Niewielka miejscowość w województwie mazowieckim
NIEWIELKA MIEJSCOWOŚĆ
W WOJEWÓDZTWIE MAZOWIECKIM
Wiele lat wcześniej
- Mamo! Ja kocham sztukę... - płaczliwie przekonywała rodzicielkę
piętnastoletnia wówczas miłośniczka sztuki, jaką niewątpliwie byłam.
- Wiem, córeczko. Ale zdajesz sobie z tego sprawę, że z tego chleba nie
będzie, prawda?
- Skąd wiesz? Ja chyba mam talent. A jeśli zostanę wielką malarką?
- Oj dziecko, dziecko - zaśmiała się mama, jakbym powiedziała jakiś
absurdalny i kompletnie nierealistyczny żart - wielka malarka w naszej
rodzinie?
- A dlaczego nie?
- A dlatego, że takie rzeczy to się dzieją tylko w filmach. Jesteśmy,
córcia, uczciwą, ale prostą i niezbyt zamożną rodziną. A żeby zostać
wielką malarką, trzeba mieć poważne finansowe wsparcie. Skąd chcesz je
niby wziąć? - zapytała mama, widząc, że ja tak na poważnie.
- Może dostanę się na ASP, będę znakomitą studentką i otrzymam
stypendium. A potem jakiś mecenas sztuki doceni moje dzieła i zainwestuje we mnie... - rozmarzyłam się tak, że aż mama musiała pstryknąć
mi palcami nad uchem.
- Hej, Madziu! Poniosło cię chyba, co? - zaśmiała się. Mimo jej
sceptycyzmu czułam, że gdzieś w środku, w głębi serca też po cichu
liczy, że mi się uda. Może chociaż mnie...
Mama była bardzo młoda, kiedy mnie urodziła. Miała zaledwie siedemnaście
lat. Tata szybko musiał wydorośleć i stać się mężczyzną, głową rodziny.
Pamiętam awantury w domu o to, że jest zmęczony. Ciągle kazano mi
sprzątać mój pokój. Rodzice mieli zwyczaj wywalania mi wszystkiego z biurka albo szafy na środek pokoju, by zmusić mnie do porządnego
posprzątania. Ale nie oceniam ich zbyt surowo. Myślę, że dali mnie i moim siostrom bardzo dużo - tyle, ile mogli. Niemniej jednak przez całe
dzieciństwo czułam się nierozumiana. Kiedy dorastałam, często odpływałam
w myślach. Czułam się jak złodziej złapany na gorącym uczynku, gdy
tworzyłam sobie obrazy w wyobraźni i nagle do pokoju wchodziło któreś z rodziców, brutalnie wyrywając mnie z krainy marzeń.
- Magda, o czym ty tak znowu myślisz? Pomogłabyś przy obiedzie. Może
ziemniaki matce obierzesz? - krzyczał tata.
- Dobrze, już idę... - wstawałam niechętnie, ale nie dlatego, że byłam
leniwa, ale dlatego, że musiałam opuścić mój wewnętrzny świat i nagle,
bez uprzedzenia wejść w szarą codzienność, w której tak bardzo nie
umiałam się odnaleźć.
- Dziecko, tak nie można... Całymi dniami malujesz albo rozmyślasz. Jesteś
już dużą dziewczyną. Nie będziemy tolerować takiego zachowania. Jak
będziesz wielką artystką i twoje obrazy będą kupować na aukcjach -
proszę bardzo, będziesz mogła marzyć o niebieskich migdałach godzinami,
ale póki mieszkasz pod tym dachem, dostosuj się, proszę, do zasad tu
panujących - ochrzaniał mnie ojciec przy obiedzie. Mama zdążyła tylko
dopowiedzieć:
- Oj Jaśku, nie bądź dla niej taki surowy...
- Surowy? Jolka, czy ty słyszysz, co mówisz? To pannica już jest! Ma
mieć jakieś obowiązki, do cholery! - wkurzył się jeszcze bardziej.
- No przecież pomaga. Oj, dajcie już spokój. Jedzmy. Nie kłóćmy się przy
stole - kochana mama zawsze próbowała łagodzić, chociaż też nie do końca
rozumiała, co siedzi w mojej głowie. A może nawet ja sama tego nie
rozumiałam?
Byłam inna. Nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Proszenie kogoś o przyjaźń
wydawało mi się strasznie głupie i poniżające. Kiedyś jedna z koleżanek
zaproponowała mi przyjaźń. Było mi dziwnie, zwłaszcza że chciałam się
przyjaźnić z kimś zupełnie innym. Czułam się zawstydzona. Pomyślałam, że
to byłoby straszne, gdybym poprosiła o przyjaźń osobę, z którą chciałam
się przyjaźnić, a ona by poczuła to samo, co ja poczułam, kiedy mnie o przyjaźń zapytała tamta dziewczyna.
- Hej, Magda! Idziesz z nami? - zagaiła kiedyś Gośka, koleżanka z klasy.
Chyba z grupą dziewczyn od nas wybierały się na wagary.
- Ja? - zapytałam zdziwiona, bo się nie kumplowałyśmy. Nigdy nie
zwracały na mnie uwagi. Nawet przez ułamek sekundy zrobiło mi się miło...
- Żart! - zarechotały. - A co ty byś niby miała z nami robić, dziwaku?!!
Zakpiły ze mnie i w radosnych podskokach oddaliły się, a ja zostałam z poczuciem, że jestem śmieciem. Z poczuciem, które towarzyszyło mi przez
całe dzieciństwo i młodość.
Żyłam w swoim świecie. Byle z pędzlem i sztalugą w zasięgu wzroku. Nic
innego się nie liczyło. Rodzice niby się śmiali i podkreślali, że
kobiecie potrzebny jest prawdziwy zawód, ale jednak w którymś momencie
dostałam osobny pokój, a siostry musiały się pomieścić razem w drugim.
