Osądzona - Władysław Reymont

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Tego pamiętnego dnia już od samego rana coś ponosiło Jaszczukową. Podniosła się z łóżka dziwnie rozdrażniona, prawie chora i tak w sobie rozdygotana, że o byle co wybuchała gniewem. Właśnie była wyprawiała na jarmark dziewczynę z gęsiami, które darły się w niebogłosy i chociaż z powiązanemi skrzydłami, uciekały z woza. - Oksienia! - wołała gniewnie. - Łapże niezdaro! Bukiet, nie ruszaj! Przykryj płachtą, tylko żeby się pod nią nie podusiły! Mikołaj! - zakrzyczała na kulawego parobka. - Źróbkę zamknij w stajni, chcesz ją zgubić po drodze czy co? A kobyle wytrzyj boki. Utytłała się w gnoju, jak świnia. Ruszajcież! Oksienia! gąsków taniej niźli po ośm złotych nie sprzedawaj. Nawoływała, gdy wóz nareszcie ruszył z przed chałupy. - A o farbie do wełny nie zapomnij! Bukiet do nogi! Na jarmarek mu się zachciewa! Do domu, sobako, warować. Do domu! I gdy pies jął prosząco skomleć, kopnęła go ze złością, że skoczył w głąb sieni, gdzie siedziały za przegrodą gęsi pozostawione na chowanie. Podniosły niesłychanie wystraszony gęgot i zjadliwie zasyczały na psa. - Bukiet, bo znowu oberwiesz! Upominała rozglądając się po szarym, posępnym dniu. Niebo zwisało nisko, że spęczniałe wodą bure chmury, zdawały się leżeć na przydrożnych wierzbach. Po nocnym deszczu jeszcze się lśniły kałuże na drodze. Drzewa stały czarne, obmokłe i na pół odarte z liści. Jesień obtulała ziemię w przemiękły i wyszargany łachman mgieł. Wrony wieszały się po słupach telegraficznych. Z lewej strony, z poza domostw niskich i wysokiej czarnej cerkwi, nakrytej zielonemi kopułami, darły się świsty parowozu i głucho dudniał nadchodzący pociąg. Przeprowadzała go oczami, gdyż przesuwał się tuż za drogą - widział się jej niby rudawy gad, czołgający się w tumanach białych dymów. Prześlizgnął się po moście nad rzeczką i wymijając cmentarne wzgórze, pogrążył się w lasach. Zawiesiła posmutniałe oczy na cmentarzu, który jak potężny okop śmierci, wynosił się lasem ogromnych krzyżów, pochylonych w różne strony świata. Stado wron krążyło nad nimi z przejmującem krakaniem. Wzdrygnęła się z zimna i wróciwszy do izby, chodziła bezradnie od okna do okna. Zabierała się nawet do roboty, ale wszystko leciało jej z rąk, myśli się mąciły i pod piersiami coś boleśnie ściskało. Wreszcie przemógłszy tę dziwnie strwożoną niemoc, zajęła się gospodarstwem. Bukiet łaził za nią nieodstępnie, a gęsi, skoro przechodziła pobok zagrody, wyciągały za nią długie szyje i syczały. Zaś gołębie, jak tylko pokazała się w podwórzu, spływały z dachów do jej nóg z gruchaniem. Nie cieszyło ją to dzisiaj, - nie radował wieprzek wsadzony do karmika, któremu codzień z lubością obmacywała tłuściejące boki. Ani nawet odstawione już od maciory prosięta, biegające za nią i kwikiem proszące o żarcie. Wydoiła krowę, nie zwracając uwagi na czerwone cielę, wesoło brykające po obórce. Zajrzała do sadu zwoływać kury i zapatrzywszy się w skołtunione, bure chmury, zapomniała o nich ze szczętem. Smętek przesłonił jej oczy i smętek przenikał serce. Nie mogła pojąć co się z nią dzieje. Targnął nią niewytłumaczony lęk. Jakieś głuche przeczucie nieszczęścia kąsało jadowicie i bezustannie. A jakby na dobitkę, wracając do izby, trzasnęła drzwiami tak mocno, że jakiś obraz zleciał ze ściany na podłogę. - Jezus Marja! - wystraszyła się niezmiernie. - Święty Józefat! - jęknęła przerażona, podnosząc wizerunek błogosławionego patrona unitów. Ucałowała go ze czcią i postawiła na stole między oknami. - Coś mnie spotka złego - szepnęła z zabobonną trwogą. - Może znowu żandarmy przyjdą na rewizję... Albo będzie jaka strata w inwentarzu. Szkło się jednak nie potrzaskało! Całkiem to niezwyczajne! Medytowała głęboko zaniepokojona, lecz pod wpływem jakiejś myśli zaczęła się prędko ubierać do wyjścia. - Trzeba odebrać, stanie się co, to gotowi nie oddać. Wyjęła książeczkę emerytalną ze skrzyni i okrywszy się chustą miała już wyjść. - Z gołemi rękami pójdę, to mi po pieniądze przyjść każą za tydzień. Z niemałym żalem przebierała między gąskami, aż wybrawszy najlżejszą, związała jej skrzydła i schowawszy pod pachę, ruszyła na stację. Droga była niedaleka, strasznie błotnista i jeno rowem podzielona od plantu. - Ośmnaście rubli za trzy miesiące emerytury, za gąski przyjdzie ze dwadzieścia parę a z tem co jest gotowego grosza, to akuratnie chwaciłoby na krowę i Mikole na zasługi! - dawała się ponieść gospodarskim kalkulacjom. - Prawda, zima za pasem, Oksieni trzaby nowych butów i sobie coś niecoś! A gdzie podatki, gdzie gminne, szkolne i drogowe? A i Ojcom na misję też parę rubli, a i składka na kościół! Panie Jezu - westchnęła - niewiem czy obstanę! Za wiele na tę moją biedną wdowią głowinę, za ciężko! Juści, za wieprzka grosz jakiś wpadnie, niezgorzej świntuch się pasie - skrzepiła się tem przypomnieniem. - Parę korczyków zboża też się sprzeda, może i prosięta pod wiosnę! - Jaśniej zrobiło się jej na duszy. Stacyjka leżała za wsią zbudowaną w ogromny czworobok, na środku wznosiła się stara drewniana cerkiew nakryta zielonemi kopułami, obrastało ją kilkadziesiąt wysmukłych brzóz, klonów i całe gąszcza jarzębin i bzów, a ogradzał drewniany płot, nakryty słomianym daszkiem. Wieś była spora, lecz wszystkie domy poprzegradzane sadami, ginęły pod olbrzymiemi drzewami. Stały oknami na plac, podobny do błotnistego jeziora, po którym brodziły stada gęsi, świnie i para żydowskich kóz. Wyróżniał się jeno duży dom na podmurowaniu i z gankiem, malowany na bronzowo, z zielonym, blaszanym dachem. Była to dawna unicka plebanja, zamieszkała obecnie przez popa. W oknach bieliły się firanki, a za szybami stały pękate gąsiory nalewek na jarzębinie i śliwkach. Przemknęła się bokami za cerkiew na brukowany podjazd stacyjny. Sam dworzec był długim budynkiem, postawionym z okrąglaków przeraźliwie piernikowej barwy. Pusto było przed nim i pusto było w sieniach. W kancelarji stukały aparaty telegraficzne i jakiś urzędnik rozwalał się na ceratowej kanapie. Przez oszklone drzwi dosłyszała głos naczelnika gdzieś z drugiego pokoju - sobaczył komuś. Odeszła pospiesznie. Naraz zaryczał głos gramofonu z poczekalni, gdzie był bufet, zajrzała tam przez szybę. Jarząbek, jakiś usmolony człowiek i dwóch żandarmów siedziało nad kuflami. Gramofon wył coraz głośniej a oni walili pięściami do wtóru. Naczelnik mieszkał na samym końcu dworca z wejściem od szczytu, zapukała nieśmiało do kuchni, otwierając zarazem drzwi. Gruba, jak piec, Prakseda, warknęła gniewnie. - Buty wycierać w sieni. Te chamy prosto z gnoju na pokoje. Wam czego? - Weźcie no tę gąskę, bo cięży... - Jaszczykowa ma proszenie? - spytała ważąc w ręku odebraną gąskę. - Do pani naczelnikowej. Późno mi się wylęgły! - tłumaczyła - młoda jeszcze. - Co mam dołożyć? - prawie ze wzgardą obmacywała wystraszonego ptaka. - Jaszczykowa, wdowa po Bazylim, stróżu stacyjnym, prosi o podpisanie książeczki. - Zaczekajcie, dołożę. A wytrzyjcie buty o słomiankę. Jakiś pociąg przelatywał z hukiem, że gęś jęła się tłuc po podłodze i krzyczeć. Prakseda wpuściła kobietę do jadalni. Naczelnikowa siedziała pod oknem w głębokim fotelu, z papierosem w zębach, z książeczką w ręku i z kotem na kolanach. Samowar syczał na stole i w rogu przed ikoną paliła się czerwona lampka. W powietrzu unosił się czad węglowy pomieszany z zapachem heliotropowych perfum. Przywitała ją z wyróżniającą życzliwością. Jaszczykowa pocałowawszy ją w rękę, wyłożyła swoją prośbę. - Prakseda, niech pan podpisze i zaraz przyśle pieniądze. Cóż tam u was? Podniosła na nią spłowiałe, blade oczy, silnie podmalowane. Twarz chudą i obsypaną pryszczykami, miała również wybieloną, usta krwawe, jasne włosy zafryzowane i czerwoną, jedwabną rubaszkę na drobnych ramionach. Przystrojona była od góry, tyle jeno ile było potrzeba do wyglądania oknem na przelatujące pociągi, reszta zaś tonęła w brudnej halce, opadniętych, rudych pończochach i męskich pantoflach wyszywanych na kanwie. - Mówili, że Jaszczukowa wychodzi za mąż? - zaczęła dosyć obcesowo. - W imię Ojca! - rozczerwieniła się. - A któżby to chciał się żenić ze starą babą! - Wieleż wy sobie liczycie? - rozglądała się w niej z przyjemnością. - Skończyłam na wiosnę czterdzieści. I nie pilno mi za drugiego! - Zaśmiała się. - Jarząbek z ekspedycji podobno co wieczór u was przesiaduje. - A nie mam to w domu panny! Oksienia ma już siedemnasty rok. - Młódka i sierotka na łasce ciotki. A u wdowy chleb gotowy! - Pewnie, że niejeden chciałby się przyżenić do moich morgów. Mało to takich, co tylko patrzą, gdzie się z komina kurzy. Ma dziurawe buty a majątku szuka za żoną. - Jarząbek zupełnie co innego - zachwalała od niechcenia. Ma edukację, przecież był w seminarjum i żeby się ożenił i ustatkował, mógłby się na kolei dosłużyć dobrej posady. I nasz pop jest jego krewnym. Wy prawosławna? - Ja z unitów - zawahała się trwożnie. - I moja Oksienia też katoliczka - dodała prawie wyzywająco. Męczeńska krew unitów zawrzała w niej bojowo. - Po ukazie, to już wszystko jedno jakiej kto wiary, byle jeno wiernie służył Carowi. Ślub w cerkwi, czy w kościele jednakowo ważny. Dam wam książeczkę napisaną przez księdza, to się z niej dowiecie, że pomiędzy prawosławiem a katolicyzmem prawie niema różnicy. Jeden Bóg i jeden Car. Przecież i wasz mąż był prawosławnym i sława Bogu, dorobił się na rządowej służbie. - Ale za ten dorobek uważali go wszyscy za parszywego psa, pluli na niego! - Nie wiedziałam! Człowiek był porządny i naczalstwo go chwaliło. Cóż to zrobił? - Wziął majątek po stryju, którego z całą familją wygnali do Orenburga. Dali mu za to, że się pozwolił przepisać na prawosławie - dodała ciszej. - A widzicie jak to nasz Car wynagradza wiernych poddanych - wyrzekła z zapałem. Jaszczukowa miała już na języku jakieś złe słowo, gdy weszła Prakseda. - Że wasz wiernie służył Carowi, to wy teraz macie majątek i pensję dożywotną. Powinniście być wdzięczni i nie słuchać tych polskich miateżników. Jak przeczytacie książeczkę, to wam dam drugą. A będziecie mieli masło, przynieście, kupię. Jaszczukowa podziękowawszy pokornie, wyniosła się jak mogła najprędzej. Gramofon wciąż wył w bufecie i to samo towarzystwo jeszcze siedziało. - Trucizny bym ci przyniosła, ty suko prawosławna - pomyślała znalazłszy się na powietrzu. I leciała do domu jakby na skrzydłach. Ponosiło ją wzburzenie i gwałtownie rozbudzona nienawiść. Słowa naczelnikowej rozdmuchały pamięć tych niedawnych jeszcze czasów, kiedy każdy z unitów opowiadający się przy polskości i katolicyzmie, ścigany był niby wściekły pies; trapiony, bity, ograbiany z majątku, pozbawiony czci, i pędzony z najgorszymi zbrodniarzami na Syberję. Pamiętała swoje dziecinne lata, przesiąkłe łzami, krwią i obłędnym, wiecznym strachem. Pamiętała całe wsie umęczone, całe rody wymordowane, całe parafie wygnane. I swoją rodzoną matkę z połamanemi nogami i ojca przepędzonego przez kozackie nahaje, i braci potopionych w jeziorze. Przecież Oksienia sierota po siostrze, zabitej w obronie wiary. I taka moskiewica śmie mówić o carskiej dobroci, a i o tem, że prawosławie i katolicyzm, to jedno! Zatargała jej sercem taka dzika, nieubłagana nienawiść, że zaskowyczała z bólu. - Ukarz mnie Jezu, ale odpuścić im nie potrafię! Zmiłuj się, ale nie potrafię! Wróciła do chałupy osłabiona wielce i jeszcze pełniejsza niepokojów i złych przeczuć. Nadarmo się modliła i nadarmo płakała, nie ustępowały. Jakoś w południe wyjrzało blade, jesienne słońce i świat nieco poweselał, że po obiedzie wybrała się kopać resztę kartofli na ogrodach, za sadem. Ręce pracowały zawzięcie, ale w głowie majaczyły przesmutne tumany. - Człowiek sam na świecie jak ten pies bezpański. - Podniosła się w niej żałosna skarga. Niema się przed kim nawet wyżalić! A broń Boże, choroby, to co? Zmarnieć przyjdzie! Nikt kropli wody nie poda! Wyprostowała się, oczy zawisły na cmentarnych krzyżach a myśl bezwolnie uczepiła się Jarząbka. Znała go już rok, przychodził często, przygrywał na harmonji, przymilał się. Juści nie do Oksieni. Pewnie, że gospodarz przydałby się w domu. Chłop do wszystkiego. A jakby urząd dostał dobry, to możnaby przykupić ziemi od Teodorczuka! - Rozjaśniała się jej dusza błyskawicą marzenia. Ale prawosławny! Huknęło jak grom przypomnienie. Odskoczyła niby od trędowatego. Zwarła się na kamień i jakby mszcząc się na sobie za chwilę słabości, wspomniała wszystko, co powiadali o nim ludzie. A mówili źle, posądzając go o różne łajdactwa. - Nie darmo naczelnikowa trzymała jego stronę. Szpiegun, jeśli nie co gorszego - zdecydowała surowo, tłumiąc zarazem jakiś cichy żal zgoła jej niepojęty. Czas się dziwnie dłużył, chociaż pracowała zawzięcie; zajął ją przez chwilę towarowy pociąg, przeciągający wolno i z ciężkiem sapaniem. Potem słońce się schowało za chmury, świat poszarzał i jął mżyć drobny deszcz. Miała już powracać do domu gdy na drodze pokazali się ludzie wracający z jarmarku, przystawali opowiadając nowiny zasłyszane w miasteczku. Czasy podówczas były burzliwe, rewolucyjne, więc ten i ów powiadał o buntach wojsk, o zabójstwach wielkich urzędników i żandarmów, o ciągłych wieszaniach i napadach na rządowe kasy. Opowiadali szeptem, rozglądając się trwożnie a pełni głębokiej radości. - Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy. Za nasze krzywdy im płaci - dodawała. - Przyjdzie na nich jeszcze większa kara, to początek - przepowiadał stary Symeon Daniluk, powłóczący nogami przetrąconemi przez kozaków. Co jakiś czas ktoś przystawał przy niej i dorzucał zasłyszanych nowin. - Podobno i Żydy buntują się przeciwko carowi - zapewniał któryś ze znajomych. - Żydy! Sprzedały Chrystusa, to co im ta stoi sprzedać cara - odparła. Zmierzch się zbliżał, deszcz zacinał coraz gęstszy i zimniejszy, że wzięła koszyk na rękę i już się zawróciła ku domowi, gdy nagle gdzieś z lasu za cmentarzem, wyrwały się przeciągłe gwizdy parowozu i buchnęły karabinowe strzały. - A słowo stało się ciałem! - krzyknęła, załamując ręce. Gwizdy nie milknęły a strzelanina stawała się jakby bliższa i rzęsistsza. Dojrzawszy jakiegoś człowieka, przesadzającego cmentarne ogrodzenie, jakby skamieniała, nie mogąc od niego oderwać oczów, przemykał się chyłkiem pomiędzy jałowcami, zarastającemi wzgórza aż do rzeczki. Zginął jej na chwilę z oczów w nadbrzeżnych szuwarach. Dojrzała go już na swoich polach, leciał miedzą, przyginał się coraz niżej, czasem padał, czasem na mgnienie przytajał się za cierniami i znowu pędził szalonemi skokami. - Jezus Marja! - krzyknęła, dojrzawszy, że wpadł do jej sadu i gna na podwórze. Rzuciła wszystko i pobiegła przez sad. Już tam Bukiet jęczał pod ścianą z przetrąconym grzbietem. Wpadła do izby prosto w jakieś straszliwe szpony, które ją chwyciły i jakiś głos nad nią zagrzmiał dziko. - Daj mi jakie ubranie, prędko, bo zabiję, gonią mnie! Prędko. - Puść, jakże ci dam... Odepchnęła go, stał przed nią wysoki, szczupły człowiek z rewolwerem w ręku, był jeno w poszarpanej i skrwawionej koszuli bez czapki, pot mu się lał po twarzy, ledwie dyszał, wargi mu latały i oczy ciskały błyskawice. Otworzyła mu spokojnie komorę, gdzie wisiały ubrania pozostałe po nieboszczyku. Przybrał się w stary, połatany kożuch i przepasał pasem. - Czapki, na Boga! Z gołym łbem nie mogę się pokazać, poznają - jąkał. Znalazła starą baranicę, nadział ją po uszy i wybiegł na izbę. - Schowajcie mnie do nocy! Zapłacę ile chcecie... Może w stodole w zbożu... - Jakby szukali, znajdą wszędzie. Niech pan ucieka za stodołę do lasu... - Nie mogę, nie mam już sił, gołe pola, zobaczą zanim dobiegnę... Co tu robić? Wyjrzyjcie czy nie lecą! Stój! a jeśli mnie wydasz, kula w łeb. Czekaj, jedyny ratunek, dawaj motyczkę, pójdę z tobą kopać kartofle! Prędko! Przylecą, będą pytali, nikogo nie widziałaś! Chodźmy! Spiesz się, bo ci gnaty połamię. Opuściło ją przerażenie, przeciągnęła się tylko i z pacierzem na roztrzęsionych wargach, powróciła do przerwanego kopania. Strzelanina ucichła, natomiast wzmogły się krzyki, jacyś ludzie biegli plantem ku pociągowi, który nie przestając gwizdać, zbliżał się zwolna do stacji; z okien wagonów widniały przerażone twarze. - Będzie, co Bóg da - myślała ze spokojną rezygnacją. - Po rękach poznają - zauważyła. Umazał je pospiesznie w mokrej ziemi a twarz wytarł rękawem kożucha. Chwile wlokły się zwolna jak wieczność, wyraźnie słyszała bicie jego serca i krótkie, rzężące oddechy. Kopał automatycznie, cały przemieniony w uwagę. - Nadchodzą... żołnierskie kroki... - szeptał - pamiętaj, kula w łeb za wydanie, a nie zdążę, zatłuką cię towarzysze. Ja nie zbój! Walczymy za wolność!... - zaszczekał zębami kurczowo przywierając do motyki. - Są już na moście!... Jakoż kilkunastu żołnierzy pokazało się na moście i za rzeczką. Posuwali się szeroką ławą z karabinami gotowymi do strzału. Prowadził ich żandarm. - Hej, baba, gdzie uciekał człowiek w rubaszce i bez czapki - ktoś krzyknął do niej. - Nie widziałam nikogo - odrzekła bez wahania. - Tylko ludzie wracają z jarmarku. - Jaszczukowa - poznał ją żandarm. Mówcie prawdę, idzie o wielkiego zbója. Oburzona wywarła na niego gębę, że zamachał ręką, rozglądając się bezradnie. - A może schował się w krzakach pod tym wielkim lasem - zawołał ktoś z plantu. - Mołczat, nie twoje dzieło! - zgromił go żandarm i zwrócił się z całym patrolem ku lasom, czerniejącym za domem Jaszczukowej. Maszerowali półkolem, przetrząsając krzaki i strzelając co chwilę w powietrze. Jaszczukowa długo patrzyła za nimi, a kiedy zniknęli w zmierzchu i oddaleniu, zabrała koszyk i obie motyki, i rzekła ściszonym głosem: - Już ich nie widać. Niech pan wróci za rzekę i ucieka z Bogiem. Odwróciwszy się szybko, ruszyła ku domowi i szła wolno i na pozór spokojnie, chociaż ledwie powłóczyła nogami, a serce dziw nie pękło ze straszliwego dygotu. I z tych wzruszeń, obaw i niepokojów, same łzy popłynęły jej po zbladłej twarzy. - Biedota! Żeby im chociaż uciekł! - myślała, nie oglądając się za siebie, zatroskawszy się nagle jego dolą. Jeszcze nie mogła zebrać myśli. Tak nagle wszystko na nią spadło, że chwilami miała to za przykry sen. Ale nie, prawdą było; na plancie jacyś ludzie latali na wszystkie strony, pociąg stał pod stacją, gwiżdżąc nieustannie, a z pod niedalekich lasów raz poraz grzmiały karabinowe salwy. Na drodze zatrzymywały się wozy powracające z jarmarku i głośno uradzali ludzie, nie dbając o deszcz. Weszła do izby i rzuciwszy motyczki, nie wiedziała co zrobić ze sobą. Przywlókł się za nią Bukiet i jął żałośnie skomleć. - On się ino bronił, sierota! Nie przez złość! - szepnęła, podtykając psu mleka. Podrzuciła gałęzi na komin, że czerwony blask rozświetlił izbę. Naraz strach stężył ją na kamień, a z piersi wydarł się jęk. - Przecież to jakiś zbój! Za gardziel mnie chwycił i przymusił! Matko święta! I ogarnięta dziką, nieludzką trwogą mrożącą krew, uciekła przed dom, w opłotki. Chciało się jej lecieć do ludzi, ale deszcz, błoto, strzelanina i zapadający wieczór, nieco ją oprzytomniły. Już przestąpiła z powrotem próg sieni, gdy jej ktoś zastąpił drogę. - Święty Józefacie ratuj! - zawołała, osłaniając się rękami, jakby przed ciosem. Zbieg stał przed nią i coś mówił, czego na razie nie potrafiła wyrozumieć. - Ocaliliście mi życie! - powtórzył całując ją w rękę, że odskoczyła, oblewając się rumieńcem. - Bóg wam zapłać za pomoc, dorzucił ciszej. - Żeby ino nie powrócili żandarmi - wyrzekła, odzyskując panowanie nad sobą. - Odpocznę i zaraz pójdę!... Dajcie mi jeść... umieram z głodu... - prosił gorąco. - Cicho, Bukiet. Co ja tu dam? - kłopotała się, otwierając do szafy. Usiadł na progu, nie mając sił posunięcia się dalej i ciężko dysząc. Nakrajała mu chleba, podała masło i ser, a wreszcie przyniosła kawał słoniny. - Gdybyście mieli gorzałkę! - szepnął nieśmiało. - Strasznie mi zimno - szczękał zębami. Wyniosła z komory dobre pół butelki; wypił prawie jednym tchem i łapczywie zabrał się do jedzenia. Uspokojona zupełnie, patrzyła w niego jakby matczynemi oczami, podtykając coraz nowe kawały chleba. A chociaż paliła ją ciekawość, milczała, nie śmiejąc o nic zapytać. Czuwała przytem nad nim, co chwila wyglądając przed dom i nasłuchując. I przez ostrożność nie zapaliła lampy ani dorzuciła więcej do komina, że tylko przy słabym brzasku dogasającego ognia widziała jego twarz młodą i piękną, jeno strasznie wymizerowaną. Zęby mu błyskały białością w wargach jak blade korale. Orli nos, czoło wysokie, oblepione przepoconą jasną grzywą, dawały mu pozór drapieżnego ptaka. Młody był, prawie dzieciuch bezwąsy. - Jakiś panicz ze dworu! - przemknęło jej przez głowę, wzbudzając większy szacunek. Pojadał coraz wolniej, ręce zaczynały mu latać, pot spływał po twarzy, oczy dziwnie mętniały, a i chleb upuścił na ziemię i pochylił się jakby zemdlony. - Co panu jest? - strwożyła się okropnie. - Trzeba już iść! Mogą zajrzeć ludzie! Zatrzęsła nim ze wszystkich sił, otworzył oczy i coś zabełkotawszy, usunął się na podłogę jak martwy. - Jezu miłosierny! - wykrzyknęła, załamując ręce i nie wiedząc już co począć. Rozdygotała się, jak osiczyna, boć lada chwila mogli powrócić z jarmarku. - Prawie bez duszy! Niech kto wejdzie i zobaczy! Panie, musicie już iść! - wołała mu do ucha, nie poruszył się nawet. Chwyciła się za głowę, wybiegając przed dom. Wieczór zapadał ciemny, deszcz mżył coraz gęstszy, turkotały wozy powracających z jarmarku a po plancie i na stacji biegali ludzie z zapalonemi pochodniami. - Zobaczą go i wszystko się wyda! O ja nieszczęśliwa! Wywlekę go na drogę i niech tam zdycha jak pies, zbój jeden - zawrzała nagłą złością i, chociaż przytem miotał nią strach, uczucia ludzkie wzięły górę, że znowu się zatroskała o niego. - Co ja z nim pocznę? Gdzie go tu schować? Dziw jej głowa nie pękła od myśli poślepłych z trwogi a wirujących pod czaszką zamiecią obaw, udręczeń i rozpaczy. - Ratujcie święci Anieli, ratujcie! - Gruchnęła w izbie przed obrazami, wybuchając spazmatycznym płaczem zdenerwowania. Zbieg zajęczał ciężko a Bukiet, miotając się, jak oszalały, jął naszczekiwać. Zerwała się gwałtownie, jakby już wiedząc co robić, gdyż, zamknąwszy drzwi ze sieni, na drogę, ujęła zemdlonego pod pachy i postawiła na nogi. - Żandarmi idą, trzeba się schować! Prędzej! - trzęsła nim, aż się przebudził. - Rzućcie mnie gdzie za płot, niech zdechnę, wszystko mi jedno! - zaszeptał, zwisając jej bezwładnie w rękach, na szczęście wyschnięty był na wiór, że potrafiła go zawlec do stodoły i ułożyła w sąsieku, przykrywając sianem. - Wrota od pola zostawię otwarte! Coś zamruczał i znowu zasnął snem śmiertelnego wyczerpania. W izbie Bukiet, obwąchując próg, jakoś dziwnie skomlał. Zapaliła lampę i krzyknęła: - Matko Najświętsza!... Jeszcze mi tego brakowało! - Próg i kawał podłogi były powalane krwią. - Nowa bieda! I nawet nie wspomniał, że był raniony! - wyrzekła, wymywając ślady krwi. Pokazało się, że i ręce miała uwalane i jasny kaftan na piersiach. To ją tak wyprowadziło z równowagi, że umywszy się i zmieniwszy kaftan, siadła pod kominem i rzewnie zapłakała, skarżąc się na swoją nieszczęśliwą dolę. - Laboga, a jak się dowiedzą, że przechowuję jakiegoś zbója! - zerwała się i pod grozą tego przypuszczenia, gotowa już była lecieć i choćby za włosy wywlec go ze stodoły na pole. - A niech sobie tam zdycha, co mi za mus nadstawiania za niego karku. Powiedzieliby że trzymam z nim spółkę. Przecież to jakiś nic dobrego, - jurzyła się coraz silniej wzburzona. - Jeszcze mnie w nocy zarznie albo kobyłę wyprowadzi. A niechby się wydało, to jak amen w pacierzu wezmą mnie do kryminału i gotowi osądzić na Sybir. Jezu miłosierny, - aż poty na nią wystąpiły z przerażenia. - Z pociągu uszedł, dobry to być musi ptaszek, a ja takiego jeszcze ochraniam! Co ja robię nieszczęśliwa? Trzeba zaraz dać znać żandarmom i powiedzieć całą prawdę, niech go sobie zabierą. Mam potem za cudze grzechy pokutować! Za karę, to jeszcze gotowi mi zabrać gospodarkę! - wrzała coraz namiętniej i nienawistniej usposobiona dla zbiega. - Psa mi przetrącił. I do cygaństwa przed żandarmami przyniewolił. Nie krewniak mi żaden, żebym go ratowała. I przecież nie za wiarę go tropią jak kiedyś naszych. Dosyć się przez niego najadłam strachu. A jak go złapią i zaczną batami dopraszać, to i mnie wyda! Niech sobie wezmą zbója! Przecież nie grzech wskazać złego człowieka. Do spowiedzi pójdę a proboszcz mnie rozgrzeszy. Przędła rwące się co chwila postanowienia i serce waliło jej przy tem jak młotem, a strach roztrząsał do ostatniej kosteczki. Cóż, kiedy nie mogła się zdecydować, bo z głębin sumienia jęły się podnosić wątpliwości, obawy, jakieś ciche żale i głębokie, kobiece współczucie. Już okrywszy się chustką zgasiła lampę i stanęła w progu, spoglądając wskroś zgęszczonych mroków na oświetloną stację, już nawet wyszła przed opłotki na drogę. - Powrócą z jarmarku a w domu nikogo! - uczepiła się tej myśli, zawracając do izby. Długo stała na środku, miotana ciężką wewnętrzną walką, wreszcie zdecydowała: - Obudzę go, i niech sobie zaraz idzie z panem Bogiem! Rozsrożyła się na dobre. Pędem pobiegła do stodoły i nachylając się nad śpiącym, zaczęła nim potrząsać, błagając rzewliwemi słowy, żeby jej nie gubił i zaraz sobie poszedł. Nie doczekawszy się rychłej odpowiedzi, pochwyciła go wpół i chciała wywlec na pole. Przebudził się wreszcie i dziwnie rozpłakanym głosem zabłagał: - Chory jestem! Mam gorączkę! Dajcie mi odpocząć! A jeśli mnie wydacie, to z waszej chałupy nie zostanie kamień na kamieniu, - pogroził podnosząc się gwałtownie. - Za parę godzin sam pójdę. Zlitujcie się nademną. Nie mam sił! - jęknął, waląc się z powrotem, i dał się słyszeć jakby cichy, przytłumiony płacz. - Niech pan śpi spokojnie! - zaszeptała zupełnie rozbrojona jego łkaniem. Postała jeszcze czas jakiś, nasłuchując niespokojnych, gorączkowych oddechów. - Taka biedota, ostatkami sił się targa, - litowała się, powracając do mieszkania. - Prześpi się i pójdzie! Chwała ci panie! Wiem to, co on takiego zrobił? A może z tych co się przeciwko Carowi buntują? Albo z takich, którzy kryjomo nauczają po polsku i za to go prześladują! Z twarzy - to patrzy na przebranego księdza! Tknęło ją to przypuszczenie, boć dobrze pamiętała czasy nawracania na prawosławie, kiedy to zjawiali się przebrani księża, niosący męczonym unitom słowa wytrwania. - Niech go tam pan Jezus osądzi, ja mu nie będę Judaszem. I prawie spokojnie zabrała się do wieczornych obrządków. Wkrótce przyjechali z jarmarku. Oksenia, cała zziębnięta i przemoczona do nitki, z żywością rozpowiadając nowiny, rozkładała na stole pieniądze za gęsi. - Cóżeście tak długo siedzieli? - Od samego Parczewa jechalim noga za nogą, drogi złe, błoto po osie, a potem, przed samą naszą stacją zatrzymali nas żandarmi, że stalim z godzinę, rewidowali wszystkie wozy. Dopiero Jarząbek powiedział, o co to chodziło. - Skądże się on tam wziął? - Niemile ją dotknęła ta wzmianka. - Przyszedł z żandarmami, ale cały czas stał przy nas i wszystko rozpowiedział. - A tyś rada szczerzyła zęby. Kawaler w sam raz dla ciebie, - dorzuciła urągliwie. - Jakże to mogłam go odpędzić? - tłumaczyła się wystraszona. - I ludzi się zebrało przy nas, bo powiadał, jako jutro od świtania zrobią obławę i napewno go złapią... - Kogóż to szukają? - spytała mocno podrażniona, jakby o niczem nie wiedząc. Dziewczyna zaczęła od początku, lecz Jaszczukowa, niedoczekawszy się i połowy tej historji, spiesznie wybiegła w podwórze. Mikoła dobrze napity, właśnie się był swoim zwyczajem prawował z końmi. - Biłem cię? Nie biłem, to stój spokojnie i czekaj na obrok. Czego kwiczysz? - zwrócił się do źrebraka. - Bułeczki chcesz sieroto? Zaraz ci dam! Gospodyni nie kazała cię brać, tom ci przywiózł z jarmarku kukiełkę. Zaraz, nie naprzykrzaj się, niech no znajdę... Jaszczukowa przyniosła siana i złożywszy je kobyle za drabinę, sama również wciągnęła wóz na boisko, stodołę zamknęła i klucz schowała do kieszeni. - Spiesz się! Grajdasz się a w miejscu stoisz! - krzyknęła do stajni. - A dyć się spieszę, adyć w dyrdy latam, - huknął się o drzwi. - Psia... zaraz, nie pali się... siana założę, wody przyniosę, wóz wtoczę, na wszystko przyjdzie czas, - mamrotał. Wróciła do mieszkania upewniona, że już nikt nie zajrzy do sąsieka. Oksenia, krzątając się koło komina, szeroko rozpowiadała o jarmarku. Naraz wpadł wystraszony Mikoła i już od proga zabełkotał roztrzęsionym głosem: - Woza niema. Był, prawdę mówię, kobyłę wyprzągłem, został w podwórzu. Szukam żeby go wtoczyć, jak kamień we wodę, szukam, niema. Czary jakie czy co?... - Gorzałka jeno! Siadaj pijaku! Przy mnie wtoczyłeś go na klepisko. - Wtoczyłem? Był, prawdę mówię... szukam... - powtarzał w kółko, zasiadając pod kominem. Wyniósł się zaraz po kolacji, ale jeszcze długo utykał po podwórzu i sadzie, z pijacką uporczywością, poszukując zaginionego wozu. - Przymknij okiennice i drzwi na drogę pełno ludzi się kręci, - rozkazała Jaszczukowa i gdy Oksienia powróciła, zabierając się do mycia statków, wyniosła z komory pieniądze, zawinięte w chusteczkę i położywszy je na stole, mozolnie rozliczała. Cicho się zrobiło i ciepło. Świerszcz strzykał monotonnie za kominem. Lampa świecąca na stole rozlewała światło przyćmione białym kloszem, w którym twarz Jaszczukowej występowała wyraziściej. Przystojna była i pomimo świeżych zgryzot i płaczów, niktby jej nie dał więcej nad dwadzieścia parę lat. Twarz miała ściągłą, śniadawą, czarne włosy rozebrane nad niskim czołem i duże, siwe oczy pod mocnemi brwiami. Niewielkiego wzrostu, a tak zgrabna i smukła, że często brano ją za pannę. Zwłaszcza, iż była wielce wstydliwa i łacno się rumieniła. Dzieci nie miała i przybrawszy sobie sierotę po siostrze, uważała ją za córkę i wielce miłowała. - Pytałaś się o kożuchy? - przemówiła po dłuższem milczeniu. - Za dwadzieścia rubli, żyd oddawał długi, czarny, z kołnierzem do pół pleców. Żeby go pokryć suknem, byłby takusieńki jak ma Fiedorczuk... - Na wesele będę go stroiła czy co? Pijak jeden, przygłupek, - wybuchnęła. - Prawda, że parobek posłuszny i pracowity, ale dosyć mu będzie kupić za sześć rubli. - I ciężko byłoby mu się ruszać w takim długim. - I sześć rubli nie lada wydatek na parobka! - westchnęła, odkładając osobną kupkę. - Byłam i na bydlęcem targowisku. Miał chłop z Białki śliczności krowę; srokata, cielna, wymiona jak torby. Kupił ją jakiś dziedzic za pięćdziesiąt rubli... - Za droga dla nas. Bazyli chce za swoję trzydzieści pięć. - Też śliczności! Dobra dójka i chowa od niej tęgiego bysia... Może co ustąpi... - Sprzeda za trzydzieści, trzeba go tylko ugościć. Znowu odłożyła kupkę pieniędzy. - A za sznurowane trzewiki chciał całe cztery ruble! - wyrwała się mimowoli. - Targowałaś? - zawołała, obrzucając ją karcącem spojrzeniem. Oksenia pisknęła przestraszona i przypadłszy do niej jęła całować ją po rękach. - Ja tylko tak, drugie przymierzały, tom wytrzymać nie mogła. Przecież moje buty wytrzymają jeszcze zimę, żeby dać podeszwy i połatać, to całkiem będą dobre... - Nie bój się, kupię ci trzewiki. Buty byłyby na zimę cieplejsze. - Ciotulu, - szepnęła przywstydzona; - kiedy już wszystkie nasze chodzą do kościoła tylko w trzewikach, to patrzą na mnie jak na kacapkę... Pociąg zwolna przechodził, ściany zadygotały i w belkach coś tu i owdzie trzaskało. Jaszczukowa wybiegła przed dom; noc szła ciemna bez gwiazd, deszcz przestał, natomiast hukliwy, jesienny wiatr zamiatał pola i targał drzewami. Turkot pociągu przechodził, tylko jeszcze za nim świeciły latarnie migocące krwawemi ślepiami. Obleciała zabudowania i od strony pola wsunęła się do stodoły z mocno bijącem sercem. - Jeszcze nie poszedł - posłyszała, jak się przewracał. - Zgoniony niby ten wściekły pies, to wypocząć musi. Do świtu jeszcze daleko! - jęknęła zafrasowana. Wróciła spiesznie na dawne miejsce i do spraw przerwanych. - Tuczniki drogie, nie pytałaś? - Nawieźli dużo, że za takiego wieprzka, jak nasz, dawali dwadzieścia sześć rubli. - Kartofle obrodziły, to i świnie staniały. Naszego potrzymamy, niech lepiej obrośnie w słoninę. Maciorę się podpasie i na święta zabijemy dla siebie, stara już. - I nasza popadja była na jarmarku. Sprzedała pięćdziesiąt gęsi, maciorę z prosiętami; i całe wory pierza miała na wozie. Jakieś panie chciały kupować. - Gospodarstwo jakby dworskie, to ma na czem chować. - Djak z Ostrowa powiadał, jako nasz pop się wyprzedaje, ale może cyganił... - Z pewnością. A gdzie to pójdzie? Do Rosji, tamże na popów plują, jak na parszywe sobaki. I gdzie mu to będzie lepiej? Chociaż wszyscy parafianie odpadli po ukazie, że zostali mu tylko urzędnicy na stacji, ale sześćdziesiąt morgów obsiewa, drzewo mu dają darmo, a pensję rząd płaci. Car dla swoich bardzo szczodry. Brzuchy też im rosną. - Złodzieje! - szepnęła ciszej. - Pokradli nasze kościoły, pokradli ziemię i lasy, nałożyli podatki, to mają się za co panoszyć. Uciemiężyli polski naród, i głupi myślą, że tak już zostanie na wiek wieków. Przyjdzie czas, że z cudzego woza złaź choćby w pół morza, powiedzą. Rozżalała się pod wpływem przypomnień, krzywd i niedawnych upokorzeń. A z czegóż to mój umarł? Ze zgryzoty, że wypędzili go, a miejsce dali kacapowi. Zdrowy był i niestary, dopiero mu szło na pięćdziesiąty! Rozległo się mocne pukanie do drzwi wejściowych. Spojrzały na siebie wystraszone. - Spytaj się wprzódy, kto taki? - szepnęła, spiesznie wynosząc pieniądze do komory. Wszedł Jarząbek z harmonijką pod pachą, w czapce na bakier i w szynelu na ramionach. - Można wejść? - Prosimy, niechże pan Jarząbek siada, - rozczerwieniła się, podając mu stołek. - Na kwaterze samemu skuczno, bufet zamknięty, służba dopiero utrom, tak dumał, zajdę do pani Jaszczukowej. - Gadał prędko bardzo połamanym językiem. Szynel rzucił na poręcz stołka, że został tylko w czerwonej rubaszce i czapce obwiedzionej czerwonemi sznurkami. Harmonijkę postawił na podłodze i podkręcając małego, jasnego wąsika, świdrował oczami Jaszczukową. Chłop był młody i dosyć przystojny pomimo tatarskiej twarzy i prawie skośnych oczków. Zęby miał białe i ostre, jak wilk, żółtawą rzadką bródkę i ręce długie niby małpa. Strzyknął śliną przez zęby na środek izby, i zagadał przyciszonym schrypłym, przepitym głosem. - Słyszała to pani Jaszczukowa, co się u nas stało? - Właśnie w tę porę kopałam kartofle, kiedy żołnierze kogoś szukali. - I tego katorżnika pani widziała? - indagował z przyzwyczajenia. - Ani na to jedno oczymgnienie, - odparła swobodnie, kryjąc pod uśmiechem nową falę udręczeń. Rada była jego odwiedzinom, a czegoś się dziwnie wylękła. - Pticzka im uciekła z pod nosa. Niech no w nocy przyjdzie cała rota, przetrzęsną bliskie wsie i obławą pójdą pod lasek jak za wilkiem, to go i złowią. Przyczaił się gdzieś blisko i chce przeczekać. Znamy takich, którzy gotowi mu pomagać, - dorzucił tajemniczo. - W lasach się schował, bo któżby go w chałupie przechowywał, - podjęła odważnie. - W Polsce nie brakuje moszenników! Odstąpili prawosławia, tak cóż im zdradzić Cara! A najpierw poszukałbym księdzów! - warczał, groźnie błyskając oczami. - Oksenia, podrzuć na ogień. Pan Jarząbek napije się herbaty? - pytała, próbując skierować rozmowę w inną stronę, tak ją do żywego zapiekły jego podejrzenia. - Żeby tak można z riumkę wódeczki? Zaśmiał się mlaskając językiem. - Było trochę, ale kot huncwot przewrócił flaszkę i wylała się co do kropelki, - biadoliła. - Można i czaju popić. Jego widzieli - wrócił znowu do zbiega - jak uciekał na kładbiszcze i tamże przepadł. W groby się nie schował, ale tam mogli czekać przyjaciele. - Z cmentarza mógł łatwo uciec w lasy! - podsunęła, zabierając się do grempowania wełny. - Z pod ziemi go wykopią, nie ujdzie. Pięć tysięcy płaci za niego kazna nagrody. - Pięć tysięcy rubli za złapanie! - aż ją serce zabolało z nagłego przerażenia. - Onże zabił ważnego generała w Warszawie. - objaśnił głosem przejętym zgrozą. - Dwa miesiące szukali, a teraz im taką sztukę zrobił i z pociągu się wykradł. Udawał chorego, kajdan mu nie założyli, a on konwojowego zabił z rewolweru, drugiemu rożę rozwalił, kraty z okien wyrwał i w cały świat uszedł. i napróżno za nim strzelali. - Laboga! Zabił generała! Zabił żołnierza - powtarzała oblewając się zimnym potem. A wielu jeszcze innych ludzi pozabijał, to Bóg jeden wie. - Taki straszny! - Jęknęła zbielałemi wargami, nie śmiejąc podnieść oczów. - Żeby mi się pokazał, umarłabym ze strachu. - szeptała trwożnie Oksenka. - Pan Jarząbek go widział? - zagadnęła Jaszczukowa, nalewając herbatę. - Żebym ja jego spotkał, tak byłoby w moim karmanie pięć tysięcy więcej - chwalił się i nalewając herbatę na spodek, popijał zagryzając cukrem. - Mnie o nim żandarm dokładał, jako młody i piękny jak panna. On że dworjanin Mińskiej gubernji, student i podły buntowszczyk. Cóż się stało Bukietowi? - Skamle, bo go ktoś na drodze musiał przetrącić, że ledwie łazi. - I próg ciągle obwąchuje a kły wyszczerza! - zauważył znowu. - Pewnie węszy za myszami, - rzuciła niby od niechcenia. - Widziałam pana Jarząbka na stacji, - zagadała, pragnąc odwrócić jego uwagę w inną stronę, i to jej się udało, gdyż rozmowa potoczyła się o jego służbie. Przechwalał się jak to w ekspedycji wszystko się dzieje jego głową, i jak to żydkowie muszą mu się opłacać za każdy towar odbierany z pociągu. Rozpowiadał anegdoty, z których się śmiał najserdeczniej, i popijając herbatę zaczął mimowoli przebierać na harmonijce, wyciągać przeróżne melodje i przyśpiewywać ściszonym głosem. A przytem przewracał do niej oczy i słodko się uśmiechał, rzucając niekiedy słówka, od których oblewała się rumieńcem. Oksenia jakoś posmutniawszy, szyła coś z drugiej strony stołu, nie podnosząc oczów. A Jaszczukowa słuchając grania i jego przymilań, wciąż myślami krążyła dokoła śpiącego w stodole i pełna dręczących obaw o jutro, ledwie już potrafiła wytrzymać. Zmiażdżyły ją poprostu te wiadomości o zbiegu. Strach zabił jej współczucie i litość. Wiedziała to jedno, że jeśli go u niej znajdą, będzie zgubiona bez ratunku. Więc sobie postanawiała pozbyć się go chociażby siłą. Musi się wynosić, musi - rozważała, wyczekując z niecierpliwością odejścia Jarząbka. A jemu, jakby na złość ani to w głowie postało. Minęła już dziesiąta i wciąż przygrywał, śpiewał i pił herbatę. - Jak pan Jarząbek myśli, czy zaczną tę rewizję z rana - spytała nieostrożnie. - Pociąg z wojskiem przyjdzie o dziewiątej. - Spojrzał na nią jakoś podejrzliwie. - Chciałam rano zanieść masło Naczelnikowej - zmiarkowała się w mig - i boję się, że mnie żołnierze nie przepuszczą. - Usprawiedliwiała się z wielką szczerością. Obleciał ją nieufnemi oczami, poskubując bródkę i dla kontenansu strzykając przez zęby. - Pani Jaszczukowa mnie zawoła, a już ją przeprowadzę. - Podniósł się i naciągnąwszy szynel, podziękował za gościnność i wyszedł, ale ze sieni zawołał: - Mam coś powiedzieć na ucho... Dygocąc ze strachu, śmiało wyszła do niego. Przygarnął ją tak mocno do siebie, aż jej tchu zbrakło i w samo ucho zaszeptał: - A jakby się pani Jaszczukowa dowiedziała, gdzie ten buntowszczyk, to mi da znać, podzielimy się rzetelnie. Chwaciłoby na całą gospodarkę Fiedorczukowa. - Żebym się dowiedziała! - odpowiedziała przytomnie i tym samym, poufnym tonem. Wywinęła mu się z rąk, że zaśmiał się jakoś dziwnie i odszedł. Wyjrzała jeszcze za nim i długo, jakby z rozmysłem, zasuwała zawory i drzwi podparła kołkiem. - Ażebyś zdechł Judaszu jeden - wyrwało się jej z głębi serca. Trzęsła się oburzona na jego propozycję. Ani jej nie postało w głowie, że mogłaby sprzedać człowieka. - Oksenia! późno, idź spać, ja jeszcze przeliczę pieniądze. Dziewczyna nieśmiało próbowała zagadnąć o Jarząbka. Przerwała jej gniewnie: - Onby Pana Boga sprzedał za kieliszek gorzałki. Wydał się dzisiaj jak w lustrze. Wyjęła książkę do nabożeństwa i nie potrafiła się modlić, bo tamten nieszczęsny stał jej wciąż przed oczami. Zwlekała jednak z pójściem do niego. Zegar wiszący na ścianie wyzgrzytał właśnie jedenastą, kiedy wyraźnie dosłyszała, jakby się ktoś poruszył za oknem. Nawet pies zawarczał. Zgasiła lampę. - Coś przewąchuje i podgląda! Żandarmski parob - pomyślała o Jarząbku. - A może to tamten się zakrada? Porwała z pod komina siekierę i zasiadłszy przy oknie, nasłuchiwała z natężeniem. Wiatr szarpał drzewinami, darły się przeciągłe gwizdy maszyn na stacji a koła przechodzących pociągów głucho dudniały po szynach. Oksenia już dawno spała w świetlicy, przez uchylone drzwi dochodziły jej sapania. Wybiła północ. Świerszcze strzykały monotonnie, w kominie gasły ostatnie węgielki, czasem mucha bzyknęła po szkle obrazów, jakaś belka trzasnęła, pies zaskomlał przez sen i coraz posępniejsza noc zatapiała duszę drzemiącej Jaszczukowej. - Niech sobie odpocznie, to prędzej się go pozbędę! - snuło się jej przez senną, omdlałą myśl, omroczoną znużeniem. Słyszała wybijające godziny, a nie mogła się poruszyć z miejsca, sen ją obezwładniał i przygniatał ciężarem nie do odwalenia. Gorączka ją trzęsła, to znowu ziąb stężał całą na kość i targały jakieś okropne zwidzenia, że porywała się wystraszona i oblana potem męki. Dopiero kiedy wybiła czwarta, oprzytomniała zupełnie. Zapaliła małą, ślepą latarkę pozostałą po mężu, wzięła w fartuch bochenek chleba i z siekierą w ręku wymknęła się w podwórze. Niebo było jasne i pokryte gwiazdami, zimny wiatr zaciągał od wschodu, sad szemrał żałośnie w ciemnościach, od niedalekich borów biły głębokie pomruki. Żegnała się, przystając co chwila i nadsłuchując na wszystkie strony. Okrążała budynki, trzymając się ścian i posuwając się zwolna, krok za krokiem, bez tchu prawie w piersiach, że gdy dostała się do stodoły, musiała jakiś czas odpoczywać. Naraz posłyszała chrzęst słomy, i jakiś głos, jakby wydobywający się z głębin grobu. Był to niby ciężki, chrapliwy jęk, który przeszył jej serce jakby nożem. - Umiera! Zakrzyczał w niej strach. Rzuciła się ku niemu ze światłem. Siedział, rozglądając się dokoła zgorączkowanemi oczami, czerwony był i w potach. - Kto u was grał na harmonijce? - pytał surowo, roztrzęsionemi wargami. Opowiedziała wszystko, niczego nie ukrywając. Ze ściśniętem sercem czekała odpowiedzi. - Obława ruszy ze dniem! Trzeba mi już iść. - Próbował się podnieść. - Trochę chleba przyniosłam na drogę - mówiła nieśmiało. Niech pana Jezus przeprowadzi szczęśliwie. Aż ją zatykało z radosnej ulgi, że nie potrzebuje go wypędzać. - Zaraz pójdę. Macie mnie za zbója, rozbijającego po drodze? - Uśmiechnął się jak dziecko. - Jarząoek powiadał, że pan tylu ludzi pozabijał, - usprawiedliwiała się lękliwie. - Zabiłem takiego, który niewinnych ludzi kazał rozstrzeliwać i gnoił po więzieniach. - Oczy mu dziko rozbłysły i twarz oblekła się w głęboką powagę. - To jak bywało kiedyś u nas na unji! Strzelali do opornych i zabijali. Rozumiem... - Co tu robić? - myślał głośno - pokażę się, to mnie złapią. Trzeba przeczekać parę dni, póki nie ochłoną. Ale gdzie? Lasy i domy będą przetrząsać! Na waszym cmentarzu są murowane groby? Zauważyłem jakiś przy kapliczce. - Są różnych dziedziców. - Nie pojmowała do czego zmierza. - Tam mnie już szukać nie będą. Musicie mi dopomóc. - W imię Ojca i Syna! W grobach chce się pan schować? Na cmentarzu?... - Nie mam wyboru. Chory jestem, padnę gdzie po drodze, złapią mnie i powieszą. Muszę parę dni przeczekać, choćby w grobie. Niech że raz umarli pomogą żywym. Nie odezwała się przerażona jego zamiarem. Patrzyła jak na obłąkanego. - Wiem, że mnie nie sprzedacie i nie opuścicie. Wierzę wam jak rodzonej matce. Może potrafię się wam kiedy odwdzięczyć! A nie ja, to moja rodzina nigdy wam nie zapomni tego, coście dla mnie zrobili. Dziękuję wam z całego serca. - Żegnajcie mi! - Podniósł się i zrobiwszy zaledwie parę kroków, runął jak długi na słomę. Pomogła mu wstać i prawie wyniosła za stodołę. Chłodne powietrze nocy odebrało mu i te resztki sił. - Sam nie dojdę, - bał się puścić ściany, gdyż w głowie mu kołowało, a nogi uginały się, jakby z bawełny, z trudem oddychał. - Doprowadźcie mnie do cmentarza! - rozkazał takim głosem, że rada nie rada, posłusznie ujęła go wpół i sobą podparła. Całym ciężarem obwisnął na jej ramieniu i tak ruszyli. Szła jakby na pewną śmierć. Płakała nie wiedząc o tem. Odpoczywali na kupach kamieni. Ciążył jej coraz silniej, że wlekła go najwyższym wysiłkiem. Chwilami padał prawie bez duszy. Trwoga przy tem zamykała im usta i szarpała sercami. Na szczęście, wiatr przytłumiał ich kroki, a krzaki na miedzy, skrywały ich postacie. Droga nie była daleka, lecz obojgu wydawała się nigdy nieskończoną, drogą wieczności. Zwłaszcza przebycie rzeczki wąskiej, lecz płynącej w stromych brzegach, zmęczyło ją śmiertelnie, gdyż musiała go przenosić na plecach. Padli na brzegu jak nieżywi z wysiłku. - Nie pójdę dalej. Zostawcie mnie! Tutaj zdechnę! - Błagał cisnąc głowę do jej kolan. - Już niedaleko! Niech pan ździebko wytchnie i pójdziemy - odparła z uporem rozpaczy. Po chwili znowu ruszyli w drogę. Cmentarz był coraz bliżej, wyrastał górą drzew wyniosłych, ogromne krzyże majaczyły widmowo na tle rozgwiażdżonego nieba. Wspinali się z nieopisaną męką pod piaszczyste wzgórze. Wysmukłe jałowce czerniały z obu stron drogi jak nieruchome straże. Sowa z jakiegoś krzyża zakrzyczała złowrogo. Szumiały drzewa. - Jeszcze tylko parę kroków! Za minutkę staniemy! - zachęcała jak mogła najczulej. Brama cmentarna stała wywarta i w głębi wznosiła się wysoka kaplica, zaś prawie obok bielała wśród drzew, znacznie mniejsza, służąca za grobowiec jakiejś rodzinie. Zwalił się pod nią z jękiem i odpocząwszy nieco, obmacywał drzwi zamknięte. - Widziałem u was siekierę, dajcie! - ozwał się do skamieniałej z przerażenia. - Zostawiłam w stodole! Chce pan rozbijać groby? Matko przenajświętsza, ratuj duszę moją! - krzyknęła i ogarnięta zabobonną trwogą, jakby huraganem, rzuciła się do ucieczki. Zdało się jej, że ze wszystkich mogił podnoszą się umarli i gonią za nią stadami rozkrzyczanych widm, że te pochylone krzyże zastępują drogę ze wszystkich stron, że jakieś straszne pazury chwytają za włosy i ubranie, więc oszalała ze zgrozy i przerażenia uciekała coraz prędzej i nieprzytomniej. Opamiętała się dopiero w izbie i pod pierzyną, gdy pokonawszy w sobie ten straszliwy dygot trwogi, mogła zebrać rozpierzchłe myśli. I przy tych usiłowaniach zapanowania nad sobą, zasnęła kamiennym snem wyczerpania. Rano, jeszcze było szaro, wpadł sołtys ze surowym nakazem. - Z każdego domu ma wyjść dorosły człowiek uzbrojony w widły do pomocy wojsku na obławę. Tak przykazał Naczelnik - recytował jak wyuczony. Już strażnicy wyganiają ludzi. - Przyszło to już wojsko? Laboga jak mnie głowa boli. - Ledwie ją dźwignęła z poduszki. - Cała stacja zapchana, że przeleźć nie sposób. Ino prędzej bo sztrafy będą, - prosił, poprawiając medal zawieszony na piersiach i potrząsając ogromnym kijem. - Mikoła, bierz widły i ruszaj gdzie każą. Oksenia prędzej ze śniadaniem! Sołtys wyszedł a parobek przemówił nieśmiało, przestępując z nogi na nogę: - Dajcie mi starego kożucha, wypadnie na noc, to na nic przewieje moje łachy! Stanęła w ogniach, jakby rażona piorunem. Przecież kożuch dała zbiegowi! - Podarty, jeszczeby się z ciebie wyśmiewali - znalazła radę. - Czekajże, dam ci szynel po nieboszczyku - wyniosła mu go zaraz z komory. - A uważaj prawie nowy. Był wprawdzie za długi i za szeroki, ale Mikoła przybrał się jak na paradę i wziąwszy widły na ramię, pomaszerował z dumą, kusztykując i zamiatając nogą. - Poszłabym na minutę zobaczyć... - prosiła cichutko Oksenia. - Tyle roboty w domu a jej się zachciewa zabawy - huknęła na nią z góry i uładziwszy się z obrządzeniem inwentarza, sama pobiegła na stację.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.