Orbitalny spisek (#2). Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia - Rafał Kosik

Kup ebooka

36.00 zł
30.60 zł (28,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Przyczajony odkurzacz, ukryty mop

Felix biegł po zie­lo­nej łące peł­nej pach­ną­cych świe­żo­ścią kwia­tów rumianku. Sadził dłu­gie susy, jakby ziem­ska gra­wi­ta­cja nie­spo­dzie­wa­nie osła­bła. Ale to nie była gra­wi­ta­cja, Felix testo­wał wła­śnie ulep­szone buty na wyso­kich hop­sa­sach. Zestaw dwóch sprę­żyn wybi­jał go wysoko i daleko, a sied­mio­me­trowe buty nio­sły po zie­lo­nych pagór­kach. Kolo­rowe motyle pod­ry­wały się do lotu z kolo­ro­wych kwia­tów, ptaszki zgod­nie świer­go­liły motyw muzyczny z ostat­niego Bonda, a słońce uśmie­chało się cie­pło i sze­roko. Wie­trzyk ani za chłodny, ani za cie­pły, taki w sam raz, roz­wie­wał włosy mło­dego wyna­lazcy. Tak wygląda szczę­ście, aż chce się tak biec i biec bez końca. Po nie­bie leciał sen­nie klucz różo­wych słoni, wyżej peł­zały leni­wie białe obłoczki... Słoni? Dopiero lata­jące sło­nie spra­wiły, że eufo­ria Felixa nieco osła­bła. Zaczął dostrze­gać, że wokoło nie wszystko wygląda, jak powinno. Motyle były wiel­ko­ści szpa­ków, a rumianki kiwały się w rytm dobie­ga­ją­cej zewsząd muzyki. No i te kan­gury. Skąd na pol­skiej łące nie­bieskie kan­gury z reni­fe­ro­wymi poro­żami? Biegł jed­nak dalej, choć mniej bez­tro­sko, coraz wol­niej, z coraz więk­szym tru­dem. Wie­trzyk prze­szedł w zimny świsz­czący wiatr. Sprę­żyny zapa­dały się w ziemi. Teraz, zamiast poma­gać, prze­szka­dzały. Felix schy­lił się, by zdjąć prawy but, ale w miej­scu sznu­ró­wek ujrzał zamek kodowy z trzema pokrę­tłami ponu­me­ro­wa­nymi na obwo­dzie od jed­nego do dzie­się­ciu. Spró­bo­wał pokrę­cić jed­nym z nich i stwier­dził z prze­ra­że­niem, że to nie­moż­liwe - w rze­czy­wi­sto­ści pokrę­tła były zazę­bio­nymi ze sobą try­bami.

Świst nara­stał i nie był to wiatr. Felix odwró­cił się. W jego stronę pędziło pod górę kil­ka­na­ście kol­co­bo­tów, przy­po­mi­na­ją­cych wyko­nane w cało­ści ze stali samo­bieżne opony od cię­ża­ró­wek. Wyry­wa­jąc trawę, pod­ska­ki­wały na nie­rów­no­ściach. Nie miał jak ucie­kać, sprę­żyny tkwiły w ziemi. Butów nie można było zdjąć ani odkrę­cić sta­lo­wych pode­szew, trzy­ma­ją­cych sprę­żyny. Wygięty nie­na­tu­ral­nie Felix patrzył na zbli­ża­jące się kol­co­boty i nie mógł niczego zro­bić. Były tuż-tuż. Przy­go­to­wał się na ude­rze­nie, ale one ze świ­stem wyso­ko­obro­to­wych sil­ni­ków minęły go i pomknęły ku szczy­towi pagórka. Więc nie goniły go, lecz jedy­nie podą­żały w tym samym kie­runku. To zna­czy... dokąd? Felix nie miał poję­cia, gdzie idzie, ale wspi­nał się już po stro­mym zbo­czu. Sprę­żyny nie­zna­nym spo­so­bem uwol­niły się z ziemi, ale przy każ­dym kroku musiał je wyszar­py­wać ze zwię­dłej trawy.

Znów dźwięk z tyłu, jakby szum tysięcy małych skrzy­de­łek. Chmara prze­sła­nia­jąca ciem­nie­jące niebo sunęła w górę stoku. Owady kotło­wały się, two­rząc zawi­ro­wa­nia, ciem­niej­sze obszary. Felix roz­po­znał mikro­boty i rzu­cił się na zie­mię. Tak jak kol­co­boty, minęły go, jedy­nie parę wplą­tało się we włosy i łasko­tały go teraz. Chmara znik­nęła za szczy­tem. Pod­niósł się. Jesz­cze kawa­łek. Na nogach nie miał już sprę­żyn, tylko zwy­kłe buty. Nie zwró­cił na to uwagi. W kilku kro­kach dotarł na szczyt.

Tam w dole była War­szawa, ale inna, ciemna pod pochmur­nym nie­bem. Wie­żowce sku­piły się cia­sno w szarą grupę, mniej­sze szare bloki tło­czyły się przy nich, a niskie domki przy­cup­nęły ściana w ścianę przy blo­kach. Wokoło mrocz­nej bryły mia­sta koły­sały się wiel­kie drzewa. Błysk na nie­bie, wysoko z lewej. Przez chmury prze­dzie­rała się jasność, zni­żała się, celo­wała w mia­sto. Ryk sil­ni­ków dobiegł z opóź­nie­niem, rakieta wyło­niła się z chmur i pod pła­skim kątem leciała wprost na War­szawę.

Dum! Felix otwo­rzył oczy i cze­kał na wybuch. Wolno powra­cał do rze­czy­wi­sto­ści. Na szczę­ście, to tylko zły sen. Ode­tchnął z ulgą. Za dużo się naczy­tał ksią­żek i naoglą­dał fil­mów w kli­ma­tach kata­stro­ficz­nego science fic­tion. Rakiety kosmiczne spa­da­jące na mia­sta, mikro­sko­pijne roboty pro­du­ko­wane w chiń­skich fabry­kach, orbi­talne spi­ski... Ziew­nął. Za oknem było ciemno. Się­gnął do leżą­cego na sto­liku zegarka, ale zaspane oczy nie mogły odczy­tać godziny.

- Szó­sta trzy­na­ście - wyja­śnił uprzej­mie Golem Golem, sto­jący na swoim zwy­kłym miej­scu. - Do spo­tka­nia zostało około dwóch godzin i czter­dzie­stu sied­miu minut.

- Spo­tka­nia...? - Felix ziew­nął ponow­nie i usiadł na łóżku. Gdzieś w zaspa­nych komór­kach mózgu kieł­ko­wał nie­po­kój. Spo­tka­nie, spo­tka­nie... Zapa­lił lampkę nocną i wzrok od razu padł na skrzy­nię ze sprzę­tem, którą poprzed­niego dnia zosta­wił na pod­ło­dze. I wtedy wspo­mnie­nia spa­dły na niego jak lawina kamieni: impreza syl­we­strowa u Gil­berta, rakieta odpa­lona w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, sza­lona ucieczka przez las, heli­kop­tery, tajni agenci, poszu­ki­wa­nia genial­nego mate­ma­tyka, kol­co­boty, mikro­boty, wizyta u ana­chrona, potem w obser­wa­to­rium astro­no­micz­nym... To było wczo­raj. A dziś, ech... dziś miał z Netem i Niką jechać do bazy kol­co­bo­tów, by pod­jąć ostat­nią, roz­pacz­liwą próbę zmiany tra­jek­to­rii lotu rakiety. Jeśli się nie uda, rakieta spad­nie gdzieś w War­sza­wie z siłą nisz­czącą dużej bomby lot­ni­czej. Dum!

- O żeż ty... - Felix roz­bu­dził się momen­tal­nie. - To nie był sen!

- Nie mogę ani potwier­dzić, ani zaprze­czyć - odparł robot. - Two­jego mózgu nie widzę w sieci.

- Bar­dzo mnie to cie­szy. - Felix wstał. I tak by już nie zasnął. - Prawdę mówiąc, to jedyna rzecz, która mnie teraz cie­szy.

Per­spek­tywa prze­chy­trze­nia nie­zna­nym spo­so­bem cze­goś nie­zna­nego o nie­zna­nych zamia­rach i nie­zna­nych moż­li­wo­ściach dzia­łała lepiej niż kawa. Po cichu poszedł się umyć, zro­bił sobie kanapkę i wró­cił z nią do piw­nicy. Żuł w mil­cze­niu, pró­bu­jąc zebrać myśli. Nie­wia­do­mych było wię­cej niż wia­do­mych, a ryzyko pozo­sta­wało nie­znane. Prze­łknął ostatni kęs i spoj­rzał na skrzy­nię ze sprzę­tem. Ważyła z osiem­dzie­siąt kilo, więc będzie musiał ją nieść Golem Golem. Jak w biały dzień prze­my­cić przez całe mia­sto dwu­stu­ki­lo­wego robota? Kolejna rzecz, o któ­rej nie pomy­ślał w zamie­sza­niu poprzed­niego dnia.

Pod­niósł wieko skrzyni. Wykry­wacz metalu, łopata, worek bre­zen­towy, zmon­to­wany zdal­nie ste­ro­wany robot Skła­dak, woj­skowe racje żyw­no­ściowe, na wypa­dek gdyby mieli spę­dzić tam cały dzień, oraz wiele innych, nie­wąt­pli­wie potrzeb­nych rze­czy. Tylko co tak naprawdę mogło być przy­datne w kon­fron­ta­cji z nie­zna­nym? Zatrza­snął skrzy­nię. To zupeł­nie bez sensu! Rów­nie dobrze można by tam dorzu­cić wier­tarkę z kom­ple­tem wier­teł uda­ro­wych! Zatrzy­mał się i zasta­no­wił. Wier­tarka... Nie, to już prze­sada. Zawar­tość całego warsz­tatu ser­wi­so­wego czoł­gów by nie pomo­gła. Tu trzeba pomy­słu. Dum!

Felix zer­k­nął na ścianę piw­nicy. Gdzieś za nią, w ziemi, kręt wier­cił tunel - co jakiś czas akty­wo­wał się i uży­wał dud­nika.

Chło­pak odpa­lił kom­pu­ter i przez komu­ni­ka­tor Net.com wywo­łał Neta. Przy­ja­ciel ode­brał dopiero po chwili. W okienku poja­wiła się jego zaspana twarz, ze śla­dami odgnie­cio­nymi przez poduszkę. Włosy, ster­czące zwy­kle na wszyst­kie strony, miał przy­kle­pane na prawo. Wyglą­dały, jakby zasty­gły w sil­nym bocz­nym wie­trze.

- Obu­dzi­łem? - zapy­tał Felix.

Net zamru­gał nie­przy­tom­nie, się­gnął po butelkę, pocią­gnął dwa łyki wody i odparł:

- Skąd to przy­pusz­cze­nie, sta­aary...?

- Pró­bo­wa­łem zebrać myśli i dosze­dłem do wnio­sku, że całe nasze wcze­śniej­sze przy­go­to­wa­nia niczemu nie słu­żyły. Jeśli jedziesz gdzieś, gdzie­kol­wiek, ale nie wiesz gdzie, to nie zabie­rasz ze sobą akwa­lungu, rakiet śnież­nych ani spa­do­chronu. Mam rację?

- Hę?

- Jeśli nie masz bla­dego poję­cia, gdzie się znaj­dziesz, to bie­rzesz zestaw mini­mum. - Felix nie zwra­cał uwagi na roz­ko­ja­rze­nie przy­ja­ciela. - Maska do nur­ko­wa­nia nie przyda się na Antark­ty­dzie. Będzie tylko zbęd­nym cię­ża­rem.

- Ale osso chozi...? - Net znów przy­sy­piał.

- Nie wiem. - Felix wstał, prze­szedł na koniec pokoju i wró­cił przed ekran. - Myślę na głos. Poni­żej pię­ciu kilo­me­trów nad pozio­mem morza znaj­duje się pięć­dzie­siąt pro­cent powie­trza. Tar­cie spa­da­ją­cej rakiety będzie rosło w miarę obni­ża­nia orbity, ale zasad­ni­cze hamo­wa­nie roz­pocz­nie się dopiero na wyso­ko­ści około pię­ciu kilo­me­trów. - Felix zamy­ślił się. - Tak przy­naj­mniej sądzę. Nie bar­dzo wiem, kogo zapy­tać.

- I co z tego wynika?

- To, że mamy wię­cej czasu. O kilka godzin wię­cej. Skoro nie mogli­śmy zmie­nić toru lotu rakiety wcze­śniej, teraz to nie­wiele da. Istotne będą ostat­nie minuty spa­da­nia.

- Ale wiesz to, czy przy­pusz­czasz?

- Przy­pusz­czam, że wiem. Teraz rakieta leci z pręd­ko­ścią około dwu­dzie­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Z taką pręd­ko­ścią trasę Gdańsk-War­szawa poko­nał­byś w jakąś minutę.

- Pociąg potrze­buje na to kilku godzin. I co?

- Jeśli wcze­śniej nie zmie­ni­li­śmy toru lotu rakiety, to teraz już się nie da. Zna­czy da się, ale dopiero w ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu, może kil­ku­na­stu minu­tach lotu. Mówię o ostat­nim okrą­że­niu, o jego koń­cówce. Teraz całe okrą­że­nie to mniej niż pół­to­rej godziny.

- Na­dal nie rozu­miem, do czego zmie­rzasz.

- Jak­bym to wie­dział, tobym już nie zmie­rzał, tylko tam był. Musimy poga­dać.

- Prze­cież gadamy...

- Nie tak! Oso­bi­ście. Uma­wia­li­śmy się na dzie­wiątą, żeby poje­chać do gniazda kol­co­bo­tów, ale nie ma po co tam jechać bez pomy­słu.

- Tro­chę mi ulżyło, ale zna­jąc cie­bie, nie na długo. Wcze­śniacka pora...

- Obudź się wresz­cie!

Net się spo­licz­ko­wał.

- Ała! - Spoj­rzał z wyrzu­tem na Felixa. - Nie rób tak wię­cej. - Potar­gał włosy, szarp­nął je w lewo i już wyglą­dał jak zwy­kle. Spoj­rzał w kamerkę. - Nie no, nie muszę tego robić na wizji... Będę, jak tylko się wybędę. Dzwoń do Niki.

* * *

Nie­całą godzinę póź­niej cała trójka sie­działa już w pokoju Felixa, jeśli warsz­tat w piw­nicy można nazwać poko­jem. Netowi zamy­kały się oczy, nie roz­bu­dził się jesz­cze do końca. Loki Niki nie wyglą­dały na tak bujne jak zwy­kle. Zapewne spie­szyła się i nie zdą­żyła ich porząd­nie nakrę­cić.

- Bar­dzo się cie­szę, że nie musimy tam jechać - mruk­nął sen­nie Net. - Wyprawa była bez szans.

- Nie o to cho­dzi, że nie mie­li­by­śmy szans - odparł Felix. - Mamy prze­cież świeżo wykoń­czo­nego Golema Golema.

- Tak czułby się Kolumb, gdyby w 1492 roku dostał świeżo wykoń­czony kajak kajak.

- Cho­dzi o to, żeby nie dzia­łać pochop­nie. Znów prze­oczy­li­śmy oczy­wi­stą oczy­wi­stość. To nie przy­pa­dek, że rakieta ma spaść na War­szawę.

- Stąd wystar­to­wała - przy­po­mniała Nika.

- Pod­rzuć kamień z całej siły i zamknij oczy. Nikła szansa, że spad­nie ci na głowę. Praw­do­po­do­bień­stwo, że rakieta spad­nie w każ­dym miej­scu, nad któ­rym prze­la­tuje, jest takie samo. Prze­oczy­li­śmy to!

Nika roz­sz­nu­ro­wała buty i wypro­sto­wała nogi.

- Co się tak krzy­wisz? - zauwa­żył Net.

- Bolą mnie nogi. Ja rosnę, a buty nie.

- To załóż inne.

- Mam tylko te. Nie­ważne, mów dalej.

Felix przez chwilę wpa­try­wał się w jej buty, po czym kon­ty­nu­ował:

- Teraz jedy­nym spo­so­bem zmiany toru lotu rakiety jest wyda­nie odpo­wied­niego pole­ce­nia tkwią­cemu na niej kol­co­bo­towi. Żeby to zro­bić, musimy poznać i zła­mać kod, jakim się one poro­zu­mie­wają...

- Szy­kuje się wykład. - Net usiadł wygod­niej.

- Żadna tech­no­lo­gia nie bie­rze się zni­kąd. - Felix cho­dził po pokoju tam i z powro­tem. - Jest następ­stwem poprzed­niej, wynika z niej. Żeby powstała tele­wi­zja, naj­pierw musiało być radio, przed radiem tele­fon, a przed nim tele­graf. Histo­rię można by tak cofać aż do odkry­cia ognia.

- Pomiń te etapy i powiedz, co wymy­śli­łeś - pora­dził Net.

- Ja wciąż wymy­ślam.

- Prze­stań przy­naj­mniej tak łazić w kółko.

- Cho­dze­nie i mówie­nie wspo­maga mi myśle­nie, że się tak wyrażę poetycko. Coś mi cho­dzi po mózgu z tym nastę­po­wa­niem, nara­sta­niem tech­no­lo­gii...

- Pro­gramy kom­pu­te­rowe nara­stają, nie ewo­lu­ują - przy­tak­nął Net. - Wycho­dzi nowa wer­sja sys­temu ope­ra­cyj­nego, a błędy ma te same. Plus nowe. Każda nowa wer­sja dowol­nego pro­gramu jest cięż­sza. I co z tego?

- Ani kol­co­boty, ani mikro­boty nie wzięły się zni­kąd. Tech­no­lo­gie, które je stwo­rzyły, są kon­ty­nu­acją tech­no­lo­gii, które znamy.

- A jeżeli twórca kol­co­bo­tów ma tajne, pod­ziemne labo­ra­to­rium?

- Dziś tak się nie da. Otwo­rzysz maskę Forda1 i masz tam te same elek­tro­niczne klocki, co w BMW. Nawet naj­lep­szych nie stać na to, żeby biec obok pele­tonu. Rolls-Royce robi debe­ściar­skie samo­chody na świe­cie, ale od paru lat jest wła­sno­ścią BMW, który pro­du­kuje samo­chody popu­larne. Czemu nie jest odwrot­nie? Czemu firma robiąca naj­lep­sze samo­chody nie kupuje innych firm? - Felix spoj­rzał na nich zna­cząco. - Bo ten, kto pro­du­kuje cze­goś wię­cej, ma wię­cej pie­nię­dzy na bada­nia nad dosko­na­le­niem swo­ich tech­no­lo­gii. I szybko wyprze­dza resztę. To, co robi, jest coraz lep­sze. A gdzie się robi wszyst­kiego dużo?

- W Chi­nach - pod­su­nęła Nika.

- Czuję się jak w szkole - przy­znał Net. - A jest nie­dziela...

- Cicho, myślę... - Felix przy­tknął palec wska­zu­jący do nosa, a kciuk do brody i w ten spo­sób trzy razy prze­szedł pokój. - Klu­czem do powo­dze­nia jest więc sprze­daż wła­snej pro­duk­cji i kupo­wa­nie cudzej. Han­del. Rów­nież han­del wie­dzą. Sztab naukow­ców trzeba jakoś opła­cić. Praw­nicy, patenty, zakupy potrzeb­nych tech­no­lo­gii u innych, tajem­nica han­dlowa... Na dłuż­szą metę nie można utaj­nić badań nad zaawan­so­wa­nymi tech­no­lo­giami. Są bar­dzo kosz­towne i tak powią­zane z pracą innych labo­ra­to­riów, że każdy chcący pra­co­wać tylko dla sie­bie musi splaj­to­wać. Nawet jeśli jest naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem świata. Nie da się wygrać z glo­balną eko­no­mią. Każde roz­wią­za­nie szybko staje się prze­sta­rzałe.

- Czyli że w kol­co­bo­tach jest na przy­kład... - Net zasta­no­wił się - pro­ce­sor Intela albo AMD z lap­topa, który można kupić w pierw­szym lep­szym skle­pie. - Felix ski­nął głową, a Net kon­ty­nu­ował - i jest tam software wzięty... skądś. Jak two­rzy­łem pro­gram ste­ru­jący Gole­mem Gole­mem, korzy­sta­łem z goto­wych roz­wią­zań. Bez nich nie dał­bym rady nawet zacząć.

- Więc metoda kodo­wa­nia komu­ni­ka­tów kol­co­bo­tów też jest roz­wi­nię­ciem... cze­goś, co już ist­nieje - wtrą­ciła Nika.

- Wła­śnie! - Felix ode­tchnął. - Musimy zna­leźć to coś, a wtedy roz­ko­do­wa­nie ich roz­mów sta­nie się znacz­nie prost­sze.

Dum!, roz­le­gło się zza ściany. Przy­ja­ciele aż pod­sko­czyli.

- Jesz­cze się nie roz­ła­do­wał? - zdzi­wił się Net.

- Włą­cza się i wyłą­cza przy­pad­kowo. Tata przy­niósł ste­ro­wa­nie i będzie go dziś łapał.

- Pora roku nie naj­lep­sza na prace w ogródku. Chyba musi użyć młota pneu­ma­tycz­nego.

- Myślę, że chce się po pro­stu czymś zająć. - Felix wzru­szył ramio­nami. - A my zaj­mijmy się naszą sprawą. Pomyślmy, na czym może być wzo­ro­wany kod trans­mi­sji kol­co­bo­tów.

- Może to jakiś prze­ro­biony kod trans­mi­sji tele­wi­zji sate­li­tar­nej albo ste­ro­wa­nia sate­li­tami?

- Jeśli mogę się wtrą­cić - ode­zwał się Man­fred z Neto­wego lap­topa. - Pamię­ta­cie pro­gram Amais, ten do ana­lizy danych mili­tar­nych? Roz­ma­wia­łem z nim na ten temat. Twier­dził, że zebrał dostępne dane z całej sieci i trans­mi­sja z naszej rakiety naj­bar­dziej przy­po­mina mu sygnał pro­gramujący inte­li­gentne kosiarki do trawy... z Chin.

- Więc to wojna z Chi­nami?! - wykrzyk­nął Net. - Zaata­ko­wały nas Chiny? Kosiarką? Bez sensu... - Zasta­no­wił się i popra­wił sam - raczej zro­bił to ktoś, kto im pode­brał tech­no­lo­gię trans­mi­sji.

- Po co kosiarka ma trans­mi­to­wać cokol­wiek? - zasta­no­wił się Felix.

- Do kom­pletu z kosiarką jest cen­tralka - wyja­śnił Man­fred. - Cho­dzi o to, żeby łatwo ją zapro­gra­mo­wać. Głu­pio by było na przy­kład, gdyby kosiarka wyru­szyła do pracy pod­czas gar­den party lub w deszcz. Jak masz więk­szy ogród, możesz kupić kilka kosia­rek i połą­czyć je z jedną cen­tralką. Zasięg nie może być mały, bo ogród też nie musi być mały. Nie musi, ale może, a wtedy sygnały będą się nakła­dać.

- Więc muszą być kodo­wane, żeby kosiarka sąsiada nie ode­brała sygnału z obcej cen­tralki i zamiast traw­nika nie ostrzy­gła komuś pudla - dokoń­czył Net. - Mają tak wybitną tech­no­lo­gię?

- Nie mają wybit­nej tech­no­lo­gii, tylko naj­sła­biej jej pil­no­wali - odparł Felix.

- Poszpe­ram po sieci. To chwilę zaj­mie.

- Ale kosiarki do trawy...? Po co brać kod od pro­du­centa kosia­rek?

- Może żeby było go trud­niej roz­gryźć? - pod­su­nęła Nika. - Wszy­scy będą szu­kać raczej wśród pro­gra­mów woj­sko­wych.

- Wła­śnie - zgo­dził się Net. - Coś bym prze­gryzł. Jesz­cze nie jadłem śnia­da­nia.

Ponie­waż Nika rów­nież nie jadła, wszy­scy weszli na górę. Net zabrał ze sobą kom­pu­ter z Man­fre­dem, choć pro­gram i tak zajął się wyszu­ki­wa­niem w inter­ne­cie infor­ma­cji o pro­du­cen­tach kosia­rek.

Po kuchni krę­ciła się mama, zaspana, jesz­cze w szla­froku. Tata koń­czył w pośpie­chu kanapkę.

- Co na śnia­da­nie? - zapy­tał Felix, gdy wymie­niono już przy­wi­ta­nia.

- Zaraz się pozbie­ram, to coś wymy­ślę - odparła mama, ale jej mina zdra­dzała, że naj­chęt­niej wró­ci­łaby do łóżka.

- Rozu­miem... Zro­bię jajecz­nicę. Chcesz?

- Nie. Położę się. Obudź­cie mnie za dwie godziny.

Wyszła z kuchni i wdra­pała się na pię­tro. Tata wytarł ser­wetką usta i zajął się prze­glą­da­niem zawar­to­ści swo­jej torby.

- Będziesz łapał kręta? - zapy­tał Felix.

Tata zaprze­czył.

- Jadę do Insty­tutu.

- Mój tata też dziś tam sie­dzi - wtrą­cił Net. - Poje­chał z rana.

- Wydział Infor­ma­tyki wciąż pra­cuje nad zła­ma­niem kodu. Podej­rze­wają, że to pozwoli poznać dokładne miej­sce upadku. W zasa­dzie tylko oni mają jesz­cze coś do roboty.

- To na jakim wydziale ty teraz jesteś? - zapy­tał Felix.

- Od pierw­szego stycz­nia głów­nie na Wydziale Aero­nau­tyki. Na nasze dzia­ła­nie jest już za późno, ale i tak muszę jechać, mamy kon­trolę z Mini­ster­stwa Spraw Spe­cjal­nych.

- W nie­dzielę?

- To chyba jedyne mini­ster­stwo, w któ­rym nie uży­wają zegar­ków ani kalen­da­rzy.

Przed domem zatrzy­mał się srebrny mikro­bus. Tata narzu­cił kurtkę i poca­ło­wał syna. Resz­cie poma­chał.

- Zosta­wiam wam samo­chód - dodał. - Na wszelki wypa­dek.

Wyszedł.

- Kon­trola? - zapy­tał w prze­strzeń Felix.

- Rób lepiej tę jajecz­nicę - pona­glił Net. - Z peł­nym brzu­chem lepiej się myśli.

Felix wyjął z lodówki jajka i zaczął roz­grze­wać patel­nię.

- Cała sztuka polega na tym, żeby nie roz­wa­lić żół­tek - wyja­śnił, pre­cy­zyj­nie wtłu­ku­jąc jajka na patel­nię. - Wtedy naj­pierw zetnie się białko i jajecz­nica będzie lep­sza. Na koniec dobrze dodać jesz­cze tro­chę śmie­tany.

Wzięli tale­rze z gotową jajecz­nicą i prze­nie­śli się do salonu, by obej­rzeć ser­wis infor­ma­cyjny. Zasie­dli na kana­pie, a Felix włą­czył tele­wi­zor.

Ilona Bogucka, ubrana w ele­gancki płaszcz, stała na chod­niku przy ruchli­wej ulicy. Obok niej star­szy pan trzy­mał w ramio­nach małego psa rasy nie­okre­ślo­nej i robił to, czego nie powinno się robić pod­czas wywia­dów, czyli patrzył pro­sto w obiek­tyw.

- Pan Maciej wyszedł z psem na ostatni spa­cer - dra­ma­tycz­nym gło­sem powie­działa repor­terka. - Zaraz wsią­dzie w pociąg i poje­dzie do kuzynki z Kolu­szek, by prze­cze­kać kata­klizm.

- Mówi­łem pani, że jadę do niej na waka­cje, dopiero w lipcu - zaprze­czył star­szy pan.

Wyraz pyska psa potwier­dzał, że on rów­nież ni­gdzie się nie wybiera. Ilona opu­ściła na chwilę mikro­fon i syk­nęła:

- Uma­wia­li­śmy się...

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią i pokrę­cił głową.

- Nie ucie­kłem z War­szawy, gdy każ­dego dnia spa­dały na nią dzie­siątki takich bomb. Dla­czego miał­bym ucie­kać teraz? Chodź, Lalur.

Posta­wił psa na chod­niku i odszedł. Lalur z god­no­ścią podrep­tał za swym panem. Nie­zra­żona tym nie­po­wo­dze­niem repor­terka z uśmie­chem odwró­ciła się do kamery:

- Jak pań­stwo widzą, część miesz­kań­ców z prze­ra­że­nia popa­dła w marazm. Tym­cza­sem rakieta może spaść gdzie­kol­wiek i tra­fić kogo­kol­wiek. I to tra­fić na śmierć!

Na ulicy, tuż za nią, zatrzy­mała się śmie­ciarka. Z okna kabiny wychy­lił się męż­czy­zna w gra­na­to­wym kom­bi­ne­zo­nie i ryk­nął:

- Prze­stań siać panikę, babo! Dzień jak co dzień!

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i wybuch­nęli śmie­chem. W reży­serce ktoś musiał się zorien­to­wać, co się dzieje, bo obraz prze­sko­czył do stu­dia. Pre­zen­ter wyszarp­nął palec z nosa i spoj­rzał prze­ra­żony w kamerę.

- Mów coś... - roz­legł się przy­ci­szony szept z OFF-u.2

- Aaa... Yyy... Eee... - zaczął pre­zen­ter. - Ze środka ogar­nię­tego paniką mia­sta mówiła dla pań­stwa Ilona Bogucka. Oglą­dają pań­stwo "Niusy czy Niu­anse", wyda­nie spe­cjalne "Nad­ciąga totalny kata­klizm". Przy­po­mnijmy jesz­cze raz, że pre­zy­dent mia­sta zaape­lo­wał do miesz­kań­ców, by nie ule­gali panice.

Prze­bitka na chod­nik w cen­trum. Kame­rzy­sta sta­rał się poka­zy­wać ogar­nięte paniką mia­sto, ale gdzie­kol­wiek wyce­lo­wał kamerę, tra­fiał na by­naj­mniej nie­spa­ni­ko­wa­nych ludzi: mamy z wóz­kami, pary na spa­ce­rach, bawiące się dzieci.

Felix pod­szedł do okna i wyj­rzał. Więk­szość sąsia­dów, któ­rzy wczo­raj wie­czo­rem pospiesz­nie pako­wali samo­chody, wró­ciła do domów.

- Nie ma żad­nej paniki - stwier­dził. - Gdyby to było lato, pod­le­wa­liby kwiatki.

Powrót do stu­dia. Obok pre­zen­tera poja­wił się szczu­pły, przy­gar­biony męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce. Pre­zen­ter przed­sta­wił go:

- Pro­fe­sor Dyn­dała jest wybit­nym socjo­lo­giem. Witam pana. - Pro­fe­sor ski­nął głową. - Niech nam pan powie, skąd w ludziach to prze­ra­że­nie. Wydaje się, jakby mia­sto osza­lało. Nie­wiele bra­kuje, by ludzie zaczęli się tra­to­wać, ucie­ka­jąc pie­szo.

Pro­fe­sor spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego. Spoj­rzał w bok, gdzie zapewne znaj­do­wał się moni­tor z pod­glą­dem z mia­sta, odchrząk­nął i odpo­wie­dział:

- My, Polacy, ni­gdy nie byli­śmy tchó­rzami. Byli­śmy za to lek­ko­myślni. War­szawa jest tak duża, że wystar­czy chwila zasta­no­wie­nia, by dojść do wnio­sku, że ucie­kać nie warto.

Prze­bitka na korek na tra­sie wylo­to­wej do Gdań­ska.

- Tam nie ma śniegu. - Nika wska­zała ekran. - To pew­nie zdję­cia z pierw­szego dnia waka­cji, kiedy wszy­scy jadą na urlopy.

- Czyli uważa pan, że nie­wielka część miesz­kań­ców zigno­ro­wała to nie­wy­obra­żalne zagro­że­nie?

- Więk­szość zigno­ro­wała. Musia­łoby wyda­rzyć się coś, co wywo­ła­łoby panikę. Widzę tu wielką rolę mediów, które powinny się powstrzy­mać przed -

- A paniki wywo­ły­wać prze­cież nie chcemy - prze­rwał mu pre­zen­ter. - Obej­rzyjmy teraz symu­la­cję kom­pu­te­rową ude­rze­nia. Osoby o sła­bych ner­wach pro­szone są o zamknię­cie oczu na dzie­sięć sekund.

Ani­ma­cja cał­kiem reali­stycz­nie przed­sta­wiała scenę jak z filmu Arma­ged­don. Pło­nąca kula wiel­ko­ści sali gim­na­stycz­nej spa­dała wprost na mia­sto. W chwili wybu­chu przy­ja­ciele cof­nęli się od ekranu.

- To wygląda jak wybuch nukle­arny - mruk­nęła Nika.

- To wygląda jak chęć zwięk­sze­nia oglą­dal­no­ści - popra­wił ją Felix. - Zaraz pew­nie będą reklamy.

Rze­czy­wi­ście. Ani­ma­cja płyn­nie prze­szła w reklamę pla­strów opa­trun­ko­wych, a po niej prze­le­ciały trzy spoty środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Tym­cza­sem przy­ja­ciele skoń­czyli jajecz­nicę.

- Chce­cie to oglą­dać? - zapy­tał Net. - Wszyst­kiego możemy się dowie­dzieć z inter­netu.

- Zacze­kaj chwilę - odparł Felix. - Reklamy już się koń­czą.

- Blok rekla­mowy za nami - powie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem pre­zen­ter. - Romu­ald Świeży, witam ponow­nie. Za chwilę dowiemy się, jakie miej­sca są naj­nie­bez­piecz­niej­sze w chwili nie­uchron­nego ude­rze­nia. Przed­tem jed­nak infor­ma­cja han­dlowa.

Na ekra­nie poja­wiła się kolejna reklama, tym razem gaśnicy. Akto­rowi udało się nią uga­sić wielki pożar domu tak szybko i spraw­nie, że oca­lały firanki, a na ścia­nach nie poja­wiły się nawet osma­le­nia. Lek­tor prze­czy­tał:

- Pro­gram "Nad­ciąga totalny kata­klizm" spon­so­ruje pro­du­cent gaśnic Kry­styna Plus.

- To już prze­sada - skrzy­wił się Net.

- Chyba cały pro­gram jest po to, żeby ludzie ze stra­chu kupo­wali te pla­stry i gaśnice - przy­znała Nika.

- Wyłączmy to...

- Za chwilę wysłu­chamy apelu mini­stra spraw spe­cjal­nych - powie­dział pre­zen­ter, więc przy­ja­ciele skon­cen­tro­wali się. - Przed­tem jed­nak sprawdźmy, co się dzieje w ogar­nię­tym paniką mie­ście. Ilono, sły­szysz nas?

- Tak, Romu­al­dzie. Gło­śno i wyraź­nie. - Tym razem repor­terka stała na tle krza­ków, gdzie nikt nie mógł wejść w kadr i powie­dzieć, co myśli. - Prze­cha­dza­jąc się po ogar­nię­tym paniką mie­ście, przy­pad­kowo natknę­łam się na spa­ce­ru­ją­cego rów­nież pro­fe­sora Nako­niecz­nego, eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cjo­lo­gii budowli.

- Kon­struk­cji budow­la­nych - popra­wił ją ktoś spoza kadru.

Kamera prze­su­nęła się w lewo, uka­zu­jąc sto­ją­cego obok tęgiego męż­czy­znę. Coś w jego wyglą­dzie spra­wiało, że naprawdę wyglą­dał na eks­perta w dzie­dzi­nie kon­struk­cji budow­la­nych.

- Jakoś tak - zgo­dziła się repor­terka. - Według pana pro­gnoz, jak bar­dzo prze­ra­ża­jące będą znisz­cze­nia?

- Rakieta może zbu­rzyć stary dom, jest jed­nak wąt­pliwe, by dopro­wa­dziła do zawa­le­nia się nowo­cze­snych kon­struk­cji z żel­betu. Znisz­czone zosta­nie naj­wy­żej kilka kon­dy­gna­cji.

- Jakie miej­sce jest pana zda­niem naj­bez­piecz­niej­sze, by prze­cze­kać nie­uchronną kata­strofę? Schron prze­ciw­lot­ni­czy?

- Wła­sne miesz­ka­nie - odparł z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią eks­pert. - Nie ma bez­piecz­niej­szych ani mniej bez­piecz­nych miejsc. Piw­nice domów nie są ani tro­chę lep­sze od stry­chów czy przejść pod­ziem­nych. Upa­dek rakiety to cał­ko­wita nie­wia­doma. Może się skoń­czyć na fajer­wer­kach i znisz­cze­niu traw­nika.

- Ile osób może zgi­nąć?

- Liczymy na to, że nie zgi­nie nikt.

- Ale jakby pan miał pro­gno­zo­wać - naci­skała repor­terka.

- Co mam pani powie­dzieć? - roz­ło­żył ręce. - Trzy osoby? Trzy­dzie­ści?

- Dzię­kuję bar­dzo. - Ilona odwró­ciła się do kamery. - Jak pań­stwo sły­szeli, według eks­per­tów zgi­nie od trzech do trzy­dzie­stu osób.

Eks­pert chciał zapro­te­sto­wać, ale na ekra­nie znów poja­wił się widok ze stu­dia.

- Pro­fe­sor Dyn­dała jest innego zda­nia.

Eks­pert spoj­rzał na niego z takim wyra­zem twa­rzy, jakby chciał powie­dzieć "Doprawdy?". Odchrząk­nął i wydu­kał:

- No, może trzy­sta...

Pre­zen­ter dys­kret­nie uniósł dłu­go­pis i poru­szył nim, jakby wska­zy­wał sufit.

- Aha... - Eks­pert zro­zu­miał. - Raczej trzy tysiące.

- A gdzie naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm?

Tym razem gość nie wie­dział, jaka odpo­wiedź będzie wła­ściwa.

- Naj­le­piej prze­cze­kać nie­uchronny kata­klizm przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc "Niusy czy Niu­anse"! - oznaj­mił rado­śnie pre­zen­ter. - A teraz łączymy się z Mini­ster­stwem Spraw Spe­cjal­nych, skąd wygłosi prze­mó­wie­nie mini­ster Jakub Roz­ner.

Na ekra­nie poja­wił się mini­ster spraw spe­cjal­nych. Przy­ja­ciele zapa­trzyli się w tele­wi­zor. Po chwili zro­zu­mieli, że to powtórka mate­riału z wczo­raj, który już widzieli.

- Posta­rajmy się jed­nak opty­mi­stycz­nie patrzeć w przy­szłość - wyszcze­rzył się znów pre­zen­ter. - A w stu­diu kolejny gość - redak­tor naczelny mie­sięcz­nika "Necro­po­li­tan".

- Witam pań­stwa. - Ubrany w ide­al­nie czarny gar­ni­tur męż­czy­zna ski­nął głową. W klapę mary­narki miał wpięty zna­czek - malutką srebrną łopatkę. - My patrzymy opty­mi­stycz­nie w przy­szłość. Spo­dzie­wamy się pięt­na­sto­pro­cen­to­wego wzro­stu sprze­daży.

- Ściem­niają - wes­tchnął Net.

- Nie wie­dzą nic nowego - pod­su­mo­wał Felix i wyłą­czył tele­wi­zor.

Wró­cili do kuchni.

- Drę się do was na cały regu­la­tor - przy­wi­tał ich od progu Man­fred ze sto­ją­cego na stole lap­topa. - Już mia­łem dzwo­nić.

- Masz coś? - Net nachy­lił się nad ekra­nem.

- Zna­la­złem ory­gi­nalny software ste­ru­jący kosiar­kami. Jest bar­dzo skom­pli­ko­wany. Zapewne to mody­fi­ka­cja pro­gramu, który pier­wot­nie słu­żył do obsługi bar­dziej zło­żo­nej maszyny. Może bez­za­ło­go­wej koparki. Zna­la­złem też ozna­cze­nie pro­du­centa. I uwa­żaj­cie, to jakaś pol­ska firma. Zaraz spraw­dzę. - Po chwili Man­fred ode­zwał się już innym tonem - mówi wam coś nazwa IBN?

- Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych?! - wykrzyk­nęli jed­no­cze­śnie przy­ja­ciele.

- Wygląda na to, że chiń­ski pro­du­cent inte­li­gent­nych kosia­rek do trawy kupił ten kod do trans­mi­sji danych razem z pro­gra­mem od Insty­tutu. Więc Insty­tut musi mieć algo­rytm, czyli zasadę, według któ­rej jest kodo­wana treść trans­mi­sji. Jeżeli go poznamy, reszta będzie znacz­nie łatwiej­sza. Zna­jąc algo­rytm, roz­ko­du­jemy sygnał w godzinę, zamiast w rok.

- Naj­ciem­niej pod latar­nią - przy­znał Net.

- Może już wie­dzą i dla­tego ta kon­trola - zasta­no­wił się Felix. - Może w Mini­ster­stwie myślą, że dane wycie­kły z Insty­tutu.

- *Obec­nie w powszech­nym uży­ciu jest kil­ka­na­ście rodza­jów kodów, ale nawet naj­prost­sze z nich są znacz­nie lep­sze od tych sto­so­wa­nych w nie­miec­kiej Enig­mie. Nad zła­ma­niem szy­fru Enigmy przez kil­ka­na­ście lat gło­wili się naj­lepsi kryp­to­lo­dzy. Udało się to Pola­kom.3

- Dziś ten szyfr pew­nie zostałby zła­many w kilka sekund - wes­tchnął Net. - Nasz pro­blem jest znacz­nie poważ­niej­szy.

- No, ale mamy prze­cież ten software kosiarki - przy­po­mniała Nika.

- Trans­mi­sję koduje się za pomocą klu­cza i trzeba ten klucz mieć, żeby ją roz­ko­do­wać. Klucz to ciąg zna­ków... Nie­ważne. Nie mamy tego klu­cza, a kodo­wa­nie trans­mi­sji danych do kosia­rek jest zale­d­wie podobne do kodo­wa­nia kol­co­bo­tów. Zapewne więc w kol­co­bo­tach jest now­sza wer­sja software'u z kosia­rek.

- To już coś - oce­nił Net.

- To nie wystar­czy. Jest mało praw­do­po­dobne, byśmy zna­leźli wła­ściwy klucz, ale jeśli znaj­dziemy wła­ściwą wer­sję algo­rytmu, to już będziemy do przodu.

- To jak z otwie­ra­niem skom­pli­ko­wa­nego zamka w drzwiach bez klu­cza. Łatwiej to zro­bić, gdy ma się iden­tyczny zamek i można go roz­krę­cić i zba­dać, jak jest zro­biony.

- No wła­śnie. Algo­rytm to instruk­cja two­rze­nia kodu. I two­rze­nia klu­cza. To jak­by­śmy dostali w łapki dokład­nie roz­ry­so­wany zamek.

- Pro­blem jed­nak polega na tym, że ten algo­rytm sie­dzi sobie gdzieś w naj­le­piej zabez­pie­czo­nym ser­we­rze, na naj­niż­szym pozio­mie Insty­tutu. - Felix potarł brodę. - A dostać się tam można... Hm... Nie można. Chyba że twój tata ma przy­znany dostęp.

- Za krótko pra­cuje. - Net pokrę­cił głową. - Nie ma upraw­nień. Wspo­mi­nał nie­dawno, że jest sze­fem zespołu, ale ma niż­sze prawa dostępu do danych niż jego zastępca.

- Możemy mu powie­dzieć, o co cho­dzi - wtrą­ciła Nika. - Znaj­dzie kogoś, kto będzie miał upraw­nie­nia.

- Wąt­pliwe, czy uwie­rzy. - Net skrzy­wił się na samą myśl o tłu­ma­cze­niu wyda­rzeń ostat­nich trzech tygo­dni. - I wąt­pliwe, czy jemu uwie­rzą.

- Pierw­sze pyta­nie, jakie pad­nie, będzie brzmiało "Skąd wiesz?" - powie­dział Felix. - A na to pyta­nie nie będzie dobrej odpo­wie­dzi.

- To ważna sprawa - nale­gała Nika. - Zostało dzie­sięć godzin. Chyba warto nara­zić się na trudne pyta­nia.

Net wes­tchnął, wycią­gnął tele­fon i wybrał numer.

- Nie ma zasięgu - oznaj­mił z ulgą. - Albo jest pod zie­mią, albo włą­czyli znów te zagłu­sza­cze tele­fo­nów.

- Zadzwoń do Insty­tutu - pora­dził Felix. - Prze­łą­czą cię na wewnętrzny.

Net wybrał nowy numer.

- Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych, inte­li­gentna sekre­tarka numer dwa­dzie­ścia osiem. W czym mogę pomóc?

- Dzień dobry. Net Bie­lecki, popro­szę z Wydzia­łem Infor­ma­tyki.

- Pro­szę wpro­wa­dzić kod auto­ry­za­cji.

- Yyy...

- Kod nie­po­prawny.

Znie­sma­czony Net roz­łą­czył się.

- Nor­mal­nie nie było pro­ble­mów z dodzwo­nie­niem się - zauwa­żył Felix. - Mają tam dziś nie­zły saj­gon. Może to i lepiej... Nasi sta­rzy mogliby zostać wzięci za szpie­gów. Jeżeli kata­strofa będzie poważna, to roz­pocz­nie się poszu­ki­wa­nie win­nych. W połą­cze­niu z naszymi poprzed­nimi doko­na­niami, mam na myśli regu­la­cję pieca Gil­berta, wszy­scy dzien­ni­ka­rze i pro­ku­ra­to­rzy rzu­ci­liby się na nas. Na naszych sta­rych, ści­ślej mówiąc. A skoro twój tata i tak nie ma dostępu do naj­taj­niej­szych danych, to nie­wiele by zmie­niło.

- Możemy iść na poli­cję - zapro­po­no­wała Nika. - Opo­wiemy o tych kodach, o tym wszyst­kim, powinni nam uwie­rzyć.

- Panie ofi­ce­rze - prze­drzeź­nił ją Net. - Widzia­łam UFO w kształ­cie tap­czanu.

- Masz lep­szy pomysł?

Net uśmiech­nął się zło­wróżb­nie. Felix poznał ten uśmiech i zapy­tał:

- Chcesz się wła­mać do jed­nej z naj­le­piej strze­żo­nych sieci kom­pu­te­ro­wych w Euro­pie?

- Taki pomysł przed chwilą wpadł mi do głowy - przy­znał bez­tro­skim tonem Net. - Jeżeli może to oca­lić jeden z war­szaw­skich traw­ni­ków. A czemu pytasz?

- Nie, nic. Spoko. Zaraz się obu­dzę i zadzwo­nię do cie­bie, żeby zapy­tać, czy masz jakiś pomysł.

- Uży­wa­jąc two­jego spo­sobu wyra­ża­nia się, mam zarys pomy­słu. Pro­ble­mem jest to, że żeby nie wia­domo jak dobry był hac­ker, zdal­nie nie wepnie wycią­gnię­tej wtyczki. To zabez­pie­cze­nie klasy zero. Trzeba tam fizycz­nie wejść, żeby cokol­wiek zro­bić.

- Skąd wiesz?

- Przy­pusz­czam. - Net uśmiech­nął się sze­roko. - Znów uży­wa­jąc two­jego -

- Ale jak niby chcesz to zro­bić? Zacznij od próby kupie­nia kapu­sty w zie­le­niaku bez kolejki. Potem poroz­ma­wiamy o wej­ściu na naj­niż­szy poziom Insty­tutu.

- Zaraz tam naj­niż­szy. - Net wzru­szył ramio­nami. - Na naj­niż­szym mają pew­nie piw­niczkę z winami.

- Poważ­nie pytam.

- Dla bez­pie­czeń­stwa albo ser­wer z naj­taj­niej­szymi danymi jest odpięty od sieci, albo dane znaj­dują się na wyj­mo­wa­nych nośni­kach, które wkłada się do czyt­nika tylko wtedy, kiedy są potrzebne. Widzia­łeś pierw­szy Mis­sion: Impos­si­ble z Tomem Cru­ise'em?

- Nie­śmier­telna wielka kratka wen­ty­la­cyjna w sufi­cie - przy­tak­nął Felix. - Nie liczył­bym na to. W tym samym fil­mie heli­kop­ter wle­ciał do Euro­tu­nelu, który ma cztery, może pięć metrów śred­nicy. To okre­śla poziom reali­zmu.

- Cze­piasz się szcze­gó­łów. Cho­dzi o ideę.

- No, dawaj dalej.

- Dalej to jest nie­okre­ślona mgli­stość poza­ide­owa. Trzeba wymy­ślić, jak to zro­bić.

- Poziom minus sie­dem - ode­zwał się nagle Man­fred. - Ser­wery z super­taj­nymi danymi znaj­dują się w budynku B na pozio­mie minus sie­dem.

- My mie­li­śmy dostęp do poziomu minus trzy - przy­po­mniał sobie Felix. - I to w budynku A. Potrze­bu­jemy kogoś, kto jest teraz w Insty­tu­cie i ma nie­ogra­ni­czony dostęp. Hm. Chyba nawet sam dyrek­tor nie ma takich upraw­nień. Może szef Wydziału Infor­ma­tycz­nego?

- Hubert Mol­ler z Archo­wum - zasta­no­wiła się Nika. - Tylko jego znamy, ale on raczej nie ma upraw­nień do niczego poza kusto­szo­wa­niem.

- Roz­na­kin! - wykrzyk­nął Net. - RObot ZNA­Ku­jący i INfor­mu­jący. Pamię­ta­cie? Ten żółty ze schi­zo­fre­niczną dru­karką. Wszę­dzie się krę­cił. Może on ma dostęp na poziom minus sie­dem?

- Chcesz popro­sić o pomoc robota z roz­dwo­je­niem oso­bo­wo­ści? - zapy­tał Felix. - Będzie z tego wię­cej kło­potu niż pożytku. On dru­kuje, co myśli, pamię­tasz? Głu­pio będzie wyglą­dało, jeśli potem wszę­dzie będą pona­le­piane taśmy z zapi­sem naszych dzia­łań.

- Znamy tylko jego i Kon­po­poza. Kon­po­poz to kawał nie­życz­li­wego chama. Nie chciał nam poma­gać, nawet jak byli­śmy tuż obok. Odpada.

- I tak nie mam poję­cia, jak można by się z nimi poro­zu­mieć.

- To aku­rat da się zała­twić - wtrą­cił się Man­fred. - Wewnątrz Insty­tutu elek­tro­gi­ty­ma­cje dzia­łają jak komu­ni­ka­tory. Każda ma numer i można się za ich pomocą poro­zu­mie­wać. Wszyst­kie roboty z pro­gra­mem AI na pokła­dzie też mają takie numery. Wystar­czy naj­niż­sze upraw­nie­nie dostępu, by dostać listę tych nume­rów.

- Ale my nie mamy nawet naj­niż­szych upraw­nień - zauwa­żył Net.

- Być może mamy... - Felix wstał. - Chodź­cie.

Zeszli do piw­nicy i przy­wi­tali się ze sto­ją­cym na swoim miej­scu w rogu Gole­mem Gole­mem. Felix otwo­rzył szu­fladę i wygrze­bał z niej iden­ty­fi­ka­tor z chi­pem, logo IBN i pod­pi­sem "Felix Polon" pod zdję­ciem.

- Dosta­li­śmy to pod­czas ostat­niej wizyty w Insty­tu­cie - powie­dział. - Tu jest numer. Może jesz­cze aktu­alny.

- Ale wtedy będą wie­dzieli, że to ty - zauwa­żyła Nika.

- W razie czego powiem, że chcia­łem spraw­dzić numer taty.

Net otwo­rzył stronę Insty­tutu i klik­nął "Kon­takt". Wyświe­tliło się kilka tele­fo­nów i adre­sów mailo­wych. Spoj­rzał na iden­ty­fi­ka­tor Felixa. Pod nazwi­skiem był wydru­ko­wany dzie­wię­cio­cy­frowy numer. Na stro­nie bra­ko­wało jed­nak miej­sca, gdzie można by go wpi­sać.

- To by było za pro­ste. - Net przyj­rzał się iden­ty­fi­ka­to­rowi. - Mam w domu czyt­nik kart chi­po­wych... Nie, to zbyt ryzy­kowne.

Net, nie pyta­jąc o pozwo­le­nie, usiadł na Feli­xo­wym super­fo­telu, roz­pro­sto­wał palce jak pia­ni­sta przed kon­cer­tem i zaczął kla­wi­szo­wać po lap­to­pie. Przy­zwy­cza­jeni do tego Felix i Nika nie sta­rali się cze­go­kol­wiek zro­zu­mieć. Chwilę póź­niej Net opadł na opar­cie i dum­nie wska­zał ekran.

- Lista jest, ale nie ma jak się połą­czyć z tymi nume­rami.

- Jak to zro­bi­łeś? - zdzi­wiła się Nika. - Wła­ma­łeś się na stronę Insty­tutu?

- Zaraz wła­ma­łeś... Inte­li­gent­nie ją prze­szu­ka­łem. Ten doku­ment nie był zako­do­wany, tylko nie­zlin­ko­wany. To zale­d­wie część nume­rów, tych jaw­nych. Pro­szę. - Wska­zał jedną z pozy­cji. - Jest Roz­na­kin. Teraz potrze­bu­jemy kogoś mądrego, kto będzie umiał ten numer użyć. Czyli mamy numer tele­fonu, ale nie mamy apa­ratu, żeby z niego zadzwo­nić.

- Mam takiego kum­pla - ode­zwał się Felix. - Zna się tro­chę na kom­pu­te­rach. Napi­sał nawet pro­gram sztucz­nej inte­li­gen­cji.

- Dzięki za men­tal­nego gumi­sia. - Net zamy­ślił się. - Mam pewien pomysł. Jest tak banal­nie pro­sty, że aż się boję. Tak szcze­rze mówiąc, to Net.com jest wzo­ro­wany na innych komu­ni­ka­to­rach, nie wymy­śli­łem go od pod­staw. Ma tylko lep­sze zabez­pie­cze­nia, to już mój wkład. Sys­tem łącz­no­ści wewnątrz Insty­tutu zapewne też wyko­rzy­stuje gotowe roz­wią­za­nia. A pomysł wygląda mniej wię­cej tak, żeby się z nim połą­czyć za pomocą Net.comu. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie nie widzę prze­szkód.

Znów zaczął kla­wi­szo­wać.

- Man­fred, przy­dasz się.

- Cze­kam zwarty i gotowy.

- Znajdź adres odpo­wied­niego ser­wera Insty­tutu.

- Sądzisz, że z zewnątrz można się tam dostać? - zapy­tał Felix. - Tak po pro­stu?

- Elek­tro­gi­ty­ma­cja mojego sta­rego działa w domu.

- Nie zasta­na­wia­łem się nad zasadą jej dzia­ła­nia - przy­znał Felix. - Zapewne łączy się z sie­cią bez­prze­wo­dową albo GSM.

- Masz adres - powie­dział Man­fred. Na ekra­nie poja­wiła się linijka tek­stu. - Pro­to­kół trans­mi­sji pra­wie ten sam co w Net.com.

- Łatwi­zna, rzekł­bym. - Net wkle­pał adres i zalo­go­wał się nume­rem z iden­ty­fi­ka­tora. Udało się za pierw­szym razem. Wpi­sał więc numer Roz­na­kina.

Po chwili na ekra­nie poja­wił się tekst:

"Roz­na­kin. Czym mogę słu­żyć?".

- Naprawdę bułka z dże­mem. - Net pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową i napi­sał:

"Roz­na­kin, witaj. Tu Felix, Net i Nika. Pamię­tasz nas?".

Na ekra­nie migała tylko kre­ska kur­sora. Gdy przy­ja­ciele stra­cili już nadzieję na odpo­wiedź, robot dał jed­nak znak życia:

"Tak, pamię­tam. Opro­wa­dza­łem Was po Insty­tu­cie... Wybacz­cie, sia­dła mi baza danych z datami, więc nie wiem, kiedy to było".

"Mniej wię­cej dwa mie­siące temu" - odpi­sał Net. - "Zwie­dza­li­śmy Wydział Maszyn Kro­czą­cych i Archo­wum. Co u Cie­bie?".

"Mało mam ostat­nio pracy. Nie wzy­wają mnie już do ozna­cza­nia".

- Nie wspo­mi­naj o dru­karce - popro­siła Nika.

"A jak tam Twoja dru­karka?" - napi­sał Net.

- Musia­łeś...

"Dawno niczego nie wydru­ko­wała. Mam tak mało pracy...".

"Nie ma nic do ozna­cza­nia?".

"Nie wzy­wają mnie już".

- Ma doła - stwier­dził Net. - Pomy­śl­cie, jak go podejść.

- Nie możemy po pro­stu go popro­sić? - zapy­tała Nika.

- On wie, czego nie wolno mu robić. Ale pro­gram AI pro­gramuje się sam na pod­sta­wie bodź­ców z oto­cze­nia. A to zna­czy, że można go przepro­gramować roz­mową. Jeśli tylko się umie... OK, spró­bujmy.

"Sły­sza­łeś o rakie­cie, która ma spaść na War­szawę?".

"Nie mam tu dostępu do świata zewnętrz­nego. Cza­sem tylko ścią­gnę sobie aktu­ali­za­cję sys­temu".

"Dziś wie­czo­rem na War­szawę spad­nie rakieta. Mogą zgi­nąć ludzie. I parę auto­ma­tów".

"Przy­kro mi z tego powodu".

"Pró­bu­jemy temu zapo­biec. Potrze­bu­jemy two­jej pomocy".

- Co mu napi­sać? - zasta­no­wił się Net.

- Napisz mu prawdę - odparła Nika.

- Napisz po pro­stu - dodał Felix - że na pozio­mie minus sie­dem jest coś, co może zapo­biec kata­stro­fie.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji i jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są i będą pisane wielką literą. [wróć]

Spoza kadru. [wróć]

Udało się to już w 1932 r., czyli na sie­dem lat przed wybu­chem wojny. Prace Pola­ków, głów­nie Mariana Rejew­skiego, Jerzego Różyc­kiego i Hen­ryka Zygal­skiego, bar­dzo pomo­gły pod­czas wojny przy łama­niu kodów now­szych wer­sji maszyn. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki