Orły imperium (Tom 17). Krew Rzymu - Simon Scarrow

Kup ebooka

43.90 zł
34.24 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LI­STA PO­STACI

Kwin­tus Li­cy­niusz Ka­ton, try­bun do­wo­dzący drugą ko­hortą gwar­dii pre­to­riań­skiej

Lu­cjusz Kor­ne­liusz Ma­cro, naj­star­szy rangą cen­tu­rion dru­giej ko­horty gwar­dii pre­to­riań­skiej, za­pra­wiony w bo­jach we­te­ran

Ge­ne­rał Gne­jusz Do­mi­cjusz Kor­bu­lon, nowo wy­zna­czony głów­no­do­wo­dzący wojsk na wscho­dzie im­pe­rium

Ma­rek Um­mi­diusz Kwa­dra­tus, gu­ber­na­tor Sy­rii

Ga­jusz Ama­tus Pinto, kwe­stor z asy­sty gu­ber­na­tora

GWAR­DIA PRE­TO­RIAŃ­SKA

Igna­tius, Ni­co­lis, Me­tel­lus, Pla­ci­nus, Por­cino, cen­tu­rioni

Mar­cel­lus, Gan­ni­cus, Ter­tius, optioni

Cen­tu­rion Spir­caus Ke­ra­nus, awan­so­wany przez Ka­tona na do­wódcę ba­le­ar­skich pro­ca­rzy

Ru­ti­lius, cho­rąży

Ga­jusz Gla­bius, żoł­nierz au­xi­liów, ba­le­ar­ski pro­carz

Ty­tus Bo­re­nus, le­gio­ni­sta

PAR­TIA

Król Wo­lo­ga­zes, władca Par­tii

Spo­ra­ces, par­tyj­ski ge­ne­rał

Ab­da­ga­zes, kró­lew­ski skarb­nik

Książę Var­da­nes, naj­star­szy i ulu­biony syn króla Wo­lo­ga­zesa, dzie­dzic par­tyj­skiego tronu

Mi­tra­xes, am­ba­sa­dor Ar­me­nii na dwo­rze króla Par­tów

ARME­NIA

Ra­da­mist, ibe­ryj­ski książę i oba­lony król Ar­me­nii

Król Ti­ri­da­tes, brat króla Wo­lo­ga­zesa, nieco wcze­śniej po­sa­dzony przez niego na ar­meń­skim tro­nie

Ar­gha­lis, szam­be­lan na dwo­rze Ti­ri­da­tesa

Na­rses, czło­wiek z oto­cze­nia Ra­da­mi­sta, wy­zna­czony na tłu­ma­cza i ofi­cera łącz­ni­ko­wego mię­dzy Ibe­rami a Rzy­mia­nami

Ze­no­bia, żona Ra­da­mi­sta

Ber­ni­sza, słu­żąca Ra­da­mi­sta przy­gar­nięta przez Ka­tona

IBE­RIA

Król Far­sman, władca Ibe­rii, oj­ciec Ra­da­mi­sta

INNI

Lu­cjusz, syn Ka­tona, urwis

Pe­tro­nella, niańka Lu­cju­sza i ko­bieta, z którą le­piej nie za­dzie­rać

Ju­sef, ju­bi­ler gosz­czący Ka­tona w swoim domu

Gra­ni­cu­lus, kwa­ter­mistrz rzym­skiego gar­ni­zonu Bac­tris

Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuThe Blood of Rome
Pro­jekt se­riiMA­RIUSZ BA­NA­CHO­WICZ
Pro­jekt okładki NA­TA­LIA TWARDY
Fo­to­gra­fia na okładce? Fxqu­adro / Adobe Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuPA­TRYK MŁY­NEK
Re­dak­cjaELŻ­BIETA SPA­DZIŃ­SKA-ŻAK
Ko­rektaBO­GU­SŁAWA OTFI­NOW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? 2018 Si­mon Scar­row First pu­bli­shed in Great Bri­tain in 2018 by He­adline Pu­bli­shing Group
All ri­ghts re­se­rved.
Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
Wszyst­kie po­staci - oprócz zna­nych po­staci hi­sto­rycz­nych - są fik­cyjne, a ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do osób ży­ją­cych lub zmar­łych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.
ISBN 978-83-271-6455-1
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Kte­zy­fon, sto­lica kró­le­stwa Par­tów,

ma­rzec 55 roku n.e.

Za­cho­dzące słońce roz­świe­tliło sze­roką po­łać rzeki Ty­grys, która te­raz lśniła ni­czym roz­to­pione złoto na tle bla­do­po­ma­rań­czo­wego nieba. Po­wie­trze było nie­ru­chome i chłodne. Front bu­rzo­wych chmur, który prze­to­czył się nad mia­stem, spłu­ku­jąc je ka­skadą desz­czu, prze­su­nął się na po­łu­dnie, zo­sta­wia­jąc po so­bie le­d­wie wy­czu­walny me­ta­liczny za­pach. Służba z kró­lew­skiego pa­łacu uwi­jała się jak w ukro­pie, przy­go­to­wu­jąc pa­wi­lon nad brze­giem rzeki na wie­czorne spo­tka­nie, pod­czas któ­rego król i jego rada mieli omó­wić nowe za­gro­że­nie dla Par­tii ze strony Rzymu. Słu­żą­cych po­ga­niał, po­krzy­ku­jąc nie­cier­pli­wie i wy­mie­rza­jąc im ciosy, chudy, wy­mi­ze­ro­wany męż­czy­zna - kró­lew­ski szam­be­lan. Jego przed­wcze­sna si­wi­zna świad­czyła do­bit­nie, ile ner­wów kosz­tuje usłu­gi­wa­nie po­ryw­czemu władcy im­pe­rium roz­po­ście­ra­ją­cego się od brze­gów In­dusu aż do gra­nicy rzym­skiej Sy­rii. Król Wo­lo­ga­zes był po­chło­nięty bez reszty wi­zją przy­wró­ce­nia Par­tii daw­nej świet­no­ści i nie zno­sił, gdy ktoś choćby w naj­mniej­szym stop­niu sta­wał na dro­dze jego prze­zna­cze­nia - nie­za­leż­nie od tego, czy był to bun­tu­jący się oli­gar­cha, czy nie­zdarny, opie­szały słu­żący. Po­przedni szam­be­lan nie do­pil­no­wał, by strawa ser­wo­wana na uczcie u króla była od­po­wied­nio cie­pła, za co zo­stał pra­wie za­chło­stany na śmierć i wy­rzu­cony na ulicę. Jego na­stępca nie za­mie­rzał po­dzie­lić losu po­przed­nika, dla­tego mio­tał prze­kleń­stwa i tłukł swo­ich pod­wład­nych. Ci go­rącz­kowo roz­sta­wiali sofy, gro­ma­dzili opał do pie­cy­ków i roz­wie­szali grube ha­fto­wane ko­tary osła­nia­jące pa­wi­lon z trzech stron. Czwarta strona po­zo­stała od­sło­nięta, by król i jego go­ście mo­gli na­pa­wać się wi­do­kiem rzeki, gdy słońce cho­wało się za ho­ry­zont i gwiazdy za­czy­nały mi­go­tać na nie­bo­skło­nie, po­ły­sku­jąc świa­tłem od­bi­tym w ciem­nie­ją­cej toni Ty­grysu.

Kiedy ostat­nie je­dwabne po­duszki zo­stały sta­ran­nie roz­ło­żone, słu­żący wy­co­fali się pod jedną z ko­tar i cze­kali, pod­czas gdy szam­be­lan oce­niał ich wy­siłki i do­ko­ny­wał drob­nych ko­rekt, aż uznał, że jego pan nie bę­dzie miał czego wy­tknąć. Nie żeby Wo­lo­ga­zes miał skłon­ność do zwra­ca­nia uwagi na każdy szcze­gół ota­cza­ją­cych go luk­su­sów. Nie­mniej, po­my­ślał szam­be­lan, le­piej być skru­pu­lat­nym, niż ry­zy­ko­wać, że ja­kieś uchy­bie­nie wy­woła fu­rię mo­nar­chy. Za­koń­czyw­szy in­spek­cję, kla­snął gło­śno.

- Precz stąd, psy! Przy­nieść owoce i wino.

Gdy słu­żący od­da­lili się truch­tem, zwró­cił się do swo­jego asy­stenta:

- A ty po­wiedz sze­fowi kuchni, żeby miał po­si­łek go­towy do po­da­nia, kiedy tylko dam sy­gnał.

Asy­stent, młod­szy kor­pu­lentny męż­czy­zna, bez wąt­pie­nia aspi­ru­jący do tego, by stać się na­stępcą szam­be­lana, ski­nął głową i opu­ścił pa­wi­lon żwa­wym kro­kiem. Szam­be­lan jesz­cze raz omiótł wzro­kiem wszystko wo­kół, na­stęp­nie sta­nął przed kró­lew­skim pod­wyż­sze­niem i zmru­żył oczy, przy­pa­tru­jąc się uważ­nie so­fie, po­dusz­kom i ple­dom. Po­chy­lił się, by wy­gła­dzić fałdę, wy­pro­sto­wał się i z sa­tys­fak­cją za­ło­żył ręce na piersi. A po­tem, nie­ty­powo dla sie­bie, uśmiech­nął się pod no­sem. Ro­zej­rzał się czuj­nie. Był sam. Przy na­wale obo­wiąz­ków, które nio­sło ze sobą jego sta­no­wi­sko, ta­kie mo­menty zda­rzały się w jego ży­ciu nie­czę­sto. Ta prze­rwa miała trwać tylko chwilę, do czasu, aż słu­dzy wrócą z owo­cami i wi­nem oraz kró­lew­skim de­gu­sta­to­rem, który skosz­tuje ja­dła i na­pitku z każ­dego na­czy­nia, by król Wo­lo­ga­zes miał pew­ność, że może bez­piecz­nie bie­sia­do­wać. Par­tia była mo­car­stwem wiel­kim i sta­bil­nym, lecz jej władcy re­gu­lar­nie pa­dali ofiarą spi­sków oli­gar­chów albo am­bi­cji człon­ków rzą­dzą­cej ro­dziny.

Szam­be­lan ode­tchnął głę­boko. Uśmie­cha­jąc się na wi­dok kró­lew­skiej sofy, na­gle po­czuł w so­bie prze­możną chęć rzu­ce­nia się w te je­dwabne po­duszki. Mógł to zro­bić te­raz, kiedy nikt nie pa­trzył i nikt by się o tym nie do­wie­dział. Jego serce przy­spie­szyło na samą myśl o ta­kim nie­zwy­kłym na­ru­sze­niu dwor­skiej ety­kiety. Jesz­cze przez chwilę zma­gał się z po­kusą. W końcu cof­nął się o krok, z prze­ra­że­niem za­kry­wa­jąc usta dło­nią, gdy wy­obra­ził so­bie, co by się z nim stało, gdyby o jego wy­stępku do­wie­dział się król. Na­wet te­raz, kiedy był sam, kie­ro­wał nim strach przed jego pa­nem i władcą. Wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie o swoim prze­lot­nym sza­leń­stwie. Sap­nął nie­cier­pli­wie, na­stęp­nie ru­szył w kie­runku scho­dów wio­dą­cych w dół, do ogro­dów roz­po­ście­ra­ją­cych się po obu stro­nach ścieżki w stronę głów­nego gma­chu pa­ła­co­wego kom­pleksu. Pierw­szy sługa wła­śnie wra­cał, nio­sąc wielką srebrną pa­terę pełną fig, dak­tyli i in­nych wy­kwint­nych owo­ców.

- Bie­giem, le­niwy psie! - wark­nął szam­be­lan i słu­żący przy­spie­szył do truchtu, roz­pacz­li­wie usi­łu­jąc nie wy­mie­szać mi­ster­nie uło­żo­nych na pa­te­rze owo­ców.

Szam­be­lan rzu­cił wo­kół ostat­nie spoj­rze­nie i w my­ślach zmó­wił krótką mo­dli­twę do Mi­try, by jego pan nie zna­lazł ni­czego, co mo­głoby go wpra­wić w zły na­strój.

Za­nim król i jego nie­wielka świta wy­ło­nili się z pa­łacu, słońce zdą­żyło scho­wać się za ho­ry­zont, zo­sta­wia­jąc po so­bie tylko ru­dawy pas nieba gó­ru­jący nad kra­jo­bra­zem po dru­giej stro­nie rzeki, który te­raz to­nął w głę­bo­kich cie­niach. Po­wy­żej brąz prze­cho­dził w fio­let i ciemny ak­sa­mit nocy, na tle któ­rego pierw­sze gwiazdy mi­go­tały ni­czym okru­chy sre­bra. Na prze­dzie ma­sze­ro­wali żoł­nie­rze z oso­bi­stej ochrony mo­nar­chy. Byli uzbro­jeni w włócz­nie i ubrani w po­włó­czy­ste bo­gato ha­fto­wane spodnie, z no­gaw­kami wsu­nię­tymi w cho­lewki skó­rza­nych bu­tów. Ich łu­skowe ki­rysy i stoż­ko­wate hełmy lśniły w świe­tle po­chodni i pie­cy­ków roz­sta­wio­nych po obu stro­nach ścieżki. Przy swoim władcy wy­glą­dali jed­nak jak naj­zwy­klej­szy me­tal przy zło­cie naj­wyż­szej próby. Wo­lo­ga­zes był wy­so­kim, do­brze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną, z sze­ro­kim czo­łem i kwa­dra­tową szczęką, któ­rej kan­cia­stość pod­kre­ślała sta­ran­nie przy­strzy­żona ciemna broda. Oczy miał rów­nie ciemne jak wy­po­le­ro­wany he­ban, co przy­da­wało jego spoj­rze­niu bu­dzą­cej re­spekt in­ten­syw­no­ści. Mimo to w jego apa­ry­cji była też pewna jo­wial­ność. Gdy prze­ma­wiał swoim głę­bo­kim, cie­płym gło­sem, w ką­ci­kach ust ma­ja­czył uśmiech. Po­tra­fił ocza­ro­wać po­lo­tem i do­bro­dusz­no­ścią, a nade wszystko mą­dro­ścią. Jego żoł­nie­rze i cały lud wiel­bili go i byli mu lo­jal­nie od­dani. Ci jed­nak, któ­rzy znali go oso­bi­ście, wie­dzieli aż nadto, jak wy­bu­chowy ma tem­pe­ra­ment, dla­tego mieli się na bacz­no­ści, uśmie­cha­jąc się, gdy on to czy­nił, i za­mie­ra­jąc w trwoż­nym bez­ru­chu, kiedy się wście­kał.

Tego wie­czora pa­no­wał po­sępny na­strój. Do sto­licy Par­tów do­tarły wie­ści, że ce­sarz Klau­diusz zo­stał za­mor­do­wany, a wła­dzę po nim prze­jął jego ad­op­to­wany syn Ne­ron. Wo­lo­ga­zes mu­siał te­raz od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie, jak ta zmiana może wpły­nąć na dość na­pięte re­la­cje mię­dzy Par­tią a Rzy­mem, które w ostat­nich la­tach jesz­cze się po­gor­szyły. Po­wo­dem tego, jak za­wsze, był los Ar­me­nii - nie­szczę­snego po­gra­nicz­nego kró­le­stwa tar­ga­nego am­bi­cjami Rzymu i Par­tii. Ja­kieś cztery lata wcze­śniej pre­ten­dent do ar­meń­skiego tronu, książę Ra­da­mist z są­sied­niego kró­le­stwa Ibe­rii, na­je­chał Ar­me­nię, za­bił króla i jego ro­dzinę, po czym ogło­sił się no­wym władcą. Sam oka­zał się rów­nie okrutny, co am­bitny, dla­tego Or­mia­nie zwró­cili się do Wo­lo­ga­zesa, by ich uwol­nił od ty­rana. Król Par­tów po­pro­wa­dził więc swoją ar­mię prze­ciwko Ra­da­mi­stowi, który przed nim uciekł. Wów­czas Wo­lo­ga­zes osa­dził na ar­meń­skim tro­nie swo­jego brata, Ti­ri­da­tesa. To była pro­wo­ka­cja i Wo­lo­ga­zes miał tego świa­do­mość, po­nie­waż Rzym uwa­żał, że Ar­me­nia leży w jego stre­fie wpły­wów, i to od po­nad stu lat. Można więc było się spo­dzie­wać, że Rzy­mia­nom nie spodoba się in­ge­ren­cja Par­tów.

Szam­be­lan, który cze­kał przy wej­ściu, po­kło­nił się w pas, gdy przy­by­sze wcho­dzili po stop­niach do pa­wi­lonu. Straż przy­boczna za­jęła po­zy­cje na ze­wnątrz, oprócz dwóch naj­ro­ślej­szych męż­czyzn, któ­rzy usta­wili się po obu stro­nach kró­lew­skiego po­dium. Wo­lo­ga­zes usa­do­wił się wy­god­nie na so­fie, za­nim ski­nął na człon­ków swo­jej rady.

- Usiądź­cie.

W bar­dziej for­mal­nych oko­licz­no­ściach go­ście króla po­zo­sta­liby na sto­jąco, ale Wo­lo­ga­zes ce­lowo wy­brał na miej­sce spo­tka­nia pa­wi­lon, by odło­żyć na bok dwor­ską ety­kietę i za­chę­cić pod­wład­nych do swo­bod­niej­szego wy­ra­że­nia opi­nii. Gdy ci już za­jęli miej­sca na są­sied­nich so­fach, król się po­chy­lił, się­gnął po jedną z fig le­żą­cych na pa­te­rze i od­gryzł kęs, w ten spo­sób sy­gna­li­zu­jąc in­nym, że mogą się czę­sto­wać.

Wo­lo­ga­zes od­rzu­cił nad­gry­zioną figę z po­wro­tem na pa­terę i ro­zej­rzał się po go­ściach. Spo­ra­ces, jego naj­zna­mie­nit­szy ge­ne­rał; Ab­da­ga­zes, kró­lew­ski skarb­nik; książę Var­da­nes, naj­star­szy syn króla i dzie­dzic par­tyj­skiego tronu. Był jesz­cze Mi­tra­xes, przed­sta­wi­ciel Ti­ri­da­tesa, mło­dzie­niec mniej wię­cej w wieku księ­cia.

- Nie mamy czasu do stra­ce­nia, moi przy­ja­ciele - oznaj­mił Wo­lo­ga­zes - dla­tego po­zwól­cie, że przejdę od razu do sedna sprawy. Wszy­scy sły­sze­li­ście wie­ści z Rzymu. Na tron wstą­pił nowy ce­sarz. Ne­ron.

- Ne­ron? - Spo­ra­ces po­krę­cił głową. - Nic mi to imię nie mówi, pa­nie.

- Nic dziw­nego. Zo­stał ad­op­to­wany za­le­d­wie kilka lat temu. To syn ostat­niej żony ce­sa­rza Klau­diu­sza z jej po­przed­niego mał­żeń­stwa.

- Tej sa­mej żony, która, tak się składa, była rów­nież jego bra­ta­nicą - za­uwa­żył cierpko Var­da­nes. Mla­snął ję­zy­kiem i uniósł brew. - Ach, ci Rzy­mia­nie. Tacy cy­wi­li­zo­wani i przy­zwo­ici.

Inni uśmiech­nęli się na jego uwagę.

- Co wiemy o tym Ne­ro­nie? - kon­ty­nu­ował Spo­ra­ces. Był męż­czy­zną o su­ro­wej fi­zjo­no­mii, która pa­so­wała do jego braku cier­pli­wo­ści dla try­wial­nych dy­gre­sji. Więk­szość człon­ków kró­lew­skiego dworu krzy­wiła się na szorst­kie ma­niery ge­ne­rała, ma­jąc go za gbura, ale Wo­lo­ga­zes znał jego war­tość jako żoł­nie­rza i ce­nił jego ta­lenty. Poza tym Spo­ra­ces, jako syn grec­kiego na­jem­nika i pro­sty­tutki z Se­leu­cji, był po­gar­dzany przez moż­nych Par­tii i dla­tego nie sta­no­wił za­gro­że­nia dla Wo­lo­ga­zesa.

Król ski­nął na Ab­da­ga­zesa, który kie­ro­wał siatką szpie­gów do­star­cza­ją­cych Par­tom in­for­ma­cji o tym, co się działo w rzym­skim im­pe­rium.

- Czy­ta­łeś pełny ra­port. Po­wiedz im.

- Tak, pa­nie. - Ab­da­ga­zes od­chrząk­nął. - Po pierw­sze jest młody. Ma za­le­d­wie szes­na­ście lat. To jesz­cze bar­dziej chło­piec niż męż­czy­zna.

- Być może - Spo­ra­ces lekko prze­krzy­wił głowę - ale Au­gu­stus miał tylko osiem­na­ście lat, gdy po­sta­no­wił znisz­czyć swo­ich ry­wali i zo­stać pierw­szym im­pe­ra­to­rem Rzymu.

- Ne­ron to nie Au­gu­stus - skwi­to­wał rze­czowo skarb­nik. - Może jesz­cze wy­ro­śnie na ko­goś tej miary, cho­ciaż we­dług na­szych agen­tów w Rzy­mie to bar­dzo wąt­pliwe. Nowy ce­sarz uważa się za ar­ty­stę. Mu­zyka, po­etę... Ota­cza się ak­to­rami, graj­kami i fi­lo­zo­fami. Ma am­bi­cje uczy­nić Rzym czymś w ro­dzaju azylu dla ta­kich lu­dzi, sprawy mi­li­tarne na­to­miast naj­wy­raź­niej go nie po­cią­gają.

- Ar­ty­sta? Mu­zyk? - Spo­ra­ces po­krę­cił głową. - Co to za ce­sarz?

- Taki, który bę­dzie nam na rękę, jak są­dzę - po­wie­dział Wo­lo­ga­zes. - Miejmy na­dzieję, że młody Ne­ron skon­cen­truje się na swo­ich do­ko­na­niach ar­ty­stycz­nych i nie przyj­dzie mu do głowy in­te­re­so­wać się Ar­me­nią.

- Tak, pa­nie. - Ab­da­ga­zes ski­nął głową. - Mo­żemy mieć taką na­dzieję, ale by­łoby roz­trop­niej nie li­czyć tylko na to. Ne­ron może i jest dy­le­tan­tem, ale nie wolno za­kła­dać z góry, że nie przy­spo­rzy nam pro­ble­mów. Jest oto­czony przez do­rad­ców, z któ­rych wielu ma głowę na karku i już nie­raz za­szli nam za skórę. Głów­nie dla­tego, że to­czy ich rzym­ska cho­roba.

- Rzym­ska cho­roba? - Va­ra­des uniósł brew, się­gnął po drugą figę i ugryzł spory kęs. Prze­żuł nie­spiesz­nie, za­nim spró­bo­wał kon­ty­nu­ować z peł­nymi ustami. - Co to... za... cho­roba?

- Tak część z nas na kró­lew­skim dwo­rze na­zywa przy­pa­dłość Rzy­mian, któ­rzy mają ob­se­sję na punk­cie wła­snej sławy i bar­dzo sztywne po­czu­cie ho­noru. Ża­den sza­nu­jący się rzym­ski ary­sto­krata ni­gdy nie prze­pu­ści oka­zji do zdo­by­cia chwały dla swo­jego rodu. Bez względu na koszty. Wła­śnie dla­tego Kras­sus pró­bo­wał na­je­chać Par­tię i źle na tym wy­szedł. A po nim Ma­rek An­to­niusz. Nie­stety, naj­wy­raź­niej mie­rzą swoją war­tość tym, na ile uda im się prze­wyż­szyć do­ko­na­nia przod­ków, i kie­ruje nimi chęć osią­gnię­cia suk­cesu tam, gdzie in­nym się nie po­wio­dło. - Ab­da­ga­zes za­milkł na mo­ment. - Można od­nieść wra­że­nie, że po­rażki Kras­susa i An­to­niu­sza spra­wiły je­dy­nie, że Rzy­mia­nie za­częli trak­to­wać Par­tię jak wy­zwa­nie. Roz­sądni lu­dzie wy­cią­gnę­liby wnio­ski z nie­po­wo­dzeń, ale u Rzy­mian ho­nor ary­sto­kraty za­wsze bie­rze górę nad roz­sąd­kiem. Au­gu­stus był dość roz­tropny, by so­bie uświa­do­mić, że w kon­tak­tach z Par­tią wię­cej zy­ska dy­plo­ma­cją niż dzia­ła­niami mi­li­tar­nymi. Jego na­stępcy prze­waż­nie brali z niego przy­kład. Na­wet je­śli to ozna­czało scy­sje z se­na­to­rami, któ­rzy do­ma­gali się roz­pę­ta­nia wojny prze­ciwko nam. Py­ta­nie brzmi, czy nowy ce­sarz zdoła oprzeć się za­ku­som swo­ich do­rad­ców i se­natu?

- Mam szczerą na­dzieję, że tak - od­parł Wo­lo­ga­zes. - Par­tia nie może so­bie po­zwo­lić na wojnę z Rzy­mem te­raz, gdy nasi wro­go­wie knują prze­ciwko nam na in­nych fron­tach.

Var­da­nes wes­tchnął.

- Mó­wisz o Hyr­ka­nach, oj­cze?

Var­da­nes był ulu­bio­nym sy­nem króla. Miał w so­bie od­wagę, in­te­li­gen­cję i cha­ry­zmę, czyli przy­mioty, któ­rymi po­wi­nien być ob­da­rzony dzie­dzic tronu. Nie bra­ko­wało mu rów­nież am­bi­cji, a to była ce­cha, która wzbu­dzała mie­szane uczu­cia. Zwłasz­cza w Par­tii. Król spo­chmur­niał.

- Tak, mam na my­śli Hyr­ka­nów. Wy­gląda na to, że nie chcą się po­go­dzić z pod­wyżką try­butu, któ­rej od nich za­żą­da­łem.

Var­da­nes się uśmiech­nął.

- Nic dziw­nego. Co gor­sza, wła­śnie na­ra­zi­li­śmy się na­szym grec­kim pod­da­nym, zmu­sza­jąc ich, by wy­rze­kli się wła­snej mowy i tra­dy­cji na rzecz na­szych, mimo że w ca­łym świe­cie Wschodu greka to uni­wer­salny ję­zyk. A te­raz jesz­cze za­nosi się na kon­flikt z Rzy­mem z po­wodu Ar­me­nii. - Wy­są­czył łyk wina i kon­ty­nu­ował: - Oba­wiam się, że nie mie­rzymy sił na za­miary. Szcze­gól­nie w kwe­stii Ar­me­nii. Rzym i Par­tia są jak dwa psy wal­czące o kość.

Skarb­nik od­kaszl­nął uprzej­mie, za­nim się wtrą­cił.

- Wa­sza wy­so­kość uprasz­cza sprawę. Tak się składa, że ta kość na­leży do nas. Ci rzym­scy in­truzi nie mają do niej żad­nych praw. Więk­szość ar­meń­skiej ary­sto­kra­cji jest spo­krew­niona z nami. Ar­me­nia trwała lo­jal­nie u boku par­tyj­skiego im­pe­rium przez całe wieki, za­nim Rzym skie­ro­wał spoj­rze­nie na wschód.

- My­ślę, że w tej kwe­stii wszy­scy je­ste­śmy zgodni. Rzym nie ma żad­nego prawa do Ar­me­nii. Nie­mniej jed­nak ro­ści je so­bie i je­śli doj­dzie do wojny, za­gar­nie ją. Sły­sza­łem wiele na te­mat po­tęgi rzym­skich le­gio­nów. Nie oprzemy się im.

- Nie w otwar­tej bi­twie, mój książę. Je­śli jed­nak zdo­łamy unik­nąć ta­kiego star­cia, na­sze woj­ska mogą wy­czer­pać prze­ciw­nika, osła­bić go, i kiedy przyj­dzie do­godny mo­ment, ro­ze­rwać go na strzępy. Po­dob­nie jak psy my­śliw­skie za­bi­jają gór­skie niedź­wie­dzie. Czyż nie tak, ge­ne­rale? - Ab­da­ga­zes zwró­cił się do Spo­ra­cesa o wspar­cie.

Ge­ne­rał za­my­ślił się na chwilę, za­nim od­po­wie­dział:

- Par­tia po­ko­nała Rzy­mian w prze­szło­ści. Do­ko­na­li­śmy tego, po­nie­waż wkro­czyli na na­sze zie­mie bez od­po­wied­niego roz­po­zna­nia te­renu i za­pa­sów dla swo­jej ar­mii. Ma­sze­rują po­woli, na­wet bez ta­bo­rów ob­lęż­ni­czych. Tym­cza­sem na­sze woj­ska po­tra­fią się prze­miesz­czać znacz­nie spraw­niej, szcze­gól­nie konni łucz­nicy i ka­ta­frakci. Mo­żemy so­bie po­zwo­lić na to, by od­da­wać te­ren w za­mian za zy­ska­nie czasu po­trzeb­nego do wy­czer­pa­nia ich sił i za­pa­sów. To jed­nak spraw­dzi się tylko wów­czas, gdy ude­rzą przez rzeki i pu­sty­nie Me­zo­po­ta­mii. Ar­me­nia jest inna. Gór­ski te­ren daje prze­wagę ra­czej rzym­skiej pie­cho­cie niż na­szej ka­wa­le­rii. Oba­wiam się, że książę Var­da­nes ma ra­cję. Je­śli Rzym ze­chce za­gar­nąć Ar­me­nię, po­stawi na swoim.

- Pro­szę! - Var­da­nes pstryk­nął pal­cami. - A nie mó­wi­łem?

- Nie­mniej - kon­ty­nu­ował Spo­ra­ces - aby pod­bić Ar­me­nię, Rzym mu­siałby skon­cen­tro­wać swoje woj­ska. Ma naj­lep­szych żoł­nie­rzy na świe­cie, to prawda. Na­wet jed­nak oni nie mogą być w dwóch miej­scach jed­no­cze­śnie. Je­śli Rzym ru­szy na Ar­me­nię, od­słoni się w Sy­rii. Nie zna­czy to, że wów­czas ją pod­bi­jemy. To po­nad na­sze moż­li­wo­ści. Par­tia ni­gdy nie bę­dzie na tyle po­tężna, by znisz­czyć Rzym, a Rzym ni­gdy nie zbie­rze dość sił, by ujarz­mić Par­tię. Tak było za­wsze i tak już po­zo­sta­nie, mój książę. To kon­flikt, w któ­rym żadna ze stron nie może wy­grać. Z tego względu je­dy­nym roz­wią­za­niem jest po­kój.

- Po­kój! - Wo­lo­ga­zes par­sk­nął. - Pró­bo­wa­li­śmy za­wrzeć po­kój z Rzy­mem. Ho­no­ro­wa­li­śmy każdy trak­tat, a ci prze­klęci Rzy­mia­nie tylko je ła­mali, je­den po dru­gim. - Król zmarsz­czył czoło i przez chwilę zbie­rał my­śli. - Wła­śnie dla­tego w kwe­stii Ar­me­nii mu­simy za­cho­wać da­leko idącą ostroż­ność. - Po tych sło­wach zwró­cił się do przed­sta­wi­ciela swo­jego brata. - Mi­tra­xe­sie, jesz­cze nie za­bie­ra­łeś głosu. Nie masz zda­nia na te­mat no­wego ce­sa­rza w Rzy­mie i jego za­mia­rów wo­bec Ar­me­nii?

Mi­tra­xes non­sza­lancko wzru­szył ra­mio­nami.

- Moja opi­nia jest bez zna­cze­nia, pa­nie. Je­stem or­miań­skim ary­sto­kratą, po­tom­kiem dłu­giej li­nii ro­do­wej szla­chet­nie uro­dzo­nych, z któ­rych ża­den ni­gdy nie wi­dział na­szych ziem wol­nych od wpły­wów Par­tii czy Rzymu. Na­szych kró­lów zwy­kle się obala albo mor­duje. Twój brat za­siada na tro­nie od za­le­d­wie dwóch lat. Nie jest gor­szy od nie­któ­rych wład­ców, któ­rzy rzą­dzili Ar­me­nią, ani...

- Licz się ze sło­wami, kiedy mó­wisz o moim bra­cie - ostrzegł go Wo­lo­ga­zes.

- Wa­sza wy­so­kość... Przy­słano mnie tu­taj, bym zdał spra­woz­da­nie z sy­tu­acji w Ar­me­nii i po­pro­sił cię o po­moc. Uwa­żam, że bę­dzie naj­le­piej, je­śli usły­szysz szczere słowa.

Król przyj­rzał mu się uważ­nie i za­uwa­żył, że Or­mia­nin na­wet nie drgnął pod cię­ża­rem jego spoj­rze­nia.

- Od­waga i pra­wość? Czy wszy­scy or­miań­scy ary­sto­kraci są tacy jak ty?

- Nie­stety, nie, wa­sza wy­so­kość. I to jest pro­blem, z któ­rym zmaga się twój brat. Jak już po­wie­dzia­łem, nie jest lep­szy od wielu in­nych wład­ców, cho­ciaż też wcale nie gor­szy. A jed­nak był zmu­szony za­pro­wa­dzić rządy twar­dej ręki, by wy­móc po­słu­szeń­stwo w swoim kró­le­stwie.

- Jak twarda jest ta ręka?

- Nie­któ­rzy możni wolą Rzym, wa­sza wy­so­kość. Inni są prze­ciwni każ­demu ob­co­kra­jow­cowi na or­miań­skim tro­nie. Król Ti­ri­da­tes uznał, że na­leży dać na­uczkę tym, któ­rzy oka­zali nie­lo­jal­ność. Nie­stety, nie­któ­rych uznał za ko­nieczne wy­gnać, in­nych zgła­dzić. Osią­gnął jed­nak za­mie­rzony efekt i zdu­sił fer­ment.

- Wy­obra­żam so­bie. - Var­da­nes się uśmiech­nął. - Cho­ciaż śmiem twier­dzić, że ta­kim po­stę­po­wa­niem przy­spo­rzył so­bie no­wych wro­gów.

- To prawda, wa­sza wy­so­kość. Nie­mniej król Ti­ri­da­tes na­dal za­siada na tro­nie w Ar­ta­sza­cie. Jego wro­go­wie zo­stali za­stra­szeni, przy­naj­mniej na obecną chwilę. Cho­ciaż je­stem pe­wien, że wkrótce zwrócą się o po­moc w oba­le­niu króla. Je­śli jesz­cze tego nie zro­bili. - Mi­tra­xes prze­niósł wzrok na Wo­lo­ga­zesa. - Z tego względu twój brat, pa­nie, prosi cię, abyś przy­słał mu ar­mię, która po­może za­cho­wać kon­trolę nad Ar­me­nią. Ar­mię dość silną, by po­ko­nać moż­nych, któ­rzy kon­spi­rują prze­ciwko niemu, a Rzym znie­chę­cić do na­je­cha­nia jego ziem.

- Ar­mię? Tylko tyle chce ode mnie? - Król Par­tii prych­nął. - Czy mój brat są­dzi, że po­tra­fię wy­cza­ro­wy­wać ar­mię jed­nym pstryk­nię­ciem pal­ców? Po­trze­buję wszyst­kich żoł­nie­rzy, ja­kich mam, tu, w Par­tii, by upo­rać się z za­gro­że­niami dla mo­jego kró­le­stwa.

- Nie prosi o wielką ar­mię, wa­sza wy­so­kość. Wy­star­czy taka, która od­wie­dzie spi­skow­ców od prób oba­le­nia go.

- Or­miań­scy bun­tow­nicy to jedno, a Rzy­mia­nie to dru­gie. Wąt­pię, czy siły, które mógł­bym wy­słać do Ar­me­nii, by­łyby w sta­nie ich od­stra­szyć.

Mi­tra­xes po­krę­cił głową.

- Nie był­bym tego taki pe­wien, pa­nie. Nasi szpie­dzy w Sy­rii do­no­szą, że sta­cjo­nu­jące tam le­giony nie są go­towe na wojnę. Bra­kuje im lu­dzi i sprzętu. Od lat nie brały udziału w żad­nych wal­kach. Nie są­dzę, by sta­no­wiły re­alne za­gro­że­nie dla króla Ti­ri­da­tesa.

Wo­lo­ga­zes od­wró­cił się w stronę swo­jego ge­ne­rała.

- To prawda?

Spo­ra­ces za­my­ślił się na mo­ment.

- To po­krywa się z tym, co wiemy od na­szych wy­wia­dow­ców, pa­nie. Je­śli jed­nak Rzy­mia­nie zde­cy­dują się na in­ter­wen­cję, spro­wa­dzą do Sy­rii wię­cej le­gio­nów, a te już na miej­scu z pew­no­ścią za­silą no­wymi re­kru­tami. Oczy­wi­ście będą jesz­cze mu­sieli ich wy­szko­lić, a także zgro­ma­dzić za­pasy, na­pra­wić drogi i przy­go­to­wać ma­chiny ob­lęż­ni­cze. To wszystko zaj­mie wiele czasu. Może na­wet całe lata. Kiedy jed­nak Rzy­mia­nie po­sta­no­wią dzia­łać, nic ich nie po­wstrzyma. Tak z nimi jest. - Za­milkł na mo­ment, by jego słowa za­pa­dły w pa­mięć po­zo­sta­łym. - Moja rada jest taka, by nie pro­wo­ko­wać na­szego nie­przy­ja­ciela jesz­cze bar­dziej. Rzym już te­raz czuje się do­tknięty tym, że na tro­nie w Ar­me­nii za­siada Ti­ri­da­tes. Nie zde­cy­do­wał się jak do­tąd na wsz­czę­cie wojny. Je­śli jed­nak wy­ślemy woj­sko na po­moc two­jemu bratu, może to prze­wa­żyć szalę i spro­wo­ko­wać Rzy­mian do in­ter­wen­cji. Poza tym jesz­cze nie wiemy, z ja­kiej gliny jest ule­piony ten ich nowy ce­sarz, Ne­ron. Może się skło­nić ku jed­nej lub dru­giej stro­nie. Nie pod­su­wajmy więc awan­tur­ni­kom w Rzy­mie pre­tek­stu, by go prze­ko­nali do roz­pę­ta­nia wojny z nami. Za­miast tego su­ge­ruję, by­śmy go po­łech­tali cie­płymi sło­wami o przy­jaźni i po­gra­tu­lo­wali ob­ję­cia ce­sar­skiego tronu. Je­śli za­kwe­stio­nuje na­sze dzia­ła­nia w Ar­me­nii, od­po­wiedz, że by­li­śmy zmu­szeni oba­lić ty­rana oraz że nie in­te­re­sują nas żadne inne zie­mie gra­ni­czące z rzym­skim te­ry­to­rium. - Na ko­niec po­kło­nił się uni­że­nie. - Taka jest moja skromna rada, wa­sza wy­so­kość.

Wo­lo­ga­zes osu­nął się głę­biej w po­duszki i za­ło­żył ręce na pier­siach, roz­wa­ża­jąc w my­ślach wszystko, co usły­szał od swo­ich do­rad­ców. Było prawdą, że cier­pli­wość Rzy­mian miała swoje gra­nice, a on nie mógł ry­zy­ko­wać wy­sy­ła­nia bratu po­mocy woj­sko­wej w chwili, gdy w Hyr­ka­nii w każ­dej chwili mo­gła wy­buch­nąć re­be­lia.

- Cóż, wy­cho­dzi na to, że je­stem zmu­szony cze­kać, jak roz­wi­nie się sy­tu­acja. Ini­cja­tywa na­leży do ce­sa­rza Ne­rona. Niech zde­cy­duje, czego chce, po­koju czy wojny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki