Dwóch mężczyzn wędrowało przez las. Idąc wzdłuż strumienia, uważnie przyglądali się mijanym drzewom. Oprócz niedużych skórzanych worków, każdy z nich dźwigał na plecach pokaźnych rozmiarów topór. Starszy z nich zatrzymał się i pokazał palcem na jedno z drzew.
- To będzie dobre - powiedział.
- To znaczy, że wyrosło wystarczająco krzywo? - zaśmiał się młodszy, zrzucając wyposażenie.
- Nie, ale może być.
- No to całe szczęście, być może zdążymy wrócić przed zmrokiem.
- Jak się pospieszymy, to może się udać.
Obaj wzięli się ostro do roboty i wkrótce pień wylądował w rzece. Poziom wody był wysoki i istniała duża szansa, że nigdzie nie zaczepi po drodze.
- Mam nadzieję, że Harald będzie dostatecznie trzeźwy, żeby wyciągnąć to z rzeki, zanim spłynie do morza - powiedział młodszy, odgarniając spocone blond włosy.
- Lepiej, żebyś nie krakał, gołowąsie, bo sprowadzisz pecha.
- Gołowąsie? Przynajmniej nie deptam swojej brody, czego niedługo nie będziesz mógł powiedzieć o sobie.
Starszy roześmiał się.
- Faktycznie, trochę mi przeszkadza, skrócę ją sobie po powrocie. Ruszajmy.
Szli szybko, aby dotrzeć do osady przed zmrokiem. Może gdyby szli wolniej i ostrożniej, nie natknęliby się za zakrętem na niedźwiedzicę z młodymi. Starszy mężczyzna, który szedł pierwszy, został pozbawiony głowy jednym uderzeniem jej łapy.
Jego towarzysz wyciągnął topór, ale w końcu rzucił go na ziemię i wskoczył do wody. Popłynął z prądem, nie widząc już, że niedźwiedzica weszła do rzeki, ale szybko zmieniła zdanie i wróciła do młodych. Dla niej potencjalne niebezpieczeństwo zniknęło. Zupełne niepotrzebnie zerknął za siebie, przez co jego głowa uderzyła o kamień i stracił przytomność.
Kiedy otworzył oczy, niebo już było czarne i gwieździste. Patrzył w nie bezmyślnie przez dłuższą chwilę. Bolała go głowa, ale zaczynał powoli zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła. Po pierwsze, wyraźnie nie był sam. Po drugie, ktoś go czymś przykrył, a po trzecie, obok płonął ogień. Poczuł woń pieczonej ryby. Pomacał swoją głowę.
- Cała - poinformował go głos dobiegający gdzieś z boku. - Masz sporego siniaka.
Właściciel głosu pojawił się w polu widzenia. Delikatnie pomógł rannemu usiąść i podał kubek z wodą. Ten się skrzywił, ale wziął naczynie.
- Rozumiem, że możesz czuć obrzydzenie do wody. Podejrzewam, że wypiłeś jej całkiem sporo, zanim wyciągnąłem cię z tej rzeki. Kim jesteś, młody człowieku?
Nieznajomy przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się pewnie, z kim ma do czynienia. Był to mężczyzna w sile wieku ubranym na biało.
- Pochodzę z osady w dole rzeki, blisko morza - odpowiedział. - Budujmy tam łodzie... to znaczy, budowaliśmy ze Svenem. Szukaliśmy odpowiedniego materiału. Trafiliśmy na niedźwiedzicę z młodymi i Sven, który szedł pierwszy...
Zamilkł, czując nagły uścisk w gardle.
- Rozumiem, żal mi twojego przyjaciela, ale w puszczy trzeba być czujnym. Czasem zdarzają się takie wypadki, co uczy nas pokory wobec niej. Jak mam cię nazywać, młodzieńcze?
- Orm. Orm Ormsson
- Orm, syn Orma, zatem. Ja jestem Jons. Mówisz, że ścinaliście drzewa?
- Tak, na budowę łodzi.
- A Ducha Puszczy pytaliście o pozwolenie? Złożyliście ofiarę z miodu, piwa, placków, czy tam czegokolwiek?
- Nnno... nie, a trzeba było?
- Jak spotkaliście niedźwiedzia, to widocznie było trzeba. Ducha Puszczy nie należy lekceważyć i jeśli chcesz mu coś zabrać, należy poprosić o pozwolenie. Pewnie nie macie u siebie żadnego kapłana, co?
- To mała rybacka osada. Nie, nie mamy. Mało ich teraz. Głoszący nową wiarę ich nie lubią.
- Tępią, dlatego musimy ukrywać się po lasach. Zresztą to nam nie przeszkadza, bo to nasze środowisko i święte miejsce.
- Czyli jesteś kapłanem?
- Boli cię jeszcze głowa? - spytał Jons, zmieniając temat.
- Boli.
- Miałeś sporo szczęścia, trzeba przyznać. Prawie się utopiłeś. Spróbuj się przespać, a rano powinieneś poczuć się lepiej.
Kiedy Orm się obudził, Jons szykował śniadanie składające się z wczorajszych ryb i rozkładał je na kamieniach. Głowa go już prawie nie bolała, mdłości ustąpiły i odczuwał głód, co było dobrym znakiem.
Jon zaprosił gestem do jedzenia.
- Nie jest tego dużo, ale lepsze to niż nic.
- Trudno - uśmiechnął się Orm. - Na morzu łowimy większe, więc zapraszam na wieczerzę. Będzie dla nas zaszczytem gościć świętego człowieka, no i... mojego wybawcę. Uwarzyliśmy sporo piwa tej zimy, a i dobrego miodu też nie braknie.
- Brzmi zachęcająco - powiedział Jons. - Chętnie skorzystam z tak uprzejmego zaproszenia.
Po posiłku Jons spytał:
- Więc zajmujecie się głównie połowem ryb?
- Głównie - odpowiedział Orm, sięgając po kubek z wodą.
- Bartnictwem, piwowarstwem, hodowlą owiec?
- Też
Jons spojrzał bystro na Orma.
- Wypływacie w poszukiwaniu łupów?
- Paru dołączyło do króla Ragnara, przywieźli trochę srebra i broni, a niedawno wyruszyli ponownie. Nasza osada jest mała, nie budujemy drakkarów, tylko małe łodzie rybackie. Mężczyźni wypływają po ryby.
- A ty?
- Ja? Ktoś musi budować łodzie. Zwłaszcza teraz... kiedy Svena zabrakło.
Jons przyglądał mu się przez chwilę uważnie.
- Myślę, że po prostu jesteś spokojnym człowiekiem. Nie każdy lubi wojować i gromadzić łupy wojenne oraz zdobywać sławę. Często zresztą pośmiertnie.
- Przynajmniej trafiają do Walhalli.
Jons parsknął śmiechem. Orm spojrzał na niego zdziwiony.
- Zbyt wielu wojowników daje się zabić, wierząc w takie bajania.
- Dziwne to brzmi z ust kapłana Odyna - powiedział Orm.
- Nie wspominałem, że jestem kapłanem Odyna.
- To czyim?
- Niczyim. Mieszkam w puszczy. To jest moja świątynia. Czy masz zamiar pochować swojego towarzysza?
Orm zdziwił się, bo właśnie przed chwilą o tym pomyślał.
- Tak.
- Pomogę ci z tym.
- Dziękuję.
- No cóż, obiecałeś mi dobry obiad i towarzystwo. Przyda mi się jakaś odmiana.
Jons szybko spakował swoje rzeczy i po chwili byli już w drodze. Szli tą samą trasą, którą Orm pokonywał niedawno ze Svenem. Wspominał go dobrze i żałował, że stracił dobrego przyjaciela. Sven miał żonę i troje dzieci, ale ludzie na pewno im pomogą. Przecież na morzu co chwilę ktoś ginął i zawsze wspierano wdowy i sieroty.
Z jego przyjaciela niewiele zostało. Zwierzęta i ptaki zrobiły swoje, nie mówiąc już o niedźwiedzicy i jej potomstwie. Zgarnęli szczątki do płytkiego dołu i usypali kopczyk z kamieni. Orm zebrał jeszcze rzeczy swoje i Svena, w tym dwa topory ciesielskie, po czym ruszyli w drogę powrotną. Szli, dopóki nie zaczęło zmierzchać. Trasa była trudna, kamienista i niebezpieczna w ciemnościach, więc musieli rozbić obóz przed nocą. Jons zaskoczył Orma zawartością swojej podróżnej laski, która kryła w swoim wnętrzu stalowe ostrze. Kapłan z dużą wprawą upolował nią szczupaka i dwa leszcze, a Orm rozpalał w tym czasie ognisko. Spojrzał na Jonsa ze zdziwieniem.
- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko upolował trzy ryby.
Jons wzruszył ramionami, a potem starannie wytarł mokre ostrze.
- Po prostu wiem, gdzie je znaleźć.
Orm zerknął ciekawie na laskę. Ostrze było długie na łokieć i raczej służyło do kłucia. Pozostałą część kija wydrążono, co pozwalało na ukrycie szpikulca. Pomyślał, że kapłan wcale nie jest taki, jak inni kapłani, ale w sumie to nic dziwnego, jak się żyje w lesie. Zabrał się do oprawiania ryb. Niewiele rozmawiali, bo byli zajęci jedzeniem. Zmęczony ostatnimi wydarzeniami Orm zaraz po posiłku poszedł spać.
Spał niespokojnie. Las w nocy jest pełen hałasów i często bywa, że jakieś zwierzę przeciska się głośno przez krzaki. Mając w pamięci spotkanie z niedźwiedziem, często się budził, sprawdzając otoczenie. Za każdym razem stwierdzał, że Jons dalej siedzi, patrząc w dogasający płomień, a oczy ma przymknięte i nieobecne. Kiedy się już obudził na dobre, słońce zaczynało przygrzewać, a Jons spał twardo po drugiej stronie wygasłego ogniska. Orm już zdążył rozpalić je ponownie i podgrzać nieco resztki z kolacji, zanim kapłan otworzył oczy. Ziewnął i usiadł, patrząc na krzątającego się towarzysza.
- Chyba mało spałeś - stwierdził Orm.
- Mało - potwierdził Jons, przeciągnął się i wstał. - Idę się trochę ochlapać zimną wodą. Może mnie otrzeźwi.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.