Osada - Michał Śmielak

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Mara

Rok 1978

Ciem­ność wpeł­zała do do­mo­stwa, wy­peł­nia­jąc lepką czer­nią wszyst­kie kąty nie­oświe­tlone przez chy­bo­tliwe świa­tło lampy. Lę­gły się w niej wszel­kie po­twory tego świata, to prze­cież rzecz pewna, bo i gdzie mia­łoby się to plu­ga­stwo cho­wać, jak nie wła­śnie tam, w miej­scu za dnia do­brym, a po zmroku złym. Du­chy sia­da­jące nocą na piersi, wą­pie­rze chłep­ta­jące cie­płą krew, de­mony wy­jące po no­cach czy zjawy la­ta­jące z gru­dnio­wymi wia­trami, tłu­kące się do okien. One wszyst­kie pra­gnęły cie­pła ży­cia czło­wie­czego, bo swo­jego nie miały, istoty prze­klęte, które to­czą mar­z­nącą krew, a oczy ich są ni­czym lód.

O tak, były tam, psie­ju­chy, tylko lampa je od­stra­szała, a w niej knot co­raz krót­szy, a i nafty jakby uby­wało za szybko. A co bę­dzie, jak dzia­dek przy­śnie i nie na­pełni lampy albo knot się skoń­czy? Czy rzucą się na nas, za­to­pią kły w mięk­kich gar­dłach, będą mla­skać z roz­ko­szy, spi­ja­jąc po­sokę, cie­szyć się z ła­twego po­siłku?

Może to jed­nak nie lampa, nie świa­tło, a głos dziadka trzy­mał je na wo­dzy? Bo on je znał, wi­dział wiele razy, jego małe, oko­lone pa­ję­czą plą­ta­niną zmarsz­czek oczy tak wiele wi­działy, rze­czy złych i do­brych. Każdy siwy włos dziadka był ra­chun­kiem za zo­ba­czone zło, a wi­dział go po­dobno wiele. I te­raz o nim opo­wia­dał.

- Sto lat bę­dzie na­zad, jak to było - po­wie­dział sta­ru­szek po dłu­giej chwili wpa­try­wa­nia się w pło­nący ko­mi­nek. - Ja to jesz­cze nie by­łem na świe­cie, ale oj­ciec opo­wia­dał, a mó­wił tylko to, co sam wi­dział.

Dzia­dek znowu za­milkł i nie od­ry­wał oczu od wy­mu­ro­wa­nego sza­rymi ka­mie­niami ko­minka wy­peł­nio­nego raź­nymi pło­mie­niami. Ska­kały, tań­czyły, głu­pio i bez­myśl­nie, jak to one, ale bez nich czło­wiek by za­marzł, ot co. Za­tem i z głu­piego może być po­ży­tek. Li­sto­pad zgo­to­wał im nie­mal lato, dawno już tak nie było, po­tem desz­cze, jakby kto w nie­bie staw opróż­niał, no a gru­dzień na­słał mrozy pier­wej bez śniegu, ale już się po po­lach bie­liło, więc zo­stało nam sie­dzieć w cha­łu­pie i słu­chać.

- Zima też była tęga, za­częła się w li­sto­pa­dzie i trzy­mała do maja. Jed­nego dnia słońce i ra­dość, a dru­giego ciem­ność i mróz. Żeby tak po bo­żemu, że pier­wej zimno, a po­tem lód ka­łuże skuje, czło­wiek wtedy wie, czego się spo­dzie­wać, ale nie, przy­szło i już.

- I wtedy też tak wyło? - za­py­tał Pie­truś, pod­ro­stek jesz­cze.

Cała sprawa roz­cho­dziła się o to, że od­kąd ści­snęły mrozy, coś prze­raź­li­wie wyło po nocy, aż wszy­scy wstrzy­my­wali pod pie­rzy­nami od­dech, żeby złego nie sku­sić, nie zwa­bić do domu. Gdy za­pa­dały ciem­no­ści, a księ­życ wcho­dził wy­soko na niebo, co­raz cień­szy i chud­szy, po wio­sce mo­men­tal­nie roz­le­gało się wy­cie. Gdy tylko ktoś wy­cho­dził spraw­dzić, co to tak wyje, to na­sta­wała ci­sza jak ma­kiem za­siał.

- Wyło - po­twier­dził dzia­dek i prze­niósł wzrok na Pietrka, smutny, zmę­czony, po czę­ści za­kryty biel­mem.

- I co? - pyta jak głupi bra­ci­szek, jak dziecko, cho­ciaż idzie mu już na szes­na­sty rok, to i ro­zumu po­wi­nien kapkę mieć.

- Wiesz, Pie­truś, dla­czego w zi­mie noce dłu­gie? - za­py­tał dzia­dek.

- Nie - od­po­wiada.

- Bo w le­cie to czło­wiek spi­żar­nie na­peł­nia, dla­tego musi cały dzień cho­dzić, orać, sa­dzić, żni­wo­wać. Ma wtedy za­pa­sów do wio­sny, on i jego chu­doba. W zi­mie za to żni­wuje wszystko, co złe. Dla nich zima. Ale dla nas zimno, dla nas mróz. To ostrze­że­nie, żeby czło­wiek za próg nosa nie wy­sta­wiał, na du­pie ma sie­dzieć w cie­płej cha­łu­pie i wy­pa­try­wać wio­sny. Bo w zi­mie za oknem po nocy złe cha­dza.

- Ni­jak złego wy­pa­trzeć - od­parł Pie­truś.

- Bo my do ta­kiego wi­doku nie­zwy­czajni - od­po­wie­dział cier­pli­wie dzia­dek. - Bóg mą­drze zro­bił i żeby nam oszczę­dzić ta­kich po­twor­no­ści, to na szyby spro­wa­dza mróz, kwiaty piękne ma­luje. Nie masz co tedy wy­glą­dać na świat, ciem­ność świ­dro­wać okiem, bo ni­czego nie zo­ba­czysz. Patrz na kwiaty, po­wiada Bóg, com ci je wy­ma­lo­wał, a po­tem idź spać. W domu je­steś bez­pieczny. Wiele jest zna­ków, że zimą dia­beł bli­sko jest, tylko lu­dzie głu­pie, pa­trzą, a nie wi­dzą.

- Ja­kich zna­ków? - za­py­tała Es­terka, naj­star­sza z mo­ich sióstr.

- Raz, że noc długa, żeby de­mony mo­gły swo­bod­nie po­lo­wać, bo za dnia śpią. Jed­nak przez to okrut­nie głodne, bo jak się w le­cie prze­bu­dzą, to jesz­cze nie zdążą się po­rząd­nie po za­dku po­dra­pać i prze­cią­gnąć, jak noc się koń­czy i trza iść spać.

- Ano tak - zgo­dziła się Es­terka. - I co jesz­cze, dzia­du­niu?

- Ot choćby zo­bacz­cie, że w le­cie jak na­cią­gniesz wody ze studni, to zimna, aż w zęby kole, tak jest?

- Ano - po­twier­dził mój oj­ciec. - Tak jest.

- Ale w zi­mie też mo­żesz wody na­cią­gnąć, na­wet jakby mróz był taki, że ptaki w po­wie­trzu za­ma­rzają, co się zda­rzało.

- By­wało - wtrą­cił się po­now­nie oj­ciec.

- Bo w zi­mie pie­kło bli­żej pod­cho­dzi i to, co w ziemi, to pod­grzewa, dla­tego woda w studni nie za­ma­rza.

- Ano ra­cja - zgo­dził się oj­ciec, a wszy­scy po­zo­stali po­ki­wali gło­wami.

- A jaki naj­strasz­niej­szy zły jest? - za­py­tał Pie­truś. - Ten, co tak wyje.

Dzia­dek od­wró­cił głowę w stronę ko­minka, jakby mu­siał coś z pło­mieni wy­czy­tać, ja­kąś prawdę. Może i tak jest, że dłu­gie ży­cie za­pi­suje swoje mą­dro­ści w czymś ulot­nym, jak choćby w ogniu, i tylko sta­rzy po­tra­fią z nich czy­tać, kto wie. Mło­dzi nie tracą czasu na śle­pie­nie w ogień, wiecz­nie za czymś bie­gają, do­kądś się śpie­szą, nie ma u nich chwili na mą­drość.

- To nie on, ino ona - po­wie­dział po chwili dzia­dek ci­chym gło­sem.

- Ona? - za­py­tały jed­nym gło­sem dziew­czynki.

- Mó­wią na nią "Mara" - oznaj­mił dzia­du­nio. - Ale daw­niej zwali Śmier­ci­cha.

- Co robi? - za­py­tał Pie­truś.

- Przy­cho­dzi z pierw­szym mro­zem, żeby jej stopy z ko­ści ostrych ni­czym noże nie za­pa­dały się w mięk­kiej ziemi. I żni­wuje. Aż do pierw­szego cie­pła, a nie ma tak, że pa­trzy, kogo za­brać, cho­ciaż starą krew naj­bar­dziej lubi, stąd się ma­wia: "cie­szy się sta­rzec, że prze­żył ma­rzec". Jed­nak nie po­gar­dzi młodą dziew­czyną, ro­słym go­spo­da­rzem czy pod­rost­kiem.

- A dzieci? - za­py­tała Es­terka.

- Na dziatki małe też ma smaka - po­wie­dział dzia­du­nio, na co małe bąki sku­liły się w so­bie.

- Skąd dzia­dek to wszystko wie? - za­py­ta­łem.

Sta­ru­szek po­chy­lił się nad ko­min­kiem, do­rzu­cił jedno po­lano, przez co ogień na chwilę przy­gasł, ale nie mi­nęło długo, jak wstą­piło w pło­mie­nie nowe ży­cie i ocho­czo za­brały się do ka­wałka ja­błoni, którą po­ła­mała bu­rza w środku lata.

- Sto lat temu to było - po­wie­dział ci­cho dzia­dek. - Naj­pierw wyło to coś po no­cach, tak było, tak oj­ciec opo­wia­dał. Jed­nej nocy uci­chła Mara w końcu i lu­dzie my­śleli, że po­szła so­bie precz prze­pa­dła, że od­wilż krótka przyj­dzie. Rano, jak wy­szli po wodę do studni, to śnieg przed cha­łupą czer­wony był, nie biały. Czer­wony jak pole ma­ków, a to zima prze­cie, gdzie maki? Dziew­czyna le­żała na środku po­dwórca, biała na czer­wo­nym śniegu. Nogi i ręce roz­ło­żone, jakby się wi­tać chciała.

- Wi­tać? - za­py­tała sła­bym gło­sem Ju­leczka, moja młod­sza sio­stra.

- Wi­tać - przy­tak­nął dzia­dek. - A i Mara ją po­wi­tała, po­ca­łun­kiem naj­pierw, bo twarz jej od­gry­zła, wargi też, że zęby wi­dać było. Znać, lubi mięk­kie i cie­płe usta, bo ob­gry­zione były do­kład­nie. Nosy też lubi, bo i to ze­żarła, tylko dziura zo­stała. Oj, bar­dzo lubi mięk­kie, bo i po­wieki od­gry­zła, jakby ko­żuch z mleka zja­dała. I uszy.

- O matko - jęk­nęła Ju­leczka.

Dzie­ciaki pod­cią­gnęły koce pod nosy, przy­tu­liły się do sie­bie, a ich oczy, wiel­kie i brą­zowe, jesz­cze się po­więk­szyły. Gdyby ma­tula była w domu, toby na ta­kie stra­chy dzia­du­niowi nie po­zwo­liła, ale po­szła do Ka­pi­ców świece z wo­sku od­le­wać. Oj­ciec za to na ta­kie opo­wiastki po­zwa­lał, bo sam bar­dzo lu­bił o du­chach i upio­rach słu­chać.

- Jak to: ze­żarła? - za­py­tał pod­eks­cy­to­wany Pie­truś. - I uszy, i nos, i po­wieki, i po­liczki?

- Ape­tyt miała, to z pew­no­ścią, pew­nie z głodu wyła tak przez tych kilka dni, a gdy już się na­żarła, to uci­chła i po­szła spać. Ale ile to trzeba by warg zjeść, no­sów i po­wiek, żeby brzuch za­peł­nić?

- Wiele - od­parł szybko Pie­truś, co to sam wiecz­nie był nie­na­je­dzony.

- Tym się nie naje na­wet naj­chud­szy po­twór, masz ra­cję, więc żeby so­bie pod­jeść, Śmier­ciu­cha od­gry­zła jej też piersi, duże i białe. Mu­siały jej sma­ko­wać, bo wiele nie zo­sta­wiła, krwią na­chla­pała i ję­zo­rem po­sokę po brzu­chu roz­ma­zała. Ale prze­stała wyć.

- Zła­pali ją? - za­py­ta­łem w końcu, bo to mnie naj­bar­dziej cie­ka­wiło.

- Nie - za­prze­czył sta­now­czo dzia­dek. - Mi­chałku, nie zła­pano. Śla­dów zo­sta­wiła, ko­pyta wiel­kie miała i szpony przy ła­pach jak noże, po­szli po tych śla­dach z wi­dłami, ale w le­sie gi­nęły, a tam już bali się iść, zresztą dni krót­kie, a śniegi straszne były, nie do cha­dza­nia po le­sie taka po­goda, oj nie.

- Ale wyć prze­stała? - do­py­ty­wał Pie­truś.

- Naja­dła się i prze­stała - oznaj­mił dzia­dek. - Tyle że nie mi­nął ty­dzień, jak znowu wy­cie spa­dło na wieś.

- Ojej - jęk­nęła Es­terka.

- Za­biła znowu? - drą­żył nie­stru­dze­nie Pie­truś.

W izbie za­le­gła ci­sza jak ma­kiem za­siał i chciało się krzyk­nąć albo cho­ciaż wes­tchnąć, żeby tak ci­cho nie było, ale wy­rę­czył nas ogień, który w ko­mi­nie trza­snął mocno na ży­wicz­nym po­la­nie i wy­rwał dziadka z za­my­śle­nia.

- To była bar­dzo długa i strasz­nie mroźna zima - po­wie­dział w końcu dzia­du­nio, wstał, po czym po­tarł kciu­kiem po­wiekę, aż oko za­trzesz­czało.

I nie mó­wił już wię­cej, czy to nie chcąc bu­dzić wspo­mnień, które za­mro­ziły dzie­siątki mroź­nych zim, czy też oba­wia­jąc się ma­tuli, która wła­śnie wró­ciła do domu z ko­szem peł­nym świec.

Trza­snęły drzwi, ma­tula otrze­pała buty, we­szła do kuchni i od razu zro­zu­miała, co się działo. Tak, nie trzeba jej było ni­czego tłu­ma­czyć, jej prze­ni­kliwy wzrok ob­jął dziadka wy­stu­ku­ją­cego resztki ty­to­niu z fajki, którą miał w zwy­czaju ćmić po śnia­da­niu, obie­dzie i przed snem, po­tem uj­rzała wszyst­kich do­mow­ni­ków zgro­ma­dzo­nych wo­kół sta­ruszka i dwie swoje có­reczki na­kryte pie­rzyną pod same nosy. Ich wiel­kie brą­zowe oczy świe­ciły ni­czym dwie la­tar­nie, oznaj­mia­jąc matce, że oto w tej izbie brzmiały echa prze­ra­ża­ją­cych hi­sto­rii.

- Znowu dzia­dek wam głu­pot do głów na­kła­dał, co? - za­py­tała, bio­rąc się pod boki.

- Daj żyć, Ma­ry­siu. - Dzia­du­nio zbył ją mach­nię­ciem fajki. - Tak jak­byś ty za dzie­ciaka nie słu­chała ta­kich opo­wie­ści.

- I do dziś mi się te wszyst­kie po­twory śnią - od­parła nie­zra­żona. - O czym było dzi­siaj, co? Wą­pie­rze? Strzy­go­nie? Be­boki?

- Dzia­du­nio o Ma­rze opo­wia­dał - od­par­łem szybko, wi­dząc, jak Es­terka i Ju­leczka głę­biej cho­wają się pod pie­rzyną, jak to dzieci, czu­jąc, że to one naj­moc­niej za­wi­niły. - O tej, co tak wyje po nocy.

- Wilki pod­cho­dzą pod wio­skę i wyją, a nie żadne Mary czy Śmier­ciu­chy - od­parła ma­tula. - Zima ciężka, a mróz dziś ści­ska, jak dawno nie było.

- Świece przy­nio­słaś? - za­py­tał oj­ciec, chcąc zejść z nie­bez­piecz­nego te­matu, ale po­stą­pił nie­opatrz­nie, bo uwaga ma­tuli sku­piła się na nim.

- A tyś jesz­cze głup­szy, że ojcu na to po­zwa­lasz - za­ata­ko­wała ma­tula. - Nie ty z nimi w nocy bę­dziesz przy piecu le­żał, jak im się kosz­mary za­czną.

- Ale prądu znowu nie ma, ra­dia nie szło po­słu­chać - wy­ja­śni­łem, sta­jąc w obro­nie ojca. - Do Ko­wa­lów by­śmy po­szli w te­le­wi­zor po­pa­trzeć, ale jak prądu nie ma, no to jak. A dziś do­bra­nocka, a wcze­śniej le­ciała Stawka.

- Trzeba było do ro­boty się wziąć - skon­tro­wała ma­tula. - Święta za pa­sem, Wi­gi­lia za dwa dni. Groch prze­pa­trzeć, czy przez ro­baka nie sto­czony, drew na za­pas na­rą­bać, żeby nie trzeba było od stołu wsta­wać, a nie o głu­po­tach ga­dać.

- A kiedy wróci prąd? - za­py­tała Es­terka, która ogrom­nie lu­biła słu­chać ra­dia.

- Dziś pią­tek, więc jak ju­tro nie na­pra­wią, to może do­piero po świę­tach, kto wie - od­po­wie­dział jej oj­ciec. - No, spać, smarki! - za­rzą­dził, wsta­jąc od stołu i klasz­cząc za­chę­ca­jąco.

- Mi­cha­łek! - Ma­tula skie­ro­wała oczy na mnie i wła­śnie zda­łem so­bie sprawę, że ja je­den nie obe­rwa­łem za dziad­kowe opo­wie­ści. - Idź do babci, swe­ter ci zro­biła i trzeba przy­mie­rzyć.

- Już lecę - od­po­wie­dzia­łem i ski­ną­łem głową, cie­sząc się, że tylko o to cho­dzi i dziś nie do­sta­nie mi się za dziad­kowe opo­wie­ści.

- I świece jej za­nieś, bo kto wie, kiedy prąd bę­dzie - do­dała, wrę­cza­jąc mi mały pa­ku­nek. - Nafta nam się do lamp koń­czy, kto by po­my­ślał, że tak czę­sto tej zimy prądu nie bę­dzie i lampy się przy­da­dzą. Na­ro­bi­li­śmy świec, a Ka­pica ma się ju­tro wy­brać do sklepu w mie­ście po naftę, może kupi parę fla­szek.

Za­bra­łem pa­ku­nek od mamy, ubra­łem się cie­pło, bo mimo że dom babci był obok na­szego i mógł­bym szybko prze­le­cieć, to póź­niej by­li­śmy umó­wieni z An­drze­jem i Krzyś­kiem w sto­dole tego ostat­niego, żeby omó­wić na­sze wła­sne przy­go­to­wa­nia do świąt.

***

Bab­cia po­ki­wała smęt­nie głową, po­twier­dza­jąc, że wszystko, o czym opo­wia­dał dzia­dek, było prawdą. Mu­sia­łem za­py­tać, wyj­ścia nie było, a tylko ona mo­gła wie­dzieć to samo.

- I całą zimę ta Mara sza­lała po wsi? - za­py­ta­łem, nie do­wie­rza­jąc.

- Mó­wią, że całą - od­po­wie­działa bab­cia, obie­ra­jąc uważ­nie ma­łym no­żem jabłko, jak za­wsze wal­cząc o pry­mat w ro­bie­niu naj­dłuż­szej obierki na świe­cie.

- I dużo dziew­czyn za­brała?

- Róż­nie mó­wili, ale że jak już za­cznie, to do­póki mróz nie ze­lży, bę­dzie za­bie­rać. Mój dzia­dek opo­wia­dał, że wtedy sporo gro­bów trzeba było wio­sną ko­pać. Zimą nie dało rady, bo ta­kie tę­gie mrozy na­de­szły, że w zie­mię nie szło na­wet szpilki wbić. Trzy­mali ciała w sto­dole po­za­wi­jane w ca­łuny aż do wio­sny.

- I nie zła­pali Mary?

- A jak de­mona zła­pać? - za­py­tała bab­cia, kro­jąc jabłko na cząstki i po­da­jąc mi na ta­le­rzyku. - Przy­je­chał po­ste­run­kowy, w pa­pie­rach po­noć coś na­pi­sał i tyle go wi­dzieli.

- Dziwne to wszystko - stwier­dzi­łem. - Że tak coś przy­łazi i za­bija, a lu­dzie nic.

- Był po­tem ksiądz we­zwany - od­parła bab­cia. - Mo­dlił się i świę­cił zie­mię.

- I po­mo­gło?

- Wyć prze­stało i lu­dzie gi­nąć prze­stali, ni­gdy już Mara nie wró­ciła. Mało to ma wio­sek, gdzie zie­mia nie­po­świę­cona? A może co miała ze­żreć, to ze­żarła, i już? Kto wie? Chyba tylko je­den Pan Bóg. No, nie mówmy już, nie wy­wo­łuj wilka z lasu.

Chcia­łem jesz­cze py­tać, bo tyle rze­czy ko­tło­wało mi się w gło­wie, ale bab­cia była okrop­nie uparta i jak po­wie­działa, że ko­niec, to nie było po co ję­zyka strzę­pić. Jed­nak sama w końcu się ode­zwała, jakby coś jej cią­żyło i mu­siała to po­wie­dzieć.

- Ale wró­ciła - wy­szep­tała.

- Te­raz? - za­py­ta­łem od razu.

- Wtedy - od­parła.

Na­gle do drzwi bab­ko­wej cha­łupy ktoś za­ło­mo­tał, a mi z tego wszyst­kiego serce nie­mal sta­nęło, jed­nak sta­ruszka nie­zra­żona kiw­nęła głową i ka­zała otwo­rzyć. Wia­domo, sta­rzy lu­dzie nie boją się ni­czego, a na­sza babka to już w szcze­gól­no­ści.

Pod­sze­dłem nieco nie­pew­nie pod drzwi i po­ło­ży­łem dłoń na klamce. Otwie­rać? Nie otwie­rać? A jak to de­mon? Który de­mon puka, głupku.

Ano oka­zało się, że są też ta­kie, które pu­kają.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki