Osadzona. Historie prawdziwe - Anna Matusiak

Kup ebooka

42.99 zł
33.79 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

To nie­moż­liwe...

To się nie dzieje...

Obudź się! Obudź!

Szczy­pa­łam się mocno, ale sce­no­gra­fia wokół się nie zmie­niła...

Wyda­wało mi się, że ota­czają mnie roboty. Wyglą­dały iden­tycz­nie. W mun­dur­kach, drobne, sko­śno­okie. Ich twa­rze wykrzy­wiały się jak na obra­zie Krzyk Edwarda Mun­cha. Byłam w klatce. Ogrom­nej szkla­nej klatce. Jak dla gigan­tycz­nego cho­mika. Odru­chowo spoj­rza­łam, czy nie znajdę gdzieś gigan­tycz­nego koło­wrotka... Kobiety z wykrzy­wio­nymi twa­rzami pod­cho­dziły bli­żej i odda­lały się. Przy czym poru­szały się, jakby pły­nęły... Jakby nie miały nóg.

Mru­ga­łam inten­syw­nie, żeby wyostrzyć obraz, który mi się roz­ma­zy­wał. Mia­łam wra­że­nie, że wokół wszystko spo­wiła mgła. Nie mogłam uzy­skać kon­troli nad wła­snymi zmy­słami. W uszach sły­sza­łam urywki roz­mów, pole­ceń. Czy­jeś słowa... Różne głosy roz­sa­dzały mi głowę:

- O Boże, to nar­ko­tyki!

- Pro­szę mi powie­dzieć, co ja mam tu wpi­sać...

- Oddy­chaj...

- Zaraz będzie po wszyst­kim...

- Zaj­mij­cie się wła­snymi spra­wami!!!

- To ona... To ona...

- Pro­szę z nami...

- Skuć ją...

Te zda­nia i komu­ni­katy nacho­dziły na sie­bie, two­rząc kako­fo­nię róż­nych dźwię­ków i gło­sów - niski męski prze­pla­tał się z piskli­wym kobie­cym. Czu­łam, że głowa mi eks­plo­duje. Zwy­mio­to­wa­łam. Prze­tar­łam twarz ręką... Gdzie ja jestem? Co się ze mną dzieje? Szpi­tal psy­chia­tryczny? Czy ja jestem w szpi­talu psy­chia­trycznym?! Osza­la­łam?

Powoli rze­czy­wi­stość zaczy­nała roz­pę­dzać mgłę, a ja bru­tal­nie spa­da­łam na zie­mię, uzmy­sła­wia­jąc sobie, że szpi­tal psy­chia­tryczny byłby rajem...

Jestem w Japo­nii... Jestem w wię­zie­niu... Zła­pali mnie... Nar­ko­tyki... Prze­myt... Mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat... Nie znam języka... To obcy kraj... Wro­bili go... Jezu! To nie­moż­liwe... Ja nie chcia­łam... Mamo! Ja chcę do domu!!! Cof­nąć czas... Cof­nąć! Nie lecę! Nie­eeeee!!!

Zawy­łam jak dzi­kie zwie­rzę... Czasu nie da się cof­nąć.

- Shi­zu­kani!1 - ktoś krzyk­nął i popa­trzył na mnie groź­nie. To była straż­niczka. Te wszyst­kie roboty to były straż­niczki. Z mimiki wywnio­sko­wa­łam, że mnie uci­sza, że mam się zamknąć...

- Toire ni ike­masu - kolejne pole­ce­nie było dla mnie kom­plet­nie nie­zro­zu­miałe. Straż­niczka krzyk­nęła - tak jakby decy­bele miały wpływ na rozu­mie­nie obcego języka: - Toire ni ike­masu!!!2 Trzę­słam się cała. Wresz­cie krzyk­nęła po angiel­sku, bar­dzo nie­za­do­wo­lona, że musi to zro­bić: - You can go to the toilet!3

Wła­śnie wtedy poczu­łam potężny ucisk na pęcherz. Dopiero zorien­to­wa­łam się, jak bar­dzo chce mi się siku. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że w japoń­skich wię­zie­niach nawet na pój­ście do kibla jest pre­cy­zyj­nie wyzna­czona pora. Zapro­wa­dziła mnie do toa­lety. Byłam tak zestre­so­wana, że nie tra­fi­łam do sedesu. Zsi­ka­łam się na pod­łogę. Nogi trzę­sły mi się jak gala­reta. Wyda­wało mi się, że kolana obi­jają się o sie­bie, a ja nie jestem w sta­nie opa­no­wać tego potwor­nego drże­nia. Byłam jak spło­szone i prze­ra­żone zwie­rzę. Dosłow­nie. Wła­śnie wtedy roz­po­czął się pro­ces mojego odczło­wie­cza­nia...

Warszawa

WAR­SZAWA

- Jakie ma pani doświad­cze­nie w branży kosme­tycz­nej? - zapy­tała liderka grupy zna­nej marki Beauty-Bella pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej.

Na sta­no­wi­sko sprze­dawcy - młod­szego spe­cja­li­sty - apli­ko­wała tego dnia Mag­da­lena. Liderka dostrze­gła w dziew­czy­nie jakąś nie­spo­ty­kaną doj­rza­łość. Nie­wiele jesz­cze powie­działa, a jed­nak patrząc w jej orze­chowe oczy, można było odnieść wra­że­nie, że te oczy wiele już w życiu widziały. Trudno było okre­ślić, w jakim jest wieku. Z jed­nej strony zadbana i cał­kiem ładna. Z dru­giej - z pew­nymi bra­kami w uzę­bie­niu, które mogłyby świad­czyć o zanie­dby­wa­niu samej sie­bie, a to się nijak miało do skrom­nej, ale czy­stej, odpra­so­wa­nej i - zda­wać by się mogło - wykroch­ma­lo­nej wręcz odzieży, wyczysz­czo­nych na błysk butów, wypie­lę­gno­wa­nych paznokci. W tej kobie­cie były młoda dziew­czyna i sta­ruszka jed­no­cze­śnie. Z całą pew­no­ścią intry­go­wała...

- Nie mam żad­nego, ale czuję, że chcę i będę potra­fiła to robić - odrze­kła bez zawa­ha­nia Magda.

- Podoba mi się pani deter­mi­na­cja. Czym się pani zaj­mo­wała przez ostat­nie lata? - dopy­ty­wała Renata.

- Róż­nymi spra­wami. Tro­chę pra­co­wa­łam w kuchni, tro­chę w szwalni. Jestem pra­co­wita i zaan­ga­żo­wana. Nie boję się żad­nego wyzwa­nia - Magda nie­mal wyre­cy­to­wała jed­nym tchem for­mułkę mającą na celu zachę­cić pra­co­dawcę do wybra­nia wła­śnie jej do zespołu.

- O, gastro­no­mia! - zain­te­re­so­wała się rekru­terka. - W jakiej restau­ra­cji, może znam?

- Raczej nie. To było za gra­nicą. A kon­kret­nie w Japo­nii - zasko­czyła ją kan­dy­datka.

- Wow! Miesz­kała pani w Japo­nii?

- Można tak powie­dzieć...

Mimo dosyć nie­ty­po­wej odpo­wie­dzi - bo co to zna­czy "można tak powie­dzieć, że miesz­ka­łam w Japo­nii"? - rekru­terka nie zwró­ciła na to uwagi, tylko zaafe­ro­wana fak­tem, że oto ma przed sobą kogoś, kto zna od kuchni (dosłow­nie i w prze­no­śni) Kraj Kwit­ną­cej Wiśni, pytała dalej:

- W któ­rej czę­ści Japo­nii pani miesz­kała? Jak to się stało, że zawę­dro­wała pani aż tak daleko?

- Życie. Cza­sami ostro nas zaska­kuje... - odpo­wie­działa tro­chę do Renaty, tro­chę do samej sie­bie, patrząc w punkt poło­żony gdzieś w bli­żej nie­okre­ślo­nej per­spek­ty­wie.

- Przy­naj­mniej sobie pani pozwie­dzała Japo­nię i dziś pew­nie ten piękny kraj nie ma przed panią żad­nych tajem­nic - bar­dziej stwier­dziła, niż zapy­tała liderka.

- No cóż... W nie­któ­rych obsza­rach fak­tycz­nie pozna­łam Japo­nię dogłęb­nie. Ale są też takie obszary, o któ­rych nie mam poję­cia - pró­bo­wała wybrnąć dyplo­ma­tycz­nie kan­dy­datka, ale w tym samym momen­cie poja­wiła się w jej gło­wie myśl, że to nie ma sensu. Prze­cież i tak prę­dzej czy póź­niej każdy, kto będzie z nią obco­wał, się dowie. Skoro zaczęła od nowa, to nie po to, żeby teraz budo­wać swój świat i życie na kłam­stwie.

- Chyba jestem pani winna kilka szcze­gó­łów. Zro­zu­miem, jeśli po usły­sze­niu mojej histo­rii nie odbie­rze pani wię­cej ode mnie tele­fonu. Ale chcę żyć w praw­dzie i mam nadzieję, że zarówno pani, jak i cały świat to doce­nią...

Niewielka miejscowość w województwie mazowieckim

NIE­WIELKA MIEJ­SCO­WOŚĆ W WOJE­WÓDZ­TWIE MAZO­WIEC­KIM

Wiele lat wcze­śniej

- Mamo! Ja kocham sztukę... - płacz­li­wie prze­ko­ny­wała rodzi­cielkę pięt­na­sto­let­nia wów­czas miło­śniczka sztuki, jaką nie­wąt­pli­wie byłam.

- Wiem, córeczko. Ale zda­jesz sobie z tego sprawę, że z tego chleba nie będzie, prawda?

- Skąd wiesz? Ja chyba mam talent. A jeśli zostanę wielką malarką?

- Oj dziecko, dziecko - zaśmiała się mama, jak­bym powie­działa jakiś absur­dalny i kom­plet­nie nie­re­ali­styczny żart - wielka malarka w naszej rodzi­nie?

- A dla­czego nie?

- A dla­tego, że takie rze­czy to się dzieją tylko w fil­mach. Jeste­śmy, cór­cia, uczciwą, ale pro­stą i nie­zbyt zamożną rodziną. A żeby zostać wielką malarką, trzeba mieć poważne finan­sowe wspar­cie. Skąd chcesz je niby wziąć? - zapy­tała mama, widząc, że ja tak na poważ­nie.

- Może dostanę się na ASP, będę zna­ko­mitą stu­dentką i otrzy­mam sty­pen­dium. A potem jakiś mece­nas sztuki doceni moje dzieła i zain­we­stuje we mnie... - roz­ma­rzy­łam się tak, że aż mama musiała pstryk­nąć mi pal­cami nad uchem.

- Hej, Madziu! Ponio­sło cię chyba, co? - zaśmiała się. Mimo jej scep­ty­cy­zmu czu­łam, że gdzieś w środku, w głębi serca też po cichu liczy, że mi się uda. Może cho­ciaż mnie...

Mama była bar­dzo młoda, kiedy mnie uro­dziła. Miała zale­d­wie sie­dem­na­ście lat. Tata szybko musiał wydo­ro­śleć i stać się męż­czy­zną, głową rodziny. Pamię­tam awan­tury w domu o to, że jest zmę­czony. Cią­gle kazano mi sprzą­tać mój pokój. Rodzice mieli zwy­czaj wywa­la­nia mi wszyst­kiego z biurka albo szafy na śro­dek pokoju, by zmu­sić mnie do porząd­nego posprzą­ta­nia. Ale nie oce­niam ich zbyt surowo. Myślę, że dali mnie i moim sio­strom bar­dzo dużo - tyle, ile mogli. Nie­mniej jed­nak przez całe dzie­ciń­stwo czu­łam się nie­ro­zu­miana. Kiedy dora­sta­łam, czę­sto odpły­wa­łam w myślach. Czu­łam się jak zło­dziej zła­pany na gorą­cym uczynku, gdy two­rzy­łam sobie obrazy w wyobraźni i nagle do pokoju wcho­dziło któ­reś z rodzi­ców, bru­tal­nie wyry­wa­jąc mnie z kra­iny marzeń.

- Magda, o czym ty tak znowu myślisz? Pomo­gła­byś przy obie­dzie. Może ziem­niaki matce obie­rzesz? - krzy­czał tata.

- Dobrze, już idę... - wsta­wa­łam nie­chęt­nie, ale nie dla­tego, że byłam leniwa, ale dla­tego, że musia­łam opu­ścić mój wewnętrzny świat i nagle, bez uprze­dze­nia wejść w szarą codzien­ność, w któ­rej tak bar­dzo nie umia­łam się odna­leźć.

- Dziecko, tak nie można... Całymi dniami malu­jesz albo roz­my­ślasz. Jesteś już dużą dziew­czyną. Nie będziemy tole­ro­wać takiego zacho­wa­nia. Jak będziesz wielką artystką i twoje obrazy będą kupo­wać na aukcjach - pro­szę bar­dzo, będziesz mogła marzyć o nie­bie­skich mig­da­łach godzi­nami, ale póki miesz­kasz pod tym dachem, dosto­suj się, pro­szę, do zasad tu panu­ją­cych - ochrza­niał mnie ojciec przy obie­dzie. Mama zdą­żyła tylko dopo­wie­dzieć:

- Oj Jaśku, nie bądź dla niej taki surowy...

- Surowy? Jolka, czy ty sły­szysz, co mówisz? To pan­nica już jest! Ma mieć jakieś obo­wiązki, do cho­lery! - wku­rzył się jesz­cze bar­dziej.

- No prze­cież pomaga. Oj, daj­cie już spo­kój. Jedzmy. Nie kłóćmy się przy stole - kochana mama zawsze pró­bo­wała łago­dzić, cho­ciaż też nie do końca rozu­miała, co sie­dzi w mojej gło­wie. A może nawet ja sama tego nie rozu­miałam?

Byłam inna. Nie mia­łam zbyt wielu przy­ja­ciół. Pro­sze­nie kogoś o przy­jaźń wyda­wało mi się strasz­nie głu­pie i poni­ża­jące. Kie­dyś jedna z kole­ża­nek zapro­po­no­wała mi przy­jaźń. Było mi dziw­nie, zwłasz­cza że chcia­łam się przy­jaź­nić z kimś zupeł­nie innym. Czu­łam się zawsty­dzona. Pomy­śla­łam, że to byłoby straszne, gdy­bym popro­siła o przy­jaźń osobę, z którą chcia­łam się przy­jaź­nić, a ona by poczuła to samo, co ja poczu­łam, kiedy mnie o przy­jaźń zapy­tała tamta dziew­czyna.

- Hej, Magda! Idziesz z nami? - zaga­iła kie­dyś Gośka, kole­żanka z klasy. Chyba z grupą dziew­czyn od nas wybie­rały się na wagary.

- Ja? - zapy­ta­łam zdzi­wiona, bo się nie kum­plo­wa­ły­śmy. Ni­gdy nie zwra­cały na mnie uwagi. Nawet przez uła­mek sekundy zro­biło mi się miło...

- Żart! - zare­cho­tały. - A co ty byś niby miała z nami robić, dzi­waku?!!

Zakpiły ze mnie i w rado­snych pod­sko­kach odda­liły się, a ja zosta­łam z poczu­ciem, że jestem śmie­ciem. Z poczu­ciem, które towa­rzy­szyło mi przez całe dzie­ciń­stwo i mło­dość.

Żyłam w swoim świe­cie. Byle z pędz­lem i szta­lugą w zasięgu wzroku. Nic innego się nie liczyło. Rodzice niby się śmiali i pod­kre­ślali, że kobie­cie potrzebny jest praw­dziwy zawód, ale jed­nak w któ­rymś momen­cie dosta­łam osobny pokój, a sio­stry musiały się pomie­ścić razem w dru­gim. Mia­łam swój kawa­łek pod­łogi, który trak­to­wa­łam jak praw­dziwą świą­ty­nię sztuki. Mój pokój nie był duży, ale urzą­dzi­łam go przy­tul­nie, cho­ciaż ktoś by pew­nie powie­dział, że w ogóle nie był urzą­dzony, tylko zagra­cony. Wszę­dzie pano­wał arty­styczny chaos, któ­rego mama nie kazała mi sprzą­tać. Jakby doce­niała i sza­no­wała. Jakby rozu­miała. I naprawdę rozu­miała... Znacz­nie wię­cej niż mi się wtedy wyda­wało. Dla­czego więc tak bar­dzo nie­ro­zu­miana się czu­łam? Czę­sto wra­cam do tej myśli... Czę­sto wra­cam też pamię­cią do takiej sceny...

Mam trzy lata. Bie­gam po łące. Z mamą. Mam śliczną koron­kową białą sukie­neczkę z koł­nie­rzy­kiem obszy­tym pereł­kami. Ple­ciemy sobie wza­jem­nie wianki na gło­wie. Jest piękne lato. Mama się śmieje. Goni mnie. Też ma białą sukienkę. Ale taką bar­dziej halkę. Ja pisz­czę z rado­ści. Ucie­kam. W końcu daję się zła­pać. Przy­tu­lamy się i tur­lamy po tra­wie. To naj­pięk­niej­sze wspo­mnie­nie, jakie mam z dzie­ciń­stwa...

Potem uro­dziła się moja pierw­sza sio­stra, a następ­nie druga. Prze­sta­łam być oczkiem w gło­wie i uko­chaną córeczką mamusi. Musia­łam wydo­ro­śleć. Musia­łam być odpo­wie­dzialna. Nie zapo­mnę zawodu, jaki spra­wi­łam mamie. Bawi­ły­śmy się z sio­strą Melą na placu zabaw. Zaję­łam się zabawą na tyle długo, że nagle Mela znik­nęła mi z oczu. Ile to mogło trwać? Pięć, dzie­sięć minut?

- Boże drogi, Mela, ode­zwij się! Mela, gdzie jesteś? - bie­ga­łam gorącz­kowo po osie­dlu i woła­łam sio­strę coraz gło­śniej i w coraz więk­szej roz­pa­czy.

Uzna­łam, że czas gra na naszą nie­ko­rzyść. Jestem jesz­cze dziec­kiem. Muszę oddać sprawę doro­słym, żeby nie było za późno. To była pie­kiel­nie trudna decy­zja. Bałam się cho­ler­nie, że spiorą mnie na kwa­śne jabłko. Ale poło­ży­łam na szali ewen­tu­alne lanie kon­tra odzy­ska­nie sio­stry.

- Mamo, mamo! Mela znik­nęła! - wpa­dłam do domu jak po ogień.

- Co ty mówisz?

- No znik­nęła! Bawi­ły­śmy się na placu zabaw i nagle stra­ci­łam ją z oczu. Szu­ka­łam. Krzy­cza­łam. Ni­gdzie jej nie ma!

Mama rzu­ciła to, co miała w rękach, i wybie­gła z domu w far­tu­chu kuchen­nym, bo wła­śnie przy­go­to­wy­wała nam obiad. Prze­bie­gła wszyst­kie osie­dla w całym naszym mia­steczku, klatka po klatce. Wycho­dząc z jed­nej z kla­tek - na wpół przy­tomna z prze­ra­że­nia - dostrze­gła w drzwiach pro­wa­dzą­cych do piw­nicy szparę nad zie­mią, a w niej coś jakby czubki dzie­cię­cych butów. Wyda­wało jej się, że ze stresu ma już zwidy, ale zła­pała za drzwi, otwo­rzyła je i zoba­czyła roze­śmianą Melę, nie­zwy­kle zado­wo­loną z tak uda­nej zabawy w cho­wa­nego. Dzieci są jed­nak głu­pie. Nie dosta­łam lania. Ale wola­ła­bym dostać zamiast tego wzroku peł­nego roz­cza­ro­wa­nia, któ­rym ura­czyła mnie mama. Wyryła ten obraz w mojej pamięci i sercu na zawsze. Czę­sto w póź­niej­szych samot­nych latach wyobra­ża­łam sobie to spoj­rze­nie. Zgu­bie­nie sio­stry to pikuś w porów­na­niu z roz­cza­ro­wa­niem, jakie zafun­do­wa­łam rodzi­com wiele lat póź­niej. Mela się zgu­biła, ale została odna­le­ziona. Ja też się zgu­biłam. Pogu­bi­łam się w życiu. Dla­czego nikt mnie nie zna­lazł i nie przy­pro­wa­dził do domu?

Bab­cie miesz­kały nie­opo­dal naszego osie­dla. Cho­dzi­ły­śmy od jed­nej do dru­giej. To było wygodne, bo zawsze ktoś doro­sły był w zasięgu. Jedna bab­cia - Józia - była kraw­cową, druga - Halinka - świet­nie robiła na dru­tach. Dzia­dek, ten od kraw­co­wej, czę­sto pił i się awan­tu­ro­wał. Bałam się go. Ucie­ka­łam, kiedy wpa­dał pijany i darł się na cały głos. Czu­łam, że to nie powinno się dziać w żad­nym domu. Było mi przy­kro, że ucie­kam jak tchórz i zosta­wiam z nim bab­cię. Więc pew­nego razu, kiedy - zata­cza­jąc się - wszedł do domu i od progu krzy­czał: "Rób mi jedze­nie, głu­pia babo!", trzę­sąc się jak osika, zosta­łam przy babci. Bab­cia scho­wała mnie w sza­fie. I pobie­gła naszy­ko­wać mu zupę i dru­gie danie. Nie wcho­dziła mu w drogę. Nie dawała się spro­wo­ko­wać. W końcu dzia­dek zasnął, chra­piąc obrzy­dli­wie jak dzi­kie zwie­rzę. Bab­cia wró­ciła do szafy. Pomo­gła mi wyjść. Wciąż się trzę­słam:

- Nie bój się, Mag­du­siu... Chłopy tak nie­kiedy muszą odre­ago­wać. Dzia­dek pra­cuje, cza­sami trzeba coś zała­twić przy wódeczce. Trzeba zro­zu­mieć, Madzieńko...

- Bab­ciu, ale on na cie­bie krzy­czy. Wyzywa cię. Mówi, że jesteś głu­pia - pro­te­sto­wa­łam.

- On tak naprawdę nie myśli. To alko­hol... Dzia­dek jest dobry. A wóda nie­jed­nemu w gło­wie pomie­szała. Ale prze­śpi się, kefiru z rana napije. I będzie dobrze - tłu­ma­czyła go bab­cia. Do dziś nie wiem, czy naprawdę tak uwa­żała, czy pocie­szała małą, wystra­szoną dziew­czynkę, którą wtedy byłam.

Bab­cia Józia ode­szła kilka lat póź­niej. Usia­dła w fotelu i po pro­stu zasnęła. Z per­spek­tywy czasu cie­szę się, że miała łagodną śmierć - bez bólu i cier­pie­nia. Zasłu­żyła na to, by odejść we śnie.

Tak sobie myślę, że to praw­dziwe szczę­ście, że bab­cia nie dożyła tego wiel­kiego roz­cza­ro­wa­nia wnuczką. Może wtedy ode­szłaby na zawał. Mia­ła­bym na sumie­niu jesz­cze to.

Bli­żej zawsze byłam z bab­cią Halinką. Ale bab­cia Józia też była wspa­niała.

Jedna roz­mowa z nią szcze­gól­nie utkwiła mi w pamięci. Wła­ści­wie to była ostat­nia nasza roz­mowa, cho­ciaż wtedy żadna z nas oczy­wi­ście nie miała poję­cia, że ni­gdy wię­cej nie będzie nam już dane się spo­tkać. Byłam jesz­cze dziec­kiem, a może nale­ża­łoby powie­dzieć - pod­lot­kiem. Mia­łam może dwa­na­ście, może trzy­na­ście lat.

- Madziu­niu, życie nie jest łatwe, ale może być bar­dzo piękne, wiesz...

- A co cię, bab­ciu, tak na sen­ty­menty wzięło?

- A bo widzę i wiem, że jesteś inna niż więk­szość two­ich rówie­śni­ków. I zasta­na­wiam się, czy to ci życie uła­twi, czy utrudni.

- Jaka jestem, bab­ciu? - zapy­ta­łam szcze­rze zain­te­re­so­wana jej obser­wa­cjami, bo sama byłam na eta­pie pozna­wa­nia i próby rozu­mie­nia sie­bie.

- Wraż­liw­sza, emo­cjo­nalna... Emo­cje i zmy­sły zawsze będą dla cie­bie waż­niej­sze niż fakty i logika. Potra­fisz dzięki temu dostrzec w świe­cie piękno, które nie każdy potrafi dostrzec, i czer­pać ogromną przy­jem­ność z tego odkry­cia. A jed­no­cze­śnie - zachwy­cona uro­kiem kwia­tów na łące - zapo­mnisz o pociągu, nie zdą­żysz na czas, nie pomy­ślisz o kon­se­kwen­cjach, nie zasta­no­wisz się zawczasu, jak wró­cisz do domu, kiedy ostatni pociąg odje­dzie... To mnie tro­chę mar­twi...

- Bab­ciu, jest tyle moż­li­wo­ści... Dłuż­szy spa­cer, powrót sto­pem, noc­leg pod gołym nie­bem i powrót pierw­szym poran­nym pocią­giem... Nie martw się o mnie - zaśmia­łam się.

Babci spodo­bało się, że pod­ję­łam meta­forę. Dodała tylko:

- Jedno jest pewne. Tak wyjąt­kowi ludzie nie rodzą się czę­sto. Ale wyjąt­ko­wość to zawsze i szanse, i ryzyko...

Wtedy nie do końca jesz­cze rozu­mia­łam, co ma na myśli. Życie zro­biło wiele, by moją wyjąt­ko­wość stłam­sić, zabić, znisz­czyć... Czy mu się udało?

Bab­cia Halinka, która robiła na dru­tach, miała słaby wzrok, więc uży­wała głów­nie neo­no­wych włó­czek, bo tylko te dobrze widziała. Wsty­dzi­łam się w tym cho­dzić. Trzeba mieć sznyt, żeby umieć nosić takie sty­lówki. Moja mło­dość to marze­nie, by mieć modne i fajne ciu­chy, a nie te kolo­rowe swe­try babci. Mamę to chyba bar­dzo bolało.

- Mamo, czy ty możesz nie wybie­rać mi ubrań, bo to nie mój styl? - odwa­ży­łam się kie­dyś zwró­cić jej uwagę na to, że nie czuję się dobrze w tym, co mam na sobie.

- Jesteś dziec­kiem. Nie masz stylu - odpo­wie­działa z ner­wami i ucięła temat.

Cza­sami byłam sko­ło­wana. Nie wie­dzia­łam, jak to jest z tym sty­lem. To się ma czy nabywa? A gust? Pocho­dzi­łam z rodziny robot­ni­czej, nie arty­stycz­nej, więc w liceum pla­stycz­nym cza­sem kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co tam robię. Kim ja wła­ści­wie jestem?

Nie wspo­mi­na­łam, że poszłam do liceum pla­stycz­nego? A ow­szem, poszłam...

- Mamo, tato... Ja tak bar­dzo chcę spró­bo­wać. Nie wyobra­żam sobie życia bez malo­wa­nia - któ­re­goś popo­łu­dnia pod­ję­łam pate­tyczną próbę prze­ko­na­nia zapra­co­wa­nych rodzi­ców, żeby puścili mnie do liceum pla­stycz­nego. Tata spoj­rzał na swoje ste­rane życiem dło­nie, cho­ciaż to prze­cież wciąż jesz­cze był młody męż­czy­zna. Ile mógł mieć lat? Pro­sta mate­ma­tyka... Ja mia­łam wów­czas pięt­na­ście lat. Tata miał dzie­więt­na­ście, jak się uro­dzi­łam. Ten trzy­dzie­stocz­te­ro­letni chło­pak wyglą­dał i zacho­wy­wał się jak co naj­mniej pięć­dzie­się­cio­la­tek. Był już ojcem trójki dzieci. I ciężko pra­co­wał na utrzy­ma­nie swo­jego babińca. Kochał nas. Nie potra­fił tego jakoś wylew­nie oka­zy­wać, ale kochał.

- Lepiej byś za pędzel zła­pała, córuś, ale taki do malo­wa­nia ścian. Pomo­gła­byś w remon­cie, bo cha­łupę trzeba odma­lo­wać na wio­snę - pró­bo­wał zba­ga­te­li­zo­wać moją prośbę. Ale summa sum­ma­rum rodzice się zgo­dzili. Boże, jaka byłam szczę­śliwa! Pamię­tam, że z rado­ści rzu­ci­łam się ojcu na szyję. Ale to kochana mama zawal­czyła o mnie.

- A ja cię, Mag­du­siu, tam widzę... I tata też... Tylko udaje, że nie. W życiu warto zawal­czyć o marze­nia... - mówiąc to, mama posmut­niała. Jakby dotarło do niej, że ona żad­nego marze­nia nie speł­niła. Zako­pała się w pie­lu­chach tak szybko, że wła­ści­wie o jakich marze­niach mowa? Czy w ogóle miała w życiu cho­ciaż chwilę na to, żeby o czymś poma­rzyć?

Czu­łam się okrop­nie zobo­wią­zana. Rodzice wydali dużo pie­nię­dzy na farby, kredki, pastele. To wszystko było strasz­nie dro­gie. Nikt w kla­sie - nawet ci z zamoż­nych rodzin - nie miał tego na zapas. Powie­dze­nie: "Pożycz gumkę" było nie­mal obraź­liwe, bo gumka chle­bowa nale­żała do bar­dzo dro­gich rary­ta­sów. Moje liceum pla­styczne wiele kosz­to­wało rodzi­ców. Pew­nie dla­tego nie mia­łam już na super­u­bra­nia. Wtedy tego nie rozumia­łam. Jak każda nasto­latka chcia­łam mieć wszystko naraz. Chcia­łam two­rzyć. Chcia­łam być ważna. Chcia­łam mieć zna­cze­nie. A w tym wieku ubiór bar­dzo mocno wyzna­cza war­tość mło­dej dziew­czyny. Bar­dzo o sie­bie dba­łam i chcia­łam być piękna, a ni­gdy mi to nie wycho­dziło... Czu­łam się brzydka i nie­ko­chana.

Pamię­tam, jak bar­dzo spodo­bał mi się jeden z kole­gów z klasy. Im bar­dziej mi się podo­bał, tym bar­dziej uda­wa­łam, że nie zwra­cam na niego uwagi. Musia­łam jed­nak jakoś się zdra­dzić, bo kole­dzy Pawła się zorien­to­wali.

Tego dnia stał z kum­plami, tyłem do drzwi pro­wa­dzą­cych na kory­tarz. Nad­cho­dzi­łam z głębi kory­tarza. I usły­sza­łam, jak mój wyide­ali­zo­wany uko­chany mówi:

- Daj­cie spo­kój... Wolał­bym ni­gdy dziew­czyny nie mieć, niż się uma­wiać z taką jak Magda. Ona jest jakaś dziwna...

W cza­sie dru­giej czę­ści jego wypo­wie­dzi kum­ple sto­jący przo­dem do kory­ta­rza już mnie dostrze­gli i spu­ścili głowy, chrzą­ka­jąc poro­zu­mie­waw­czo do wciąż niczego nie­świa­do­mego Pawła... Ich zacho­wa­nie tylko utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że nie mogło być mowy o jakiejś innej Mag­dzie. Cho­dziło o mnie i tylko o mnie. Wspię­łam się na wyżyny sztuki aktor­skiej i uda­łam, że niczego nie usły­sza­łam. Prze­szłam obok grupki mło­dych męż­czyzn. Zupeł­nie bez­tro­sko bąk­nę­łam: "Do jutra!" i wyszłam ze szkoły, jakby ni­gdy nic. Szłam przed sie­bie i coraz moc­niej zaci­ska­łam pię­ści. Byłam cała obo­lała. W uszach dud­niło: Ona jest jakaś dziwna... jakaś dziwna... jakaś dziwna... Po przyj­ściu do domu ścię­łam włosy na krótko, bar­dzo krótko. Nie­mal na łyso. Pobie­głam do babci.

- Bab­ciu, zro­bisz mi na dru­tach czapkę? Taką mega­ko­lo­rową. We wszyst­kich kolo­rach tęczy, OK?

- No pew­nie, Madziu... - bab­cia się ucie­szyła, że może coś dla mnie zro­bić.

Od tej pory nosi­łam tę czapkę na gło­wie - wła­ści­wie przez całe liceum. Skoro jestem dziwna, to mogę sobie nosić dziwne nakry­cie głowy i zacho­wy­wać się dziw­nie - posta­no­wi­łam, coraz solid­niej budu­jąc swój wewnętrzny, zamknięty dla innych świat.

Poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia i bycia nie­ko­chaną się pogłę­biało. Niby wszystko było OK, ale co moi rodzice o mnie wie­dzieli? Czy znali moich zna­jo­mych? Wie­dzieli, że jestem bar­dzo samotna? Nie­wiele mówi­łam, a im wszyst­kim to było na rękę. Brak słów - brak kło­po­tów. Sio­stry też nie nawią­zały ze mną jakiejś bli­skiej rela­cji. Uzna­wały, że jestem nawie­dzoną artystką, któ­rej i tak nie zro­zu­mieją, więc po co pró­bo­wać. Przy­po­mi­nam sobie, że Kaśka kie­dyś pod­jęła próbę... Moja sio­stra była zaprze­cze­niem mnie. Dłu­go­włosa bru­netka. Loczki uro­czo krę­ciły się wokół jej ala­ba­stro­wej twa­rzy. Dużo mówiła i śmiała się per­li­ście, a chłopcy patrzyli na nią jak na por­ce­la­nową laleczkę.

- Magda, co przed­sta­wia ten obraz? - zapy­tała kie­dyś, długo przy­glą­da­jąc się jakiejś total­nej abs­trak­cji, która - zdaje się - miała wyra­żać ówcze­sny stan mojego ducha.

- Nie uda­waj, że cię to inte­re­suje - zby­łam ją nie­zbyt grzecz­nie. Kaśka wstała. Wyszła. I ni­gdy wię­cej o nic zwią­za­nego z moją pasją mnie nie zapy­tała. Chcia­łam krzyk­nąć: "Prze­pra­szam. Wróć. Chęt­nie ci opo­wiem...". Chcia­łam, ale tego nie zro­bi­łam.

Innym razem Mela nie­śmiało zapy­tała, czy mogłaby ze mną chwilę poroz­ma­wiać. Zde­ner­wo­wa­łam się. To zabrzmiało groź­nie. Nie wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać. Zwy­kłe sio­strzane pyta­nie, które prze­cież total­nie nie powinno wzbu­dzać nie­po­koju. W naszym przy­padku nie było natu­ralne, bo my ze sobą nie roz­ma­wia­ły­śmy.

- No słu­cham - odpo­wie­dzia­łam twardo i oschle, pod­świa­do­mie znie­chę­ca­jąc Melę do jakiej­kol­wiek roz­mowy. Chyba się po pro­stu, zwy­czaj­nie bałam.

- Bo ja cię chcia­łam spy­tać, skąd czło­wiek wie, co jest jego pasją. Ty wie­dzia­łaś od zawsze, że kochasz malo­wać?

- No po pro­stu. To się wie i już. Musisz zapy­tać samą sie­bie, co kochasz robić, i zasta­no­wić się, jak to roz­wi­jać - pró­bo­wa­łam coś dora­dzić młod­szej sio­strze, ale zde­ner­wo­wało mnie to jej pyta­nie, bo poka­zy­wało, że Mela kom­plet­nie nie ma zain­te­re­so­wań. A nie była prze­cież aż tak dużo młod­sza ode mnie.

- A czy można być czło­wie­kiem bez pasji? Bo może ja taka wła­śnie jestem - zapy­tała z ude­rza­jącą naiw­no­ścią.

- Melka, kurde... Nie wsty­dzisz się zada­wać takiego pyta­nia? Naprawdę chcesz być czło­wie­kiem bez pasji? To chyba naj­gor­sze w życiu - nie mieć pasji. Brak pasji to brak ambi­cji. Chcesz być ładną, ale głu­piutką panną, która inte­re­suje się tylko ciu­chami i maki­ja­żem? Zresztą... daj mi spo­kój, jestem zajęta - spła­wi­łam sio­strę. Byłam okrutna. Nie wiem, dla­czego tak zro­bi­łam. Mela wyszła ze łzami w oczach. Byłam roz­cza­ro­wana sama sobą. A jaka roz­cza­ro­wana star­szą sio­strą musiała być wtedy Mela!

Nie stać mnie było na reflek­sję, na prze­pro­siny. Wola­łam zamknąć się w swoim świe­cie ciszy. A potem... w Kościele.

Mło­dość to zawsze okres buntu, róż­nie wyra­ża­nego. U mnie swego czasu wyra­żał się w postaci fana­ty­zmu reli­gij­nego. Nie był to szcze­gól­nie długi okres, ale inten­sywny. Bar­dzo chcia­łam być bli­sko Boga, by wypeł­nić pustkę - brak miło­ści, brak zro­zu­mie­nia arty­stycz­nego. Odna­la­złam część zro­zu­mie­nia w Kościele. W domu nie.

- Dziecko, czy coś cię trapi? - zapy­tał kie­dyś po wie­czor­nej mszy świę­tej ksiądz. Widział mnie w kościele codzien­nie. Moja gor­liwa modli­twa i kon­se­kwentne mil­cze­nie zwró­ciły jego uwagę.

- Nie, pro­szę księ­dza. Po pro­stu pró­buję zro­zu­mieć, kim jestem. Cze­kam na jakąś pod­po­wiedź od Tego na górze... - odpo­wie­dzia­łam szcze­rze i na tyle kon­kret­nie, żeby wyraź­nie dać do zro­zu­mie­nia, że nie chcę wię­cej roz­ma­wiać. Ksiądz to usza­no­wał.

Pew­nego dnia wybra­łam się na spo­tka­nie połą­czone ze świa­dec­twami ludzi, w któ­rych życiu doszło do cudu. Wszy­scy byli tro­chę dziwni. Więc pomy­śla­łam, że w końcu jestem wśród swo­ich. Na środku ciem­nej salki przy­ko­ściel­nej stała mów­nica. Pod­szedł do niej męż­czy­zna oko­łocz­ter­dzie­sto­letni:

- Witaj­cie! Szczęść Boże! Chwal­cie Pana! On może wszystko!

Ludzie chó­rem odpo­wie­dzieli:

- Chwalmy Pana!

Męż­czy­zna kon­ty­nu­ował:

- Mój cud wyda­rzył się dwa lata temu. Po wypadku samo­cho­do­wym nie cho­dzi­łem. Leka­rze nie dawali szans, że kie­dy­kol­wiek będę cho­dził... Modli­łem się do Pana i mówi­łem mu: "Udo­wod­nij im, Boże, że się mylą. Że nic nie wie­dzą o Two­jej mocy i sile...". Dziś cho­dzę. Nawet bie­gam. Chwalmy Pana!

I znowu wszy­scy chó­rem: "Chwalmy Pana!".

Na mów­nicę wyszła młoda dziew­czyna:

- Zda­wa­łam na prawo jazdy. Piąty raz. Czu­łam, że już ni­gdy mi się nie uda. Zamknę­łam oczy i powie­dzia­łam: "Boże, spraw cud!". I zda­łam.

Chór: "Chwalmy Pana!".

Pamię­tam, że wku­rzyło mnie to. Mie­szać Boską moc do egza­minu na prawo jazdy to chyba lek­kie prze­gię­cie? - pomy­śla­łam.

Ale wśród prze­ma­wia­ją­cych byli i tacy, któ­rych histo­rie wstrzą­sały, dopro­wa­dzały zgro­ma­dzo­nych do łez i wielu wzru­szeń. Zaczę­łam cho­dzić na spo­tka­nia oazy. Chwa­li­li­śmy Pana śpie­wem i modli­twą. Cza­sami krzy­kiem. Bywało, że ktoś zacho­wy­wał się jak opę­tany. Szar­pał się z nie­wi­dzial­nym prze­ciw­ni­kiem, omdle­wał, wyda­wał z sie­bie dziwne odgłosy. Jakby nagle przej­mo­wały nad nim kon­trolę jakieś ciemne moce. Ale wspól­nota była przy nim. Modliła się jesz­cze gło­śniej. Ja w tej wspól­no­cie. Aż w końcu ta osoba odzy­ski­wała spo­kój. To nie były egzor­cy­zmy. Takie odpra­wić mógł tylko ksiądz egzor­cy­sta. Zawsze chcia­łam to zoba­czyć na wła­sne oczy. Nie było mi dane. Z per­spek­tywy czasu myślę, że w reli­gij­nej rze­czy­wi­sto­ści bar­dziej krę­ciła mnie teatra­li­za­cja tego świata niż sama wiara.

Posłu­gi­wa­łam się raczej języ­kiem baśni, nie wiary. Posta­no­wi­łam żyć w czy­sto­ści - to narzu­cała mi oaza. A jed­no­cze­śnie hor­mony zaczęły we mnie buzo­wać. To był czas natu­ral­nych pierw­szych zauro­czeń i miło­ści. Rze­czy­wi­stość zde­rzyła się z moim posta­no­wie­niem. Znowu czu­łam się zagu­biona. Bab­cia cie­szyła się, że jestem wie­rząca. Zasta­na­wiam się, jaki wpływ na moją przy­szłość miała reli­gia. Uchro­niła mnie przed nie­po­trzeb­nymi miło­ściami? A może wręcz prze­ciw­nie - zablo­ko­wała mnie i wła­śnie dla­tego w póź­niej­szych latach tak łatwo przy­szło mi się ślepo zako­chać i zapła­cić za tę miłość bar­dzo wysoką cenę? Nie, nie pró­buję się wybie­lać. Gło­śno myślę. Sama nie wiem, jak sie­bie oce­nić. Minęło tyle lat. A ja cią­gle tak wiele o sobie nie wiem.

* * *

- Jak tam, córuś? Bar­dzo zde­ner­wo­wana? - zapy­tała mnie mama, kiedy blada ze stra­chu szy­ko­wa­łam się na egza­min do ASP.

- Bar­dzo! - odpar­łam szcze­rze.

- Spo­koj­nie. Jesteś dobra. Wszy­scy nauczy­ciele w liceum tak twier­dzili. Co ma być, to będzie. Pew­nie i tak już wszystko zapi­sane jest gdzieś tam w górze - pocie­szała mama, jak umiała naj­le­piej.

Cie­kawe, czy fak­tycz­nie wszystko jest zapi­sane i jaki mamy wpływ na ewen­tu­alne wyma­za­nie tego i napi­sa­nie nowego lep­szego roz­działu.

Nie udało się. Nie dosta­łam się. Oczy­wi­ście nie pod­da­wa­łam się. Przez rok pil­nie się uczy­łam. Ryso­wa­łam, malo­wa­łam, szki­co­wa­łam. Ale rok póź­niej też nie zosta­łam przy­jęta na stu­dia. A po trzech nie­uda­nych pró­bach zro­zu­mia­łam, że ni­gdy się tam nie dostanę. To było poważne roz­cza­ro­wa­nie w moim życiu. W sercu, głę­boko, tliła się jesz­cze nadzieja, ale czas leciał. Nie mogłam w nie­skoń­czo­ność żyć marze­niami.

- Madziu... - zaga­iła kie­dyś mama przy obie­dzie. - Nie zro­zum mnie źle, ale zaczyna być nam naprawdę ciężko. Wiesz, że wspie­ra­li­śmy cię z całych sił, ale może trzeba się pogo­dzić z tym, że malar­stwo to nie jest twoja droga, i pójść na inne stu­dia albo do pracy, żeby nas tro­chę odcią­żyć finan­sowo? - ostat­nie słowa powie­działa pra­wie szep­tem. Ucie­kła wzro­kiem. Było jej przy­kro, że musi pro­sić o to odcią­że­nie, ale jed­no­cze­śnie miała do tego pełne prawo. I tak dosta­łam dużo.

- Jasne, mamo... Prze­pra­szam... Coś wymy­ślę... - spu­ści­łam głowę.

Serce mi pękło. Wie­dzia­łam, że mamie trudno o tym mówić. Wsty­dzi­łam się swo­ich nie­po­wo­dzeń. Tak bar­dzo prze­cież chcia­łam im udo­wod­nić, że mam praw­dziwy talent, że się nie pomy­lili, inwe­stu­jąc we mnie i moją pasję. Zawio­dłam ich. Obie­ca­łam sobie, że kie­dyś spłacę każdą zło­tówkę we mnie zain­we­sto­waną. Inne stu­dia? Nie umia­łam wybrać niczego innego w tam­tym momen­cie. Kocha­łam sztukę. Nie umia­łam jej poświę­cić. W liceum w nas wie­rzono. Byłam jedną ze zdol­niej­szych uczen­nic. Nagle miało się oka­zać, że to tylko mrzonka? Nic z tego wię­cej nie będzie? Ciężko mi było się z tym pogo­dzić. I wciąż czu­łam się nie­zro­zu­miana, nie­speł­niona, bez­na­dziejna. Czu­łam, że do niczego się nie nadaję. Dziś może ktoś uznałby, że to począ­tek depre­sji. Ale kto wtedy mówił o depre­sji? Kto złe samo­po­czu­cie mło­dego czło­wieka w ogóle głę­biej ana­li­zo­wał?

* * *

Zatrud­nię osobę z poczu­ciem este­tyki i piękna. Musi kochać kwiaty.

Ładne ogło­sze­nie - pomy­śla­łam i wyrwa­łam kartkę z nume­rem tele­fonu. Poszłam na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

- Dzień dobry. Mam na imię Mag­da­lena. Kie­dyś będę malarką. Ale na razie nie udało mi się dostać na ASP, więc moją malar­ską pasję chęt­nie wyko­rzy­stam w two­rze­niu kom­po­zy­cji - powie­dzia­łam. Na co wła­ści­cielka kwia­ciarni uśmiech­nęła się i bez chwili waha­nia stwier­dziła:

- No to zała­twione. Jesteś przy­jęta. Możesz zaczy­nać choćby od jutra. Mam tylko nadzieję, że chłod­nia i wszystko, co zwią­zane z tą pracą, a nie­ko­niecz­nie ze sztuką, cię nie znie­chęci - zaśmiała się.

- Na pewno nie! - krzyk­nę­łam szczę­śliwa, że zaczy­nam jakiś poży­teczny roz­dział w życiu.

Cie­szy­łam się. Uwa­ża­łam, że to fan­ta­styczna praca, bo zwią­zana z ręko­dzie­łem. To fak­tycz­nie była ciężka fizyczna robota, do tego regu­larne prze­by­wa­nie w chło­dzie i wil­goci. Ale kocha­łam to. Robie­nie bukie­tów rekom­pen­so­wało mi inne nie­wy­gody. Pen­sja jed­nak była gło­dowa. Tysiąc trzy­sta pięć­dzie­siąt zło­tych mie­sięcz­nie. Pamię­tam dokład­nie. Nie mogłam się za to utrzy­mać ani wyna­jąć porząd­nego miesz­ka­nia. Stać mnie było na mały pokój w nie­zbyt przy­jem­nej oko­licy. A na obiad cią­gle zupki chiń­skie i stary chleb maczany w jajku. Czer­stwe pie­czywo można było kupić za gro­sze w osie­dlo­wym spo­żyw­czaku. Wra­ca­jąc z pracy, zacho­dzi­łam do sklepu. Pani Bożenka już z daleka, widząc mnie, uśmie­chała się od ucha do ucha:

- Magda, pro­szę bar­dzo - tu torba z chle­bem. I jesz­cze dorzu­cam świeżą bułeczkę - gra­tis od firmy.

- Dzię­kuję, pani Bożenko... Niech panią Bóg bło­go­sławi! Jak już będę znaną malarką, nama­luję dla pani obraz, sprzeda go pani i zarobi miliony! - śmia­ły­śmy się obie, trak­tu­jąc tę obiet­nicę jak dobry żart. Cho­ciaż ja chyba w głębi duszy tro­chę jesz­cze w to wie­rzy­łam.

Dosta­wa­łam też lekko pod­gniłe warzywa, które tego samego wie­czoru jesz­cze można było skroić do sałatki, wyci­na­jąc zepsute czę­ści. Ale już następ­nego dnia nie nada­wa­łyby się do niczego.

Nie narze­ka­łam. Nie mogłam pozwo­lić, by moi rodzice wydali na mnie jesz­cze choćby zło­tówkę. Pen­sja dla ozdoby... Pasu­jąca do warun­ków życio­wych jak ten przy­sło­wiowy kwiat (nomen omen) do kożu­cha...

W drodze do kwiaciarni

W DRO­DZE DO KWIA­CIARNI

To był piękny, spo­kojny pora­nek. Lubi­łam wyjeż­dżać wcze­śniej, żeby pośpiech mnie nie dekon­cen­tro­wał i nie zabie­rał rado­ści z doświad­cza­nia chwili. Kiedy mia­łam czas, podróż tram­wa­jem trak­to­wa­łam jak wycieczkę, a nie zwy­kły trans­port. To był mój codzienny rytuał, któ­rego nie chcia­łam zmie­niać w smutną podróż do pracy, tylko zawsze w przy­godę. O kur­czę, co tak wcze­śnie pod­je­chał? - pomy­śla­łam, widząc w oddali mój tram­waj, który powi­nien był doje­chać dopiero za kilka minut. Przy­spie­szy­łam, zaczę­łam truch­tać, wresz­cie w oba­wie, że nie zdążę, puści­łam się pędem i zoba­czy­łam, jak kie­rowca mi macha i bez­czel­nie zamyka drzwi przed samym nosem. Tego dnia - nie wie­dzieć czemu - mia­łam ochotę wyglą­dać pięk­nie. Zało­ży­łam więc roman­tyczną zwiewną sukienkę w paste­lo­wych odcie­niach wykoń­czoną wokół koł­nie­rzyka i rękaw­ków deli­katną koronką. Pozwo­li­łam sobie nawet na sub­telny maki­jaż. Musnę­łam usta neu­tral­nym błysz­czy­kiem z deli­kat­nym brzo­skwi­nio­wym zabar­wie­niem. A do tego dopa­so­wa­łam san­dałki na nie­zbyt wyso­kich, ale jed­nak śred­nio kom­for­to­wych do poran­nych bie­gów za tram­wajem obca­sach.

- Ty świ­nio! - krzyk­nę­łam, zapo­mi­na­jąc o całej sub­tel­no­ści swo­jego wyglądu. - Czy ludzie naprawdę muszą się dowar­to­ścio­wy­wać, robiąc innym na złość? - zapy­ta­łam reto­rycz­nie, rzu­ca­jąc to pyta­nie w prze­strzeń.

- Oj tak, ma pani rację... Wystar­czy dać czło­wie­kowi odro­binę wła­dzy, choćby takiej jak moż­li­wość zamknię­cia drzwi przed nosem, i już traci głowę - przy­znała mi rację kobieta cze­ka­jąca na swój trans­port.

Przy­po­mi­nam sobie ten tram­waj, bo gdy­bym dobie­gła, gdy­bym wsia­dła wła­śnie do tego, a nie do tram­waju numer trzy­dzie­ści sześć, który pod­je­chał dzie­sięć minut póź­niej, moje życie poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej...

Tram­waj numer trzy­dzie­ści sześć pod­je­chał punk­tu­al­nie. Wsia­dłam. Ludzi nie było dużo, ale wol­nego sie­dze­nia nie zauwa­ży­łam. Nawet dobrze. W sumie chęt­nie postoję - pomy­śla­łam. Moją uwagę ścią­gnął wzrok czar­no­skó­rego męż­czy­zny. Wysoki, przy­stojny, dobrze zbu­do­wany, zadbany... hmmm... fajny - pomy­śla­łam i skar­ci­łam się w duchu, natych­miast odwra­ca­jąc wzrok i sta­ra­jąc się za bar­dzo nie zer­kać w kie­runku męż­czy­zny. Ale nawet patrząc w okno, czu­łam na sobie to głę­bo­kie spoj­rze­nie jego prze­szy­wa­ją­cych oczu. Tro­chę mnie to spe­szyło, a tro­chę połech­tało moje kobiece ego. Ewi­dent­nie mu się spodo­ba­łam. No dobra, zer­knę... Tylko raz... - pomy­śla­łam. I tak uczy­ni­łam. Uśmiech­nął się. Odwza­jem­ni­łam uśmiech i jak pen­sjo­narka obla­łam się rumień­cem. Chwilę póź­niej pod­szedł do mnie. Zna­łam cał­kiem dobrze angiel­ski, więc od początku mogli­śmy się swo­bod­nie poro­zu­mie­wać.

- Jestem Omari. Czy mogę ci towa­rzy­szyć w tej podróży? - zagaił roz­mowę.

- Jestem Mag­da­lena. I zaraz wysia­dam, więc to nie będzie długa podróż - roze­śmia­łam się.

- Jedziesz do pracy, do szkoły? Jeśli mogę zapy­tać... - nie pod­da­wał się.

- Do pracy. Pra­cuję w kwia­ciarni. Za dwa przy­stanki zoba­czysz ją przez okno.

- Pra­cu­jesz z kwia­tami... - zamy­ślił się. - Pasuje do cie­bie praca z kwia­tami - powie­dział bar­dziej w prze­strzeń niż do mnie. Odczy­ta­łam to jako jeden z naj­pięk­niej­szych kom­ple­men­tów, jakie w życiu usły­sza­łam. Poczu­łam się piękna jak ni­gdy wcze­śniej. Poczu­łam, że ten męż­czy­zna jest mną szcze­rze zachwy­cony.

- Dzię­kuję. Kocham kwiaty. Kocham wszystko, z czego można two­rzyć kom­po­zy­cje, które ucie­szą oko.

- Pięk­nie to powie­dzia­łaś - zachwy­cił się Omari. - Mam do czy­nie­nia z arty­styczną duszą?

- Lubię tak o sobie myśleć - przy­zna­łam. - Marzę, by zostać malarką. Na razie Aka­de­mia Sztuk Pięk­nych nie doce­nia mojego talentu - zaśmia­łam się - ale ja nie odpusz­czę...

- Tak myśla­łem, że jesteś kobietą, która nie odpusz­cza. Z jed­nej strony kru­cha i deli­katna jak kwiaty, a z dru­giej twarda i silna... Cie­szę się, że cię pozna­łem - powie­dział, a ja pró­bo­wa­łam zapa­mię­tać każde słowo, by je sobie potem zapi­sać w pamięt­niku i nie prze­krę­cić żad­nej frazy. By móc czy­tać sobie tę wypo­wiedź każ­dego dnia na dzień dobry i na dobra­noc. Bez wąt­pie­nia zauro­czył mnie ten czło­wiek. Ni­gdy wcze­śniej nikt tak pięk­nie do mnie nie mówił. Nie zauwa­ży­łam nawet, jak prze­je­cha­łam swój przy­sta­nek, więc musie­li­śmy wysiąść, pocze­kać na tram­waj powrotny i wró­cić. Na szczę­ście wciąż nie byłam spóź­niona dzięki tym moim poran­nym zapa­som cza­so­wym, które sobie ser­wo­wa­łam. Jego uwagę zwró­cił meda­lik na mojej szyi.

- To Matka Boża?

- Tak. Jestem wie­rząca. Wiara pomaga mi zro­zu­mieć wiele spraw. Nawet te, które tak trudno po ludzku ogar­nąć rozu­mem.

- Ja też jestem wie­rzący. Jestem chrze­ści­ja­ni­nem. Pocho­dzę z połu­dnia Nige­rii, tam domi­nuje chrze­ści­jań­stwo. Na pół­nocy - bar­dziej islam.

- A tu, w War­sza­wie cho­dzisz do kościoła? - zapy­ta­łam.

- No wła­śnie mam pro­blem z rozu­mie­niem mszy świę­tej. Wasz język jest bar­dzo skom­pli­ko­wany. Cho­dzę więc dla nastroju, rytu­ału i wewnętrz­nej modli­twy, ale bra­kuje mi Słowa Bożego, które mógł­bym zro­zu­mieć...

- Tu nie­opo­dal - dosłow­nie na kolej­nym skrzy­żo­wa­niu, tylko musiał­byś wejść w małą uliczkę po pra­wej stro­nie - znaj­duje się nie­wielki, nie­po­zorny kośció­łek. Odpra­wiają tam piękne msze w języku angiel­skim - ucie­szy­łam się, że mogę się z nim podzie­lić tą wie­dzą.

- Naprawdę? - zachwy­cił się szcze­rze. - Pójdę na pewno. Dzię­kuję, Mag­da­leno!

Tak zabaw­nie, miękko i cie­pło wymó­wił moje imię. Nawet to wydało mi się uro­cze. Poże­gna­li­śmy się w poczu­ciu, że wyda­rzyło się wła­śnie coś waż­nego i pięk­nego. W każ­dym razie ja na pewno mia­łam takie wra­że­nie...

Po cichu liczy­łam, że skoro zna miej­sce mojej pracy, zjawi się jesz­cze kie­dyś, by poroz­ma­wiać i spo­tkać się ze mną ponow­nie. Uzna­łam, że jeśli u niego też zaiskrzyło, to tak się musi zda­rzyć na bank. Mijały dni i nic. Pomy­śla­łam: Ot, miła przy­pad­kowa roz­mowa w tram­waju i to wszystko... Na co wię­cej liczy­łaś, idiotko? Jesteś śred­nio atrak­cyjna, nie­cie­kawa, nudna. I dziwna... Nie po raz pierw­szy byłam dla sie­bie tak surowa w myślach. Od cza­sów szkol­nych samą sie­bie obra­ża­łam takimi epi­te­tami. Nie umia­łam myśleć o sobie ina­czej. A zabie­gani doro­śli - nawet gdy­bym się poża­liła, że mam bar­dzo niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści - powie­dzie­liby zapewne coś w rodzaju: "Oj, nie gadaj głu­pot. Do nauki się weź".

Prze­sta­łam cze­kać na tajem­ni­czego nie­zna­jo­mego. I wtedy przy­szedł. Z kwia­tami. Miał na sobie błę­kitne prze­tarte jeansy. Modne i dobrze dopa­so­wane do jego syl­wetki. Dłu­gie nogi wyda­wały się w nich jesz­cze dłuż­sze. Do tego zało­żył białą koszulę, by nadać odświętny cha­rak­ter spor­to­wej sty­li­za­cji. Biel koszuli i czerń jego skóry potę­go­wały wra­że­nie świe­żo­ści i odświęt­no­ści. Rękawy sek­sow­nie opi­nały umię­śnione ramiona. Do cało­ści dobrał spor­towe buty. Wyglą­dał ład­nie i schlud­nie. Poczu­łam mro­wie­nie na całym ciele.

- Wiem, że czego jak czego, ale kwia­tów ci tu aku­rat nie bra­kuje, ale chcia­łem, żebyś miała jesz­cze jeden bukiet, ode mnie - zaśmiał się od wej­ścia i zastygł w bez­ru­chu, cze­ka­jąc na moją reak­cję. Czu­łam, że nie chce mnie spło­szyć. Że zacho­wuje się wobec mnie bar­dzo deli­kat­nie. Urze­kło mnie to. Bukiet kwia­tów przy­nie­siony do kwia­ciarni też uzna­łam za coś nie­zwy­kle roman­tycz­nego. Po raz pierw­szy w życiu ktoś się o mnie wyraź­nie sta­rał...

- Dzię­kuję, jest piękny i wyjąt­kowy. Ten bukiet zacho­wam tylko dla sie­bie. Miło, że wpa­dłeś! - zaszcze­bio­ta­łam jak pod­lo­tek.

- Nie powiem, że aku­rat tędy prze­cho­dzi­łem, bo byłaby to nie­prawda. Chcia­łem przyjść już następ­nego dnia, ale uzna­łem, że może wydam ci się zbyt natrętny - wyznał.

Jasna cho­lera. Zbyt natrętny? Chyba zwa­rio­wał. Jesz­cze chwila, a uzna­ła­bym, że jestem naj­bar­dziej bez­na­dziejną laską na świe­cie - pomy­śla­łam, ale w odpo­wie­dzi tylko się uśmiech­nę­łam. Poroz­ma­wia­li­śmy chwilę. Poja­wili się klienci, więc Omari, nie chcąc prze­szka­dzać, poże­gnał się sło­wami:

- Mag­da­leno, z kolejną wizytą nie będę cze­kał tak długo.

Po czym mru­gnął do mnie tak, że aż ugięły mi się kolana.

Odpro­wa­dzi­łam go uśmie­chem do drzwi. A klien­tom zro­bi­łam chyba naj­pięk­niej­szy bukiet ze wszyst­kich moich dotych­cza­so­wych. Jesz­cze długo po jego wyj­ściu dostrze­ga­łam w swoim lustrza­nym odbi­ciu rumieńce na policz­kach. Chyba po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów sama sobie wyda­łam się uro­cza z tymi rumień­cami. Natu­ralny maki­jaż nadał mojej twa­rzy sub­tel­ność dziew­czyny, która roz­kwita pod wpły­wem spoj­rze­nia męż­czy­zny. Roz­kwita w spo­sób, jakiego nie zapew­niają żaden kosme­tyk, żaden zabieg pie­lę­gna­cyjny - nic, co nie pły­nie z głębi biją­cego w szyb­szym tem­pie serca.

Następ­nego dnia też przy­szedł.

- Mag­dziu, może ci w czymś pomogę? Może będę cho­dził do chłodni zamiast cie­bie? Powiesz mi tylko, co mam stam­tąd przy­nieść. Będziesz mogła zaj­mo­wać się two­rze­niem kom­po­zy­cji kwia­to­wych. Widzę, że to lubisz. Masz wtedy cha­rak­te­ry­styczny błysk w oku. Nie chcę, żebyś mar­zła... - zapro­po­no­wał, a ja chyba wtedy poczu­łam po raz pierw­szy, że się zako­chuję w tym chło­paku. I to jego "Mag­dziu". Po raz pierw­szy pozwo­lił sobie na zdrob­nie­nie, które de facto nie ist­nieje, a stało się połą­cze­niem Magdy i Madzi. Tylko on tak do mnie mówił. I uwa­ża­łam tę wer­sję mojego imie­nia za naj­pięk­niej­szą i dozwo­loną tylko dla niego.

Zwró­cił uwagę na takie sub­tel­no­ści jak błysk w oku, kiedy ukła­dam kwiaty. Myśla­łam: Widział mnie kilka razy w życiu, a już dostrzega wię­cej i lepiej rozu­mie moją duszę od moich sióstr i rodzi­ców.

Roz­ma­wia­li­śmy dużo i chęt­nie. Wpadł jesz­cze kilka razy do mojej pracy. W końcu odwa­żył się zapro­po­no­wać:

- Czy to będzie bar­dzo zuchwałe, jeśli zapro­szę cię na kola­cję?

Oczy­wi­ście, że się zgo­dzi­łam. Zaczę­li­śmy cho­dzić na randki poza kwia­ciar­nią. Opo­wia­dał mi o domu, rodzi­nie. Zdaw­kowo, ale jed­nak co nieco się dowie­dzia­łam o jego mamie, sio­strach i bra­ciach. O tym, że w jego domu się nie prze­le­wało i nie prze­lewa, dla­tego przy­le­ciał do Europy, a kon­kret­nie do Pol­ski, by zaro­bić więk­sze pie­nią­dze. Pra­co­wał na Sta­dio­nie Dzie­się­cio­le­cia. Sprze­da­wał buty. Impo­no­wało mi, że jest taki hardy, twardy i nie­ustę­pliwy. Im dłu­żej z nim prze­by­wa­łam, tym bar­dziej ide­alny i zupeł­nie pozba­wiony wad mi się wyda­wał. Zanim się obej­rza­łam, byłam już zako­chana po uszy. Chciał się wpro­wa­dzić, ale ja - jak na porządną Polkę przy­stało - opie­ra­łam mu się aż przez trzy mie­siące. Mimo że zosta­wał u mnie na noc, do niczego nie docho­dziło. A on się nie dener­wo­wał, tylko cier­pli­wie cze­kał. Mówił: "Swe­ethe­art4, będę cze­kał na cie­bie choćby nawet całe życie". Te jego czarne, głę­bo­kie, piękne oczy nie mogły prze­cież kła­mać, prawda? Pamię­tam, jak kie­dyś roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. Bar­dzo bolała mnie głowa. Skoń­czy­łam więc roz­mowę, bo ból nie pozwa­lał mi się sku­pić. Kil­ka­na­ście minut potem stał już pod moimi drzwiami, bo tak się o mnie mar­twił i tak bar­dzo chciał mnie po pro­stu utu­lić do snu. W końcu ktoś żył dla mnie i z mojego powodu.

Nasz pierw­szy raz był magiczny. Taki, jaki powi­nien być. W małym miesz­kanku, w któ­rym zmie­ściły się tylko łóżko, mały sto­lik przy anek­sie kuchen­nym i prysz­nic. Do dziś nie wiem, czyje to było miesz­ka­nie. Przy­pro­wa­dził mnie tam. Zje­dli­śmy kola­cję, którą sam przy­go­to­wał.

- Jakie to pyszne, nie­sa­mo­wita mie­szanka sma­ków - pró­bo­wa­łam roz­po­znać poje­dyn­cze skład­niki.

- To jol­lof. Pro­sta potrawa jed­no­garn­kowa. Tra­dy­cyjne nige­ryj­skie danie. Nasza mama czę­sto je robiła, bo jest na bazie ryżu. A wia­domo - ryż jest sto­sun­kowo tani i można się nim porząd­nie najeść. Chyba wiem, co ci tak sma­kuje poza połą­cze­niem naszych przy­praw, które nadają nie­po­wta­rzal­nego cha­rak­teru tej potra­wie. Doda­łem do ryżu mleko koko­sowe. Ono tak ide­al­nie łago­dzi to danie... - opo­wia­dał jak praw­dziwy mistrz kuchni, a ja wpa­try­wa­łam się w niego z czu­ło­ścią i zachwy­tem.

- Omari, chciał­byś kie­dyś wró­cić do domu? - zapy­ta­łam.

Zamy­ślił się, mil­czał chwilę, a potem z peł­nym prze­ko­na­niem odpo­wie­dział zarówno mnie, jak samemu sobie:

- Nie, nie chciał­bym żyć w Nige­rii. Ni­gdy nie czu­łem się tam u sie­bie. Chciał­bym tylko ścią­gnąć tu mamę i sio­stry. One tam nie żyją god­nie. Wiem, że tu szybko odna­la­złyby dom. Ja tak wła­śnie zaczy­nam myśleć o Pol­sce. Jak o domu. Zwłasz­cza od kiedy w moim życiu jesteś ty...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki