DAMSKO-MĘSKIE KOMPLIKACJE
Dorota od młodzieńczych lat wiodła dość burzliwe życie. W swoje osiemnaste urodziny zakochała się w Libijczyku Ahmedzie Salimim i tak zaczęła się jej czasami tragiczna, a innym razem szczęśliwa przygoda z Orientem. Z tego związku ma dwie córki, Miriam, zwaną Marysią, mamę dorosłych Adila i Nadii oraz półtorarocznej Amal, oraz Darin, inaczej Darię, która popełniła jeszcze więcej błędów niż jej rodzicielka. Aktualnie pogrążona w śpiączce dorobiła się samych synów: Ahmeda, Sulejmana zwanego Sulikiem oraz Mohameda.
Dorota po wyrwaniu się z łapsk Libijczyka wyszła za mąż za swego rodaka, Łukasza Nowickiego, z którym doczekała się syna Adasia, wielbionego od dziecka cherubinka. Rozpuszczony chłopak na własne życzenie zmarnował sobie życie. Na koniec piękna blondwłosa i błękitnooka Słowianka spotkała na swej drodze Saudyjczyka, doktora Aszrafa, porządnego i uroczego faceta, który zupełnie bezwolnie dopuścił się zdrady małżeńskiej. Żona, złagodniała i podstarzała babcia, przebaczyła mężowi i dalej są ze sobą, udając, że nic się nie stało. Ale żeby nie było zbyt różowo, dopadło ją kolejne nieszczęście i zachorowała na raka zapalnego sutka, nieziemsko zgryźliwy nowotwór. Nikt nie dawał jej szans, zwłaszcza że krnąbrna pacjentka nie miała ochoty poddać się mastektomii. Ubzdurała sobie, że operację ma przeprowadzić tylko i wyłącznie niegdysiejsza kochanka męża, a późniejsza jej przyjaciółka, Saudyjka Warda Albasri, skądinąd genialna chirurg onkolog. Ostatecznie po wielu komplikacjach Dorota trafiła pod jej skalpel. Po wyczerpującej chemio- i radioterapii niezniszczalna kobieta staje na nogi, ponownie rządzi całą rodziną i notorycznie musztruje jej członków.
- Umówiłam się z Wardą na mieście, a ten nasz durny, leniwy kierowca się nie pojawił! - telefonicznie opiernicza męża Aszrafa, który kolejny raz ma dwudziestoczterogodzinny dyżur. - Przecież sama nie siądę za kółkiem!
- Nie złość się, bo biedak ponownie złapał covid - usprawiedliwia pracownika dobroduszny Saudyjczyk. - Ja już nie wiem, jak jego płuca będą wyglądały.
- Jaki covid?! - Nie wierzy despotyczna Polka. - Ten wirus przecież odszedł w niepamięć.
- To, że nie jest o tej zarazie głośno, nie znaczy, że jej nie ma. Na stałe wpisała się na listę chorób zakaźnych naszego stulecia.
- Pierniczenie kotka za pomocą młotka - mówi po polsku, bo jak sobie chce poprzeklinać, przechodzi na swój ojczysty język.
- Nic nie rozumiem... Jaki kotek? Chcesz przygarnąć kotka?
- Idź ty w diabły! Pojadę autobusem miejskim - informuje, bo w zasadzie w tym celu dzwoni.
- Ależ dlaczego? Będziesz się cisnąć z pakistańskimi robotnikami budowlanymi? - Niepokoi się mąż, bo z komunikacji publicznej w Saudii korzystają przeważnie azjatyccy ekspaci5.
- Przed naszym kampusem szpitalnym postawili wypasiony, klimatyzowany przystanek, a autobusy to elektryczne maszyny niedawno ściągnięte prosto z Niemiec. To pierwszy etap budowy metra w stolicy.
- Nie wiedziałem...
- Tyle wiesz, co zjesz, mój ty milusiński. A że niewiele jesz... - Dorota ciągle na niego naskakuje, nie zastanawiając się, jak dotkliwe mogą być tego konsekwencje. - Jakbyś czasami wychodził ze szpitala, a nie kiblował w nim dniami i nocami, wybrał się gdzieś do centrum, to wiedziałbyś, co się w twojej ojczyźnie dzieje. Jak bardzo się zmienia.
Aszraf rzeczywiście przesadza, ale praca na pełny zegar weszła mu w krew od czasu pandemii koronawirusa. W Szpitalu Gwardii Narodowej, gdzie jest zatrudniony już od dekad, czuje się bardziej dowartościowany i przydatny niż w domu, nie wspominając o panującej tam życzliwej, przyjacielskiej atmosferze. Od momentu, kiedy w zasadzie cała rodzina przeniosła się z Arabii Saudyjskiej do Izraela, Dorota jest nie do zniesienia. Mężczyzna rozumie, że żona tęskni za swoimi dziećmi, wnukami, a od niedawna także prawnukiem, ale taka jest kolej rzeczy. Najgorsze, że bogata paniusia nie ma nic do roboty, bo wszystkie prace domowe wykonuje służba, więc siedzi na zmysłach i się bulwersuje. Wyrozumiały mąż cieszy się, że żona wyjdzie do miasta, ale nieustająco się o nią niepokoi, bo blondwłosa i jasnoskóra leciwa piękność nie jest tu zbyt bezpieczna.
- Podeślę ci kierowcę z kliniki - proponuje. - Autobusem będziesz jechała półtorej godziny, a osobówką o połowę krócej i zdecydowanie bardziej komfortowo.
- Czy ja jestem ubezwłasnowolniona?! - znów atakuje Dorota. - Nie wolno mi samodzielnie opuścić domu?!
- Kochanie... Ależ skąd... - cuka się, na co żona się rozłącza.
Boże, jak on mi idzie na nerwy! Dorocie aż szumi w głowie. Nie mogę go znieść! Dobrze mi zrobi ten wyjazd do Izraela. Może tam zostanę? Marzy jej się zmiana, bo wpadła w rutynę i marazm, co jest całkowicie sprzeczne z jej charakterem. Ona potrzebuje ruchu i akcji, ale na razie sama nic kreatywnego nie jest w stanie wymyślić. Zawsze otaczała ją liczna familia i to dzieci dostarczały jej aż nadto wrażeń. Teraz osacza ją pustka, bo do towarzystwa ma jedynie dziadka, który z jednej strony chce się zapracować na amen, a z drugiej zagłaskać ją na śmierć.
Dorota szykuje się na spotkanie, jakby szła na randkę. Jest typową babą, która uważa, że właśnie dla koleżanek warto się stroić, żeby im płucem szarpnęło z zazdrości. Jednak w Arabii Saudyjskiej nie jest to proste, bo pomimo że w ostatnich latach sytuacja kobiet zdecydowanie się poprawiła i nie są już szczególnie dyskryminowane w miejscach publicznych, to w dalszym ciągu mają pozostać skromne, nie okazywać swego powabu i wdzięku. Polka wyciąga z szafy jedną kreację za drugą, ale żadna nie nadaje się do ogólnodostępnych przestrzeni. Te ciuchy zawsze wkładała pod abaję6, którą ściągała po dotarciu na miejsce spotkania, w prywatnych domach czy w wydzielonej dla rodzin części w restauracjach. Nie ma żadnych zgrzebnych tunik w stonowanych kolorach i do pół uda, z długim rękawem i zabudowanym dekoltem, tylko same tiulowe, bijące po oczach bluzeczki ukazujące przez cienką tkaninę jej nadal nienaganną figurę. Cokolwiek włoży, zaraz z tego rezygnuje. Koniec końców ubiera się jak zawsze - na markowe, wyzywające fatałaszki zarzuca czarny wytworny płaszcz. Bardzo do niego przywykła i czuje się w nim niczym nieskrępowana, ukryta przed wścibskim okiem i bezpieczna. I dziwić się Saudyjkom, podśmiewa się pod nosem, chwytając przy wyjściu dużą damską torebkę i kolorowy jedwabny szal.
Przystanek autobusowy znajduje się żabi skok od głównej bramy prowadzącej na medyczny kampus, ale zanim Dorota tam dochodzi, jest zlana potem. W tym kraju się nie spaceruje, narzeka, wycierając czoło i rozmazując fluid pod nosem. W przeszklonym, klimatyzowanym, obszernym terminalu klapie na plastikową ławkę i pije lodowatą wodę, której nigdy nie zapomina wsadzić do torebki. Jako że szpital mieści się na obrzeżach miasta, jest to pierwszy postój, więc na autobus czeka tylko parę osób, oczywiście samych mężczyzn i oczywiście Azjatów.
Aszraf jak zawsze miał rację, Dorota nie jest zadowolona, ale musi to przyznać. Nie chcę nawet myśleć, jacy pasażerowie i ilu pojawi się bliżej centrum. Teraz jednak nie zrezygnuje, bo ona nigdy nie przyznaje się do błędu. Autobus rzeczywiście jest nowy, nowoczesny i ekologiczny, ale jak to w ortodoksyjnym kraju muzułmańskim panuje w nim segregacja płci. Kobiety zajmują miejsca w części przeznaczonej wyłącznie dla singielek oraz matek z dziećmi, która jest oddzielona od przestrzeni dla mężczyzn przegrodą z przezroczystego pleksi. W sumie to i dobrze, konkluduje zarabizowana Polka. Żaden brudas koło mnie nie siądzie i nie będzie mi śmierdział. Snobizm coraz częściej wychodzi z uprzywilejowanej burżujki, ale związane jest to przede wszystkim z jej wiekiem, samotnością i frustracją. Przecież nie tak dawno temu stawała w obronie azjatyckich robotników budowlanych i służby domowej pracujących w Katarze, bardzo przejmując się ich często ciężkim losem.
Sceptyczna pasażerka przyznaje, że w autobusie jest czym oddychać, co jest zasługą mocnej klimatyzacji i filtrów. Niestety, linia jadąca spod Szpitala Gwardii Narodowej nie dociera na Olaję, gdzie na Dorotę czeka przyjaciółka Warda ze swoim uroczym mężem - trzeba się przesiąść na ulicy Abdullah Ben Dżafar. Stamtąd podróżniczka nadal ma niezły kawał na miejsce, a jest już spóźniona prawie godzinę. Dzielnica Wurud popołudniami i wieczorami jest całkowicie zakorkowana. Na dworze zapada szarówka, więc robi się coraz mniej przyjemnie. Kobieta nerwowo kręci się po przystanku i sprawdza, w autobus z jakim numerem teraz wskoczyć.
- Mogę w czymś pomóc, madame7? - słyszy za plecami głos młodego mężczyzny, mówiącego po angielsku ze wschodnioeuropejskim akcentem. - Zgubiła się pani? A może zgubiła pani kierowcę?
Cóż to za opryszek mnie zaczepia?! - niepokoi się Dora z szybko bijącym sercem. Zagadywanie kobiet w Saudii jest niedopuszczalne i wręcz uwłacza płci pięknej. To nie tyle w złym tonie, ile zabronione.
Polka obraca się na pięcie z odpychającą miną i od stóp do głów lustruje faceta, który nie pasuje do tłumu czekających na przewóz azjatyckich i arabskich pasażerów. Mężczyzna ma na sobie kiepsko skrojony, pomięty garnitur, koszulę, która niegdyś była biała, i zakurzone wydeptane buty. Krawat dobitnie świadczy o jego złym guście. Ma trzydzieści parę lat, speszony uśmieszek przyklejony do ust i przygłupiastą twarz słowiańskiego chłopka-roztropka.
- Dzisiaj kierowca ma wolne, a ja postanowiłam sprawdzić, jak funkcjonuje tak długo wyczekiwana przez obywateli Królestwa komunikacja miejska - odpowiada uprzejmie, acz ozięble. - A pan co? Turysta? W garniaku?
- Niedawno przyjechałem i nie zdążyłem jeszcze kupić samochodu - wyjaśnia nachalny typ. - Pracuję tam. - Wskazuje niedaleki biurowiec, których w centrum jest bez liku. - Do wynajętego apartamentu mam siedem kilometrów, ale na piechotę nie pójdę, a taksówkarza o tej porze się nie uświadczy. Niezmiennie większość Saudyjek korzysta z ich usług. Pani musi być odważną, wyzwoloną kobietą, skoro wsiada do autobusu.
- Bezpieczniej w autobusie niż z pakistańskim napalonym na baby pseudoszoferem, młody człowieku. - Dorota dość obcesowo tłumaczy sytuację. - To co, znajdzie pan starszawej paniusi w rozkładzie jazdy linię na Olaję? - podpuszcza go, bo spodziewa się, że mężczyzna nie zna arabskiego, a na wyświetlaczu informacje podawane są jedynie w narodowym języku.
- Przepraszam, ale dopiero zapisałem się na kurs... - mamrocze młodzian jak niepyszny.
- Tam, gdzie pan pracuje, nie jest potrzebna znajomość lokalnego języka?
- Ponoć ułatwiłoby mi to życie, ale ten drut kolczasty jest nie do rozszyfrowania.
- Ma pan na myśli arabski alfabet?
- No właśnie. To jakieś celowe utrudnienia - bzdurzy bęcwał.
- A ktoś u was w ogóle mówi po arabsku? - naciska kobieta, która takiego dyletanta z chęcią postawiłaby do pionu.
- Mamy sekretarza miejscowego od takich rzeczy.
- Jakiej narodowości?
- Pakistańczyk.
- No to rzeczywiście miejscowy. Czystej krwi Saudyjczyk.
- Tak tu jest. Saudyjczycy to najbardziej leniwa nacja na świecie. - Nie ma pojęcia, jak bardzo godzi swymi słowy saudyjską patriotkę.
- Kiedyś w Saudii pracowali bardziej kompetentni ludzie - wygłasza Dorota z pogardą w oku. - Teraz zatrudniają byle kpa, który zna jedynie swój ojczysty język i parę słów po angielsku. Ten świat schodzi na psy.
- Chciałem tylko pomóc! - Mężczyzna nie wytrzymuje opryskliwości wyjątkowej flądry i traci nerwy. - Ładna mi wdzięczność!
- Wątpliwe to wsparcie. Spodziewam się raczej, że lubisz zgrzybiałe, a przede wszystkim nadziane babki. Szukasz sponsorki? - Dorota nierozsądnie założyła tego dnia bijącą po oczach złotą biżuterię z dużymi kamieniami, buty od Valentino, torebkę od Prady i abaję za parę tysięcy dolarów. - Radzę ci, szczeniaku, trzymaj się z daleka od takich tetryczek, bo mogą ci jaja wybrać. Zwłaszcza w kraju, gdzie kobietę nie tylko trzyma się pod kloszem czy pod kluczem, ale przede wszystkim chroni. Jeden mój okrzyk, że mnie nagabujesz, a z aresztu długo nie wyjdziesz.
- Ty stara wredna zdziro! - W końcu wychodzi szydło z worka.
- Olaja Street8?! - drze się Dorota, gdy otwierają się drzwi zatrzymującego się autobusu.
- Ajła, ma'am9. - Wszyscy ustępują jej z drogi, nikt z Azjatów i Saudyjczyków nie podniesie na pasażerkę wzroku i się nie pcha, więc tworzy się szpaler, którym jaśnie pani Blondi wchodzi do środka. Na pożegnanie dyskretnie pokazuje wątpliwemu podrywaczowi środkowy palec. Oto cała Dorota.
- Ty to potrafisz dać w kość! - Roztrzęsiona Warda rzuca się kumpelce w ramiona. - Od zmysłów odchodziłam, czy coś ci się nie stało, a ty jak zawsze telefonu nie odbierasz. Zostawiłaś w domu czy zapomniałaś włączyć dźwięk?
- Daj spokój! - Dorota cieszy się z okazanej troski i serdecznie wycałowuje bratnią duszkę. - Usiądźmy gdzieś. Dajcie mi się zrelaksować i odpocząć - proponuje, prowadząc przyjaciół w stronę swojej ulubionej knajpki z francuskimi naleśnikami.
- Przyjechałbym po ciebie. - Mati, pół Saudyjczyk, pół Amerykanin, mąż lekarki, jest nie dość że szarmanckim, to na dokładkę niezwykle przystojnym facetem. - Aszraf pozwala ci korzystać z komunikacji miejskiej? - niewinnie pyta, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo rozwścieczy tym zagadniętą.
Gniewne spojrzenie Polki przeszywające na wskroś kiepsko znającego ją człowieka świadczy o tym, jaką popełnił gafę.
- Kochanie, naszej Dorci nikt nie potrafi niczego zabronić czy nakazać - do rozmowy włącza się Warda, nie chcąc, by już na samym początku doszło do konfliktu. - Nie pamiętasz, co wyprawiała z mastektomią? Ani prośbą, ani groźbą nie dało się jej zaciągnąć na stół operacyjny.
- Wybacz, przyjaciółko, jeśli uraziłem cię moim głupim gadaniem - kaja się Mati, ale to za mało, by uspokoić nadpobudliwą Słowiankę z szalejącymi w menopauzie hormonami.
- Ty nie bądź taki arabski, kolego! - Dorota bardzo go lubi, ale lepiej jej się nie narażać. - Zgodnie ze średniowiecznym prawem szariatu10 mąż musi dawać mi pozwolenie na wszystko? Nawet na zrobienie kupki czy kichnięcie? Popierasz takie postępowanie?
- No coś ty! - Przepraszająco uśmiecha się mężczyzna. - Cofam swoje słowa.
- Już przepadło, za późno. - Nie przestaje się z nim droczyć, choć urok Matiego ją rozbraja. - Zacznę pytać Aszrafa o zgodę na każde moje posunięcie, kiedy ty zaczniesz nosić tobę11 i ghutrę12. W biało-czerwonym kratkowanym obrusiku na głowie wyglądałbyś bardzo interesująco. Dość już tych bezbożnych zachodnich ciuchów. - Wytyka mu podkoszulek z kolorowym nadrukiem, który mężczyzna ma na sobie.
Zaśmiewają się w trójkę, bo tylko oni wiedzą o przekręcie pół-Saudyjczyka, który przebywa tu na paszporcie amerykańskim i udaje pełną gębą jankesa, dzięki czemu nie ma obowiązku chodzić w lokalnym tradycyjnym męskim stroju.
- Ciuchy ciuchami, to jeszcze pół biedy, ale jako wahabita musiałbym się modlić pięć razy dziennie, a tego bym już nie wytrzymał. - Zdradza swoją najgłębszą tajemnicę, której ujawnienie mogłoby go kosztować głowę. Brak wiary jest równoznaczny z odejściem od niej i bluźnierstwem rzucanym na Allaha, a to największy grzech w islamie.
- Nie wspomnę o kwestii finansowej. - Warda jest typową kobietą, nieważne, czy arabską, czy zachodnią, i zawsze liczy pieniądze. - Jako Amerykanin zarabia dwa razy więcej niż najlepszy saudyjski specjalista - wyjaśnia politykę szpitala stosowaną wobec międzynarodowego personelu medycznego.
- Jakże tak? Przecież Hammadi to saudyjska klinika i słyszałam, że rodacy właściciela są uprzywilejowani. - Dorocie w głowie nie chce się to pomieścić.
- Chyba krewniacy. - Krzywią sarkastycznie usta znakomici medycy.
- Najwięcej zielonych koszą doktorzy z rozwiniętych krajów Zachodu - wyłuszcza onkolożka. - Najwyżej w rankingu stoją ci z Ameryki, potem z Europy. Dopiero po nich plasują się Saudyjczycy, którzy dostają pensje o połowę niższe. Za nimi są inni Arabowie, z Egiptu, Syrii czy Iraku, zaś na samym końcu Azjaci, w tym genialni Hindusi i Pakistańczycy, którzy przeprowadzają laserowe zabiegi na sercu czy kręgosłupie oraz na pęczki udanych transplantacji. Mają do tego rękę - podziwia kolegów po fachu obiektywna lekarka.
- A gdzie na tej drabinie są Polacy? - ciekawi się Dorota. - Macie tam przecież paru eskulapów znad Wisły.
- Gdzieś między Filipińczykami a Banglijczykami.
- O ja cię pierniczę! Przecież nie wolno dyskryminować osób ze względu na płeć, narodowość, wyznanie, niepełnosprawność, wiek czy orientację seksualną! - Teraz blondyna się oburza, a jeszcze przed chwilą przeszkadzał jej zapach zapracowanych Azjatów w autobusie. - To granda, żeby ktoś był gorzej traktowany tylko dlatego, że jest śniady lub gruby, chociaż ma te same umiejętności co ten biały i wysportowany.
- Na jakim świecie ty żyjesz, Dora? - Mati dziwi się oburzeniu kobiety.
- Z powodu prześladowania cierpią liczni ludzie, a szczególnie kobiety, i to nie tylko w krajach arabskich. Obawiam się, że we współczesnych czasach nękanie i nagonka pokutują na całym świecie. - Smuci się Warda, ale jako że taki stan ducha jest dla niej nietypowy, zaraz uśmiecha się promiennie i ogłasza: - Zjadłabym coś. Czujecie, jak pięknie pachną te naleśniki? A my tu siedzimy i dywagujemy o czymś, czego nie da się zmienić. Zamówmy w końcu, bo umrę z głodu.
- Popieram! - Rozpromieniona Dorota cieszy się z dobrego towarzystwa. - Poproszę o placek z nadzieniem wegetariańskim, ale nie wegańskim. - Tłumaczy Matiemu, który zamierza obsłużyć babską kompanię. - Serek żółty musi być. I chili, dużo chili poproszę.
- Robi się. A ty, kochanie? - zwraca się rodzynek do żony, która aż się oblizuje na myśl o pysznym jedzonku.
- Dla mnie to samo, ale jeden crepes to trochę za mało. - Udając zawstydzenie, zasłania uśmiechniętą buzię rękawem abai. - Do tego pikantnego weź drugi na słodko, z nutellą, bananem i ananasem oraz wszelkimi innymi owocami, jakie mają.
- Niezła z ciebie żarłoczka. - Polka żartobliwie szturcha ją w brzuch, ale zaraz, trochę przestraszona, głaska ostrożnie. - Przepraszam... Nie wiedziałam... Naprawdę?!
- Przytrafiło nam się. - Warda figlarnie spoziera na blondynę, robiącą wielkie oczy.
- Nie za... - Dorota poniewczasie gryzie się w język.
- Nie za stara? - koleżanka kończy obcesowe pytanie.
- Wyrwało mi się.
- Za dobrze cię znam, Dora. Jesteś prawdomówna aż do bólu. I za to cię kocham.
- W sumie moja córcia Marysia też już ma cztery dychy na karku, a urodziła zdrową córeczkę.
- Ja również na to liczę. Jestem taka szczęśliwa - wyznaje Saudyjka. - Może wreszcie w moim życiu się ułoży...
- Kobieto! Już się ułożyło! - żywiołowo wykrzykuje Polka. - Mabruk13!
- Co się dzieje? - Mati wraca do stolika, z rozbawieniem obserwując diametralnie różne kobiety w bliskiej przyjacielskiej zażyłości. - Jedzenie dopiero za dłuższą chwilę, więc nie ma co się tak cieszyć.
Zupełnie zapominając, że jest w miejscu publicznym, Dorota rzuca się mężczyźnie na szyję i trzykrotnie całuje go w oba policzki, omalże nie wytrącając mu z rąk tacy z napojami.
- Gratuluję, chłopie!
- Tyle pozytywnej energii nam przekazujesz, że na pewno będzie dobrze. - Mati delikatnie odsuwa ją od siebie i dwoma palcami poklepuje po plecach. - Warda trochę się niepokoi...
- Tylko czasami - usprawiedliwia się przyszła matka. - Bo ja to mam małego życiowego peszka...
- Nie waż się tak mówić! - Jak Żydówka i Arabka razem wzięte, przesądna Polka odpluwa przez lewe ramię. - Nie kracz, czarna wrono. - Żartobliwie ciągnie Saudyjkę za szeroką abaję.
- Kra-kra. - Cała trójca się wygłupia, starając się swoim zachowaniem nie przekroczyć obowiązujących norm obyczajowych.
- A tak z innej beczki, powiedzcie mi, gdzie się podziały najnowsze reformy naszego cudownego następcy tronu? - Dorota wzrokiem wskazuje klientów snujących się po centrum handlowym. - Ponoć babeczki mogą już nosić się na kolorowo, nie zakrywać twarzy, dziewczyny spotykać z chłopakami? Rozejrzyjcie się dookoła. Czy ja oślepłam, czy mam jakieś déja vu14?
- Na to potrzeba czasu - smutno konkluduje Warda.
- Mnie nie pytaj, bo ja nietutejszy i też tego nie ogarniam. - Mati wzbrania się od odpowiedzi. - Dla mnie to jest chore, ale wysnuwam wniosek, że Saudyjki chyba nie chcą zmian.
- Nie wierzę w to! - zaprzecza żywo Dorota. - Przecież aktywistki od lat walczyły, byście mogły u siebie w ojczyźnie prowadzić samochody - zwraca się do Wardy. - Byście miały więcej swobód obywatelskich, prawo do pracy i samodzielnego podróżowania, wyboru męża i rozwodu, wolność słowa i uprawnienia do głosowania. Niektóre za podburzanie społeczeństwa długie lata siedziały w karcerach.
- Sama sobie udzieliłaś odpowiedzi.
- No nie! Kiedy już możecie być deko niezależne, raczej nie pójdziecie do więzienia za to, co wam zostało oficjalnie przyznane. Czemu więc tylko sporadycznie widuję kobietę za kółkiem, a w czarnych płaszczach prawie wszystkie chodzą? Włącznie z tobą, Wardo. No i ze mną. - Robi kwaśną minę.
- Te, które pamiętają nie tak dawne czasy wahabickiego15 reżimu, kiedy Królestwem rządziła geriatria, zwyczajnie się boją - wyjaśnia Saudyjka. - Przemiany są dla odważnych młodych kobiet i nastolatek. Zjawią się tu na zakupy albo raczej na podryw, około siódmej, ósmej wieczorem.
- Podryw? O czymś takim w ustawach nic nie było - kpinkuje Dorota. - To chyba stale jest zabronione?
Kiedy tak beztrosko gawędzą, dochodzą do nich coraz głośniejsze krzyki. Goście naleśnikarni zgodnie odwracają głowy. Siedząca w kącie knajpki przy maleńkim dwuosobowym stoliku młoda dziewczyna, co widać tylko po oczach, bo nosi tradycyjny nikab16, i Saudyjczyk w tobie i kraciastej chuście na głowie gapią się jak sroka w gnat na szmaciarza w pomiętej, brudnej i znoszonej galabii17, w turbanie na głowie, rwącego sobie rozczapierzoną na boki brodę nad ich stolikiem.
- Natychmiast pokazać iqamę18! - gardłuje parweniusz. - Kontrakt ślubny lub narzeczeński! Już! Ruchy!
Młoda para zamiera, nie odzywa się ani nie porusza. Panna trzyma w pół drogi do ust kubek z kawą, a kawaler w dwóch palcach róg swej chusty. Są jak sparaliżowani. Wszystkim klientom kafeterii robi się ich żal. Bezbronne dzieciaki, przemyka im przez głowę. Gdzie ta transformacja kraju? Tylko na papierze?
- Mutawwa19?! - poirytowana Dorota o niewyparzonej buzi pierwsza wykrzykuje, i to po arabsku. - Oni jeszcze nie wymarli? Zaraza ich nie wybiła?
- Diabelskiego nasienia licho nie bierze! - dołącza do jej narzekań inna kobieta.
- Ten drań zawsze się tu kręcił - oświeca bywalczyni galerii. - Widać to jego rewir i nie potrafi się stąd wynieść.
- Piekło na takich czeka! Za nasze krzywdy! Zarżnąć dziada! - Padają odważne słowa, ale nie wiadomo z czyich ust, bo wszystkie damskie twarze są zakwefione, a oczy miotają iskry.
- A więc tak wyglądają te oszołomy? - dopytuje Mati, który niedawno przyjechał i w życiu takiego indywiduum nie widział. - I on ma wzbudzać respekt? Szacunek?!
- Strach na pewno. Co za nieszczęśnicy! - Warda współczuje nagabywanym.
- Może ich aresztować? - sonduje coraz bardziej zbulwersowany pół-Amerykanin.
- Nie ma takich uprawnień, ale zazwyczaj zawiadamia policjantów z obyczajówki, którzy w podskokach przybiegają na miejsce rzekomego przestępstwa i z wielką radością oraz poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrzucają grzeszników do aresztu.
- I co potem?! - Mężczyźnie aż głos drży ze wzburzenia.
Dorota kontynuuje wyjaśnienia, bo ona ten kraj zna jak własną kieszeń, lepiej nawet niż Warda, która dziesięć lat przebywała w Stanach na stypendium i stażu medycznym, a ostatnimi czasy mieszkała w Jemenie i Katarze.
- Kiedyś w miejscu podobnym do tego przyłapali na kawie młodą parkę. Dziewczynę przetrzymywali w areszcie przez tydzień, a jej niewinnego chłopaka, prawiczka, wrzucili do więzienia o zaostrzonym rygorze, takiego dla najgorszych kryminalistów i morderców. - Historia mrozi krew w żyłach słuchaczy. - Biedaka wypuszczono za kaucją, ale już z rozerwanym odbytem. Nie trzymał kału. Powiesił się zaraz po wyjściu na wolność.
- A co się stało z panną? - Blady Mati chce poznać finał tragicznego love story20. - Rodzina wydała ją za innego?
- Tak dobrze się to nie skończyło - smutno pokpiwa Polka. - Okazało się, że młoda swojemu kuzynowi nie tylko była przyrzeczona, ale też ogromnie go kochała. Poszła w jego ślady. Podcięła sobie żyły.
- Skąd ty to wiesz? - dziwi się doktorka. - Przecież o takich sprawach w Saudii się nie mówi, a tym bardziej nie pisze. U nas wszystko jest najlepsze i najwspanialsze, a obywatele żyją w głębokiej muzułmańskiej wierze i szczęśliwości.
- Czasami w internetowych szmatławych gazetach pojawia się ciekawy artykuł. Ktoś szmugluje prawdę, ale nawet online utrzymuje się ona dość krótko. Przeważnie po godzinie, czasami po dobie, reportaż znika, a jego autor albo zmywa się za granicę, albo przepada gdzieś wśród niezmierzonych piasków pustyni Rub al-Chali.
Mati nie zalicza się do pasywnych osób, więc musi zareagować. Wstaje, głośno szurając metalowym krzesłem po lastriku, i szybko kieruje się do stolika z biedną parką i sadystycznym funkcjonariuszem, który właśnie wzywa przez walkie-talkie wsparcie swoich mundurowych kolesi.
- Czegoż od nich chcesz?! - Z marszu naskakuje na chuderlawego nikczemnika, napierając na niego wysportowaną piersią. - Nie słyszałeś, psie, o reformach w tym kraju?! - specjalnie mówi tubalnym głosem, żeby wszyscy go słyszeli. Pomimo że nie nosi białej męskiej kiecki, po jego rysach i akcencie dźwięczącym w perfekcyjnej arabszczyźnie otoczenie orientuje się, że to Saudyjczyk.
- Niech się pan nie wtrąca, bo pana też zamkną! - straszy policjant obyczajowo-religijny. - Ma pan nieodpowiedni strój!
- A ty masz śmierdzące łachy, wypierdku! - udziera się Mati, ale zaraz przechodzi do meritum: - Jego wysokość następca tronu oficjalnie ogłosił, że niezamężna kobieta ma prawo przebywać z niespokrewnionym mężczyzną w miejscu publicznym, pójść z nim na kawę czy do restauracji. Bez mahrama21. Czy negujesz ustawy wydane przez władcę?!
- To niezgodne z Koranem! - charczy oszołom, który wygląda, jakby zaraz miał go szlag trafić.
- Skąd się wziąłeś w centrum Rijadu, ortodoksie? - Za nieodpowiednio ubranym pół-Saudyjczykiem wyrasta starszy, szpakowaty elegancki rodak w śnieżnobiałej tobie i czarnym biszcie22. - Jesteś nikczemną wizytówką naszego kraju.
- Spadaj do Mekki, jakeś taki dewot! - W obronie młodych staje też inny odważny mężczyzna. - Dla takich jak ty nie ma już miejsca w naszym zmodernizowanym świecie! Nie będziemy dalej tkwić w średniowieczu!
- Wynocha stąd! Imszi barra23! - Do zadymy dołączają przebojowe Saudyjki, bo zawsze były dzielniejsze od swoich facetów. - Dość dyskryminacji!
Mutawwa jak niepyszny drepcze chwilę w miejscu, ale podszyty tchórzem religijny fanatyk, nie czekając na wsparcie policji, bierze nogi za pas.
- Hura! Dobra nasza! - Cieszą się zwolennicy reform, choć paru tradycjonalistów odwraca od nich oburzony, a nawet zatrwożony wzrok. Niepokoją się, bo ich era przemija i wielkimi krokami nadchodzi nowe.
Saudyjki przysiadają się do bliskiej omdlenia dziewczyny, która dotąd pary z ust nie puściła. Obejmują ją, poklepują, podają zimną wodę. Szepczą pocieszająco. Na koniec zaatakowana skromnisia, widząc, że zasłanianie twarzy nic jej nie dało, ściąga nikab, ukazując śliczną, bledziuteńką, delikatną buzię. Dwie inne, starsze od niej, idą za jej przykładem. Wszystkie rozpinają abaje, wystawiając na widok publiczny modne, kolorowe ciuszki, do tej pory ukryte pod czarną materią. Zawsze łatwiej buntować się w grupie.
Mężczyźni zaś stają przy pobliskiej sklepowej witrynie znanej światowej odzieżowej marki, ale nie po to, by podziwiać kreacje, lecz spokojnie pogadać. Napastowany przez policjanta religijno-obyczajowego młokos wyciąga do Matiego szczupłą dłoń i chyli czoło przed dzisiejszym bohaterem.
- Aleś ty odważny, człowieku! Szukran dżazilan24.
- Troszkę z ciebie ryzykant. - Starszy Saudyjczyk w biszcie z niedowierzaniem kręci głową. - Chyba jesteś nietutejszy, choć rysy i mowa świadczą, żeś nasz krajan.
- Wychowałem się daleko stąd.
- Zapewne za oceanem. - Domyśla się inny rozmówca. - Wskazuje na to twój swobodny styl bycia.
- Co za zbieg okoliczności! - wykrzykuje chłopak. - Razem z moją narzeczoną Aminą w przyszłym tygodniu wylatujemy do Stanów. Dzisiaj przyszliśmy tu na przedwyjazdowe zakupy. Potrzebuję normalnych butów, bo tam w klapkach jesienią ani zimą nie pochodzę.
Saudyjczycy, nietypowo jak na nich, bo przecież prawowiernemu wahabicie nie przystoi okazywać radości, wybuchają gromkim śmiechem.
- Buty... - rżą, a łzy zalewają ich czarne oczy.
- W nowych butach poszedłby chłopak prosto do pierdla!
- Co za rozpustnik kupuje buty?
- Koniec z klapkami przez cały rok - całkiem poważnie obiecuje sobie młokos. - Będę nosił trampki, adidasy, sneakersy czy sztyblety. Na dokładkę zapiszę się na fitness, bo tam taka przyjemność kosztuje grosze, a u nas majątek. - Z zapałem planuje chuderlawy siusiumajtek. - Będę nosił się w zachodnim stylu i zgolę brodę. A Amina pójdzie na basen. Marzy, by nauczyć się pływać.
- A co tam będziecie robić? - docieka Mati. - Wybieracie się na dłuższe wakacje?
- Skądże! Moja mądra dziewczyna, a w piątek już żona...
- Mabruk! Mabruk! Mabruk! - szczerze gratulują faceci, poklepując go po ramionach.
- Dostała stypendium. Taka łebska baba!
- Na który uniwersytet? Na jaki wydział?
- Columbia - mówi z nabożną czcią narzeczony. - Zamierza skończyć medycynę, ale nie będzie się spieszyć. Planujemy jak najdłużej tam posiedzieć za państwową kasę.
- Widzisz tę okrąglutką Arabkę pytlującą ze starszawą blondyną? - pyta pół-Saudyjczyk, na co młodziak potakuje. - Skończyła medycynę w Ameryce. Ale nie pediatrię czy ginekologię, jak wypada saudyjskiej kobiecie. Moja Warda jest najlepszą panią chirurg onkolog na Półwyspie Arabskim. Pracę z pocałowaniem ręki dostanie wszędzie, zwłaszcza że staż i specjalizację zrobiła u jankesów. Ostatnimi czasy pracowała w Katarze.
- To czego wy tu szukacie? - zdumiewa się elegant w biszcie.
- Chyba chcieliśmy coś sobie udowodnić - krzywi się Mati.
- Nie ryzykujcie, że utkniecie na dłużej - doradza sędziwy pan. - Człowiek przywyknie i potem nigdzie już mu się nie chce ruszyć.
- Święta racja.
- Jakbym nie miał w Rijadzie licznej rodziny i przeklętych beduińskich korzeni, które trzymają mnie na tych piachach, to nie oglądałbym się za siebie i zmykał stąd, gdzie pieprz rośnie - przyznaje się senior.
- Mojej mamy nie zostawię, oby żyła w zdrowiu długie lata - wyznaje młody, potwierdzając, że arabscy mężczyźni są najlepszymi synami pod słońcem. - Trochę odetchniemy i otrzaskamy się po świecie, a potem zapewne wrócimy. - Mina mu rzednie.
- Trzymaj. - Na pożegnanie pół Amerykanin, pół Saudyjczyk wciska poczciwemu chłopaczkowi swoją wizytówkę. - Na drugiej stronie masz mój prywatny numer komórkowy. Pisz, dzwoń, nie krępuj się. Kiedy nie włóczę się po Półwyspie Arabskim, to mieszkam na Manhattanie.
Mati wraca do stolika, by zjeść już zimnego naleśnika, który smakuje jak popiół. Dzisiaj utwierdził się w przekonaniu, że ojczyzna jego ojca jest mu bardziej odległa i obca, niż się spodziewał. Czuje się tu jak na Marsie. Jedyne, co mu się podoba, to obłędnie wysoka pensja, jednak forsa to nie wszystko. Cieszy się, że żona ma takie samo zdanie.
- U nas zawsze coś takiego musi się zdarzyć, żeby człowiek wiedział, że żyje - podsumowuje niezadowolona Warda. - Naprawdę niepotrzebne mi są takie emocje. Szczególnie w moim stanie.
- Czuję, że nie zagrzejecie tu miejsca. - Dorocie robi się straszliwie przykro, ale że nie jest skończoną egoistką, zaraz dodaje: - Spierniczajcie stąd! Zróbcie to chociażby dla waszego dziecka. Saudia nigdy nie będzie normalnym krajem.
- A co z tobą? - Niepokoi się o swoją najlepszą przyjaciółkę Saudyjka. - Niesamowicie przesiąkłaś arabskimi zwyczajami i tradycją, choć niektóre są nie do zniesienia.
- Lecę do Izraela - dopiero teraz informuje swoją lekarkę prowadzącą Dora, bo wcale z nią tej eskapady nie konsultowała. - Zobaczymy, jak tam się żyje.
- Jak na Zachodzie. - Warda nie oponuje, co tylko świadczy, że faktycznie nie ma żadnych przeciwwskazań medycznych. - Jakbym nie była Arabką, to też bym się tam przejechała, przynajmniej turystycznie.
- W twojej sytuacji zdecydowanie lepsze będą Stany.
- A dla ciebie połączenie z rodziną. Bez niej nikniesz w oczach.
Kobiety ściskają sobie dłonie i choć boli je serce na myśl o rychłym rozstaniu, to jak najlepiej sobie życzą.
- Powodzenia, Wardo.
- Ila liqa'25, Dora. Jeszcze na pewno się spotkamy.
- Gdzieś w szerokim świecie...
***
Marysia Salimi na dobre zadomawia się w Izraelu. Jest zadowolona, a w urokliwym domu w Jerozolimie wręcz zakochana. Nie dość, że lokum jest przestronne i komfortowe, to na dokładkę ma swój magiczny klimat. Liczne pamiątki po protoplaście rodu Goldmanów, Jerzyku-Joramie, filmowcu, właścicielu agencji reklamowej, biznesmenie i koneserze sztuki, przyozdabiają każdy kąt i każdą półkę. Kobieta upodobała sobie taras wychodzący na rozległy ogród, który pod czułą ręką ogrodnika zmienił się w baśniową krainę emanującą feerią barw o każdej porze roku. Jej mała córeczka Amal też przepada za tym miejscem. Już jako bobas spędzała tu długie godziny, obserwując florę i faunę, która otaczała ją z każdej strony. Szczególnie fascynowały ją ptaki, które w koronach wysokich drzew uwiły sobie gniazda i robiły raban od rana do nocy. Często przylatywały na taras, by zwędzić jakiś kąsek ze stołu czy okruszek z podłogi. Kiedy dziewczynka podrasta, stoi w kojcu, wyciąga pulchne rączki i gaworzy do gołębi i wróbli, a trele małych pokrzewek i mysikrólików ją zachwycają. Najzabawniejsze są momenty, gdy usiłuje je naśladować. To jej zainteresowanie - nie wiadomo czy przyrodą, naturalnym pięknem czy muzyką - cieszy rodziców, Marysię i Jakuba Goldmana. Uważają ją za niezwykłe zjawisko, które nagle i nieoczekiwanie pojawiło się w ich życiu i daje im mnóstwo radości i szczęścia.
Piękna, dojrzała kobieta z rodu Salimich od początku nie miała łatwego życia z Izraelczykiem. Kiedy się poznali, uznała, że ten mężczyzna odmieni jej los, da jej wyczekiwany spokój i stabilizację, że będą ze sobą bez wzlotów i upadków, bez burz i naporu, aż po kres swych dni. Dotąd spotkało ją już dość atrakcji, ekstremalnych przeżyć i śmiertelnych niebezpieczeństw. Niestety, i tym razem się przeliczyła. Widać jej ziemska wędrówka nigdy nie będzie idyllą. Ledwo mocniej się zaangażowała, okazało się, że Jakub jest dużo młodszym przyrodnim bratem jej matki Doroty. Mężczyźnie jednak tak na niej zależało, że kładąc na szalę swoją karierę i miłość żydowskiej rodziny, ujawnił, iż Goldmanowie to tylko jego przybrana familia, zaś biologicznym ojcem jest Jahja Abulhedża, palestyński terrorysta, a matką Amal, zgwałcona przez niego piętnastolatka. Kiedy udowodnił brak pokrewieństwa krwi z Marysią, trwale się związali, biorąc cywilny ślub na Cyprze. Wydawało się, że już nic i nikt nie stanie na drodze do ich szczęścia. Jednak znów były to płonne nadzieje. Jakuba całkiem zaćmiło i niesłusznie oskarżył o zdradę swoją piękną ziemską hurysę26. Każdy byłby o taką zazdrosny, ale żeby do tego stopnia? Żeby zrujnować życie nie tylko sobie, ale żonie i nienarodzonemu dziecku? Zostawić kobietę w ciąży?! Niedowiarek sądził, że wybranka jego serca oddała się Hamidowi Binladenowi, swojemu byłemu mężowi. Samo podejrzenie do żywego ubodło honorową kobietę. Jakżeby mogła to zrobić przede wszystkim siostrze Darii, która grzała łóżko jej byłego, i na dokładkę była z nim w ciąży? Czy uczciwa kobieta by tak postąpiła? Skrzywdziła tyle osób ze swojego najbliższego otoczenia? Straciła głowę i cześć dla kogoś, kto ją zranił, z kim na własne życzenie się rozwiodła i kto stał się tylko mglistym wspomnieniem jej szalonej młodzieńczej miłości? Binladen osobiście doprowadził do pogodzenia małżonków i znów niby zapanowała między nimi komitywa. Jednak ani Marysia, ani Jakub już nie wierzą we wspólną sielankę. Zbyt dużo jest między nimi niedomówień, zbyt wiele zadali sobie bólu. Ze względu na ukochane dziecko nadal razem mieszkają, choć w zasadzie bytują w tym samym miejscu, omijając się nawzajem szerokim łukiem.
Pewnego pięknego ciepłego przedpołudnia jedno i drugie idzie na taras, by w urokliwym miejscu napić się kawy i zrelaksować. Marysia pragnie czułości, której mąż okazuje jej coraz mniej, więc impulsywnie siada mu na kolanach. Jakub najpierw wykonuje dziwny ruch, jakby się otrzepywał, a po chwili spycha żonę, niemo wskazując jej stojącą obok ratanową sofę. Nie tłumaczy, dlaczego ją odtrąca, i jak gdyby nigdy nic, nie patrząc na nią, zaczyna gadkę na inny temat. Najczęstszym wątkiem ich rozmów jest Amal, niezwykle mądra, wrażliwa i piękna córeczka.
- Nie boisz się zostawiać jej samej w ogrodzie? - Obecnie Kuba troszczy się tylko i wyłącznie o swą jedyną latorośl. - Jest taka bezbronna.
- Dlaczego miałabym się o nią niepokoić? - Marysię dziwi jego paranoja. - Znajduje się na zamkniętej strzeżonej prywatnej posesji, nikt jej tu nie skrzywdzi. To nie Wzgórze Świątynne na Starym Mieście, gdzie co chwilę dochodzi do żydowsko-palestyńskich zamieszek.
- Może jej się coś stać - kontynuuje ojciec.
- Ale co? - Żona patrzy na przewrażliwionego męża z politowaniem. - Grom z jasnego nieba na nią spadnie?
- Nie wiadomo, czy te ptaki nie są groźne. - Kuba pokazuje ręką w kierunku wysokich drzew eukaliptusowych, skąd dochodzą miłe dla ucha trele.
- Orły, sokoły i jastrzębie, których w mieście jest jak na lekarstwo, prędzej rzuciłyby się na smaczne dla nich tłuste gołąbki i okrąglutkie wróbelki, upasione przez naszą córeczkę, która stale je dokarmia. Żaden drapieżnik nie wybrałby naszej podśmierdującej kupką Amelki - żartuje.
- Nie oglądałaś Ptaków Hitchcocka? - Goldman w końcu wyjawia swój obsesyjny lęk o dziecko, które stało się dla niego całym światem.
- Wróble by ją miały zadziobać? - sarkastycznie rechocze Marysia.
- Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna! - krzyczy trzęsącym się głosem mężczyzna.
- Czy nie powinieneś udać się na jakąś konsultację? - Żona nawet się na niego nie złości, gdyż jest jej żal człowieka, który dokumentnie sfiksował. - Na przykład do psychiatry?
- Tak właśnie wygląda każda rozmowa z tobą, Miriam. Potrafisz tylko obrażać.
- Gdy Amal się urodziła, krytykowałeś mnie za małpią miłość do niej, co młodym matkom dość często się zdarza. Czy faceci też mogą zapaść na tę paskudną przypadłość?
Na jaką jeszcze? - myśli i obserwuje zupełnie nieznane oblicze człowieka, z którym się związała. W policzku drga mu mięsień, a nogi nerwowo telepią. Ściska ręce i wyłamuje palce, aż chrząstki chrupią. Póki śmierć nas nie rozłączy, powtarza słowa przysięgi małżeńskiej kobieta. Jakoś tego nie widzę, żebym miała z takim świrem użerać się do grobowej deski. On jest całkiem porąbany!
- Jako że Amal nauczyła się zajmować sama sobą, to i my zajmijmy się czymś ciekawym. Na przykład zróbmy jej braciszka - łasząc się, podpuszcza męża, chcąc ostatecznie sprawdzić, jak silną ma na nią alergię.
Jakub gwałtownie podskakuje i puszcza się biegiem do domu.
- Nie dotykaj mnie! - wyje nienaturalnym głosem. - Przestań!
- Czyś ty ocipiał? - Marysia zastępuje mu drogę, bo ona musi wiedzieć, co jest grane. - O co ci chodzi?!
- Zadajesz mi ból! Daj mi spokój!
- Że co? Jaki ból?!
Pół Libijka, pół Polka, a w tym ciut Żydówka, ma wybuchowy charakter. Nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać ani robić wody z mózgu. Dlatego chwyta Jakuba za poły koszuli i przyciąga do siebie. Patrzy mu prosto w twarz i przekonuje się, że ten człowiek rzeczywiście cierpi. Czarna rozpacz i boleść wyzierają z jego załzawionych, rozbieganych oczu.
- Jesteś chory? - Żona od razu zmienia nastawienie i ogromnie się martwi. - Masz nowotwór? Glejaka, chłoniaka, raka prostaty?! - wykrzykuje histerycznie. - Mówże!
- Innym razem o tym porozmawiamy, dobrze? - prosi Kuba, lecz kiedy Marysia w naturalnym odruchu zarzuca mu ramiona na szyję, znów gwałtownie ją odpycha.
- Nie dotykaj mnie, proszę... - jęczy, a nerwowe tiki całkiem zapanowują nad jego policzkiem.
- Masz tyfus, dżumę czy może jesteś trędowaty? - Kobieta sztywnieje, bo czegoś takiego w życiu nie doświadczyła. - Nie wolno cię dotknąć? Bo co? Zarażę się? A może ja ciebie czymś zainfekuję? Jestem nieczysta?!
- Sprawiasz mi cierpienie - ogólnikowo tłumaczy, nie przemawiając tym jednak do nadpobudliwej żony, a wręcz doprowadzając ją do białej gorączki.
- Spierdalaj zatem! Nie mam ochoty dłużej cię oglądać! - drze się wniebogłosy kobieta, a gdy słyszy płacz zestrachanej córeczki, podbiega do niej i porywa ją na ręce. - Bujaj się! - dorzuca jeszcze z progu, miotając iskry z czarnych jak noc oczu.
Chwyta kluczyki do samochodu i wybiega przed dom. Wsadza małą do fotelika dla dzieci, zapina jej pasy, po czym siada za kierownicą i z piskiem opon rusza przed siebie.
Zatrzymuje się przy osiedlowym sklepie, by kupić pieluszki i chusteczki higieniczne dla córki, która wprawdzie już nie płacze, ale pochlipuje żałośnie, łezki wiszą u jej długich rzęs, a z małego noska kapie katar. Na pocieszenie malutka dostaje maślaną bułeczkę, którą zajada z wielkim smakiem. W suchym pampersie i ze słodyczą w ustach znów jest zadowolona, bo pogodna z niej dziewczynka. Gorzej jest z matką, która trzęsie się i aż zgrzyta zębami ze wzburzenia. Ten facet totalnie przegina! - reasumuje w duchu. Ile razy jeszcze mnie odrzuci? Ile przykrości mi sprawi? Na co mi to było?! - rozpacza niemo, ale spoglądając w lusterko wsteczne, stwierdza, że warto było, bo jej córeczka jest najcudowniejszym dzieckiem pod słońcem. Dokąd mam pojechać? - zastanawia się. Do kogo zwrócić się o pomoc? Komu opowiedzieć o moim nieszczęściu? Zamyśla się głęboko, choć z góry zna odpowiedź. Nie puści pary z ust. Nie przyzna się do kolejnego niepowodzenia. Poza tym zapewne to ją oskarżono by o doprowadzenie do kryzysu małżeńskiego, a nie idealnego, spokojnego i porządnego Jakuba.
Po tej przygnębiającej konkluzji kieruje się do Tel Awiwu, postanawiając spędzić trochę czasu na plaży. Tam zawsze jest dobra pogoda, ciepło i słonecznie. W tym miejscu można się zrelaksować, a i dziecko będzie miało radochę, mocząc nóżki w ciepłym morzu.
Kiedy wieczorem Marysia wraca do Jerozolimy, nie zastaje Jakuba w domu. W przedpokoju na stoliku leży krótki, nic niewyjaśniający liścik: "Mieszkajcie tu z Amal tak długo, jak chcecie. Co miesiąc będę przelewał pieniądze na twoje konto".
***
Nadia, córka Hamida Binladena i Marysi, siostra dwudziestolatka Adila i półtorarocznej Amal, zaraz po maturze rzuciła się na szerokie wody i nie wykazała rozwagą podczas zdobywania pierwszych szlifów. Podążając za swym licealnym chłopakiem, Żydem Saszą Cohenem, poleciała na staż do Izraela. Jednak tuż po wylądowaniu Sasza bez słowa ją zostawił, a praktyki w Mosadzie przepadły. Wtedy wylądowała u ciotki Jente Goldman, pułkownik Szin Bet27, rezydującej w Ramalli, stolicy Autonomii Palestyńskiej. Dzięki pracy dla wywiadu zetknęła się z wieloma nikczemnymi sprawami, ale też zainteresowała obroną praw kobiet i dzieci, które w tym regionie na potęgę są łamane. Wdała się w gorący romans z Palestyńczykiem Mabrukiem Abulhedżą i wyjechała z nim do Strefy Gazy na trzymiesięczne praktyki w UNRWA28. W tym niezwykłym historycznie miejscu, gdzie starożytne zabytki spotyka się na każdym kroku obok wszechobecnej biedy, twarde rządy Hamasu, organizacji terrorystycznej, zgubnie wpływają na codzienność. Nadia poznała tam zarówno poczciwych i przyjacielskich, jak i podłych i skrzywionych ludzi, którzy ukształtowali jej charakter i odcisnęli piętno na jej życiu. Zupełnie nieoczekiwanie, kiedy najbardziej potrzebowała wsparcia, Mabruk ją porzucił, co przyprawiło dwudziestolatkę o ból głowy, gdyż okazało się, że jest z nim brzemienna. Nieślubne dziecko to powszechnie nie jest powód do dumy, ale dla arabskiej niezamężnej kobiety może oznaczać coś znacznie gorszego: wyrok śmierci, który przeważnie wykonuje na niej rodzina. Ale przecież nie u światowych Binladenów! Tata Nadii, Hamid, wziął sprawy we własne ręce i odnalazł niezdecydowanego amanta córki. Postanowił dać mu nauczkę, wysyłając go na krótkoterminowe szkolenie wojskowe w stylu marines, co miało zrobić z młodziaka twardziela. Ostatecznie wszystko skończyło się happy endem29 - Nadia i Mabruk się pobrali, zaś milioner Binladen wyprawił im huczne weselisko w Ritz-Carltonie, najdroższym i najbardziej ekskluzywnym hotelu jak Arabia Saudyjska długa i szeroka. Przed młodą parą malowała się świetlana przyszłość. Na dokładkę wyrozumiały i nad wyraz nowoczesny Saudyjczyk zaoferował zięciowi stanowisko asystenta w nowo otwartej ambasadzie Królestwa w Izraelu. Mabruk stał się prawą ręką ambasadora Binladena.
Kiedy nowożeńcy przylatują do Izraela, jeszcze jeden człowiek wyciąga do nich pomocną dłoń - Jakub Goldman użycza im swojego stumetrowego apartamentu w centrum Tel Awiwu. Żyć nie umierać!
Mabruk przeważnie jest nieobecny w domu, bo albo na polecenie szefa zostaje w pracy po godzinach, albo wieczory spędza w męskim gronie. Nadia, przyzwyczajona do stylu bycia arabskich mężczyzn, aż tak bardzo się nie obrusza, choć czasami chciałaby, żeby mąż to ją zaprosił na kolację. Kreatywne bogate Arabki z wyższych sfer rzadko zajmują się swoimi dziećmi, dlatego też dziewczyna aplikuje na Uniwersytet Telawiwski, największą publiczną uczelnię w Izraelu, która w światowym rankingu zajmuje bardzo wysoką pozycję. Wydział Prawa Buchmanna jest dobrze znany w środowisku akademickim, dlatego na stypendia, w tym słynnego Erasmusa, przyjeżdża tam najzdolniejsza młodzież z całego globu. Nadia bezproblemowo dołącza do ich grona. Poza jej własnymi osiągnięciami niebagatelne znaczenie ma ojciec milioner, w dodatku na stanowisku ambasadora. Z tego względu wszystkie drzwi stoją przed nią otworem, wystarczy tylko przekroczyć próg, a do tego znudzona ciążą i małżeństwem młódka aż się rwie. Żeby nie było zbyt różowo, ze Strefy Gazy zaczyna się ciężkie bombardowanie Tel Awiwu, co w burzliwej historii Izraela dotychczas się nie zdarzyło. Wprawdzie Żelazna Kopuła wychwytuje prawie wszystkie kassamy30, ale niemały ich procent dosięga celu. Dlatego mieszkańcy izraelskich miast, a szczególnie nowoczesnej stolicy, większą część dnia i prawie wszystkie noce spędzają w schronach. Jest to dramatyczna i depresyjna sytuacja, ale na młode, niedotarte i coraz bardziej oddalające się od siebie małżeństwo wpływa wręcz idealnie. Staje się lekiem na ich kryzys. Oprócz stresu znów ogarnia ich świadomość wzajemnego uczucia i przywiązania, a tym, co ich spaja najściślej, jest ogromna miłość do synka, małego Tarika. Od tego czasu w ich związku jakby działo się lepiej, choć nikt, włącznie z ojcem Nadii, nie daje im wielkich szans na długotrwałe szczęście.
Kiedy emocje i zagrożenie minęły, para wraca do dawnej, niezbyt korzystnej rutyny: mąż prawie w ogóle nie pojawia się w domu, a żona ma swoje życie i swoje zajęcia. Mijają się, nie widują, nie tęsknią za sobą i coraz mniej potrzebują swojego towarzystwa. Dziecko stanowi niezbyt uciążliwy dodatek, gdyż zajmuje się nim niania, polska Żydówka Magda. Nie wróży to dobrze. W zasadzie jest beznadziejnie, ale oczywiście Nadia nikomu z rodziny się nie poskarży. Jest tak samo skryta jak jej matka i trzyma język za zębami jak babcia Dorota. Nie chce, żeby rozniosły się wieści, że jej się nie udało. Na pewno powiedzieliby, że to moja wina, konkluduje podobnie jak Marysia. Bo to ja jestem rozpuszczoną pannicą z bogatego domu, mam pstro w głowie, jestem egoistką i uważam siebie za pępek świata. Coraz częściej oddaje się smutnym rozmyślaniom, kiedy synek już smacznie śpi, a ona sama wyciera kąty we wspaniałym przestronnym apartamencie. Tym razem poczekam na niego, decyduje. Przyprę go do muru i niech się określi. Nie będę chowała głowy w piasek i udawała, że nic się nie dzieje. No nie!
O pierwszej w nocy z chęcią dałaby za wygraną i położyła się do łóżka. Jednak pusta i zimna sypialnia wcale jej nie ciągnie. Zmierza do lodówki, wyciąga butelkę białego wina, z trudem otwiera i nalewa sobie pełny kieliszek. Drobnymi łyczkami wychyla go do dna, otrzepuje się, bo robi jej się niedobrze, a kwas zalewa przełyk i żołądek. Wypija szklankę lodowatej wody i powtarza czynność. Przywitam mężusia uchlana jak norka, naśmiewa się sama z siebie. Idzie do wielkiego, prawie czterdziestometrowego salonu i włącza plazmę, która zajmuje z pół ściany. Otwiera Netflixa i szuka jakiegoś wziętego serialu. Rozwala się wygodnie i gapi w ekran, ale nie potrafi się skupić i co chwilę wychodzi na taras zapalić papierosa.
Wypija kolejny kieliszek, gdy zegar wybija trzecią. O czwartej chwiejnym krokiem ciągnie się do kuchni i zabiera za opróżnianie butelki z ulubionym likierem wiśniowym. Za oknem zaczyna się już przejaśniać. Brzask... Za chwilę muezzin wezwie wiernych na modlitwę, dociera do pijanej. Z meczetu Hassan Beka dobrze się niosą dźwięki. Nadia, wychowana w kraju arabskim, choć niezbyt wierna i niepraktykująca muzułmanka, lubi to brzmienie. Uspokaja ją, wycisza.
Słyszy zgrzyt klucza w zamku, więc błyskawicznie chowa butelki, do ust wrzuca miętówkę i staje w miarę pewnie w przejściu. Na wszelki wypadek podpiera się jednak o framugę drzwi.
- Witam, mężu! - woła zbyt donośnym, łamiącym się, nienaturalnym głosem. - Jakże miło cię widzieć! - Rechocze pijacko.
- Fajnie się zabawiasz, moja żonko! - Mabruk uważa, że najlepszą obroną jest atak. - Sprowadzasz chłopów do domu? - Rozgląda się, udając, że kogoś szuka. - Kochaś już wyszedł? Nie chciałbym się na niego nadziać.
- Co ty pierdolisz?! - Binladenówna, tak jak jej babcia i mama, nie przebiera w słowach, ale bynajmniej nie przeklina po polsku, bo chce, żeby Palestyńczyk dokładnie ją zrozumiał. - Ja się szlajam, siedząc na dupie w domu, czy ty, wracając do niego nad ranem?
- Są rzeczy, które mężczyźnie wolno...
- Że co?! Niby chłopom wolno bezkarnie łgać, kurwić się i chlać?
- Są pewne zasady...
- Powiedz to mojemu ojcu, ty łachudro!
- Sporo czasu z nim spędzam, więc nie omieszkam.
- Ja także nie omieszkam... - Pół-Arabka koniecznie chce powiedzieć coś błyskotliwego, ale nie pojawia się w jej głowie żaden sensowny koncept.
- Nie rób scen! Jesteś żałosna! - Mabruk wykrzywia przystojną twarz, mierząc żonę pogardliwym wzrokiem. - Zalana w cztery litery, skończona idiotka!
- Będziesz na mnie podnosił głos?! - gardłuje podminowana Nadia, bo najbardziej krew ją zalewa, kiedy ktoś oskarża ją o brak rozumu. - Jeśli przejadł ci się nasz związek, to wynocha! Nikt cię nie zatrzymuje, ty parszywy Palestyńczyku!
Podnosi zaciśniętą pięść, ale mężczyzna jest szybszy. Przyskakuje do niej, chwyta całą garścią za bujne włosy i przyciąga do siebie.
- Miarkuj, szarmuto31, bo pokażę ci, gdzie raki zimują - grozi.
Jednak nie z zadziorną Nadią takie numery. Pomimo że Mabruk jest wyższy od niej o ponad głowę, wysportowany i silniejszy, sfrustrowana kobieta wije się jak piskorz i wyrywa z mocnego uścisku, zostawiając w dłoni męża pokaźny pukiel swych tycjanowskich kędziorów. Szybko bierze zamach i nie tyle daje mu w twarz, ile przejeżdża po policzku długimi, utwardzonymi hybrydowym lakierem paznokciami. Palestyńczyk chwyta się za podrapane, krwawiące miejsce, więc agresorka ma czas, żeby schronić się w bezpiecznej sypialni. Przekręca klucz w zamku. Z bijącym sercem opiera się o chłodną ścianę. Studzi emocje. Jest przekonana, że Mabruk by jej oddał, możliwe, że nawet dotkliwie ją pobił, bo teraz dopiero wyszło na jaw, co z niego za ziółko.
- Jeszcze się z tobą policzę! - wrzeszczy po drugiej stronie drzwi doprowadzony do białej gorączki mąż. - Jeszcze mnie popamiętasz! Będziesz błagać o litość!
Nadia siada na podłodze i zalewa się łzami, na które rzadko sobie pozwala. Jednak tama puściła, dłużej nie wytrzymuje. Po żarliwym szlochu, który rozładowuje napięcie i koi żal, kładzie się i przygarnia do siebie smacznie pochrapującego synka. Usypia, czule go tuląc w wielkim i zimnym małżeńskim łożu. Rozgoryczona kobieta wie, że wybranek jej serca nigdy już jej nie ogrzeje, nigdy nie pocałuje, nie okaże czułości. Zraniona duma arabskiego mężczyzny nie pozwoli wybaczyć tej, która obraża jego nację, a na dokładkę podnosi na niego rękę, bo to dla niego potworna poruta.
Nadia pragnie się komuś wyżalić, bo młoda i niedoświadczona mężatka z rozpadem związku nie daje sobie rady. Jednak nie ma w Izraelu przyjaciółki od serca i czuje się tu sama jak palec. Nie znajduje żadnego innego rozwiązania, jak po zajęciach na uniwersytecie pojechać na plażę. Uwielbia tu przesiadywać, bo aura przeważnie jest idealna na wylegiwanie się na piasku i gapienie w fale Morza Śródziemnego. Każdego dnia jest tu pełno zadowolonych z życia ludzi, którzy albo się opalają, albo kąpią, ale najliczniejsi obsiadują knajpki przy nadmorskiej promenadzie. W jednej z nich Nadię już dobrze znają, bo stamtąd ma do domu jedynie dziesięć minut na piechotę, więc zawsze najpierw odstawia samochód, a potem baluje. Kiedy młoda atrakcyjna kobieta przemierza bulwar, wszyscy mężczyźni, nawet geje, się za nią oglądają. Miło jest popatrzeć na taką wenus. Pół-Arabka ma nogi aż do nieba, sylwetkę szczupłą i wysportowaną, ale jej największym atutem jest anielska wręcz buzia okolona chmarą falujących włosów w niezwykłym kolorze palonej cegły oraz chabrowe oczy skryte w cieniu długich i podkręconych czarnych rzęs.
Teraz idzie prosto do lady barowej i zamawia swój ulubiony drink: arak z wodą. Już po chwili bierze oszronioną szklankę z napojem o mlecznej barwie i ostrym zapachu anyżku, wychodzi na przylegającą do lokalu plażę i siada na leżaku. Ściąga buty, zapala papierosa. Zaraz jakiś przystojniak do niej zagaduje, ale dziewoja dzisiaj nie ma melodii do nawiązywania nowych znajomości i odgania go arogancko, machając ręką. Kiedy kolejny i kolejny pojawia się przy niej i zasłania widok, udziera się:
- Wynocha mi stąd!
Powtarza to po polsku, hebrajsku, arabsku i angielsku. Amatorzy szybkiego podrywu i łatwego seksu zmywają się z pola jej widzenia, zwłaszcza że potężnie zbudowany ochroniarz pubu zbliża się do ogródka i przysiada na niedalekim murku.
Uspokojona Nadia oddaje się rozmyślaniom. W głowie stara się ułożyć listę osób, którym mogłaby uchylić rąbka swej niechlubnej tajemnicy. Nie babci i nie mamie, bo te by na nią naskoczyły, nie tacie, gdyż on, nie daj Bóg, porachowałby Mabrukowi kości, a i tak na pewno zmusił do zmiany postępowania. Ponieważ wśród najbliższych nie znajduje nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, przechodzi do dalszej, żydowskiej familii. Ciotka Jente? - pyta samą siebie i podśmiewa się pod nosem, wyobrażając sobie groźną minę agentki wywiadu, kiedy usłyszy o banalnych damsko-męskich problemach. Kuzynka Dalia? Oczami wyobraźni widzi łagodną twarz uroczej lekarki, która zapewne od razu zalałaby się łzami i cierpiała bardziej od samej pokrzywdzonej. Cioteczna babcia Klarcia? Dostaje ataku śmiechu, kiedy odtwarza w myślach obraz seniorki rodu Goldmanów, cierpiącej na wszelkie możliwe starcze choroby, w tym parkinsona. Na hiobowe wieści biedaczka zatelepałaby się na amen. Rachela? Rozbawia ją wizja wizyty w wariatkowie, w którym przebywa chora psychicznie ciotka.
To by było na tyle, podsumowuje. Siądę przy kontuarze i opowiem o wszystkim barmanowi. W końcu jest tu nie tylko od nalewania drinków, ale też od wysłuchiwania rzewnych historii. Wstaje i zmierza do środka po następny arak. Wdrapuje się na wysoki stołek i patrzy w szczere oczy sympatycznego homoseksualisty Abrama. Czy gej byłby w stanie zrozumieć rozterki zdradzonej przez faceta kobiety? - znów gada z samą sobą. Poza tym straciłabym cudowną miejscówkę, gdzie zawsze mogę posiedzieć i czuję się bezpiecznie, bo ze wstydu więcej nikomu na oczy bym się tu nie pokazała. Masakra jakaś!
Po trzecim araku, kiedy młoda ma już miękkie nogi i szumi jej w głowie, przez zaćmiony alkoholem umysł przelatuje jej wspomnienie niegdysiejszej dobrej koleżanki, bezpruderyjnej Soni, haniebnie zdradzonej i porzuconej przez męża. Pół Ukrainka, pół Rosjanka żydowskiego pochodzenia mieszka w Jerozolimie w ortodoksyjnej dzielnicy Mea Shearim. Nie jest żadną chasydką, ale jej ojcu, obrzydliwie bogatemu oligarsze, udało się kupić wypasiony dom za dobrą cenę, który następnie sprezentował córce. Lokalizacja nie jest aż taka zła, żeby darowanemu koniowi w zęby zaglądać.
- Witaj, Sonieczko! - Nadia naprawdę się cieszy, że przypomniała sobie o niewiele od siebie starszej wujence. - Ależ ten twój Dawidek urósł! - Wbija wzrok w dziecko, które wygląda jak klon jej krewniaka.
- Tariczek też niczego sobie. - Serdeczna pół-Rosjanka obcałowuje małego gościa. - Jak ten czas leci!
Chłopcy od razu lądują w sporych rozmiarów kojcu i rozpoczynają zgodną zabawę.
- Mój syneczek za chwilę będzie miał dwa lata! Adam by go nie poznał. - Serce kobiety bezustannie krwawi, choć jej mąż zniknął prawie rok temu.
- Jak sobie dajesz radę? - delikatnie sonduje Nadia. Wprawia ją w zakłopotanie, że jej powinowaty tak dotkliwie zranił tę miłą dwudziestoparolatkę i skrzywdził urocze dziecko.
- Jeśli pytasz o finanse, to na biednego nie trafiło. - Śmieje się sarkastycznie córka ruskiego milionera.
- A sprawy sercowe? Poukładałaś sobie życie?
- Jakoś nie za bardzo mi to w głowie...
Kobiety wychodzą na balkon, zapalają papierosy i łapczywie się zaciągają. Nie odzywają się, bo nie ma czego komentować. Jest, jak jest. Sonia dźwiga dużo gorszy krzyż ode mnie. To dopiero jest nieszczęście! - kwituje Nadia. To jest problem! Już lepiej nakrzyczeć na siebie, nawet trochę się posiłować, niż bez słowa wyjaśnienia zniknąć. Jak można olać młodą, ładną żonę i małego synka? Zdecydować, że nigdy się już go nie zobaczy, nie weźmie na ręce? Pół-Arabka karci się za swoją małostkowość i postanawia nic koleżance nie mówić o własnych kłopotach.
- Musimy się częściej spotykać - proponuje. - Ty zaglądaj do mnie do Tel Awiwu, a ja będę wpadać do ciebie do Mea Shearim.
- W porządku - potakuje Sonia. - Ale jakoś do tej pory nie było ci po drodze.
Nadia uprzytamnia sobie, że powinna była utrzymywać kontakt przynajmniej ze względu na Dawidka, chłopczyka o dominujących genach babci Doroty i wujka Adasia. Ta trójca jest do siebie nieziemsko podobna, lecz ten fakt Binladenównę bardziej odstrasza, niż przyciąga. Nie potrafi spokojnie patrzeć na małego kuzyna, który będzie się wychowywał z dala od ich rodziny, a przede wszystkim bez ojca. Ten Adaś to przeklęty łajdak! Faceci są z Marsa, a kobiety z Wenus. Oni są brzydszą i podlejszą połową tego świata.
- To ja już polecę. - Po kwadransie, kiedy rozmowa całkiem się nie klei, Nadia pragnie zmyć się z tego toksycznego miejsca. - Nie będę ci przeszkadzać.
- Nie pierdol, kobieto! - Sonia jest bezpośrednia w typowo słowiańskim stylu i od razu wykłada kawę na ławę: - Kiedyś wszyscy byliśmy sobie bliscy, a my się kumplowałyśmy, ale kiedy zabrakło Adama, wasza familia się na mnie wysrała.
- Walisz prosto z mostu. - Binladenównie robi się głupio, choć paskudne zachowanie jej i jej krewniaków aż się prosi, by je napiętnować.
- Wpadłaś tu przez przypadek czy żeby pogadać? - Łagodnieje gospodyni, bo po wyrzuceniu urazy kamień jej spada z serca.
- Nie mam z kim otwarcie zamienić nawet kilku słów - w końcu wyznaje Nadia. - U Arabów, podobnie zresztą jak u Żydów, drażliwych tematów się nie porusza, a problemy zamiata pod dywan.
- Bzdurzysz! Jesteś skryta i tyle. Nie jesteście wobec siebie szczerzy, bo każdemu z was posrało się w życiu. Kiedy człowiek jest szczęśliwy, obwieszcza to całemu światu.
- Chyba masz rację. - Ciężko wzdycha. - Zarówno u Salimich, Binladenów, jak i Goldmanów ciągle mamy pod górkę. Szczególnie my, baby.
- Twoja mama kiedyś wspomniała, jakiego macie totalnego pecha. Wtedy zaprzeczałaś, ale fatum nie da się oszukać...
Kobiety, jedna ruda naturalnie, druga farbowana, o delikatnych, niezwykłych rysach, atrakcyjne ponad miarę, lecz niepocieszone w swym bólu, milkną, by zebrać myśli.
- Napijmy się. - W tradycyjny ruski sposób Sonia pragnie rozładować atmosferę i ułatwić wyznania. - Koszerne czerwone wino jest znakomite.
Wbiega do domu, skąd przynosi dwie szklanki, coś a la32 musztardówki, i pełną butelkę. Wprawnie ją otwiera i polewa prawie po brzegi.
- Na zdarov'je33! - wznosi toast. - Na pohybel skurwysynom!
- Jestem autem. - Broni się nieoczekiwanie rozsądna Nadia. - Myślałam, że po kieliszeczku...
- U mnie pija się po stakancziku34. - Sonia uderza szkłem w szkło koleżanki. - A co to, taksówek w Mea Shearim nie ma? Dziś nie szabas35, wszystkie jeżdżą.
Opróżniają szklanki duszkiem, Nadia otrzepuje się i zaciska usta, ale Rosjance wino dobrze wchodzi, więc znów uzupełnia puchary. Ponownie zapalają papierosa.
- Więc czemu cię do mnie przywiało? - otwarcie pyta Sonia. - Czego to nie potrafisz powiedzieć rodzince?
- Banalna sprawa. - Nadia się peszy, bo taka jest prawda. - Przesadzam i histeryzuję, bo wydaje mi się, że tylko ja jedna jedyna na całym świecie przeżywam kryzys małżeński.
- Mabruk to ekstraciacho. - Kumpelka wygina usta w zmysłowym grymasie. - Ale z ciebie też niezła seksbomba, powinien się cieszyć, że ma taką żonę! Zamienił cię na jakąś zdzirę?
- Tego nie jestem pewna, ale w domu ostatnio jest gościem. Na dokładkę winę zrzuca na mnie, twierdząc, że jestem ladacznicą.
- Typowo męska reakcja. Oni nigdy nie przyznają się do błędu.
- A wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze?
- Już samo to, że cię zdradza?
- Kiedy wraca nad ranem, czuję od niego męskie perfumy.
- To chyba dobrze, że ich używa? Wolałabyś smrodek potu spod pachy? - wygłupia się Sonia, choć rozmówczyni ma śmiertelnie poważną twarz.
- Ale to nie jego zapach. On takich nie używa.
- Ciekawe... Może chodzi do arabskich knajp, gdzie tańczą ten taki głupi taniec?
- Depkę36 - podpowiada pół-Arabka.
- Trochę przypomina grecką zorbę, ale mniej fantazyjny. Chłopy kładą dłonie na ramiona sąsiada, więc ten zapach jak nic stąd.
- Oby. - Nadia sarkastycznie się uśmiecha i bez namawiania wypija pół szklaneczki. Już jej nie otrzepuje.
- Zgłupiałaś?! - rechocze pół-Rosjanka. - Mabruk to stuprocentowy samiec. Przecież kiedyś rżnął cię, aż buczało!
- Zgadza się. Rżnął. Czas przeszły.
- No ale gej nie puka i kobiet, i facetów.
- Chyba że to muzułmański pedzio, który musi ukrywać swoją orientację seksualną. Dlatego często są biseksualni, mają żony i dzieci, a w tajemnicy kochanków.
- Niby dlaczego? - Sonia stawia w słup swe piękne zielone oczyska. - Po co?!
- Aleś ty ciemna, koleżanko! - Tycjanowłosa poklepuje ją rubasznie. - Chociażby w takiej Arabii Saudyjskiej za skłonności homoseksualne można dostać karę śmierci.
- Czyli co? Czapa za dupcenie w dupę? - Gospodyni jest niezwykle wulgarna. - Pierniczysz!
- W Saudii łebek obcinają za wiele innych błahych przewinień. Taka nasza tradycja narodowa.
Nieoczekiwanie kobietki zaśmiewają się do łez, choć takie despotyczne i niesprawiedliwe normy powinny w nich wywołać gniew, oburzenie i żal.
- Tak sobie wykoncypowałam, ale to tylko moje podejrzenia - wyjaśnia Nadia. - Nie potrafię być zazdrosna o faceta, jednak gdyby Mabruk zdradzał mnie z babą, oczy bym jej wydrapała.
- Trzymaj się więc tego, co sprawia ci mniej bólu - już z poważną miną doradza Sonia. - Nie masz lekko, ale ja to dopiero mam przechlapane.
- Adaś zachował się jak podła męska świnia - potwierdza siostrzenica obmawianego. - Takich spraw nie załatwia się SMS-em. Żeby nawet nie pożegnał się z synkiem?!
- No właśnie. - Sonia sięga po komórkę i uważnie przegląda wiadomości.
- Szczęścia nie zbuduje się na czyjejś krzywdzie - Binladenówna wygłasza slogan, w który wierzy całym sercem.
- Odnoszę wrażenie, że to nie on napisał. - Pół-Rosjanka na kilometr wyczuje szwindel. - Posłuchaj: "Droga Soniu. Przepraszam za swoje zachowanie. Nie miałem zamiaru cię skrzywdzić, ale poszedłem za głosem serca. Zwracam ci wolność i słowo. Wybacz mi. Adam".
- No tak... Który facet napisałby "głos serca"? - konkluduje po zastanowieniu Nadia. - No ale kto niby zrobił to za niego? Przecież wiadomość wysłano z jego telefonu.
- Coś tak czuję, że on nie żyje.
- Masz jakieś podejrzenia? Poszlaki? Wszczęłaś śledztwo?
- Pewnie, że nie. Ale żony i matki szóstym zmysłem przeczuwają takie rzeczy.
- No i co teraz?
- Temat jest trefny37 i nie ma co się w nim grzebać. Nie tykaj gówna, bo śmierdzi. - Sonia kładzie na mężu krzyżyk. - Jednak muszę coś zrobić z moim życiem, bo nie będę do śmierci tkwić na Mea Shearim. Jeszcze zacznę chodzić do synagogi i mi jakiegoś chasyda do łóżka wcisną.
- Zatem wracasz do Rosji? Czy jedziesz do Europy?
- Jakoś dziwnym trafem w Izraelu czuję się jak w domu - wyznaje niezbyt zadowolona z tego faktu Sonia. - Pamiętasz reakcję staruszeczki Klary Goldman na widok Adama?
- Och, tak! Pewnie! Była żywiołowa. Zresztą cała żydowska rodzina widziała w moim młodym wujku jego dziadka, a ich zmarłego krewniaka Jorama.
- Toczka w toczkę podobni. Mój synek nosi ich geny, wszystkich po kolei: Jerzyka-Jorama Goldmana, ojca twojej babki Doroty, samej Doroty i jej syna Adama. Mają identyczne jasnoblond włosy i błękitne jak niebo oczy, wystające kości policzkowe, wysokie czoło z pieprzykiem pośrodku i namiętne karminowe usta. Te same rysy!
- Ja też nie mogę oderwać od twojego Dawidka wzroku, bo to dosłownie kopia najbliższych memu sercu ludzi. - Nadia chwilę się zastanawia, po czym pyta bez ogródek: - I co z tego, że tacy podobni? I że Goldmanowie pokochali Adama? Jego już wśród nas nie ma. Zapadł się pod ziemię. Wyjechał lub nie żyje, tak jak mówisz.
- Tylko stara, zgrzybiała Klarcia po zniknięciu mojego męża do mnie zadzwoniła. Zapraszała do siebie do kibucu38 na obrzeżach pustyni Negew. Na dłużej, nie na szabasową kolację.
Nadia po raz kolejny czuje wyrzuty sumienia, a Sonia, widząc jej zmieszanie, idzie do kuchni i przynosi kolejną flaszkę. Znów nalewa po brzegi.
- Na zdarov'je. - Zderzają się szkłem, aż dźwięczy.
- Mieszkałabyś w gospodarstwie rolnym na odludnych piaskach? - dziwi się miastowa. - W ramach kary za grzechy doczesne?
- Nie lubisz pustyni? - Podśmiewa się wychowana w dobrobycie córka oligarchy, która na wsi dłużej jak dwa tygodnie nigdy nie wytrzymała.
- W celach turystycznych to jeszcze ujdzie, ale nie jestem urodzoną beduinką.
- Powiem ci, że tam można znaleźć spokój i ukojenie - rozmarza się. - Czuje się Boga i jego potęgę...
- Odbiło ci?! Przechodzisz jakąś mistyczną fazę czy co?
- Twardo stąpam po ziemi, Nadio - zaprzecza Sonia, podśmiewając się w duchu z takiego przypuszczenia. - W kibucu, gdzie mieszka Klarcia, szukali menedżera.
- No to już bardziej do mnie przemawia.
- Materialistka! - Przybijają sobie piątkę. - Będę się zajmować internetową promocją i dystrybucją koszernego winka.
- Niezły pomysł, ale najpierw powinnaś się zaszyć - drwi nieźle już wstawiona koleżanka.
- Nie jestem mięczakiem. Zresztą nigdy nie byłam pijanicą, a bardziej koneserką.
- Kochanieńka, za kołnierz to ty nie wylewasz.
- Smakuje ci ten cienkusz, który sączymy? - sonduje świeżo upieczona kierowniczka.
- Supergatuneczek! Pychota! - Nadia sięga po butelkę i mrużąc oczy, z trudem odczytuje etykietę. - No kurde! Kibucowe!
- Jeśli się nie zapiję, to dobrze mi tam będzie - konkluduje Sonia. - Nieźle zarobię i w końcu nie będę na garnuszku u mojego tatusia, który wypomina mi to na okrągło. Zresztą nie tylko to. Będę mieć wygodne i spokojne życie.
- Trochę za spokojne...
- Nie masz zielonego pojęcia o obecnej formie tych dawniej komunistycznych gospodarstw. Jednak coś z tendencji wspólnotowych w ich organizacji pozostało: można zapłacić za dwa albo trzy posiłki dziennie i kucharze przygotują ci papu z uprawianych tam organicznych warzyw oraz koszernego mięska z wolnego wybiegu. Jeśli jeszcze dorzucisz parę groszy, to dostaniesz do tego w nieograniczonej ilości napoje, które stoją w ogólnodostępnych lodówkach w stołówkach.
- Bezalkoholowe oczywiście? - Nadia nie wierzy własnym uszom.
- Co im szkodzi popłuczyny z winogron wlać do plastikowych butelek i sprawić przyjemność mieszkańcom? Codziennie jest impreza.
- Znalazłaby się tam jakaś robota dla mnie? - całkiem serio pyta młoda, choć wyraz twarzy ma dość przygłupiasty, bo jest już całkiem wlana.
- My we dwie to byśmy im tak zalazły za skórę, że zaraz by nas wyrzucili. - Sonia wyciąga racjonalne wnioski. - Nie ma mowy!
- Ale jesteś... - dla hecy płaczliwie jęczy kumpelka.
- Przyjeżdżaj do mnie w weekendy. - Sonia jest trzeźwa jak świnia, widać jej organizm lepiej radzi sobie z metabolizowaniem alkoholu. - Możesz nawet na całe wakacje z synkiem, bo jest tam świetnie wyposażone, prowadzone przez specjalistki przedszkole. Kibuc zarabia na czerwonym i białym winie, które jest produkowane zgodnie z zasadami koszerności, więc ma wygórowaną cenę, sprzedajemy też ekologiczne warzywa i owoce, a nawet mamy hodowlę przepiórek. Komercyjnie działamy w branży hotelarskiej, wynajmując bungalowy tym, którzy chcą uciec od wielkomiejskiego gwaru, stresu i pogoni za niczym. Non stop jest tam pełno gości, obsługuje ich oprócz ekipy administracyjnej także fizjoterapeuta, psychiatra, psycholog, a ostatnio zatrudnili też lekarza internistę. Kupili nawet karetkę pogotowia.
- Chwilowo muszę raczej pojechać do domu, a nie na pustynię - bełkocze Nadia, która w drinkowaniu nie ma takiej wprawy jak pół-Rosjanka. - Zadzwonię do ciebie, dobrze? - niewyraźnie mruczy. - Tym razem cię nie oleję...
Po tych słowach osuwa się na balkonową sofę i zapada w głęboki dionizyjski sen. Sonia szczelnie okrywa ją pledem i idzie do domu zająć się dwoma maluchami, które czekają już od dobrej chwili na kolację. Śniady rudzielec Tarik z bladym blondasem Dawidkiem mają pogodne charaktery, więc tym bardziej się cieszą, kiedy dostają po batoniku, i zaraz rozmazują czekoladę po swych uśmiechniętych pięknych buziach.
***
Daria Salimi z całego potomstwa Doroty okazała się największą nieudacznicą i najbardziej skomplikowała sobie życie. Jej los najłatwiej byłoby przedstawić, kierując się jej przygodami miłosnymi. Pomimo że wychowała się w szczęśliwej rodzinie w Polsce, a potem w bogatej Arabii Saudyjskiej, skończyła najlepsze szkoły i świat stał przed nią otworem, już jako młoda kobieta dała się uwieść pierwszemu lepszemu adoratorowi, który okazał się kryptoterrorystą. John Smith vel39 Jasem Alzani, pół Brytyjczyk, pół Syryjczyk, niezwykle inteligentny człowiek o rozdwojonej jaźni, był psychopatycznym, choć zakochanym w wybrance swego serca sadystą. Przez niego Daria trafiła do Rakki, stolicy współczesnego kalifatu, przebywała w islamskim więzieniu oraz kalifackim haremie, doświadczyła niewyobrażalnego okrucieństwa i zetknęła się z barbarzyńskim obliczem człowieczeństwa.
Z niewytłumaczalnego uzależnienia od zbrodniarza wyzwolił ją poczciwina książę Anwar al-Saud, który bez pamięci się w niej zakochał. Kiedy wydawało się już, że definitywnie pozbyła się swojego pierwszego toksycznego męża dżihadysty, poślubiła saudyjskiego arystokratę. Jednak Jasem okazał się niezniszczalny. Ogarnięty żądzą zemsty, perfekcyjnie przygotował zamach na życie księcia w samym sercu Arabii Saudyjskiej, Rijadzie, przez co romans Darii z monarchią saudyjską dość szybko się skończył. Jedyne, co koniec końców udało się kobiecie, to że Jasem padł ofiarą covidu i po długich zmarnowanych latach zostawił ją w spokoju. Przez chwilę była wolną kobietą.
Mimo wszystkich sercowych porażek Daria wdała się w kolejny bezsensowny flirt. Następnym na liście jej wybranków był Hamid Binladen, były mąż jej siostry Marysi, którego ta ponoć nie chciała już znać. Było to wierutną bzdurą, bo para wielokrotnie się rozstawała, a następnie ochoczo do siebie wracała. Weszło im to w krew, ale tym razem okazało się niemożliwe. Przez jeden fałszywy krok Daria unieszczęśliwiła całą trójcę: siebie, Marysię i Hamida. Nie mogli już zejść z obranej złej drogi ani cofnąć podjętych błędnych decyzji.
Bóg obdarzył Darię wspaniałymi synami - Ahmedem, Sulejmanem-Sulikiem i Muhamadem. Najmłodszy, zaledwie niemowlaczek, stracił życie z powodu braku odpowiedzialności swej matki oraz jej oślego uporu. W najgorszym możliwym momencie postanowiła pozwiedzać Wzgórze Świątynne, włącznie z meczetem Al-Aksa w Jerozolimie, i znalazła się w samym centrum palestyńskich zamieszek. Zapewne winiłaby się za to nieszczęście, gdyby była w stanie coś odczuwać. Lekarze byli zdziwieni, że niewielki kamień poczynił takie spustoszenia w mózgu i że wylew krwi był tak intensywny. Ona jak zawsze miała pecha, a pełen nienawiści fedain, który do niej celował - szczęście.
Obecnie pani ambasadorowa Daria Binladen, która powinna cieszyć się każdym dniem i opływać w dostatki oraz błyszczeć na telawiwskich salonach, leży przykuta do szpitalnego łóżka w klinice Hadassa na wzgórzu Skopus. Hamid nie żałuje pieniędzy, by jego małżonka miała komfortowe warunki, lecz sali w klinice nijak nie można porównać do rezydencji dyplomatycznej. Nad głową leżącej w śpiączce kobiety oraz po obu stronach łóżka stoją rejestrujące funkcje życiowe urządzenia, które wydają nieustanny szum i pikanie. Jak na złość fale mózgowe są regularne i dość mocne, więc niewypowiedziane życzenie Marysi i Hamida, by odłączyć obłożnie chorą od aparatury, odchodzi w niepamięć. Nigdy nie chcieliby jej bezdusznie zabić, ale kto wie, co dzieje się w głowie nieprzytomnej. Jej szare komórki przecież pracują. Daria jest podła, frechowna40, dumna i apodyktyczna, lecz skazanie kogoś na sen, z którego nie sposób się wybudzić, podczas gdy nie wiadomo, o czym ten człowiek śni, to według nich wyjątkowa podłość. Może znów jest w Rakce i po raz kolejny przeżywa katusze? Niewykluczone, że ponownie jest świadkiem zabójstwa ukochanego Anwara, którego kula z karabinu snajpera trafiła prosto w serce. Kiedy zaczęła samodzielnie oddychać i jej fizys nie zasłania już respirator, doskonale widać, jak twarz śpiącej niejednokrotnie się spina, marszczy, przybiera różne grymasy, najczęściej wyrażające przerażenie i nerwowość. Łagodnieje tylko wtedy, kiedy siedzi przy niej i trzyma ją za rękę daleka kuzynka Dalia, lekarka z krwi i kości, która spokojnym, kojącym głosem opowiada Darii o wydarzeniach dnia codziennego. Kiedy natomiast pacjentka słyszy Marysię lub Hamida, to albo leży jak kłoda, albo zaciska zęby.
- Przecież widzę, że się na mnie wkurzasz - nieraz mówi do niej starsza siostra, o którą młodsza zawsze była zazdrosna. - Jestem z tobą, Darusiu. Kocham cię - przekonuje łamiącym głosem, bo serce jej się kraje.
Hamid i Marysia rzadko odwiedzają krewniaczkę. Mąż ma do Darii ogromny żal, uważając, że to przez nią zginął ich syn Muhamad, a siostra oskarża się, że uległa presji młodszej, bezmyślnej i próżnej idiotki, przez co doszło do podwójnego nieszczęścia, śmierci bobasa i niepełnosprawności jego matki.
***
Marysia sporadycznie kontaktuje się z byłym mężem, bo nie chce dostarczać tematu do plotek ani doprowadzić do jeszcze głębszych rodzinnych animozji. Ostatnio spotkali się w miejscu publicznym, w ambasadzie Arabii Saudyjskiej, by z sali recepcyjnej połączyć się z Dorotą na Skypie. Kiedy rozmowa się skończyła, Hamid nie zatrzymywał byłej żony, a ona się nie narzucała. Jednak nadchodzi moment, kiedy muszą nawiązać bezpośrednią ścisłą relację.
- Wysyłasz po Adila i Dorotę kierowcę na lotnisko? - telefonicznie sonduje Marysia.
- Sam pojadę, a oprócz tego poślę samochód służbowy z szoferem - odpowiada Hamid beznamiętnie, zupełnie jak nie on.
- To do zobaczenia na miejscu - informuje kobieta, żeby nie był zaskoczony, choć dziwne by było, gdyby się tam nie pojawiła. W końcu przylatuje jej matka i syn.
Byli małżonkowie nie ustalili, gdzie Dorota będzie mieszkać, a ona nie przedstawiła im swojej propozycji. Wobec tego jedno i drugie przygotowuje dla niej pokój gościnny. Marysia obawia się przebywania z matką pod jednym dachem, gdyż seniorka z wiekiem stała się jeszcze bardziej apodyktyczna. Poza tym wie, że będzie jej kołki ciosała na głowie z powodu Jakuba i jego zniknięcia. Jak nic stwierdzi, że to na pewno jej wina. Hamid zaś cieszyłby się z towarzystwa, a że rezydencja jest ogromna, a on pojawia się w niej sporadycznie, w sumie teściowa by mu nie zawadzała. Adil oczywiście zamieszka z ojcem, bo w elitarnej Herzliyi pod Tel Awiwem będzie miał lepsze warunki niż na osiedlu w Jerozolimie, gdzie kwateruje matka. Pomimo że strzeżone i zabudowane stylowymi jedno- i dwupiętrowymi willami, które zamieszkują zamożni przeważnie chrześcijańscy Palestyńczycy oraz cudzoziemcy, to nie ma porównania z rewirem dyplomatów i członków izraelskiego rządu oraz biznesmenów i celebrytów.
W hali przylotów, nie zwracając uwagi na skrępowanych Marysię i Hamida, Dorota kieruje się prosto do swojej wnuczusi.
- Amelko! To ja, twoja skype'owa babcia! - Czule wycałowuje malutką ślicznotkę. - Ależ ty rośniesz! Jak na drożdżach!
Amal najpierw się spina, ale widząc bezgraniczną miłość płynącą z błękitnych wielkich oczu seniorki, zarzuca jej ramionka na szyję.
- Ahlan wa sahlan41, mamo. - Adil nie jest wylewny, ale pro forma przybliża policzek do policzka długo niewidzianej w realu rodzicielki i całuje powietrze. - Marhaban42, tato. - Ściska dłoń ojcu, a ten poklepuje go po plecach. Typowo męskie przywitanie.
- No to co, jedziemy do domu? - pyta Dorota, jakby odpowiedź była z góry znana.
- Do czyjego, mamo? - Tremuje się Marysia. - Bo i u Hamida, i u mnie masz przygotowane lokum.
- To wy jeszcze razem nie mieszkacie? - dogryza zaczepnie Dorota. - Niemożliwe!
- Mamo... - jęczy córka.
Adil przewraca oczami, spodziewając się awantury, co weszło w krew tym dwóm kochającym się kobietom, zaś Hamid się rozpogadza, bo w końcu czuje się jak za dawnych dobrych lat.
- Na pewno u mnie Dorocie będzie wygodniej - decyduje Saudyjczyk. - Zjemy razem świąteczny piątkowy obiad?
- A co z Nadią? - Dopiero teraz babka zauważa nieobecność wnuczki.
- Pomaga kucharzowi przygotować twój sztandarowy rosół, ale obawiam się, że nie są w stanie doścignąć mistrzyni. - Zięć bierze ją pod ramię i prowadzi do wyjścia. Nie obchodzą ich bagaże, bo przecież tym zajmuje się służba.
- Idziesz, Marysiu? - pogania matka. - Cóżeś tak wrosła w podłoże?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
5 Ekspat, expat (łac.) - ekspatriant, emigrant. Obecnie nazywa się tak specjalistę, który opuścił ojczyznę, by pracować za granicą (czasowy emigrant).
6 Abaja (arab.) - przeważnie czarny, luźny płaszcz noszony przez kobiety i mężczyzn.
9 Ajła, ma'am (arab.) - Tak, proszę pani.
10 Szariat (arab.) - dosł. droga do wodopoju; tradycyjne prawo religijne kierujące życiem wyznawców islamu. Nie uznaje rozdziału życia świeckiego i religijnego, dlatego reguluje zarówno zwyczaje religijne, jak i codzienne.
11 Toba (thoba) (arab.) - rodzaj długiej do ziemi męskiej koszuli, z tradycyjnym kołnierzykiem lub stójką i manszetami, do pasa zapinanej na guziki.
12 Ghutra (arab.) - chusta na głowę dla mężczyzn, biała, w biało-czerwoną lub biało-czarną kratę.
13 Mabruk (arab.) - Na szczęście. Szczęśliwy. Także imię męskie.
14 Déja vu (fr.) - odczucie, że przeżywana sytuacja wydarzyła się już kiedyś.
15 Wahabizm (arab.) - ultrakonserwatywny islamski ruch religijno-polityczny w Arabii Saudyjskiej.
16 Nikab (arab.) - muzułmańska zasłona twarzy kobiety, odsłaniająca jedynie oczy, czasami kawałek czoła.
17 Galabija (arab.) - męski lub damski strój w formie długiej sukni/płaszcza z rozcięciem pod szyją.
18 Iqama (arab.) - ID; dowód osobisty (więcej informacji - Słowniczek).
19 Mutawwa (arab.) - funkcjonariusz obyczajowo-religijny, strażnik cnoty ortodoksyjnego społeczeństwa.
20 Love story (ang.) - historia miłosna.
21 Mahram (arab.) - męski opiekun muzułmańskich kobiet, mąż, ojciec, brat, kuzyn, dziadek, szwagier, a nawet nieletni syn.
22 Biszt (pers.) - długi czarny, beżowy lub brązowy męski płaszcz nakładany na tobę, z wełny lub satyny.
23 Imszi barra! (arab., tryb rozkazujący) - Spierdalaj! Wynocha!
24 Szukran dżazilan (arab.) - Bardzo dziękuję.
25 Ila liqa' (arab.) - Do zobaczenia.
26 Hurysa (arab.) - wiecznie młoda i piękna dziewica w koranicznym raju, kobieta idealna, duchowo i cieleśnie nieskazitelna.
27 Szin Bet (hebr.) - Służba Bezpieczeństwa Ogólnego odpowiedzialna za kontrwywiad i bezpieczeństwo wewnętrzne. Do jej zadań należy m.in. walka z terroryzmem (gł. arabskim).
28 UNRWA - Agencja Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie.
29 Happy end (ang.) - szczęśliwe zakończenie.
30 Kassam - nazwa pocisków rakietowych domowej produkcji, wytwarzanych przez palestyńskie ugrupowania, wykorzystywanych do ostrzeliwania izraelskich osiedli i miast. Nazwa pochodzi od nazwiska palestyńskiego bojownika Izz ad-Dina al-Kassama.
31 Szarmuta (arab.) - dziwka, prostytutka.
32 A la (fr.) - w stylu, na podobieństwo.
33 Na zdarov'je (ros.) - Na zdrowie.
34 Stakanczik (ros.) - szklaneczka.
35 Szabas (hebr.) - siódmy, ostatni dzień tygodnia; dzień odpoczynku. Twa od piątku do soboty (więcej informacji - Słowniczek).
36 Depka (arab.) - taniec arabskich mężczyzn przypominający deptanego.
37 Trefny (jid.) - podejrzany.
38 Kibuc (hebr.) - spółdzielcze gospodarstwo rolne w Izraelu, w którym ziemia i środki produkcji były własnością wspólną. Odegrały znaczącą rolę przy tworzeniu Państwa Izrael (więcej informacji - Słowniczek).
40 Frechowny (jid.) - zarozumiały, arogancki, bezczelny.
41 Ahlan wa sahlan (arab.) - Witam, cześć.
42 Marhaban (arab.) - Cześć, witaj.