Orientalista - Tom Reiss

-
Proszę czekać

1 Kurban Said, Ali and Nino, Pocket Books, New York 1972.

2 Christopher Lehmann-Haupt, A Passage to the Caucasus, "The New York Times" z 28 kwietnia 1971 r.

3 Kurban Said, Ali i Nino, przeł. Jan Zaus, Warszawa 2004, s. 15.

4 Por. Robert W. Tolf, The Russian Rockefellers: The Saga of the Nobel Family and the Russian Oil Industry, Stanford 1976; Charles van der Leeuw, Oil and Gas in the Caucasus and Caspian, Surrey 2000.

5 Rozmowa z Fuadem Achundowem, Baku, maj 1998 r.

6 Por. Charles van der Leeuw, Oil and Gas..., dz. cyt., s. 54.

7 Por. Daniel Yergin, The Prize: The Epic Quest for Oil, Money, and Power, New York 2003, s. 334-340.

8 Z kolekcji historycznych materiałów filmowych i zdjęć Baku, należącej do Fuada Achundowa.

9 Rozmowa z Fuadem Achundowem, Baku, maj 1998 r.

10 Kurban Said, Ali i Nino, dz. cyt., s. 17.

11 Rozmowa z Orchanem Wezyrowem, Baku, maj 2000 r.

12 John Wain, wprowadzenie do: Kurban Said, Ali and Nino, Overlook Press, New York 1996, s. 5.

13 Wstęp Morteza Negali do: Essad Bey, Blood and Oil in the Orient: Petroleum Industry and Trade in Azerbaijan, Baku 1977, s. iii-iv.

14 Por. Kurban Said, Ali i Nino, dz. cyt., s. 48 i Essad Bey, Blood and Oil in the Orient, London 1931, s. 291-297.

15 Rozmowa z siostrami Miriam i Sarą Aszurbekow, Baku, maj 1998 r.

16 Czar's Biographer Here: Essad Bey Declares Ruler Was Not Understood, "The New York Times" z 11 marca 1935 r., s. 19.

17 List Lwa Trockiego do Lwa Siedowa, 13 września 1931 r.

18 Rozmowa z rodziną Pottsów, Los Angeles, czerwiec 2000 r.

19 List Essad Beja do Pimy Andreae, 22 września 1941 r.

20 William Gifford Palgrave, Travels in Central and Eastern Arabia, London 1871. Por. też Benjamin Braude, Jew' and Jesuit at the Origins of Arabism: William Gifford Palgrave, w: Martin Kramer (red.), The Jewish Discovery of Islam: Studies in Honor of Bernard Lewis, Tel Aviv 1999.

21 Earl of Beaconsfield, K.G. (Benjamin Disraeli), Tancred or The New Crusade, London 1877, s. 233.

22 Bernard Lewis, The Pro-Islamic Jews, w: Bernard Lewis, Islam in History: Ideas, People, and Events in the Middle East, Chicago 1993.

23 Pima Andreae, Denkmal an Essad Bey, przedmowa do niewydanej korespondencji między Essad Bejem a Pimą Andreae, s. 2.

24 List Essad Beja do Pimy Andreae, 22 czerwca 1942 r.

25 George Sylvester Viereck, Hitler the German Explosive, "American Monthly" 1923, nr 10(15).

26 Rozmowa z Therese Mögle, Wiedeń, luty 1999 r.

27 Kurban Said, Der Mann, der nichts von der Liebe verstand (nieopublikowany rękopis), I, 3A-3B.

WprowadzenieŚladami Kurbana Saida

Pewnego chłodnego listopadowego poranka przemierzałem labirynt wąskich uliczek Wiednia, idąc na spotkanie z człowiekiem, który obiecał zdradzić tajemnicę Kurbana Saida. Towarzyszył mi zwalisty mężczyzna ubrany w wymięty garnitur z czarnego sztruksu. Był to Peter Mayer, prezes wydawnictwa Overlook Press, który myślał o edycji krótkiej powieści miłosnej Kurbana Saida Ali i Nino. Mayer wyrażał się o niej w samych superlatywach: "Znasz to uczucie, kiedy patrzysz na obraz Vermeera: niby zwykłe, spokojne wnętrze, a jednak Vermeer robi coś takiego z perspektywą i światłocieniem, że wydaje się znacznie większe - taka jest właśnie ta powieść!". Ali i Nino, historia miłości między dwojgiem ludzi, rozgrywająca się na Kaukazie w przededniu wybuchu rewolucji październikowej, ukazała się w Niemczech w 1937 roku, po czym została wznowiona w przekładzie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku - raczej jako ciekawostka literacka. Nie udało się jednak ustalić tożsamości autora. Wszyscy byli zgodni, że Kurban Said to pseudonim pisarza, który wywodził się najprawdopodobniej z Baku, ośrodka przemysłu naftowego na Kaukazie. Był to albo zamordowany w gułagu poeta nacjonalistyczny, albo pisarz amator, syn jakiegoś milionera naftowego, albo przedstawiciel cyganerii wiedeńskiej, który zmarł we Włoszech, zraniwszy się przedtem w stopę. Na zdjęciu z obwoluty książki Dwanaście tajemnic Kaukazu tajemniczy autor wygląda jak górski wojownik - w futrzanej czapie na głowie, ubrany w długi, powłóczysty płaszcz z bandoletami i ze sztyletem u boku.

Szliśmy z Mayerem na spotkanie z prawnikiem Heinzem Barazonem, który domagał się od Overlook Press, żeby wydało książkę pod prawdziwym nazwiskiem autora. Barazon twierdził, że zna tożsamość Kurbana Saida - jako pełnomocnik właściciela praw autorskich żądał uwzględnienia nazwiska w nowej edycji Alego i Nino, w razie odmowy grożąc wstrzymaniem publikacji. Nacisnęliśmy dzwonek pod wskazanym przez prawnika adresem, tuż obok warsztatu krawieckiego, gdzie kilka staruszek ślęczało nad robótkami, po czym znaleźliśmy się w brudnym korytarzu, nietkniętym miotłą bodaj od czasów anszlusu. Podekscytowany Mayer ścisnął mnie za ramię i szepnął: "Toż to "trzeci człowiek"!". Istotnie, Barazon wyglądał jak żywcem wyjęty z zimnowojennej powieści Grahama Greene'a: maleńki człowieczek o chrapliwym głosie, zgarbionych plecach i szpotawej stopie, którą hałaśliwie powłóczył, wiodąc nas przez zastawiony książkami przedpokój. "Przebyliście długą drogę, by odkryć tożsamość Kurbana Saida - powiedział - wkrótce dowiecie się wszystkiego". Wprowadził nas do pokoju, gdzie na kanapie leżała bez ruchu wyniszczona, piękna kobieta o jasnych włosach i olbrzymich, szklistych oczach. "Panowie pozwolą, to jest Leela" - oznajmił Barazon.

"Proszę o wybaczenie - Leela odezwała się cicho, lecz stanowczo - muszę leżeć, bo jestem chora. Siedzenie mi szkodzi".

Barazon od razu przeszedł do rzeczy: autorką powieści Ali i Nino jest baronowa Elfriede Ehrenfels von Bodmershof, druga żona ojca Leeli, barona Omara Rolfa von Ehrenfelsa. Po zgonie baronowej Elfriede, która zmarła na początku lat osiemdziesiątych, przeżywszy swego męża, wszelkie prawa do książki przeszły na Leelę.

Na potwierdzenie swoich słów Barazon przedstawił nam gruby plik: umowy wydawnicze, dokumenty prawne oraz listy baronowej z końca lat trzydziestych, ostemplowane nazistowskim orłem i swastyką. W Deutscher Gesamtkatalog - czyli katalogu składowym wydawnictw III Rzeszy - w wykazie autorów z lat 1935-1939 pod nagłówkiem "Said, Kurban" widnieje czarno na białym: "pseudonim literacki - Ehrenfels, v. Bodmershof, Elfriede, baronowa".

Z dokumentów nazistowskich wynikało jasno, że baronowa Elfriede i Kurban Said to jedna i ta sama osoba. Mimo to nie dałem się przekonać.

*

Tożsamością Kurbana Saida zainteresowałem się wiosną 1998 roku, kiedy przyjechałem do Baku, żeby napisać o nowym boomie naftowym - w zasadzie pierwszej oznace powrotu do życia w mieście, gdzie czas zatrzymał się w roku 1917, gdy nadeszła rewolucja październikowa. Baku to stolica Azerbejdżanu, niewielkiego kraju, który jest najbardziej wysuniętym na wschód przyczółkiem Europy, choć niewielu Europejczyków zdaje sobie z tego sprawę. Sąsiedztwo z Iranem oraz to, że większość mieszkańców republiki stanowią wyznawcy islamu szyickiego, z pewnością zaważyłyby na naszej wizji Azerbejdżanu, gdyby nie pewien szczegół: najwspanialszym budynkiem użyteczności publicznej w Baku nie jest bynajmniej meczet, tylko wierna kopia Casino de Monte-Carlo z Monako. Przez tysiąc lat Baku zdołało się ustrzec przed wpływami fundamentalizmu religijnego. Nazwa miasta powstała ponoć ze złożenia dwóch perskich słów, bad (wiatr) i kubidan (uderzać), co przywodzi na myśl silne podmuchy wiatru. Baku - położone na wierzchołku pustynnego, wcinającego się w morze półwyspu - istotnie jest jednym z najbardziej wietrznych miejsc na świecie. Jak opowiadał mi pewien żwawy dziewięćdziesięciosiedmiolatek, w czasach swej młodości wraz z całą rodziną zakładali do strojów wieczorowych specjalne gogle, by przechadzać się po bulwarach bez obawy, że wiatr nasypie im piasku do oczu.

Tuż przed moim wyjazdem do Baku znajomy Irańczyk polecił mi powieść Kurbana Saida Ali i Nino - jako, jego zdaniem użyteczniejsze niż jakikolwiek przewodnik turystyczny, swoiste wprowadzenie w atmosferę miasta i całego Kaukazu. Nigdy nie słyszałem o tej książce - kiedy dotarłem do wydania Pocket Books z 1972 roku, byłem odrobinę zaskoczony okładką. Widniał na niej kiczowaty, retuszowany portret dwojga kochanków z rekomendacją tygodnika "Life": "Jeśli Kurban Said nie wyprze Ericha Segala z listy bestsellerów, to nikt nie zdoła tego uczynić!"1. Tymczasem narracja jest raczej osiemnastowieczna z ducha - jakby ktoś wprowadził do Kandyda bohaterów z krwi i kości z zamiarem wzruszenia odbiorcy do łez. Każda scena trwa tylko tyle, by wprawić w ruch maleńki trybik napędzający cały mechanizm. Jak napisał recenzent "New York Timesa", "czytelnik ma poczucie, że odkrył zakopany w ziemi skarb"2.

Książka opowiada o uczuciu między muzułmańskim chłopakiem i chrześcijańską dziewczyną, o miłości, która dojrzewa wraz z bohaterami. W tolerancyjnej atmosferze dawnego Azerbejdżanu ich wzajemna fascynacja zdaje się rozwijać bez przeszkód, choć obydwoje się nieustannie kłócą: "Ali Chanie, jakiś ty głupi. My, dzięki Bogu, jesteśmy w Europie. Gdybyśmy byli w Azji, już dawno nosiłabym czador i nie zobaczyłbyś mojej twarzy. Poddałem się. Niejasne położenie geograficzne Baku pozwalało mi patrzeć w najpiękniejsze oczy na świecie"3.

W ciągu dziejów Azerbejdżan padał kolejno ofiarą podbojów Aleksandra Wielkiego, Mongołów, Turków osmańskich i Persów. Kwestia "niejasnego położenia geograficznego" rozwiązała się ostatecznie w 1825 roku, kiedy północną część kraju zajęli Rosjanie. W epoce ekspansji caratu na Kaukaz, tak barwnie opisywanej przez Lermontowa, Tołstoja i Puszkina, Europa odkryła Baku, a Baku odkryło Europę. Wszyscy zaś odkryli ropę naftową. Mnóstwo ropy. W Baku nie trzeba było nawet się do niej dowiercać - znajdowała się tuż pod powierzchnią w czarnych kałużach, rozlewających się nieraz w ogromne jeziora, a jej wypływ bywał tak gwałtowny, że od czasu do czasu porywał ze sobą całe domy na wybrzeżu Morza Kaspijskiego. Ufortyfikowany przyczółek na szlaku karawan stał się wkrótce ośrodkiem prężnie rozwijającego się przemysłu naftowego - dostarczającym światu ponad połowę rocznego wydobycia ropy - i w rezultacie przeistoczył się we wspaniałe dziewiętnastowieczne miasto, wzniesione na fundamencie zysku: pełne wystawnych rezydencji, meczetów, kasyn i teatrów, zbudowanych w okresie, kiedy Baku było domem Rothschildów, braci Noblów oraz dziesiątków miejscowych, muzułmańskich "baronów naftowych", jak ich wówczas nazywano4. Był wśród nich Mir Babajew, popularny śpiewak, który odkrył ropę na swojej ziemi, po czym spędził resztę życia na wyszukiwaniu i niszczeniu własnych płyt, wolał bowiem zapisać się w pamięci potomnych jako magnat naftowy5. Był też Hadżi Zejnałabdin Tagijew, który dorobił się fortuny po trzęsieniu ziemi, kiedy jego posiadłości zalała ropa - Tagijew ufundował pierwszą szkołę dla dziewcząt w świecie muzułmańskim6. Budowle rosły jak grzyby po deszczu. Pałace w stylu mauretańskim wciąż sąsiadują z neogotyckimi willami, a bizantyjskie kopuły z kipiącymi przepychem pawilonami rokokowymi. Magnaci z Baku pozowali jednocześnie na kulturalnych Europejczyków i "nowoczesnych muzułmanów" - dopóki bolszewicy nie uznali ich za dekadenckich mieszczan i nie ruszyli chmarą, żeby ich wytłuc co do nogi.

Baku tłoczyło jednak ropę w plan pięcioletni Stalina, a w czasie drugiej wojny światowej Hitlerowi tak bardzo zależało na tamtejszych złożach, że odwrócił cały bieg kampanii wschodniej7. We wrześniu 1942 roku Sztab Generalny ofiarował Hitlerowi olbrzymi tort w kształcie Kaukazu. W jednej z ówczesnych kronik filmowych można zobaczyć Führera, jak odkrawa dla siebie kawałek z wyciśniętym przez tutkę napisem "Baku"8. "Jeśli nie dostaniemy ropy z Baku, przegramy wojnę" - krzyczał Hitler do naczelnego dowódcy; żeby dopiąć swego, wolał stracić całą 6. Armię pod Stalingradem niż wycofać choćby jedną dywizję z Kaukazu. Gdyby połączonym wojskom nazistów udało się zająć Baku, Rzesza przejęłaby kontrolę nad jednym z najbogatszych złóż surowców energetycznych na świecie - nie wspominając już o bezcennych pod względem strategicznym terytoriach, tworzących swoisty pomost między Europą i Azją. Pozbawiwszy Związek Radziecki dostępu do ropy, naziści wygraliby wojnę bez dwóch zdań. Zamiast spodziewanego zwycięstwa atak na Baku przyniósł Niemcom sromotną klęskę na froncie wschodnim. Niespełna trzy lata później radzieckie dywizje pancerne stanęły u bram Berlina - a ich baki były zatankowane do pełna kaukaską ropą.

Po 1945 roku Azerbejdżan nie doczekał się nagrody za wsparcie zwycięstwa ZSRR własną siłą napędową. Wielu mieszkańców kraju zesłano na Syberię, a przemysł naftowy zaczął podupadać. Miasto boomu naftowego z epoki fin de si?cle'u świadomie zlekceważone popadło w zapomnienie i stało się opustoszałą, nieledwie widmową metropolią. Nawet dziś można tu odnieść wrażenie, że spacerujemy po prawobrzeżnej dzielnicy Paryża, tylko dziwnie zapylonej, z tajemniczych powodów opuszczonej przez rdzennych mieszkańców.

Moim przewodnikiem po Baku był Fuad Achundow, umięśniony młodzian, funkcjonariusz Interpolu, międzynarodowej organizacji policji kryminalnej, spędzający jednak większość czasu na tropieniu zagadek przeszłości swojego miasta. Fuad dorastał w Związku Radzieckim i zawsze był ciekaw minionej kultury, której świadectwem pozostały otaczające go zewsząd, zrujnowane rezydencje. Zaczął badać historię Baku: willa po willi, dom po domu. Wyglądało na to, że podupadłe rezydencje stolicy Azerbejdżanu są Fuadowi równie bliskie, jak członkowie jego rodziny. "Wchodziłem do środka i pytałem, czy ktoś zna potomków dawnego właściciela - opowiadał, wożąc mnie po mieście rozklekotanym, radzieckim samochodem. - Jestem policjantem i wiem, że ludzie, którzy uważają się za niezorientowanych, potrafią nieraz dostarczyć bezcennych informacji. Wykorzystywałem więc swoje umiejętności śledcze, budząc w rozmówcach wspomnienia zdarzeń, o których przed laty opowiadali im rodzice i dziadkowie"9. Fuad posługiwał się piękną angielszczyzną, jakby wyjętą z kart dziewiętnastowiecznej powieści. Kiedy musiał coś załatwić, zwracał się do mnie na przykład: "Twój pokorny sługa błaga o wybaczenie, ale musi cię na chwilę opuścić, albowiem czekają nań niecierpiące zwłoki czynności policyjne".

Gdy myszkowaliśmy wśród średniowiecznych fortyfikacji, dziewiętnastowiecznych rezydencji, świątyń zoroastriańskich i ogrodów pałacowych, przywodzących na myśl Baśnie z tysiąca i jednej nocy, Fuadowi usta się nie zamykały. "Stąd mogłem widzieć mój świat, masywne mury miejskiej twierdzy i ruiny pałacu z arabską inskrypcją nad bramą - przemawiał w uniesieniu. - Labiryntem ulic podążały wielbłądy o tak delikatnych pęcinach, że z chęcią bym je popieścił. Przede mną wznosiła się Wieża Dziewicza, owiana legendami cytowanymi w przewodnikach turystycznych. A za wieżą zaczynało się całkowicie pozbawione charakteru, ołowiane, bezkresne Morze Kaspijskie. Za nim ciągnęła się pustynia - postrzępione skały i karłowate zarośla - spokojna, niema, niezdobyta: najpiękniejszy krajobraz na świecie"10.

Uświadomiłem sobie dopiero po chwili, że Fuad cytuje fragment z Alego i Nino.

Nawet unoszący się w powietrzu, odmienny dla każdej dzielnicy zapach mógł skłonić Fuada do przytoczenia obszernego ustępu z powieści. Co chwilę zatrzymywaliśmy się przed jakąś budowlą w stylu wiedeńskim - z frontonem podziurawionym w miejscach, gdzie dekorację uzupełniono niegdyś płaskorzeźbami przedstawiającymi słynnych komunistów - po czym Fuad nawiązywał do epizodu z książki, traktując go na równi z wydarzeniami historycznymi: "Oto szkoła dla dziewcząt, gdzie Ali ujrzał Nino po raz pierwszy, w towarzystwie swej kuzynki Aiszy. Mamy co do tego niemal całkowitą pewność, ponieważ wrota tej budowli są oddalone o czterysta kroków od dawnych drzwi rosyjskiego gimnazjum carskiego dla chłopców, które legło w gruzach podczas walk w 1918 roku...".

Nasze spacery mogłyby przypominać którąś ze śmiertelnie nudnych wycieczek szlakiem miejsc opisanych przez Czechowa lub Puszkina, ale namiętność Fuada do Alego i Nino miała zupełnie inny charakter. "Dzięki tej powieści odkryłem własny kraj, odkryłem cały świat, który legł u mych stóp pogrzebany przez ustrój radziecki - powiedział mi Fuad pewnej nocy, kiedy o trzeciej nad ranem zasiedliśmy w opustoszałej kwaterze głównej Interpolu. - Właśnie ta książka, ta historia Romea i Julii z czasów boomu naftowego, opowieść o miłości między chrześcijańską dziewczyną i muzułmańskim chłopakiem, rozdarła tkaninę, która spowiła mnie w latach dorastania w radzieckim Baku jak kir, jak całun pogrzebowy, rozpostarty przez najkrwawszą spuściznę Zachodu, nieludzką rewolucję październikową, nad wspaniałym światem najwyższych aspiracji ludzkich i kulturowych - w nadziei całkowitego spojenia Wschodu i Zachodu w nową współczesną całość, która zdołała przetrwać zaledwie chwilę w dziejach. Możesz to sobie wyobrazić?". Fuad ciągnął: "Kurban Said to moje koło ratunkowe. Gdyby nie on, tkwiłbym uwięziony w swoim własnym mieście, niezdolny dostrzec ani zrozumieć jego piękna i tragicznych mechanizmów historii toczącej się tuż pod moim nosem".

Zauroczenie Alim i Nino przeżywało wielu mieszkańców Baku. Znajomi wykształceni Azerowie uważali książkę Kurbana Saida za swą powieść narodową i przekonywali mnie, że mogą wskazać każdą ulicę, plac i budynek szkolny, gdzie rozgrywają się jej poszczególne sceny. Ta krótka powieść miłosna z końca lat trzydziestych przeżyła swój renesans w ostatniej dekadzie XX wieku, aczkolwiek nikt nie potrafił wytłumaczyć dlaczego. Zadzwoniłem do pewnego producenta filmowego z Iranu, który zajmował pieczołowicie odrestaurowany apartament w starej, zrujnowanej willi. Irańczyk opowiedział mi o swoich planach zekranizowania powieści (kiedy nie udało mu się pozyskać dostatecznych funduszy, zajął się produkcją kręconych w Baku epizodów do filmu o Jamesie Bondzie). Innego dnia odwiedziłem ponurą stalinowską budowlę, siedzibę Narodowego Towarzystwa Literackiego, którego prezes wprowadził mnie w szczegóły zajadłego sporu o autorstwo powieści, toczącego się między uczonymi azerskimi a przedstawicielami sfer rządowych. Jak wyjaśnił, tożsamość Kurbana Saida była od dawna przedmiotem spekulacji, na szczęście udało się rozstrzygnąć tę kwestię: Kurban Said to pseudonim Jusifa Vezira, twórcy azerskiego, którego synowie - noszący obecnie nazwisko Wezyrow - położyli ogromne zasługi, by ocalić jego spuściznę od zapomnienia. To on właśnie jest autorem azerbejdżańskiej powieści narodowej.

Przeczytawszy kilka opowiadań i nowel Vezira, nie mogłem się jednak nadziwić, że ktokolwiek dał się przekonać do tej hipotezy. Vezir był z pewnością gorliwym nacjonalistą azerskim, otwarcie głoszącym w swoich utworach, że idea stworzenia mieszanki etniczno-kulturowej była szkodliwa i zdradliwa dla ojczyzny. Tymczasem powieść Ali i Nino Kurbana Saida jest wyrazem żarliwego poparcia dla zamysłu wymieszania ludów, kultur i religii. Najbarwniejsze epizody odmalowują kosmopolityczny Kaukaz w przededniu wybuchu rewolucji - kiedy przedstawiciele setek plemion i wszystkich większych ugrupowań religijnych walczyli między sobą tylko w turniejach poetyckich na placu targowym. Przesłanie Kurbana Saida sprowadza się do potępienia odstręczającej ludobójczej polityki rozdziału narodów.

Kilka dni później, zamiast pójść na dyskotekę w towarzystwie młodych magnatów naftowych z Londynu i Moskwy, przekonałem Fuada, żeby użyczył mi pomieszczeń Interpolu do przeprowadzenia rozmowy z jednym z braci Wezyrow, który nie zawahał się wystąpić na trybunie parlamentu Azerbejdżanu, głosząc, że autorem Alego i Nino jest jego ojciec, a fragmenty poświęcone miłości ponad podziałami etnicznymi są wtrętem stronniczego tłumacza. Miałem nikłą nadzieję, że atmosfera pokoju przesłuchań pomoże mi wyciągnąć prawdę: niestety, spotkanie z łysawym, pozbawionym poczucia humoru mężczyzną, odzianym w wypłowiały, szary garnitur w stylu poprzedniej epoki, ograniczyło się do okazania mi stosu dokumentów, z których nie wynikało nic poza tym, że prawie każdy mieszkaniec Baku rości sobie prawo do książki - z takich bądź innych powodów11.

Niewiele też wyniosłem z lektury wstępu do angielskiego wydania powieści: "Kurban Said to pseudonim literacki i nie wiadomo dokładnie, kto się pod nim kryje. [...] Autor był z pochodzenia Tatarem [...], nie udało mi się jednak ustalić miejsca ani okoliczności jego śmierci. Sądzę, że kwestia pozostanie na zawsze otwarta"12.

Dokądkolwiek szedłem, miałem wrażenie, że Kurban Said depcze mi po piętach. Sklep z pamiątkami przy hotelu Hyatt Regency, gdzie zatrzymałem się w Baku, oferował tylko jedną pozycję w języku angielskim: brzydkie kieszonkowe wydanie książki Krew i nafta na Wschodzie. Na okładce, tuż nad wykonaną w sepii fotografią kaspijskiego ujęcia ropy oraz grupki nafciarzy w futrzanych czapach, widniała informacja: "książka autora Alego i Nino", którego nazwisko brzmiało tym razem Essad Bej, z dopiskiem w nawiasie "Lew Naussimbaum". Co się stało z Kurbanem Saidem? Uczony azerski próbuje wyjaśnić tę sprawę we wstępie:

Essad-Bej, narrator zebranych w książce opowieści, nawrócił się w końcu na judaizm i przybrał nazwisko Lew Naussimbaum. [...] Następnie przeprowadził się do Berlina, gdzie dołączył do grona intelektualistów niemieckich. Z początkiem lat trzydziestych wyjechał do Wiednia. Wreszcie opublikował swą piękną powieść Ali i Nino pod pseudonimem Kurban Said. [...] W 1938 roku podjął próbę ucieczki z Austrii, przymusowo wcielonej do Rzeszy. Wkrótce został aresztowany i przewieziony do Włoch, gdzie w 1942 roku zranił się umyślnie w stopę i zmarł wskutek zakażenia krwi13.

Miałem wątpliwości, czy ktokolwiek nawróciłby się na judaizm tuż przed wyjazdem do Niemiec pod koniec lat dwudziestych. Dlaczego Essad Bej miałby zmieniać nazwisko na "Lew Naussimbaum", po czym przyjąć pseudonim Kurban Said? Czy ktoś o nazwisku Naussimbaum mógłby być autorem narodowej powieści azerbejdżańskiej? Co obydwaj mieli wspólnego z Kurbanem Saidem? Krew i nafta na Wschodzie nosi podtytuł Przemysł naftowy i obrót ropą w Azerbejdżanie - trudno sobie wyobrazić, żeby książka Ali i Nino wyszła spod pióra tej samej osoby.

Wkrótce jednak dostrzegłem dziwne podobieństwo między powieścią a książką o ropie - w opisie wiejskich zmagań poetów, kiedy żebracy i arystokraci, chrześcijanie i muzułmanie spotykali się w wyznaczonym dniu, by przerzucać się pamfletami, pocąc się i bluźniąc, dopóki nie wyłoniono spośród nich zwycięzcy (triumfator z powieści, spytany, czy jest szczęśliwy z powodu wygranej, spluwa z oburzeniem: "To nie zwycięstwo, panie. Dawniej to się zwyciężało. Sto lat temu zwycięzcy pozwalano ściąć głowę pokonanemu. Wtedy sztuka cieszyła się prawdziwym szacunkiem")14. Choć narracja powieści jest bardziej przekonująca, w obydwu książkach magiczna atmosfera przedrewolucyjnego Azerbejdżanu została odmalowana równie barwnie. Na sugestywność przekazu wpływa też to, że wioski walczących poetów leżały w Górnym Karabachu - kraju prawie unicestwionym w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, podczas okrutnej wojny granicznej między chrześcijanami a muzułmanami, w której wykorzystano wszelką broń z wyjątkiem porównań i metafor.

Pewnego dnia, kiedy zwiedzaliśmy zrujnowaną rezydencję Tejmur Beja Aszurbekowa, z klatką schodową pokrytą obłażącymi freskami z przedstawieniami figlujących dziewcząt, Fuad spytał mnie, czy chciałbym poznać córki dawnego właściciela - Sarę i Miriam, dwie ostatnie przedstawicielki rodziny Aszurbekowów (obecnie Aszurbejli, gdyż decyzją poradzieckiego rządu Azerbejdżanu wszystkie nazwiska sturczono). Staruszki, w wieku odpowiednio dziewięćdziesięciu czterech i dziewięćdziesięciu dwóch lat, reprezentowały nieliczną już w Baku grupkę pozostałych przy życiu dzieci milionerów naftowych. Sądziłem, że zastaniemy je na miejscu, w którymś z wilgotnych zakamarków willi, Fuad zaprowadził mnie jednak z powrotem do swojego białego samochodziku, po czym zawiózł pod przygnębiający budynek, wybudowany tuż przed upadkiem ZSRR. Weszliśmy na górę po tylnych schodach - młodsza z sióstr, Miriam, wpuściła nas do maleńkiego mieszkanka. Sara siedziała przy stole, czekając na nas z dzbankiem herbaty i pudełkiem mocno nieświeżych czekoladek. Imponujący księgozbiór sióstr dzielił ciasny pokoik z rozwieszonym praniem, zapasem żywności, stołem i dwunastoma kotami. Mimo ograniczeń stawianych przez państwo obydwu kobietom udało się zrobić imponującą karierę: Miriam była geolożką, Sara - jedną z najwybitniejszych mediewistek w Azerbejdżanie.

Przemawiając do mnie na przemian po niemiecku i francusku, w dwóch językach wyuczonych w dzieciństwie, siostry snuły wspomnienia z okresu przed rewolucją. Opowiadały, jak ojciec zapraszał do swej willi ludzi wszelkiego stanu i rozmaitej narodowości, wyłaniając elity według kryterium inteligencji i wykształcenia, nie pozycji społecznej, mimo że sam przyszedł na świat w uprzywilejowanej rodzinie i dorobił się ogromnego majątku (Aszurbekowowie sfinansowali budowę dwóch z czterech meczetów w Baku).

Pokazały mi mnóstwo zetlałych fotografii, na których rolls-royce'y - wiozące do opery mężczyzn w fezach i strojach wieczorowych - torowały sobie drogę wśród wielbłądów. Odmalowały przede mną szeroki krąg znajomych: chrześcijan, muzułmanów, żydów i dzieci kapitalistów, których rodzice podejmowali w domu na bankietach, spotkaniach towarzyskich i wystawnych rautach. Aszurbekow najwyżej cenił sobie kulturę europejską. Jego córki zapamiętały Baku jako miejsce, gdzie islam i Wschód rozpraszały się w soczewce europejskiej wielokulturowości, polerowanej częstymi podróżami na Zachód.

"Mój ojciec był często zajęty - wspominała Sara - ale wciąż powtarzał matce: "Zabierz dzieci do Europy!""15. Wyjęła swoje zdjęcie w otoczeniu jasnowłosych maluchów w niemieckich strojach ludowych.

"To ja w Baden-Baden w 1913 roku. Właśnie zwyciężyłam w konkursie piękności - opowiadała Sara - moja siostra Miriam uderzyła w płacz i poskarżyła się matce: "Przecież zawsze mówiłaś, że to ja jestem najpiękniejsza, więc dlaczego wygrała Sara?". "Bo jesteś za mała - wyjaśniła matka. - Za rok tu wrócimy i wtedy zwyciężysz". Ale rok później wybuchła pierwsza wojna światowa i przyszli bolszewicy - już nigdy więcej nie pojechaliśmy do Europy".

Siostry Aszurbekow wyciągnęły ostatnią fotografię - zbiorowy portret z ostatniego przyjęcia bożonarodzeniowego przed wybuchem wielkiej wojny. Sara wodziła kościstym palcem po zdjęciu i obydwie przypominały sobie nazwiska, narodowość i wyznanie wszystkich zgromadzonych w pokoju dzieci - Azerów, Ormian, muzułmanów, Żydów, Niemców, Francuzów i Rosjan - oraz los, jaki je spotkał po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1920 roku. W drugim rzędzie śliczna, rumiana dziewczynka w stroju cygańskim; z tyłu, tuż obok choinki, chudy dryblas o hinduskich rysach, ubrany w kostium Kozaka; mały, jasnowłosy chłopczyk w zapiętym pod szyję mundurku był zapewne którymś z Noblów, siostry nie miały jednak pewności, bo wyszedł na zdjęciu trochę niewyraźnie. Pośrodku w trzecim rzędzie siedział chłopiec z odstającymi uszami, o dość aroganckim, choć szczerym spojrzeniu skierowanym wprost w obiektyw, z rękami butnie skrzyżowanymi na piersi, ubrany w aksamitny żakiecik z dopinanym, fantazyjnym kołnierzem w stylu Małego lorda.

"To Lowa Nussimbaum" - stwierdziła Sara. Siostra przytaknęła z uśmiechem, wracając myślą do wspomnień. "Żydowski chłopiec, ze dwa lata młodszy ode mnie".

"Naprawdę? - spytałem, przypomniawszy sobie nazwisko z obwoluty Krwi i nafty. - Są panie pewne, że miał na imię Lowa, czyli mały Lew Nussimbaum? Tak się właśnie nazywał?".

"Tak, Lowa, Lowa, mały Lowa Nussimbaum. Był najsprytniejszy z nas wszystkich, mały, sprytny żydowski chłopiec, syn bogatego przedsiębiorcy z miasta. Wychował się bez matki, co rodzina próbowała mu wynagrodzić. To był bardzo miły i bardzo dobrze wychowany dzieciak i od małego mówił płynnie po niemiecku. Podejrzewam, że jego guwernantka była Niemką".

"Prawdopodobnie Niemką bałtycką - wtrącił Fuad. - Ówczesne guwernantki były najczęściej Niemkami bałtyckimi lub Francuzkami". Rzuciłem okiem na dwie korpulentne fräuleinen po bokach gromadki: dość pospolite z wyglądu, ubrane stosownie do okazji - w suknie wieczorowe obszyte cekinami.

"Wyjechał z Baku - oznajmiła wiekowa dama - słyszałyśmy, że umarł we Włoszech".

*

Wkrótce miałem się przekonać, że Lew Nussimbaum, alias Essad Bej, alias Kurban Said, opuściwszy Baku, zyskał sławę w Europie i Stanach Zjednoczonych - jako autor świetnie sprzedających się biografii cara i Stalina, a nawet bohater skandalu, opisywanego w prasie brukowej Nowego Jorku i Los Angeles. Kiedy w 1935 roku przybył statkiem do Stanów, w "New York Timesie" ukazał się artykuł pod tytułem Wizyta biografa cara: Essad Bej oświadcza, że intencje władcy zostały źle odczytane16. W latach dwudziestych mieszkał w Berlinie, gdzie obracał się w towarzystwie wybitnych uchodźców, między innymi rodzin Pasternaków i Nabokowów, w latach trzydziestych był znaną postacią w Wiedniu, Nowym Jorku i Hollywood. Mimo to nikt po obu stronach Atlantyku - nawet za jego życia - nie wiedział dokładnie, z kim ma do czynienia i czego można się po nim spodziewać. W 1931 roku Trocki napisał do syna z wygnania: "Kim właściwie jest ten Essad Bej?"17.

Wertując zachowane listy i rękopisy oraz archiwa policji faszystowskiej, w Rzymie, w pewnym czternastowiecznym zamku w Austrii oraz w hollywoodzkiej willi w stylu art déco, której obecni, beztroscy mieszkańcy po prostu wyrzucili na śmietnik "wszystko, co w obcym języku"18, wkroczyłem w intrygujący labirynt jego życia, w zapomniany, mroczny epizod z ubiegłego wieku. Wkrótce porzuciłem kwestię tożsamości Kurbana Saida i Essad Beja, próbując rozwikłać znacznie trudniejszą zagadkę: kim był Lew Nussimbaum? To było prawdziwe nazwisko i nosił je, jak się okazało, od urodzenia człowiek obciążony zarzutem przekuwania historii w baśń, który nieustannie stwarzał od nowa samego siebie. Był ulubieńcem mediów w czasach Republiki Weimarskiej, zawodowym "orientalistą", który przypochlebiał się Mussoliniemu i rozpowiadał po całym Berlinie, że jest muzułmańskim księciem (do czego przekonał też swą majętną narzeczoną), tymczasem był po prostu Żydem, który spędził samotne dzieciństwo pod kloszem, przesiadując willi ojca w Baku i czytając Kiplinga19.

W pewnym sensie Lew Nussimbaum to skrajny przykład przedstawiciela orientalizmu żydowskiego - rozpowszechnionego w wiekach XIX i XX, dziś niemal już zapomnianego. Fenomen ów dotyczył przede wszystkim wiktoriańskiej Anglii, gdzie młodzi ludzie z dobrze zasymilowanych i wpływowych rodzin - na przykład William Gifford Palgrave i Benjamin Disraeli - ruszali na pustynię w poszukiwaniu "wschodnich korzeni". W przypadku Palgrave'a podróż do źródeł zaowocowała awanturniczą przygodą z zamianą ról. W latach pięćdziesiątych XIX wieku Palgrave udawał muzułmańskiego lekarza, pracując w tajemnicy dla jezuitów (co ciekawe, nalegał, by zwracać się do niego per ojciec Cohen, czyli po nazwisku, którego rodzina zrzekła się w XVIII wieku), podróżował też do Arabii, żeby spiskować za pieniądze Napoleona III i wzniecić powstanie Beduinów - pół wieku przed przybyciem Thomasa Edwarda Lawrence'a na Bliski Wschód. Palgrave - alias ojciec Cohen - próbował poza tym nawracać wahabitów na chrześcijaństwo. Do czasu, kiedy swoje wspomnienia opublikował Lawrence, pamiętniki Palgrave'a były w Anglii najpopularniejszą książką o Arabii20.

Orientalista żydowski postrzegał Wschód nie jako przestrzeń poszukiwań egzotycznego Innego, lecz jako cel podróży do własnych korzeni - Arabowie byli dlań po prostu braćmi krwi, "Żydami na końskim grzbiecie", jak to ujął Disraeli21. Sam Disraeli jednak nie mieści się w dzisiejszym stereotypie postkolonializmu - szepcząc na ucho królowej Wiktorii, że powinna zostać cesarzową Indii, nie miał na myśli bezpośredniej dominacji Zachodu nad Wschodem. Disraeli darzył Wschód czcią niemal nabożną i marzył o imperium, które łączyłoby w sobie najlepsze cechy obydwu światów - o brytyjskim imperium panorientalnym, które z jednej strony musiałoby być brytyjskie, czyli zorganizowane w duchu właściwego Anglikom, zdroworozsądkowego pragmatyzmu, z drugiej jednak byłoby "orientalne", nacechowane głęboką mądrością Wschodu, interpretowaną na użytek Zachodu przez "orientali", czyli mieszkańców żydowskich.

Antysemici próbowali zdyskredytować Żydów, traktując ich w Europie jako przedstawicieli obcej, wschodniej rasy - orientaliści żydowscy obrócili tę potwarz na własną korzyść, wywiedli swój ród od pradawnej arystokracji pustynnej. Żydzi zbliżyli się do utraconych "braci" na Wschodzie, próbując objaśnić ludziom Zachodu kulturę semicką, islamu nie wyłączając22. Orientaliści żydowscy w najwęższym znaczeniu tego terminu specjalizowali się w dziejach religii, języków i ludów Wschodu - nawet jeśli ograniczyć się do tej definicji, mocna pozycja Żydów w badaniach orientalistycznych jest wciąż dziwnie niezauważanaI.

Poza uczonymi byli też Żydzi, którzy - podobnie jak Lew Nussimbaum - dosłownie się zatracili w rojeniach o "wschodniej tożsamości". Urządzając sobie długie wycieczki w przebraniu Beduinów albo derwiszów, orientaliści żydowscy przechodzili swoistą transformację duchową, jakże odległą od doświadczeń gojów w strojach arabskich. Ciekawe, jak wyglądałyby ich relacje z syjonistami. Większość orientalistów opowiadała się za utworzeniem państwa żydowskiego w Palestynie, kierując się wszakże "pansemickim", promuzułmańskim światopoglądem.

Po drugiej wojnie światowej idea orientalizmu żydowskiego przepadła w zgiełku wydarzeń historycznych - konflikt między Żydami i muzułmanami na Bliskim Wschodzie osiągnął wymiar tragiczny, grzebiąc wielowiekową wspólnotę ich przeszłości. Przyczyna dzisiejszych nieporozumień muzułmańsko-żydowskich zdaje się oczywista i nieunikniona. Sedno niegdysiejszej harmonii tkwi głęboko, na samym dnie dziejowej przepaści.

*

Tropienie tajemnic Lwa Nussimbauma wprowadziło mnie też w mroczny świat uchodźców i bezpaństwowców, stworzony przez pierwszą wojnę światową i rewolucję październikową, oraz w atmosferę wydarzeń w Niemczech, które legły u podstaw nazizmu i drugiej wojny światowej. Lew był niejako zawieszony między dwiema rewolucjami - jedną w Rosji, drugą w Niemczech, każda pod innym sztandarem. Za kilka lat całe imperia miały zniknąć bez śladu, a wielu ludzi miało tego nie przeżyć albo - tak jak Lew - wciąż walczyć o przetrwanie.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcia Nussimbauma, natychmiast obudziły się we mnie wspomnienia o stryjecznym dziadku Lolku, który uciekł z chwiejącej się w posadach monarchii austro-węgierskiej, a potem z III Rzeszy, by w latach trzydziestych osiąść w Nowym Jorku - byli nieomal rówieśnikami. Lolek, bohater mojego dzieciństwa, oraz jego pozostali przy życiu przyjaciele - których nazwisk starczyłoby, żeby wypełnić notes objętości książki telefonicznej małego miasteczka - wnieśli humor i wyrafinowanie do zajmowanego przez siebie kwartału Washington Heights na Manhattanie. Z dzieciństwa najmilej wspominam opowiadane przez Lolka historie o dorastaniu w epoce późnego cesarstwa Habsburgów. Kiedy byłem małym chłopcem, fascynowało mnie to, że Lolek "miał cesarza", że cesarz był dobrym władcą i po jego śmierci świat ogarnęły ciemności. Teraz zacząłem porównywać miłość Lwa do cara i nawrócenie na islam z socjalistycznymi przekonaniami Lolka, które nie przeszkadzały mu kochać cesarza Franciszka Józefa.

Do tego doszły jeszcze przygody Lolka w pełnych nadziei na przyszłość latach dwudziestych, kiedy wszyscy chcieli zmienić świat i wszystko mogło się zdarzyć - dopóki rzeczywiście się nie zdarzyło i nie zamknęło naszych krewnych i znajomych w potrzasku. Mój stryjeczny dziadek snuł przede mną historię pierwszej połowy XX wieku w ciągu dowcipnych, awanturniczych anegdot z udziałem siebie samego, swoich przyjaciół i starszego brata Janka, który był tak silny, że nazywano go Bykiem. Potem mi opowiedział, jak próbował namówić mojego dziadka Janka, żeby przekroczył wraz z nim granicę szwajcarsko-francuską - zanim będzie za późno. "Twój dziadek miał rodzinę - wyjaśnił Lolek - i nie zamierzał jej zostawić. Mógł przecież uciec ze mną i posłać po nią później".

Lolek był obdarzony szczególnym, wiedeńskim poczuciem humoru, dzięki czemu nawet mrożącą krew w żyłach opowieść o ucieczce przed nazistami potrafił upodobnić do epizodu z komedii z braćmi Marx. Zawsze dopraszałem się historii o jego dziewczynie, która w momencie najścia gestapo była akurat na balkonie, po czym wślizgiwała się do kolejnych pokojów, które gestapowcy zdążyli już przeszukać, i tak w kółko, dopóki nie wyszli z pustymi rękoma. "Musisz jednak zrozumieć - powiedział mój stryjeczny dziadek, śmiejąc się w kułak na samo wspomnienie - że ta opowieść wcale nie jest zabawna. Gdyby ją złapali, toby ją zabili".

Po śmierci Lolka w lecie 1995 roku odniosłem wrażenie, że jedyna w swoim rodzaju kultura jego rodzinnej, austriackiej Galicji oraz Wiednia z przełomu wieków umarła po raz wtóry. Lolek ocalał czystym zrządzeniem losu. Dostał paszport austriacki po upadku cesarstwa Habsburgów, w 1919 roku. Janek miał paszport polski, choć obydwaj bracia mieszkali w tym samym mieście. To po części tłumaczy, dlaczego mój dziad Janek został w 1942 roku deportowany z Francji do Auschwitz, podczas gdy mój stryjeczny dziad Lolek przeżył, bo zdołał uciec do Nowego Jorku.

Dorastałem - podobnie jak wiele żydowskich dzieci (zresztą nie tylko żydowskich) - snując marzenia o podróży w czasie i przechytrzeniu nazistów. Lew Nussimbaum miał dość fantazji, by swoje marzenia wcielić w życie. Kiedy bolszewicy zajęli Baku, uciekł wraz z ojcem i podróżował z wielbłądzią karawaną przez Persję i pustynie Turkiestanu. Później umknął przed bolszewikami, podszywając się pod jednego z nich, dotarł do Europy i w 1923 roku przeszedł na islam, w ambasadzie Turcji osmańskiej w Berlinie, tuż przed upadkiem imperium. Dokonał tego wszystkiego, zanim ukończył osiemnaście lat - a był to dopiero początek jego przygód.

Co dla mnie bardziej istotne, z młodzieńczych ucieczek i zmian tożsamości uczynił potem sposób na życie, unikał ról, jakie próbowano mu narzucić w myśl rozmaitych dwudziestowiecznych ideologii. Podczas gdy większość Żydów w Niemczech po pierwszej wojnie światowej starała się zasymilować za wszelką cenę, Lew zrobił, co w jego mocy, żeby pozostać etnicznym outsiderem, paradował w powłóczystych szatach oraz turbanie po berlińskich i wiedeńskich kawiarniach. W końcu sam dał się zwieść przebraniu pustynnego wojownika. Postanowił zostać w Europie i raz po raz tracił okazję ratowania własnej skóry przez przeprowadzkę do Nowego Jorku, dokąd próbowali go ściągnąć teściowie milionerzy. Kiedy udało mu się uciec z okupowanego przez nazistów Wiednia do północnej Afryki, wykorzystał pierwszą nadarzającą się sposobność powrotu w samo serce faszystowskiej Europy - jakby jakaś tajemna grawitacja trzymała go wciąż w orbicie sił, które z czasem miały go zniszczyć.

Lew zdołał wydać szesnaście książek, w większości bestsellerów na skalę międzynarodową, oraz jedno niewątpliwe arcydzieło - wszystkie przed trzydziestką. Jego prawdziwy geniusz sprowadzał się jednak do iście proteuszowej strategii zmiany tożsamości - aż do śmierci w 1942 roku kazał faszystowskim dygnitarzom gubić się w domysłach, uciekał się do coraz zmyślniejszych forteli, podkradał tanecznym krokiem do samego serca władzy - jak złodziej na balu maskowym.

Doświadczywszy prześladowań ze strony zarówno komunistów, jak i nazistów, Lew przeżył, przeciwstawiając brutalnej sile potęgę wyobraźni. Był jednocześnie Żydem, człowiekiem Wschodu i Niemcem, nie pozwalał jednak żadnej z tych tożsamości zapanować nad pozostałymi - wszystkie były wytworem butnego umysłu, który wymykał się wszelkim próbom zaszufladkowania. Był łajdakiem i rozpustnikiem, ale w żadnym razie oszustem, o co go często oskarżano. Był Houdinim z przekonania, rasowym i religijnym transwestytą w dekadzie, kiedy rasa i religia były równie nieodwracalne jak wyrok śmierci.

*

Nieodparty urok starych dokumentów - śladów czasu i pamięci poupychanych w kartonowych pudłach, szafach na ubrania i bieliźniarkach - towarzyszył mi nieustannie w poszukiwaniach prawdy o Lwie. W ciągu czterech lat miałem szczęście przewertować ponad trzysta prywatnych listów, na które nikt przede mną nie zwrócił uwagi, mimo że uczeni próbowali je odnaleźć, kilka rękopisów książek, które nie doczekały się wydania (fantazji kaukaskiej, historii faszyzmu i pierwszej części powieści z kluczem, rozgrywającej się w hotelu Waldorf Astoria oraz w apartamencie teścia przy Lower Fifth Avenue), manuskrypt pamiętników kolegi z berlińskiej szkoły, którego nastoletni Lew poznał tuż po przybyciu do Niemiec, co zaś najbardziej intrygujące, sześć nieznanych notatników - spisanych drobnym maczkiem świadectw ostatnich dni. Ten nieuporządkowany, powstały na łożu śmierci, dygresyjny epos składa się mimo wszystko w najbardziej spójną opowieść o życiu Nussimbauma.

Listy ujrzały światło dzienne w pewnej willi pod Mediolanem, gdzie nikt ich nie tknął przez ponad pół wieku - to plon trzyletniej korespondencji między Lwem a Pimą Andreae, lwicą salonów doby Mussoliniego. Są dziwne, czasem odpychające, ich treść jednak porusza do głębi. Kiedy Pima się dowiedziała, że jej ulubiony pisarz Essad Bej ugrzązł we Włoszech bez środków do życia i pieniędzy na leczenie postępującej choroby krwi, zaczęła pisać do niego egzaltowane listy. Uwielbiała jego książki, w których ujawniał swą osobliwą wizję monarchizmu i wstręt wobec stalinowskiej Rosji. Polecała Essad Bejowi lekturę powieści Kurbana Saida, nie zdając sobie sprawy, że to jedna i ta sama osoba. Adresat jej listów, bez grosza i bardzo chory, schwytany w pułapkę okoliczności wojennych, zmuszony był przez włoską tajną policję do przebywania w areszcie domowym. Wielbicielka podsyłała mu pieniądze.

Utrzymywała Lwa przy życiu od roku 1939 do 1942. Co ważniejsze, uwikłała go w korespondencję, która przekształciła się w "intelektualny romans", ostatnią przyjaźń i łącznik z bezpowrotnie straconym światem zewnętrznym23. Pima była jednak postacią równie niejednoznaczną jak Lew - mimo że Nussimbaum potrafił jej się zwierzać niemal ze wszystkiego, nigdy nie ujawnił swojej prawdziwej tożsamości. U Pimy, wpływowej kobiety pochodzenia niemiecko-włoskiego, gościli wybitni intelektualiści związani z ruchem faszystowskim i nazistowskim, między innymi Amerykanin Ezra Pound, oraz członkowie rodziny Mussoliniego, który też zatrzymywał się w jej willi w Rapallo.

Pima pisała w imieniu Lwa do Mussoliniego, a także do Pounda, nazywanego przez Nussimbauma "panem Ezrą", który obiecał uczynić wszystko, co w jego mocy, by wesprzeć kolegę po fachu. W jednym z najdziwniejszych listów, z datą 22 czerwca 1942 roku, podekscytowany Lew informował Pimę:

I państwo nagle sobie o mnie przypomniało. Za trzy tygodnie, już za trzy tygodnie znów dostanę pieniądze - jeśli tylko dożyję. Bo mimo wszystko wciąż chcę żyć.

Na pewno wkrótce wygramy wojnę i wtedy oczywiście cię odwiedzę, zanim podejmę dalszą podróż - nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Ach, zwycięstwo będzie dla nas wspaniałym doświadczeniem!24

Pisząc "dla nas", Lew miał na myśli Niemcy nazistowskie.

Wprost nie mogłem się oderwać od tych dokumentów, choć równie piorunujące wrażenie wywarli na mnie ludzie poznani w trakcie poszukiwań. Była wśród nich baronowa Ehrenfels, którą odwiedziłem w zamku Lichtenau - lecz nie chodzi o drugą żonę barona posługującą się rzekomo pseudonimem Kurban Said. Obecna baronowa, trzecia z kolei małżonka von Ehrenfelsa, opowiedziała mi swoją historię pewnego zimowego poranka, o czwartej (była zbyt zajęta, żeby umówić się ze mną wcześniej - wstawała codziennie o północy i pracowała nad librettem do rock-opery, planowanej do wystawienia w koprodukcji niemiecko-izraelskiej). Zaprowadziła mnie do wyziębionej komnaty znajdującej się w jednej z wieżyczek zamku i zapełnionej po sufit dokumentami i zdjęciami rodzinnymi.

W Stanach Zjednoczonych spędziłem fascynujące popołudnie z Peterem Viereckiem, którego ojciec, George Sylvester Viereck, był jednym z nowojorskich przyjaciół Lwa. Pomagał mu czasem w pracy pisarskiej - kilkakrotnie gościli razem u cesarza Wilhelma w Holandii - poza tym miał opinię jednego z najlepszych dziennikarzy syndykatu prasowego Hearsta i z tego powodu był najprawdopodobniej pierwszym Amerykaninem, któremu udało się przeprowadzić wywiad z Hitlerem25. Fanatyczny germanofil, zaangażował się z czasem w absurdalną kampanię mającą dowieść, że można być jednocześnie nazistą i filosemitą, utrzymywać dobre stosunki nie tylko z Hitlerem, lecz także z żydowskimi przyjaciółmi, na przykład Sigmundem Freudem - w końcu został aresztowany jako szpieg nazistowski. Viereck był jedną z tych malowniczych, pełnych sprzeczności postaci, których biografie w moim przekonaniu odzwierciedlają całą złożoność ówczesnej epoki - wystarczy wspomnieć, że w 1931 roku na łamach pewnego cenionego amerykańskiego czasopisma publikowali Lew Nussimbaum, Leonard Woolf, Joseph Goebbels i Thomas Mann.

Muszę napomknąć o jeszcze jednej osobie, z której rąk przyjąłem tajemnicze, przedśmiertne zapiski Kurbana Saida i która wciąż stanowi dla mnie zagadkę. Wróciłem właśnie z Positano, gdzie przed kolejną podróżą do Wiednia odwiedziłem grób Lwa (biały obelisk z marmurowym turbanem na szczycie, przywodzący na myśl wysokiego mężczyznę w czapce). Szukałem - bez większego powodzenia - ostatniego redaktora i wydawcy Lwa, Therese Kirschner. W latach trzydziestych Kirschner była "aryjską" asystentką w austriackim wydawnictwie Nussimbauma - kiedy jej żydowscy pracodawcy musieli opuścić kraj, odkupiła oficynę za jedną trzecią wartości.

Pewien specjalista od islamizmu niemieckiego wspomniał podczas naszej rozmowy w Berlinie, że Kirschner wciąż mieszka w Wiedniu. Był jednak zdania, że - używa teraz nazwiska Mögle, które nosił jej zmarły mąż - jest zanadto zdystansowana wobec własnej przeszłości, żeby z kimkolwiek o niej rozmawiać. Nazwisko kobiety nie figurowało w książce telefonicznej, udałem się jednak pod adres dawnego wydawnictwa, gdzie na tabliczce ujrzałem napis "Mögle", niżej zaś znak graficzny oficyny, która w 1940 roku przejęła poprzednie nazwisko właścicielki: "Therese Kirschner Verlag". Zamiast zadzwonić, wróciłem do hotelu i napisałem wyważony list, w którym podkreśliłem, że interesuje mnie tylko autor podpisujący się jako Essad Bej oraz jej wspomnienia związane z jego osobą bądź twórczością. Wysłałem list przez posłańca. Zszedłem na dół na kawę, skąd recepcjonistka wywołała mnie dwadzieścia minut później. Frau Therese Mögle czekała na mnie przy telefonie. Zaprosiłem ją na obiad, dbając, żeby moja niemczyzna brzmiała jak najbardziej oficjalnie.

Wyglądała jak dumny, mały orzeł. Kobieta miała dziewięćdziesiąt sześć lat, sprawiała jednak wrażenie znacznie młodszej i opowiadała o swoich autorach jak nauczycielka wspominająca ubiegłorocznych absolwentów. Większość pisarzy była pochodzenia żydowskiego i opuściła Wiedeń na kilka tygodni przed anszlusem, mimo to firma czerpała zyski z ich książek jeszcze dwa lata później. Frau Mögle z dziwnym oburzeniem wspominała ucieczkę pisarzy, żaląc się na jednego, który "wyjechał bez słowa, po prostu wziął nogi za pas, obarczywszy mnie doglądaniem swoich spraw"26.

Puszczone w ruch wspomnienia Frau Mögle przypominały osobliwie skłębiony wir, pełen szczegółowo zapamiętanych twarzy, rękopisów, sum pieniędzy i oskarżeń. W relacjach z okresu po 1945 roku pojawił się tylko jeden wtręt - wzmianka o darowiznach na rzecz rozmaitych stowarzyszeń pomagających dzieciom w Afryce. Jak refren powracały słowa usprawiedliwienia: "Nie byłam złym człowiekiem, niech pan mnie zrozumie, nie byłam zła, ratowałam ludzi, ocaliłam tylu ludzi, musiałam wszystkiego dopilnować, nie mogłam stać i patrzeć, jak cierpią". Dotarliśmy do Essada dzięki ofiarności Frau Mögle, która musiała dopilnować wszystkiego, co zostało po ucieczce współpracujących z nią żydowskich pisarzy.

Postanowiłem odprowadzić ją do mieszkania w dawnej siedzibie wydawnictwa. Rozmawialiśmy o Alim i Nino - "czarującej powieści, jednej z najlepszych w jego dorobku". Starsza pani spytała mnie, czy znam "inną książkę napisaną pod pseudonimem Kurban Said. Czytał pan Człowieka, który nie miał pojęcia o miłości?". Odparłem, że ten tytuł nigdy nie obił mi się o uszy.

Obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem, wstała i podreptała do drugiego pokoju. Myślałem, że poszła po kolejny kołnierz z futra uchatki, żeby się w nim pokazać - zdążyła się już pochwalić kilkoma innymi, szytymi według najróżniejszych mód - wróciła jednak z sześcioma niewielkimi, oprawnymi w skórę notatnikami związanymi razem wstążeczką. Położyła je przede mną i rozsupłała wstążkę. "Trzymałam je w sekretarzyku przez ponad pół wieku. Mogłam zbić na nich fortunę, ale nie jestem chciwa, nie jestem przecież złym człowiekiem, prawda?".

Wziąłem do ręki pierwszy notatnik, w wykwintnej oprawie z brązowej, tłoczonej skóry. Na pierwszej, pożółkłej i zetlałej stronie widniały słowa "Kurban Said", skreślone dziecinnym charakterem pisma. Pod spodem niemiecki tytuł: Der Mann, der nichts von der Liebe verstand. Jeszcze niżej informacja: "Powieść. Księga pierwsza". Przeczytałem na głos pierwsze zdanie, niechlujnie nagryzmolone piórem:

Ból jest silniejszy niż życie, silniejszy niż śmierć, miłość, wierność, powinność27.

Przebiegając wzrokiem krzywe linijki rękopisu, doczytałem się wkrótce do deklaracji autora: "Ta książka nie jest pomyślana jako utwór literacki. Chcę przedstawić w formie retrospekcji historię mojego życia - teraz, kiedy stoję w obliczu śmierci. [...] Mam zamiar opisać - w miarę możliwości jak najdokładniej - dziwne życie, jakie przypadło mi w udziale".

Frau Mögle wyznała, że Essad Bej ofiarował jej swoje ostatnie dzieło, zawarte w sześciu notatnikach, kiedy odwiedziła go w Positano. "Miał nadzieję, że je wydam, i zrobiłabym na nich majątek, ale postąpiłam inaczej. Nie mogłam tego czytać, opis jego bólu jest nie do zniesienia - postanowiłam więc przechować manuskrypt, nie tknąwszy go nawet palcem. Jeśli pan chce, może go sobie wziąć i przejrzeć".

Opuściłem starą, elegancką kamienicę. Tej nocy odbywał się bal w operze wiedeńskiej - goście brnęli w świeżym śniegu we frakach i sukniach balowych. Schowałem notatniki za pazuchę, żeby nie zmokły. Dlaczego Lew ofiarował je Frau Mögle? Dlaczego ona przekazała je mnie? Dotarłszy do hotelu, rzuciłem się na łóżko i otworzyłem pierwszy notatnik.

Z pokrytych drobnym, niebieskim pismem stron wyłoniła się opowieść zagmatwana do granic prawdopodobieństwa.