Oscarowe wojny - Michael Schulman

-
Proszę czekać

WSTĘP

Zbyt wy­stra­szeni,żeby po­zwo­lić so­bie na odro­binę na­dziei

Na po­czą­tek trzeba po­wie­dzieć, że Oscary za­wsze tra­fiają w nie­wła­ściwe ręce. Dwa­dzie­ścia cztery wieki po tym, jak Eu­ry­pi­des za­jął trze­cie miej­sce w jed­nym z ateń­skich ago­nów, co po dziś dzień obu­rza wielu sta­ro­żyt­ni­ków, sta­tu­etka za naj­lep­szy film po­wę­dro­wała do twór­ców Mia­sta gniewu za­miast do Ta­jem­nicy Bro­ke­back Mo­un­tain[1*] - i można przy­pusz­czać, że uty­ski­wa­nia z tego po­wodu nie umilkną przez na­stępne dwa ty­siące czte­ry­sta lat.

Ofi­cjal­nie na­groda Ame­ry­kań­skiej Aka­de­mii Sztuki i Wie­dzy Fil­mo­wej ma sta­no­wić znak naj­wyż­szej ja­ko­ści. W rze­czy­wi­sto­ści, jak po­wie­działby Al­fred Hitch­cock, jest Mac­Guf­fi­nem - pre­tek­stem, obiek­tem dą­żeń bo­ha­te­rów, dzięki któ­remu za­wią­zuje się ak­cja dra­matu. Każdy se­zon osca­rowy to opo­wieść pełna su­spensu, hi­sto­ria typu "wy­bierz swoją przy­godę". Tak jak w każ­dym do­brym hol­ly­wo­odz­kim sce­na­riu­szu, nie bra­kuje za­ognia­ją­cych się kon­flik­tów, barw­nych po­staci i zwro­tów ak­cji, aż wresz­cie do­cho­dzimy do mo­mentu kul­mi­na­cyj­nego, który roz­grywa się na lśnią­cej sce­nie pod czuj­nym okiem ka­mer i mi­lio­nów wi­dzów. Fa­buła po­szcze­gól­nych wąt­ków tego sce­na­riu­sza była wie­lo­krot­nie pod­da­wana re­cy­klin­gowi. Role są te same, zmie­niają się tylko ak­to­rzy. Raz po raz mamy do czy­nie­nia z nie­słusz­nie zlek­ce­wa­żo­nymi ar­cy­dzie­łami, z prze­strze­lo­nymi kam­pa­niami osca­ro­wymi, z gwiaz­dami, któ­rym ra­dość w chwili zwy­cię­stwa od­biera mowę. Miej­sce Eli­za­beth Tay­lor zaj­muje Ju­lia Ro­berts, Rób, co na­leży po­dzieli los Oby­wa­tela Kane'a.

Czym tak na­prawdę są Oscary? Różni lu­dzie róż­nie od­po­wia­dają na to py­ta­nie. Oscary są po­wszech­nie ce­nioną na­grodą o dłu­giej tra­dy­cji, świę­tem kina, a więc jed­nej z naj­wspa­nial­szych form sztuki. Są zwy­czajną im­prezą bran­żową: od co­rocz­nego zjazdu han­dlow­ców lub ar­chi­tek­tów kra­jo­brazu róż­nią się wy­łącz­nie ele­gant­szymi stro­jami. Są ame­ry­kań­skim od­po­wied­ni­kiem ce­re­mo­nii kró­lew­skiej. Są je­dyną rze­czą, która po­trafi zmu­sić Hol­ly­wood, żeby krę­ciło filmy ma­jące war­tość ar­ty­styczną i nie oglą­dało się wy­łącz­nie na przy­chody ka­sowe. Są chwy­tem mar­ke­tin­go­wym, wielką re­klamą branży war­tej mi­liardy do­la­rów. Są na­rzę­dziem kształ­to­wa­nia ka­nonu fil­mo­wego - kiep­skim, ale za­wsze. Grą. Prze­żyt­kiem. Po­ka­zem mody. Igrzy­skami. Nie­smacz­nym ry­tu­ałem wza­jem­nego po­kle­py­wa­nia się po ple­cach przez bo­ga­tych i sław­nych lu­dzi o zbyt roz­dę­tym ego. Są jak Su­per Bowl, tyle że dla ge­jów.

W je­de­na­stu roz­dzia­łach tej książki sta­ram się prze­ko­nać czy­tel­nika, że na Oscary można też pa­trzeć z in­nej per­spek­tywy i trak­to­wać je jako pole bi­twy w roz­ma­itych woj­nach kul­tu­ro­wych. Czer­wony dy­wan bie­gnie przez sporne te­ry­to­ria: cza­sami do­piero po la­tach uświa­da­miamy so­bie, o co to­czył się kon­flikt, i nie za­wsze da się stwier­dzić, kto jest praw­dzi­wym zwy­cięzcą. Pierw­szą, le­dwo do­strze­galną za­po­wie­dzią gwał­tow­nej zmiany ki­no­wych tren­dów mogą być no­mi­na­cje w ka­te­go­riach sce­na­riu­szo­wych. Oscary, po­dob­nie jak naj­więk­sze sagi po­wstałe w Hol­ly­wood - Gwiezdne wojny albo Oj­ciec chrzestny - czę­sto spro­wa­dzają się też do kon­fliktu po­ko­le­nio­wego. Młoda gwar­dia rzuca wy­zwa­nie sta­rej, po­tem zaś dawni bun­tow­nicy sami stają się do­stoj­nymi mi­strzami. Chło­pacz­ko­waty Ste­ven Spiel­berg nie do­sta­nie no­mi­na­cji za Szczęki; Ste­ven Spiel­berg - gruba ryba i je­den z naj­waż­niej­szych sym­boli es­ta­bli­sh­mentu, otrzyma Oscara za Sze­re­gowca Ry­ana.

Ostat­nio Aka­de­mia zo­stała uwi­kłana w spory do­ty­czące rasy, gen­deru oraz braku rów­no­ści w sfe­rze pu­blicz­nej po­wo­du­ją­cego, że nie­któ­rym lu­dziom i gru­pom trud­niej jest opo­wia­dać na ekra­nie wła­sne hi­sto­rie. Za­no­siło się na to od dawna. Kam­pa­nia #Oscars­So­White (czyli "Oscar jest to­tal­nie biały") prze­szła w cre­scendo w 2016 roku, gdy Ame­ryka prze­ży­wała po­li­tyczne pa­rok­sy­zmy ewi­dent­nie wy­ni­ka­jące z nie­roz­wią­za­nych pro­ble­mów ra­so­wych, tak na­prawdę jed­nak czar­nych ar­ty­stów po­mi­jano od pra­wie stu lat - zwy­cię­stwa Hat­tie McDa­niel, Sid­neya Po­itiera czy Halle Berry były rzad­kimi, od­osob­nio­nymi przy­pad­kami. Rok póź­niej skan­dale zwią­zane z prze­mocą sek­su­alną na za­wsze wy­klu­czyły z gry Ha­rveya We­in­ste­ina, jed­nego z naj­za­cie­klej­szych za­wod­ni­ków w Hol­ly­wood, ale prze­cież ca­sting łóż­kowy to stara rzecz. Przy­kła­dem osca­rowy we­te­ran Harry Cohn, nie­gdy­siej­szy szef wy­twórni Co­lum­bia.

Daw­niej wojny osca­rowe do­ty­czyły in­nych spraw niż dziś, nie zna­czy to jed­nak, że były mniej za­cie­kłe. W la­tach trzy­dzie­stych bo­jow­ni­czy ruch związ­kowy przy­piął Aka­de­mii łatkę wroga pu­blicz­nego nu­mer je­den. Pra­cow­nicy branży fil­mo­wej boj­ko­to­wali ce­re­mo­nie wrę­cza­nia na­gród i nie­wiele za­bra­kło, a uśmier­ci­liby Oscary, za­nim zdą­żyły one osią­gnąć doj­rza­łość. Dwie de­kady póź­niej Aka­de­mia ule­gła an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej pa­ra­noi i na­gonce or­ga­ni­zo­wa­nej przez Ko­mi­sję Izby Re­pre­zen­tan­tów do spraw Dzia­łal­no­ści Nie-Ame­ry­kań­skiej. Sce­na­rzy­ści, któ­rzy tra­fiali na czarną li­stę, mu­sieli się ukry­wać pod pseu­do­ni­mami i ko­rzy­stać z po­mocy fi­gu­ran­tów - nie mo­gli się ujaw­nić na­wet wów­czas, gdy ich sce­na­riu­sze na­gra­dzano Osca­rami. Pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych sys­tem wiel­kich stu­diów fil­mo­wych za­czął się wa­lić. Do głosu do­szło nowe po­ko­le­nie: na ce­re­mo­niach wrę­cze­nia sta­tu­etek za­ro­iło się na­gle od mło­dych ak­to­rów, ak­to­rek i re­ży­se­rów, go­to­wych prze­kra­czać obo­wią­zu­jące od da­wien dawna gra­nice do­brego smaku. Filmy ta­kie jak Swo­bodny jeź­dziec sta­no­wiły oznakę na­ro­dzin No­wego Hol­ly­wood. Z ko­lei w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­czął się boom kina nie­za­leż­nego, a na scenę wkro­czyła ha­ła­śliwa grupa fil­mow­ców do­wo­dzona przez czło­wieka, który zmie­nił kam­pa­nie osca­rowe w krwawe igrzy­ska - a rów­no­cze­śnie po kry­jomu do­pusz­czał się znacz­nie, znacz­nie gor­szych rze­czy.

Tym, co od za­wsze od­grywa za­sad­ni­czą rolę w woj­nach osca­ro­wych, jest wła­dza. Kto ją ma? Komu wła­dza wy­myka się z rąk? Kto sztur­muje mury zło­tego zamku, żeby ją zdo­być? Za sprawą Osca­rów w hol­ly­wo­odz­kim es­ta­bli­sh­men­cie na­stę­pują nie­usta­jące ro­szady. Szare emi­nen­cje mu­szą się ście­rać z no­wi­cju­szami, kla­sycy z ob­ra­zo­bur­cami. Na­grody Aka­de­mii od sa­mego po­czątku były obiek­tem po­żą­da­nia, sta­no­wiły wy­znacz­nik wła­dzy i pre­stiżu w mie­ście, w któ­rym po­zy­cja w hie­rar­chii bez prze­rwy się zmie­nia. Sta­tu­etka jest ta­li­zma­nem. Miesz­kańcy Hol­ly­wood ma­rzą o niej, bo pra­gną, by świat oka­zy­wał im za­in­te­re­so­wa­nie i do­ce­niał ich pracę. Chcą się li­czyć i wła­śnie dla­tego usil­nie za­bie­gają o Oscara. Cza­sem tracą ro­zum i opa­mię­ta­nie, cza­sem za­cho­wują się jak de­spe­raci. Sztuka nie po­winna spro­wa­dzać się do wy­gra­nych i prze­gra­nych, do zdo­by­wa­nia punk­tów jak w me­czu te­ni­so­wym, ale ry­wa­li­za­cja jest wpi­sana w ludzką na­turę. Lu­bimy ob­ser­wo­wać triumfy i po­rażki. A gdy sami mamy oka­zję wejść do gry, pra­gniemy zwy­cię­żyć.

Za­czą­łem oglą­dać ce­re­mo­nie roz­da­nia Osca­rów na po­czątku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Co roku go­spo­da­rzem był wów­czas Billy Cry­stal, który za­wsze za­czy­nał wie­czór od sa­ty­rycz­nej wią­zanki pio­se­nek na te­mat no­mi­no­wa­nych fil­mów. Mój na­sto­letni mózg uwa­żał ją za szczyt dow­cipu, olim­pij­skie wy­żyny kla­sycz­nego, es­tra­do­wego hu­moru. Jako do­ro­sły or­ga­ni­zo­wa­łem w biu­rze osca­rowe za­kłady. Zna­łem na pa­mięć prze­mó­wie­nia lau­re­atów. W 2016 roku jako dzien­ni­karz "New Yor­kera" opi­sy­wa­łem bu­rzę, która roz­pę­tała się w Aka­de­mii za sprawą kam­pa­nii #Oscars­So­White. Aka­de­mia za­rzą­dzana przez Che­ryl Bo­one Isa­acs, pierw­szą czarną pre­zy­dentkę, oraz dy­rek­torkę ge­ne­ralną Dawn Hud­son zna­la­zła się w ogniu kry­tyki, gdy ogło­siła plan wer­bo­wa­nia no­wych człon­ków, zwłasz­cza osób na­le­żą­cych do nie­do­re­pre­zen­to­wa­nych grup mniej­szo­ścio­wych, a także przy­zna­nia fil­mow­com, któ­rzy od dawna nie byli ak­tywni za­wo­dowo, sta­tusu człon­ków eme­ry­tów. Wielu we­te­ra­nów za­częło się za­sta­na­wiać z nie­po­ko­jem, kiedy wła­ści­wie ostatni raz sta­nęli na pla­nie. Plan re­form spra­wił, że na nowo na­si­liły się po­działy po­ko­le­niowe i ide­olo­giczne. Szybko od­kry­łem, że to tak na­prawdę po­wtórka z prze­szło­ści: w 1970 roku, krótko po tym, jak Nocny kow­boj stał się pierw­szym w hi­sto­rii fil­mem do­zwo­lo­nym wy­łącz­nie dla wi­dzów do­ro­słych, który zdo­był Oscara, pre­zy­dent Aka­de­mii Gre­gory Peck ogło­sił za­miar od­mło­dze­nia grona człon­kow­skiego, żeby na­dą­żało za te­raź­niej­szo­ścią. On rów­nież, po­dob­nie jak Bo­one Isa­acs, otrzy­my­wał mnó­stwo gniew­nych li­stów. W 2016 i 2017 roku sy­tu­acja się po­wtó­rzyła. Pa­ra­dok­sal­nie tym ra­zem żale na ła­mach "The Hol­ly­wood Re­por­ter" wy­le­wali twórcy, któ­rzy za­czy­nali ka­riery w bun­tow­ni­czych la­tach sie­dem­dzie­sią­tych: nie­gdy­siejsi "mło­dzi zdolni", obec­nie ne­sto­rzy, pro­te­sto­wali prze­ciwko od­sy­ła­niu ich do la­musa.

W lu­tym 2017 roku pierw­szy raz uczest­ni­czy­łem w ce­re­mo­nii roz­da­nia Osca­rów - a mó­wiąc ści­ślej, sie­dzia­łem przy dłu­gim stole ra­zem z kil­koma dzie­siąt­kami dzien­ni­ka­rzy z ca­łego świata zgro­ma­dzo­nymi w pres­sro­omie w Lo­ews Hol­ly­wood Ho­tel i oglą­da­łem show na ekra­nie. Od czasu do czasu zja­wiali się lau­re­aci, żeby od­po­wie­dzieć na kilka py­tań. Na końcu po­koju, przy osob­nym stole, sie­dzieli bi­blio­te­ka­rze Aka­de­mii uzbro­jeni w grube se­gre­ga­tory, go­towi w każ­dej chwili wy­szu­kać dla nas roz­ma­ite in­for­ma­cje. Długi wie­czór miał się ku koń­cowi, ogar­niało nas co­raz więk­sze znu­że­nie i cze­ka­li­śmy już tylko na nie­uchronną in­for­ma­cję, że Oscara za naj­lep­szy film otrzy­muje La La Land. Tak wła­śnie się stało, dzien­ni­ka­rze po­wi­tali triumf mu­si­calu Da­miena Cha­zelle'a okla­skami i za­częli pi­sać pod­su­mo­wa­nia swo­ich re­la­cji.

Chwilę póź­niej roz­pę­tało się sza­leń­stwo. Na ekra­nie zo­ba­czy­li­śmy pro­du­centa La La Land, który oznaj­mił, że Oscara zdo­był Mo­on­li­ght, i na do­wód pod­niósł do ka­mery kartkę z ty­tu­łem zwy­cię­skiego filmu. W pres­sro­omie roz­le­gły się krzyki dzien­ni­ka­rzy: wresz­cie ja­kieś emo­cje! Rzu­cono się na bi­blio­te­ka­rzy, za­sy­py­wano ich py­ta­niami, czy kie­dy­kol­wiek wy­da­rzyło się coś po­dob­nego. "Ża­den pre­ce­dens nie przy­cho­dzi mi do głowy - od­parła jedna z bi­blio­te­ka­rek, w po­śpie­chu prze­rzu­ca­jąc kartki w se­gre­ga­to­rze. - Były tylko sy­tu­acje, kiedy lu­dziom wy­da­wało się, że do­szło do po­myłki"[1].

Po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii po­spie­szy­łem do windy i po­je­cha­łem na pię­tro, na któ­rym od­by­wał się Bal Gu­ber­na­to­rów, czyli po­osca­rowa feta or­ga­ni­zo­wana przez Aka­de­mię. Wszy­scy roz­ma­wiali wy­łącz­nie o po­myłce z ko­pertą. "Kiedy po­wie­dzieli, że Mo­on­li­ght wy­grał, po­my­śla­łem, że to taka me­ta­fora. Że niby wy­grał, bo naj­bar­dziej po­ru­szył wi­dzów", opo­wia­dał fil­mo­wiec sie­dzący koło sta­no­wi­ska, przy któ­rym na nowo przy­zna­nych sta­tu­et­kach mo­cuje się gra­we­ro­wane ta­bliczki z na­zwi­skami lau­re­atów. "Wszy­scy zo­stali upo­ko­rzeni - do­dała jego part­nerka. - Prze­cież nie ma nic bar­dziej pre­sti­żo­wego niż Oscary. Może tylko No­bel". Che­ryl Bo­one Isa­acs wpa­try­wała się w ekran te­le­fonu. Za­py­ta­łem ją, o czym my­ślała w tam­tej chwili. "Hor­ror - po­wie­działa. - My­śla­łam: "Że co? ŻE CO?". Zo­ba­czy­łam, jak fa­cet z Pri­ce­wa­ter­ho­use wcho­dzi na scenę, i po­my­śla­łam: "Coś się stało. Co? ŻE CO? To nie­moż­liwe...". A po­tem: "O mój Boże, jak to się stało? JAK TO SIĘ STAŁO?". - Wes­tchnęła. - I to na ko­niec tak wspa­nia­łej ce­re­mo­nii..."

Trwa­jące cały rok dys­ku­sje, roz­mowy i próby roz­wią­za­nia pro­blemu braku róż­no­rod­no­ści ra­so­wej w gro­nie człon­ków Aka­de­mii do­cze­kały się spek­ta­ku­lar­nego fi­nału. Trzeba jed­nak pa­mię­tać, że osca­rowe hi­sto­rie za­wsze ob­fi­to­wały w nie­zwy­kłe zda­rze­nia i zwroty ak­cji. Kiedy za­czą­łem my­śleć o na­pi­sa­niu tej książki, za­da­łem so­bie py­ta­nie, które edy­cje na­gród naj­le­piej na­dają się jako punkt wyj­ścia do opo­wia­da­nia o prze­mia­nach kul­tu­ro­wych do­ko­nu­ją­cych się w Ame­ryce i na świe­cie. Wkrótce stwier­dzi­łem, że mu­szę cof­nąć się do sa­mego po­czątku, do cza­sów kina nie­mego, Char­liego Cha­plina i Lo­uisa B. May­era. Dzieje Osca­rów za­częły się w 1927 roku od rzu­co­nego mi­mo­cho­dem po­my­słu wrę­cza­nia "na­gród za szcze­gólne osią­gnię­cia"; było to jedno z wielu za­dań nowo na­ro­dzo­nej Aka­de­mii. Pierw­sze sta­tu­etki wrę­czono do­piero dwa lata póź­niej, ce­re­mo­nia trwała mniej wię­cej dzie­sięć mi­nut. Za­trium­fo­wali pro­du­cenci Skrzy­deł, wo­jen­nego eposu o lot­ni­kach, wszy­scy mó­wili jed­nak przede wszyst­kim o na­gro­dzie spe­cjal­nej dla Śpie­waka jazz­bandu - filmu, który mó­wił, roz­brzmie­wał pio­sen­kami i ozna­czał re­wo­lu­cję w świe­cie kina.

Z bie­giem lat Oscary stały się nie­mal osobną branżą, oka­zją do za­ra­bia­nia spo­rych pie­nię­dzy przez kon­sul­tan­tów, sty­li­stów, ko­men­ta­to­rów i pro­gno­stów. Wy­ścig o Oscara, po­dob­nie jak wy­bory pre­zy­denc­kie, nie spro­wa­dza się wy­łącz­nie do po­sta­wie­nia krzy­żyka w tej czy in­nej kratce. Li­czy się przede wszyst­kim kam­pa­nia, a za kam­pa­nią stoi po­tężna ma­szyna, nad którą nikt tak na­prawdę nie pa­nuje. Od­po­wied­ni­kiem wa­szyng­toń­skich lob­by­stów i spe­cja­li­stów od son­daży są stra­te­dzy i "osca­ro­lo­dzy". Po­li­tycy mu­szą się spo­ty­kać z wy­bor­cami, ca­ło­wać małe dzieci i z uśmie­chem jeść ko­tlety wie­przowe na pa­tyku pod­czas tar­gów w sta­nie Iowa, na­to­miast lu­dzie za­bie­ga­jący o Oscara przez wiele ty­go­dni ży­wią się sa­shimi i w kółko od­po­wia­dają na te same py­ta­nia o swoje "in­spi­ra­cje" i "pro­ces twór­czy". Wszystko to kosz­tuje mi­liony do­la­rów. Dla­czego? "Sprawa jest pro­sta: cho­dzi o ego i o moż­li­wość wy­ka­za­nia, że jest się lep­szym od in­nych - po­wie­działa mi Terry Press, kie­row­niczka jed­nej z wy­twórni fil­mo­wych. - W tym mie­ście każdy pró­buje ukry­wać brak pew­no­ści sie­bie. Tak jest od za­wsze"[2].

Nie wolno za­po­mi­nać o lu­dziach, któ­rzy grzę­zną w try­bach osca­ro­wej ma­chiny. O ich za­wie­dzio­nych am­bi­cjach, olśnie­niach, trud­nych współ­pra­cach, speł­nio­nych ma­rze­niach, roz­cza­ro­wa­niach. Za­miast oma­wiać Oscary rok po roku, po­sta­no­wi­łem wy­brać kil­ka­na­ście hi­sto­rii. Każda z nich uka­zuje inny punkt zwrotny w dzie­jach Aka­de­mii, kina lub kul­tury. Cza­sami będę się sku­piać na kon­kret­nym wy­ścigu o Oscara, cza­sami ak­cja roz­działu bę­dzie się roz­cią­gała na całą de­kadę. Po­ja­wią się tu za­równo naj­waż­niejsi hol­ly­wo­odzcy gra­cze, jak i out­si­de­rzy, pró­bu­jący wy­wa­żyć bramy pa­łacu.

Na­grody Aka­de­mii od sa­mego po­czątku bu­dziły prze­sadne emo­cje. Sce­na­rzystka Fran­ces Ma­rion, lau­re­atka dwóch Osca­rów, tak oto wspo­mi­nała at­mos­ferę pierw­szych ce­re­mo­nii: "Pa­no­wało pod­nie­ce­nie jak na kin­der­balu pod­czas za­bawy w przy­pi­na­nie osioł­kowi ogona. Zresztą do pew­nego stop­nia wszystko przy­po­mi­nało ową za­bawę. Uczest­nicy mieli klapki na oczach, nie wi­dzieli świata poza na­grodą. Tro­chę za bar­dzo pra­gnęli ją zdo­być, byli tro­chę zbyt wy­stra­szeni, żeby po­zwo­lić so­bie na odro­binę na­dziei"[3]. Oscary wkro­czą wkrótce w swoje dru­gie stu­le­cie. Ar­ty­ści ubie­ga­jący się o na­grodę na­dal pra­gną wy­gra­nej, na­dal czują na­dzieję i strach, ale prę­dzej czy póź­niej jed­nak klapki spadną każ­demu z oczu i trzeba bę­dzie ro­zej­rzeć się do­okoła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki