I
Powietrze w Bibliotece Wiedzy wydawało się chłodniejsze niż zwykle, gdy wkroczyłam tu z Honor Meadows. A może to po prostu łąki przechodziły przez swoje ciepłe miesiące i zmierzały ku tym mokrym. Świat, w którym się urodziłam, nie był jak Ziemia, gdzie pora deszczowa oznaczała dosłownie tygodnie opadów. Na łąkach chodziło o przepływ energii. Im cieplej się robiło, tym mniej mocy się rozpraszało, a kiedy się ochładzało, wszyscy dostawaliśmy zastrzyk energii.
Minęło sporo czasu, odkąd musiałam się przejmować takimi sprawami. Wszystko dzięki temu, że byłam ostatnią z bardzo potężnej rodziny transcendentów. Jednak po bitwie w Królestwie Cienia, gdzie zużyłam sporą część swojej energii, by pomóc mojej najlepszej przyjaciółce, Merze Callahan, pokonać Danamain, przydałby mi się taki zastrzyk.
Z radością przywitałabym teraz kilka chłodniejszych dni, by uzupełnić podstawowe zasoby.
Nie żałowałam skorzystania ze swojej mocy. Byłam gotowa użyć jej na Danamian tyle, ile miałam, a nawet przypłacić to życiem, byle tylko się upewnić, że moja nowa rodzina i reszta światów przetrwają. To, że się odrodziłam, bez blizn przypominających mi o ponurej przeszłości, okazało się niespodziewanym bonusem.
Każdy dzień był teraz kolejnym doświadczeniem, szczególnie z przyjaciółką taką jak Mera. Wywracała nasze życia do góry nogami i wprowadzała nas w swoje ulubione ziemskie zwyczaje. Dziś czułam jej podekscytowanie pulsujące przez naszą więź. Dość świeżą, nawiasem mówiąc. Tak świeżą, że na tym etapie ledwo powinnyśmy wyczuwać siebie nawzajem, ale dzięki wspólnym niezwykłym zasobom mocy szybko przecierałyśmy szlaki.
W królestwie w chwili mojej śmierci, gdy ogromna moc przepłynęła między nami, udało nam się nawet nawiązać mentalny kontakt i w ten sposób porozmawiać. Dotychczas nie zdołałyśmy tego powtórzyć, ale wiedziałam, że w końcu nam się uda. Teraz miałyśmy cały potrzebny czas, by próbować.
Kiedy spieszyłam w głąb wielkiej biblioteki, jak zwykle wypełniał mnie zachwyt. To pomieszczenie zawierało całą wiedzę światów i jako miłośniczce nowych faktów nigdy mi się tutaj nie nudziło. Przez większość bardzo długiego życia wręcz koiło moją duszę.
Prawdopodobnie dlatego czułam się jego właścicielką w takim samym stopniu jak Mera.
Minęłam półki z książkami o Faerie i dotarłam do miejsca, które kiedyś było centralną czytelnią, a teraz zamieniło się w... pole śniegu. Stąd ten chłód.
- Angel! Jesteś nareszcie! - warknęła Mera, wspomniana bogini, i pojawiła się między regałami jakieś sześć metrów dalej.
Nie widziałam jej od kilku dni i przez chwilę przyglądałam się jej zdecydowanie świątecznemu, a nawet nieco szalonemu wyglądowi. Rude włosy były bardziej rozczochrane niż zwykle, upięte na czubku głowy z wplecionymi w pasma zielonymi wstążkami. Zaokrąglony brzuch opinała jaskrawoczerwona suknia, na której widniał Święty Mikołaj ze słowami: "Ho, ho, ho... coś ty, kurwa, do mnie powiedział?", wyhaftowanymi poniżej.
Zerknęłam na swoją prostą, beżową sukienkę z lekkiego jedwabiu z Faerie, idealną na gorący sezon na łąkach. Najwyraźniej ubrałam się zbyt skromnie na tę okazję. Cóż, jeśli miałabym się założyć, postawiłabym moją transcendencję na to, że Mera przygotowała już strój i dla mnie. Przypuszczenie to uprawdopodobnił widok Gastera, goblina zarządzającego biblioteką, który przebiegł obok w czerwonej, nonszalancko przekrzywionej czapce na głowie.
Z trudem powstrzymałam chichot i wyszłam naprzeciw przyjaciółce, pędzącej w moją stronę. Dla wszystkich pozostawało tajemnicą, jak w obecnym stanie udawało jej się poruszać tak szybko. Ale zdążyłam się już nauczyć, że nigdy nie należy nie doceniać tej istoty. Zaczęła życie jako zmiennokształtna, po czym ewoluowała w boginię. Boginię, która okiełznała jednego z najpotężniejszych i najstraszniejszych bogów w naszych światach: Bestię Cienia.
Prawdę mówiąc, nikt nigdy nie zdołał go w pełni okiełznać, ale Mera zdecydowanie złagodziła niektóre z jego mrocznych cech. Bestia i ja zawsze mieliśmy napięte relacje, ale dzięki Merze uważaliśmy się teraz bardziej za przyjaciół niż wrogów. To również dzięki niej używałam ziemskich słów i wszystkich przekleństw, bo czemu nie? My, długowieczni, albo dotrzymywaliśmy kroku czasom, albo wycofywaliśmy się ze światów. W pewnym momencie wybrałam wycofanie, ale teraz, po odrodzeniu, celebrowałam tę nową część siebie, która nie dźwigała już ciężaru przeżytych wieków. Wspomnienia pozostały, ale ból, kiedyś przez nie wywoływany, ustąpił.
- Ej! - Mera stała tuż przede mną. - Gdzieś ty się podziewała? Tęskniłam. A tak w ogóle, przyszłaś pomóc mi przygotować wszystko na Boże Narodzenie czy co?
Roześmiałam się i pokręciłam głową. Odkąd zaszła w ciążę, zrobiła się jeszcze bardziej wybuchowa.
- Zdaje mi się czy naprawdę jesteś coraz marudniejsza? Ile zostało do porodu?
Mera westchnęła i niemal osunęła się na mnie. Odnosiłam wrażenie, że jej ciało jest zbyt kruche jak na kogoś, technicznie rzecz biorąc, niezniszczalnego.
- A chuj wie. Shadow ciągle mi powtarza, że lepiej nie rozmawiać o tym, jak długo jeszcze, tylko cieszyć się tym doświadczeniem. - Przeszła do całej serii przekleństw i barwnych określeń na temat dupka Shadowa, a potem dokończyła: - Łatwo mu mówić, skoro to nie on nosi w sobie małą bestię i to nie on ma szalone zachcianki. Oraz - jej twarz wykrzywiła się w jeszcze większym gniewie - to nie on nie musi znosić mojego niedorzecznego partnera. Wiesz, że dziś pierwszy raz od miesięcy zostawił mnie samą? Ciągle warczy na każdego, kto się do mnie zbliży, niczym pieprzony jaskiniowiec, którym jest, ale dzisiaj musiał się udać do Królestwa Cienia, bo jakaś sprawa nie mogła zaczekać. I kazał mnie pilnować pięciu pieprzonym ochroniarzom. Pięciu!
Gdy powiedziała "pięciu", poczułam przemożną chęć, by obrócić się na pięcie i wrócić na łąki. Niewiele rzeczy w światach mnie przerażało, nie po tym wszystkim, co widziałam i zrobiłam, ale wśród tych ochroniarzy był mężczyzna, z którym wolałam nie przebywać w jednym pomieszczeniu.
Reece z Desert Lands.
Wydawało się, że znam go wieczność. Kiedyś, dawno temu, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Teraz staliśmy się zaciekłymi wrogami, a z jakiegoś powodu ostatnio ta wrogość niemal wymknęła się spod kontroli. Po tych wszystkich stuleciach nie wiedziałam, dlaczego znów zaczął się zachowywać jak pieprzony kutafon. Nie miałam jednak ani energii, ani ochoty na to, by zgłębiać jego nowo odkrytą nienawiść do mnie. Chociaż przyjdzie czas, gdy nie zostanie nam inny wybór, jak rozwiązać nasze problemy w tradycyjny sposób: w walce.
Moje odrodzenie mogło zmienić we mnie wiele, ale umiejętności bojowe były silne jak zawsze. Lepiej dla niego, żeby pamiętał, kogo nieustannie prowokuje.
- Chodź - powiedziała Mera. Pociągnęła mnie za ramię i poprowadziła w głąb wielkiej biblioteki.
Mijałyśmy regały i mieszkańców innych światów, którzy kłaniali się nam z szacunkiem. Mera ledwo to zarejestrowała, skupiona na zimowej krainie czarów, którą tworzyła.
- Moje świąteczne przyjęcie odbywa się za dwa dni - poinformowała pospiesznie. - Dwa pieprzone dni. Pierwsze święta mojego dziecka. Po prostu nie jestem gotowa.
- Twoje dziecko jeszcze się nie urodziło - zauważyłam ostrożnie, bo jej nastroje były teraz wyjątkowo nieprzewidywalne. - Nie sądzę, żeby się przejęło, jeśli święta nie będą idealne.
Zatrzymała się, a ja przygotowałam się na krzyk. Ale zamiast tego westchnęła.
- Przesadzam, prawda? Shadow mówił mi to samo, ale myślałam, że po prostu wychodzi z niego jego wrodzona dupkowatość.
Potarła dłonią brzuch i mimo że często i głośno narzekała na trudy ciąży, już kochała swoje dziecko z intensywnością, która powinna ostrzec każdego ze złymi zamiarami, by trzymał się z daleka. Nie tylko ona zresztą. Shadow i tak wzbudzał przerażenie, a przypuszczałam, że gdy dziecko się urodzi, może się zmienić w dosłowną bestię, od której wziął imię.
To dziecko będzie najbardziej chronioną istotą w Solaris, a ja stanę w pierwszej linii, jeśli ktokolwiek spróbuje mu zagrozić. Dla Mery, Shadowa i ich potomka, mojej rodziny, walczyłabym z samymi bogami... i nawet zniosłabym władającego piaskami dupka.
Dupka, który wyglądał dziś naprawdę dobrze. Jego wielkie ciało wojownika odziane było w czarną koszulę i spodnie. Na twarz przybrał swój zwykły grymas, gdy patrzył, jak się zbliżamy, ale nie umniejszało to jego piękna. Skóra Reece'a lśniła ciemnym brązem w przytłumionym, migoczącym świetle girland rozwieszonych wokół ośnieżonej choinki. Błękit jego oczu przeszywał. Kolor, który kiedyś uważałam za swój ulubiony, teraz stał się najmniej lubianym. Nieważne, jak zachwycające były te ciemne rzęsy okalające kobaltowe sadzawki jego spojrzenia.
- Mero, nie powinnaś tak uciekać - skarcił ją i przeniósł pełen złości wzrok na mnie. - Zlecenie nam wieszania światełek było kiepską próbą odwrócenia uwagi, ale na twoje szczęście wiedziałem, że nie opuściłaś biblioteki.
Pokazała mu język i żartobliwie trąciła go biodrem. Ich relacja była taka prosta i pełna troski, a ja nie miałam pojęcia, jak jej się to z tym fiutem udało. Ale taką Mera miała supermoc: oswajanie gniewnych dusz.
Ja taką nie dysponowałam, ale nie rozpaczałam z tego powodu. Braki w obyciu społecznym nadrabiałam wyjątkowymi zdolnościami władania mieczem. W końcu co jest ważniejsze? Tylko jedna z tych cech ochroni moją rodzinę, gdy nadejdzie czas. A nadejdzie.
Zawsze coś złego czaiło się w cieniu.
- Angel, chodź! - zawołała Mera i wciągnęła mnie w swoją zimową krainę czarów.
Naprawdę się postarała przy tych pierwszych świętach w bibliotece. Ogromna jodła dominowała w pomieszczeniu, jej ciemnozielone igły połyskiwały, a wyższe gałęzie były szczodrze pokryte śniegiem. Pod nią nic nie leżało, ponieważ dostaliśmy surowy zakaz przynoszenia prezentów na tę imprezę. Zamierzaliśmy po prostu być razem jako rodzina i celebrować fakt, że wszyscy wciąż żyjemy. Co dziwne, nawet ja czułam rosnące podekscytowanie na myśl o doświadczeniu tego ziemskiego święta.
Mniej więcej w czasie, gdy Mera zaczęła rozdawać brzydkie świąteczne swetry, jak je nazwała, energia Shadowa wypełniła bibliotekę. Wrócił z Królestwa Cienia, świata, którym powinien rządzić, ale zamiast tego szkolił i nadzorował nowych władców. Królestwo przez tysiące lat trawiły nadużycia i choć zmierzało ku lepszej przyszłości, tamtejszych problemów nie dało się naprawić z dnia na dzień.
Zajmie to dekady, ale nowa Istota Najwyższa już przynosiła życie i dobrobyt swoim ludziom. Shadow dobrze wybrał swoją następczynię... A raczej zrobiła to Mera, ponieważ to na jej życzenie Istotą Najwyższą mianowano jedną z przywódczyń z Samsan Grove. A czego Mera chciała od Shadowa, to Mera dostawała.
Taka była siła prawdziwej więzi partnerskiej. Oraz obsesyjny charakter ich związku.
Sekundę po tym, jak poczułam jego energię, Mera odwróciła się w stronę partnera. Gdy się pojawił, jej twarz się rozjaśniła i już mknęła ku niemu z tą swoją zbyt dużą jak na ciążę prędkością. Aż trudno się na nich patrzyło. Nie dlatego, że nie cieszyłam się ich szczęściem, ale dlatego, że ich czysta miłość była tym samym rodzajem miłości, jaką dzielili moi rodzice.
Honor Meadows słynęło ze swoich wojowników, ale wielu nie wiedziało, że zbudowano je także na więziach prawdziwej miłości. Więziach dusz.
Więzi, której nie znałam i po tylu latach wątpiłam, czy kiedykolwiek poznam.
- Jesteś wreszcie - powiedziała Mera do swojego partnera, kiedy już skończył całować ją do nieprzytomności. Pociągnęła go w stronę ośnieżonego drzewa. - Gdzie są Inky i Midnight?
- Wciąż w królestwie, pilnują wszystkiego - odparł Shadow i rozejrzał się nieco rozkojarzony. - Nie było mnie dosłownie przez chwilę, a ty zdążyłaś w tym czasie całkowicie przerobić bibliotekę.
- Nie podoba ci się? - Mera uniosła brew.
- Jest idealnie, Słoneczko. - Usta Shadowa drgnęły.
Uśmiechnęła się szeroko i pochyliła, by go przytulić, ale nagle się zatrzymała. Zaczęła węszyć, po czym warknęła:
- Dawaj to - prychnęła, a tym razem Shadow naprawdę roześmiał się głośno.
Widok tego stoickiego bydlaka odchylającego głowę do tyłu i pomrukującego ze śmiechu był mocno niepokojący. Czasami się zastanawiałam, czy Mera nie jest tą legendarną czarownicą z Solaris.
- Shadow - warknęła Mera. - Lepiej nie zadzieraj z ciężarną kobietą.
- Naprawdę lepiej nie - wtrącił się Len, wciskający swoje wielkie ciało w zbyt małą przestrzeń, gdy próbował powiesić parę światełek. Ubrany był w swój zwykły srebrny strój, łącznie z płaszczem, ale na kołnierzu nosił czerwoną wstążkę. Przypuszczałam, że to Mera ją tam przypięła. Białe, krótko przycięte i wystylizowane włosy opadały mu na czoło. Srebrzyste oczy błyszczały bardziej dziko niż zwykle. - Czy ktoś może nam wreszcie powiedzieć, jak długo ona jeszcze będzie w ciąży?
Mera, zbyt skupiona na swoim partnerze, by przejmować się fae, niemal siłowała się z Shadowem i próbowała przeszukać jego kieszenie. Bestia oczywiście mógłby się uwolnić, ale za bardzo pochłaniało go wpatrywanie się w nią w sposób, który byłby niebezpieczny dla każdego z nas stojącego w pobliżu. W końcu znalazła to, co zwęszyła, i spod jego kurtki wyciągnęła białą papierową torbę.
Drżącymi dłońmi przytuliła ją do piersi.
- Znalazłeś. - Pociągnęła nosem. - Och, partnerze, kocham cię.
Shadow przyciągnął ją bliżej, gdy otwierała torbę i wyjmowała dziwny zielony... patyk?
- Co to, do cholery, jest? - zapytał Reece w swoim zwykłym nietaktownym stylu.
- Smażony ogórek w panierce - wyjaśniła Mera, wciąż brzmiała, jakby zaraz miała się rozpłakać. - Przysięgam, kurwa, desperacko tego pragnęłam, a nikt w jadalni nie miał pojęcia, o czym mówię.
Wzięła kęs i jęknęła, a kiedy w oczach Shadowa zapłonął ogień, wiedziałam, że moja przyjaciółka za chwilę zniknie z pokoju. I rzeczywiście, po drugim gryzie i dźwięku wydanym przez Merę energia Shadowa przepłynęła przez pomieszczenie i zanim mrugnęłam, już go nie było. Zniknął i zabrał ze sobą swoje Słoneczko.
- Jedyne, co tu dziwi - odezwał się Alistair i z ciepłym uśmiechem przejechał dłonią po niebiesko-zielonych lokach - to że nie zaszła w ciążę pierwszego dnia, kiedy się spotkali. - Jego niebieskie oczy, o kilka odcieni ciemniejsze niż skóra, złagodniały, gdy patrzył za przyjaciółmi. Alistair był jednym z niewielu, którzy już włożyli swetry, wybrał zielony z cekinowym drzewkiem i napisem "Wesołych Drzewoświąt".
- Te dwie uparte dusze miały sporo gówna do przepracowania - powiedział Len i się przesunął, by za pomocą energii fae owinąć kolejny łańcuch światełek wokół drzewa. - Ale cholera, cieszy mnie, że widzę ich takich. Chyba Shadow zmienia nas w mięczaków.
Poruszający się z wampirzą prędkością Lucien uderzył Lena w ramię, a jego zielone spojrzenie przeszywało, kiedy się skrzywił.
- Mów za siebie. We mnie nie ma nic miękkiego. - Upuścił swój złoty sweter, po czym przeczesał dłonią blond włosy, przez co zmierzwił je w bardzo atrakcyjny sposób. Ubrany na czarno, jak to często bywało, utrwalał ludzkie wyobrażenie o wampirach jako stworzeniach nocy. Jego gatunek wykazywał pewne podobieństwa do stereotypu, gdyż od niego wzięły się pierwotne mity, ale też wykazywał mnóstwo różnic.
- Simone - wydusił Len między wybuchami śmiechu, wcale nieurażony ciosem. - Mięczak.
Simone była najlepszą przyjaciółką Mery, zmiennokształtną, która obecnie przebywała na Ziemi. Coś wydarzyło się między nią a Lucienem, ale nikt z nas nie znał szczegółów. Mera oczywiście pytała. Simone jednak twierdziła, że większość historii została objęta przymusem zachowania tajemnicy, którym władały tylko najpotężniejsze wampiry, a reszta nie była warta wspominania.
Merę ta tajemnica wyraźnie denerwowała, ale na razie próbowała uszanować głupie decyzje, które ludzie podejmują, i przestała drążyć.
- Mówiłem wam wszystkim wcześniej, Simone była pod moją ochroną, nic więcej.
Lucien mógł służyć za ilustrację do powiedzenia "uderz w stół, a nożyce się odezwą", ale zanim Len zaczął naciskać tak bardzo, że wybuchłaby wojna, Reece wynurzył się z cienia.
- Wiem, że jesteśmy na uroczystości - odezwał się i wyglądał przy tym, jakby wolał być gdziekolwiek indziej - ale muszę z wami porozmawiać o... Cóż, sam nawet nie wiem o czym dokładnie, ale wydaje mi się, że coś się dzieje w Desert Lands.
Co takiego? - spytał Galleli. Schował złote skrzydła za plecami i opuścił się z miejsca wysoko pod sufitem, gdzie wieszał światełka i girlandy. Galleli, który również zdecydował się nie wkładać swetra, był transcendentem z Honor Meadows. W przeciwieństwie do reszty z nas nigdy nie mówił na głos. Nie znałam dokładnego powodu, ale krążyły plotki, że jego głos służył kiedyś za broń, której słabsi nie mogli się oprzeć.
- Pustynie są niespokojne. - Reece potrząsnął głową. - Piaski czasu przepływają przez moją energię. Jestem wzywany w głąb Delfory.
- Rozmawiałeś z innymi rodami? - zainteresował się Lucien, poważniejszym już tonem.
- Tak. - Reece potaknął. - Ale żaden z nich niczego nie zauważył, co mnie nie dziwi. Mam najsilniejsze połączenie ze świętymi ziemiami i jeśli znów rodzi się tam jakiś problem, będę pierwszym, który się o tym dowie.
- Kiedy jest następne spotkanie rodów? - dołączył się Len.
Cieszyłam się, że zadali wiele z pytań, które i mnie krążyły po głowie. Nie chciałam, żeby Reece pomyślał, że wciąż mnie to obchodzi.
- Za sześć księżyców - wyjaśnił krótko. - Co też jest zastanawiające, bo nie mieliśmy się spotykać przez co najmniej tysiąc księżyców. Ktoś przyspieszył termin, a to samo w sobie wydaje się podejrzane.
W pokoju zapadła cisza, nie licząc rozmowy dwóch czy trzech goblinów, które przebiegły obok. Na ich głowach podskakiwały czerwone czapki.
- Desert Lands to jeden z najstarszych światów. - Musiałam w końcu się odezwać. - Jest tam wiele mocy, których nie można niepokoić, szczególnie na Delforze.
Wiedziałam o tym lepiej niż ktokolwiek. Moce pod tymi piaskami kosztowały mnie życie siostry. Reece nie spojrzał na mnie, ale też nie prychnął z pogardą, co nie uszło mojej uwadze.
- Tak, i w związku z tym mam prośbę - powiedział sztywno. - Czy towarzyszylibyście mi na tym spotkaniu? Jeśli moje przeczucia są uzasadnione, to może pojawić się poważny problem i najlepiej będzie się nim zająć od razu. Muszę się upewnić, że nigdy nie dojdzie do kolejnej wojny rodów. - Jego oczy, błękitne żagwie furii, na moment zderzyły się z moimi. - Ostatnia zniszczyła prawie nas wszystkich.
- Oczywiście, nie musisz nawet pytać - odparł Len i klepnął Reece'a w ramię. - Jak słusznie stwierdziła Mera, jesteśmy teraz watahą, a członkowie watahy trzymają się razem.
- Tak, użyła tego emocjonalnego szantażu, żeby zmusić nas do wieszania tych cholernych światełek, ale niech będzie. - Reece zaśmiał się krótko. - Wiem, że Shadow nie będzie chciał jej zabierać, gdy jest w ciąży, ale przy nas wszystkich będzie bezpieczna. Porozmawiam z nim jutro.
To sprawiło, że wyprostowałam się nieco bardziej.
Prawdę mówiąc, ciekawiło mnie to spotkanie rodów, szczególnie jeśli w ich starożytnej i świętej Delforze działo się coś niepokojącego. Ale sama ciekawość nie wystarczyłaby, żebym dobrowolnie spędzała czas z Reece'em w świecie, gdzie straciłam wszystko...
Chyba że Mera tam będzie. Gdzie Mera, tam i ja.
Kiedy tym razem spojrzeliśmy na siebie, nastąpił moment porozumienia między nami. Pójdę do Desert Lands za sześć księżyców, z powrotem do miejsca, gdzie skończyła się nasza przyjaźń. Miejsca, gdzie kryły się nasze stare rany i straty. Miejsca, gdzie zostało pochowane moje serce, i to nie tylko z powodu śmierci Leki.
Może w końcu przepędzę duchy przeszłości, odkopię fragmenty mojego serca i wreszcie pozwolę, aby nasza waśń się zakończyła.
Na dobre.