Rozdział 1Optymalna perspektywa
W pierwszej części książki wprowadzam czytelniczki i czytelników w ideę cyberpsychologii pozytywnej. Treść rozdziału odzwierciedla proces wnioskowania, który wiedzie od charakterystyki typów systemów i jednostek, które mogą wchodzić w ich skład, przez koncepcję układów rozszerzonych oraz wiktymologiczny trend zaobserwowany w badaniach prowadzonych w obszarze interakcji człowiek-komputer. Emocjonalnym tłem rozważań jest indukowane przez futurologów zaniepokojenie związane z możliwością rozwoju nadludzkiej sztucznej inteligencji oraz nadzieja na świadome kształtowanie korzystnych dla człowieka powiązań z racjonalnymi agentami. Cyberpsychologię pozytywną prezentuję zarówno jako perspektywę badawczą, jak i dziedzinę wspierającą działania praktyczne. Refleksji przyświeca przekonanie, że tym, co człowiek zrządził, on sam może, a nawet powinien, zarządzić.
Słowa kluczowe: psychologia pozytywna, sztuczna inteligencja, transhumanizm, systemy hybrydowe, systemy rozszerzone, cyberpsychologia, cyberpsychologia pozytywna.
Kontekst: paralelne projekty
Rok 1998 był szczególny. Gdy przeglądałem w Wikipedii katalog odnotowanych w tym czasie wydarzeń, moją uwagę przykuło uruchomienie wyszukiwarki Google, dopuszczenie do handlu viagry oraz początek działalności Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Jednocześnie dostrzegłem brak informacji o faktach, których tam szukałem, choć przyznam, że czyniłem to bez wielkich nadziei. Mam na myśli symboliczne proklamowanie psychologii pozytywnej przez Martina E.P. Seligmana, prezentację wizji "wielkiej powodzi" przez Hansa Moraveca, założenie przez Nicka Bostroma i Davida Pearce'a Światowego Stowarzyszenia Transhumanistycznego (WTA) oraz, o czym będzie mowa w dalszej części rozdziału, wprowadzenie przez dwóch kognitywistów intrygującej koncepcji poznania, które... w głowie się nie mieści.
Projekt pozytywny: człowiek szczęśliwy
Przypomnijmy lub wyobraźmy sobie świat przed pojawieniem się psychologii pozytywnej[5]. Seligman, doświadczony badacz, któremu sławę przyniósł systematyczny opis zjawiska wyuczonej bezradności, staje na czele Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego (APA). O znaczeniu tej instytucji niech świadczy choćby fakt, że wyznacza ona standardy piśmiennictwa naukowego i zapisy bibliograficzne w tej książce są zgodne właśnie z wytycznymi APA. Seligman pojawia się jako 106 z kolei przewodniczący tej zacnej instytucji - jego poprzednikami byli między innymi tacy tytani psychologii, jak William James, Robert Yerkes czy Jerome Bruner. Jak wieść niesie, Seligman w trakcie noworocznego spotkania w styczniu 1998 roku w Akumal, podczas rozmowy o stanie nauki o duszy opowiedział anegdotę, która jest dziś traktowana jako mit założycielski psychologii pozytywnej. Podobno wspomniał swoją trzyletnią córkę Nikki, która widząc jego pochmurną twarz, spytała, czy mógłby przestać być marudny, skoro jej się to udało. Ten pozornie mało znaczący, spontaniczny przekaz stał się iskrą prowadzącą do poznawczej detonacji w umyśle Seligmana. Pod jego wpływem naukowiec postanowił nie tylko zmienić swoją postawę wobec życia, lecz także wykorzystać aktualną pozycję w APA, by zweryfikować i zmodyfikować stosunek psychologii do człowieka.
Seligman roztoczył wizję psychologii i nauk społecznych w XXI wieku, zgodnie z którą "będą one przechodzić od grzebania się w brudach i szukania środków zaradczych, do przekształcania się w pozytywną silę służącą zrozumieniu i pielęgnowaniu najwyższych wartości życia osobistego i obywatelskiego" (Seligman, 2004, s. 20). Fundamentem tego postulatu był obraz psychologii w XX stuleciu, która przypominała raczej wiktymologię niż naukę o źródłach ludzkiej witalności. Niezliczone rzesze specjalistów, z nim włącznie, przez lata zajmowały się zjawiskami patologicznymi, rozwijając liczne modele wyjaśniające, metody diagnozy i szkoły terapeutyczne. Jeśli przyjąć skalę zdrowia psychicznego, z zerem jako punktem oznaczającym brak zaburzeń i wartościami ujemnymi wskazującymi różnego typu problemy, to wysiłki psychologów były skierowane głównie na eliminację trudności, a przesunięcie pacjenta w stronę środka tej skali traktowano jako zadowalający efekt pracy. Wieloletnia koncentracja na niesprawnościach spowodowała, że sama profesja zaczęła się kojarzyć z problemami psychicznymi i terapią. Psychologowie nadal dźwigają stygmat "speca od wariatów" i wiele jeszcze wody musi upłynąć w Wiśle, Nilu i Missisipi, by ujawnienie swojej specjalności w rozmowie z nowo poznaną osobą nie wprowadzało niezręcznego napięcia. Ustawienie w centrum uwagi dysfunkcyjnej strony psychiczności skutkowało brakiem oferty dla ludzi zdrowych, którzy musieli szukać wsparcia "na własną rękę", improwizując w zakresie rozwoju osobistego, szukając pocieszenia w rozmaitych sektach, konsumpcji, nałogach itp. Jak wiadomo, zdrowie nie jest jedynie brakiem choroby i człowiek potrzebuje jeszcze wsparcia, by przesunąć się z punktu zero w kierunku szczęścia i spełnienia. Z tego powodu silna wydała się potrzeba rozwijania psychologii pozytywnej, a jej zaspokojenie - zadaniem niecierpiącym zwłoki.
Tak oto u progu nowego tysiąclecia w centrum uwagi psychologów znalazł się rozwój najlepszych potencjałów homo sapiens, dzięki którym można osiągnąć dobrostan (well-being) i pozytywnie oceniać jakość swojego życia. W krótkim czasie po wystąpieniu Seligmana opublikowano katalog mocnych cech charakteru, jako swoisty "podręcznik zdrowia psychicznego"[6], a zarazem pozytywny odpowiednik klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego[7]. Określenie zbioru tych atrybutów wymagało sięgnięcia do skarbca wypełnianego przez wieki wartościowymi sugestiami dobrego życia, które sformułowali mistrzowie religii i filozofii, z Platonem i Arystotelesem na czele[8]. Na podstawie analizy klasycznych tekstów opracowano listę sześciu cnót charakteru i dwudziestu czterech sił psychicznych, których rozwój ma przyczynić się do ich osiągnięcia (zob. tab. 1.1).
Zaproponowany katalog był impulsem do realizacji projektów badawczych o impecie mogącym zawstydzić naukowców, którzy w ferworze poszukiwania przyczyn schizofrenii czy psychopatii nie docenili konieczności równie uważnej analizy wielu mocnych stron człowieka. Psychologia pozytywna rozkwita. W 2015 roku pojawiła się "druga fala psychologii pozytywnej" (Ivtzan i in., 2015) na bazie krytyki klasyfikowania zjawisk jako "pozytywne" lub "negatywne" (np. dla dobrostanu mogą być korzystne takie stany jak lęk, a szkodliwe takie jak optymizm). W 2021 roku wprowadzono "trzecią falę
Tabela 1.1.
Katalog postulowanych przez psychologię pozytywną cnót charakteru wraz z powiązanymi siłami psychicznymi[9]
Mądrość i wiedza
Odwaga
Człowieczeństwo
twórczość
ciekawość
otwartość umysłu
pasja zdobywania wiedzy
szerokie horyzonty umysłowe
dzielność
upór
spójność
witalność
zdolność do kochania
dobroć
inteligencja społeczna
Sprawiedliwość
Umiar
Transcendencja
przynależność
uczciwość
przywództwo
umiejętność przebaczania
pokora
roztropność
samoregulacja
podziw dla piękna
wdzięczność
nadzieja
humor
duchowość
Źródło: Peterson i Seligman (2004).
psychologii pozytywnej" (Lomas i in., 2021) postulującą wykroczenie poza jednostkę jako główny cel dociekań i głębsze spojrzenie na grupy i systemy, w których ludzie są osadzeni. Natomiast w 2023 roku wprowadzono pozytywne nauki o zdrowiu (positive health sciences; Burke i in., 2023) skoncentrowane na badaniu skuteczności pozytywnych interwencji ułatwiających osiąganie zdrowia psychicznego i fizycznego. Mnożą się stowarzyszenia o charakterze lokalnym i międzynarodowym (na stronie Positive Psychology Center naliczyłem ich 23), wzrasta liczba konferencji, publikacji książkowych, a specjalistyczne czasopismo naukowe The Journal of Positive Psychology ma wysoki wskaźnik cytowań i wysoko punktowane publikacje.
Projekt niepokojący: sztuczna inteligencja[10]
Gdy idea psychologii pozytywnej właśnie świtała w umysłach naukowców, do rąk czytelników trafił artykuł Hansa Moraveca (1998) pod znaczącym tytułem When will computer hardware match the human brain?[11]. Autor tekstu jest naukowcem i futurologiem, a jego postać jest godna uwagi co najmniej z trzech powodów. Pierwszym jest autonomiczny robot (Stanford Cart), który Moravec skonstruował w 1980 roku, w ramach swojej dysertacji doktorskiej. Ten śmieszny, przypominający osobiste obserwatorium astronomiczne, czterokołowy pojazd pierwotnie miał być łazikiem księżycowym sterowanym z Ziemi. Ostatecznie jednak został skonfigurowany jako pojazd autonomiczny i można go uznać za przodka Tesli. Drugim powodem jest tzw. paradoks Moraveca, dobrze znany w badaniach nad rozwojem sztucznej inteligencji i robotyki. Badacz zauważył pewną nieintuicyjną zależność, zgodnie z którą złożone funkcje, np. rozumowanie, wymagają mniejszej mocy obliczeniowej niż prostsze, wydawałoby się, dyspozycje, takie jak percepcja czy funkcje motoryczne. Według naukowca łatwiej jest sprawić, by komputery osiągnęły biegłość człowieka dorosłego w grze w warcaby, niż nabyły umiejętności rocznego dziecka w spostrzeganiu i poruszaniu się.
A teraz trzeci powód, który dla prowadzonych w tej książce rozważań jest najważniejszy. We wspomnianym artykule Moravec skupił się na problematyce tempa wzrostu pamięci i mocy obliczeniowej komputerów. Przewidywał, że wymagany sprzęt dorównujący ogólnej wydajności ludzkiego mózgu będzie dostępny w 2020 roku. Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę choćby sam aspekt pamięci, Moravec ma nosa do przewidywań. W roku pierwszego lockdownu firma Nimbus Data wprowadziła na rynek dysk ExaDrive DC100 o pojemności równej 100 terabajtom, a więc takiej, która odpowiada zasobom pamięci biologicznej naszego mózgu. Dysk można kupić na stronie firmy za 40 tysięcy dolarów. Wystarczy kliknąć przycisk buy now i wrzucić do koszyka dowolną liczbę pamięciowych odpowiedników wewnątrzczaszkowego centrum przetwarzania informacji. Nimbus Data już zapowiada wprowadzenie dysku 500-terabajtowego, co teraz jest sensacyjnym newsem, ale jestem przekonany, że za kilka lat wzbudzi na twarzach czytelniczek i czytelników jedynie pobłażliwy uśmieszek. Konstatację Wisławy Szymborskiej: "Kiedy wymawiam słowo Przyszłość, pierwsza sylaba odchodzi już do przeszłości" (Szymborska, 2012, s. 336), można w tym kontekście sparafrazować: gdy wypowiadam słowo "innowacja", pierwsza sylaba rozbrzmiewa już w historii techniki. Czy jest na sali ktoś, ktoś jeszcze pamięta dyskietkę Verbatim 5,25, o pojemności 1,2 MB? Ach, ta pamięć... Oczy jednak zwróćmy ku przyszłości. Popatrzymy na nią przez pryzmat zaproponowanej przez Moraveca metafory "wielkiej powodzi"[12], którą wprowadził pod koniec wspomnianego artykułu. Jest ona nie tylko nośna, lecz także malownicza, dlatego zaprezentuję ją w formie narracyjnej.
Wyobraź sobie, że lecisz śmigłowcem lub motolotnią nad ogromnym zbiornikiem wodnym. Jest tak duży, że przypomina morze. Szukasz wzrokiem jakiegoś punktu zaczepienia i nagle dostrzegasz wysepki, które zapowiadają obecność stałego lądu. Linia brzegowa jest coraz wyraźniejsza, za nią rozpościera się suchy, pofałdowany teren, który płynnie przechodzi we wzgórza, a dalej wypiętrza się jako łańcuch górski. Oto "krajobraz ludzkich kompetencji"[13]. Każdemu elementowi rzeźby terenu odpowiada jakaś ludzka dyspozycja. Niziny to kraina arytmetyki i uczenia się na pamięć, pogórze to obszar dowodzenia twierdzeń i gry w szachy, a szczyty górskie to lokomocja, koordynacja ręka-oko i interakcje społeczne.
W tym miejscu pozwolę sobie na mały komentarz. Jeśli właściwie odczytuję intuicję Moraveca, to plastyczna mapa, na którą spoglądamy, jest modelem ukształtowanym na bazie syntezy kompetencji tych przedstawicieli homo sapiens, którzy charakteryzują się najwyższym poziomem ich rozwoju. Każdemu wierzchołkowi odpowiada więc skrajna wartość rozkładu danego atrybutu w populacji. Bezwzględna wysokość, na jakiej lokowane są poszczególne zdolności, zależy natomiast od trudności jej przejęcia przez technologię. Wracamy do kokpitu.
Obszar krainy ludzkich kompetencji jest sukcesywnie zatapiany. Widzisz więc linię brzegową, która z sekundy na sekundę przesuwa się w stronę wzgórz. Poziom wody podnosi się i uświadamiasz sobie, że powodem przypływu jest rosnąca moc obliczeniowa komputerów, a dokładnie konsekwencji tego progresu w postaci konkretnych innowacji wykonujących dane zadania na poziomie co najmniej tak dobrym jak człowiek. Lądujesz na suchym lądzie, wiedząc, że skoro tu jesteś, potrafisz coś, czego systemy obliczeniowe nie potrafią. Co robisz?
Ekspansja technologii trwa od wielu lat. Kalkulator zatopił niektóre kompetencje w zakresie arytmetyki w dniu swoich narodzin, a więc w 1623 roku, z kolei program AlphaGo zamienił w dno morskie umiejętność grania w go w 2015 roku. W opinii Maxa Tegmarka, fizyka i kosmologa, który w ostatnim czasie aktualizował "krajobraz ludzkich kompetencji", coraz mniejszymi wyspami stają się obszary tłumaczenia i prowadzenia pojazdu, a inwestowanie ma kształt półwyspu (Tegmark, 2017/2019). Nad lustrem wody górują jednak: nauka, sztuka, kontakty społeczne i zarządzanie. Jak długo? Tego nie wiadomo.
Prezentując wizję "wielkiej powodzi", Moravec zalecał, "abyśmy w miarę zbliżania się tego dnia zbudowali arki i rozpoczęli życie marynarza!". Ale jednocześnie zaznaczył, że póki co "musimy polegać na naszych przedstawicielach na nizinach, którzy powiedzą nam, jak naprawdę wygląda woda" (Moravec, 1998, s. 12). A z jakich cząstek i mikroelementów jest zbudowana ta cyberciecz? Jej strukturę można określić mianem STARA[14] - akronim utworzony od wybiórczo wskazanych pierwszych liter zbioru: inteligentna technologia, sztuczna inteligencja, robotyka i algorytmy. Ze względu na to, że różne rozwiązania są ze sobą łączone, często mówi się również o technologii konwergentnej, a przyszłość rozważa się właśnie w aspekcie jej rozwoju (Diamandis i Kotler, 2020). Podręcznym przykładem konwergentnych rozwiązań są multimedialne urządzenia, takie jak smartfon, który łączy w sobie funkcje telefonu i komputera wraz z aplikacjami zastępującymi kilkanaście tradycyjnych urządzeń. Kluczową i zarazem reprezentacyjną rolę w tych zestawieniach odgrywa oczywiście sztuczna inteligencja, która jest nie tylko dziedziną informatyki, lecz także nazwą sztucznych systemów obliczeniowych stanowiących "układ nerwowy" rozmaitych technologicznych artefaktów. W wersji "słabej" (Artificial Narrow Intelligence) są to systemy rozwiązujące problemy - z którymi wcześniej mógł sobie poradzić jedynie ludzki umysł - na poziomie człowieka lub lepiej od niego, tak jakby miały umysł i myślały (np. gra w szachy). Natomiast w wersji "silnej" (Strong AI, Artificial General Intelligence) byłyby to systemy, które nie tylko funkcjonowałyby tak, jak gdyby miały umysł, ale rzeczywiście by go posiadały - byłyby zdolne do odczuwania zmysłowego, cechowałaby je samoświadomość i moralność (Searle, 1980). Nikt nie wie, czy (ani kiedy) OSI się pojawi. Na razie jest bohaterką popkulturowych narracji, które krajobraz ludzkich kompetencji już dawno zamieniły w dno technologicznego oceanu.
Projekt osobliwy: postczłowiek
Trzecim godnym odnotowania wydarzeniem 1998 roku było powołanie Światowego Stowarzyszenia Transhumanistycznego (WTA). Po dziesięciu latach zmieniło ono nazwę na Humanity+ i dzisiaj funkcjonuje pod tym szyldem. Frapujące jest to, że logotyp organizacji, w postaci znaku "H+", koresponduje z emblematem Fundacji Psychologii Pozytywnej, którym jest grecka litera "psi" (symbol psychologii) wzmocniona znakiem " + "[15]. Założycielami WTA są filozofowie, którzy interesują się poprawą losu człowieka i motywują to troską o ludzką kondycję. Bostrom koncentruje się na poszukiwaniu sposobów "tuningowania" człowieka, a Pearce'a nurtuje możliwość eliminacji źródeł cierpienia, najlepiej wszystkich. Reprezentowane przez założycieli stowarzyszenia tendencje są wyrażone w widniejącym na jego stronie sloganie, wyjaśniającym główny cel transhumanizmu: We want people better than well[16]. Seligman zapewne dostrzegłby w tym duecie symboliczne połączenie pozytywnej i negatywnej psychologii[17], które wyrastają z jednego pnia nauki o duszy. Jednak w przypadku transhumanizmu nie o duszę chodzi, przynajmniej oficjalnie[18].
Osobę, która uważa, że naturalne, biologiczne ograniczenia gatunku ludzkiego są nieodłączną cechą człowieczeństwa, a celem doskonalenia ludzi jest realizacja ich potencjału, można zaliczyć do biokonserwatywnie zorientowanych humanistów[19]. Zwolennikiem transhumanizmu stanie się w momencie, kiedy przestanie akceptować istnienie wspominanych barier i uzna, że właściwą drogą do osiągnięcia doskonałości jest ich przekraczanie (np. na drodze biohackingu). Zapewne poprze wtedy również inną tezę transhumanistów, zgodnie z którą procesem ewolucji można sterować i człowiek powinien przejąć nad nim kontrolę. Ta wizja uwodzi obietnicą wejścia na wyższy szczebel rozwoju i - już w postaci postczłowieka - czerpania radości z superdługowieczności, superinteligencji i superdobrobytu[20].
Mój znajomy, który jest zwolennikiem urzeczywistniania idei transhumanizmu, twierdzi, że postulowany przez przedstawicieli psychologii pozytywnej rozwój jest jedynie mieszaniem w tym samym kotle rozwoju osobistego, którego efekty są i tak ograniczone przez starzejące się ciało. Transhumanizm chce wyzwolić człowieka z "biologicznego więzienia", a autoewolucji ma pomóc cyborgizacja, a więc łączenie ciała z artefaktami technologicznymi. Rozszerzenie spektrum percepcji, wzmocnienie koncentracji, uzyskanie nadludzkiej siły, wolność od traumy czy odporność na ból - zdaniem transhumanistów to wszystko może się dokonać dzięki wsparciu nauki, głównie informatyki, nanotechnologii, biotechnologii i kognitywistyki. A nad bezpiecznym i etycznym wykorzystaniem aplikowanych wzmocnień ma czuwać właśnie stowarzyszenie Humanity+. Organizacja zaczęła działalność z przytupem, od razu tworząc czasopismo Journal of Transhumanism[21]. To właśnie w pierwszym numerze tego periodyku Hans Moravec opublikował tekst prezentujący znaną nam już wizję "wielkiej powodzi".
* * *
Psychologia pozytywna, sztuczna inteligencja i transhumanizm są zapatrzone w ideał, którym są odpowiednio: człowiek szczęśliwy, superinteligencja oraz postczłowiek. Mają zarówno gorących propagatorów, jak i krytyków. Psychologii pozytywnej zarzuca się apodyktyczne narzucanie dążenia do szczęścia, rozwój SI wydaje się "opętany" przez tyranię innowacyjności, natomiast idee transhumanizmu przyprawiają o ból głowy osoby lokujące przedstawicieli homo sapiens na szczycie hierarchii bytów. Tymczasem ludzkość uwija się w swoim codziennym kieracie, szukając sposobu na dobre i godne życie. Niczym Nietzscheański akrobata balansuje na linie rozpiętej między kolumnami potężnej technologii i impulsywnej biologii, chroniąc kruche człowieczeństwo przed nagłym upadkiem. Wyobraźnia podpowiada, że odpowiednie naprężenie liny wcześniej czy później da możliwość wykorzystania jej jako trampoliny przenoszącej do wymiaru superwieczności i wolności od chorób. Czy będzie to również piękniejsze człowieczeństwo? Tego nie wiadomo. Póki co staramy się dbać o utrzymanie równowagi, zachowując poczucie godności i kontroli nad własnym życiem.
Umysły w systemie
Intelektualny szlak do cyberpsychologii pozytywnej rozpoczniemy od obserwacji, zgodnie z którą na naszej planecie stykają się jednostki, które można wyodrębnić ze względu na typ umysłu[22]. Zaznaczę, że umysł nie jest tu pojmowany jako jakaś tajemnicza substancja w mózgu czy też inny "homunkulus" zarządzający materialną powłoką, lecz jest terminem, który jak parasol obejmuje szeroką grupę funkcji poznawczych, umożliwiających między innymi odbiór bodźców, ich zapamiętywanie, rozwiązywanie problemów czy podejmowanie decyzji.
Człowiek, podobnie jak zwierzęta, jest jednostką naturalną, jeśli jest wyposażony w umysł ukształtowany na drodze ewolucji. Takim tworem interesują się między innymi psychologowie poznawczy. Bazujące na SI artefakty, np. w postaci sterujących robotami algorytmów, to z kolei jednostki sztuczne. Dysponują one zaprojektowanymi przez człowieka aparatami poznawczymi imitującymi funkcje umysłu naturalnego, którym pasjonują się eksperci z zakresu informatyki, a także psychologii sztucznej inteligencji. Natomiast w przypadku jednostek hybrydowych, takich jak postaci cyborgiczne, mamy do czynienia z połączeniem umysłu naturalnego z artefaktami. Hybrydowy aparat poznawczy jest oczkiem w głowie transhumanistów, ale interesują się nim również psychologowie (w tym przedstawiciele cyberpsychologii), ponieważ - jak się niebawem przekonamy - człowiek nie musi mieć implantów zespolonych z jego układem nerwowym, by integrować artefakty ze swoim umysłem[23].
Wymienione jednostki (niekiedy będę je określał mianem agentów) wchodzą ze sobą w interakcje, tworząc spontanicznie lub intencjonalnie różnorodne systemy: naturalne w przypadku ludzi, sztuczne, gdy są to jedynie artefakty, oraz systemy hybrydowe, gdy sprzęgają się ze sobą elementy naturalne i sztuczne. Każda jednostka może przy tym przynależeć do wielu układów, przyczyniając się do realizacji specyficznej funkcji każdego z nich. Na przykład, jeśli jego głównym celem jest poznanie, wtedy mówimy o systemie poznawczym, a gdy edukacja - mamy na myśli system szkolny. Układ, który sprzyja osiąganiu dobrostanu, będę określał mianem systemu pozytywnego. Z obowiązku dydaktycznego dodam, że ojcem pojęcia "system" jest biolog, Ludwig von Bertalanffy (1968), który ideę holistycznego ujmowania zjawisk w dojrzałej postaci przedłożył w formie ogólnej teorii systemów. U podstaw tego podejścia leży znana teza Arystotelesa, że całość jest czymś więcej niż sumą części, co oznacza, że analiza poszczególnych składowych systemu jest niewystarczająca dla zrozumienia jego własności. Bertalanffy wyraził tę intuicję następująco: "Ponieważ podstawową cechą istoty żywej jest jej organizacja, tradycyjne metody badania poszczególnych elementów nie mogą dać pełnego wyjaśnienia zjawisk życia. Badania takie nie dają żadnej informacji o koordynacji poszczególnych części i elementów" (Bertalanffy, 1976, s. 30-31). Uważał również, że samego człowieka nie można rozpatrywać w oderwaniu od jego otoczenia, ponieważ dopiero razem z nim jest czymś rzeczywistym.
Ziarno zasiane na gruncie biologii dało bogaty plon w postaci systemowego podejścia do zagadnień rozpatrywanych między innymi na gruncie matematyki, cybernetyki, informatyki i, oczywiście, psychologii, w tym pozytywnej[24]. Spójrzmy więc na świat przez ten pryzmat.
Systemy naturalne
Przykłady systemów, w skład których wchodzą jednostki naturalne, znajdujemy w królestwie zwierząt. Za każdym razem, gdy widzę unoszące się w powietrzu stado szpaków, pozostaję pod wrażeniem tego dynamicznego, zjawiskowego tworu o wciąż zmieniających się kształtach. Co ciekawe, badania dotyczące wielotysięcznych zbiorowisk tych ptaków wykazały, że nie ma wśród nich lidera. W jaki więc sposób szpaki wchodzą ze sobą w interakcję i ustalają trajektorię lotu? Okazuje się, że jednostki podejmują decyzję o zmianie toru poruszania się w powietrzu, kierując się dwiema zasadami: skręcaj w stronę, w którą leci siedmiu najbliższych pobratymców, oraz szukaj miejsca, w którym jasne niebo będzie w jak najwyższym stopniu zasłonięte przez ich ciemne sylwetki. Wiemy o tym dzięki udanym symulacjom przeprowadzonym przez naukowców z Uniwersytetu Warwick (Pearce i in., 2014). Po wprowadzeniu wymienionych założeń udało się im stworzyć obraz sztucznego stada szpaków atakowanych przez drapieżnika (krogulca) i jednocześnie dokonać wspanialej ilustracji istoty zespołowości, wyrażonej akronimem TEAM (od: Together Everyone Achieves More[25]).
W przypadku ludzi naturalne, "nieuzbrojone" w artefakty układy należą do rzadkości. Oczywiście można je wyodrębniać z technologicznego tła i wskazać systemy rodzinne, partie polityczne, wspólnoty religijne, grupy teatru improwizowanego czy zespoły chórzystów. Znajdziemy je także wśród społeczności, do których nie dotarła cywilizacja techniczna, lub tych, które technologię ostentacyjnie odrzucają. Gdybym miał taką możliwość, chętnie przyjrzałbym się z bliska wspólnocie Amiszów (zostawiając smartfon w hotelu). Mimo że jej członkowie na co dzień żyją "analogowo", wykorzystują mnóstwo artefaktów w postaci narzędzi, które włączają do procesu rozwiązywania problemów. Jeszcze nie tak dawno wstrzemięźliwość wobec korzystania z technologii cyfrowych manifestowali przedstawiciele sekt chasydzkich. Ale jak wynika z zebranych w 2020 roku danych, już około 60% ortodoksyjnych Żydów korzysta z Internetu (Lubell i in., 2020). Rolę czynnika spustowego odegrała pandemia COVID-19 i lockdown. Zresztą zagrożenie epidemiczne okazało się niespodziewanym katalizatorem rozwoju wielu systemów łączących ludzi i artefakty, a przymiotnik "hybrydowy" w błyskawicznym tempie przylgnął do takich pojęć jak praca czy szkolenia. Nauczyciele, uczniowie i pracownicy wielu firm z dnia na dzień stali się dla siebie obrazem na ekranie komputera, a tryb pracy home office sprawił, że ludzie powoli zaczęli się zamieniać w homo office, jak to sarkastycznie ujął anonimowy twórca mema.
Internet otwiera możliwość bardziej namacalnego łączenia umysłów ludzi, a konkretnie ich mózgów, co znamy jako projekt BrainNet (interfejs mózg-mózg). Zaznaczę, że tworzone w ten sposób układy należy traktować już jako hybrydowe, jeśli można w ich granicach wskazać jednostkę sterowaną umysłem sztucznym. To urzeczywistnienie idei poznania rozszerzonego robi wrażenie, zwłaszcza że udane próby mamy już za sobą. W 2013 roku Miguel Nicolelis połączył umysły szczurów (Nicolelis, 2014). Jeden osobnik znajdował się na Uniwersytecie Duke'a w USA, a drugi w Natalu w Brazylii (dzielił je dystans około 6,5 tysiąca kilometrów w linii prostej). Szczur rezydujący w Ameryce Północnej nauczył się naciskać dźwignię, gdy zapalano czerwone światełko. Z kolei jego pobratymiec z Ameryki Południowej został wytrenowany, by wykonywać identyczną czynność, gdy tylko jego mózg zostanie poddany stymulacji sygnałem z implantu. Otrzymywał za to nagrodę w postaci porcji wody. Po opisanym treningu kory ruchowe szczurów zostały połączone internetowym łączem. Kiedy pierwszy szczur zobaczył czerwone światło i naciskał dźwignię, sygnał wędrował z USA do Brazylii, gdzie drugi gryzoń uruchamiał swoją reakcję i mógł się napić wody. Na dziesięć prób siedem okazało się skutecznych.
Sześć lat po badaniach Nicolelisa utworzono wspomniany BrainNet, łącząc mózgi trzech osób (Jiang i in., 2019). Ich zadaniem było takie ustawienie bloku (podobnego do stosowanych w Tetris), by zmieścił się w luce między dwoma innymi. Para uczestników pełniła funkcję nadawców, a ich kolega był odbiorcą. Aktywność neuronalną nadawców rejestrowano za pomocą EEG. Gdy chcieli zasygnalizować polecenie obrotu bloku, musieli skupić wzrok na źródle światła o wysokiej częstotliwości, natomiast by przekazać sugestię braku obrotu, skupiali się na świetle o niskiej częstotliwości. Sygnał ten był przekształcany na impuls magnetyczny, który dostarczano odbiorcy za pośrednictwem przezczaszkowej stymulacji magnetycznej (TMS). Impuls ten sprawiał, że odbiorca "dostrzegał" w polu widzenia błysk światła, wskazujący, że blok musi zostać obrócony. Brak sygnału w określonym przedziale czasu był z kolei instrukcją, aby tego nie robić. Opisany system BrainNet przetestowano na pięciu grupach osób badanych i stwierdzono, że po kilku próbach osiągały one 80% dokładności w wykonywaniu zadania.
Systemy sztuczne
Nie wszystkie artefakty muszą być zespolone z człowiekiem, choć jasne jest, że z dobrodziejstw współpracujących ze sobą sztucznych systemów korzystają ludzie - zwłaszcza ci, którzy mieszkają w "inteligentnym domu" (Smart Home). Na stronach firm oferujących asortyment zwiększający "IQ" domowego ogniska najczęściej można przeczytać, że produkty zapewnią komfort, bezpieczeństwo, a w dalszej perspektywie czasowej - oszczędność energii, czasu i pieniędzy. W asortymencie można znaleźć "inteligentne" urządzenia zarządzające ogrzewaniem, bezpieczeństwem, oświetleniem itp. Dowiadujemy się też, że sztuczne jednostki są kompatybilne i współpracują ze sobą, uprzyjemniając życie na wiele sposobów, włącznie ze sprawdzaniem stanu urządzeń AGD, zamawianiem produktów w sklepie oraz powiadamianiem ochrony w przypadku wykrycia intruza.
Tajemnicą "inteligencji" domów jest system, któremu brytyjski pionier technologii Kevin Ashton nadał nazwę Internet rzeczy (Internet of Things, IoT; Kramp i in., 2013). Jest to sieć powiązanych ze sobą artefaktów, które są wyposażone w czujniki, aktuatory (systemy wykonawcze), przekaźniki i procesory do przetwarzania i wymiany danych. Jeśli wierzyć ekspertom, to obiektem, który da się włączyć do IoT, może być praktycznie wszystko: sprzęt RTV i AGD, dowolne maszyny, jeziora, lodowce, samochody, drogi, budynki, przedmioty osobiste, drzewa, a nawet zwierzęta i ludzie (Singh i Chopra, 2017). Warunkiem jest możliwość uzyskania dostępu online do danej jednostki. Poza infrastrukturą cywilną IoT jest rozwijany w wielu innych dziedzinach. W biznesie usprawnia produkcję poprzez planowanie zasobów, ocenę stanu maszyn i ich naprawę (Smart Factory), a w miastach jest stosowany do analizowania infrastruktury i przepustowości dróg (Smart City). Przydatność IoT jest też widoczna w służbie zdrowia. Połączenie jednostek szpitala w sieć ułatwia monitorowanie sal operacyjnych, sprzętu, a dodatkowo również pacjentów. Ale to nie wszystko. Wyobraźmy sobie astmatyka, który dzięki odpowiednim czujnikom otrzymuje informację o podwyższonym stężeniu ozonu w powietrzu. Oprócz tego system może zasugerować interwencję medyczną w celu uniknięcia ataku astmatycznego, np. poprzez zalecenie wdychania odpowiednich leków. Jak widać, opisując układy złożone jedynie z artefaktów, szybko znaleźliśmy się w sferze powiązań hybrydowych. Podobnie było, gdy zamierzałem scharakteryzować systemy naturalne. Ale mimo to wniknijmy w świat artefaktów.
Specjalnym typem sztucznych jednostek, które mogą być połączone siecią, są tak zwane racjonalne agenty (rational agents)[26]. Szerzej scharakteryzuję je w trzecim rozdziale, teraz jedynie zasygnalizuję, że chodzi o autonomiczne artefakty mogące wchodzić ze sobą w interakcje i dzięki temu osiągać jakiś nadrzędny cel (Wooldridge, 2002). Połączone agenty tworzą systemy wieloagentowe (multi-agent systems). Gdybyśmy w świecie przyrody chcieli znaleźć ich naturalny wzorzec, byłby nim układ nerwowy ośmiornicy - aż dwie trzecie jej neuronów znajduje się w ramionach, sprawiając, że każde ramię dysponuje własnym "mózgiem"[27].
Systemy wieloagentowe mogą działać w środowisku fizycznym lub w chmurze. Tworzy się je na potrzeby wyszukiwania informacji w sieci, symulacji rynku, wspomagania zarządzania, kontroli (np. ruchu lotniczego) itp. Ich cechą wspólną jest praca bez żadnej interwencji użytkownika, reagowanie w sposób adekwatny do zmian w środowisku oraz samodzielność podejmowania decyzji. Jednostki tworzące tego typu system mogą być również obecne w ludzkim ciele. Mam na myśli nanoboty, których pomysłodawcą był Richard Feynman, noblista uznany za jednego z najwybitniejszych fizyków wszechczasów. Nanoboty są mikroskopijnymi robotami (bilionowe części metra), a w formie nubotów składają się jedynie z molekuł i białek, z których zbudowane jest DNA. Nuboty uruchamia się, aktywując struktury DNA. Dzięki temu mogą wykonywać wiele pożytecznych prac, takich jak np. niszczenie nowotworów poprzez dostarczanie leków w terapii celowanej. Z rozwojem nanobotów wiąże się wielkie nadzieje, ale uzasadnione są również pewne obawy.
W 2005 roku Raymond "Ray" Kurzweil, jeden z najbardziej wpływowych informatyków i futurologów naszych czasów, wysnuł przypuszczenie, które pewnie nie byłoby warte przypomnienia, gdyby nie zajmująca uwagę ludzkości pandemia COVID-19. Otóż prognozował on, że w 2020 roku będziemy dysponowali w pełni skutecznymi technologiami antywirusowymi opartymi na nanobotach, dzięki którym zniknie złośliwy potencjał wirusów biomodyfikowalnych lub innych (Kurzweil, 2005/2020). Miał rację czy się pomylił? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mocno przesadził z optymizmem, bo przecież znalezienie "młota na wirusa" powinno skutkować natychmiastowym wdrożeniem innowacji i uwolnieniem ludzkości od śmiertelnego zagrożenia. Gdy jednak uważniej wczytamy się w wizję Kurzweila, zauważymy sformułowane przez niego ostrzeżenie. Zdaniem "Raya" samoreplikujące się nanoboty mogą być technologią stanowiącą jeszcze większe ryzyko niż zjadliwe funkcjonowanie mniej inteligentnych istot biologicznych, co oznacza, że sugerowane lekarstwo mogłoby być gorsze od samej choroby. W związku z tym nasuwa się przypuszczenie, że antywirusowe nanoboty mogą już istnieć, ale ich aktywizację powstrzymują ludzie, którzy wykazują się Pietrowowską[28] odpowiedzialnością za losy gatunku homo sapiens. Problem autonomii sztucznych systemów może spędzać sen z powiek, ale tkwi w nim również energia motywująca do podejmowania działań zapobiegawczych. W umysłach niektórych ludzi, a wiem to z pewnego źródła, wzbudza nawet pomysł rozwijania cyberpsychologii pozytywnej.
Systemy hybrydowe
Obserwując poczynania czarodzieja gitary Jimiego Hendrixa, wirtuoza skrzypiec Joshuy Bella czy mistrza pianistyki Keitha Jarretta, nie mamy wątpliwości, że muzycy zespalają się z instrumentem. Podobnie jest w sportach motorowych, gdzie kierowcy Formuły 1 stapiają się ze swoimi bolidami, a żużlowcy tworzą jedność z mechanicznymi rumakami pozbawionymi układu hamulcowego. W systemach hybrydowych funkcjonują również naukowcy. Nancy Nersessian (2005) obserwowała innowacyjne wspólnoty badawcze inżynierii biomedycznej, które pracowały nad sztucznymi naczyniami krwionośnymi i stwierdziła, że rozwiązywanie tego typu problemów wymaga stałego używania modeli fizycznych. Badaczka poddała analizie praktyki pracy naukowców i zauważyła, że laboratorium jest dynamiczną przestrzenią problemową, która ściśle łączy ludzi i artefakty. Dostrzegła, że w takich warunkach procesy poznawcze nie ograniczają się do głowy jednego badacza, lecz angażują wszystkie jednostki systemu. Zewnętrzne modele pełnią funkcję "myśli umieszczonych na stole" - reprezentacji, na których dokonuje się przekształceń - tak jakby procesy poznawcze przebiegały w jednej głowie. Zaobserwowaną przez Nersessian praktykę zapewne potwierdzą osoby zajmujące się twórczością. Matematycy i fizycy wykonują obliczenia na tablicy, architekci modyfikują projekty na stole kreślarskim, a kompozytorzy dokonują modyfikacji pomysłów na papierze nutowym. Elementy środowiska w każdym z tych przykładów są zewnętrzne wobec jednostki, ale tylko wtedy, gdy spojrzy się na system z perspektywy obserwatora.
Systemy hybrydowe mogą się różnić dystansem, jaki dzieli jednostki naturalne i artefakty. Gdy mamy do czynienia z zespoleniem układu nerwowego ze sztuczną jednostką (np. w formie implantu), wtedy mówimy o tzw. twardej cyborgizacji. Mniejszy jej stopień dotyczy osób, których funkcjonowanie jest usprawniane poprzez wykorzystanie technologii w postaci protez niezespolonych z neuronami. W tym sensie cyborgiem można w zasadzie nazwać każdą osobę, która ma aparat słuchowy lub sztuczną zastawkę, co zdecydowanie rozszerza kategorię jednostek hybrydowych i zaciera różnicę między nimi a istotami precyzyjniej określanymi w języku angielskim niż polskim jako natural human beings. Powszechność innowacji technologicznych i interakcji z nimi sprawia, że do coraz większej liczby osób pasuje określenie miękka cyborgizacja. Takie artefakty jak smartfon, smartwatch czy komputer osobisty tworzą bowiem rodzaj "elektronicznej skóry", która w coraz większym stopniu stapia się z człowiekiem (zob. Kamieński, 2014, 2022).
Pandemia COVID-19 wzmocniła miękką cyborgizację poprzez uwypuklenie użyteczności artefaktów, które ułatwiają łączenie umysłów ludzi. Internet, zwany także "Internetem ludzi" (Internet of People; IoP), pomijając aktywność botów, jest współdzieloną przestrzenią, ogólnoświatową agorą, dzięki której umysły użytkowników kontaktują się ze sobą, a przez to kształtują obraz świata, wpływają na decyzje, stan emocjonalny oraz zaspokajanie mnóstwa potrzeb, z potrzebą poznania na czele (nie tylko w przypadku naukowców). Dla podkreślenia możliwości generowania zbiorowego światopoglądu w ramach internetowej sieci Richard G. Boire zaproponował w 1999 roku sformułowanie "wirtualna świadomość zbiorowa" (virtual collective consciousness). Jeśli przywołamy Jungowską metaforę dłoni, której palce, symbolizujące każdego człowieka, wyrastają ze wspólnego śródręcza kolektywnej nieświadomości, to Internet jest przestrzenią między nimi - obszarem, w którym się poruszają, wykonują różne zadania i, co istotne, wchodzą ze sobą w interakcje.
Dystans między tym, co naturalne i tym, co sztuczne, wciąż się zmniejsza, a to oznacza, że z dnia na dzień bezwiednie przesuwamy się wzdłuż kontinuum cyborgizacji (the human-cyborg continuum; Jupiter, 2016). Zauważmy, że pokolenie ludzi zakochanych w kinie wychowało ludzi namiętnie oglądających telewizję. Z kolei ich zapatrzone w ekrany komputerów dzieci wydały na świat potomstwo mające problem z oderwaniem wzroku od smartfonów, które są podręcznym kinem, telewizją i komputerem.
Powoli oswajamy się z rzeczywistością rozszerzoną (augmented reality; AR). Jej namiastkę dała zaprojektowana przez Satoshi Tajiri gra Pokemon, która jest tak popularna, że nie trzeba jej opisywać. Ucieszyłem się, gdy moja córka postanowiła łapać i trenować te elektroniczne stworki. Dzięki temu zaczęliśmy przemierzać spore dystanse na wolnym powietrzu. Ale zrozumiałem też wtedy coś ważnego - różnicę pokoleniową. Ja należę do pokolenia cyfrowych imigrantów (digital immigrants), a moja córka jest cyfrowym tubylcem (digital native; Prensky, 2001). Ona urodziła się w świecie z powszechnym dostępem do komputerów, asymiluje technologię i intuicyjnie opanowuje działanie innowacji. Ja natomiast adaptuję technologię, częściej sięgam do instrukcji użytkowania i jestem przyzwyczajony do tradycyjnych źródeł przekazu (np. portali przypominających gazetę). W mieście, w którym mieszkaliśmy, najbardziej zasobna w pokemony stacja znajdowała się przy pomniku Marii Skłodowskiej-Curie. Postanowiliśmy do niej dotrzeć. Gdy byliśmy na miejscu, spojrzałem na postać noblistki i oznajmiłem: "Tutaj powinna być stacja pokemonów". Zaraz po tym moja córka, patrząc w ekran smartfona, potwierdziła: "Tutaj jest stacja pokemonów, a więc powinien być pomnik Sklodowskiej-Curie". Zidentyfikowaliśmy docelowe miejsce, posługując się różnymi strategiami. Ja obrazem rzeczywistego świata, natomiast ona - jego cyfrową reprezentacją.
Każdy opis wzajemnych powiązań ludzi z artefaktami jest wycinkowy, dlatego, skoro dotknęliśmy AR, zatrzymajmy się jeszcze na moment przy artefaktach z nią związanych i spójrzmy w przyszłość. Przewiduje się, że niebawem masowo będą stosowane przenośne komputery w postaci okularów lub soczewek integrujących funkcje kamery i ekranu. W czerwcu 2023 roku producent iPhonów zaprezentował gogle Apple Vision Pro, które mają rozszerzać widzianą rzeczywistość o użyteczne informacje. Spostrzegany obraz jest kompilacją realnych obiektów oraz wyświetlanych danych. Zgodnie z przewidywaniem sformułowanym w Optimum, wiodącym dizajnerem okazał się rekin biznesu, instynktownie wyczuwający tłuste kąski. Jasne są przecież korzyści płynące z pozyskiwania danych na temat świata w jakim funkcjonuje użytkownik i preferowanych sposobów zaspokajania potrzeb. Oczywiście zachętą do upowszechnienia tego typu gogli będzie dostęp do informacji ułatwiających użytkownikom realizację zadań. Na przykład podczas monitorowania fabryki interfejs AR może pokazywać pracownikowi temperaturę różnych obiektów, datę ich ostatniej naprawy lub stopień zużycia. Odpowiednio wczesne dostrzeżenie usterek może uchronić wiele ludzkich istnień, a przy okazji zabezpieczy przed przestojami w produkcji. A teraz pomyślmy o marketingu i wyobraźmy sobie sytuację, w której konsument spostrzega w każdej reklamie zewnętrznej swoją twarz lub oblicze bliskiej osoby (wystarczy zastosować programy typu FaceApp). Pozyskanie uwagi gwarantowane. Możliwości modyfikacji i zagospodarowywania pola widzenia będą w zasadzie nieograniczone, a dodatkowe wprowadzenie możliwości rejestrowania punktów i czasów fiksacji wzroku w czasie rzeczywistym otworzy nieznane do tej pory możliwości badania procesów percepcji w warunkach naturalnych.
Jak system naturalny przekształca się w hybrydowy?
Jak się przekonaliśmy, pojęcie "system hybrydowy" ma dużą szansę stać się synonimicznym określeniem słowa "codzienność", a być może nawet formuły "tu i teraz". Sądzę jednak, że wiele osób wciąż postrzega innowacyjne artefakty jako rzeczywistość zewnętrzną wobec człowieka: choć znajdują się w bliskim otoczeniu, są odrębne wobec umysłu. Nic bardziej mylnego. Przekonamy się o tym, spoglądając na system z własnego punktu widzenia, określanego w psychologii jako perspektywa aktora. Odpowiednie wskazówki znajdziemy w psychologii poznawczej, w której terminy "umysł" i "system poznawczy" stosuje się zamiennie.
Nie każdy wie, że psychologia poznawcza pojawiła się w połowie XX wieku jako naukowa rebelia. Była kontrą wobec behawioryzmu, którego zwolennicy uznawali życie psychiczne za niemożliwą do naukowego badania rzeczywistość. Zainicjowana przez George'a Millera "rewolucja poznawcza" skierowała reflektor uwagi na procesy wewnątrzczaszkowe[29]. Impulsem był kontakt naukowca z tak wybitnymi postaciami jak Claude Shannon, Herbert Simon, Allen Newell czy Noam Chomsky. Miller spotkał się z nimi w trakcie zorganizowanego w 1956 roku na MIT sympozjum na temat przetwarzania informacji. Prezentował tam swoją koncepcję pamięci krótkotrwałej, a spotkanie opuścił z głębokim przekonaniem o konieczności interdyscyplinarnego podejścia do badania systemu poznawczego.
Ponieważ umysł jest tworem trudnym do zdefiniowania, naukowcy opisują go za pomocą modeli teoretycznych, które są wyrażane w postaci bardziej zrozumiałych porównań[30]. Najczęściej stosowana metafora komputerowa w wersji "silnej" stawia znak równości między mózgiem a hardware komputera oraz operacjami umysłowymi i jego software, natomiast w wersji "słabej" jedynie sygnalizuje pewne podobieństwo do artefaktu (skaner odpowiada procesom sensorycznym, twardy dysk - pamięci trwalej, a procesor - myśleniu i podejmowaniu decyzji). Psychologowie z nadzieją przyglądali się rozwojowi sztucznej inteligencji, sądząc, że jeśli systemy algorytmiczne będą symulować procesy poznawcze, to ich obserwacja da wgląd w black box umysłu. U podłoża refleksji naukowców leżały przy tym trzy przekonania (zob. Chlewiński, 1999). Po pierwsze, przyjęto, że operacje mentalne mają charakter obliczeniowy (komputacyjny), co otwierało drogę do poszukiwania analogii między funkcjonowaniem umysłu a działaniem programów komputerowych. Po drugie, uznano, że drogą do poznania świata jest formowanie i przekształcanie mentalnych reprezentacji (pogląd ten jest również określany jako reprezentacjonizm) - z tego powodu w badaniach skupiono się na poznaniu składowych mentalnego matrix, a więc schematów poznawczych, skryptów, ram, pojęć, sądów czy obrazów mentalnych. Po trzecie, co pragnę podkreślić, założono, że procesy poznawcze przebiegają wewnątrz ciała, a nawet wyłącznie wewnątrz mózgu (jest to tzw. internalizm). W związku z tym skupiono się na poszukiwaniu uniwersalnych reguł rządzących myśleniem niezależnie od okoliczności, marginalizując znaczenie fizycznego środowiska. W konsekwencji psychologowie kognitywni, chcąc odgrodzić umysł od postulowanego przez behawiorystów determinującego wpływu otoczenia, niechcący odizolowali go od świata. Zamknięty w czaszce podmiotu system od lat testuje się pod kątem myślenia, rozumowania, podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów, a ponieważ mózgiem wszystkich operacji poznawczych jest... mózg, wiedza o procesach poznawczych jest wzbogacana o identyfikację neuroanatomicznych korelatów procesów poznawczych.
Traktowanie umysłu jako niezależnego od środowiska systemu przetwarzającego informacje rozpala wyobraźnię osób, które zastanawiają się nad możliwością przenoszenia i archiwizowania go na różnych nośnikach (mind-uploading). Zasada "kopiuj-wklej" może jednak w tym przypadku nie zadziałać i wątpliwe jest, czy w przyszłości ktoś w trakcie rodzinnej awantury wypomni bratu, że to przez niego babcia zgubiła się w chmurze danych albo że zapodział kod dostępu do wiedzy i doświadczeń dziadka. Skąd ten sceptycyzm? Jego źródłem są wyniki badań prowadzonych w perspektywie tak zwanego poznania usytuowanego (situated cognition; np. Wilson, 2002). Jest to alternatywna wobec zapatrzonej w metaforę komputerową koncepcji, którą w ostatnim czasie dynamicznie rozwijają kognitywiści i psychologowie. Zgodnie z nią, gdybyśmy chcieli wgrać umysł danej osoby na inny nośnik, trzeba by to zrobić razem z jej ciałem (nie tylko mózgiem), społecznością, w której żyje, artefaktami, z którymi wchodzi w interakcje, a nawet kontekstem kulturowym. Po latach przetrzymywania umysłu w wewnątrzczaszkowej separatce naukowcy (oczywiście nie wszyscy) zerwali z internalizmem. "Uwolnili" go w stronę środowiska, którego elementy nie są już jedynie źródłem stymulacji, lecz także pełnią rolę ważnych składowych systemu poznawczego. Tę eksternalistyczną ideę łatwiej pojmiemy, jeśli przyjrzymy się wynikom badań nad poznaniem ucieleśnionym (embodied cognition; np. Barsalou i in., 2003). Przekonują one o zależności poznania od procesów metabolicznych, hormonalnych i sensomotorycznych. Podam kilka moich ulubionych rezultatów:[31]
- zaciskanie pięści ułatwia poznawczą dostępność słów związanych z władzą, a także zmienia postrzeganie zachowań asertywnych innych ludzi, co sugeruje zakorzenienie w ciele pojęć abstrakcyjnych;
- osoby, które stojąc, wychylały się w lewo względem osi własnego ciała, podawały mniejszą wysokość wieży Eiffla niż badani wychylający się w prawo, co sugeruje, że w rezultacie odchylenia postawy liczby z lewego lub prawego krańca osi liczbowej są bardziej dostępne;
- ludzie praworęczni wykazują związek pozytywnych ocen ze stroną prawą i negatywnych z lewą, a osoby leworęczne ujawniają związek symetrycznie odwrotny - dla nich pozytywne jest po lewej stronie, natomiast negatywne po prawej;
- ludzie opisują nowo poznaną osobę jako cieplejszą, gdy chwilę wcześniej trzymali w ręce kubek z gorącą kawą (w porównaniu z kawą mrożoną), co sugeruje związek stanów cielesnych z podstawowym wymiarem percepcji społecznej, określanym jako "ciepło" lub "wspólnotowość";
- badani, którzy myślą o przyszłości, stojąc, przechylają się nieznacznie do przodu (przyszłość jest z przodu), a kiedy myślą o zdarzeniach z przeszłości, odchylają ciała nieco do tylu (przeszłość jest z tyłu), co można interpretować jako cielesny korelat "umysłowych podróży w czasie".
Z tego, że procesów poznawczych nie da się sprowadzić do "iskrzenia na synapsach", oczywiście nie wynika, że układ nerwowy jest nieistotnym elementem systemu poznawczego. Należy raczej stwierdzić, że nie jest jedynym jego komponentem, ponieważ, jak się okazuje, procesy poznawcze mogą być realizowane nie tylko poza czaszką człowieka, ale także poza jego skórą. Kognitywiści Andy Clark i David Chalmers na oznaczenie tego typu aktywności zaproponowali termin poznanie rozszerzone (extended cognition)[32]. I teraz zagadka. W którym roku podzielili się tą myślą ze światem? Odpowiedź można znaleźć w poprzednim przypisie... Tak, właśnie w tym roku, którego osobliwy charakter kolejny raz sobie uzmysławiamy, w czasopiśmie Analysis opublikowali artykuł pt. The extended mind[33]. Łatwo się domyślić, że przykładami układów rozszerzonych są ludzie funkcjonujący w ścisłej interakcji z artefaktami bazującymi na SI oraz oczywiście transhumanistyczny postczłowiek.
Wyjaśniając aktywność umysłu, który rozszerza się na środowisko, inkorporując jego elementy, posłużę się analogią ze świata biznesu. Pewnie każdy z nas zamawia przez Internet produkty, które są nam przekazywane przez kuriera. Zakupu dokonujemy w konkretnej firmie, która wystawia stosowny paragon, ma numer NIP i jest podmiotem prawa. Żeby "biznes się kręcił" przedsiębiorca, który jest jego mózgiem operacji, musi porozumieć się z wieloma instytucjami, z którymi tworzy jeden system. Konieczne jest podjęcie decyzji, czy korzystać z usług firmy księgowej, kurierskiej czy też zatrudnić specjalistów, wyposażając ich w odpowiednie narzędzia. Pracownicy mogą sami administrować sklepem internetowym, ale przedsiębiorca może skorzystać z opcji outsourcingu i zlecać tę usługę. Podobnie może uczynić w odniesieniu do firmy ochroniarskiej, cateringowej i służb utrzymujących porządek. Biuro może się mieścić w budynku, którego jest właścicielem, ale powierzchnię może też wynajmować (tak jak przestrzeń magazynową, serwery itp.). Klienta zazwyczaj w ogóle nie interesują dylematy dostawcy, ponieważ na końcu wszystkie te elementy w jego umyśle składają się na obraz jednej i tej samej firmy, od której wymaga świadczenia usług najwyższej jakości. W ten sposób działalność gospodarcza (nawet jednoosobowa), która włącza w swoje granice inne podmioty, staje się systemem biznesowym, który możemy określić jako rozszerzony.
Wróćmy do umysłu. Jego "rozciągnięcie" na środowisko sprawia, że staje się on rozszerzonym systemem poznawczym[34]. Podanym przez Clarka i Chalmersa przykładem jest niejaki Otto, miłośnik sztuki z lekką postacią choroby Alzheimera, który korzysta ze swoich notatek, by znaleźć adres muzeum. Ze względu na to, że mózg tego człowieka wykorzystuje magazyn pamięci zewnętrznej, jest to nie tylko układ rozszerzony, ale również hybrydowy. Elementami otoczenia włączonymi w granice umysłu rozszerzonego mogą być implanty, nanoboty, bioniczne protezy, ale także różnego typu narzędzia, modele stanowiące zewnętrzną reprezentację jakiegoś problemu, bazy danych, Internet itp. Oczywiście mogą nimi być również umysły jednostek naturalnych (np. osoba niewidoma poruszająca się z psem przewodnikiem).
Człowiek określany przez klasyków psychologii kognitywnej mianem skąpca poznawczego w perspektywie poznania usytuowanego jawi się jako sprytny bystrzak, który stosuje improwizowane ekonomiczne rozwiązania. Nie musi wszystkiego wiedzieć i umieć, ponieważ może przenieść część pracy poznawczej na środowisko (cognitive off-loading) oszczędzając tym samym zasoby energii psychicznej (Risko i Gilbert, 2016). Ciekawą ilustrację tego procesu znajdujemy w filmie Memento z 2001 roku, w reżyserii Christophera Nolana. Według przedstawicieli neuronauki jest to najlepszy w historii kina filmowy opis amnezji następczej (Baxendale, 2004). Główny bohater, Leonard Shelby, nie potrafi zapamiętać nowych informacji, ale ułatwia sobie orientację w otoczeniu, fotografując spotykane osoby oraz utrwalając istotne fakty w formie tatuaży wykonywanych na własnym ciele. Podobnie, badając rozszerzone systemy poznawcze, identyfikuje się różnorodne strategie odciążania umysłu, dostrzegając w artefaktach użyteczne rusztowania poznawcze (cognitive scaffolding, Wygotski, 1978). Przykładem jest korzystanie z internetowych zasobów pamięci kolektywnej, translatorów, wykorzystywanie artefaktów do prezentowania i przekształcania idei (tak jak to dostrzegła Nersessian), uproszczenia wprowadzane do trudnych problemów związanych z uczeniem się, by te stały się łatwiejsze poprzez traktowanie otoczenia jako reprezentacji problemu lub projektowanie przestrzeni pracy tak, by typowe zadania były rozwiązywane szybciej i bardziej niezawodnie (np. zastosowanie cobotów w produkcji).
Cyberdreszczowiec ze światełkiem w tunelu
Jeśli człowiek inkorporuje elementy otoczenia, by ułatwić sobie funkcjonowanie poznawcze, to dlaczego nie miałby tego robić, by optymalizować swoje życie również w wymiarze dobrostanu psychicznego? Jak się okazuje, droga do cyberpsychologii pozytywnej wiedzie przez ciemną krainę.
Przypomnę, że systemy hybrydowe mogą być konstruowane intencjonalnie (np. w przypadku bionicznych protez lub digitalizowanych miejsc pracy) lub spontanicznie (np. w przypadku gier komputerowych). Właściwe decyzje w tym zakresie powinny pomóc człowiekowi utrzymać równowagę na wyobrażonej linie rozpiętej między kolumnami technologii i natury. Jest to również scenariusz możliwy do realizacji, o ile nie ziszczą się futurologiczne wizje, zgodnie z którymi technologia zacznie żyć własnym życiem i potrząśnie tą liną tak mocno, że ludzkość nie będzie miała szansy się na niej utrzymać. Potencjalna autonomia sztucznych systemów, o której wspomniałem przy okazji omawiania nanobotów, sprzężona z uwolnieniem niszczycielskiego potencjału tkwiącego w innowacjach technologicznych, rozpala wyobraźnię dziennikarzy, ostrzy pióra pisarzy i reguluje obiektywy operatorów filmowych. Vernor Vinge (1986), pisarz science-fiction, dla określenia czasów, w których komputery staną się inteligentniejsze od ludzi, wprowadził termin osobliwość (singularity). Kurzweil przewiduje, że OSI powstanie około 2045 roku, choć warto pamiętać, że trafność jego "proroctw" jak dotąd była dość niska. O trudnościach, jakie mogą się wiązać z rozwojem nadludzkiej inteligencji, informuje z kolei Kim Erie Drexler, fizyk, który jako pierwszy użył słowa nanotechnologia. Z jednej strony entuzjastycznie zakłada, że w przyszłości każdą chorobę czy fizyczny problem będzie można rozwiązać dzięki zastosowaniu SI oraz struktur nanometrycznych, ale z drugiej wysnuwa wizję "silników destrukcji", w które mogą się one przekształcić. Często cytowaną jego myślą są słowa:
"Rośliny" z "liśćmi" nie bardziej wydajnymi niż dzisiejsze ogniwa słoneczne mogą konkurować z prawdziwymi roślinami, zapychając biosferę niejadalnymi liśćmi. Twarde wszystkożerne "bakterie" mogą konkurować z prawdziwymi bakteriami. Mogą rozprzestrzeniać się jak lotny pyłek, szybko się replikować i zmieniać biosferę w pył w ciągu kilku dni. Niebezpieczne replikatory mogą być zbyt odporne, małe i szybko rozprzestrzeniające się, aby je zatrzymać. Przynajmniej, jeśli ludzkość się na to nie przygotuje. Ludzkość ma wystarczająco dużo problemów z kontrolowaniem wirusów i muszek owocowych (za: Joy, 2000/2020, s. 13).
Drexlerowi wtóruje Lem. Analizując w książce Tajemnica chińskiego pokoju komputerowe symulacje procesów ewolucyjnych, dostrzegł możliwość pojawienia się nowych tworów, które:
są konstrukcyjnie i informacyjnie zarazem "wyhodowanymi" prototypami małych, pseudożywych (chociaż martwych, chociaż nafaszerowanych tylko elektroniką) "stworzonek", służących na razie zabawie rozmaitych "nanologów", inżynierskich dziwaków, ale które mogą dać w przyszłości początek takiej ewolucji, która by samoistnie wystartować do biegu nie mogła. Byłaby to "ewolucja quasi-mechaniczna", czy może informatyczno-elektroniczna raczej, a nawet molekularno-kwantowa, jak powiadam, przez ludzi wszczęta i przez ludzi kierowana i sterowana, ale zdolna na którymś etapie do "przejęcia pałeczki", czyli do okazania "inicjatywy samorodnej", danej wzmagającą się suwerennością i powstającymi trendami specjalizacyjnymi (Lem, 1996, s. 21-22).
Suwerenność systemów, które powstają z inicjatywy człowieka, a potem wymykają się spod kontroli, rodzi realne obawy. Wspomniany wcześniej Bostrom sugeruje nie tylko pojawienie się superinteligencji, lecz także prezentuje wizję przejęcia przez nią władzy nad światem, malując ten obraz jaskrawymi, antropomorficznymi barwami. Pisze:
Wykorzystując supermoc myślenia strategicznego, SI opracowuje solidny plan osiągnięcia swoich długofalowych celów. (W szczególności SI nie wciela w życie planu tak głupiego, że nawet my, współcześni ludzie, jesteśmy w stanie przewidzieć jego nieuchronną porażkę; to kryterium wyklucza wiele scenariuszy SF, które kończą się triumfem ludzkości). Plan może obejmować okres utajonych działań, podczas którego SI ukrywa swój rozwój intelektualny przed programistami, by nie alarmować ludzkości. SI może również maskować swoje prawdziwe skłonności, udając, że jest potulna i skłonna do współpracy (Bostrom, 2014/2016, s. 145).
Pamiętajmy, że supermoc inteligencji jest trudnym do wyobrażenia atrybutem sztucznej jednostki. Jeśli przyjmiemy, że ludzka zdolność rozwiązywania problemów różni się od analogicznej kompetencji superinteligencji, tak jak zdolności matematyczne noworodka odbiegają od umiejętności liczenia fizyka kwantowego, to sprawność tę powinniśmy wzmocnić jeszcze miliard, a może i więcej, razy. Człowiek ze swoim pakietem zdolności poznawczych wypada na tym tle słabiutko. Obraz jego postaci maluje się jeszcze marniej, gdy spojrzymy na ludzkość z perspektywy tzw. dataizmu, a więc czegoś na kształt religii danych i ich przetwarzania. Yuval Noah Harari, który w ostatnim czasie zyskał status supermentora ludzkości, w książce Homo deus (2015/2019) omawia ideę, wedle której wszystko, co napotykamy we wszechświecie, można uznać za system przetwarzania danych. Człowiek również nim jest, z tym że należy go traktować jako algorytm, który niestety jest już passe:
Jeśli ludzkość rzeczywiście jest jednym systemem przetwarzania danych, to co stanowi jego dane wyjściowe? Dataiści powiedzieliby, że jego dane wyjściowe stanowi stworzenie nowego i jeszcze skuteczniejszego systemu przetwarzania danych, zwanego internetem wszystkich rzeczy. Z chwilą, gdy ta misja zostanie zakończona, homo sapiens zniknie (Harari, 2015/2019, s. 484).
Póki jeszcze istniejemy, otwórzmy umysły na frapującą koncepcję, którą wysunął Tegmark. Otóż fizyk sugeruje możliwość powstania spontanicznie aktywowanego procesu biogenezy - życia, które, podobnie jak w przypadku człowieka, jest zdolne projektować swoje oprogramowanie (może się uczyć), ale w odróżnieniu od niego może uniezależnić się od jego nośnika (ciała; Tegmark, 2017/2019). Egzystencja roślin i zwierząt (Życie 1.0), a także ludzi (Życie 2.0) jest zamknięta w biologicznej formie i wraz z nią odchodzi. Natomiast Życie 3.0 uzyskuje superwieczność, uniezależniając się od organicznej masy i elastycznie wybierając dla pamięci i obliczeń te substraty, które w danym momencie najbardziej sprzyjają przetrwaniu[35]. Człowiek może przekroczyć niemożliwą do pokonania przez rośliny i zwierzęta barierę projektowania znacznej części swojego "oprogramowania", co zaznacza się w kulturze. Ewolucja jego organów jest jednak ograniczona, co sprawia, że jego materialna forma zawsze będzie bliska znanemu nam organizmowi, choćby miała być zredukowana jedynie do Putnamowskiego mózgu w kadzi. Dopiero jednak technologia będzie mogła wyzwolić się z jakiejkolwiek znanej nam formy i dowolnie projektować swoje organy oraz "oprogramowanie". Dzięki temu zawsze znajdzie dostosowaną do aktualnego otoczenia formę materialną i zostanie "panem swojego losu".
Według Tegmarka od świata kontrolowanego przez OSI dzielą nas trzy kroki: 1) zbudowanie dorównującej człowiekowi SI, 2) użycie SI do stworzenia superinteligencji oraz 3) użycie lub uwolnienie jej w celu przejęcia kontroli nad światem. Zainicjowana w ten sposób "eksplozja inteligencji" może się jego zdaniem dokonać na wiele sposobów, ale każdorazowo jej efektem będzie pojedynczy podmiot kontrolujący Ziemię. Jeśli funkcjonowanie tego superagenta będzie ukierunkowane na jakiś cel, to może nim być cel całego Wszechświata, w tym ludzkości, którego jak dotąd przedstawiciele homo sapiens nie zdefiniowali. Zdaniem fizyka nasz gatunek ma poważne podstawy do niepokoju, ponieważ:
wydaje się, że ludzie są historycznym wypadkiem i nie są optymalnym rozwiązaniem żadnego dobrze zdefiniowanego problemu fizycznego. Sugeruje to, że superinteligentna SI o ściśle określonym celu będzie w stanie poprawić swój cel przez wyeliminowanie ludzi (Tegmark, 2015/2020, s. 90).
Zastanawiam się, do jakiego celu mogłaby dążyć superinteligentna SI? Na czym bazuje założenie, że musi mieć jakiś jeden, nadrzędny cel? Czy kompulsywne dążenie do panowania nad światem nie jest przypadkiem antropomorficzną projekcją, do której w tym kontekście pasuje określenie "silna"? Może zamiast tego nadludzka SI będzie sztuczną superimprowizacją, swobodnie replikującą się jako Życie 3.0 dzięki trudnej do przewidzenia, a więc i kontrolowania, ciągłej zmianie zamierzeń?
Nie znamy odpowiedzi na te pytania, ale w mniejszym lub większym stopniu - a przy tym mniej lub bardziej świadomie - obawiamy się, że nadludzka, wszechmocna, wewnątrzsterowna, samoreplikowalna, niezależna od substratu superinteligencja jest możliwą formą urzeczywistnienia Golema, z tym że w technologicznym przebraniu. Ta mityczna istota była co prawda ożywiona siłą magii, ale trudno nie odnieść wrażenia, że wyjaśniany mocą obliczeniową komputerów rodzaj "cybermagii" mógłby sprawić, że systemy skonstruowane przez człowieka zaczną żyć własnym życiem. Jak wieść niesie, konstruktorzy programu AlphaZero, który pokonał swojego poprzednika AlphaGo, który pokonał mistrza Lee Sedola, który pokonał wielu, wielu graczy w grę go, nie są w stanie wyjaśnić, jakie konkretnie procesy bazujące na głębokim uczeniu się zdecydowały o wyjątkowej sprawności systemu. Ale na bazie takich przesłanek narzuca się wniosek, że skoro sztuczny system może pokonać człowieka w najtrudniejszą grę świata, to może być od niego lepszy i w innych dziedzinach. Ciekawe, czy mógłby wymyślić nowy kolor lub coś lepszego niż demokracja?
Wizja pojawienia się jednostek, które działają niezgodnie z intencją konstruktora, nieustannie towarzyszy ludzkości, będąc archetypowym cieniem kreatywności. Zgodnie z rozpowszechnioną w świecie legendą pod koniec XVI wieku naczelny rabin Pragi, Jehuda Löw ben Becalel, ulepił Golema, a więc Adama, z błota. Jego twór miał chronić ludzi, ale obrócił się przeciw swojemu stworzycielowi i musiał zostać zniszczony. Wiele wskazuje na to, że przytoczona historia jest plagiatem opowieści, której bohaterem jest rabin Eliasz ben Jehuda żyjący w Chełmie[36]. Niezależnie jednak od palmy pierwszeństwa mamy do czynienia z dobrze zagnieżdżonym w świadomości zbiorowej mitem przestrzegającym przed zgubnymi skutkami "zabawy w Boga". Dociera do niej w formie rozmaitych artystycznych wizji i utrzymuje się dzięki rezonansowi membrany kultury, który generuje nieskończoną ilość komentarzy, interpretacji i skojarzeń. W literaturze pięknej jeszcze w XIX wieku, za sprawą wyobraźni i talentu pisarskiego Mary Shelley, pojawiła się wizja monstrum ożywionego przez Wiktora Frankensteina. Żyjący wiek później Isaak Asimov, jeden z najwybitniejszych twórców fantastyki naukowej, ukuł termin "kompleks Frankensteina" dla opisania strachu przed mechanicznym człowiekiem. Z kolei poprzez deski teatru wszedł na scenę życia humanoidalny twór, którego od 1921 roku określamy mianem robota. Ojcem tego zwyczajnego teraz określenia jest Karel Čapek, który napisał sztukę pod tytułem R.U.R. (skrót nazwy Roboty Uniwersalne Rosuma). Słowo "robot" pochodzi od "roboty", a więc ciężkiej pracy, z której ludzie mieli być zwolnieni dzięki wspaniałemu wynalazkowi. Ale z golemami tak już jest, że zawsze się buntują. Zrobiły to też roboty Čapka, które wystąpiły przeciw swoim panom. Podobnie czynią bohaterowie kultowych filmów z kręgu fantastyki naukowej - wymieńmy choćby superkomputery HAL 9000 z filmu 2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka czy Skynet, który znamy z filmu Terminator Jamesa Camerona. Oglądając kolejne produkcje, dochodzę do wniosku, że "kompleks Frankensteina" stopniowo przekształca się w "kompleks sztucznej inteligencji". Tak oto prawda ekranu wpływa na prawdę czasu.
Obrazy cyberzagłady, mimo że są tematem nośnym, przyciągającym widzów, na szczęście nie zmonopolizowały wizji przyszłości naszej planety. Wprost przeciwnie, ich perswazyjna moc motywuje do działań ochronnych, przywołując na pokład zdrowy rozsądek i refleksję etyczną. Symboliczne znaczenie mają w tym względzie trzy prawa robotyki, które Isaak Asimov opublikował w wydanym w 1942 roku opowiadaniu Zabawa w berka (Asimov, 1942/1993)[37]. Po dodaniu w 1985 roku jeszcze jednego prawa, ich komplet przedstawia się następująco:
- Prawo zerowe: robot nie może skrzywdzić ludzkości ani przez zaniechanie działania dopuścić, by ludzkość doznała krzywdy.
- Pierwsze prawo: robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie działania dopuścić, aby człowiek doznał krzywdy.
- Drugie prawo: robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, chyba że stoją one w sprzeczności z pierwszym prawem.
- Trzecie prawo: robot musi chronić samego siebie, jeśli tylko nie stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem.
Po przyswojeniu treści tych praw, w zasadzie powinniśmy się chwycić za ręce i w radosnym pląsie udać w stronę świetlanej przyszłości. Optymizmem napawa świadomość, że przedstawione reguły można zaprogramować, a więc wprowadzić do sztucznych systemów jako nienegocjowalną dyrektywę, czego, jak przekonuje nas historia, w przypadku ludzi niepodobna uczynić. Ale nie ma takiego człowieczego entuzjazmu, którego inny człowiek by nie ostudził. Jak zauważył Ludwig Wittgenstein (2000, s. 29): "Tragedia mogłaby zaczynać się zawsze słowami: to nie wydarzyłoby się wcale, gdyby nie...". A zatem wszystko byłoby w porządku, gdyby nie kilka szczegółów związanych z rozumieniem znaczenia słów składających się na każde z praw robotyki. Uszczegółowić trzeba przecież znaczenie takich pojęć jak "robot" (zwłaszcza w kontekście systemów hybrydowych) i "krzywda" (podjąłem się kiedyś sprecyzowania pojęcia "porażka" i to nie było łatwe zadanie; zob. Fortuna, 2012). A poza tym, jak robot ma rozpoznać rozkazy człowieka, które w konsekwencji doprowadzą do skrzywdzenia ludzi? Jak mierzyć następstwa tych działań? A co z ich niezamierzonymi, negatywnymi skutkami? I tak dalej, i tak dalej... Mimo to ruch na szachownicy został wykonany.
Wizja, zgodnie z którą w wyniku wyzwolenia się technologii spod ludzkiej kurateli człowiek nie będzie miał zbyt wiele do powiedzenia, pachnie totalitaryzmem. Ale jest światełko w tunelu. Z dużym zainteresowaniem obserwuję dyskusje na temat bezpiecznej, przyjaznej, a nawet dobroczynnej SI. Oprócz futurologów głos coraz chętniej zabierają naukowcy. Jednym z ważniejszych miejsc fachowej polemiki jest prestiżowy Journal of Artificial General Intelligence. Interdyscyplinarne debaty są natomiast prowadzone w ramach stowarzyszeń powstających przy ośrodkach akademickich, np. w Centrum Sztucznej Inteligencji w Społeczeństwie utworzonym na Uniwersytecie Południowej Kalifornii lub w Centrum Wpływu Sztucznej Inteligencji i Robotyki działającym przy Uniwersytecie Nowej Południowej Walii[38]. Godną podziwu aktywność wykazuje również Tegmark. Założony przez niego Instytut Przyszłości Życia (Future of Life Institute) jest organizacją non profit, która programowo skupia się na maksymalizowaniu korzyści z technologii, w szczególności przez zmniejszanie ryzyka jej stosowania w obszarze sztucznej inteligencji, broni nuklearnej, biotechnologii i klimatu. Instytut działa prężnie i cyklicznie przysyła bogate w treści newslettery. W zaproszeniu do jednego z reprezentatywnych podkastów przeczytałem, że jego uczestnicy zastanawiają się, czy możemy zwiększyć dobrobyt człowieka dzięki automatyzacji, która nie pozostawia ludzi bez dochodów, lub tego, jak możemy uczynić przyszłe systemy SI bardziej niezawodnymi, aby bez awarii lub hakowania robiły to, czego my chcemy. Budujące, prawda?
Tegmark proponuje, żeby nie czekać z założonymi rękami na czasy, w których człowiek stanie się podwładnym OSI i póki jest jeszcze taka możliwość - podjąć dialog, który określił jako "najważniejszą rozmowę naszych czasów" (the most important conversation of our time; Tegmark, 2017/2019, s. 37). Wspólną podstawą dyskutowanych tematów jest kwestia o zasadniczym znaczeniu: jeśli chcemy, by zaawansowane systemy wspierały ludzkość w realizacji jej celów, to jakie są najważniejsze dążenia człowieka? Motywację do poszukiwania odpowiedzi Tegmark wyjaśnia następująco: "jeśli nie wiemy, czego chcemy, to mniej prawdopodobne jest, że coś osiągniemy, a jeśli oddamy kontrolę maszynom, które nie podzielają naszych celów, prawdopodobnie uzyskamy to, czego nie chcemy" (s. 321). Tylko czego my właściwie chcemy? To pytanie fizyk pozostawia bez jednoznacznej odpowiedzi, ale pozytywnie zorientowany psycholog ma pewną sugestię, którą może wyrazić na wiele sposobów: