Opuszczona - J.D. Barker

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział siódmy

Dzień pierw­szy -?16.27

Thad cza­sami uwa­żał, że tęskni za mia­stem, ale uczu­cia te zni­kały w chwili, gdy znowu posta­wił stopę w Nowym Jorku. Po wyj­ściu z samo­lotu smog i spa­liny natych­miast zaata­ko­wały jego płuca. Wywo­łało to atak kaszlu; rów­nie sil­nemu uległ star­szy pan sie­dzący trzy rzędy z tyłu. Po dzie­się­ciu minu­tach poja­wiły się pierw­sze oznaki nawrotu daw­nej astmy. Marzył o tym, by znowu wsiąść do 737 i wró­cić do domu, choćby samot­nie.

Tłok panu­jący w ter­mi­nalu nie zła­go­dził napię­cia. Kiedy zdej­mo­wał bagaż z pasa trans­mi­syj­nego, o mało nie prze­wró­cił go tęgi biz­nes­men. Póź­niej jakaś star­sza kobieta posta­no­wiła opo­wie­dzieć mu o mie­ście.

-?Musi pan odwie­dzić Sta­tuę Wol­no­ści -?ode­zwała się. -?Nie wolno zapo­mi­nać o muze­ach, są sławne na całym świe­cie. Miesz­kańcy pocho­dzą z róż­nych stron...

Wcze­śniej Thad zdo­łał uprzej­mie pozbyć się jej w ter­mi­nalu, ale teraz jakimś cudem znowu poja­wiła się obok niego, cze­ka­jąc na bagaż.

-?Ma pan rodzinę w Nowym Jorku? -?spy­tała. -?Mój syn jest mniej wię­cej w pań­skim wieku, mieszka teraz w Fila­del­fii. On i ta dziwka, Kri­sta czy Kri­sti: wszystko mi jedno. Powie­działa mojemu chłopcu, że bie­rze pigułkę, a pięć mie­sięcy póź­niej przy­le­ciała z pła­czem, oświad­czyła, że mój syn zro­bił jej dziecko i że potrze­buje męż­czy­zny, by je wycho­wać. Cóż, ja i Geo­rge dobrze go wycho­wa­li­śmy, więc wie­dział, co zro­bić. Geo­rge miał szczę­ście, nie widział tego wszyst­kiego, zmarł w dzie­więć­dzie­sią­tym ósmym... Rak od azbe­stu. Pra­co­wał w budow­nic­twie...

Kiedy torba się poja­wiła, Thad ją wziął i uprzej­mie ski­nął kobie­cie głową, po czym ener­gicz­nym kro­kiem ruszył w kie­runku postoju tak­só­wek. Ale star­sza pani dalej szła za jego ple­cami. Pozbył się jej, dopiero kiedy zamknęły się za nim auto­ma­tyczne drzwi z gru­bego szkła.

Tłum ota­cza­jący postój tak­só­wek przy­po­mi­nał ogrom­nego śli­maka peł­zną­cego po ziemi. Thad zna­lazł się w gigan­tycz­nej kolejce liczą­cej ponad osiem­dzie­siąt osób i podą­żał w stronę ocze­ku­ją­cych samo­cho­dów. Moc­niej chwy­cił torbę i ruszył do przodu, pamię­ta­jąc o port­felu w tyl­nej kie­szeni spodni i tele­fo­nie komór­ko­wym w mary­narce: sta­no­wiły świetny cel dla kie­szon­kow­ców, od któ­rych nie­wąt­pli­wie roiło się w oko­li­cach portu lot­ni­czego.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej wsiadł z torbą do tak­sówki i kazał kie­rowcy zawieźć się do hotelu sieci Four Seasons w dziel­nicy Upper East Side.

Się­gnął do kie­szeni mary­narki, wyjął iPhone'a i naci­snął przy­cisk zasi­la­nia, zado­wo­lony, że w cza­sie kil­ku­go­dzin­nego lotu z Char­le­ston nie mógł korzy­stać z tele­fonu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział pierwszy

Dzień pierw­szy -?1.13

Rachael obu­dziła się zzięb­nięta w środku nocy. Za oknem wył zimowy wiatr, koły­sząc nagimi gałę­ziami. Nacią­gnęła prze­ście­ra­dło na szyję i prze­su­nęła się w łóżku w stronę męża, szu­ka­jąc jego cie­płego ciała. Jed­nak go nie było; spała sama.

-?Thad? -?szep­nęła.

Na zewnątrz sza­lała burza, a ciemny pokój szep­tał do Rachael -?twardy, gorzki szept, głu­chy odgłos miej­sca pozba­wio­nego życia, pozba­wio­nego bez­pie­czeń­stwa zwią­za­nego z obec­no­ścią uko­cha­nej osoby.

Patrzyła na biały obłok odde­chu uno­szący się w zim­nym powie­trzu. Obser­wo­wała, jak pochła­nia go ciem­ność, a na jego miej­scu poja­wia się następny.

"Zepsuł się grzej­nik?" -?pomy­ślała. Przy­zwy­cza­ili się do takich pro­ble­mów w sta­rym domu, cho­ciaż grzej­nik ni­gdy wcze­śniej nie spra­wiał kło­po­tów.

Na zewnątrz wiatr przy­brał na sile, każdy kolejny ryk był gło­śniej­szy od poprzed­niego, jakby wal­czyły ze sobą, chcąc się poko­nać. Grube gałę­zie dębów ota­cza­ją­cych nie­wielki dom koły­sały się, ude­rzały w ściany i dach.

Wstała z łóżka i poczuła kop­nię­cie dziecka w brzu­chu, gdy zapro­te­sto­wało prze­ciwko nagłemu ruchowi.

-?Spo­koj­nie, kocha­nie -?powie­działa. -?Idziemy tylko na mały spa­cer.

Wło­żyła jedwabny szla­frok, który poprzed­niego wie­czoru powie­siła na krze­śle toa­letki, ale lodo­waty chłód się nie zmniej­szył.

Dotknęła ściany, prze­su­nęła palce po gład­kiej powierzchni i wyma­cała kon­takt. Włą­czyła świa­tło, jed­nak lampa się nie zapa­liła.

"Musiał wysiąść prąd" -?pomy­ślała.

-?Thad? Gdzie jesteś, kochany? -?spy­tała, tym razem gło­śniej niż za pierw­szym razem, lecz nie wystar­cza­jąco gło­śno, by obu­dzić Ash­ley, która z pew­no­ścią cią­gle spała zwi­nięta w kłę­bek w pokoju na końcu kory­ta­rza, przy­kryta koł­drą z podo­bi­znami Kubu­sia Puchatka.

Poszła wzdłuż ściany i zatrzy­mała się przed gabi­ne­tem męża.

"Dla­czego drzwi są otwarte? Zawsze je zamyka".

Spo­dzie­wała się zastać go w środku, ale jesz­cze zanim jej oczy przy­zwy­cza­iły się do gęstej ciem­no­ści, zro­zu­miała, że pokój jest pusty. Obok moni­tora leżał ręko­pis naj­now­szej powie­ści, w poło­wie ukoń­czo­nej. W pobliżu znaj­do­wał się stos czy­stych kar­tek cze­ka­ją­cych na wypeł­nie­nie oraz stary dzien­nik, w któ­rym Thad noto­wał szcze­góły wszyst­kich swo­ich pro­jek­tów. Dzie­sięć lat wcze­śniej kupiła mu go w małym mia­steczku nad oce­anem. Relikt prze­szło­ści. Nie­gdyś nale­żał do skryby w dawno zapo­mnia­nej miej­sco­wo­ści; okładkę z mię­ciut­kiej skóry zszyto cien­kim dru­tem.

Zmarsz­czyła brwi. Pozo­sta­wie­nie dzien­nika na biurku nie paso­wało do Thada -?bar­dzo sta­ran­nie go pil­no­wał, strzegł jak oka w gło­wie. Miała nie­kiedy wra­że­nie, że daje mu poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, chroni przed ota­cza­ją­cym świa­tem. Spę­dzał nad nim dłu­gie godziny, bazgrał pió­rem, a cza­sem po pro­stu czy­tał spło­wiałe wpisy sprzed wie­ków. Zna­lazł w nim frag­menty, które stały się inspi­ra­cją jego pierw­szego best­sel­lera. A teraz, dzie­więć powie­ści póź­niej, znowu znaj­do­wał się na pierw­szym miej­scu listy best­sel­le­rów "New York Timesa". Już od czte­rech tygo­dni z rzędu.

Rachael wie­działa, że dzien­nik to źró­dło naj­now­szej powie­ści Thada, podob­nie jak poprzed­nich.

Gdzieś mię­dzy jego okład­kami odna­lazł pomysł fabuły książki, którą "Chi­cago Tri­bune" opi­sała nastę­pu­jąco: "Dzien­nik to arcy­dzieło hor­roru, mro­żący krew w żyłach obraz umy­słu sza­leńca, osiem­set sześć­dzie­siąt trzy strony grozy". Thad z lek­ce­wa­że­niem wzru­szył ramio­nami i nawet nie doczy­tał recen­zji do końca. Wró­cił do gabi­netu i zajął się nową książką. W cichym domu roz­le­gał się cią­gły stu­kot kla­wia­tury kom­pu­tera, a obok leżał dzien­nik.

Dzia­łał na Thada jak nar­ko­tyk.

"Pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk..." Rachael nawet teraz sły­szała echo.

"Pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk..."

-?Thad? -?ode­zwała się znowu, wie­dząc, że nie ma go w pobliżu.

"Ni­gdy się od niego nie uwolni... Ni­gdy".

"Zaczęło się od dzien­nika, skoń­czy się na dzien­niku. Prze­klęte stare papie­rzy­ska!"

Ta myśl przy­szła jej do głowy jak każda inna -?pozor­nie nowa, choć wie­działa, że tkwi w jej umy­śle od jakie­goś czasu. Dopiero teraz miała odwagę spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Ni­gdy nie chciała zra­nić męża, nie celowo, wie­działa jed­nak, że to zro­biła. Zra­niła go w spo­sób, któ­rego nie potra­fiła wytłu­ma­czyć.

Ich życie wyda­wało się ide­alne, baj­kowe. Ale znała prawdę i czuła pie­kący ból. Nie zasłu­żyli na ide­alne życie. Otrzy­mali je w wyniku trans­ak­cji i już wkrótce musieli dotrzy­mać umowy.

Umowy, którą zawarła bez wie­dzy Thada.

Bez namy­słu wycią­gnęła rękę, chwy­ciła dzien­nik i przy­ci­snęła go mocno do piersi.

Dziś wie­czo­rem wszystko się skoń­czy. Naprawi swój błąd.

Zeszła po scho­dach, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki w głę­bo­kiej ciem­no­ści. Powie­trze sta­wało się coraz chłod­niej­sze, jej bose stopy czła­pały po zim­nych drew­nia­nych stop­niach. Usły­szała coś w pobliżu pode­stu i znie­ru­cho­miała: wiatr niósł jej imię. Wyda­wało się znie­kształ­cone, głos przy­po­mi­nał syk węża. Docho­dził z dołu.

"Rachael..."

Głos znowu się ode­zwał.

"Co robisz, Rachael?"

Po jej ple­cach prze­biegł dreszcz i zaci­snęła pod szyją szla­frok, by powstrzy­mać lodo­wate macki pró­bu­jące dotknąć skóry.

Moc­niej chwy­ciła dzien­nik, kostki dłoni zbie­lały.

"Zawar­ły­śmy umowę, Rachael".

Chciała odpo­wie­dzieć, krzyk­nąć, że się nie boi, ale gdy otwo­rzyła usta, nie zdo­łała wykrztu­sić słowa. Z wysu­szo­nych ust cicho ula­ty­wało powie­trze.

Kiedy scho­dziła po scho­dach, dzien­nik zaczął się roz­grze­wać. Parzył ją, lecz nie mogła go puścić.

W kominku na końcu salonu nagle buch­nął ogień, choć nikt go nie zapa­lił. Wście­kłe pło­mie­nie dotarły do połowy pokoju, po czym cof­nęły się z rykiem i owi­nęły wokół kilku zwę­glo­nych polan pozo­sta­łych z poprzed­niej nocy.

"Zawar­ły­śmy umowę".

Na początku Rachael osło­niła oczy przed jasnym świa­tłem, ale potem zmu­siła się, by popa­trzeć na czer­wone pło­mie­nie tań­czące w mroku. Wpa­try­wała się w nie, aż w jej oczach zakrę­ciły się łzy. Poczuła nie­zno­śny ból i o mało nie krzyk­nęła.

Zasłu­żyła na cier­pie­nie.

Zasłu­żyła na cier­pie­nie za wszystko, co zro­biła.

Moc­niej ści­snęła dzien­nik i spi­ralny drut prze­ciął jej skórę na rękach.

Zdała sobie sprawę, że zbliża się do kominka, wpa­trzona w tań­czące pło­mie­nie.

Dzien­nik to źró­dło ostat­niej książki Thada.

Ostat­niej.

Naprawi błąd.

Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem rzu­ciła dzien­nik w pło­mie­nie. Wzdry­gnęła się, gdy go objęły, wystrze­la­jąc z pale­ni­ska. Pokój wypeł­nił się żarem.

Pło­mie­nie żar­łocz­nie lizały skó­rzaną oprawę, ota­czały ją jak języki, pochła­niały kolejne strony. Polana trzesz­czały i pękały z pod­nie­ce­nia w cha­osie poma­rań­czy i czer­wieni. Z pale­ni­ska buch­nął gęsty, ciemny dym.

Dzien­nik znik­nął.

Pale­ni­sko zamarło, wypeł­nione zim­nym popio­łem z wczo­raj­szego wie­czoru.

Spoj­rzała na swoje ręce. W dal­szym ciągu trzy­mała dzien­nik. Ści­skała go tak mocno, że z miej­sca, w któ­rym drut prze­ciął skórę, zaczęła kapać krew.

-?Chcę odzy­skać to, co należy do mnie -?syk­nął kobiecy głos za jej ple­cami.

Rachael się odwró­ciła. Cię­żar nie­na­ro­dzo­nego dziecka spra­wił, że potknęła się w ciem­no­ści. Oparła się o sto­lik, by odzy­skać rów­no­wagę, i spo­strze­gła nie­wy­raźną postać cza­jącą się w mroku w odle­głym kącie pokoju. Kobieta zro­biła krok do tyłu, kry­jąc się w cie­niu. Rachael nie musiała na nią patrzeć: widziała ją już dwa razy i żało­wała, że kie­dy­kol­wiek to się stało.

W pokoju zro­biło się zim­niej, wypeł­nił go para­li­żu­jący chłód. Rachael okrę­ciła się cia­śniej szla­fro­kiem, lecz w niczym to nie pomo­gło.

-?Chcę odzy­skać to, co należy do mnie -?powtó­rzyła kobieta, tym razem gło­śniej, ze zło­ścią. Księ­życ oświe­tlił na chwilę jej twarz i zroz­pa­czona Rachael pró­bo­wała się odwró­cić, nie widzieć ohyd­nej kre­atury w kącie pokoju, zapo­mnieć, po co tu przy­szła, zapo­mnieć o wszyst­kim. Ale nie mogła. Stała nie­ru­chomo, czu­jąc dreszcz prze­bie­ga­jący po ple­cach. Kobieta cof­nęła się jesz­cze dalej w mrok, jakby słabe świa­tło księ­życa spra­wiało jej ból.

Kości­ste palce były zakoń­czone dłu­gimi bia­łymi paznok­ciami. Ner­wowo pstry­kała nimi o sie­bie.

Z jej ust spły­nęła kro­pla śliny. Zasy­czała, gdy upa­dła na zapa­sto­waną drew­nianą pod­łogę.

-?Ja... nie mogę tego zro­bić -?wyją­kała Rachael. -?Nie mogę!

Kobieta wymam­ro­tała gniewne słowa w dawno zapo­mnia­nym języku; każda sylaba brzmiała szorstko, jakby ją wyplu­wała. Szybko wypo­wie­działa ostat­nie sześć słów.

-?Wybór nie należy już do cie­bie.

Rachael się wzdry­gnęła, gdy dzien­nik wbił się głę­biej w jej skórę. Pró­bo­wała go puścić, ale nie mogła poru­szyć ręką.

-?Za trzy dni dziecko będzie moje -?ode­zwała się kobieta.

W pokoju zalśnił blask księ­życa. Kobieta znik­nęła w kącie, pogrą­ża­jąc się w obję­ciach nocy.

Ale jej paznok­cie cią­gle się poru­szały, wyda­jąc zło­wiesz­cze dźwięki...

"Pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk". Sta­wały się gło­śniej­sze z każdą sekundą.

"Pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk". Dźwięki podobne do odgło­sów wyda­wa­nych przez kla­wia­turę Thada.

Rachael poczuła w brzu­chu nagły ból, zgięła się wpół i chwy­ciła fra­mugę. Jęk­nęła gło­śno.

Czuła, że spada, spada...

Dzien­nik wypadł jej z dłoni i szybko znik­nął w panu­ją­cej pod nią ciem­no­ści.

"Chcę tego, co należy do mnie".

-?Nie! -?krzyk­nęła, ale jej głos uto­nął w ota­cza­ją­cym ją oce­anie czerni.

-?Rachael? Nic ci nie jest?

Nie mogąc zła­pać tchu, Rachael usia­dła na łóżku, zlana potem.

-?Dziecko znowu kopie?

Rozej­rzała się przez łzy z dez­orien­ta­cją.

Spo­dzie­wała się, że zoba­czy sypial­nię, ale była na par­te­rze, w salo­nie.

Musi zna­leźć dzien­nik.

-?O Boże, ty krwa­wisz...

-?Co takiego?! -?szep­nęła.

-?Twoja ręka krwawi... nie ruszaj się...

Thad wysko­czył z łóżka, pobiegł do łazienki i wró­cił z wil­got­nym ręcz­ni­kiem.

"To był sen..."

"To tylko sen..."

-?Pro­szę, pozwól mi obej­rzeć ranę -?powie­dział Thad. Wziął ją za rękę i zaczął wycie­rać krew. -?Co się stało?

-?Ja... nie wiem -?wymam­ro­tała. -?To coś poważ­nego?

Pokrę­cił głową.

-?Nie sądzę. Myślę, że krwa­wie­nie już ustało. Nie było obfite...

Dotych­czas powstrzy­my­wała się od spoj­rze­nia na rękę.

Unio­sła ją w słabo oświe­tlo­nym pokoju i popa­trzyła na nią w świe­tle księ­życa sączą­cym się przez okno. Zmu­siła się, by zer­k­nąć na małe czer­wone ślady pokry­wa­jące dłoń. Zaczy­nały się w oko­licy nad­garstka i docie­rały do palca wska­zu­ją­cego, zaczer­wie­nio­nego i spuch­nię­tego.

Poczuła ból i skrzy­wiła się.

-?To chyba kilka płyt­kich zadra­pań -?powie­dział Thad, oglą­da­jąc ranę w świe­tle. -?Poszu­kam opa­trunku. Apteczka jest cią­gle w kuchni?

Ski­nęła głową.

-?W szu­fla­dzie koło lodówki.

Thad znik­nął za drzwiami sypialni i ruszył w stronę scho­dów.

Poczuła tępy ból w brzu­chu. Dziecko znowu kop­nęło, co ostat­nio czę­sto się zda­rzało. Nie tylko ona spę­dziła nie­spo­kojną noc.

Dotknęła obo­la­łego miej­sca i zaczęła ostroż­nie maso­wać brzuch, a nie­na­ro­dzona istota znowu kop­nęła, tym razem jesz­cze moc­niej niż poprzed­nio.

-?Tss! -?szep­nęła do dziecka. -?Odpocz­nij. Nie­długo się uro­dzisz.

Na dwo­rze bły­ska­wice prze­ci­nały nocne niebo; na ściany domu padały cie­nie sęka­tych kona­rów sta­rego dębu, jakby osza­lały cień despe­racko się­gał do wnę­trza pokoju.

Zegar obok łóżka wska­zy­wał piątą trzy­na­ście rano.

Wkrótce nadej­dzie świt.

Rachael chciała, by nad­szedł. W tej chwili pra­gnęła tego bar­dziej niż cze­go­kol­wiek innego, ale gdy zegar wska­zał piątą czter­na­ście, noc wyda­wała się jesz­cze ciem­niej­sza.

Dłoń pul­so­wała bólem, a z tyłu głowy wciąż czuła zimne meta­lowe kółka dzien­nika męża. W dal­szym ciągu sły­szała dziwne pstry­ka­nie paznokci kobiety, która uka­zała jej się we śnie.

Mocno biło jej serce.

"Za trzy dni" -?powie­działa kobieta.

Trzy dni.

Dotknęła zdrową ręką nie­na­ro­dzo­nego dziecka.

Do pokoju wró­cił Thad, pra­gnął jej pomóc, uśmie­chał się głup­ko­wato.

-?Okej, poba­wimy się w dok­tora.

-?Jesteś słodki -?odpo­wie­działa.

-?Nie pamię­tasz, jak się ska­le­czy­łaś?

Pokrę­ciła głową.

-?Chyba wsta­łam w środku nocy i o coś zacze­pi­łam, pró­bu­jąc odzy­skać rów­no­wagę. Jestem taka nie­zdarna... Poty­kam się o wła­sne nogi. Tracę rów­no­wagę. Czuję się jak gigan­tyczna wańka-wstańka.

-?Wyglą­dasz cudow­nie -?powie­dział, cału­jąc ją w szyję.

-?Nie chcia­łam cię obu­dzić.

Wes­tchnął.

-?Już nie spa­łem. Jutrzej­szy wyjazd, książka, szansa na kolejny film... Nie uspo­koję się na tyle, by zasnąć. Jeśli te nego­cja­cje poto­czą się tak, jak mówi Del, będziemy usta­wieni do końca życia. Rzuca fan­ta­styczne liczby -?dodał, prze­cie­ra­jąc jej dłoń waci­kiem nasą­czo­nym alko­ho­lem. - Możemy sprze­dać ten dom i prze­pro­wa­dzić się do lep­szego. Już czas, prawda? Rezy­den­cja w Los Ange­les, może stara wik­to­riań­ska willa na kli­fach w Maine z wido­kiem na ocean. Może jedno i dru­gie. Zre­ali­zu­jemy wszyst­kie nasze marze­nia. Nie ma żad­nych ogra­ni­czeń. -?Odło­żył wacik, wziął rolkę gazy i zaczął ban­da­żo­wać jej dłoń. -?Ash­ley i dziecko pójdą do naj­lep­szych szkół -?cią­gnął. -?Kiedy się pozna­li­śmy, powie­dzia­łem, że dał­bym ci cały świat. Teraz wszystko jest nasze, możemy to mieć.

Zmu­siła się do uśmie­chu.

-?Jestem z cie­bie taka dumna...

Prze­ciął gazę, przy­kleił koniec, pod­niósł do ust dłoń Rachael i deli­kat­nie ją poca­ło­wał.

-?Nie doko­nał­bym tego bez cie­bie.

Rozdział czwarty

Dzień pierw­szy -?7.00

-?Dla­czego nie możesz zostać w domu, tato? Nie chcę, żebyś wycho­dził. - Ash­ley wydęła wargi, nabie­ra­jąc łyżką płatki śnia­da­niowe marki Lucky Charms i zosta­wia­jąc na kuchen­nym stole wyraźny ślad mleka. -?Poza tym jest nie­dziela. W nie­dzielę nie wolno ni­gdzie wycho­dzić. Taka jest zasada.

Thad posta­no­wił wstać wcze­śnie rano, jak w każdą nie­dzielę. W domu McA­li­ste­rów nie­dziela była dniem ojca i córki: tra­dy­cja, do któ­rej był głę­boko przy­wią­zany. Ash­ley miała osiem lat i szybko rosła. Chciał zapa­mię­tać każdą chwilę, a póź­niej cie­szyć się wspo­mnie­niami.

Mieli ulu­bioną zabawę. W każdą nie­dzielę ostatni wsta­jący z łóżka przy­go­to­wy­wał śnia­da­nie dla całej rodziny (zawsze miskę płat­ków owsia­nych -?Lucky Charms sta­no­wiły ulu­bione danie córki). Zwy­cięzca decy­do­wał, czym zajmą się w ciągu dnia. Mogli czy­tać, grać w gry albo oglą­dać tele­wi­zję -?spo­sób spę­dza­nia czasu nie miał zna­cze­nia, naj­waż­niej­sze, że byli razem. Thad dora­stał bez miło­ści rodzi­ców i nie chciał, aby jego córka poznała pustkę, którą nosił w sobie. Ash­ley za wiele dla niego zna­czyła.

Wstał tuż po szó­stej (nie mógł zasnąć po kosz­ma­rze Rachael zeszłej nocy) i cicho zszedł na dół jak dziecko ran­kiem w Boże Naro­dze­nie. Prze­szedł na pal­cach obok drzwi córki, omi­nął trzeci sto­pień scho­dów (który zawsze skrzy­piał) i dotarł na par­ter.

Ash­ley już się obu­dziła i sie­działa przy kuchen­nym stole, stu­diu­jąc komiksy jak inwe­stor czy­ta­jący noto­wa­nia gieł­dowe z poprzed­niego dnia.

Roz­pro­mie­niła się na jego widok. Nie mógł się powstrzy­mać od uśmie­chu: była małym anioł­kiem.

-?Znowu wygra­łam -?powie­działa ze śmie­chem. -?Znowu wygra­łam, śpio­chu!

Thad nie pamię­tał, kiedy ostat­nio poko­nał córkę. Cza­sami się zasta­na­wiał, czy Ash­ley w ogóle śpi.

Ostat­niego wie­czoru, kiedy powie­dział, że musi jechać do Nowego Jorku, była nie­za­do­wo­lona i zasta­na­wiał się, czy nie zre­zy­gno­wać z podróży, jed­nak odrzu­cił tę myśl. Za dużo od niej zale­żało. Pod­pi­sał umowę na nowe książki i miał szansę na sprze­daż praw do ekra­ni­za­cji: trzeci film, jeśli wszystko dobrze się ułoży. Był to punkt zwrotny w jego karie­rze, zaj­mie trwałe miej­sce wśród naj­lep­szych pisa­rzy w branży. Jasne, świet­nie zarobi, ale zawsze marzył przede wszyst­kim o tym, by wymie­niano go wśród takich sław jak Ste­phen King, Dean Koontz albo Jack Ste­ven­son.

Nowa umowa obej­mo­wała pięć ksią­żek. Trzy były już gotowe -?sta­ran­nie zataił ten fakt w trak­cie roz­mów ze swoim agen­tem, Delem Tho­ma­sem. Szybko nauczył się trzy­mać go w nie­pew­no­ści i nie zdra­dzał, kiedy pojawi się następna powieść (jeśli w ogóle się pojawi). Pra­co­wał nad kolej­nymi pro­jek­tami, sta­ra­jąc się powięk­szyć swoje port­fo­lio. Trzy gotowe książki mogą spra­wić, że każdy agent zmięk­nie. Thad chciał, by Del był w ide­al­nej for­mie: na sto dzie­sięć pro­cent, jak mawiał w szkole śred­niej tre­ner dru­żyny fut­bo­lo­wej, John­son.

Każdy mecz to Super Bowl, do cho­lery!

Graj, żeby wygrać, albo grzej ławkę rezer­wo­wych...

Del Tho­mas nie grzał ławki rezer­wo­wych; w ciągu ostat­nich kilku lat zawarł jedną z naj­bar­dziej lukra­tyw­nych trans­ak­cji w branży wydaw­ni­czej. Jed­nak Thad nie uwa­żał, że ktoś powi­nien kie­ro­wać jego karierą. Kiedy Del powie­dział, że jedzie do Nowego Jorku, by sfi­na­li­zo­wać sprze­daż praw do ekra­ni­za­cji, Thad musiał mu towa­rzy­szyć -?nawet w nie­dzielę -?nie po to, by się wtrą­cać, ale go wes­przeć.

Tak czy ina­czej, chciał oso­bi­ście prze­ka­zać Delowi ręko­pis nowej książki. Nie ufał mej­lom ani poczcie.

Do tej pory nie pozwo­lił nikomu prze­czy­tać ani jed­nej strony -?agen­towi, Rachael, a już na pewno nie wydawcy. Nie dla­tego że powieść nie była gotowa. Nie, cho­dziło o coś zupeł­nie innego. Ta histo­ria była zbyt nie­po­ko­jąca, by ktoś ją prze­czy­tał.

Przez wszyst­kie lata kariery pisar­skiej Thad ni­gdy nie miał ochoty dzie­lić się z ludźmi czymś, nad czym ciężko pra­co­wał. Nawet teraz, kiedy gotowy ręko­pis spo­czy­wał w teczce, zasta­na­wiał się, czy nie pod­mie­nić nowej powie­ści na jedną z pozo­sta­łych trzech, które cze­kały na swoją kolej. Kto się o tym dowie?

On by o tym wie­dział.

Wie­dział...

Ta książka zasłu­guje na wyda­nie. Nie, ona musi zostać opu­bli­ko­wana.

Poświę­cił jej mnó­stwo czasu, życia, pracy, ener­gii, wysiłku. Wyra­żała jego lęki -?było to nie­do­mó­wie­nie. Główny boha­ter ucie­le­śniał to, czego naj­bar­dziej Thad się oba­wiał, co poja­wiało się w naj­ciem­niej­szych zaka­mar­kach jego umy­słu: cichy głos, który sły­szał, gdy był sam, przy­czynę wielu bez­sen­nych nocy. Musiał opu­bli­ko­wać tę książkę, zosta­wić ją za sobą. Jak ina­czej mógłby ruszyć do przodu?

Napi­sał w prze­szło­ści wiele powie­ści, ale żadna inna nie prze­ra­ziła go tak bar­dzo. Tylko Jej histo­ria spra­wiała, że nie mógł zasnąć.

-?Jeśli zosta­niesz, posprzą­tam swój pokój -?prze­rwała jego roz­my­śla­nia Ash­ley, wpa­tru­jąc się w ojca dużymi nie­bie­skimi oczami. -?Obie­cuję, że to zro­bię. -?Spły­wało jej po bro­dzie mleko i Thad mimo woli się roze­śmiał.

-?Nie wspo­mi­nał­bym o tym mamie. Chyba uważa, że zawsze powin­naś sprzą­tać swój pokój -?odparł i pogła­dził córkę po mięk­kich jasnych wło­sach. - Gdy­bym mógł, został­bym w domu, kocha­nie, ale kilka bar­dzo waż­nych osób chce ze mną poroz­ma­wiać o nakrę­ce­niu filmu na pod­sta­wie jed­nej z moich ksią­żek. Lubisz filmy, prawda?

Ski­nęła głową.

-?Wyna­gro­dzę ci to, obie­cuję -?powie­dział. -?Co zapla­no­wa­łaś na dzień, gdy tata będzie miał wolne?

Ash­ley wzru­szyła ramio­nami.

-?Chcia­łam iść do zoo, ale Zeke uważa, że będzie deszcz.

-?Och, naprawdę?

Ski­nęła głową.

-?W cza­sie desz­czu zoo nie jest zabawne. Zwie­rzęta się cho­wają, wszystko brzydko pach­nie.

Zeke był nie­wi­dzial­nym przy­ja­cie­lem córki.

Rachael od początku znie­chę­cała córkę do roz­ma­wia­nia z Zekem albo opo­wia­da­nia o nim, ale Thad zawsze świę­cie wie­rzył w nie­wi­dzial­nych przy­ja­ciół -?miał ich wielu w dzie­ciń­stwie. Uwa­żał Zekego za pośredni spo­sób wyra­ża­nia emo­cji przez Ash­ley (natknął się na tę defi­ni­cję w jed­nej z popu­lar­nych ksią­żek psy­cho­lo­gicz­nych). Wyima­gi­no­wani przy­ja­ciele to zdrowe, nor­malne zja­wi­sko (według słów zawar­tych w tej samej książce). Rachael miała inne zda­nie, ale zacho­wała je dla sie­bie w nadziei, że Ash­ley z tego wyro­śnie (im szyb­ciej, tym lepiej, wbrew opi­nii męża). Thad nie­ja­sno podej­rze­wał, że Rachael jest zanie­po­ko­jona tym, że mały przy­ja­ciel to chło­piec, a nie dziew­czynka. Wspo­mniał, że to rów­nież jest nor­malne (ta sama biblio­teka, inna książka), ale Rachael nie chciała o tym sły­szeć.

-?Jak się miewa sta­ru­szek Zeke? -?spy­tał córkę.

-?Nie wiem -?odparła gło­sem star­szej dziew­czynki. -?Dzi­siaj nie roz­ma­wia­li­śmy.

-?Ale powie­dział, że będzie padał deszcz?

-?Nie roz­ma­wiam z nim -?powtó­rzyła, marsz­cząc brwi.

-?Dla­czego?

-?Wczo­raj wie­czo­rem był wredny. Hała­so­wał i nie pozwa­lał mi spać - odparła. -?Zacho­wy­wał się bar­dzo nie­grzecz­nie.

Thad się zaśmiał.

-?Dla­czego Zeke nie chce, żebyś spała?

Zmarsz­czyła brwi.

-?Nie wiem. Może bał się burzy i nie chciał zostać sam?

-?Zeszłej nocy była okropna burza.

Ski­nęła głową.

-?Dużo pio­ru­nów i bły­ska­wic. -?Znowu ski­nęła głową. -?Wiatr wył jak stary pies: auuuuu, auuuuuuu!

Thad wstał z krze­sła i pod­szedł do córki na czwo­ra­kach.

-?Auuuuu! -?zawył.

-?Ash­ley, dla­czego nie wypu­ścisz taty do ogrodu? -?spy­tała Rachael, która weszła do kuchni. Doty­kała dło­nią okrą­głego brzu­cha i wpa­try­wała się w kawę, któ­rej nie mogła wypić. Chyba musi wyjść.

Dziew­czynka zachi­cho­tała.

-?Ja się opie­kuję Buste­rem, a ty tatą!

-?Zamie­nimy się rolami? -?spy­tała Rachael, uda­jąc, że dra­pie Thada za uchem.

Do pokoju wpadł w pod­sko­kach Buster i pod­biegł pro­sto do Thada. Poli­zał go po twa­rzy. Rzadko znaj­do­wali się na tej samej wyso­ko­ści i musiał sko­rzy­stać z oka­zji.

-?Buster, prze­stań! -?zawo­łał Thad, pró­bu­jąc się odwró­cić. -?To obrzy­dliwe!

-?Uwiel­bia cię! -?Ash­ley kla­snęła w dło­nie.

-?Chodź, Buster. Chcesz wyjść? -?spy­tała Rachael.

Pies pobiegł do tyl­nego wyj­ścia, szu­ra­jąc pazu­rami o drew­nianą pod­łogę i wesoło mer­da­jąc ogo­nem.

-?Chodź, Buster! -?powtó­rzyła Rachael i wycią­gnęła rękę w stronę klamki. Zapisz­czały zawiasy cięż­kich drzwi. Do kuchni wpadł podmuch wil­got­nego powie­trza. Wil­got­nego powie­trza i...

Buster znie­ru­cho­miał na progu. Z jego gar­dła wydo­było się ciche skom­le­nie. Pod­ku­lił ogon i powoli się cof­nął.

-?Co się stało, Buster? -?spy­tała Ash­ley.

Pies prze­stał sko­wy­czeć.

-?Thad, chodź tutaj. Popatrz na to -?powie­działa Rachael, wyglą­da­jąc na zewnątrz.

Thad wstał i pod­szedł do drzwi. Kiedy sta­nął obok żony, wzięła go za rękę.

-?Co się stało?

Thad wyszedł z domu. Rachael z ocią­ga­niem puściła jego dłoń. Stała za pro­giem drzwi wej­ścio­wych.

Traw­nik był mar­twy.

Każde źdźbło trawy.

Skur­czył mu się żołą­dek, gdy poczuł zapach.

Traw­nik nie tylko był mar­twy, ale cuch­nął zgni­li­zną.

-?Może to z powodu zimna? -?spy­tała Rachael.

Pokrę­cił głową.

-?Wydaje mi się, że zeszłej nocy tem­pe­ra­tura nie spa­dła poni­żej dzie­się­ciu stopni -?odpo­wie­dział. -?Zimno nie może znisz­czyć traw­nika, przy­naj­mniej nie przez jedną noc.

-?Spójrz tam... -?Wska­zała dom Nel­so­nów.

Thad też to zauwa­żył.

Tylko ich traw­nik był mar­twy. Podwórka Nel­so­nów, Gar­ga­nów i Bar­stoke'ów nie ucier­piały. Tylko ich traw­nik. Ale to nie wszystko. Duży dąb, który od lat wzno­sił się nad ich domem, był czarny i nagi, leżały pod nim suche brą­zowe liście. Thad nie musiał oglą­dać drzewa z bli­ska, żeby wie­dzieć, że gałę­zie są kru­che i mar­twe: wyczu­wał zgni­li­znę nawet z tego miej­sca.

-?Co się stało, tato? -?spy­tała Ash­ley.

-?Lepiej zacze­kaj w środku, kocha­nie, dobrze? -?odpo­wie­dział, obser­wu­jąc dziwne pole śmierci, które obej­mo­wało tylko ich pose­sję. -?Zaraz wrócę. -?Pokrę­cił głową. -?Wczo­raj pod­le­wa­łem traw­nik. Wszystko wyglą­dało ide­al­nie. Nic z tego nie rozu­miem -?mruk­nął.

-?Może powi­nie­neś wró­cić do domu? -?powie­działa Rachael.

-?Pozwól mi się rozej­rzeć.

-?A jeśli to tru­ci­zna? -?spy­tała. -?Nie chcę, żebyś się roz­cho­ro­wał.

-?Nie przy­pusz­czam. -?Thad umilkł. Ukląkł i dotknął dło­nią nie­wiel­kiej kupki ziemi.

Zauwa­żył jesz­cze jedną po lewej stro­nie, a następną kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów dalej. Kiedy popa­trzył na traw­nik, zdał sobie sprawę, że są wszę­dzie.

Cuch­nęły zgni­li­zną, roz­kła­dem.

-?Thad, pro­szę...

W końcu wstał i wró­cił do drzwi, ostroż­nie omi­ja­jąc dziwne kupki ziemi.

-?Może zadzwo­nić do Jeffa? Myślę, że powin­ni­śmy go popro­sić, by przy­je­chał i rzu­cił na to okiem.

-?Powie, że to nasza wina -?odparła Rachael. -?Pamię­tasz, jak posa­dzi­łam bzy po zachod­niej stro­nie domu zamiast wschod­niej? Wygło­sił trzy­go­dzinny wykład o dzia­ła­niu wie­czor­nego świa­tła sło­necz­nego.

Thad wzru­szył ramio­nami.

-?To jego praca, Rachael. Może ustali, co się stało. Posta­raj się, by Ash­ley i Buster nie wycho­dzili z domu, dopóki się nie upew­nimy, że nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa.

-?A jeśli Buster będzie musiał wyjść?

-?Nauczmy go korzy­stać z łazienki! -?zawo­łała Ash­ley.

Thad wska­zał gazetę.

-?Pamię­tasz, co robił, kiedy był szcze­nia­kiem?

Dziew­czynka zmarsz­czyła brwi.

-?O Boże... To będzie zabawny dzień.

-?Mamo, naucz mnie sta­wiać go na sede­sie, a potem mu pokażę, jak spusz­czać wodę -?zapro­po­no­wała Ash­ley.

-?Widzisz? Nasza córka ma plan. -?Przed domem roz­legł się klak­son i Thad zer­k­nął na zega­rek. -?Cho­lera, przy­je­chała moja tak­sówka. Dasz sobie radę?

Rachael kiw­nęła głową i objęła męża.

-?Coś wymy­ślę.

Thad cmok­nął ją w poli­czek i pogła­dził po brzu­chu.

-?Jak on się miewa?

-?Zna­ko­mi­cie, ale to ona, nie on -?odparła. -?Kopie jak wście­kła.

-?Nie mam ochoty wyjeż­dżać, ale to ogromna oka­zja dla nas obojga - powie­dział.

-?Spa­ko­wa­łeś lekar­stwa? -?spy­tała.

-?Nie potrze­buję ich od mie­sięcy. Nic mi nie jest -?rzu­cił ostro.

Ści­snęła jego ramię.

-?Czu­ła­bym się lepiej, wie­dząc, że masz je przy sobie, na wszelki wypa­dek. Wzią­łeś je?

Spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

-?Są w tor­bie. W przy­szłym tygo­dniu mam wizytę u dok­tora Hor­tona. Popro­szę go, żeby prze­stał kazać mi je przyj­mo­wać. Już ich nie potrze­buję i utrud­niają mi pisa­nie. Zmniej­szają kre­atyw­ność. Moim zda­niem ni­gdy ich nie potrze­bo­wa­łem.

-?Chcę tylko, żebyś był zdrowy.

Uści­snął ją deli­kat­nie.

-?Nic mi nie jest. Bar­dziej mar­twię się o cie­bie. Obie­caj, że będziesz miła dla Car­men, dobrze?

Rachael wes­tchnęła.

-?Ach tak, Car­men...

Od mie­sięcy bez­sku­tecz­nie poszu­ki­wali gospo­dyni, która zgo­dzi­łaby się z nimi zamiesz­kać. Thad stra­cił rachubę, ile kan­dy­da­tek ich odwie­dziło. Zna­le­zie­nie kogoś z odpo­wied­nim doświad­cze­niem i umie­jęt­no­ściami oka­zało się trudne nawet z pomocą agen­cji. Dodat­kowe kom­pli­ka­cje były wyni­kiem nie­zgod­no­ści cha­rak­te­rów i barier języ­ko­wych.

"Jak zaufać obcej oso­bie, która ma się opie­ko­wać rodziną?"

Car­men Perez miała nie­na­ganne CV i wiele refe­ren­cji, może naj­lep­szych wśród wszyst­kich kan­dy­da­tek, ale nie­stety Ash­ley jej nie polu­biła i nawet Rachael czuła się nie­swojo w jej obec­no­ści, choć pani Perez pra­co­wała u nich już pra­wie trzy tygo­dnie.

Thad pogła­dził żonę po wło­sach.

-?Nie chcę, żeby­ście były same, nie w chwili, gdy zbli­żają się naro­dziny dziecka. Wytrzy­masz z nią jesz­cze kilka dni? Agen­cja szuka kogoś na jej miej­sce.

Rachael ski­nęła głową.

-?Nie jestem pewna, co kon­kret­nie mnie w niej nie­po­koi; po pro­stu mi się nie podoba.

Poca­ło­wał ją w czoło.

-?Znaj­dziemy kogoś innego, obie­cuję. Nie wyrzu­caj jej, dopóki nie wrócę. Będę spo­koj­niej­szy, wie­dząc, że tu jest.

-?Nie musisz się mar­twić, tato. Zajmę się panią Perez -?wtrą­ciła Ash­ley, przy­tu­la­jąc się do uda ojca.

Wziął córkę na ręce.

-?Zrób to, skar­bie. Bar­dzo was kocham! -?Okrę­cił Ash­ley dwa razy i posa­dził z powro­tem na krze­śle. -?Mam nadzieję, że uzgod­nisz to z Zekem -?szep­nął jej do ucha. -?Nie zno­szę, gdy się kłó­ci­cie.

Rachael zmarsz­czyła brwi.

-?Daj spo­kój, Thad.

Znowu roz­legł się klak­son, nie­cier­pli­wie, dwu­krot­nie.

-?Muszę iść. -?Thad wziął teczkę i torbę podróżną, po czym ruszył w stronę drzwi. -?Zadzwo­nię do was dziś wie­czo­rem z mia­sta. Chcę usły­szeć, co powie­dział lekarz.

-?Pa, naj­droż­szy. Kocham cię -?powie­działa Rachael.

W jej brzu­chu kopało dziecko.

Owio­nął ją zapach zgni­li­zny napły­wa­jący z zewnątrz, gdy Thad wybiegł w stronę cze­ka­ją­cej tak­sówki.

Buster zaskom­lał, roz­glą­da­jąc się ner­wowo po podwórku.

Rozdział piąty

Dzień pierw­szy -?11.00

Rachael cia­sno zaci­snęła pod szyją cienką sukienkę i zady­go­tała.

"Dla­czego zawsze jest tu tak zimno?" -?pomy­ślała.

Sie­dze­nie na alu­mi­nio­wej leżance z cien­kim papie­ro­wym pokry­ciem nie poma­gało. Prze­su­nęła się tro­chę w lewo i wes­tchnęła.

Cze­kała na leka­rza w małym gabi­ne­cie pra­wie od dwu­dzie­stu minut. Ni­gdy nie trwało to tak długo, a miała dzi­siaj dużo do zro­bie­nia. Wzięła ze sto­jaka kolejną ulotkę i przej­rzała tekst zaty­tu­ło­wany: Nor­malne życie z opryszczką. Był rów­nie cie­kawy jak maga­zyn "People" sprzed trzech mie­sięcy, który skoń­czyła czy­tać przed kil­koma minu­tami.

Wzięła następną bro­szurę, gdy w drzwiach poja­wiła się głowa dok­tora Roskina.

-?Jak się dziś miewa moja ulu­biona pacjentka?

Fru­stra­cja Rachael znik­nęła na widok leka­rza. (W ciągu ostat­nich ośmiu mie­sięcy przy­zwy­cza­iła się do nagłych zmian nastroju).

Znała Edwarda Roskina od dzie­wię­ciu lat i nie wyobra­żała sobie, by opie­ko­wał się nią ktoś inny. Ode­brał poród Ash­ley i gdy dowie­działa się, że znów jest w ciąży, była pewna, że odbie­rze rów­nież następny.

Wyglą­dał dziw­nie -?był niski i otyły, miał różowe policzki i pulchną twarz. Przy­po­mi­nał Świę­tego Miko­łaja z cen­trum han­dlo­wego, który zapo­mniał przy­kleić sztuczną brodę i wąsy. Jego cien­kie dru­ciane oku­lary ni­gdy nie spo­czy­wały tam, gdzie chciał; nawet teraz cią­gle musiał je popra­wiać, bo zsu­wały się na czu­bek nosa.

-?Ostat­nio kopie jak sza­lony! -?zawo­łała.

Roskin się uśmiech­nął.

-?Dla­czego myślisz, że to chło­piec?

-?Dziew­czynka? -?Rachael się roz­pro­mie­niła.

Uśmiech­nął się.

-?Tajem­nica zawo­dowa.

Wsu­nął ste­to­skop pod sukienkę. Rachael stę­żała, czu­jąc dotknię­cie zim­nego metalu.

-?Odpręż się i głę­boko oddy­chaj -?powie­dział. Speł­niła pole­ce­nie.

-?Chcesz zoba­czyć, jak wygląda? -?spy­tał.

-?Ona?

Rosin się zaśmiał.

-?Albo on.

-?Jesteś gor­szy od Thada! -?Rachael się roze­śmiała.

-?Jak się miewa Thad? -?spy­tał, przy­su­wa­jąc ultra­so­no­graf do leżanki.

-?Dobrze. Chciał dziś przy­je­chać, ale musiał znowu pole­cieć do Nowego Jorku, żeby zała­twić kilka spraw zwią­za­nych z nową książką - odpo­wie­działa.

Lekarz wes­tchnął.

-?O rany... Wła­śnie wtedy, gdy myśla­łaś, że wresz­cie zapo­mnisz o księ­gar­niach...

Rachael się roze­śmiała.

-?Jest naprawdę dumny ze swo­jej naj­now­szej powie­ści. Uważa, że żadna nie była taka prze­ra­ża­jąca.

-?Wciąż pró­buję się dobrze wyspać po prze­czy­ta­niu ostat­niej. Nie mogę się zmu­sić do zej­ścia do piw­nicy. Zasko­czył mnie zakoń­cze­niem. Zmu­szam Liddy, żeby odwa­lała tam całą brudną robotę.

-?Nie tylko ty. Nie byłam w naszej piw­nicy od trzech mie­sięcy. Jest wypchana rekwi­zy­tami do ostat­niego filmu. Mamy nawet gdzieś na dole wła­sną trumnę.

-?Żaden dom nie może się obyć bez trumny -?zauwa­żył filo­zo­ficz­nie Roskin, bawiąc się oku­la­rami.

Do gabi­netu weszła jedna z pie­lę­gnia­rek, ski­nęła głową na powi­ta­nie i roz­chy­liła sukienkę Rachael, odsła­nia­jąc brzuch. Nało­żyła cienką war­stwę żelu.

-?A ty jak się czu­jesz? Dobrze śpisz? -?spy­tał lekarz.

Rachael ski­nęła głową, cho­ciaż było to kłam­stwo; nie spała dobrze od mie­sięcy. Skąd to wie? Poznał to po oczach?

-?Dobrze się odży­wiasz? Nie tęsk­nisz za lodami z odro­biną oleju sil­ni­ko­wego albo poranną grzanką z maścią kam­fo­rową?

Rachael się roze­śmiała.

-?Żar­tu­jesz, prawda?

Pokrę­cił głową.

-?Przed­wczo­raj mia­łem pacjentkę, która spo­dziewa się czwar­tego dziecka i prze­pada za takimi rze­czami. Nie­które przy­szłe matki mają ochotę na pro­dukty ole­iste; to dość powszechne. Jak się domy­ślasz, nie­zbyt zdrowe.

-?Nie mówi poważ­nie, prawda? -?Rachael zwró­ciła się do pie­lę­gniarki.

Kobieta wzru­szyła ramio­nami, tłu­miąc uśmiech.

-?Nie żar­tuję -?ode­zwał się Roskin. -?Sio­stro Kor­bin, czy mogłaby pani włą­czyć ultra­so­no­graf?

Przy­ło­żył czuj­nik do brzu­cha Rachael i deli­kat­nie nim poru­szał, wpa­tru­jąc się w moni­tor. W gabi­ne­cie roz­legł się cichy dźwięk biją­cego serca.

-?To on -?powie­dział.

-?Albo ona -?wtrą­ciła pie­lę­gniarka.

Rachael prze­wró­ciła oczami.

-?O Boże...

Roskin zata­czał czuj­ni­kiem cia­sne kręgi, aż poja­wił się biały cień.

Rachael uśmiech­nęła się do dziecka.

-?Wygląda dobrze -?powie­dział lekarz. -?Dwie nogi, dwie ręce, dwa­na­ście pal­ców u stóp. Jest tro­chę za duże jak na trzy­dzie­ści sześć tygo­dni, ale nie ma się czym mar­twić.

-?Po pro­stu uśpij mnie, kiedy zacznie się poród, i wszystko będzie dobrze -?odparła Rachael.

-?Nie jesteś fanką natu­ral­nych poro­dów? -?spy­tał.

Rachael pokrę­ciła głową.

-?Wystar­czy mi pierw­szy. Tym razem w ogóle nie chcę wie­dzieć, co się dzieje. Kiedy będzie po wszyst­kim, daj mi zdrowe dziecko. Będę ci bar­dzo wdzięczna.

Roskin się uśmiech­nął.

-?Nie ma prze­ciw­wska­zań. -?Wycią­gnął rękę do tyłu i wyłą­czył ultra­so­no­graf. -?Możesz się wytrzeć i ubrać. Zapi­szę ci tro­chę dodat­ko­wych wita­min, a potem wra­caj do domu. Sio­stro Kor­bin, mogłaby pani pomóc pani McA­li­ster?

-?Dam sobie radę, dok­to­rze -?odpo­wie­działa Rachael, wycie­ra­jąc żel. Poczuła w brzu­chu kop­nię­cie dziecka.