Miałam swój kawałek podłogi, który traktowałam jak prawdziwą świątynię
sztuki. Mój pokój nie był duży, ale urządziłam go przytulnie, chociaż
ktoś by pewnie powiedział, że w ogóle nie był urządzony, tylko
zagracony. Wszędzie panował artystyczny chaos, którego mama nie kazała
mi sprzątać. Jakby doceniała i szanowała. Jakby rozumiała. I naprawdę
rozumiała... Znacznie więcej niż mi się wtedy wydawało. Dlaczego więc tak
bardzo nierozumiana się czułam? Często wracam do tej myśli... Często
wracam też pamięcią do takiej sceny...
Mam trzy lata. Biegam po łące. Z mamą. Mam śliczną koronkową białą
sukieneczkę z kołnierzykiem obszytym perełkami. Pleciemy sobie wzajemnie
wianki na głowie. Jest piękne lato. Mama się śmieje. Goni mnie. Też ma
białą sukienkę. Ale taką bardziej halkę. Ja piszczę z radości. Uciekam.
W końcu daję się złapać. Przytulamy się i turlamy po trawie. To
najpiękniejsze wspomnienie, jakie mam z dzieciństwa...
Potem urodziła się moja pierwsza siostra, a następnie druga. Przestałam
być oczkiem w głowie i ukochaną córeczką mamusi. Musiałam wydorośleć.
Musiałam być odpowiedzialna. Nie zapomnę zawodu, jaki sprawiłam mamie.
Bawiłyśmy się z siostrą Melą na placu zabaw. Zajęłam się zabawą na tyle
długo, że nagle Mela zniknęła mi z oczu. Ile to mogło trwać? Pięć,
dziesięć minut?
- Boże drogi, Mela, odezwij się! Mela, gdzie jesteś? - biegałam
gorączkowo po osiedlu i wołałam siostrę coraz głośniej i w coraz
większej rozpaczy.
Uznałam, że czas gra na naszą niekorzyść. Jestem jeszcze dzieckiem.
Muszę oddać sprawę dorosłym, żeby nie było za późno. To była piekielnie
trudna decyzja. Bałam się cholernie, że spiorą mnie na kwaśne jabłko.
Ale położyłam na szali ewentualne lanie kontra odzyskanie siostry.
- Mamo, mamo! Mela zniknęła! - wpadłam do domu jak po ogień.
- Co ty mówisz?
- No zniknęła! Bawiłyśmy się na placu zabaw i nagle straciłam ją z oczu.
Szukałam. Krzyczałam. Nigdzie jej nie ma!
Mama rzuciła to, co miała w rękach, i wybiegła z domu w fartuchu
kuchennym, bo właśnie przygotowywała nam obiad. Przebiegła wszystkie
osiedla w całym naszym miasteczku, klatka po klatce. Wychodząc z jednej
z klatek - na wpół przytomna z przerażenia - dostrzegła w drzwiach
prowadzących do piwnicy szparę nad ziemią, a w niej coś jakby czubki
dziecięcych butów. Wydawało jej się, że ze stresu ma już zwidy, ale
złapała za drzwi, otworzyła je i zobaczyła roześmianą Melę, niezwykle
zadowoloną z tak udanej zabawy w chowanego. Dzieci są jednak głupie. Nie
dostałam lania. Ale wolałabym dostać zamiast tego wzroku pełnego
rozczarowania, którym uraczyła mnie mama. Wyryła ten obraz w mojej
pamięci i sercu na zawsze. Często w późniejszych samotnych latach
wyobrażałam sobie to spojrzenie. Zgubienie siostry to pikuś w porównaniu
z rozczarowaniem, jakie zafundowałam rodzicom wiele lat później. Mela
się zgubiła, ale została odnaleziona. Ja też się zgubiłam. Pogubiłam się
w życiu. Dlaczego nikt mnie nie znalazł i nie przyprowadził do domu?
Babcie mieszkały nieopodal naszego osiedla. Chodziłyśmy od jednej do
drugiej. To było wygodne, bo zawsze ktoś dorosły był w zasięgu. Jedna
babcia - Józia - była krawcową, druga - Halinka - świetnie robiła na
drutach. Dziadek, ten od krawcowej, często pił i się awanturował. Bałam
się go. Uciekałam, kiedy wpadał pijany i darł się na cały głos. Czułam,
że to nie powinno się dziać w żadnym domu. Było mi przykro, że uciekam
jak tchórz i zostawiam z nim babcię. Więc pewnego razu, kiedy -
zataczając się - wszedł do domu i od progu krzyczał: "Rób mi jedzenie,
głupia babo!", trzęsąc się jak osika, zostałam przy babci. Babcia
schowała mnie w szafie. I pobiegła naszykować mu zupę i drugie danie.
Nie wchodziła mu w drogę. Nie dawała się sprowokować. W końcu dziadek
zasnął, chrapiąc obrzydliwie jak dzikie zwierzę. Babcia wróciła do
szafy. Pomogła mi wyjść. Wciąż się trzęsłam:
- Nie bój się, Magdusiu... Chłopy tak niekiedy muszą odreagować. Dziadek
pracuje, czasami trzeba coś załatwić przy wódeczce. Trzeba zrozumieć,
Madzieńko...
- Babciu, ale on na ciebie krzyczy. Wyzywa cię. Mówi, że jesteś głupia -
protestowałam.
- On tak naprawdę nie myśli. To alkohol... Dziadek jest dobry. A wóda
niejednemu w głowie pomieszała. Ale prześpi się, kefiru z rana napije. I będzie dobrze - tłumaczyła go babcia. Do dziś nie wiem, czy naprawdę tak
uważała, czy pocieszała małą, wystraszoną dziewczynkę, którą wtedy
byłam.
Babcia Józia odeszła kilka lat później. Usiadła w fotelu i po prostu
zasnęła. Z perspektywy czasu cieszę się, że miała łagodną śmierć - bez
bólu i cierpienia. Zasłużyła na to, by odejść we śnie.
Tak sobie myślę, że to prawdziwe szczęście, że babcia nie dożyła tego
wielkiego rozczarowania wnuczką. Może wtedy odeszłaby na zawał. Miałabym
na sumieniu jeszcze to.
Bliżej zawsze byłam z babcią Halinką. Ale babcia Józia też była
wspaniała.
Jedna rozmowa z nią szczególnie utkwiła mi w pamięci. Właściwie to była
ostatnia nasza rozmowa, chociaż wtedy żadna z nas oczywiście nie miała
pojęcia, że nigdy więcej nie będzie nam już dane się spotkać. Byłam
jeszcze dzieckiem, a może należałoby powiedzieć - podlotkiem. Miałam
może dwanaście, może trzynaście lat.
- Madziuniu, życie nie jest łatwe, ale może być bardzo piękne, wiesz...
- A co cię, babciu, tak na sentymenty wzięło?
- A bo widzę i wiem, że jesteś inna niż większość twoich rówieśników. I zastanawiam się, czy to ci życie ułatwi, czy utrudni.
- Jaka jestem, babciu? - zapytałam szczerze zainteresowana jej
obserwacjami, bo sama byłam na etapie poznawania i próby rozumienia
siebie.
- Wrażliwsza, emocjonalna... Emocje i zmysły zawsze będą dla ciebie
ważniejsze niż fakty i logika. Potrafisz dzięki temu dostrzec w świecie
piękno, które nie każdy potrafi dostrzec, i czerpać ogromną przyjemność
z tego odkrycia. A jednocześnie - zachwycona urokiem kwiatów na łące -
zapomnisz o pociągu, nie zdążysz na czas, nie pomyślisz o konsekwencjach, nie zastanowisz się zawczasu, jak wrócisz do domu, kiedy
ostatni pociąg odjedzie... To mnie trochę martwi...
- Babciu, jest tyle możliwości... Dłuższy spacer, powrót stopem, nocleg
pod gołym niebem i powrót pierwszym porannym pociągiem... Nie martw się o mnie - zaśmiałam się.
Babci spodobało się, że podjęłam metaforę. Dodała tylko:
- Jedno jest pewne. Tak wyjątkowi ludzie nie rodzą się często. Ale
wyjątkowość to zawsze i szanse, i ryzyko...
Wtedy nie do końca jeszcze rozumiałam, co ma na myśli. Życie zrobiło
wiele, by moją wyjątkowość stłamsić, zabić, zniszczyć... Czy mu się udało?
Babcia Halinka, która robiła na drutach, miała słaby wzrok, więc używała
głównie neonowych włóczek, bo tylko te dobrze widziała. Wstydziłam się w tym chodzić. Trzeba mieć sznyt, żeby umieć nosić takie stylówki. Moja
młodość to marzenie, by mieć modne i fajne ciuchy, a nie te kolorowe
swetry babci. Mamę to chyba bardzo bolało.
- Mamo, czy ty możesz nie wybierać mi ubrań, bo to nie mój styl? -
odważyłam się kiedyś zwrócić jej uwagę na to, że nie czuję się dobrze w tym, co mam na sobie.
- Jesteś dzieckiem. Nie masz stylu - odpowiedziała z nerwami i ucięła
temat.
Czasami byłam skołowana. Nie wiedziałam, jak to jest z tym stylem. To
się ma czy nabywa? A gust? Pochodziłam z rodziny robotniczej, nie
artystycznej, więc w liceum plastycznym czasem kompletnie nie
wiedziałam, co tam robię. Kim ja właściwie jestem?
Nie wspominałam, że poszłam do liceum plastycznego? A owszem, poszłam...
- Mamo, tato... Ja tak bardzo chcę spróbować. Nie wyobrażam sobie życia
bez malowania - któregoś popołudnia podjęłam patetyczną próbę
przekonania zapracowanych rodziców, żeby puścili mnie do liceum
plastycznego. Tata spojrzał na swoje sterane życiem dłonie, chociaż to
przecież wciąż jeszcze był młody mężczyzna. Ile mógł mieć lat? Prosta
matematyka... Ja miałam wówczas piętnaście lat. Tata miał dziewiętnaście,
jak się urodziłam. Ten trzydziestoczteroletni chłopak wyglądał i zachowywał się jak co najmniej pięćdziesięciolatek. Był już ojcem trójki
dzieci. I ciężko pracował na utrzymanie swojego babińca. Kochał nas. Nie
potrafił tego jakoś wylewnie okazywać, ale kochał.
- Lepiej byś za pędzel złapała, córuś, ale taki do malowania ścian.
Pomogłabyś w remoncie, bo chałupę trzeba odmalować na wiosnę - próbował
zbagatelizować moją prośbę. Ale summa summarum rodzice się zgodzili.
Boże, jaka byłam szczęśliwa! Pamiętam, że z radości rzuciłam się ojcu na
szyję. Ale to kochana mama zawalczyła o mnie.
- A ja cię, Magdusiu, tam widzę... I tata też... Tylko udaje, że nie. W życiu warto zawalczyć o marzenia... - mówiąc to, mama posmutniała. Jakby
dotarło do niej, że ona żadnego marzenia nie spełniła. Zakopała się w pieluchach tak szybko, że właściwie o jakich marzeniach mowa? Czy w ogóle miała w życiu chociaż chwilę na to, żeby o czymś pomarzyć?
Czułam się okropnie zobowiązana. Rodzice wydali dużo pieniędzy na farby,
kredki, pastele. To wszystko było strasznie drogie. Nikt w klasie -
nawet ci z zamożnych rodzin - nie miał tego na zapas. Powiedzenie:
"Pożycz gumkę" było niemal obraźliwe, bo gumka chlebowa należała do
bardzo drogich rarytasów. Moje liceum plastyczne wiele kosztowało
rodziców. Pewnie dlatego nie miałam już na superubrania. Wtedy tego nie
rozumiałam. Jak każda nastolatka chciałam mieć wszystko naraz. Chciałam
tworzyć. Chciałam być ważna. Chciałam mieć znaczenie. A w tym wieku
ubiór bardzo mocno wyznacza wartość młodej dziewczyny. Bardzo o siebie
dbałam i chciałam być piękna, a nigdy mi to nie wychodziło... Czułam się
brzydka i niekochana.
Pamiętam, jak bardzo spodobał mi się jeden z kolegów z klasy. Im
bardziej mi się podobał, tym bardziej udawałam, że nie zwracam na niego
uwagi. Musiałam jednak jakoś się zdradzić, bo koledzy Pawła się
zorientowali.
Tego dnia stał z kumplami, tyłem do drzwi prowadzących na korytarz.
