Orm (#4) - Jarosław Kasperek

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (6,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dwóch mężczyzn wędrowało przez las. Idąc wzdłuż strumienia, uważnie przyglądali się mijanym drzewom. Oprócz niedużych skórzanych worków, każdy z nich dźwigał na plecach pokaźnych rozmiarów topór. Starszy z nich zatrzymał się i pokazał palcem na jedno z drzew.

- To będzie dobre - powiedział.

- To znaczy, że wyrosło wystarczająco krzywo? - zaśmiał się młodszy, zrzucając wyposażenie.

- Nie, ale może być.

- No to całe szczęście, być może zdążymy wrócić przed zmrokiem.

- Jak się pospieszymy, to może się udać.

Obaj wzięli się ostro do roboty i wkrótce pień wylądował w rzece. Poziom wody był wysoki i istniała duża szansa, że nigdzie nie zaczepi po drodze.

- Mam nadzieję, że Harald będzie dostatecznie trzeźwy, żeby wyciągnąć to z rzeki, zanim spłynie do morza - powiedział młodszy, odgarniając spocone blond włosy.

- Lepiej, żebyś nie krakał, gołowąsie, bo sprowadzisz pecha.

- Gołowąsie? Przynajmniej nie deptam swojej brody, czego niedługo nie będziesz mógł powiedzieć o sobie.

Starszy roześmiał się.

- Faktycznie, trochę mi przeszkadza, skrócę ją sobie po powrocie. Ruszajmy.

Szli szybko, aby dotrzeć do osady przed zmrokiem. Może gdyby szli wolniej i ostrożniej, nie natknęliby się za zakrętem na niedźwiedzicę z młodymi. Starszy mężczyzna, który szedł pierwszy, został pozbawiony głowy jednym uderzeniem jej łapy.

Jego towarzysz wyciągnął topór, ale w końcu rzucił go na ziemię i wskoczył do wody. Popłynął z prądem, nie widząc już, że niedźwiedzica weszła do rzeki, ale szybko zmieniła zdanie i wróciła do młodych. Dla niej potencjalne niebezpieczeństwo zniknęło. Zupełne niepotrzebnie zerknął za siebie, przez co jego głowa uderzyła o kamień i stracił przytomność.

Kiedy otworzył oczy, niebo już było czarne i gwieździste. Patrzył w nie bezmyślnie przez dłuższą chwilę. Bolała go głowa, ale zaczynał powoli zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła. Po pierwsze, wyraźnie nie był sam. Po drugie, ktoś go czymś przykrył, a po trzecie, obok płonął ogień. Poczuł woń pieczonej ryby. Pomacał swoją głowę.

- Cała - poinformował go głos dobiegający gdzieś z boku. - Masz sporego siniaka.

Właściciel głosu pojawił się w polu widzenia. Delikatnie pomógł rannemu usiąść i podał kubek z wodą. Ten się skrzywił, ale wziął naczynie.

- Rozumiem, że możesz czuć obrzydzenie do wody. Podejrzewam, że wypiłeś jej całkiem sporo, zanim wyciągnąłem cię z tej rzeki. Kim jesteś, młody człowieku?

Nieznajomy przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się pewnie, z kim ma do czynienia. Był to mężczyzna w sile wieku ubranym na biało.

- Pochodzę z osady w dole rzeki, blisko morza - odpowiedział. - Budujmy tam łodzie... to znaczy, budowaliśmy ze Svenem. Szukaliśmy odpowiedniego materiału. Trafiliśmy na niedźwiedzicę z młodymi i Sven, który szedł pierwszy...

Zamilkł, czując nagły uścisk w gardle.

- Rozumiem, żal mi twojego przyjaciela, ale w puszczy trzeba być czujnym. Czasem zdarzają się takie wypadki, co uczy nas pokory wobec niej. Jak mam cię nazywać, młodzieńcze?

- Orm. Orm Ormsson

- Orm, syn Orma, zatem. Ja jestem Jons. Mówisz, że ścinaliście drzewa?

- Tak, na budowę łodzi.

- A Ducha Puszczy pytaliście o pozwolenie? Złożyliście ofiarę z miodu, piwa, placków, czy tam czegokolwiek?

- Nnno... nie, a trzeba było?

- Jak spotkaliście niedźwiedzia, to widocznie było trzeba. Ducha Puszczy nie należy lekceważyć i jeśli chcesz mu coś zabrać, należy poprosić o pozwolenie. Pewnie nie macie u siebie żadnego kapłana, co?

- To mała rybacka osada. Nie, nie mamy. Mało ich teraz. Głoszący nową wiarę ich nie lubią.

- Tępią, dlatego musimy ukrywać się po lasach. Zresztą to nam nie przeszkadza, bo to nasze środowisko i święte miejsce.

- Czyli jesteś kapłanem?

- Boli cię jeszcze głowa? - spytał Jons, zmieniając temat.

- Boli.

- Miałeś sporo szczęścia, trzeba przyznać. Prawie się utopiłeś. Spróbuj się przespać, a rano powinieneś poczuć się lepiej.

Kiedy Orm się obudził, Jons szykował śniadanie składające się z wczorajszych ryb i rozkładał je na kamieniach. Głowa go już prawie nie bolała, mdłości ustąpiły i odczuwał głód, co było dobrym znakiem.

Jon zaprosił gestem do jedzenia.

- Nie jest tego dużo, ale lepsze to niż nic.

- Trudno - uśmiechnął się Orm. - Na morzu łowimy większe, więc zapraszam na wieczerzę. Będzie dla nas zaszczytem gościć świętego człowieka, no i... mojego wybawcę. Uwarzyliśmy sporo piwa tej zimy, a i dobrego miodu też nie braknie.

- Brzmi zachęcająco - powiedział Jons. - Chętnie skorzystam z tak uprzejmego zaproszenia.

Po posiłku Jons spytał:

- Więc zajmujecie się głównie połowem ryb?

- Głównie - odpowiedział Orm, sięgając po kubek z wodą.

- Bartnictwem, piwowarstwem, hodowlą owiec?

- Też

Jons spojrzał bystro na Orma.

- Wypływacie w poszukiwaniu łupów?

- Paru dołączyło do króla Ragnara, przywieźli trochę srebra i broni, a niedawno wyruszyli ponownie. Nasza osada jest mała, nie budujemy drakkarów, tylko małe łodzie rybackie. Mężczyźni wypływają po ryby.

- A ty?

- Ja? Ktoś musi budować łodzie. Zwłaszcza teraz... kiedy Svena zabrakło.

Jons przyglądał mu się przez chwilę uważnie.

- Myślę, że po prostu jesteś spokojnym człowiekiem. Nie każdy lubi wojować i gromadzić łupy wojenne oraz zdobywać sławę. Często zresztą pośmiertnie.

- Przynajmniej trafiają do Walhalli.

Jons parsknął śmiechem. Orm spojrzał na niego zdziwiony.

- Zbyt wielu wojowników daje się zabić, wierząc w takie bajania.

- Dziwne to brzmi z ust kapłana Odyna - powiedział Orm.

- Nie wspominałem, że jestem kapłanem Odyna.

- To czyim?

- Niczyim. Mieszkam w puszczy. To jest moja świątynia. Czy masz zamiar pochować swojego towarzysza?

Orm zdziwił się, bo właśnie przed chwilą o tym pomyślał.

- Tak.

- Pomogę ci z tym.

- Dziękuję.

- No cóż, obiecałeś mi dobry obiad i towarzystwo. Przyda mi się jakaś odmiana.

Jons szybko spakował swoje rzeczy i po chwili byli już w drodze. Szli tą samą trasą, którą Orm pokonywał niedawno ze Svenem. Wspominał go dobrze i żałował, że stracił dobrego przyjaciela. Sven miał żonę i troje dzieci, ale ludzie na pewno im pomogą. Przecież na morzu co chwilę ktoś ginął i zawsze wspierano wdowy i sieroty.

Z jego przyjaciela niewiele zostało. Zwierzęta i ptaki zrobiły swoje, nie mówiąc już o niedźwiedzicy i jej potomstwie. Zgarnęli szczątki do płytkiego dołu i usypali kopczyk z kamieni. Orm zebrał jeszcze rzeczy swoje i Svena, w tym dwa topory ciesielskie, po czym ruszyli w drogę powrotną. Szli, dopóki nie zaczęło zmierzchać. Trasa była trudna, kamienista i niebezpieczna w ciemnościach, więc musieli rozbić obóz przed nocą. Jons zaskoczył Orma zawartością swojej podróżnej laski, która kryła w swoim wnętrzu stalowe ostrze. Kapłan z dużą wprawą upolował nią szczupaka i dwa leszcze, a Orm rozpalał w tym czasie ognisko. Spojrzał na Jonsa ze zdziwieniem.

- Jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak szybko upolował trzy ryby.

Jons wzruszył ramionami, a potem starannie wytarł mokre ostrze.

- Po prostu wiem, gdzie je znaleźć.

Orm zerknął ciekawie na laskę. Ostrze było długie na łokieć i raczej służyło do kłucia. Pozostałą część kija wydrążono, co pozwalało na ukrycie szpikulca. Pomyślał, że kapłan wcale nie jest taki, jak inni kapłani, ale w sumie to nic dziwnego, jak się żyje w lesie. Zabrał się do oprawiania ryb. Niewiele rozmawiali, bo byli zajęci jedzeniem. Zmęczony ostatnimi wydarzeniami Orm zaraz po posiłku poszedł spać.

Spał niespokojnie. Las w nocy jest pełen hałasów i często bywa, że jakieś zwierzę przeciska się głośno przez krzaki. Mając w pamięci spotkanie z niedźwiedziem, często się budził, sprawdzając otoczenie. Za każdym razem stwierdzał, że Jons dalej siedzi, patrząc w dogasający płomień, a oczy ma przymknięte i nieobecne. Kiedy się już obudził na dobre, słońce zaczynało przygrzewać, a Jons spał twardo po drugiej stronie wygasłego ogniska. Orm już zdążył rozpalić je ponownie i podgrzać nieco resztki z kolacji, zanim kapłan otworzył oczy. Ziewnął i usiadł, patrząc na krzątającego się towarzysza.

- Chyba mało spałeś - stwierdził Orm.

- Mało - potwierdził Jons, przeciągnął się i wstał. - Idę się trochę ochlapać zimną wodą. Może mnie otrzeźwi.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.