - a przynajmniej jej pozostałość - toczącą się pomiędzy rzędami foteli. Swoim kształtem i wyglądem przypominała bardziej suszoną śliwkę... Oczy zamieniły się w dwa węgielki osadzone w skurczonych oczodołach. Widok ten był iście przerażający, jednakże żaden z nich nie zdążył krzyknąć, ponieważ monstrum wyskoczyło z balkonu. Wylądowało na posadzce kilkanaście metrów od chłopców. Tym razem to oni byli celem...

Z przerażeniem w oczach odwrócili się na pięcie, szykując do ucieczki.

-Brian... Błagam cię! Chodź z nami. - Piotr postanowił spróbować ostatni raz, ale jego przyjaciel już podjął decyzję, która nie podlegała dyskusji.

-Uciekajmy. On się poddał. Ratujmy własne życie! - krzyknął Stefan, ale te słowa sprawiły, że pod jego powiekami zakręciła się łza. Nigdy nie pomyślałby, że mógłby zostawić kogoś na pewną śmierć, ale życie, a raczej perspektywa jego utraty, potrafi zaskakiwać.

Krwiopijca chwiejnym krokiem ruszył w stronę ofiar. Mógłby skorzystać ze swojego języka, niezawodnej broni, ale piekło chciało, aby te żałosne stworzenia sądziły, że mają szansę na ucieczkę... On, zaledwie wysłannik, czuł ich pulsującą, płynącą krew. Słyszał ich przestraszone, bijące serca. Widział, jak uciekają, zostawiając tego, który odwiedził Królestwo.

Otworzył więc drzwi i stanął naprzeciw bytu tak żałosnego, tak słabego, że jego egzystencja była czymś niedopuszczalnym. Wyciągnął swą popielatą dłoń i zacisnął ją na gardle ofiary. Podniósł ją w górę, tak jak robił to wiele razy. Uwielbiał ten moment, gdy ich oblicza stawały się niespokojne, przerażone, a oczy poruszały się w górę, jakby licząc, że tam znajdą namiastkę tlenu. Uwielbiał, gdy opróżniały pęcherz, patrząc w jego puste, czarne jak smoła, oczodoły. Uwielbiał czuć ich strach, obmywać się nim. Ale ten, ten był inny... Ze spokojem czekał na spotkanie ze śmiercią, jakby była jego najlepszą przyjaciółką. Krwiopijca poczuł wściekłość, która buchnęła monstrualnym płomieniem. Ryknął najgłośniej jak potrafił, po czym jednym, sprawnym ruchem oddzielił głowę od tułowia. Krew trysnęła, a on poczuł błogą ulgę, gdy skierował ją do swojego gardła. Po chwili poczuł jak coś niematerialnego, a jednak fizycznego przepłynęło przez jego ciało. Uśmiechnął się, bo po raz kolejny spełnił swoje zadanie. Po raz kolejny został portalem, dzięki któremu pierwotni otrzymali kolejną duszę.

***

Usłyszeli to. Mrożący krew w żyłach ryk przepełniony niepohamowaną wściekłością. Chłopcy mieli wrażenie, że był tak głośny, iż cały budynek zatrząsnął się w posadach. Gdy ucichł, a ich ciała - przepełnione adrenaliną - kąpały się w zimnym pocie, wtedy dobiegli do drzwi od łazienki. Wyglądały na zamknięte, ale to mógł być wiatr, prawda? Nie. Drzwi okazały się zamknięte, zatrzaśnięte na cztery spusty, a oni znaleźli się w pułapce jak myszy łase na kawałek sera.

Podjęli próby wyważenia przeszkody dzielącej ich od wolności, ale ona - mimo swojego wieku - nie miała zamiaru ustąpić. W milczeniu wytrzymywała ich kopnięcia aż w końcu odpuścili, bo cóż innego mogli zrobić?

-Jak to możliwe?! Co my teraz zrobimy?! - głos Piotra przeszedł w pisk.

Stefan nie odpowiedział. Wiedział, że mają bardzo niewiele czasu. Nieżyjący już Brian kupił im go trochę, ale z całą pewnością nie zostało go już wiele. Nie mogli wyjść, więc musieli się gdzieś schować, licząc, że ten stwór ich nie wyczuje.

Rozejrzał się po holu. Najpierw zawiesił wzrok na kuchni, jednakże wejście tam byłoby najgłupszym, co mogliby zrobić. Przez jego umysł przeleciała wizja ich schowanych w kącie, za zdemolowanym piecem oraz bestii stojącej w drzwiach, wiedzącej o ich obecności. Ów widok sprawił, że Stefan wzdrygnął się. Słyszał Piotra uderzającego głową w białe, zamknięte drzwi za swoimi plecami, i zrozumiał, że musi coś wymyślić, bo jego przyjaciel popadł w katatonię strachu, z której wyciągnie go jedynie nadzieja, a nawet jej maleńka namiastka. I to on, Stefan, musiał ją znaleźć. Spojrzał w stronę pomieszczenia po ich prawej stronie. Była to lepsza opcja, jednakże w dalszym ciągu daleka od ideału. Nie było tam miejsca, w którym mogliby się schować, a okna zostały okratowane. Coś jeszcze. Musiało być coś jeszcze...

I wtedy zobaczył.

Drzwi od piwnicy uśmiechały się do niego kokieteryjnie, jakby zapraszając środka. Czy obiecały mu życie zamiast śmierci?

Nie, a wejście do środka wiązało się z nowym, nieznanym ryzykiem, bowiem nie byli jeszcze w środku, nie mieli pojęcia, co mogą tam znaleźć. Jednakże... Jeśli tam zginą, to nie zmieni się nic, bo schowanie się w kuchni lub jadalni poskutkuje tym samym. Decyzja okazała się zaskakująco prosta.

-Chodź! Szybko! - Złapał dłoń Piotra, a ten spojrzał na niego nieobecnym wzrokiem. - Schowamy się w piwnicy.

-Tak... Masz rację... Nie możemy się poddać, przepraszam. - Jego umysł zaczął odzyskiwać dawny rezon.

W najszybszym możliwym tempie przebiegli przez hol. Gdzieś w połowie Stefan wyłapał błyskawiczną myśl, która brzmiała: "A co jeśli drzwi okażą się zamknięte?". Strach złapał go za gardło, zaczął dusić, jednakże rozluźnił uścisk, gdy okazało się, że tym razem dopisało im szczęście. Zamknęli za sobą drzwi, gdy wysłannik piekła zakończył opróżniać ciało Briana.

***

Po omacku, dotykając ściany, ruszyli wzdłuż stromych schodów. Ich powierzchnia wydawała się chłopcom śliska, zupełnie jakby pokrywała je cienka warstwa zamrożonej wody. Z tym, że powietrze było ciepłe, odrobinę duszące, więc lód roztopiłby się już dawno. Stefan uznał, że nie ma czasu o tym myśleć, a nawet gdyby go miał, to chyba wolałby nie wiedzieć.

Schody skończyły się, a oni znaleźli się w pomieszczeniu, którego rozmiarów nie potrafili określić. Ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ale to nie wystarczało. Dostrzegali zaledwie ciemne masy o różnych - czasem regularnych, a czasem nie - kształtach. W powietrzu unosiła się słodka, drapiąca w gardło woń pleśni i starości. Ruszyli przed siebie, uważając, aby nie wydawać żadnych dźwięków, które mogłyby zdradzić ich kryjówkę.

Im dalej byli, tym więcej widzieli. Wydawało im się, że kilkanaście metrów dalej, na końcu pomieszczenia, dostrzegają drzwi. Czarny prostokąt wyróżniający się na trochę jaśniejszym tle.

-Czy gdzieś tutaj nie powinno być wyjście na zewnątrz? Chyba widzieliśmy bezpośrednie zejście do piwnicy, zanim tu weszliśmy, pamiętasz? - wyszeptał Stefan.

-Wydaje mi się, że powinno... Przynajmniej jest taka szansa - wyznał Piotr. - Sądzisz, że to te drzwi?

-Innych nie widzę... Musimy to sprawdzić.

***

Krwiopijca stanął w głównym holu. Uśmiechnął się, gdyż wiedział, że nie uciekli... Piekło zamknęło im drzwi, jedyną drogę ucieczki, a to oznaczało, że muszą tu być, ukrywając się jak zwierzęta. Zaczął oddychać (normalnie nie musiał tego robić), wiedząc, że wyczuje ich zapach, piękną woń strachu.

I tak też się stało.

***

Huk wstrząsnął pomieszczeniem, gdy coś ciężkiego uderzyło o podłogę, pobudzając do życia tumany kurzu. Chłopcy spojrzeli na siebie, a następnie - nie tracąc cennych sekund - podbiegli do najbliższej osłony. Na tę krótką - ociekającą zgrozą - chwilę sterta biurek, które nigdy nie doczekały się naprawy, stała się ich azylem, miejscem gwarantującym zaledwie iluzoryczne bezpieczeństwo. Jednakże owa iluzoryczność chroniła ich przed szaleństwem, które zaczynało kłębić się w ich umysłach jak dym niemogący wydostać się z płonącego budynku.

Spojrzeli w kierunku schodów, którymi przed chwilą zeszli. Ciemny, prostokątny kształt wyróżniał się na tle szarej posadzki. Ze zgrozą w oczach wpatrywali się w leżące tam wyrwane drzwi. Z gardła Stefana wydobył się cichy świst. Czuł serce, które podchodziło mu do gardła jak w kreskówkach, które oglądał jako dziecko, siedząc na miękkim pufie wyglądającym jak piłka do koszykówki. I wtedy pojawił się kolejny kształt, zarys wysokiej, kołyszącej się postaci. Schodziła w dół, a oni słyszeli jej głębokie oddechy, rozumiejąc, że ich kryjówka została spalona. Wiedzieli już, że - od samego początku - ukrywanie się nie miało najmniejszego sensu, a wyrok śmierci podpisali, gdy tylko znaleźli się w obskurnej, zniszczonej łazience. W tym momencie ich jedyną szansą było wybiegnięcie z ukrycia i desperacki bieg w stronę drzwi prowadzących na powierzchnię, na tyły kina. Istniała szansa, że przynajmniej jeden przeżyłby, gdyby drugi został złapany przez długi, obrzydliwy język kreatury. Wystarczyłoby, że żadne drzwi na ich drodze nie byłyby zamknięte. Powinni przynajmniej spróbować, ale zamiast tego zostali w swojej kryjówce, patrząc na siebie, czując skręcające się wnętrzności.

Krwiopijca wyczuł ich smród, którym gardził, a zarazem tak bardzo kochał. Strach był czymś przepysznym, afrodyzjakiem dla demonów, ale jego odczuwanie? Ono było czymś żałosnym, czymś... ludzkim. On nienawidziłby go całym sercem, gdyby je miał. Postanowił, że nie będzie czekał dłużej. Wykonał kilka susów, po czym wywrócił biurko, za którym się schowali. Stanął z nimi twarzą w twarz, a wtedy rozwarł swą paszczę, odsłaniając trzy rzędy błyszczących, ostrych jak skalpel zębów. Zbierał się, aby zatopić je w ich obliczach, ale wtedy - w okolicach podbrzusza - poczuł ukłucie, które połaskotało go bardziej niż zabolało.

Piotr przypomniał sobie o małym, czarnym scyzoryku, który trzymał w kieszeni. Wziął go z domu, aby mieć zabezpieczenie przed agresywnymi ćpunami lub bezdomnymi, którzy mogli przesiadywać we wnętrzach kina "Uciecha", sądząc, że to ich teren. Poczuł, że to ostatni moment, w którym będzie mógł go użyć, dlatego wyciągnął go błyskawicznie, a następnie równie szybko pchnął nim w podbrzusze stwora. Nie sądził, że wyrządzi mu tym wielką krzywdę, ale liczył, że zyskają kilka cennych sekund, które będą mogli poświęcić na ucieczkę...

Przeliczył się, gdyż bestia nawet nie drgnęła, a scyzoryk - z żałosnym chrzęstem - zgiął się jak harmonijka. Wtedy ujrzał puste, emanujące nieskończoną czernią oczodoły. Opróżnił pęcherz, a gdy w pomieszczeniu zaczął unosić się drapiący, ostry zapach amoniaku, wtedy stwór złapał jego nadgarstek, zgiął go w pół, a biała kość przebiła skórę. Chłopak wrzasnął, a jego ciałem szarpnął spazm przeszywającego bólu. Wszystko wokół Piotra zaczęło blaknąć, ginąć w mroku piwnicy. Widział Stefana, a raczej jego niewyraźny kontur i próbował dostrzec wyraz jego twarzy... Wytężał zmęczone oczy, ale to nie miało najmniejszego sensu. Przyjaciel był dla niego zaledwie rozmazaną plamą, a nawet gdyby go widział... Widziałby, że jego twarz zamieniła się w zwierciadło strachu. Powieki Piotra zamieniły się w dwie kurtyny, które za wszelką cenę chciały opaść, kończąc przedstawienie, ale jakaś cząstka jego jaźni pozostawała przytomna, dlatego chłopak zobaczył bestię, która zaczęła przekręcać jego nadgarstek w prawo, w prawo i w znowu prawo aż w końcu skóra zaczęła pękać. Półprzytomny Piotr spojrzał na swojego oprawcę ledwie widzącym wzrokiem. Zobaczył uśmiech, a chwilę później nadeszła kolejna fala stłumionego bólu. Piotr zemdlał, a ostatnim widokiem był stwór przeżuwający jego dłoń.

Stefan nie mógł się ruszyć.

Widział bestię, które zajadała się Piotrem. Następnie spojrzał na jego ciało, leżące u stóp kreatury. W tym momencie coś w nim pękło... Bańka iluzorycznego bezpieczeństwa, trzymająca jego umysł w ryzach, zniknęła bezpowrotnie, a on skulił się i zaczął ssać kciuk, tak jak robił to w dzieciństwie. Coś przeszyło powietrze, a Stefan nie miał pojęcia, że bezwładne ciało jego kolegi przeleciało przez pomieszczenie, aby z hukiem uderzyć o ścianę. Nie odwrócił głowy, gdy krwiopijca stanął nad nim. Wpatrywał się w swoje buty, czekając na śmierć.

***

Piekielny namiestnik wiedział, że chłopak, którego pozbawił dłoni, będzie żył jeszcze przez jakiś czas, zanim się wykrwawi, dlatego rzucił nim na drugi koniec pomieszczenia, aby czekał na swoją kolej. Część jego krwi spłynie na zakurzoną posadzkę, ale on, demon, nie miał problemu, aby sączyć ją stamtąd.

Niemal czuł woń ludzkiej słabości, żałości, gdy spojrzał na tego drugiego, kulącego się, ssącego kciuk. Gdyby demony znały pojęcie współczucia, to byłaby szansa, że właśnie to by teraz czuł. Jednakże - na całe szczęście - przepełniała go jedynie wściekłość i żądza krwi, dlatego stanął nad tym śliniącym zwierzęciem, tak jak kat staje nad skazańcem. Otworzył paszczę: język upadł na posadzkę, czekając na świeżą dostawę posoki, zęby błysnęły - mimo iż w piwnicy nie było żadnego światła, które mogłoby na nie paść - szykując się do ataku, ale wtedy stało się coś czego się obawiał. Zrozumiał, że jego czas w świecie żywych dobiegł końca. Pierwotni dokończą jego dzieło.

***

Stefan zamknął oczy. Wyobrażał sobie ostre zęby wbijające się w jego kark. Pomyślał o krwi sączącej się z jego ciała w zastraszającym tempie oraz o duszy ulatującej się w ten sam sposób. Następnie pomyślał o swoim życiu...

Nagle przypomniał sobie wszystkich ludzi, których znał, zupełnie jakby stali w tej ciemnej piwnicy tuż obok niego. Zobaczył obrazy mknące coraz szybciej i szybciej, tworzące film, którego był reżyserem, film opisujący jego żywot. Na końcu ujrzał swoich rodziców, patrzących na niego z miłością. Zatracał się w tym obrazie, obserwując go aż do momentu, gdy uświadomił sobie, że już dawno powinien nie żyć. Z trwogą podniósł wzrok, sądząc, że bestia właśnie na to czeka, ale jej tam nie było. Zniknęła, a kawałek dalej leżała jedynie sterta szarego, jeszcze ciepłego popiołu. Przez chwilę siedział w ciszy, trawiąc obecną sytuację, jednakże wiedział, że nie ma czasu, dlatego błyskawicznie zerwał się na równe nogi. Zrobił to tak szybko, że zakręciło mu się w głowie. Podbiegł do krwawiącego Piotra, przyłożył dwa palce do jego szyi. Puls był słaby, ale chłopak wcześniej zadzwonił po karetkę, więc jeśli wyniesie go stąd odpowiednio szybko, to może zdążą go uratować. Z wysiłkiem rozerwał swoją koszulkę, a następnie z pasma materiału wykonał prowizoryczną opaskę uciskową, którą zacisnął nad krwawiącym kikutem. Następnie z należytą ostrożnością podniósł kolegę do pionu i zaczął prowadzić go w stronę drzwi. Słyszał jego ciche, słabnące oddechy oraz swoje łomoczące serce. W tym momencie naprawdę wierzył, że przeżyją...

Ta nadzieja runęła chwilę później, gdy znaleźli się w pobliżu drzwi. Stefan usłyszał dziwny dźwięk. Wsłuchiwał się w jego ciche, brzęczące, pulsujące tony. Miał wrażenie, że każda komórka jego ciała porusza się w ich rytm, a ta myśl wywołała w nim uczucie dojmującego strachu. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale poczuł się żałośnie i chciał się poddać, zgnić w ciemnej piwnicy, z daleka od doczesnego świata... Jednakże spojrzał na swojego przyjaciela i chęć walki o swoje życie - przynajmniej w jakimś stopniu - powróciła. W dalszym ciągu parł naprzód. Robił to nawet, gdy wcześniejsze spokojne tony przekształciły się w grzechoczący łomot, bijący w jego czaszkę jak kij bejsbolowy. Ten dźwięk przypominał mu uderzanie w blachę falistą. Trwał w swoim koncercie, aż po chwili zamilkł, a wtedy Stefan spojrzał za siebie, jakby chcąc się upewnić, czy ta kreatura nie powstała z popiołu jak feniks.

I wtedy zobaczył coś przerażającego.

Wijące się cienie wyłaniały się ze ścian. Ich pulsujące, bezkształtne oblicza wydawały się ogromne, nieskończone. Zlewały się w jedność, dlatego chłopak nie potrafił określić ich liczebności. Był taki głupi, sądząc, że przeżyją... Tak cholernie głupi... Cienie rozciągały się we wszystkie strony, szukając dla siebie miejsca. Stefan spojrzał na klamkę wyłaniającą się w mroku, ale w tym momencie wiedział już, że jest zamknięta, dlatego położył Piotra na ziemi, a sam usiadł obok.

-Czyli to nasz koniec, stary? Kurwa, powiedziałbym coś zajebistego, ale najpewniej wyszłoby coś w stylu: "Dobrze było cię znać", dlatego pozwól, że pomilczę. Jestem pewien, że wiesz, co o tobie sądzę... Co sądziłem o was wszystkich - powiedział, obserwując nadchodzące cienie.

***

Komisarz Marian Augustyn stał w głównej sali kina "Uciecha", czekając na swojego początkującego partnera, który właśnie wchodził przez uchylone drzwi.

-Co mamy, oprócz trupa leżącego u naszych drzwi? - zapytał, obserwując napis "Dni Filmu Radzieckiego".

Kamil Burda nie potrzebował wyjaśnień, aby zrozumieć, że chodzi o ciało chłopaka leżące pod ścianą, kilka metrów od głównej sali.

-Trzy trupy - oznajmił, westchnął i zaczął mówić dalej. - Jeden na antresoli. Odseparowana głowa, spuszczona krew. - Obrócił się w tamtą stronę, jakby chciał wskazać to miejsce, mimo iż komisarz nawet nie odwrócił głowy w jego stronę. - Dwa w piwnicy, wiszące pod sufitem. Jednemu brakuje dłoni. Znaleźliśmy tam również kupkę popiołu, co jest dość dziwne, zważywszy na to, iż piec nie był używany od dawna. Powinienem podać nazwiska oraz wiek?

-Wpiszesz je w raporcie - odparł Augustyn. Żałował, że nigdy nie obejrzał żadnego przedstawienia na tej scenie.

-Czy wie pan... Czy wiesz, co tutaj mogło się zdarzyć? To miasto chyba nigdy nie przeżyło takiej masakry...

-Musisz się jeszcze wiele nauczyć. - Marian odwrócił się, ale nie myślał o martwych chłopcach, a o swojej żonie, która czeka, aż on wróci i porządnie ją wypieprzy. - Sprawa jest banalnie prosta. Gówniarze się czymś naćpali i im odjebało. Dwójka z piwnicy zabiła swoich kolegów, a potem ze strachu lub pod wpływem wyrzutów sumienia popełnili samobójstwo. Zbieraj chłopaków i wynosimy się stąd, nic tu po nas.

Burda spojrzał za siebie, lustrując policjantów, którzy co jakiś czas przechadzali się korytarzem za drzwiami.

-Czy nie wydaje ci się to dziwne? Ich głowy nie wyglądają na odcięte, a oderwane żywcem. Wątpię, że któryś z nich miałby tyle siły. Powinniśmy się bliżej temu przyjrzeć.

Komisarz zrobił kilka agresywnych, szybkich kroków i po chwili znalazł się przy Kamilu. Miał ochotę krzyknąć mu w ryj, ale nie chciał, aby inni go usłyszeli, dlatego jedynie zbliżył się do jego ucha i zaczął szeptać:

-Mówię, że sprawa zakończona, więc sprawa jest zakończona, jasne? Gówniarze się naćpali, a potem się pozabijali. To napiszesz w raporcie, to przekażesz mediom, to powiesz ich rodzinom, to jest jedyna prawdziwa wersja, rozumiemy się? Miałeś dobre wyniki, dlatego góra postanowiła uczynić cię moim partnerem i zastępcą, ale nie wchodź mi w drogę, bo to się dla ciebie źle skończy. Możesz zostać i rozgrzebywać szambo, które się tutaj rozlało, a ja załatwię, że wrócisz do szkółki albo zostaniesz krawężnikiem, rozumiemy się?

Augustyn wyciągnął krótkofalówkę i zarządził zbiórkę w głównym holu. Rzucił ostatnie gniewne spojrzenie na partnera, a potem ruszył w tamtą stronę, myśląc o cipce swojej żony. Te myśli sprawiały mu przyjemność, ponieważ ostatnio częściej myślał o niej niż o Agacie, swojej kochance.

Burda grzecznie ruszył jego śladem. Nie mógł wejść w dalszą dyskusję, bo wizja utraty tej posady była dla niego czymś przerażającym. Kredyt hipoteczny to nic przyjemnego.

Chwilę później po raz ostatni spojrzał na trupa leżącego przed salą teatralną i pomyślał, że chciałby wiedzieć, co tu się stało. Był katolikiem, dlatego liczył, że dusze tych chłopców trafią do nieba.

Tak bardzo się mylił.