Nadchodziłam z głębi korytarza. I usłyszałam, jak mój wyidealizowany
ukochany mówi:
- Dajcie spokój... Wolałbym nigdy dziewczyny nie mieć, niż się umawiać z taką jak Magda. Ona jest jakaś dziwna...
W czasie drugiej części jego wypowiedzi kumple stojący przodem do
korytarza już mnie dostrzegli i spuścili głowy, chrząkając
porozumiewawczo do wciąż niczego nieświadomego Pawła... Ich zachowanie
tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie mogło być mowy o jakiejś
innej Magdzie. Chodziło o mnie i tylko o mnie. Wspięłam się na wyżyny
sztuki aktorskiej i udałam, że niczego nie usłyszałam. Przeszłam obok
grupki młodych mężczyzn. Zupełnie beztrosko bąknęłam: "Do jutra!" i wyszłam ze szkoły, jakby nigdy nic. Szłam przed siebie i coraz mocniej
zaciskałam pięści. Byłam cała obolała. W uszach dudniło: Ona jest jakaś
dziwna... jakaś dziwna... jakaś dziwna... Po przyjściu do domu ścięłam włosy
na krótko, bardzo krótko. Niemal na łyso. Pobiegłam do babci.
- Babciu, zrobisz mi na drutach czapkę? Taką megakolorową. We wszystkich
kolorach tęczy, OK?
- No pewnie, Madziu... - babcia się ucieszyła, że może coś dla mnie
zrobić.
Od tej pory nosiłam tę czapkę na głowie - właściwie przez całe liceum.
Skoro jestem dziwna, to mogę sobie nosić dziwne nakrycie głowy i zachowywać się dziwnie - postanowiłam, coraz solidniej budując swój
wewnętrzny, zamknięty dla innych świat.
Poczucie niezrozumienia i bycia niekochaną się pogłębiało. Niby wszystko
było OK, ale co moi rodzice o mnie wiedzieli? Czy znali moich znajomych?
Wiedzieli, że jestem bardzo samotna? Niewiele mówiłam, a im wszystkim to
było na rękę. Brak słów - brak kłopotów. Siostry też nie nawiązały ze
mną jakiejś bliskiej relacji. Uznawały, że jestem nawiedzoną artystką,
której i tak nie zrozumieją, więc po co próbować. Przypominam sobie, że
Kaśka kiedyś podjęła próbę... Moja siostra była zaprzeczeniem mnie.
Długowłosa brunetka. Loczki uroczo kręciły się wokół jej alabastrowej
twarzy. Dużo mówiła i śmiała się perliście, a chłopcy patrzyli na nią
jak na porcelanową laleczkę.
- Magda, co przedstawia ten obraz? - zapytała kiedyś, długo przyglądając
się jakiejś totalnej abstrakcji, która - zdaje się - miała wyrażać
ówczesny stan mojego ducha.
- Nie udawaj, że cię to interesuje - zbyłam ją niezbyt grzecznie. Kaśka
wstała. Wyszła. I nigdy więcej o nic związanego z moją pasją mnie nie
zapytała. Chciałam krzyknąć: "Przepraszam. Wróć. Chętnie ci opowiem...".
Chciałam, ale tego nie zrobiłam.
Innym razem Mela nieśmiało zapytała, czy mogłaby ze mną chwilę
porozmawiać. Zdenerwowałam się. To zabrzmiało groźnie. Nie wiedziałam,
czego się spodziewać. Zwykłe siostrzane pytanie, które przecież totalnie
nie powinno wzbudzać niepokoju. W naszym przypadku nie było naturalne,
bo my ze sobą nie rozmawiałyśmy.
- No słucham - odpowiedziałam twardo i oschle, podświadomie zniechęcając
Melę do jakiejkolwiek rozmowy. Chyba się po prostu, zwyczajnie bałam.
- Bo ja cię chciałam spytać, skąd człowiek wie, co jest jego pasją. Ty
wiedziałaś od zawsze, że kochasz malować?
- No po prostu. To się wie i już. Musisz zapytać samą siebie, co kochasz
robić, i zastanowić się, jak to rozwijać - próbowałam coś doradzić
młodszej siostrze, ale zdenerwowało mnie to jej pytanie, bo pokazywało,
że Mela kompletnie nie ma zainteresowań. A nie była przecież aż tak dużo
młodsza ode mnie.
- A czy można być człowiekiem bez pasji? Bo może ja taka właśnie jestem
- zapytała z uderzającą naiwnością.
- Melka, kurde... Nie wstydzisz się zadawać takiego pytania? Naprawdę
chcesz być człowiekiem bez pasji? To chyba najgorsze w życiu - nie mieć
pasji. Brak pasji to brak ambicji. Chcesz być ładną, ale głupiutką
panną, która interesuje się tylko ciuchami i makijażem? Zresztą... daj mi
spokój, jestem zajęta - spławiłam siostrę. Byłam okrutna. Nie wiem,
dlaczego tak zrobiłam. Mela wyszła ze łzami w oczach. Byłam rozczarowana
sama sobą. A jaka rozczarowana starszą siostrą musiała być wtedy Mela!
Nie stać mnie było na refleksję, na przeprosiny. Wolałam zamknąć się w swoim świecie ciszy. A potem... w Kościele.
Młodość to zawsze okres buntu, różnie wyrażanego. U mnie swego czasu
wyrażał się w postaci fanatyzmu religijnego. Nie był to szczególnie
długi okres, ale intensywny. Bardzo chciałam być blisko Boga, by
wypełnić pustkę - brak miłości, brak zrozumienia artystycznego.
Odnalazłam część zrozumienia w Kościele. W domu nie.
- Dziecko, czy coś cię trapi? - zapytał kiedyś po wieczornej mszy
świętej ksiądz. Widział mnie w kościele codziennie. Moja gorliwa
modlitwa i konsekwentne milczenie zwróciły jego uwagę.
- Nie, proszę księdza. Po prostu próbuję zrozumieć, kim jestem. Czekam
na jakąś podpowiedź od Tego na górze... - odpowiedziałam szczerze i na
tyle konkretnie, żeby wyraźnie dać do zrozumienia, że nie chcę więcej
rozmawiać. Ksiądz to uszanował.
Pewnego dnia wybrałam się na spotkanie połączone ze świadectwami ludzi,
w których życiu doszło do cudu. Wszyscy byli trochę dziwni. Więc
pomyślałam, że w końcu jestem wśród swoich. Na środku ciemnej salki
przykościelnej stała mównica. Podszedł do niej mężczyzna
okołoczterdziestoletni:
- Witajcie! Szczęść Boże! Chwalcie Pana! On może wszystko!
Ludzie chórem odpowiedzieli:
- Chwalmy Pana!
Mężczyzna kontynuował:
- Mój cud wydarzył się dwa lata temu. Po wypadku samochodowym nie
chodziłem. Lekarze nie dawali szans, że kiedykolwiek będę chodził...
Modliłem się do Pana i mówiłem mu: "Udowodnij im, Boże, że się mylą. Że
nic nie wiedzą o Twojej mocy i sile...". Dziś chodzę. Nawet biegam.
Chwalmy Pana!
I znowu wszyscy chórem: "Chwalmy Pana!".
Na mównicę wyszła młoda dziewczyna:
- Zdawałam na prawo jazdy. Piąty raz. Czułam, że już nigdy mi się nie
uda. Zamknęłam oczy i powiedziałam: "Boże, spraw cud!". I zdałam.
Chór: "Chwalmy Pana!".
Pamiętam, że wkurzyło mnie to. Mieszać Boską moc do egzaminu na prawo
jazdy to chyba lekkie przegięcie? - pomyślałam.
Ale wśród przemawiających byli i tacy, których historie wstrząsały,
doprowadzały zgromadzonych do łez i wielu wzruszeń. Zaczęłam chodzić na
spotkania oazy. Chwaliliśmy Pana śpiewem i modlitwą. Czasami krzykiem.
Bywało, że ktoś zachowywał się jak opętany. Szarpał się z niewidzialnym
przeciwnikiem, omdlewał, wydawał z siebie dziwne odgłosy. Jakby nagle
przejmowały nad nim kontrolę jakieś ciemne moce. Ale wspólnota była przy
nim. Modliła się jeszcze głośniej. Ja w tej wspólnocie. Aż w końcu ta
osoba odzyskiwała spokój. To nie były egzorcyzmy. Takie odprawić mógł
tylko ksiądz egzorcysta. Zawsze chciałam to zobaczyć na własne oczy. Nie
było mi dane. Z perspektywy czasu myślę, że w religijnej rzeczywistości
bardziej kręciła mnie teatralizacja tego świata niż sama wiara.
Posługiwałam się raczej językiem baśni, nie wiary. Postanowiłam żyć w czystości - to narzucała mi oaza. A jednocześnie hormony zaczęły we mnie
buzować. To był czas naturalnych pierwszych zauroczeń i miłości.
Rzeczywistość zderzyła się z moim postanowieniem. Znowu czułam się
zagubiona. Babcia cieszyła się, że jestem wierząca. Zastanawiam się,
jaki wpływ na moją przyszłość miała religia. Uchroniła mnie przed
niepotrzebnymi miłościami? A może wręcz przeciwnie - zablokowała mnie i właśnie dlatego w późniejszych latach tak łatwo przyszło mi się ślepo
zakochać i zapłacić za tę miłość bardzo wysoką cenę? Nie, nie próbuję
się wybielać. Głośno myślę. Sama nie wiem, jak siebie ocenić. Minęło
tyle lat. A ja ciągle tak wiele o sobie nie wiem.
* * *
- Jak tam, córuś? Bardzo zdenerwowana? - zapytała mnie mama, kiedy blada
ze strachu szykowałam się na egzamin do ASP.
- Bardzo! - odparłam szczerze.
- Spokojnie. Jesteś dobra. Wszyscy nauczyciele w liceum tak twierdzili.
Co ma być, to będzie. Pewnie i tak już wszystko zapisane jest gdzieś tam
w górze - pocieszała mama, jak umiała najlepiej.
Ciekawe, czy faktycznie wszystko jest zapisane i jaki mamy wpływ na
ewentualne wymazanie tego i napisanie nowego lepszego rozdziału.
Nie udało się. Nie dostałam się. Oczywiście nie poddawałam się. Przez
rok pilnie się uczyłam. Rysowałam, malowałam, szkicowałam. Ale rok
później też nie zostałam przyjęta na studia. A po trzech nieudanych
próbach zrozumiałam, że nigdy się tam nie dostanę. To było poważne
rozczarowanie w moim życiu. W sercu, głęboko, tliła się jeszcze
nadzieja, ale czas leciał. Nie mogłam w nieskończoność żyć marzeniami.
- Madziu... - zagaiła kiedyś mama przy obiedzie. - Nie zrozum mnie źle,
ale zaczyna być nam naprawdę ciężko. Wiesz, że wspieraliśmy cię z całych
sił, ale może trzeba się pogodzić z tym, że malarstwo to nie jest twoja
droga, i pójść na inne studia albo do pracy, żeby nas trochę odciążyć
finansowo? - ostatnie słowa powiedziała prawie szeptem. Uciekła
wzrokiem. Było jej przykro, że musi prosić o to odciążenie, ale
jednocześnie miała do tego pełne prawo. I tak dostałam dużo.
- Jasne, mamo... Przepraszam... Coś wymyślę... - spuściłam głowę.
Serce mi pękło. Wiedziałam, że mamie trudno o tym mówić. Wstydziłam się
swoich niepowodzeń. Tak bardzo przecież chciałam im udowodnić, że mam
prawdziwy talent, że się nie pomylili, inwestując we mnie i moją pasję.
Zawiodłam ich. Obiecałam sobie, że kiedyś spłacę każdą złotówkę we mnie
zainwestowaną. Inne studia? Nie umiałam wybrać niczego innego w tamtym
momencie. Kochałam sztukę. Nie umiałam jej poświęcić. W liceum w nas
wierzono. Byłam jedną ze zdolniejszych uczennic. Nagle miało się okazać,
że to tylko mrzonka? Nic z tego więcej nie będzie? Ciężko mi było się z tym pogodzić. I wciąż czułam się niezrozumiana, niespełniona,
beznadziejna. Czułam, że do niczego się nie nadaję. Dziś może ktoś
uznałby, że to początek depresji. Ale kto wtedy mówił o depresji? Kto
złe samopoczucie młodego człowieka w ogóle głębiej analizował?
* * *
Zatrudnię osobę z poczuciem estetyki i piękna. Musi kochać kwiaty.
Ładne ogłoszenie - pomyślałam i wyrwałam kartkę z numerem telefonu.
Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną.
- Dzień dobry. Mam na imię Magdalena. Kiedyś będę malarką. Ale na razie
nie udało mi się dostać na ASP, więc moją malarską pasję chętnie
wykorzystam w tworzeniu kompozycji - powiedziałam. Na co właścicielka
kwiaciarni uśmiechnęła się i bez chwili wahania stwierdziła:
- No to załatwione. Jesteś przyjęta. Możesz zaczynać choćby od jutra.
Mam tylko nadzieję, że chłodnia i wszystko, co związane z tą pracą, a niekoniecznie ze sztuką, cię nie zniechęci - zaśmiała się.
- Na pewno nie! - krzyknęłam szczęśliwa, że zaczynam jakiś pożyteczny
rozdział w życiu.
Cieszyłam się. Uważałam, że to fantastyczna praca, bo związana z rękodziełem. To faktycznie była ciężka fizyczna robota, do tego
regularne przebywanie w chłodzie i wilgoci. Ale kochałam to. Robienie
bukietów rekompensowało mi inne niewygody. Pensja jednak była głodowa.
Tysiąc trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Pamiętam dokładnie. Nie
mogłam się za to utrzymać ani wynająć porządnego mieszkania. Stać mnie
było na mały pokój w niezbyt przyjemnej okolicy. A na obiad ciągle zupki
chińskie i stary chleb maczany w jajku. Czerstwe pieczywo można było
kupić za grosze w osiedlowym spożywczaku. Wracając z pracy, zachodziłam
do sklepu. Pani Bożenka już z daleka, widząc mnie, uśmiechała się od
ucha do ucha:
- Magda, proszę bardzo - tu torba z chlebem. I jeszcze dorzucam świeżą
bułeczkę - gratis od firmy.
- Dziękuję, pani Bożenko... Niech panią Bóg błogosławi! Jak już będę znaną
malarką, namaluję dla pani obraz, sprzeda go pani i zarobi miliony! -
śmiałyśmy się obie, traktując tę obietnicę jak dobry żart. Chociaż ja
chyba w głębi duszy trochę jeszcze w to wierzyłam.
Dostawałam też lekko podgniłe warzywa, które tego samego wieczoru
jeszcze można było skroić do sałatki, wycinając zepsute części. Ale już
następnego dnia nie nadawałyby się do niczego.
Nie narzekałam. Nie mogłam pozwolić, by moi rodzice wydali na mnie
jeszcze choćby złotówkę. Pensja dla ozdoby... Pasująca do warunków
życiowych jak ten przysłowiowy kwiat (nomen omen) do kożucha...
W drodze do kwiaciarni
W DRODZE DO KWIACIARNI
To był piękny, spokojny poranek. Lubiłam wyjeżdżać wcześniej, żeby
pośpiech mnie nie dekoncentrował i nie zabierał radości z doświadczania
chwili. Kiedy miałam czas, podróż tramwajem traktowałam jak wycieczkę, a nie zwykły transport. To był mój codzienny rytuał, którego nie chciałam
zmieniać w smutną podróż do pracy, tylko zawsze w przygodę. O kurczę,
co tak wcześnie podjechał? - pomyślałam, widząc w oddali mój tramwaj,
który powinien był dojechać dopiero za kilka minut. Przyspieszyłam,
zaczęłam truchtać, wreszcie w obawie, że nie zdążę, puściłam się pędem i zobaczyłam, jak kierowca mi macha i bezczelnie zamyka drzwi przed samym
nosem. Tego dnia - nie wiedzieć czemu - miałam ochotę wyglądać pięknie.
Założyłam więc romantyczną zwiewną sukienkę w pastelowych odcieniach
wykończoną wokół kołnierzyka i rękawków delikatną koronką. Pozwoliłam
sobie nawet na subtelny makijaż. Musnęłam usta neutralnym błyszczykiem z delikatnym brzoskwiniowym zabarwieniem. A do tego dopasowałam sandałki
na niezbyt wysokich, ale jednak średnio komfortowych do porannych biegów
za tramwajem obcasach.
- Ty świnio! - krzyknęłam, zapominając o całej subtelności swojego
wyglądu. - Czy ludzie naprawdę muszą się dowartościowywać, robiąc innym
na złość? - zapytałam retorycznie, rzucając to pytanie w przestrzeń.
- Oj tak, ma pani rację... Wystarczy dać człowiekowi odrobinę władzy,
choćby takiej jak możliwość zamknięcia drzwi przed nosem, i już traci
głowę - przyznała mi rację kobieta czekająca na swój transport.
Przypominam sobie ten tramwaj, bo gdybym dobiegła, gdybym wsiadła
właśnie do tego, a nie do tramwaju numer trzydzieści sześć, który
podjechał dziesięć minut później, moje życie potoczyłoby się zupełnie
inaczej...
Tramwaj numer trzydzieści sześć podjechał punktualnie. Wsiadłam. Ludzi
nie było dużo, ale wolnego siedzenia nie zauważyłam. Nawet dobrze. W sumie chętnie postoję - pomyślałam. Moją uwagę ściągnął wzrok
czarnoskórego mężczyzny. Wysoki, przystojny, dobrze zbudowany, zadbany...
hmmm... fajny - pomyślałam i skarciłam się w duchu, natychmiast
odwracając wzrok i starając się za bardzo nie zerkać w kierunku
mężczyzny. Ale nawet patrząc w okno, czułam na sobie to głębokie
spojrzenie jego przeszywających oczu. Trochę mnie to speszyło, a trochę
połechtało moje kobiece ego. Ewidentnie mu się spodobałam. No dobra,
zerknę... Tylko raz... - pomyślałam. I tak uczyniłam. Uśmiechnął się.
Odwzajemniłam uśmiech i jak pensjonarka oblałam się rumieńcem. Chwilę
później podszedł do mnie. Znałam całkiem dobrze angielski, więc od
początku mogliśmy się swobodnie porozumiewać.
- Jestem Omari. Czy mogę ci towarzyszyć w tej podróży? - zagaił rozmowę.
- Jestem Magdalena. I zaraz wysiadam, więc to nie będzie długa podróż -
roześmiałam się.
- Jedziesz do pracy, do szkoły? Jeśli mogę zapytać... - nie poddawał się.
- Do pracy. Pracuję w kwiaciarni. Za dwa przystanki zobaczysz ją przez
okno.
- Pracujesz z kwiatami... - zamyślił się. - Pasuje do ciebie praca z kwiatami - powiedział bardziej w przestrzeń niż do mnie. Odczytałam to
jako jeden z najpiękniejszych komplementów, jakie w życiu usłyszałam.
Poczułam się piękna jak nigdy wcześniej. Poczułam, że ten mężczyzna jest
mną szczerze zachwycony.
- Dziękuję. Kocham kwiaty. Kocham wszystko, z czego można tworzyć
kompozycje, które ucieszą oko.
- Pięknie to powiedziałaś - zachwycił się Omari. - Mam do czynienia z artystyczną duszą?
- Lubię tak o sobie myśleć - przyznałam. - Marzę, by zostać malarką. Na
razie Akademia Sztuk Pięknych nie docenia mojego talentu - zaśmiałam się
- ale ja nie odpuszczę...
- Tak myślałem, że jesteś kobietą, która nie odpuszcza. Z jednej strony
krucha i delikatna jak kwiaty, a z drugiej twarda i silna... Cieszę się,
że cię poznałem - powiedział, a ja próbowałam zapamiętać każde słowo, by
je sobie potem zapisać w pamiętniku i nie przekręcić żadnej frazy. By
móc czytać sobie tę wypowiedź każdego dnia na dzień dobry i na dobranoc.
Bez wątpienia zauroczył mnie ten człowiek. Nigdy wcześniej nikt tak
pięknie do mnie nie mówił. Nie zauważyłam nawet, jak przejechałam swój
przystanek, więc musieliśmy wysiąść, poczekać na tramwaj powrotny i wrócić. Na szczęście wciąż nie byłam spóźniona dzięki tym moim porannym
zapasom czasowym, które sobie serwowałam. Jego uwagę zwrócił medalik na
mojej szyi.
- To Matka Boża?
- Tak. Jestem wierząca. Wiara pomaga mi zrozumieć wiele spraw. Nawet te,
które tak trudno po ludzku ogarnąć rozumem.
- Ja też jestem wierzący. Jestem chrześcijaninem. Pochodzę z południa
Nigerii, tam dominuje chrześcijaństwo. Na północy - bardziej islam.
- A tu, w Warszawie chodzisz do kościoła? - zapytałam.
- No właśnie mam problem z rozumieniem mszy świętej. Wasz język jest
bardzo skomplikowany. Chodzę więc dla nastroju, rytuału i wewnętrznej
modlitwy, ale brakuje mi Słowa Bożego, które mógłbym zrozumieć...
- Tu nieopodal - dosłownie na kolejnym skrzyżowaniu, tylko musiałbyś
wejść w małą uliczkę po prawej stronie - znajduje się niewielki,
niepozorny kościółek. Odprawiają tam piękne msze w języku angielskim -
ucieszyłam się, że mogę się z nim podzielić tą wiedzą.
- Naprawdę? - zachwycił się szczerze. - Pójdę na pewno. Dziękuję,
Magdaleno!
Tak zabawnie, miękko i ciepło wymówił moje imię. Nawet to wydało mi się
urocze. Pożegnaliśmy się w poczuciu, że wydarzyło się właśnie coś
ważnego i pięknego. W każdym razie ja na pewno miałam takie wrażenie...
Po cichu liczyłam, że skoro zna miejsce mojej pracy, zjawi się jeszcze
kiedyś, by porozmawiać i spotkać się ze mną ponownie. Uznałam, że jeśli
u niego też zaiskrzyło, to tak się musi zdarzyć na bank. Mijały dni i nic. Pomyślałam: Ot, miła przypadkowa rozmowa w tramwaju i to wszystko...
Na co więcej liczyłaś, idiotko? Jesteś średnio atrakcyjna, nieciekawa,
nudna. I dziwna... Nie po raz pierwszy byłam dla siebie tak surowa w myślach. Od czasów szkolnych samą siebie obrażałam takimi epitetami. Nie
umiałam myśleć o sobie inaczej. A zabiegani dorośli - nawet gdybym się
pożaliła, że mam bardzo niskie poczucie własnej wartości - powiedzieliby
zapewne coś w rodzaju: "Oj, nie gadaj głupot. Do nauki się weź".
Przestałam czekać na tajemniczego nieznajomego. I wtedy przyszedł. Z kwiatami. Miał na sobie błękitne przetarte jeansy. Modne i dobrze
dopasowane do jego sylwetki. Długie nogi wydawały się w nich jeszcze
dłuższe. Do tego założył białą koszulę, by nadać odświętny charakter
sportowej stylizacji. Biel koszuli i czerń jego skóry potęgowały
wrażenie świeżości i odświętności. Rękawy seksownie opinały umięśnione
ramiona. Do całości dobrał sportowe buty. Wyglądał ładnie i schludnie.
Poczułam mrowienie na całym ciele.
- Wiem, że czego jak czego, ale kwiatów ci tu akurat nie brakuje, ale
chciałem, żebyś miała jeszcze jeden bukiet, ode mnie - zaśmiał się od
wejścia i zastygł w bezruchu, czekając na moją reakcję. Czułam, że nie
chce mnie spłoszyć. Że zachowuje się wobec mnie bardzo delikatnie.
Urzekło mnie to. Bukiet kwiatów przyniesiony do kwiaciarni też uznałam
za coś niezwykle romantycznego. Po raz pierwszy w życiu ktoś się o mnie
wyraźnie starał...
- Dziękuję, jest piękny i wyjątkowy. Ten bukiet zachowam tylko dla
siebie. Miło, że wpadłeś! - zaszczebiotałam jak podlotek.
- Nie powiem, że akurat tędy przechodziłem, bo byłaby to nieprawda.
Chciałem przyjść już następnego dnia, ale uznałem, że może wydam ci się
zbyt natrętny - wyznał.
Jasna cholera. Zbyt natrętny? Chyba zwariował. Jeszcze chwila, a uznałabym, że jestem najbardziej beznadziejną laską na świecie -
pomyślałam, ale w odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam. Porozmawialiśmy
chwilę. Pojawili się klienci, więc Omari, nie chcąc przeszkadzać,
pożegnał się słowami:
- Magdaleno, z kolejną wizytą nie będę czekał tak długo.
Po czym mrugnął do mnie tak, że aż ugięły mi się kolana.
Odprowadziłam go uśmiechem do drzwi. A klientom zrobiłam chyba
najpiękniejszy bukiet ze wszystkich moich dotychczasowych. Jeszcze długo
po jego wyjściu dostrzegałam w swoim lustrzanym odbiciu rumieńce na
policzkach. Chyba po raz pierwszy od niepamiętnych czasów sama sobie
wydałam się urocza z tymi rumieńcami. Naturalny makijaż nadał mojej
twarzy subtelność dziewczyny, która rozkwita pod wpływem spojrzenia
mężczyzny. Rozkwita w sposób, jakiego nie zapewniają żaden kosmetyk,
żaden zabieg pielęgnacyjny - nic, co nie płynie z głębi bijącego w szybszym tempie serca.
Następnego dnia też przyszedł.
- Magdziu, może ci w czymś pomogę? Może będę chodził do chłodni zamiast
ciebie? Powiesz mi tylko, co mam stamtąd przynieść. Będziesz mogła
zajmować się tworzeniem kompozycji kwiatowych. Widzę, że to lubisz. Masz
wtedy charakterystyczny błysk w oku. Nie chcę, żebyś marzła... -
zaproponował, a ja chyba wtedy poczułam po raz pierwszy, że się
zakochuję w tym chłopaku. I to jego "Magdziu". Po raz pierwszy pozwolił
sobie na zdrobnienie, które de facto nie istnieje, a stało się
połączeniem Magdy i Madzi. Tylko on tak do mnie mówił. I uważałam tę
wersję mojego imienia za najpiękniejszą i dozwoloną tylko dla niego.
Zwrócił uwagę na takie subtelności jak błysk w oku, kiedy układam
kwiaty. Myślałam: Widział mnie kilka razy w życiu, a już dostrzega
więcej i lepiej rozumie moją duszę od moich sióstr i rodziców.
Rozmawialiśmy dużo i chętnie. Wpadł jeszcze kilka razy do mojej pracy. W końcu odważył się zaproponować:
- Czy to będzie bardzo zuchwałe, jeśli zaproszę cię na kolację?
Oczywiście, że się zgodziłam. Zaczęliśmy chodzić na randki poza
kwiaciarnią. Opowiadał mi o domu, rodzinie. Zdawkowo, ale jednak co
nieco się dowiedziałam o jego mamie, siostrach i braciach. O tym, że w jego domu się nie przelewało i nie przelewa, dlatego przyleciał do
Europy, a konkretnie do Polski, by zarobić większe pieniądze. Pracował
na Stadionie Dziesięciolecia. Sprzedawał buty. Imponowało mi, że jest
taki hardy, twardy i nieustępliwy. Im dłużej z nim przebywałam, tym
bardziej idealny i zupełnie pozbawiony wad mi się wydawał. Zanim się
obejrzałam, byłam już zakochana po uszy. Chciał się wprowadzić, ale ja -
jak na porządną Polkę przystało - opierałam mu się aż przez trzy
miesiące. Mimo że zostawał u mnie na noc, do niczego nie dochodziło. A on się nie denerwował, tylko cierpliwie czekał. Mówił:
"Sweetheart4, będę czekał na ciebie choćby nawet całe
życie". Te jego czarne, głębokie, piękne oczy nie mogły przecież kłamać,
prawda? Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy przez telefon. Bardzo bolała
mnie głowa. Skończyłam więc rozmowę, bo ból nie pozwalał mi się skupić.
Kilkanaście minut potem stał już pod moimi drzwiami, bo tak się o mnie
martwił i tak bardzo chciał mnie po prostu utulić do snu. W końcu ktoś
żył dla mnie i z mojego powodu.
Nasz pierwszy raz był magiczny. Taki, jaki powinien być. W małym
mieszkanku, w którym zmieściły się tylko łóżko, mały stolik przy aneksie
kuchennym i prysznic. Do dziś nie wiem, czyje to było mieszkanie.
Przyprowadził mnie tam. Zjedliśmy kolację, którą sam przygotował.
- Jakie to pyszne, niesamowita mieszanka smaków - próbowałam rozpoznać
pojedyncze składniki.
- To jollof. Prosta potrawa jednogarnkowa. Tradycyjne nigeryjskie
danie. Nasza mama często je robiła, bo jest na bazie ryżu. A wiadomo -
ryż jest stosunkowo tani i można się nim porządnie najeść. Chyba wiem,
co ci tak smakuje poza połączeniem naszych przypraw, które nadają
niepowtarzalnego charakteru tej potrawie. Dodałem do ryżu mleko
kokosowe. Ono tak idealnie łagodzi to danie... - opowiadał jak prawdziwy
mistrz kuchni, a ja wpatrywałam się w niego z czułością i zachwytem.
- Omari, chciałbyś kiedyś wrócić do domu? - zapytałam.
Zamyślił się, milczał chwilę, a potem z pełnym przekonaniem odpowiedział
zarówno mnie, jak samemu sobie:
- Nie, nie chciałbym żyć w Nigerii. Nigdy nie czułem się tam u siebie.
Chciałbym tylko ściągnąć tu mamę i siostry. One tam nie żyją godnie.
Wiem, że tu szybko odnalazłyby dom. Ja tak właśnie zaczynam myśleć o Polsce. Jak o domu. Zwłaszcza od kiedy w moim życiu jesteś ty...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki