Orzeł w cierniowej koronie - Andrzej Paradowski

Kup ebooka

28.00 zł
22.40 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Czas rozkwitu królujących tu wiosną magnolii dawno już minął, a zieleń ich pozbawionych kwiatów krzewów wtapiała się w tło liściastych drzew i młodych, wysmukłych tui, stojących na straży spokoju umarłych. Z subtelnie splatającymi się odcieniami zieleni kłóciła się pstrokacizna nagrobnych kwiatów, przeważnie sztucznych. Nad ogromną, porażoną upałem nekropolią panowała cisza, niekiedy tylko przerywana głosami ptaków, hałaśliwie przemieszczających się wśród gałęzi starych drzew.

Paweł przekroczył cmentarną bramę i zagłębił się w tę enklawę spokoju, zostawiając za sobą uciążliwy gwar otaczającego go od rana uniwersyteckiego towarzystwa i bezimienną masę obcych ludzi, pasażerów tramwaju, który przewiózł go po rozgrzanych, zapylonych ulicach miasta. Do rozklekotanego wagonu wcisnął się z trudem i balansując nienachalnie wśród pasażerów, zajął miejsce, jak za dawnych lat, przy oknie tylnego pomostu, ciekawie obserwując znane okolice. Minęli nowoczesny, przeszklony budynek domu towarowego, przed gmachem opery tramwaj ostro skręcił w prawo, aby po przejeździe koło pięknego gmachu dawnej Reduty Kupieckiej powrócić do pierwotnego kierunku i zmierzając wąską ulicą, dotrzeć do rzeki. Rynek z pięknym ratuszem i dochodzące do niego uliczki ominęli bokiem – kilka lat po wojnie linie tramwajowe zostały tam zlikwidowane. Po wjeździe na szeroki most nad rzeką i po zjeździe z niego nasycał się widokiem monumentalnego gmachu uniwersytetu, potem tramwaj ostro skręcił i zagłębił się w nieciekawą, mało zniszczoną przez wojnę dzielnicę. Tutaj żar przepędził ludzi z ulic i tylko naprzeciw pierwszego przystanku za mostem, gdzie wysiadło sporo osób, przed sklepem mięsnym, jak jeszcze niedawno, w siermiężnych czasach, stała spora gromadka oczekujących na dowóz towaru. Niektórzy po opuszczeniu tramwaju przebiegli przez ulicę i zasilili kolejkę. Koło budynku dworca zlikwidowanej kolei wąskotorowej w wagonie zaczęło robić się luźno, a po minięciu rozległego skweru, otoczonego na obrzeżach drzewami i stąd zwanego przesadnie parkiem, pojawiły się miejsca siedzące. Paweł siadł.

Minęli wiadukt kolejowy i tramwaj wolno toczył się po rozklekotanych szynach wzdłuż muru oddzielającego ulicę od rozległego terenu ponurej sławy XIX-wiecznego więzienia, a zarazem katowni. Tu Niemcy gilotynowali skazanych, a ich powojenni następcy rozstrzeliwali lub wieszali własnych więźniów. Gilotynę wywieźli Sowieci. Studenci medycyny nieraz zastanawiali się po cichu, czy umieszczone w drewnianych stojakach zakonserwowane głowy służące jako preparaty do ćwiczeń z anatomii nie należały do ofiar niemieckich egzekucji. To wydawało się mało prawdopodobne. Od zakończenia wojny minęły lata, a budynek Collegium Anatomicum, witający przybyłych napisem Mors ianua vitae ("Śmierć bramą życia"), był znacznie uszkodzony podczas działań wojennych. Paweł zastanawiał się, do kogo należała głowa, przy której przyszło mu spędzić cały trzeci semestr studiów. Nic nie dało się wyczytać z prześladujących go do dzisiaj wyrazistych, szlachetnych rysów mężczyzny zmarłego w kwiecie wieku, teraz już bezimiennego. Z czasem oblicze zmarłego zasłonił zdjęty z głowy skalp, otwarto czaszkę i wyjęto do preparowania szarą galaretowatą masę mózgowia z umarłymi już myślami i uczuciami. Jaki był los tego człowieka? Dlaczego nikt nie upomniał się o jego ciało? Czyżby nie miał nikogo bliskiego, rodziny, przyjaciół, a może padł od kul na podwórku mijanego więzienia? Takich nie wydawano rodzinom; grzebano w zakątkach cmentarza lub przekazywano jako materiał do ćwiczeń anatomicznych.

Dalsze wspomnienia ze studenckich czasów przyniósł przystanek przy ulicy ograniczającej więzienie od północy. Tu onegdaj wysiadał, aby dotrzeć do nieodległej kliniki psychiatrycznej. Budynek przez nią zajmowany wybudowano tuż po oddaniu kompleksu więzienia jako Miejski Zakład dla Umysłowo Chorych. Było to pod koniec XIX wieku, kiedy dzielnica ta stanowiła odległe, mało dostępne peryferie miasta i chyba nie był to przypadek: wykluczonych z powodu niesprawności umysłowych i przestępców umieszczono z dala od tętniącego życiem śródmieścia. Później przeniesiono klinikę w miejsce ustronne, ale położone niedaleko kompleksu budynków Wydziału Lekarskiego. Kierowali nią wybitni specjaliści, w tym przez trzy lata, do swej przedwczesnej śmierci słynny Alzheimer. Renomę jej zniszczył profesor psychiatrii, a zarazem nazistowski pułkownik, aktywny uczestnik procesu eutanazji umysłowo chorych i przeprowadzania na nich zbrodniczych eksperymentów. Po szesnastu latach od zakończenia wojny, zagrożony wyrokiem sądowym, popełnił samobójstwo, rzucając się w przepaść w górach Tyrolu. Działania wojenne nie oszczędziły budynku kliniki, więc umieszczono ją ponownie w dawnym miejscu, oddając w ręce lwowskiego profesora. Był to człowiek nadzwyczaj sympatyczny, świetny wykładowca, posługujący się piękną polszczyzną i przekazujący wiedzę wyraziście. Na wykłady zapraszał pacjentów i rozmawiał z nimi, ujawniając kunszt psychiatry i wspaniałe podejście do ludzi. Do chorych odnosił się z szacunkiem, niczym nie urażając ich godności. Emanujący empatią arcymistrz słuchania. Wykłady profesora przyciągały studentów różnych lat, a Paweł po raz pierwszy pojawił się na nich za namową starszego kolegi, jeszcze przed rozpoczęciem kursu psychiatrii. Dzięki temu poznał profesora, który wkrótce został na pewien czas uwięziony i po uwolnieniu pozbawiony stanowiska jako niepewny politycznie.

Wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat przerwała syrena płynącej po kanale barki. Przeniósł się na drugą stronę wagonu, aby nie przeoczyć przystanku przy głównej bramie cmentarza. Jej pojawienie się sygnalizowały coraz gęściej porozkładane stragany z kwiatami i zniczami. Kupujących nie było, sprzedawcy chronili się przed słońcem pod rozciągniętymi nad stołami daszkami.

Wysiadł z tramwaju, zszedł z nadbrzeżnego nasypu, na którym leżały tory. Kupił u znudzonej i zmęczonej upałem kobiety kwiaty, znicze i zapałki. Skierował się ku wejściu. Mimochodem spojrzał na wiszące koło bramy klepsydry. Uwagę zwracała jedna, świeżo naklejona na tych już podniszczonych, wyróżniająca się wielkością, brakiem krzyża i tradycyjnego skrótu "śp.".

Z głębokim żalem żegnamy ppłk. Anatola Lipczenkę, zasłużonego bojownika o wolność i demokrację, zmarłego 20 sierpnia 1989 roku w wieku 84 lat. Pogrzeb odbędzie się na tutejszym cmentarzu w dniu 28 VIII 1989 r. Odprowadzenie zwłok do kwatery zasłużonych poprzedzi pożegnanie w kaplicy rozpoczynające się o godzinie 12.00. Cześć jego pamięci. ZBoWiD i towarzysze.

Lipczenko – "bojownik o wolność i demokrację". Wiele lat upłynęło, a więc nie dziwi, że zmarł jako podpułkownik. "ZBoWiD" – odtworzył w pamięci: to Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, nazwa, której każde słowo dla znających przeszłość jej członków było szyderstwem. "Towarzysze" – nie było wątpliwości: to ten! Paweł poczuł podniecenie. Co za zbieg okoliczności: przybył do kraju na kilka dni, po latach przymusowej nieobecności, znalazł się tu i teraz, aby mieć okazję uczestniczenia w ostatniej drodze tego upiornego człowieka, winnego męczeństwa ojca, za którego sprawą nadzieje wielu ludzi na spokojne życie po wojennej zawierusze zamieniły się w horror. Spojrzał na zegarek; miał godzinę. Żwawo podążył do biura zarządu nekropolii, gdzie dość szybko uiścił opłatę za grób rodziców, po czym udał się nań, wczoraj uporządkowany, złożyć kwiaty. Wrócił na główną aleję wiodącą do kaplicy. Poza nim podążała w jej stronę, podpierając się na lasce, przygarbiona staruszka w czarnej sukni i takiej chustce zasłaniającej siwe włosy.

Dotarł na miejsce i zajął miejsce tuż przy wejściu, w ostatniej ławce. Słońce w tym bezchmurnym sierpniowym dniu zbliżało się do zenitu i jego ostre promienie bez trudu przebijały się przez misternie ułożone szkła witraża cmentarnej kaplicy. W jej posępnym mroku rozpraszały się świetliste smugi krwistej czerwieni, żółci i fioletu. Pojedyncza szeroka wiązka światła nieokreślonej barwy, utworzona dzięki pokonaniu przez promienie słońca grubej warstwy brudu w górnej, niezabarwionej części witraża, padała na woskową twarz zmarłego. Widok tego ukształtowanego pośmiertnie szarego oblicza kontrastował z ubraniem nieboszczyka, które za sprawą gry świateł mieniło się różnymi kolorami jak strój arlekina.

Niewielka grupa żałobników, mężczyzn w podeszłym już wieku, siedziała milcząco w mroku kaplicy, oczekując na początek uroczystości. W pewnej odległości za nimi zajęli miejsca trzej młodzi ludzie w szarych, podobnie skrojonych garniturach i identycznych jedwabnych krawatach. Skłaniając się ku sobie, wypełniali czas prowadzoną szeptem rozmową.

Po obu stronach katafalku ustawiono dla najbliższych zmarłego dwanaście drewnianych, wyścielonych czarnym aksamitem krzeseł. Tylko połowa była zajęta. Twarze siedzących na nich starców w dochodzącym przez witraż oświetleniu mieniły się nienaturalnymi barwami. Pięciu z nich, jakby żywcem wyjętych z bezlitosnych karykatur, tworzyło po lewej stronie trumny zwarty szereg, na podobieństwo zmokłych ptaków. Obwisłe nosy, uszy i policzki, połyskujące łysiny lub niskie czoła, krótko strzyżone siwe czupryny lub strąki włosów niechlujnie opadające na karki. Oblicza jednych wynędzniałe, pobrużdżone, na poły zmumifikowane, z zarozumiale podniesionymi łukami brwi, odętymi wargami i kącikami ust pogardliwe zdążającymi ku szyi. U innych policzki zaokrąglone, ciastowate, okraszone niezdrowym rumieńcem, a usta mięsiste, w półuśmieszku pozorującym życzliwość dla całego świata. Różni, a zarazem upodobnieni do siebie starością i niedającą się opisać, ale uchwytną skazą podle spędzonego życia.

Ludzie ci zadali sobie niemały trud przezwyciężenia bezsilności wychudłych nóg, pokonania ciążenia ku ziemi przygiętego tułowia, utrzymania w pionie nieustępliwie chylącej się głowy i opanowania parkinsonalnego drżenia mięśni. Z powodzeniem pokonali dystans od bramy cmentarnej do kaplicy, śliniąc się przy tym i mamrocząc. Teraz odpoczywali przy katafalku, przepełnieni żalem nad swym starczym losem, obojętnie spoglądając na zwłoki człowieka, z którym związani byli latami służby i dopuszczalnym w jej ramach koleżeństwem. Przybyli na to pożegnanie swego towarzysza i wieloletniego przełożonego, wygarnięci ze swych legowisk nie tyle poczuciem wspólnoty, co irracjonalną obawą przed samotnością w chwilach własnej, nieuchronnie zbliżającej się ostatniej drogi. Uczucie własnej ułomności potęgowała w nich obecność człowieka zajmującego samotnie miejsce po drugiej stronie trumny. Nie poświęcał im szczególnej uwagi, ale mimowolnie, odrywając wzrok od nieboszczyka, na krótko kierował w ich stronę przenikliwe spojrzenia. Nie znał tych ludzi, a może ich nie pamiętał, nie miał jednak wątpliwości co do ich profesji. Obnażały ją odznaczenia zawieszone na pomiętych, nie do końca czystych marynarkach. Były mniej liczne od orderów wyłożonych przed trumną na czerwonych, otoczonych złotymi frędzlami poduszkach, świadczących o niemałych, docenianych przez władze zasługach zmarłego dla aparatu bezpieczeństwa.

Nędznie wyglądający emerytowani funkcjonariusze, zgrupowani przy zwłokach Anatola Lipczenki, przyzwyczajeni latami służby do respektu wobec prominentnych osób, skrępowani byli, poza jednym, tak bezpośrednim towarzystwem wieloletniego członka rządu, a uczucie niższości wzmagał w pokurczonych starcach dostojny wygląd byłego ministra. Obserwowali go bacznie, gdy po wejściu do kaplicy zbliżał się do nich powoli, niewątpliwie z trudem, ale pewnie stawiał drobne kroki, nie garbił się, a jedynie lekko pochylał ku przodowi wyprostowany tułów, głowę trzymał prosto. Pokonał bez widocznego wysiłku stopnie wiodące na podwyższenie i skinął na powitanie ręką. Przykrą, wręcz bolesną była świadomość, że od tego człowieka dobiegającego dziewięćdziesiątego piątego roku życia dzieli ich niedająca się wytłumaczyć, korzystna dla niego różnica biologicznego czasu.

Teraz, gdy tak znany w pomyślnych dla nich czasach mąż stanu siedział naprzeciw nich, spoglądając ukradkiem, podziwiali jego pięknie ukształtowaną głowę okoloną wianuszkiem krótko przystrzyżonych siwych włosów i rysy twarzy wyrzeźbione przed laty, w wieku rozkwitłej dojrzałości, pokryte niezniekształcającą ich siateczką drobnych zmarszczek. Oblicze było zewnętrznym wyrazem nieprzeciętnej inteligencji, pozbawionego zarozumiałości poczucia własnej wartości i emocjonalnego opanowania. Nie szpeciła szlachetnej twarzy głęboka blizna przecinająca ją od prawej skroni do płatka lewego ucha.

Urokowi tej postaci, jakby żywcem przeniesionej z panteonu najszlachetniejszych senatorów starożytnego Rzymu, nie poddał się najmłodszy uczestnik zgromadzenia przy trumnie. Spod krzaczastych brwi, rzucających cień na oczy, przypatrywał się niegdysiejszemu możnowładcy z nieukrywaną drwiną. Gdy przed laty przejął po Lipczence ściśle tajne archiwa, zapoznał się z prawdziwą drogą i bezdrożami życia, którymi podążał siedzący przed nim starzec, teraz pełny godności, niezłomnie przeświadczony o swej nieskazitelności. Obserwując Stefana Krzeskiego, zwanego niegdyś w gronie znajomych Maestrem, pomyślał, że szlachetny z przyrodzenia wygląd, sprawowane zaszczytne urzędy i funkcje zdobią człowieka jak strój uroczysty, a zarazem ochronny. Przywołując w pamięci treść nieujawnionych nigdy akt, nie dał się zwieść pozorom. Dokumenty te, a także inne, dające możliwość szantażu w chwilach zagrożenia, przywłaszczył sobie, przez wiele lat ukrywał w domu, zaś niedawno, w tym okresie przemian niosących nieprzewidywalne skutki, obawiając się niespodziewanej rewizji, spalił w ognisku. Tego roku w kraju czuło się swąd wielu pochłaniających papiery palenisk. Był przekonany, że po śmierci Anatola pozostał jedynym dysponentem niejawnej wiedzy o Maestrze, późniejszym wojewodzie, pośle i ministrze. Nieufny wobec ludzi, niezdolny do wdzięczności, zdobył się na myśl, że wiekowy prominent, uczestnicząc w tym pogrzebie, spłaca zaciągnięty dług. Jednak szybko odrzucił tę refleksję.

W istocie rzeczy dostojny starzec z blizną na twarzy daleki był od wspomnień odległych czasów, gdy jako jeden z tysięcy bezdomnych wędrowców, ocalonych z wojennej pożogi, przybył na utracone przez Niemców ziemie. Pełen obaw, ale – jak wielu – z nadzieją rozpoczęcia życia od nowa, odrzucenia ciążącego balastu młodzieńczych uwikłań i niechlubnych lat hitlerowskiej okupacji. Nie zdawał sobie sprawy, jak krótko będzie trwało poczucie swobody, że za przewalającą się od wschodu zwycięską armią przemieszczają się jak zaraza wysoce wyspecjalizowane sowieckie służby specjalne, zdolne bez trudu do fizycznego zniewolenia obcego im i nielubianego przez nich narodu, ale kierujące się przewrotnym pomysłem jego samozniewolenia. Na wyzwolonych wschodnich obszarach Polski, wśród tubylców znękanych kilkuletnią okupacją, zdezorientowanych, pomnych przedwojennych animozji i bratobójczych starć leśnych oddziałów wielu było gotowych do współpracy z nimi. Najprzydatniejsi byli zdemoralizowani wojną prostacy, którym narzucona ze wschodu władza stwarzała szansę nadzwyczajnego awansu, możliwości odegrania się na bardziej dotychczas uprzywilejowanych. Z nich instruowani przez Sowietów agenci tworzyli formację janczarów bezwzględnie zwalczającą dążenia do odbudowy kraju na kształt Polski przedwojennej, samodzielnej i niezawisłej.

Człowiek, którego zwłoki leżały na marach, znalazł się w tych szeregach w czasie, gdy front zatrzymał się nad Wisłą. Za rzeką wznosiły się dymy stolicy, dogorywającej w nierównej, samotnej walce. Wraz z zagładą miasta, śmiercią powstańców i tysięcy pozbawionych możliwości ucieczki mieszkańców ginęła nadzieja narodu na ustanowienie niezależnego bytu. Czterdziestopięcioletni wówczas Anatol, syn bezrolnego Ukraińca i urodziwej, ale równie biednej Polki, fornal w wielkoobszarniczym majątku, wciągnięty w czwartym roku wojny do oddziału czerwonych partyzantów, propozycję wstąpienia do Urzędu Bezpieczeństwa przyjął jako nadzwyczajne wyróżnienie. Nie do końca satysfakcjonowało go stanowisko komendanta milicji w zapadłej hrubieszowskiej wsi. Pełnił tę służbę, w randze kaprala, wraz z dwoma mało rozgarniętymi chłopcami, mając do dyspozycji stary karabin i pistolet z kilkoma nabojami. Spędzali czas na opróżnianiu konewek z bimbrem, grze w karty i nielicznych, nieskutecznych interwencjach w sprawach drobnych kradzieży i sąsiedzkich sporów. Wieś żyła zgodnie z ustalonym od wieków, nienaruszonym przez wojnę porządkiem, obojętna na dochodzące z zewnątrz wiadomości. Nie było tu ziemi dającej się zagarnąć w ramach reformy rolnej, zapowiedzianej przez nową władzę. Spokoju sennych, małych i rozdrobnionych gospodarstw nie zakłócali, jak zdarzało się to gdzie indziej, leśni ludzie. Wydawało się, że stan ten powinien w pełni zadowalać byłego fornala, latami ciężko pracującego na cudzej ziemi. W rzeczy samej cieszył się z urzędowej roli, o której kiedyś nie mógł nawet marzyć. Z drugiej zaś strony pomny był pogadanek oficera politycznego, przerzuconego przez linię frontu do jego oddziału partyzanckiego. Człowiek ten z przekonaniem dowodził, że teraz w kraju władzę obejmie lud pracujący miast i wsi, burżuazja zostanie przegoniona, a jej majątki i stanowiska zajmą, zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej, aktywni przedstawiciele ludu. Podkreślane wielokrotnie słowo "aktywni" Anatol dobrze zapamiętał. Wieczorami, nie mogąc zasnąć, z ubolewaniem rozmyślał o swej spokojnej egzystencji w tych czasach dających niewyobrażalne możliwości ludziom podobnym do niego, pełnym rewolucyjnego zapału.

***

Pewnego sierpniowego upalnego dnia poobiednią drzemkę Anatola i jego podwładnych zakłócił warkot zbliżającego się samochodu. Pośpiesznie zerwali się ze swych barłogów, podciągnęli wymięte marynarki z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, zacisnęli parciane pasy, założyli chłopskie czapki z niezgrabnie przypiętymi, pozbawionymi korony orzełkami, w miejsce opróżnionych do połowy butelek rozłożyli na stole wypełnione niezgrabnym pismem cotygodniowe sprawozdania i czekali, zerkając przez okno, na stojący przed domem wojskowy łazik. Siedzący w nim obok kierowcy oficer zakończył szerokim uśmiechem pogawędkę z otaczającą samochód gromadką dzieci i sprężystym krokiem zmierzał ku posterunkowi. Wchodząc do środka, niedbale odsalutował trzem obdartusom reprezentujących tutejszą władzę. Mundur z dystynkcjami kapitana miał idealnie dopasowany, przepasany koalicyjką i szerokim pasem z kaburą pistoletu. Cholewki nowiutkich butów lśniły czystością, a całości dopełniała usztywniona rogatywka, taka jaką nosili przedwojenni oficerowie. Młodzi milicjanci stali niezgrabnie wyprężeni, onieśmieleni i wystraszeni. Ich dowódca, salutując, zbliżył się do przybysza, rozpoznając w nim z pewnym trudem swojego partyzanckiego politruka. Ten, życzliwie, jakby porozumiewawczo, uśmiechnął się, wyciągając na powitanie dłoń. Już bez uśmiechu, głosem nieznoszącym sprzeciwu, rozkazał przestraszonym chłopcom opuścić pomieszczenie i siadł przy stole, wskazując ich komendantowi miejsce naprzeciw siebie. Kiedy zostali sami, wskazał na stojącą w kącie butelkę.

Po czwartej kolejce śmierdzącego drożdżami bimbru odstawił szklankę. Przybrał urzędową minę i zwrócił się do Anatola z oracją tonem wyszkolonego agitatora, zmąconą nieco za sprawą wypitego alkoholu.

– Wy tu, towarzyszu, macie przekonanie, że reprezentujecie władzę ludu, a tak naprawdę w chwilach doniosłych przemian znaleźliście się na bocznym torze. Oczywiście zadanie powierzyła wam władza ludowa, ale niesłusznie się z nią utożsamiacie. Pilnowanie porządku w tej spokojnej okolicy nie jest zadaniem was godnym. Zapamiętałem was jako dobrego wywiadowcę, zasłużonego w rozpoznaniu i likwidacji burżuazyjnego oddziału Sokoła. To wy przecież zaproponowaliście dowódcy plan jego osaczenia. Mam wobec was i prywatny dług. Uratowaliście mnie, zabijając napastnika mierzącego z automatu w moją stronę. No, dług nie całkiem osobisty, jako że ja od dawna służę proletariatowi i moje życie całkowicie do niego należy. Służba ta to teraz obowiązek oczyszczenia naszego kraju z wszelkiego obcego nam ideowo plugastwa. Nie potrwa to długo. Z pomocą naszego sojusznika miażdżącego niemieckich faszystów, a właściwie krocząc u jego boku, zdobyliśmy należną nam władzę. Wy tu macacie kury i podszczypujecie dziewuchy, a w kraju toczy się zacięta walka – trzeba się wam do niej włączyć.

To spotkanie zadecydowało o dalszym życiu Lipczenki. Z milicjanta pilnującego ładu w zapadłej dziurze przeobraził się w funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, z czasem, po krótkim przeszkoleniu w podmoskiewskim ośrodku, władcę życia i śmierci mieszkańców sporego miasta na przejętych od Niemców terenach.

***

O zasługach zmarłego zaczął mówić nad trumną najmłodszy spośród zgromadzonych starców. Przemawiał zgodnie z przyjętymi w tym środowisku zwyczajami, posługując się frazesami już od lat ugruntowanymi w środkach przekazu.

Paweł poczuł znużenie i uświadomił sobie, w jak złym towarzystwie przypadkiem się znalazł. Dyskretnie opuścił kaplicę i w jej cieniu zapalił papierosa. Tuż za nim wyszedł jeden z trójki młodych mężczyzn. Rozejrzał się, spostrzegł za rogiem kaplicy Pawła i zwrócił się do niego prośbą o ogień. Zaczęli rozmowę, podczas której żalił się, że pogrzeb jest tak skromny:

– W nieodległych czasach zgromadziłby przedstawicieli władz województwa, kompanię honorową, a katafalk pokryłyby stosy wieńców. Teraz, w rujnowanej przez przeciwników politycznych Polsce, pogrzeb odbywa się prawie ukradkiem, w sposób niegodny tak zasłużonego człowieka. Zgromadzeni w kaplicy to tylko koło kombatantów, a były minister jest prywatnie, jako sąsiad i przyjaciel zmarłego. No cóż, los jest kapryśnie zmienny i po latach ofiarnej, skutecznej walki przyszło nam, mam nadzieję, że przejściowo, nosić cierniową koronę. – Nagle rozmówca Pawła zmienił ton i prawie urzędowo oświadczył: – Wczoraj zgubił pan profesor na grobie rodziców notatnik. Szczęśliwie znalazł się i mam przyjemność go zwrócić.

Pawła zmroziło. Stało się jasnym, że funkcjonariusze wiedzieli, kim jest, i musieli go śledzić, prawdopodobnie od przyjazdu do miasta, a "cierniowa korona" była niewątpliwie aluzją do jego antyrządowej broszury Biały orzeł w cierniowej koronie. Wydał ją własnym nakładem po polsku i szwedzku. Przez Skandynawów nie była dostrzeżona, ale w Polsce, do której została przemycona, czytano ją z wypiekami na twarzy i wielokrotnie powielano. Przedstawił w niej oparte na faktach własne przemyślenia. Zaczął od najazdu Sowietów na kraj zmagający się w nierównej walce z niemiecką potęgą militarną, potem opisał aneksję wschodnich terenów, połączoną z represjami i zsyłkami, a także mord NKWD na oficerach w Katyniu, mający pozbawić Polaków intelektualnej elity. Przedstawił bezkompromisowo powojenną sytuację: fizyczną likwidację bohatersko walczących z Niemcami członków Armii Krajowej i wszelkich ugrupowań przeciwnych Sowietom. Opisał zniewolenie narodu przez służących Moskwie sprzedawczyków. Mieszkając w neutralnym kraju, czuł się bezpiecznie i przelał na papier wszystko, co leżało mu na sercu po opuszczeniu zniewolonej ojczyzny. Nie przypuszczał, że i tu mogą dotrzeć macki komunistycznego reżimu.

***

Przed kilku laty, w deszczowy, letni wieczór wypoczynek po ciężkim dniu pracy przerwał mu dzwonek do drzwi. Młody mężczyzna po krótkim powitaniu w języku szwedzkim siadł na wskazanym krześle i odezwał się po polsku:

– Mam na imię Jan. Nie będę się bliżej przedstawiać, bo niewątpliwie zorientuje się pan, kim jestem. Cieszymy się z pańskich osiągnięć zawodowych, ale niepokój budzi pańskie niepotrzebne zajmowanie się polityką. Biały orzeł w cierniowej koronie jest opracowaniem wprowadzającym wiele zamętu w kraju i zagrożeniem dla sojuszu polsko-radzieckiego. Uważamy je za dzieło subiektywne, nic dobrego niewnoszące. Dobrą i życzliwą radą jest, aby zajął się pan pisaniem tylko artykułów do pism medycznych, a oceny historyczne pozostawił dla siebie. Nie będę zabierał panu czasu, a moje odwiedziny proszę potraktować jako ważne ostrzeżenie: wypadki chodzą po ludziach.

Po wizycie tej pojął, że droga do ojczyzny rządzonej przez komunistów jest dla niego całkowicie zamknięta. W swym niepozbawionym emocji eseju nakreślił historię Polski zniewolonej w 1939 roku, przytaczając fakty na ogół znane, ale objęte klauzulą milczenia pod rygorem wieloletniego więzienia. Niewiele miejsca poświęcił okupacji niemieckiej, o której pisano i mówiono powszechnie. Niemcy konsekwentnie realizowali swoje plany; Polska miała stać się ich bezwzględnie łupioną kolonią, a Polacy traktowani byli jako siła robocza. Zgodnie z hitlerowską ideologią Słowianie byli podludźmi i jako tacy powinni całkowicie podporządkować się germańskiej rasie. Wprowadzono okupacyjne prawo i kto go przestrzegał, miał szansę na względnie bezpieczne życie, o ile nie był pechowcem zagarniętym w ulicznych łapankach. Na członków podziemnego ruchu oporu i ukrywających Żydów, skazanych na całkowitą eksterminację, czekały lochy Gestapo i obozy koncentracyjne.

Wschodnie tereny Polski, zgodnie z porozumieniem między Hitlerem i Stalinem, w trzecim tygodniu wojny zajęli Sowieci. Tutaj zniewolenie było nie tylko fizyczne – najeźdźcy wymagali miłości do socjalistycznego państwa, a swoje wkroczenie traktowali jako wyzwolenie od ucisku polskiego państwa ludności ukraińskiej i białoruskiej. Przejściowo spotkali się z sympatią części niepolskiej społeczności, w tym Żydów, ale wkrótce przekonano się, że przynieśli z sobą nędzę i polityczny terror. Wymagano okazywania oddania sowieckiemu państwu, jego przywódcom, nad czym czuwała polityczna policja – NKWD. Więzienia wypełniali, uznani za nieprzyjaznych ludowej władzy, polscy inteligenci i funkcjonariusze Rzeczypospolitej, najniższego nawet stopnia. Wielu podzieliło los polskich oficerów wziętych do niewoli przez Armię Czerwoną i po kilkumiesięcznej niewoli zamordowanych w Katyniu, inni powędrowali do łagrów za kołem podbiegunowym. W wielonarodowym społeczeństwie szerzyło się donosicielstwo kultywowane przez NKWD. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, nawet okazując swój pozytywny stosunek do władzy sowieckiej. Nadmierny entuzjazm budził jej podejrzliwość, a nieopatrzne słowo czy niechętny gest prowadził do uwięzienia.

Formą okrutnej masowej represji były wywózki na nieprzyjazne klimatycznie, słabo zaludnione rejony ZSRR. Przeprowadzano je kilkakrotnie na podstawie tajnie sporządzonych list, kierując się względami socjologicznymi i etnicznymi, a ich przebieg był ściśle ustalony; w mieszkaniu wytypowanych osób nad ranem pojawiali się enkawudziści dający minimum czasu na zabranie podręcznego bagażu. Potem całe rodziny, włącznie z niemowlętami, gnali do towarowych pociągów. Po wielodniowej, czasami kilkutygodniowej podróży, jeżeli przeżyli, ludzie ci byli wysadzani w miejscu osiedlenia, często w gołym stepie, i musieli niezwłocznie przystępować do pracy fizycznej w kołchozach, za symboliczne wynagrodzenie przy niedostatecznych racjach żywnościowych. Z tych niewolników państwa, w którym, jak głosiła propagandowa pieśń, "swobodnie oddycha człowiek", powstała wielotysięczna polska armia, szczęśliwie wyprowadzona przez generała Andersa do Iranu.

Koszmar sowieckiego zniewolenia przerwała niespodziewana napaść hitlerowców na ZSRR. Szybko zajęli ziemie dawnej II Rzeczypospolitej i zatrzymali się dopiero nad Wołgą.

Losy wojny odwróciły się pod Stalingradem i po ciężkich zmaganiach Armia Czerwona dotarła do Berlina, wcześniej zajmując polskie ziemie. Polacy pochodzący z Kresów Wschodnich obawiali się sowieckiej okupacji i realnego niebezpieczeństwa utworzenia z Polski kolejnej republiki ZSRR. Plany Kremla były inne, podyktowane sytuacją międzynarodową. Polska miała stać się państwem pozornie niepodległym, ale całkowicie podporządkowanym Moskwie, czego pilnował ambasador ZSRR, a ponadto doradcy polityczni, wojskowi i tworzący siły bezpieczeństwa. Najważniejsze stanowiska w państwie objęli ludzie desygnowani przez Stalina. Radykalnie zmieniono granice Polski: wschodnie tereny włączono do ZSRR, a w zamian przyznano ziemie niemieckie, aż po Odrę, i część Prus Wschodnich. W pierwszych powojennych latach siły bezpieczeństwa kierowane przez Sowietów bezwzględnie rozprawiały się z opozycją i tępiły kombatantów walczącej z Niemcami Armii Krajowej, widząc w nich potencjalne zagrożenie. Na wsi rozpoczęła się walka o kolektywizację chłopskich gospodarstw; tworzono spółdzielnie rolne, odpowiednik sowieckich kołchozów. W miastach likwidowano prywatny handel i indywidualne rzemiosło. Kraj coraz bardziej upodabniał się do sowieckich republik, pozostawiono jednak symbole polskości: hymn narodowy, biało-czerwone barwy i białego orła, pozbawionego jednak korony.

Ten historyczny rys zamykała optymistyczna prognoza: Polacy, zahartowani wieloletnimi zaborami i okupacją w latach II wojny światowej, nie poddadzą się ateistycznemu komunizmowi i rusyfikacji. W chwili słabnięcia ZSRR, widocznego po śmierci Stalina, zdejmą kajdany i odrodzi się niepodległe, własne państwo.

***

Paweł w dniu poprzedzającym pogrzeb Lipczenki był pod wieczór na grobie rodziców. Sprzątał nagrobek i powiesił marynarkę na krzaku. W okolicy znajdował się tylko jeden, podejrzanie wyglądający człowiek. Minęli się, gdy szedł do kranu po wodę. To musiał być "znalazca" notatnika, a "odnalazł" go w kieszeni nieopatrznie pozostawionej marynarki.

Mężczyźni skończyli palenie papierosów. Na pożegnanie Paweł usłyszał:

– To miło, że odwiedził pan nasz kraj.

Akcent był położony na słowo "nasz". Poczuł się niepewnie. Pomyślał: "Może zbyt optymistycznie oceniłem zachodzące przemiany i moja ojczyzna dalej rzeczywiście należy do nich?".

Uroczystość w kaplicy dobiegła końca i na schodach pojawiła się mijana po drodze stała uczestniczka pogrzebów, ubrana na czarno stara kobieta z wyrazem złości na twarzy, dość głośno narzekająca:

– Zmarnowałam czas. Co to za pogrzeb bez księdza? Oni żegnali antychrysta, już z pewnością smażącego się w piekle.

Potem wyniesiono trumnę i kondukt skierował się w stronę miejsca pochówku. Ostatni wyszedł Krzeski. Paweł podszedł do niego, ukłonił się i zagaił:

– Z pewnością nie może pan mnie pamiętać. Pozwoli pan, że się przedstawię. Jestem Paweł, syn dyrektora szpitala w mieście, w którym znaleźliśmy się w wyniku powojennej zawieruchy. Często bywał pan u moich rodziców na spotkaniach towarzyskich połączonych z grą w brydża. Ja byłem wówczas chłopcem siadającym niekiedy do gry, przy braku czwartego gracza. Teraz mieszkam w Szwecji, jestem lekarzem, profesorem interny na uppsalskim uniwersytecie. Przyjechałem do Polski jako przewodnik kolegi wyróżnionego przez tutejszą uczelnię medyczną tytułem doktora honoris causa. Przyszedłem na grób rodziców i przypadkiem trafiłem na pogrzeb człowieka, z którym wiążą się moje wspomnienia z dawnych lat. Z wielką przyjemnością zauważyłem szanownego pana i zapragnąłem zamienić kilka słów przywołujących dawne lata.

Krzeski podał Pawłowi drżącą rękę, uśmiechnął się, ale równocześnie pomyślał: "Co za licho skłoniło mnie do udziału w tym pogrzebie, narażając na kontakty z ludźmi, o których chętnie bym zapomniał? Nie dość, że musiałem znieść ironiczne spojrzenie dawnego współpracownika Lipczenki, to na dodatek napatoczył się ten młody człowiek i będzie zmuszał mnie do niepotrzebnych wspomnień".

Do Pawła zwrócił się przymilnie:

– Mimo upływu wielu lat w żywej pamięci mam wspomnienie pańskich rodziców i pana. Znalazłem się tu nie ze względu na dawne powojenne lata, w których nie znałem zmarłego, ale z powodu przyjaźni, jaka nawiązała się między nami, gdy obaj byliśmy już emerytami i zamieszkaliśmy we wspólnej willi – ja na piętrze, on na parterze.

Dalsza rozmowa była zdawkowa – sędziwy Krzeski wyraźnie unikał nawiązania do powojennych lat i kłamliwie odżegnywał się od dawnej znajomości z Lipczenką. Pożegnali się przed dotarciem do cmentarnej bramy. Paweł skręcił w stronę grobu rodziców. Był przy nim dość długo, po czym udał się do przystanku tramwajowego.

W wagonie siedziało kliku mężczyzn, sądząc po roboczych ubraniach, pracowników portu rzecznego, położonego za ostatnim przystankiem. Jeden z nich uporczywie przyglądał się Pawłowi. Po pewnym czasie siadł naprzeciw niego i odezwał się:

– Cieszę się ze spotkania pana doktora. Przed wielu laty byłem pańskim pacjentem. Trudno mnie poznać, bo cierpiałem wówczas na niedoczynność tarczycy i byłem cały obrzmiały. Ze względu na swoje schorzenie tak mocno chrapałem, że musieliście przenieść mnie z ogólnej sali na werandę. Pobyt w klinice wspominam bardzo dobrze. Nastąpił bezpośrednio po moim powrocie z Syberii i miałem wrażenie, że po pobycie w piekle znalazłem się w raju, a pan, w swym białym fartuchu, jest aniołem.

Paweł, słysząc o werandzie, skojarzył dawnego pacjenta. Na jeden z pierwszych jego dyżurów przywieziono z dworca kolejowego półprzytomnego człowieka z ciężkim atakiem malarycznej gorączki, brudnego i zarośniętego, w łachmanach pełnych wszy, nadających się tylko do spalenia. Po kąpieli, ogoleniu i przebraniu w pidżamę wyłoniła się postać mocno obrzmiała w wyniku poważnej niedoczynności tarczycy i skrajnego niedożywienia. Na lewym boku miał ogromny czyrak mnogi, ale pozbawiony odporności organizm nie reagował nawet gorączką. Podczas długiej hospitalizacji opowiadał, jak jego wileński oddział AK został otoczony przez NKWD i po długiej podróży z nielicznymi przystankami na zaopatrzenie w wodę i słone śledzie oraz usunięcie z wagonów zmarłych znaleźli się w łagrze za kołem podbiegunowym. Tam dni upływały na ciężkiej pracy przy wyrębie lasu, od której wyników zależały racje żywnościowe, a w zonie na poszukiwaniu resztek jedzenia i robieniu wywaru z igliwia, ponieważ zapobiegał on szkorbutowi. Mroźne noce na ciasnych, brudnych pryczach nie dawały wypoczynku. Katorżnicy opadali z sił i śmierć była ich stałą towarzyszką.

Rozmówca Pawła zdał sobie sprawę, że mówi zbyt głośno, i ściszył głos:

– Wspomnienia gehenny zsyłki zalegają we mnie, ale staram się do nich nie wracać. Żyję teraz w innym świecie, w poniemieckim mieście, całkowicie przez wojnę zrujnowanym, ale odbudowanym trudem naszych rąk, wśród ludzi w większości wygnanych z naszych przedwojennych Kresów Wschodnich, a więc pielęgnujących właściwe nam tradycje i przepełnionych nienawiścią do narzuconego bolszewickiego reżimu. Teraz się on rozpada i stajemy się wolnym krajem.

Tokowanie obcego człowieka męczyło Pawła, ale tego nie okazywał. Po kilku przystankach wagon napełnił się i natręt zakończył monolog. Paweł dojechał do swego przystanku, pożegnał przypadkowego rozmówcę i udał się do hotelu.

ROZDZIAŁ II

Po pełnym wrażeń dniu Paweł spał mocno i długo. Zbudziły go promienie słońca, padające na twarz przez niezasłonięte kotarą okno. Trochę nieprzytomny zastanawiał się, gdzie jest. W końcu uświadomił sobie, że w Polsce, w mieście swej młodości, w nowo wybudowanym hotelu mieszczącym się na wlotowej ulicy z autostrady, której zabudowania zostały zniesione z ziemi podczas oblężenia miasta. Rozpoczynała się od monumentalnego cmentarza oficerów Armii Czerwonej, potem przebiegała koło oszczędzonej w czasie wojny dzielnicy willowej, a dalej w stronę śródmieścia, przez odgruzowane puste przestrzenie. Tutaj właśnie wzniesiono hotel, w którym przebywał.

Wyjrzał przez okno. Na lewo był wiadukt kolejowy, a za nim ulice śródmieścia, którymi wczoraj zmierzał na cmentarz. Po drugiej stronie rozpościerała się wciąż niezabudowana przestrzeń, zamknięta okazałym gmachem niedawno wzniesionego biurowca.

Pamiętał, że w tym kierunku, w odległości niewiele ponad pięćdziesiąt kilometrów, leży miasto, które wspomniał pod wpływem wczorajszych wydarzeń. W przeciwieństwie do zamienionej przez broniących się Niemców w twierdzę stolicy regionu miasto to pozostało prawie nieuszkodzone w swym historycznym kształcie. Wojna zrujnowała tylko jej mieszkańców. Z sytych, pewnych siebie niemieckich mieszczan stali się nacją wyzutą z przywilejów, niemającą prawa do własnych mieszkań, pozbawioną prawa do wykonywania swych zawodów i skazaną na nieuchronnie zbliżającą się chwilę wygnania. Nie można powiedzieć, że byli całkiem niewinni. W większości popierali swego zbrodniczego przywódcę, cieszyli się z przynoszących nieszczęście innym narodom sukcesom niemieckich wojsk i niejednokrotnie bez skrupułów czerpali materialne korzyści z dóbr zagarniętych przez hitlerowców na Wschodzie i Zachodzie. Z butnych zwycięzców stali się pokonanymi, pełnymi lęku wobec obcych im kulturowo przybyłych Słowian – rosyjskich okupantów i obejmujących władzę Polaków. Znane im były niemieckie zbrodnie i oczekiwali zasłużonego odwetu. Dziwili się, że są na ogół dobrze traktowani, choć z pogardą. Karą, z jaką musieli się pogodzić, było wysiedlenie z rodzinnych stron, przynależących teraz decyzją zwycięskich mocarstw do Polski.

Paweł siadł w głębokim fotelu i wrócił myślami do ostatniego roku wojny i pierwszych powojennych miesięcy.

Droga na te ziemie, przyznane Polsce jako rekompensata za wschodnie, utracone na rzecz ZSRR, była długa i niepewna. Paweł opuścił wraz z rodzicami rodzinny Lwów przed powtórnym zajęciem miasta przez Sowietów. Po przejeździe pociągiem przez zamieszkałe przez Ukraińców tereny, gdzie każdy las wzbudzał obawę napadu banderowców, przekroczyli most na Sanie i znaleźli się na rdzennie polskich ziemiach. Zatrzymali się w małopolskiej wsi, tam zastało ich wyzwolenie od niemieckiego okupanta. Kilkumiesięczny pobyt tam był jedyną w życiu Pawła okazją do poznania codzienności polskiej wsi, nie z pozycji wczasowicza, a jej mieszkańca.

Wielkim wydarzeniem była młócka zboża. Przystąpiła do niej cała rodzina gospodarza i sąsiedzi. Na podwórzu stanęła wielka młockarnia, do której wkładano zerżnięte zboże. Słomę zgarniano i przerzucano do stodoły. Tu widłami wrzucano ją nad ścianami z desek, ograniczającymi środkową przestrzeń stodoły. Tam było miejsce pracy i zadanie Pawła – układanie słomy. Po przygotowawczym opróżnieniu stodoły z ubiegłorocznych zapasów zauważył, że za przepierzeniem, pod warstwą słomy, znajduje się coś w rodzaju dużej komórki. Był to schowek na zboże, miejsce jego zabezpieczenia przed zawsze grożącą rekwizycją przez okupantów. Chłopi nie mieli prawa gromadzenia produktów rolnych, nawet pozostałych po dokonaniu bardzo wyśrubowanych i rygorystycznie egzekwowanych dostaw obowiązkowych. Słoma ułożona pod dach przykryła schowek grubą warstwą, dobrze go maskując. W obawie przed zbliżającym się frontem, cofającym się wojskiem niemieckim i nadciągającym sowieckim przygotowano także inne schronienie, tym razem dla ludzi. Na skarpie koło dróżki prowadzącej na kładkę nad rzeką zbudowano schron z wejściem misternie ukrytym pod płatami darni. Odkrycie go graniczyło z cudem.

Praca przy odgarnianiu słomy, w kurzu i gorącu, nie była łatwa, ale przyniosła Pawłowi wielką satysfakcję. Na zakończenie młócki gospodarze urządzili poczęstunek przy stołach ustawionych na podwórzu. Były tam wiejskie produkty: chleb, masło, ser i – co najważniejsze – kołacz, specjalnie na tę okazję upieczone ciasto drożdżowe z kruszonką. Zasiadł przy stole z wieśniakami, z dumnym uczuciem, że zasłużył na prawo udziału w uczcie. Była to praktyczna wykładnia powiedzenia: "Bez pracy nie ma kołaczy". Praca wykonana ochotniczo, na granicy jego fizycznych możliwości, była miłym przeżyciem. Po zaspokojeniu głodu zgromadzonych gospodarz postawił na stołach flaszki z bimbrem. Zaczęła się popijawa. Wznoszono toasty za pomyślność gospodarzy i opowiadano rubaszne kawały. Gwar rozochoconych biesiadników roznosił się daleko po wsi, zachęcając jej mieszkańców do włączenia się w ucztę.

Obok Pawła siedział Staszek Socha, dwudziestoletni osiłek wynajęty do ciężkiej pracy, jakim było wrzucanie siana na szczyt układanego przez Pawła stosu. Po kilku kolejkach Staszek zamroczony padł twarzą na stół, co wszystkich, ale nie Pawła, rozbawiło. Postanowił zaprowadzić pijanego do domu. Ruszyli na skraj rozgrzanej słońcem wsi. Podtrzymywany Staszek nie mógł utrzymać równowagi, nogi mu się plątały, ale trafnie wskazywał drogę. Okazało się, że mieszkał w krytej strzechą, zapadającej się w ziemię chałupie z jednym pomieszczeniem, w którym zamiast podłogi było gliniane klepisko. Coś mamrocząc, rzucił się, nie rozdziewając, na brudne legowisko. Tak go pamiętał Paweł, gdy po kilku latach spotkali się w dramatycznych okolicznościach.

Paweł pojął, jak bardzo mieszkańców wsi dzieliła sytuacja ekonomiczna, niemniej byli solidarni i nie mieli przed sobą tajemnic. Widoczne to było w jawnym przeprowadzaniu świniobicia, dla potrzeb własnych surowo zakazanego przez okupanta.

Świnia została wyhodowana na plebanii proboszcza uwielbianego przez całą wieś, młodego księdza Piotra. Termin uboju ustalono po codziennej wizytacji wsi przez niemieckiego policjanta. Wiedziano, że drugi raz nie przybędzie z odległego posterunku, jednak dla pewności na drodze rozstawiono czujki. Do świniobicia przygotowano się bardzo starannie. Na podwórzu ustawiono stół kuchenny, duże garnki, palenisko na kocioł z wrzątkiem, a także wybudowano tunel służący do wędzenia. Sprowadzono miejscowego rzeźnika i zarazem speca od wyrobów mięsnych, zaopatrzonego w noże, szpikulce i maszynkę do mielenia mięsa. Uboju dokonano w komórce. Świnia została powieszona na stojaku i rozpoczęto jej oczyszczanie i dzielenie. Na oczach ciekawskich parafian powstawały kiełbasy, kaszanki, salcesony i partie mięsa przeznaczone do wędzenia lub przechowywania. Gotowe, świeże produkty degustowano na miejscu.

Trzy dni po tym wydarzeniu na plebani pojawili się niemieccy policjanci. Z miejsca udali się do spiżarni, znajdując wyroby mięsne i łeb świni. Księdza aresztowali i już nigdy nie wrócił do wsi – zmarł po długich cierpieniach w obozie koncentracyjnym. Było oczywistym, że ktoś doniósł. Podejrzenia padły na różnych mieszkańców wsi, ale nie na mieszkającego na plebani Tomczyka.

Człowiek ten pojawił się u progu mieszkania księdza Piotra wieczorem, podczas ulewnego deszczu, z prośbą o przenocowanie. Mizerny, w przemoczonych łachmanach budził litość i nie można było odmówić nieszczęśnikowi schronienia. Ksiądz polecił mu zrzucić odzienie, przygotował gorącą kąpiel i sutą kolację. O nic nie pytał, spostrzegając na przemoczonej marynarce ślady po odprutej gwieździe Dawida. Przybysz długo spał, a przy śniadaniu zapytał, czy mógłby zamieszkać na plebani. Usłyszawszy zgodę, zapewnił, że z natury jest pracowity i silny, potrzebuje tylko trochę czasu na regenerację. Mówił prawdę i po kilku miesiącach stal się niezastąpionym pomocnikiem księdza w prowadzeniu gospodarstwa rolnego.

Kilka dni przed świniobiciem odwiedził plebanię niemiecki policjant. Od dawna Niemcy przyglądali się mieszkającemu tu obcemu, przybyłemu nie wiadomo skąd i mogącemu stanowić zagrożenie. Ksiądz Piotr zapewnił policjanta o lojalności Tomczyka, którego nazwał swym dalekim krewnym, pochodzącym z Kresów Wschodnich. Powiedział też, że podczas okupacji tych ziem przez ZSRR stracił majątek, a jego rodzina została wysłana na Syberię. Niemiec pod namyśle odparł:

– Ksiądz mało wie o przeszłości swego krewnego. Przybył ze wschodu i może jest sowieckim szpiegiem. Musimy dokładnie przyjrzeć się jego przeszłości.

Podczas obiadu ksiądz Piotr dokładnie zrelacjonował swemu lokatorowi rozmowę z policjantem, sugerując, że wobec realnego niebezpieczeństwa powinien on opuścić plebanię. Tomczyk poczuł, jak grunt usuwa mu się spod stóp. Noc po świniobiciu spędził bezsennie na przemyśleniach, w wyniku których doszedł do wniosku, że musi działać, by wyprzedzić niemiecką akcję. Rankiem, na polecenie proboszcza, udał się do miasteczka z pismem do dekanatu. Sprawę szybko załatwił i pełen obaw udał się na posterunek policji. Po długim wyczekiwaniu został wezwany przez sierżanta. Ten przyjął go z marsową miną, ale po uzyskaniu informacji o uboju świni rozpogodził się i poczęstował donosiciela herbatą. Niemiec ubolewał, jak mało wie o wsi jedynie wizytowanej przez jego podwładnego i zaproponował Tomczykowi informowanie o wszystkich wydarzeniach w tej hermetycznej społeczności. Tak przypadła mu rola konfidenta, ale czuł się ocalony kosztem swego dobrodzieja. Pocieszał się nadzieją, że księdza nic złego nie spotka poza konfiskatą mięsa i wędlin.

Pewnego razu Paweł przeszedł z rówieśnikami przez kładkę na rzece i powędrowali dość daleko wzdłuż brzegu. Natknęli się na gospodarstwo, z którego przyglądała się im czwórka dzieci: dwie małe dziewczynki i niewiele od nich starsi chłopcy. Zagadując o drogę, nawiązali z nimi kontakt. Na pytanie, gdzie są rodzice, starszy chłopiec spokojnie odpowiedział, że rodzice są "u Bozi"; a oni przebywają tu sami, pod opieką dość daleko mieszkającego wujostwa. Okazało się, że ich rodzice przechowywali Żydów. Niemcy znaleźli rodzinę żydowską na strychu. Wyprowadzili i wraz z rodzicami dzieci rozstrzelali pod ścianą domu. Sprowadzonym sąsiadom kazali zakopać zwłoki na podwórzu. Chłopcy beznamiętnie pokazywali ślady po kulach na ścianie domu i niczym nieoznaczone miejsce pochówku, niedaleko studni. Dziewczynki przytakiwały: "tu tato i mama". Zrobiło to na Pawle wstrząsające wrażenie. Po powrocie do domu nikomu o tym nie mówił.

Sprawcą tragedii był właściciel wiejskiej karczmy, od dawna rozpoznany przez Armię Krajową jako donosiciel na usługach Gestapo. Zwołany podziemny sąd wydał jedynie słuszny wyrok – kara śmierci. Późnym popołudniem do karczmy przyszło dwóch nieznanych nikomu mężczyzn. Odczytali skazanemu wyrok w imieniu Rzeczpospolitej i go zastrzelili. Wydarzenie poruszyło mieszkańców, ale nikt nie przyszedł na pogrzeb zdrajcy. Ksiądz odmówił pochówku i na cmentarzu żegnała go tylko żona.

Wieczory spędzano w kuchni, gdzie gromadzili się domownicy i często przychodziły do gospodyni sąsiadki. W domu nie było elektryczności, a jedynego oświetlenia dostarczały karbidówki, lampy z małym płomieniem powstałym z acetylenu, wytwarzanego w metalowym cylindrze, po dodaniu do karbidu wody. Paweł siadał przy karbidówce stojącej na stole przy oknie i słuchał paplaniny o wszystkim, co leżało w zainteresowaniach zgromadzonych: o wojnie i wydarzeniach na wsi. Najciekawsze były mrożące krew w żyłach opowieści o duchach, diabłach i innych straszydłach. Patrzył przez okno na ciemności nocy, w których, pod żadnym pozorem, nie chciałby się znaleźć.

W kuchni były stare gazety, służące jako rozpałka. W jednej – przeznaczonym dla Polaków niemieckim szmatławcu – całostronicowa ilustracja idealnie wpisywała się w ton strasznych opowieści. Kolorowy rysunek przedstawiał ogromną misę, w której Żydzi spuszczali krew z małych dzieci. Oprawcy otaczający misę, ubrani w dziwaczne szaty, mieli przerysowane semickie rysy, podobne do tych, które można zobaczyć na twarzach wyobrażanych diabłów. Podpis głosił, że krwi niewiniątek potrzebowali do produkcji macy. Być może niemiecka antyżydowska propaganda trafiała na dobry grunt, skoro po wojnie doszło w Kielcach do pogromu Żydów, z powodu ich podejrzenia o rytualne morderstwo chłopca. Ośmiolatek gdzieś się zawieruszył, ale nim się odnalazł, cały i zdrowy, zamordowano wielu żydowskich repatriantów z Rosji.

W każdy piątek kuchnia przekształcała się w piekarnię. W misach gospodyni przygotowywała ciasto, z którego formowała duże bochenki. W piecu przystosowanym do wypieku rozpalano ogień. Upieczone pachnące chleby wyciągano z piekarnika specjalnymi szuflami. Po pewnym czasie jedli jeszcze ciepłe, duże pajdy, posmarowane świeżym masłem.

Paweł nie miał okazji poznać wiejskiego Bożego Narodzenia. Front był blisko i dawał o sobie znać coraz wyraźniejszą, nieustającą kanonadą, przypominającą odgłosy burzy. Niepokój mieszkańców wsi był coraz większy. Czasy nie sprzyjały świętowaniu, a dodatkowo gospodarze chcieli uniknąć w tych świątecznych dniach, zwłaszcza przy wigilijnym stole, bolesnych wspomnień o niedawnej tragicznej śmierci córki. Stało się to w pogodny jesienny dzień, jaki nastał po kilkudniowej plusze. Po rannym posiłku dziewczyna udała się kopać ziemniaki na nieodległym polu, koło torów kolejowych. Pracowała wytrwale, gdy nagle zza zakrętu wyłonił się wojskowy transport. Wyprostowała się i z zaciekawieniem obserwowała mijające ją wagony z czołgami i armatami znajdującej się w odwrocie wrażej armii. Stojącemu na platformie niemieckiemu żołnierzowi nie spodobała się wyprostowana postać stojąca koło torów. Przeładował karabin i powalił ją celnym strzałem. Pod wieczór gospodarz zaprzęgał konia i pojechał po ziemniaki. Koło kopca leżała z przestrzeloną czaszką jego ukochana córka. Przez ładną zastygłą twarz snuła się smużka skrzepniętej krwi.

Pierwszym symptomem wycofywania się Niemców był dwudniowy pobyt we wsi oddziału Wehrmachtu. Przybyli pod koniec jesieni i zakwaterowali się. Dowódca zarekwirował pokój gospodarzy. Był to mały człowiek w niepolowym, eleganckim mundurze, zły i opryskliwy. Kiedyś nieopatrznie zbliżył się do pasa podwórka dostępnego łańcuchowemu psu i został przez niego zaatakowany. Nic mu się nie stało, postanowił jednak psa zastrzelić i z trudem udało się go odwieść od tego zamiaru. Żołnierze zachowywali się przyzwoicie. Mimo chłodu myli się na podwórzu przy studni do pasa i prali swą bieliznę. Przed domem, na polu po kapuście, ustawieni w równych szeregach, czyścili oprzyrządowanie, pobierali amunicję i suchy prowiant.

W styczniu 1945 roku zaczął się bez walk gwałtowny odwrót Niemców z rejonu. Armia Czerwona zaczęła manewr oskrzydlania, co groziło im zamknięciem w kotle. Pobliską szosą przemieszczały się ogromne masy niemieckich wojsk, łatwe do zniszczenia. Prawdopodobnie Rosjanie nie mieli odpowiednich sił lotniczych, bo ograniczali się jedynie do atakowania niemieckich kolumn przez pojawiające się kilka razy dziennie samoloty szturmowe, zaopatrzone w broń maszynową.

W środku styczniowej nocy obudził wszystkich ogromny wybuch i napierający na okiennice podmuch. Zrobiło się zupełnie jasno. Na horyzoncie rozpoczęło się widowisko przypominające gigantyczny pokaz sztucznych ogni. Przez kilka godzin huk i słupy ognia splatały się z drobnymi ognikami wysoko unoszącymi się nad ziemią. W blasku płomieni snuły się różnokolorowe dymy. To niesamowite widowisko spowodowane było wysadzeniem przez Niemców ogromnych magazynów amunicji, znajdujących się w lesie, położonym w odległości trzech, czterech kilometrów od wschodnich rubieży wsi. Pojedyncze wybuchy słyszało się jeszcze w ciągu całego następnego dnia.

W połowie stycznia na torach pojawiła się ekipa niemieckich żołnierzy niszcząca linię kolejową. Lokomotywa pchała dwa wagony-platformy, a ciągnęła za sobą potężny pług rozrywający, jak zapałki, drewniane podkłady szyn. Słupy kolejowe Niemcy wysadzali. W powietrze uniosła się także mała murowana budka stojąca na przystanku kolejowym. Niszczyciele posunęli się kilka kilometrów dalej, do miejsca ich likwidacji przez oddział Armii Krajowej. Wydawało się, że naprawienie szkód będzie wymagało wielu lat. Jednak linia kolejowa była niezbędna nacierającej Armii Czerwonej, więc została błyskawicznie, choć prowizorycznie uruchomiona po przejściu frontu.

Mieszkańcy wsi z niepokojem oczekiwali walk i wkroczenia obcej armii, barbarzyńskich czerwonoarmistów, zwanych pogardliwie "kałmukami". Dzięki oskrzydlającemu manewrowi prącemu na Kraków sowieckiego marszałka do walk na znacznym obszarze Małopolski nie doszło, a we wsi pojawił się tylko niewielki, przeczesujący teren sowiecki patrol. Nadeszli w styczniu, przez pola, głośno rozmawiając w nieznanym tutejszym ludziom języku. Trzej, umorusani, w brudnych drelichowych fufajkach, weszli do kuchni. Grzecznie poprosili o ciepłe mleko. Napili się i poszli dalej. Tak skończyła się tutaj wojna.

Przez kilka dni nic się nie działo i nagle, ku radości mieszkańców, pojawił się oddział naszych żołnierzy. W polskich mundurach, w rogatywkach z dziwnym, zamiast orła, ptaszyskiem. Radość szybko zgasła, bo mieli widoczny zakaz kontaktowania się z mieszkańcami. Oficerowie na koniach odganiali dzieci i tylko burczeli pod nosem. Udający Polaków Rosjanie nie znali polskiego języka. Zrobiło się nieprzyjemnie i mieszkańcy bez żalu obserwowali, jak tamci opuszczali wieś.

Życie toczyło się tutaj w swym wielowiekowym rytmie, tylko z nieodległego miasteczka dochodziły wieści o tworzeniu się nowej władzy. Tomczyk nawiązał z nią kontakt. Zgodnie z prawdą przedstawił się jako przedwojenny komunista i przyjęto go do Polskiej Partii Robotniczej oraz wcielono do Milicji Obywatelskiej z zadaniem utworzenia posterunku we wsi, w której mieszkał. Bezskutecznie namawiał chłopów do współpracy z władzą ludową i udało mu się zwerbować do PPR i MO tylko Staszka Sochę.

Chłopi zaczęli penetrować pozostałości po magazynach amunicji. Jeździli do lasu wozami i zbierali wszystko, co znaleźli. Rarytasem były solidne, okute kufry na broń i naboje. We wsi poniewierały się pociski, a na zamarzniętej rzece mnóstwo zapalników do granatów. Ulubionym zajęciem dzieci było wrzucanie do ogniska nabojów do karabinów lub robienie z nich małych rakiet. Nieszczęśliwe były skutki zbierania niewypałów pocisków. Wiele osób, zwłaszcza podrostków, doznało znacznych obrażeń, w tym utraty kończyn i wzroku. W powietrze wyleciały dwie stodoły i chata wraz z właścicielami.

Bardzo ciekawe dla miejskiego chłopca było spotkanie z tutejszym folklorem. Okres wielkanocny to pieczenie ciast, kraszenie jajek i skubanie gęsi. W śmigus-dyngus chłopcy, z wiadrami pełnymi wody, gonili po polach piszczące dziewczyny. Moczone były doszczętnie, natomiast sami chłopcy wzajemnie się nie oblewali. Z weselami wiązał się zwyczaj robienia bramy na szosie. Wbijano do jej obu stronach słupy, łącząc je nad jezdnią strojnie ozdobionymi poprzeczkami. Między słupami przeciągano sznur. Nowożeńcy i goście jadący do kościoła składali tu przyjęty zwyczajem okup. Za mąż wyszła także młodsza córka gospodarzy. Uczta weselna odbyła się w przydomowym ogródku, przy suto zastawionych stołach. Dla nieletnich był osobny stolik. Pijani goście częstowali Pawła alkoholem. Jakoś zdołał się wykręcić, ale niektórzy chłopcy kompletnie się upili.

Po przejściu frontu rodzina Pawła zamieszkała w starej stolicy Polski, mieście Kraka. Ludność tutejsza była zasiedziała, konserwatywna, niechętna przybyszom. Ojciec Pawła próbował, ale bez powodzenia, zatrudnić się w szpitalu. Pozostało mu tylko prowadzenie skromnej, niedającej większych dochodów praktyki prywatnej. Żyli ubogo, wspomagani przez mleczną krowę, pasącą się pod Wawelem na nadwiślańskiej łące. Po kilku miesiącach doktor udał się na ziemie przyznane Polsce i niebawem wrócił, oświadczając rodzinie:

– Tutaj nie mamy przyszłości. W miejscowości na Dolnym Śląsku otrzymałem stanowisko dyrektora szpitala, przydzielono mi poniemieckie mieszkanie i tam rozpoczniemy nowe życie.

Niebawem opuścili piękne, ale niegościnne miasto i ruszyli na ziemie określane jako "Dziki Zachód".

Podróż rozpoczęła się fatalnie. Po długim oczekiwaniu nadjechał pociąg, w którym udało się im wcisnąć na otwarty pomost prowadzący do przepełnionego wagonu. Stłoczeni ludzie parli na siebie i prawie nie dało się oddychać. Kiedy pociąg stanął w polu, co zdarzało się często, z trudem opuścili pomost i idąc wzdłuż pociągu, natrafili na otwarty wagon towarowy, wiozący rolników wysiedlonych z terenu przedwojennej wschodniej Polski, z całym ich dobytkiem. Wygnańcy byli serdeczni i chętnie ich przyjęli.

Wieśniacy jechali już trzy tygodnie, w nieznanym kierunku, spragnieni kontaktu z kimś, kto mógłby objaśnić ich sytuację. Ojciec Pawła zapewnił zdezorientowanych i przerażonych ludzi, że są blisko końca podróży i z pewnością czeka na nich poniemieckie gospodarstwo z dużym obszarem żyznej ziemi.

W przestronnym wagonie na środku stał rozgrzany metalowy piecyk zwany "kozą", po prawej stronie podróżni mieli swe legowiska i składowali podręczny dobytek, na lewo było ogrodzenie, za którym znajdował się ich żywy inwentarz: krowa, kury i dwie owieczki.

Rodzina ta składała się z trzech pokoleń: młodej kobiety i mężczyzny ze starymi rodzicami oraz dwójki małych dzieci – chłopca i dziewczynki. Nie rozumieli, dlaczego kazano im nagle, w pośpiechu opuścić gospodarstwo, zapakowano do pociągu, pojazdu, którym nigdy nie jechali, i wysłano w nieznane. Stara kobieta żaliła się z powodu pozostawionego majątku, dorobku jej życia i spuścizny przodków.

Po dojechaniu do dużej stacji Paweł z rodzicami pożegnali gościnnych wieśniaków i przesiedli się do lokalnego, prawie pustego pociągu. Wagony pamiętające czasy Austro-Węgier były podzielone na przedziały, każdy z osobnym wejściem od peronu. Wsiedli do najbliższego. Pod oknem siedział samotnie mizerny, blady mężczyzna w średnim wieku. Spod szerokiego kapelusza wystawały mu długie pejsy. Mruknął coś na powitanie i zagłębił się w rozmyślaniach. Żyd był religijny – po pewnym czasie wstał i kiwając się rytmicznie, zaczął odprawiać modlitwę. Włożył na czoło jakieś pudełeczko i przepasał ręce rzemyczkami. Pochłonięty modlitwą, nie zwracał uwagi na Polaków, a oni obserwowali dyskretnie ocalałego członka narodu mającego ulec kompletnej zagładzie, któremu Niemcy nie odebrali nie tylko życia, ale i wierności żydowskiej tradycji. Byli zauroczeni mistycznym obrządkiem, z jakim nigdy się nie zetknęli. Po wyjściu z wagonu ojciec wyjaśnił Pawłowi, że jest piątek, świąteczny dzień Żydów, i z pewnością ich współtowarzysz przepraszał Boga za podróż w czasie, gdy powinien zasiadać przy szabasowym stole z rodziną.

Modlący się starozakonny podążał na szabas z córkami, niepełnosprawnymi umysłowo bliźniaczkami, ocalonymi z Holocaustu dzięki przedwojennym znajomym, ukrywającym ich z narażeniem życia w ciasnej, ciemnej komórce. Żona, rodzice i liczni krewni zostali wywleczeni ze swych kryjówek przez żydowską policję, poganiani batami, zapędzeni przez miasto na dworzec kolejowy, gdzie czekały wagony ich ostatniej drogi, do komór gazowych obozu zagłady.

Paweł kilkakrotnie widział te przemarsze zmaltretowanych ludzi, gnanych na śmierć w oparach trujących gazów, i zastanawiał się z rówieśnikami, kiedy hitlerowcy, po zagładzie Żydów, przystąpią do eksterminacji Polaków.

Orzeł w cierniowej koronie

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-7942-994-3

 

? Andrzej Paradowski i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Wioletta Cyrulik

KOREKTA: Hubert Korczyc

OKŁADKA: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: krsmanovic

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.