ROZDZIAŁ PIERWSZY
"Każdą nową ideę uważał za piękno doskonałe"
Byłem ugrzecznionym, obrzydliwie porządnym chłopczykiem.
ROBERT OPPENHEIMER
W pierwszej dekadzie XX wieku nauka zapoczątkowała drugą rewolucję amerykańską. Dzięki skonstruowaniu silnika spalinowego, rozwojowi lotnictwa i wielu innym wynalazkom naród jeżdżący konno przeszedł błyskawiczną transformację. Techniczne nowinki szybko zmieniły życie zwyczajnych ludzi. Tymczasem grupa uczonych wizjonerów przygotowywała jeszcze większą rewolucję, która miała wstrząsnąć samymi podstawami wiedzy. Za sprawą fizyków teoretycznych na całym świecie zmieniał się sposób pojmowania przestrzeni i czasu. W roku 1896 francuski fizyk Henri Becquerel odkrył radioaktywność, zaś Max Planck, Maria Skłodowska-Curie, Piotr Curie i inni rozwinęli wiedzę o naturze atomu. W roku 1905 Albert Einstein opublikował swoją szczególną teorię względności. Nagle okazało się, że wszechświat się zmienił.
Wkrótce uczeni na całym świecie zostali uznani za nowy rodzaj bohaterów, heroldów renesansu racjonalizmu, dobrobytu i rządów ludzi oświeconych. W Ameryce ruchy reformatorskie stanęły do walki ze starym porządkiem. Theodore Roosevelt z mównicy w Białym Domu twierdził, że dobra władza w sojuszu z nauką i techniką mogą zainicjować nową epokę postępu i oświecenia.
W tym pełnym nadziei świecie 22 kwietnia 1904 roku narodził się J. Robert Oppenheimer. Jego rodzina byli to niemieccy emigranci w pierwszym i drugim pokoleniu, którzy starali się być Amerykanami. Nowojorscy Oppenheimerowie, będący Żydami etnicznie i kulturowo, nie należeli do żadnej synagogi. Nie odcinając się od żydowskich korzeni, postanowili kształtować swoją tożsamość w istniejącej tylko w Ameryce judaistycznej grupie religijnej - Ethical Culture Society (Towarzystwie Kultury Moralnej), głoszącej racjonalizm i postępowy, świecki humanizm. Było to nowatorskie podejście do dylematów, przed jakimi stawał w Ameryce każdy imigrant, jednak u Roberta Oppenheimera spowodowało ono nasilenie się towarzyszącego mu przez całe życie wewnętrznego konfliktu dotyczącego jego żydowskiej tożsamości.
Jak sugeruje nazwa, kultura moralna nie była religią, lecz raczej stylem życia przedkładającym sprawiedliwość społeczną nad dążenie do własnych korzyści. Nie było przypadkiem, że chłopiec, który miał stać się ojcem ery atomowej, wyrósł w kulturze ceniącej niezależność opinii, badania empiryczne i wolnomyślicielstwo, czyli wartości, jakim hołduje nauka. A jednak, ironią losu, odyseja Roberta Oppenheimera, człowieka, który poświęcił życie sprawiedliwości społecznej, racjonalizmowi i nauce, stała się metaforą masowej zagłady pod chmurą atomowego grzyba.
Ojciec Roberta, Julius Oppenheimer, urodził się 12 maja 1871 roku w niemieckim mieście Hanau, leżącym niedaleko na wschód od Frankfurtu. Ojciec Juliusa, Benjamin Pinhas Oppenheimer, był niewykształconym chłopem i kupcem zbożowym, który, jak wspominał później Robert, wychował się w ruderze, w "niemal średniowiecznym miasteczku niemieckim". Julius miał dwóch braci i trzy siostry. W roku 1870 dwóch z kuzynów Benjamina za sprawą małżeństwa wyemigrowało do Nowego Jorku. Po kilku latach do tych dwóch młodych ludzi, Sigmunda i Solomona Rothfeldów, dołączył kolejny krewny, J.H. Stern. Wszyscy trzej założyli niewielką firmę importującą podszewkę do męskich garniturów, doskonale prosperowała, współpracując z nową, kwitnącą w tym mieście gałęzią przemysłu - fabrykami produkującymi gotowe ubrania. Pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku Rothfeldowie zawiadomili Benjamina Oppenheimera, że w ich interesie znajdzie się miejsce dla jego synów.
Julius dotarł do Nowego Jorku wiosną 1888 roku, kilka lat po starszym bracie Emilu. Wysoki, niezgrabny młody człowiek z chudymi kończynami został przyjęty do pracy w magazynie, gdzie sortował bele materiału. Nie wniósł do firmy żadnego kapitału i nie znał ani słowa po angielsku, był jednak zdecydowany iść do przodu. Miał doskonałe oko do kolorów i z czasem stał się jednym z największych w mieście specjalistów od tkanin. Bracia przetrwali recesję roku 1893 i na przełomie stuleci Julius był równoprawnym udziałowcem firmy Rothfeld, Stern i Spółka. Ubierał się stosownie do swej pozycji społecznej - zawsze w białą koszulę z wysokim kołnierzykiem, tradycyjny krawat i ciemny garnitur człowieka interesu. Maniery miał równie nieskazitelne co ubiór. Wszyscy uważali, że był nadzwyczaj sympatycznym młodzieńcem. "Masz w sobie coś, co sprawia, że nie sposób ci nie zaufać", pisała jego przyszła żona w roku 1903. Kiedy doszedł do trzydziestki, mówił doskonałym angielskim i choć był samoukiem, oczytał się w historii Ameryki i Europy. Jako miłośnik sztuki wolny czas spędzał na wędrówkach po licznych galeriach nowojorskich.
Być może właśnie w czasie jednej z takich wędrówek został przedstawiony młodej malarce Elli Friedman, "wyjątkowo pięknej" brunetce o delikatnych rysach, "wyrazistych szaro-niebieskich oczach i długich, czarnych rzęsach", wiotkiej figurze i ułomnej od urodzenia prawej ręce. By ukryć tę deformację, Ella zawsze nosiła długie rękawy i irchowe rękawiczki. Rękawiczka na prawej ręce ukrywała prymitywną protezę, ze sprężyną przyczepioną do sztucznego kciuka. Julius zakochał się w niej. Friedmanowie, Żydzi pochodzący z Bawarii, osiedlili się w Baltimore w latach czterdziestych XIX wieku. Ella przyszła na świat w roku 1869. Przyjaciel rodziny opisał ją kiedyś jako "cudowną, smukłą, delikatną, niebieskooką kobietę, nadzwyczaj wrażliwą, wyjątkowo uprzejmą i zawsze myślącą o tym, by inni czuli się zadowoleni i szczęśliwi". Mając dwadzieścia kilka lat, spędziła rok we Francji, gdzie studiowała twórczość wczesnych impresjonistów. Po powrocie uczyła sztuk pięknych w Barnard College. Kiedy spotkała Juliusa, była na tyle znaną malarką, że miała własnych uczniów i prywatne atelier na ostatnim piętrze nowojorskiego apartamentowca.
Wszystko to było dość niezwykłe jak na kobietę żyjącą na przełomie stuleci, ale Ella pod wieloma względami była bardzo silną osobowością. Niektórzy ludzie, którzy spotykali ją po raz pierwszy, uważali jej sztywne, eleganckie maniery za objaw chłodu i wyniosłości. Determinacja i dyscyplina Elli w atelier oraz w domu wydawały się przesadą u kobiety opływającej w dobra materialne. Julius wielbił ją, a ona odwzajemniała jego miłość. Na kilka dni przed ślubem Ella pisała do narzeczonego: "Chciałabym, byś mógł cieszyć się życiem w najlepszym i najpełniejszym sensie. Czy pomożesz mi zaopiekować się tobą? Dbanie o kogoś, kogo naprawdę się kocha, daje nieopisaną słodycz, której nie utracę przez całe życie. Dobranoc, najdroższy".
23 marca 1903 roku Julius i Ella wzięli ślub i przenieśli się do murowanego domu o spadzistym dachu przy 250 West 94th Street. Rok później, w środku najchłodniejszej w historii wiosny, trzydziestoczteroletnia wówczas Ella po trudnej ciąży powiła syna. Julius już wcześniej postanowił dać pierworodnemu na imię Robert, lecz według rodzinnej legendy w ostatniej chwili zdecydował się dodać przed Robertem inicjał "J". W akcie urodzenia chłopca zapisano jednak "Julius Robert Oppenheimer", co dowodzi, że chciał dać chłopcu imię po sobie. Byłoby to niezwykłe, ponieważ nazywanie dziecka po żyjącym krewnym jest sprzeczne z tradycją Żydów europejskich. Tak czy owak, chłopca zawsze nazywano Robert i co ciekawe, on sam utrzymywał, że inicjał nic nie oznacza. Najwyraźniej w domu Oppenheimerów żydowskie tradycje nie miały żadnego znaczenia.
Jakiś czas po przyjściu Roberta na świat Julius przeprowadził się wraz z rodziną do przestronnego mieszkania na jedenastym piętrze budynku nr 155 przy Riverside Drive, wychodzącego na rzekę Hudson przy West 88 Street. Zajmujący całe piętro apartament był umeblowany wyłącznie eleganckimi europejskimi sprzętami. Z czasem Oppenheimerowie zgromadzili wspaniałą kolekcję wybieranych przez Ellę obrazów francuskich postimpresjonistów i fowistów. W czasach młodości Roberta w kolekcji znajdowały się obraz Matka i dziecko z błękitnego okresu Pabla Picassa, szkic Rembrandta, a także obrazy Edouarda Vuillarda, André Deraina i Pierre-Auguste'a Renoira. W salonie z błyszczącą, złotą tapetą dominowały trzy obrazy Vincenta van Gogha: Ogrodzone pole o wschodzie słońca (Saint-Remy, 1889), Pierwsze kroki (według Milleta) (Saint-Remy, 1889) i Portret Adeline Ravoux (Auvers-sur-Oise, 1890). Nieco później Oppenheimerowie zdobyli rysunek Paula Cezanne'a i obraz Maurice de Vlamincka. Tę wspaniałą kolekcję wieńczyła głowa - dzieło francuskiego rzeźbiarza Charlesa Despiau[2]. Ella prowadziła dom na najwyższym poziomie. "Doskonałość i sens" - ten refren nieustannie dźwięczał w uszach młodego Roberta. Trzy mieszkające przy rodzinie służące utrzymywały mieszkanie w stanie nieskazitelnej czystości. Robert miał irlandzką niańkę katoliczkę nazwiskiem Nellie Connolly, a później francuską guwernantkę, która nauczyła go nieco swego języka. W domu nie mówiło się po niemiecku. "Matka nie władała nim zbyt dobrze - wspominał Robert - a mój ojciec nie chciał mówić w tym języku". Niemieckiego Robert nauczył się dopiero w szkole.
W czasie weekendów rodzina jeździła na przejażdżki swoim packardem, prowadzonym przez szofera w szarej liberii. Kiedy Robert miał 11 lub 12 lat, Julius kupił duży letni dom w Bay Shore na Long Island, gdzie mały Oppenheimer uczył się żeglarstwa. Przy pomoście koło domu Julius zakotwiczył trzynastometrowy jacht, ochrzczony Lorelei, luksusową jednostkę ze wszystkimi wygodami. "Wspaniale było nad tą zatoką - z rozczuleniem wspominał później Frank, brat Roberta. - Mieliśmy siedem akrów ziemi [...], ogród warzywny i mnóstwo kwiatów". Jak później stwierdził przyjaciel rodziny, "Robert był rozpieszczany przez rodziców [...], miał wszystko, czego zapragnął. Można powiedzieć, że wychowywał się w luksusie". Mimo to żaden z jego przyjaciół z dzieciństwa nie uważał go za zepsutego. "Był nadzwyczaj hojny w sprawach pieniędzy i dóbr materialnych - wspominał Harold Cherniss - nie był dzieciakiem rozpuszczonym pod żadnym względem".
W roku 1914, kiedy w Europie wybuchła I wojna światowa, Julius Oppenheimer był już bardzo zamożnym człowiekiem interesu. Wartość całego jego majątku z pewnością przekraczała kilkaset tysięcy dolarów, a więc w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze był multimilionerem. Według wszelkich danych małżeństwo Oppenheimerów było związkiem pełnym miłości, jednak przyjaciół Roberta zawsze zdumiewał kontrast między osobowościami jego rodziców. "Julius był jowialnym niemieckim Żydem - wspominał Francis Fergusson, jeden z najbliższych przyjaciół młodego Oppenheimera. - Był wyjątkowo sympatyczny. Zdumiewało mnie jednak, że matka Roberta wyszła za niego, ponieważ był tak dobroduszny i rubaszny. Bawił ją, a ona doskonale dawała sobie z nim radę. Oboje bardzo się lubili. Było to doskonałe małżeństwo".
Julius był czarującym rozmówcą i ekstrawertykiem. Uwielbiał sztukę i muzykę. Uważał, że Eroica Beethovena jest "jednym z największych arcydzieł, jakie powstało". Przyjaciel rodziny, antropolog George Boas, wspominał później, że Julius "miał całą wrażliwość obu swoich synów". Boas uważał go "za jednego z najżyczliwszych ludzi, jakich znał". Jednak niekiedy, ku zakłopotaniu obu synów, Julius zaczynał śpiewać przy stole. Uwielbiał gorące dyskusje, zaś Ella siedziała w milczeniu i nigdy nie przyłączała się do sprzeczek. "Ella była bardzo delikatna - zauważył inny przyjaciel Roberta, wybitny pisarz Paul Horgan - bardzo wytłumiona emocjonalnie. Zawsze z wielką delikatnością i gracją prezydowała podczas obiadów i innych spotkań. Była jednak osobą pełną smutku".
Cztery lata po narodzinach Roberta Ella powiła kolejnego syna, Lewisa Franka Oppenheimera, jednak niemowlę wkrótce umarło z powodu zwężenia odźwiernika, wrodzonej wady ujścia z żołądka do jelita cienkiego. Po jego śmierci Ella stała się jeszcze bardziej krucha fizycznie. Ponieważ Robert jako dziecko często chorował, matka stała się nadopiekuńcza. Obawiając się zarazków, trzymała syna z dala od innych dzieci. Nie wolno mu było kupować niczego od ulicznych sprzedawców, a zamiast strzyc Roberta w zakładzie fryzjerskim, wzywała fryzjera do domu.
Z natury introwertyczny i niewysportowany, Robert spędził wczesne dzieciństwo w komfortowej samotności, w gnieździe matki przy Riverside Drive. Związek między matką a synem był zawsze bardzo silny. Ella zachęcała Roberta do malowania. Malował więc krajobrazy, ale zarzucił to, kiedy poszedł na studia. Uwielbiał matkę. Ella, choć cicha, potrafiła być wymagająca. "Była to kobieta - wspominał przyjaciel rodziny - która nigdy nie dopuściłaby do tego, by przy stole mówiono o czymś nieprzyjemnym".
Robert szybko zrozumiał, że matka nie akceptuje ludzi ze świata handlu i interesów, w jakim żył jej mąż. Koledzy Juliusa byli przeważnie Żydami i Ella jasno dała synowi do zrozumienia, że mierżą ją ich "nieznośne maniery". Robert dorastał w silniejszym niż u innych chłopców poczuciu rozdarcia między surowymi wymaganiami matki a jowialnością ojca. Niekiedy zawstydzała go jego spontaniczność, a jednocześnie czuł się winny z powodu tego wstydu. "Roberta bardzo złościło to, że ojciec zdecydowanie i głośno wyraża swoją dumę z niego", wspominał przyjaciel z dzieciństwa. Będąc już dorosły, Robert podarował swemu przyjacielowi i byłemu nauczycielowi Herbertowi Smithowi gustowną grafikę przedstawiającą scenę z Koriolana Szekspira, w której bohater rozplata dłonie swojej matki i rzuca ją na ziemię. Smith był pewien, że w ten sposób dawał mu do zrozumienia, jak trudno było mu zdystansować się od Elli.
Gdy Robert miał zaledwie pięć lub sześć lat, Ella uparła się, by brał lekcje fortepianu. Ćwiczył więc sumiennie co dnia, ale nienawidził tego zajęcia. Mniej więcej rok później zachorował, a matka, swoim zwyczajem, spodziewała się najgorszego, nawet paraliżu dziecięcego. Opiekując się nim w czasie rekonwalescencji, pytała, jak się czuje. Pewnego dnia Robert spojrzał na nią i mruknął: "Dokładnie tak, jak wówczas, gdy musiałem brać lekcje fortepianu". Ella ustąpiła i lekcje się skończyły.
W roku 1909, kiedy Robert miał ledwie pięć lat, Julius zabrał go w pierwszą z czterech transatlantyckich podróży, z wizytą do dziadka Benjamina do Berlina. Wyprawę tę powtórzyli dwa lata później. Benjamin miał wówczas 75 lat, lecz zdołał wywrzeć na wnuczku niezatarte wrażenie. "Było jasne - wspominał Robert - że jedną z największych przyjemności jego życia było czytanie, choć pewnie nigdy nie chodził do żadnej szkoły". Pewnego dnia, gdy Benjamin patrzył, jak Robert bawi się drewnianymi klockami, postanowił sprezentować mu encyklopedię architektury. Dał mu także "zupełnie zwyczajną" kolekcję skał - pudełko z dwoma tuzinami próbek skalnych opisanych po niemiecku. "Od tego czasu - wspominał Robert - stałem się, na swój dziecinny sposób, namiętnym zbieraczem minerałów". Po powrocie do Nowego Jorku przekonał ojca, by zabierał go na wyprawy w Palisades w poszukiwaniu skał[3]. Wkrótce mieszkanie przy Riverside Drive było pełne kamieni Roberta, a każdy z nich był starannie opatrzony naukową nazwą. Julius zachęcał syna do tego samotniczego hobby, zasypując go książkami z tej dziedziny. Znacznie później Robert stwierdził, że nie fascynowało go geologiczne pochodzenie tych skał, lecz struktura kryształów i widok rozszczepionego światła.
W wieku od 7 do 13 lat Robert miał trzy samotnicze, lecz pochłaniające go bez reszty namiętności: minerały, pisanie i czytanie poezji oraz budowanie z klocków. Później wspominał, że zajmował się tym "nie po to, by mieć jakieś towarzystwo, czy dlatego, że zajęcia te miały jakiś związek ze szkołą, ale, do licha, dla nich samych". W wieku 12 lat, używając rodzinnej maszyny do pisania, korespondował z wieloma znanymi, lokalnymi geologami na temat formacji skalnych, jakie badał w Central Park. Nie zdając sobie sprawy z wieku Roberta, jeden z korespondentów wysunął jego kandydaturę na członka New York Mineralogical Club. Niedługo potem przyszedł list zapraszający młodego Oppenheimera do wygłoszenia wykładu przed członkami klubu. Obawiając się mówić przed dorosłą publicznością, Robert błagał ojca, by wyjaśnił, że zaproszony jest dwunastolatkiem. Ubawiony Julius zachęcał syna do przyjęcia zaszczytu. Wyznaczonego wieczora Robert pojawił się w klubie wraz z rodzicami, którzy dumnie przedstawili go jako "J. Roberta Oppenheimera". Kiedy Robert wchodził na podium, zaskoczone audytorium złożone z geologów i amatorów-kolekcjonerów wybuchło śmiechem. Trzeba było znaleźć drewnianą skrzynię, na której mógłby stanąć, by publiczność zobaczyła nie tylko sterczące nad katedrą rozwichrzone czarne włosy. Choć onieśmielony i skrępowany, Robert przeczytał przygotowane notatki, co spotkało się ze szczerym aplauzem.
Julius nie miał skrupułów, gdy nakłaniał syna do zajmowania się "dorosłym" hobby. Oboje z Ellą wiedzieli, że jest on "geniuszem". "Uwielbiali go, obawiali się o niego i chronili go" - wspominała kuzynka Roberta Babette Oppenheimer. "Stwarzano mu wszelkie możliwości, by rozwijał się zgodnie z własnymi zainteresowaniami i we własnym tempie". Pewnego dnia Julius dał Robertowi profesjonalny mikroskop, który szybko stał się jego ulubioną zabawką. "Sądzę, że mój ojciec był jednym z najbardziej tolerancyjnych i ludzkich znanych mi mężczyzn", opowiadał w późniejszych latach Robert. "Jego zdaniem, dla ludzi należało robić to, czego sami pragnęli". Robert nie miał wątpliwości, czego chce. Od najmłodszych lat żył w świecie książek i nauki. "Był marzycielem - twierdziła Babette Oppenheimer - nie interesował się niewyszukanymi zabawami swoich rówieśników [...], często drwiono z niego i wyśmiewano go za to, że nie był taki jak inni". Gdy urósł, nawet jego matkę niepokoiło niekiedy "ograniczone zainteresowanie" syna zabawą z dziećmi w jego wieku. "Wiem, że starała się, bym był bardziej podobny do innych chłopców, lecz bez większego powodzenia".
W roku 1912, kiedy Robert miał osiem lat, Ella urodziła kolejnego syna, Franka Friedmana Oppenheimera i od tej pory większość swojej uwagi skierowała na nowe dziecko. W pewnym momencie do mieszkania przy Riverside wprowadziła się matka Elli i mieszkała wraz z rodziną aż do swojej śmierci, która nastąpiła, gdy Robert był już nastolatkiem. Różnica wieku ośmiu lat nie dawała rodzeństwu wielu okazji do rywalizacji. Robert uważał później, że był dla Franka nie tylko starszym bratem, ale "z powodu różnicy wieku, nawet ojcem". Wczesne dzieciństwo Franka było równie, jeśli nawet nie bardziej wychuchane co Roberta. "Jeśli wykazywaliśmy jakiekolwiek zainteresowania - opowiadał Frank - rodzice pielęgnowali je". W szkole średniej, kiedy Frank chętnie zaczął czytał Chaucera, Julius natychmiast kupił mu wydanie dzieł tego poety z 1721 roku. Kiedy stwierdził, że chciałby grać na flecie, rodzice zatrudnili jednego z największych amerykańskich flecistów, George'a Bar?re'a, by dawał synowi prywatne lekcje. Obu chłopców bardzo rozpieszczano, jednak tylko pierworodny Robert stał się nieco zarozumiały. "Za wiarę, jaką pokładali we mnie rodzice, odpłaciłem im kształtując u siebie paskudne ego - wyznał później - co z pewnością nie było przyjemne ani dla dzieci, ani dla dorosłych, którzy mieli pecha zetknąć się ze mną".
We wrześniu 1911 roku, wkrótce po powrocie z drugiej wizyty u dziadka Benjamina w Niemczech, Robert został zapisany do wyjątkowej, prywatnej szkoły. Przed wielu laty Julius został aktywnym członkiem Ethical Culture Society. Juliusowi i Elli ślubu udzielił dr Felix Adler, założyciel i lider stowarzyszenia, którego członkiem zarządu od 1907 roku był Julius. Było więc oczywiste, że jego synowie otrzymają wykształcenie podstawowe i średnie w szkole towarzystwa w Central Park West, której motto brzmiało "Czyny, nie wyznanie wiary". Założone w 1876 roku Ethical Culture Society zaszczepiało swoim członkom wiarę w działania społeczne i humanitaryzm. "Człowiek musi wziąć odpowiedzialność za kierunek swego życia i za swoje przeznaczenie". Ugrupowanie to wywodziło się wprawdzie z amerykańskiego judaizmu reformowanego, jednak nie miało charakteru ściśle religijnego i doskonale odpowiadało niemieckim Żydom z wyższej klasy średniej, z których większość, tak jak Oppenheimerowie, pragnęła zasymilować się w społeczeństwie amerykańskim. Felix Adler i stworzony przez niego zespół utalentowanych nauczycieli sprzyjali temu procesowi i mieli wielki wpływ na ukształtowanie się osobowości Roberta Oppenheimera, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i intelektualnym.
Syn rabina Samuela Adlera, Felix Adler, wraz z rodziną wyemigrował z Niemiec do Nowego Jorku, mając zaledwie sześć lat. Jego ojciec, przywódca judaizmu reformowanego w Niemczech, stanął na czele świątyni Emanu-El, największej kongregacji reformistycznej w Ameryce. Felix mógł z łatwością zastąpić ojca, lecz jako młodzieniec powrócił do Niemiec na studia. Zetknął się tam z zupełnie nowymi poglądami na uniwersalność Boga i odpowiedzialność człowieka wobec społeczeństwa. Czytał Charlesa Darwina, Karola Marksa i wielu filozofów niemieckich, w tym Felixa Wellhausena, który odrzucał tradycyjną wiarę w Torę jako księgę pochodzącą od Boga. Po powrocie w 1873 roku, w świątyni Emanu-El swojego ojca Felixa głosił kazania o tym, co nazwał "judaizmem przyszłości". Twierdził, że aby judaizm mógł przetrwać czasy współczesne, musi wyrzec się "krępującego go poczucia wykluczenia". Żydzi, zamiast uważać się za biblijny "naród wybrany", powinni wyróżniać się swoim zaangażowaniem w sprawy społeczne i działaniem na rzecz klas pracujących.
W ciągu trzech lat, dzięki Adlerowi, około 400 wyznawców świątyni Emanu-El opuściło tradycyjną społeczność żydowską. Przy finansowym wsparciu Josepha Seligmana i innych zamożnych przedsiębiorców żydowskich niemieckiego pochodzenia powstał nowy ruch "kultury moralnej". W niedzielne poranki odbywały się spotkania grupy, podczas których Adler wykładał, grała muzyka organowa, lecz nie było ani modłów, ani ceremonii religijnych. Od 1910 roku, kiedy Robert miał sześć lat, towarzystwo spotykało się w eleganckim domu przy 2 West 64 Street. W ceremonii oddania tego budynku do użytku uczestniczył Julius Oppenheimer. Aula została wyłożona dębową boazerią z rzeźbionymi łącznikami, w oknach umieszczono piękne witraże, zaś na galerii zainstalowano organy firmy Wicks. W tej ozdobnej auli przyjmowano postępowych uczonych, takich jak W.E.B. DuBois i Booker T. Washington.
Towarzystwo było reformistyczną sektą judaistyczną. Ziarna tego ruchu zostały zasiane w XIX wieku przez elitę starającą się zreformować i włączyć wyższe klasy żydowskie do społeczeństwa niemieckiego. Zamożni nowojorscy przedsiębiorcy żydowscy byli podatnym gruntem dla radykalnych poglądów Adlera na temat tożsamości żydowskiej, ponieważ ludzie ci musieli zmagać się z narastającą w dziewiętnastowiecznej Ameryce falą antysemityzmu. Zorganizowana, zinstytucjonalizowana dyskryminacja Żydów była tam zjawiskiem stosunkowo nowym. Od czasów rewolucji amerykańskiej, kiedy tacy deiści jak Thomas Jefferson kładli nacisk na całkowite oddzielenie instytucji religijnych od państwa, amerykańscy Żydzi mogli liczyć na pewną tolerancję. Jednak po krachu na giełdzie w 1873 roku atmosfera w Nowym Jorku zaczęła się zmieniać. Latem roku 1877 w społeczności żydowskiej wybuchł skandal, kiedy Joseph Seligman, najbogatszy i najbardziej znaczący nowojorski Żyd pochodzenia niemieckiego, został z powodu swej narodowości grubiańsko wyproszony z hotelu Grand Union w Saratodze, w stanie Nowy Jork. W ciągu kilku następnych lat przed ludźmi żydowskiego pochodzenia zatrzasnęły się drzwi innych elitarnych instytucji, nie tylko hoteli, ale także klubów i prywatnych liceów.
Tak więc pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku towarzystwo Felixa Adlera pomagało społeczności żydowskiej Nowego Jorku w radzeniu sobie z narastającą nietolerancją. Z punktu widzenia filozofii kultura moralna była równie deistyczna i republikańska, co rewolucyjne zasady twórców konstytucji amerykańskiej. Rewolucja 1776 roku przyniosła amerykańskim Żydom emancypację, a najlepszą reakcją na bigoterię chrześcijan było stanie się bardziej amerykańskimi niż sami Amerykanie. Żydzi musieli podjąć kolejne kroki w kierunku asymilacji, lecz mieli to zrobić jako, że tak powiemy, Żydzi - deiści. Dla Adlera pojęcie narodu żydowskiego było anachronizmem. Wkrótce zaczął on tworzyć struktury instytucjonalne umożliwiające jego zwolennikom prowadzenie życia "wyemancypowanych" Żydów.
Adler uważał, że reakcją na antysemityzm powinno być upowszechnienie się na całym świecie kultury intelektualnej. Co ciekawe, krytykował syjonizm jako wycofanie się w żydowski partykularyzm. "Syjonizm jest współczesnym przejawem tendencji segregacyjnych". Dla Adlera przyszłość Żydów była w Ameryce, a nie w Palestynie. "Spoglądam wciąż na skrzący się, świeży poranek nad Allegheny i nad Górami Skalistymi, a nie na wieczorną zorzę, choćby i najpiękniejszą, nad wzgórzami Jerozolimy".
By wprowadzić swoje poglądy w życie, w 1880 roku Adler założył bezpłatną szkołę dla synów i córek robotników nazywaną Workingman's School. Chodziło mu o to, by poza zwykłymi przedmiotami, takimi jak arytmetyka, czytanie i historia, jej uczniowie zapoznawali się ze sztukami pięknymi, dramatycznymi, tańcem, a także zdobywali pewną wiedzę techniczną, przydatną w społeczeństwie przechodzącym gwałtowną industrializację. Adler był przekonany, że każde dziecko ma jakiś szczególny talent. Te, które nie miały uzdolnień matematycznych, mogły posiadać nadzwyczajny "dar artystyczny tworzenia własnymi rękami". Dla Adlera przekonanie to było "moralnym zaczynem, a tym, co należało zrobić, było pielęgnowanie tych uzdolnień". Celem był tu "lepszy świat", a zadaniem szkoły - "kształcenie reformatorów". W miarę swego rozwoju szkoła stała się wzorcem postępowego, reformatorskiego ruchu edukacyjnego, a sam Adler dostał się pod wpływy wychowawcy i filozofa Johna Deweya i jego szkoły amerykańskich pragmatystów.
Adler nie był socjalistą, lecz jego duchowym motorem stał się zawarty w Kapitale Marksa opis niedoli robotników przemysłowych. "Muszę się zgodzić - pisał - z kwestiami podnoszonymi przez socjalizm". Doszedł do przekonania, że klasy pracujące zasługują na "sprawiedliwe wynagrodzenie, stałe zatrudnienie i szacunek społeczny". Ruch ludzi pracujących, pisał później, "ma charakter moralny i jestem z nim sercem i duszą". Przywódcy ruchów związkowych odwzajemniali te sympatie. Członkiem nowojorskiego towarzystwa Adlera był Samuel Gompers, szef nowo powstałej American Federation of Labor.
Jak na ironię, w roku 1890 szkoła Ethical Culture Society miała tak wielu uczniów, że Adler był zmuszony przyjąć do niej uczniów płacących czesne, by zasilić budżet towarzystwa. W czasach, kiedy wiele szkół prywatnych zamykało swoje drzwi przed Żydami, wielu zamożnych żydowskich przedsiębiorców starało się o przyjęcie swoich dzieci do Workingman's School. W roku 1895 Adler otworzył szkołę średnią i zmienił nazwę całej instytucji na Ethical Culture School. (Kilkadziesiąt lat później została ona nazwana Fieldston School). W roku 1911, kiedy do szkoły wstąpił Robert Oppenheimer, jedynie około 10 procent uczniów pochodziło z rodzin robotniczych. Mimo to szkoła zachowała swoją liberalną, prospołeczną orientację. Synowie i córki zamożnych mecenasów towarzystwa wychowywani byli w przekonaniu, że przygotowuje się ich do zreformowania świata i że stanowią awangardę głosicieli nowoczesnej ewangelii moralnej. Robert był doskonałym uczniem.
Oczywiste jest, że polityczna wrażliwość dorosłego Roberta miała swój początek w postępowej edukacji, jaką otrzymał w niezwykłej szkole Felixa Adlera. W okresie dzieciństwa i nauki, kiedy formowała się jego osobowość, otaczali go ludzie uważający się za tych, którzy zmieniają świat na lepsze. W okresie od początku stulecia do końca I wojny światowej członkowie towarzystwa działali na rzecz rozwiązania tak trudnych problemów politycznych, jak stosunki rasowe, prawa pracujących, wolności obywatelskie czy wpływ środowiska na rozwój człowieka. Na przykład w roku 1909 tacy luminarze Ethical Culture Society, jak dr Henry Moskowitz, John Lovejoy Elliott, Anna Garlin Spencer i William Salter, uczestniczyli w zakładaniu National Association for the Advancement of Colored People (Narodowego Stowarzyszenia dla na rzecz Awansu Społecznego Ludności Kolorowej - NAACP). Doktor Moskowitz odegrał też znaczącą rolę w mających miejsce w latach 1910-1915 strajkach robotników przemysłu tekstylnego. Inni członkowie towarzystwa pomagali zakładać National Civil Liberties Bureau (Narodowe Biuro na rzecz Swobód Obywatelskich), które było poprzednikiem American Civil Liberties Union (Amerykańskiego Związku na rzecz Swobód Obywatelskich - ACLU). Ethical Culture Society odrzucało koncepcję walki klas, lecz w praktyce składało się z radykałów starających się odegrać aktywną rolę w przemianach społecznych. Żywili oni przekonanie, że zmiana świata na lepszy wymaga ciężkiej pracy, wytrwałości i sprawności politycznej. W roku 1921, kiedy Robert ukończył szkołę średnią towarzystwa, Adler nawoływał swoich uczniów do rozwijania "wyobraźni moralnej" i widzenia "rzeczy nie takimi, jakimi są, lecz jakimi mogą być"[4]. Robert był w pełni świadom wpływu, jaki Adler wywierał nie tylko na niego, ale i na jego ojca, i niekiedy kpił sobie z tego. W wieku 17 lat napisał z okazji pięćdziesiątych urodzin ojca poemat, w którym znalazł się wers: "I gdy przybył do Ameryki, połknął pigułkę moralności dr. Adlera".
Podobnie jak wielu Amerykanów pochodzenia niemieckiego, fakt, że Ameryka przystąpiła do I wojny światowej, smucił bardzo Adlera i wywołał w nim konflikt wewnętrzny. W przeciwieństwie do innego czołowego członka towarzystwa, Oswalda Garrisona Villarda, wydawcy czasopisma "The Nation", Adler nie był pacyfistą i kiedy niemiecki okręt podwodny zatopił amerykański statek pasażerski Lusitania, popierał uzbrajanie amerykańskich jednostek handlowych. Wprawdzie był przeciwny dołączaniu się USA do konfliktu, jednak gdy w roku 1917 rząd Wilsona wypowiedział Niemcom wojnę, Adler nakłaniał swoją kongregację do "bezwzględnej lojalności" względem Ameryki. Jednocześnie oświadczył, że nie może uznać, iż wina leży jedynie po stronie Niemiec. Jako krytyk monarchii niemieckiej, z końcem wojny z radością powitał upadek władzy cesarza i monarchii austro-węgierskiej. Jednak jako gorący przeciwnik kolonializmu otwarcie krytykował hipokryzję zwycięzców, którzy dzięki pokojowi jedynie wzmocnili swoje imperia. Jego krytycy zarzucili mu oczywiście sympatie proniemieckie. Julius Oppenheimer, jako członek zarządu towarzystwa i człowiek, który głęboko poważał Adlera, także był rozdarty między potępieniem wojny w Europie a swoją tożsamością jako Amerykanina niemieckiego pochodzenia. Nie wiadomo, jak do tej sprawy podchodził Robert. Jego nauczycielem w szkole był jednak John Lovejoy Elliott, zdecydowany krytyk wejścia Ameryki do wojny.
Elliott, urodzony w 1868 roku w rodzinie abolicjonistów i wolnomyślicieli z Illinois, stał się ulubioną postacią nowojorskiego postępowego ruchu humanistycznego. Porywający mówca, był pragmatykiem wcielającym w życie zasady kultury moralnej Adlera. Elliott stworzył w Hudson Guild, w dotkniętym ubóstwem rejonie Chelsea w stanie Nowy Jork, jeden z najlepszych w kraju ośrodków pomocy społecznej. Przez wiele lat był członkiem zarządu American Civil Liberties Union i człowiekiem pozbawionym strachu zarówno w sprawach osobistych, jak i politycznych. Kiedy dwóch austriackich liderów Towarzystwa w Wiedniu zostało w roku 1938 aresztowanych przez Gestapo, Elliott, mający wówczas 70 lat, wyruszył do Berlina i spędził kilka tam miesięcy, negocjując z gestapowcami ich uwolnienie. Po zapłaceniu łapówki udało mu się niepostrzeżenie wywieźć obu tych ludzi z hitlerowskich Niemiec. Po jego śmierci w roku 1942 członek ACLU Roger Baldwin sławił go jako "mądrego świętego [...] człowieka, który tak kochał ludzi, że był gotów na wszystko, by im pomóc".
Właśnie ów "mądry święty" przez całe lata wywierał wpływ na braci Oppenheimerów podczas cotygodniowych dyskusji na lekcjach etyki. Wiele lat później, gdy obaj byli młodymi mężczyznami, Elliott napisał do ich ojca: "Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo bliscy są mi pańscy chłopcy. Wraz z panem cieszę się z nich i jestem za nich wdzięczny". Elliott nauczał etyki, prowadząc seminarium w stylu sokratejskim, podczas którego uczniowie rozmawiali o zagadnieniach społecznych i politycznych. Kurs nauki o problemach życiowych był obowiązkowy dla wszystkich uczniów szkoły średniej. Elliott często omawiał ze studentami kwestie osobiste, na przykład pytając ich, czy gdyby mieli wybór, zdecydowaliby się na zawód nauczyciela, czy też na lepiej płatną pracę w fabryce gumy do żucia Wrigley's. W czasie, gdy Robert uczęszczał do szkoły, niektóre z tych gorących debat dotyczyły "problemu czarnoskórych", etyki wojny i pokoju, nierówności społecznych i rozumienia "relacji między płciami". W późniejszych latach Robert brał udział w szerokiej debacie dotyczącej roli państwa, podczas której omawiano "krótki katechizm etyki politycznej" zawierający "etykę lojalności i zdrady". Była to niezwykła edukacja dotycząca stosunków społecznych i współczesnego świata, która głęboko zapadła w pamięć Roberta. W nastepnych dziesięcioleciach miała ona dać nadzwyczaj obfite żniwo.
"Byłem ugrzecznionym, obrzydliwie porządnym chłopczykiem - wspominał Robert. - W dzieciństwie nie przygotowano mnie na to, że świat jest pełen okrucieństwa i goryczy". Jego bezpieczne życie domowe nie dało mu "normalnej, zdrowej sposobności do tego, by stać się draniem", wykształciło w nim jednak wewnętrzną siłę, a nawet psychiczny stoicyzm, którego być może nawet sam nie dostrzegał.
Julius, pragnąc wypchnąć czternastoletniego Roberta w świat, by trafił między chłopców w swoim wieku, postanowił wysłać go na obóz letni. Dla większości chłopców obóz Camp Koenig był górskim rajem, miejscem zabaw i przyjaźni. Dla Roberta była to jednak gehenna. Szybko stał się celem okrutnych zabaw, jakimi podrostki uwielbiają nękać chłopców nieśmiałych, wrażliwych i odmiennych od nich. Wkrótce zaczęli przezywać Roberta "przystojniakiem" i dokuczali mu bez litości, on jednak nie próbował walczyć. Stronił od sportu i chodził swoimi ścieżkami, zbierając minerały. Jedyny przyjaciel, jakiego wtedy znalazł, wspominał, że tego lata Robert był zafascynowany utworami George'a Eliota. Najbardziej przemawiało do niego najważniejsze dzieło pisarki Middlemarch, być może dlatego, że poruszało tak intrygujący go temat: związek między życiem wewnętrznym a powstawaniem i znikaniem więzi międzyludzkich.
I wtedy Robert popełnił błąd. Napisał do rodziców, że jest zadowolony z pobytu na obozie, gdyż chłopcy uczą go prawdy o życiu. Spowodowało to błyskawiczną wizytę Oppenheimerów. Następnie dyrektor obozu ogłosił, że zamierza rozprawić się z chłopcami, którzy opowiadają obsceniczne historie. W konsekwencji Robert został uznany za donosiciela; pewnej nocy zaciągnięto go do obozowej chłodni, rozebrano i obito. By ostatecznie go upokorzyć, chłopcy wysmarowali mu pośladki i genitalia zieloną farbą. Nagiego zamknięto w chłodni na resztę nocy. Jego jedyny przyjaciel powiedział później, że Roberta "torturowano". Młody Oppenheimer zniósł to poniżenie w stoickim milczeniu. "Nie wiem, jak Robert wytrzymał pozostałe tygodnie - powiedział jego przyjaciel. - Niewielu chłopców dałoby radę, lecz on zniósł to do końca. To musiało być dla niego piekło". Przyjaciele często stwierdzali, że pozornie krucha i delikatna skorupa Roberta skrywała stoicką osobowość, zbudowaną na niewzruszonej dumie i zdecydowaniu. Te jego cechy ujawniały się przez resztę życia.
Po powrocie do szkoły delikatna osobowość Roberta była kształtowana przez uważnych nauczycieli, których dr Adler wybrał jako wzorowych przedstawicieli ruchu postępowej edukacji. Kiedy ucząca matematyki Matilda Auerbach zauważała, że Robert zaczyna się nudzić i wiercić, posyłała go do biblioteki, by pracował samodzielnie. Później wyjaśniał klasie, czego się nauczył. Nauczycielka łaciny i greki wspominała, że uczenie go było przyjemnością. "Każdą nową ideę uważał za piękno doskonałe". Czytał Platona i Homera po grecku, zaś Cezara, Wergiliusza i Horacego po łacinie.
Robert wyróżniał się od początku. Już na trzecim semestrze przeprowadzał doświadczenia laboratoryjne. Na piątym semestrze, gdy miał dziesięć lat, uczył się już fizyki i chemii. Tak bardzo pragnął poznawać nauki ścisłe, że kustosz American Museum of Natural History zgodził się pomagać mu w nauce. Ponieważ młody Oppenheimer przeskoczył kilka semestrów, wszyscy uważali go za dziecko cudowne, choć niekiedy zbyt afektowane. Słyszano, jak w wieku dziewięciu lat mówił do swojej starszej kuzynki: "Zadaj mi pytanie po łacinie, a ja odpowiem ci po grecku".
Rówieśnicy Roberta uważali, że dystansował się od nich. "Sporo przebywaliśmy ze sobą - wspominał kolega z dzieciństwa - a jednak nigdy nie byliśmy blisko. Zazwyczaj pochłaniało go to, co robił lub o czym myślał". Inny kolega szkolny wspominał, że Robert siedział w klasie "zupełnie tak, jakby cierpiał z głodu". Niektórzy z jego rówieśników uważali, że jest "raczej nieporadny [...], nie bardzo wiedział, jak się dogadać z innymi dziećmi". Robert doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka jest cena tego, że wie więcej od swoich rówieśników. "To nic zabawnego - powiedział kiedyś przyjacielowi - przewracać strony książki i stwierdzić "Tak, tak, oczywiście to wiem"". Jeanette Mirsky znała Roberta w starszych klasach na tyle dobrze, by uważać go za "szczególnego przyjaciela". Nigdy nie twierdziła, że jest nieśmiały, a jedynie, że zachowuje dystans. Sądziła, że Roberta cechuje pewna "pycha" z rodzaju tych, które noszą w sobie ziarno autodestrukcji. Jej zdaniem wszystko, co dotyczyło osobowości Roberta, począwszy od niezgrabnego, dziwacznego sposobu chodzenia, po takie drobiazgi, jak sposób przyrządzania sosu do sałaty, świadczyły o "silnej potrzebie podkreślania własnej wyjątkowości".
W szkole wychowawcą Roberta był Herbert Winslow Smith, który zaczął pracować na wydziale języka angielskiego w roku 1917, po zdobyciu dyplomu magistra na Harvard University. Gdy Smith, człowiek o niezwykłym intelekcie, przyjął posadę nauczyciela, jego praca doktorska była już zaawansowana. Jednak pierwsze doświadczenia w Ethical Culture School pochłonęły go tak bardzo, że nigdy nie wrócił do Cambridge. Przez całe swoje zawodowe życie pracował w szkole, by w końcu zostać jej dyrektorem. Atletycznej budowy, o szerokich barach, był ciepłym i serdecznym nauczycielem, umiejącym dociec, co najbardziej interesuje każdego z jego uczniów, i powiązać z tym omawiany temat. Po wykładach uczniowie zawsze przystawali przy jego biurku, próbując wyrwać dla siebie jeszcze chwilę dyskusji z nauczycielem. Było zupełnie jasne, że najważniejszą pasją Roberta są nauki ścisłe, lecz Smith starał się podsycać u niego zainteresowania literackie. Odkrył, że młody Oppenheimer ma już "wspaniały styl prozatorski". Kiedyś, gdy Robert napisał zabawne wypracowanie o tlenie, Smith stwierdził: "myślę, iż twoim powołaniem jest być pisarzem popularnonaukowym". Nauczyciel ten stał się przyjacielem i doradcą Roberta. "Był on bardzo, bardzo uprzejmy dla swych uczniów - wspominał Francis Fergusson. - Dbał o mnie, Roberta i wielu innych [...], przyglądał się naszym problemom i doradzał, co robić dalej".
Przełom w życiu Roberta dokonał się już w niższej klasie, kiedy rozpoczął kurs fizyki u Augustusa Klocka. "Był wspaniały - powiedział Robert. - Po pierwszym roku byłem nim całkiem zafascynowany. Postarałem się, by w lecie przygotowywać wraz z nim aparaturę na następny rok, kiedy miałem zacząć kurs chemii. Spędzaliśmy razem pięć dni w tygodniu. Któregoś razu w nagrodę zabrał mnie na wycieczkę, by zbierać minerały". Robert zaczął eksperymentować z elektrolitami i przewodnictwem. "Bardzo kochałem chemię [...]. W porównaniu z fizyką zaczyna się ona od sedna rzeczy i bardzo szybko znajdujesz związek między tym, co widzisz, a bardzo ogólnymi regułami, które występują także w fizyce, lecz tam znacznie trudniej jest do nich dotrzeć". Robert zawsze był wdzięczny Klockowi za to, że spotkał go na swojej drodze do kariery naukowej. "Uwielbiał przypadkową i nieprzewidywalną naturę dochodzenia do odkrycia, cieszył go entuzjazm, jaki wzbudzał u młodych ludzi".
Wspomnienia Jane Didisheim o Robercie nawet po 15 latach były wyjątkowo żywe. "Bardzo szybko oblewał się rumieńcem - mówiła. - Wyglądał nadzwyczaj słabowicie, miał czerwone policzki, był bardzo nieśmiały i oczywiście bardzo utalentowany. Wszyscy szybko zauważyli, że różni się od innych i że jest nadzwyczajny. Gdy chodzi o naukę, był dobry we wszystkim".
Atmosfera bezpieczeństwa w Ethical Culture School była idealna dla nietypowego młodego człowieka renesansu. Dzięki niej Robert mógł zabłysnąć wtedy, kiedy sobie życzył, i tam, gdzie chciał. Chroniła go przed wyzwaniami społecznymi, którym nie był jeszcze w stanie sprostać. Jednak ten bezpieczny kokon, jaki dawała mu szkoła, być może spowodował, że tak długo dojrzewał. Pozwalano mu wciąż być dzieckiem i stopniowo wyrastać z dzieciństwa, zamiast gwałtownie go z niego wyciągnąć. W wieku 16 lub 17 lat miał tylko jednego prawdziwego przyjaciela. Był nim Francis Fergusson, stypendysta z Nowego Meksyku, który został jego szkolnym kolegą w ostatnim roku nauki. Poznali się jesienią 1919 roku. Robert nudził się w szkole. "Po prostu kręcił się tu i tam, próbując znaleźć coś, czym mógłby się zająć - wspominał Fergusson. - Poza kursami historii, literatury angielskiej, matematyki i fizyki zapisał się na grekę, łacinę, francuski i niemiecki. Wciąż dostawał same piątki". W nagrodę przypadł mu zaszczyt wygłoszenia mowy pożegnalnej, gdy jego klasa kończyła naukę w szkole.
Poza wędrówkami i zbieraniem minerałów najważniejszą formą aktywności fizycznej Roberta było żeglarstwo. Wszyscy twierdzą, że był śmiałym, wytrawnym żeglarzem, który wyciskał ze swego jachtu wszystko. Jako mały chłopiec doskonalił swoje umiejętności na kilku mniejszych łodziach. Gdy skończył 16 lat, Julius kupił mu jednomasztowy jacht o długości 8,5 m. Robert ochrzcił go Trimethy, która to nazwa pochodziła od związku chemicznego dwutlenku trójmetylenu. Uwielbiał pływać podczas letnich sztormów, przecinać łodzią fale zatoki Fire Island i wychodzić na Atlantyk. Kiedy jego młodszy brat Frank siedział skulony w kokpicie, Robert stał z rumplem między nogami, krzycząc tryumfalnie i halsując z powrotem ku Great South Bay na Long Island. Rodzice nie umieli pogodzić się z tak gwałtownymi zachowaniami syna, którego znali jako nieśmiałego introwertyka. Ella wystawała w oknie domu nad Bay Shore, wypatrując śladu Trimethy na horyzoncie. Nie raz Julius motorówką zapędzał Trimethy do portu i karcił Roberta za ryzyko, na jakie wystawia życie swoje i innych. "Robercie, Robercie", mawiał, potrząsając głową. Jednak Robert nie dawał się przekonać. Nigdy nie stracił bezgranicznej wiary w swoją umiejętność panowania nad wiatrem i morzem. Znał dobrze swoje możliwości i nie widział powodu, by pozbawiać się tego, co dawało mu poczucie swobody. Jednak niektórzy z jego przyjaciół takie zachowanie na wzburzonym morzu traktowali jako dowód głęboko zakorzenionej arogancji, choć równie dobrze mógł to być objaw jego wewnętrznej odporności. Miał nieprzepartą skłonność do igrania z niebezpieczeństwem.
Fergusson nigdy nie zapomniał pierwszego rejsu z Robertem. Obaj przyjaciele ledwo co skończyli 17 lat. "Był to wietrzny, wiosenny, bardzo chłodny dzień. Wiatr wzbudzał niewielkie fale na całej zatoce - opowiadał Fergusson. - Zanosiło się na deszcz. Bałem się trochę, ponieważ nie wiedziałem, czy Robert da sobie radę. Poradził sobie. Był już bardzo doświadczonym żeglarzem. Jego matka patrzyła przez okno na piętrze i zapewne dostawała palpitacji serca. Jednak Robert zdołał ją przekonać, by go puściła. Bała się, ale jakoś to zniosła. Oczywiście, od fal i wiatru przemokliśmy do suchej nitki. Byłem pod wielkim wrażeniem".
Wiosną 1921 roku Robert ukończył szkołę. Tego lata Julius i Ella zabrali synów na wakacje do Niemiec. Robert wyrwał się na samodzielną, kilkutygodniową wyprawę w okolice starych kopalń w pobliżu Joachimsthal, na północny wschód od Berlina. (Jak na ironię, zaledwie dwadzieścia lat później Niemcy wydobywali tam uran, niezbędny do prowadzenia prac nad konstrukcją bomby jądrowej). Z wyprawy, w czasie której obozował w prymitywnych warunkach, Robert wrócił z torbą pełną okazów skał oraz z dyzenterią, która mogła zakończyć się nawet śmiercią. Do domu przetransportowano go na noszach. Leżał tam chory i przykuty do łóżka tak długo, że musiał odłożyć planowane na jesień wstąpienie na Harvard University. Rodzice przekonali go, by pozostał w domu, gdzie leczył się z dyzenterii i zapalenia okrężnicy. Ta ostatnia choroba trapiła go do końca życia, a sprzyjał jej nieposkromiony apetyt Roberta na pikantne potrawy. Nie był łatwym pacjentem. Długą zimę spędził uwięziony w nowojorskim mieszkaniu. Niekiedy zachowywał się ordynarnie, zamykał się w pokoju i odrzucał opiekę matki.
Wiosną 1922 roku Julius uznał, że chłopiec czuje się na tyle dobrze, by mógł opuścić dom. Skłonił więc Herberta Smitha, by ten latem zabrał Roberta na wycieczkę po Południowym Zachodzie. Nauczyciel z Ethical Culture School odbył podobną wycieczkę poprzedniego lata, a Julius uznał, że przygoda na Zachodzie wzmocni jego syna. Smith zgodził się. Wkrótce po wyruszeniu w drogę Robert zaskoczył go, zwracając się z dziwną prośbą, by pozwolił mu podróżować pod nazwiskiem "Smith" i występować jako jego młodszy brat. Nauczyciel z miejsca odrzucił tę propozycję; nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że Robert nie może pogodzić się ze swoim żydostwem. Kolega z klasy Roberta, Francis Fergusson, później także zastanawiał się nad tym. Twierdził, że jego przyjaciel miał świadomość "swojego żydostwa i zamożności, a także swoich wschodnich korzeni, a wyprawa do Nowego Meksyku była częściowo próbą ucieczki od nich". Koleżanka z klasy, Jeanette Mirsky, także uważała, że Roberta dręczy jego żydowskie pochodzenie. "Wszyscy mieliśmy takie wrażenie", powiedziała. Kilka lat później, na Harvard University, Robert sprawiał wrażenie człowieka, którego problem ten trapi znacznie mniej. Powiedział wówczas przyjacielowi o szkocko-irlandzkim rodowodzie: "Cóż, żaden z nas nie przybył tu na Mayflower".
Wyruszywszy na południe, Robert i Smith kierowali się ku płaskowzgórzom Nowego Meksyku. W Albuquerque zatrzymali się u Fergussona i jego rodziny. Robert bardzo polubił ich towarzystwo. Wizyta ta scementowała trwającą całe życie przyjaźń. Fergusson przedstawił Roberta innemu rówieśnikowi z Albuquerque, Paulowi Horganowi, także cudownemu dziecku, które później miało stać się znanym pisarzem. Okazało się, że Horgan, podobnie jak Fergusson, wybiera się na Harvard University. Robert polubił Horgana i był zauroczony jego ciemnowłosą i niebieskooką siostrą Rosemary. Frank Oppenheimer powiedział, że brat wyznał mu później, iż Rosemary bardzo go pociągała.
Po wstąpieniu na Harvard University przyjaciele nadal trzymali się razem, a Horgan żartował, że stanowią "wielką trójkę ludzi renesansu". Nowy Meksyk obudził w Robercie nowe zainteresowania i nowe dążenia. Pierwsze wrażenie, jakie Robert wywarł na Horganie w Albuquerque, było bardzo żywe: "Przepełniała go niezwykła radość i optymizm, które łączył z doskonałym poczuciem humoru [...], miał wspaniały dar zjednywania sobie ludzi wszędzie i o każdej porze".
Z Albuquerque Smith zabrał Roberta i jego dwóch przyjaciół na rekreacyjne ranczo nazywane Los Pinos, położone 40 kilometrów na południowy wschód od Santa Fe, prowadzone przez dwudziestoośmioletnią Katherine Chaves Page. Ta czarująca, lecz władcza młoda kobieta stała się przyjaciółką Roberta na całe życie. Najpierw było jednak zauroczenie - Roberta bardzo pociągała Katherine, młoda mężatka. Przed rokiem poważnie zachorowała i kiedy wydawało się, że nie przeżyje, poślubiła Wintropha Page'a, Amerykanina pochodzenia anglosaskiego, człowieka w wieku jej ojca. Katherine jednak wyzdrowiała. Page, przedsiębiorca z Chicago, bardzo rzadko pojawiał się w Pecos.
Chavesowie byli arystokratycznym rodem mieszkającym od pokoleń na hiszpańskojęzycznym Południowym Zachodzie. Ojciec Katherine, don Amado Chaves, zbudował na ranczo w pobliżu wioski Cowles elegancki dom ze wspaniałym widokiem na rzekę Pecos płynącą ku północy, ku ośnieżonym szczytom łańcucha górskiego Sangre de Cristo. Katherine była w tym królestwie "regentką", zaś Robert, ku swemu zachwytowi, stał się jej ulubionym dworzaninem. Fergusson wspominał, że stała się "bliską przyjaciółką Roberta [...]. Nieustannie przynosił jej kwiaty i przy każdej okazji prawił komplementy".
Tego lata Katherine nauczyła Roberta jeździć konno i już wkrótce Oppenheimer wyruszał w dziewicze pustkowia na wyprawy trwające nieraz pięć czy sześć dni. Smith był zdumiony tym, jaką odporność i wytrwałość wykazuje chłopiec na koniu. Mimo słabego zdrowia i delikatnej postury Robert wyraźnie polubił fizyczne trudy jazdy konnej, podobnie jak wcześniej lubił igrać z niebezpieczeństwem podczas rejsów swym jachtem. Pewnego dnia, w czasie powrotnej jazdy z Kolorado, Robert uparł się, by wybrać ośnieżony szlak wiodący przez najwyżej położoną przełęcz górską. Smith wiedział, że podczas tej drogi mogą zamarznąć na śmierć, lecz Robert mimo wszystko zdecydował się na nią. Nauczyciel zaproponował więc, by rozstrzygnęli spór rzutem monetą. "Dzięki Bogu, wygrałem - wspominał Smith. - Nie wiem, co by się stało, gdyby było inaczej". Jego zdaniem, ryzykanctwo Roberta graniczyło z samobójstwem. Obserwując go, zauważył, że perspektywa śmierci nie "powstrzymałaby tego chłopca od realizacji jego zamiarów".
Smith poznał Roberta, gdy chłopiec miał 14 lat, i wiedział, że chłopiec był zawsze bardzo słaby fizycznie i emocjonalnie. Jednak teraz, gdy obserwował go w górach, obozującego w spartańskich warunkach, zastanawiał się, czy nękające Roberta chroniczne zapalenie okrężnicy nie ma podłoża psychosomatycznego. Nauczyciel zauważył, że ataki choroby następowały zawsze wtedy, gdy ktoś w lekceważący sposób wypowiadał się o Żydach. Smith sądził, że u Roberta wykształcił się mechanizm "zamiatania niewygodnych faktów pod dywan", który "w skrajnych sytuacjach ściągał na niego kłopoty".
Smith znał najnowsze freudowskie teorie dotyczące rozwoju w wieku dziecięcym i na podstawie prowadzonych przy obozowym ognisku rozmów z Robertem doszedł do wniosku, że chłopca trapi kompleks Edypa. "Nigdy nie słyszałem z jego ust najlżejszej krytyki pod adresem matki - wspominał Smith - choć dość krytycznie wyrażał się o ojcu".
Jako dorosły człowiek Robert kochał ojca, szanował go i bardzo o niego dbał aż do jego śmierci. Przedstawiał mu swoich przyjaciół i zawsze znajdował dla niego miejsce w swoim życiu. Jednak Smith wyczuwał, że wyjątkowo nieśmiałego i wrażliwego Roberta bardzo zawstydzała prostacka jowialność Juliusa. Pewnej nocy przy obozowym ognisku opowiedział Smithowi o wydarzeniu w Camp Koenig, które było skutkiem zbyt energicznej reakcji ojca na wysłany do domu list o opowiadanych tam seksualnych historyjkach. Jako nastolatek Robert coraz lepiej zdawał sobie sprawę z tego, że zajęcie jego ojca - prowadzenie przedsiębiorstwa odzieżowego - jest tradycyjnym zajęciem Żyda. Smith wspominał później, że pewnego razu, podczas wycieczki na Zachód w roku 1922, w trakcie pakowania poprosił Roberta, by złożył mu marynarkę i włożył do walizki. "Spojrzał na mnie ostro - wspominał Smith - i powiedział: "No tak, syn krawca będzie wiedział, jak to zrobić, prawda?"".
Mimo tych wybuchów Smith był zdania, że w czasie wspólnego pobytu na rancho w Los Pinos Robert dojrzał emocjonalnie i nabrał wiary w siebie. Wiedział, że ogromna w tym zasługa Katherine Page, której przyjaźń była dla Roberta nadzwyczaj ważna. Fakt, że Katherine i jej arystokratyczni przyjaciele akceptowali w swym towarzystwie niezbyt pewnego siebie żydowskiego chłopca z Nowego Jorku, stał się przełomem w wewnętrznym życiu Roberta. Oczywiście wiedział, że jest akceptowany przez życzliwych członków nowojorskiego Ethical Culture Society, tu jednak spotkał się z aprobatą ludzi, których lubił, a którzy pochodzili spoza jego świata. "Po raz pierwszy w życiu - zauważył Smith - Robert poczuł, że jest kochany, podziwiany i że ludzie szukają jego towarzystwa". Cieszył się tym bardzo i w późniejszych latach kształtował u siebie umiejętność wzbudzania takiego podziwu.
Pewnego dnia Robert, Katherine i kilku innych mieszkańców Los Pinos wzięli juczne konie i wyruszyli na wyprawę, która zaczęła się w wiosce Frijoles, na zachód od Rio Grande. Skierowali się na południe i wspięli na płaskowyż Pajarito, wznoszący się na wysokość ponad 3000 metrów. Przejechali przez Valle Grande, kanion oraz przez Valles Caldera, okrągły krater wulkaniczny o szerokości 19 kilometrów, skręcili na południowy wschód, po czym pokonali następne 6 kilometrów i dojechali do kolejnego kanionu, którego hiszpańska nazwa Los Alamos pochodziła od topoli rosnących nad wijącym się w dolinie strumieniem. W tym czasie, w tej okolicy, jedynym ludzkim osiedlem na przestrzeni wielu kilometrów była specjalna szkoła męska - Los Alamos Ranch School.
Fizyk Emilio Segr? napisał później, że gdy zobaczył Los Alamos po raz pierwszy, był to "piękny i dziki kraj". Połacie trawiastych łąk przecinały gęste, sosnowe i jałowcowe lasy. Szkoła usytuowana była na szczycie płaskowzgórza długości 3 kilometrów, otoczonego od północy i południa stromymi kanionami. Kiedy w 1922 roku Robert odwiedził tę szkołę po raz pierwszy, uczyło się w niej zaledwie około 25 chłopców, z których większość stanowili synowie nowobogackich producentów samochodów z Detroit. Przez cały rok nosili szorty i spali na nieogrzewanych werandach. Każdy z chłopców musiał opiekować się koniem. Często wyruszali na wyprawy w pobliskie góry Jemez. Robertowi bardzo się to podobało, gdyż było całkowicie odmienne od jego szkoły - Ethical Culture School. W późniejszych latach raz po raz powracał na to odludne wzgórze.
Oppenheimer powrócił z tych wakacji zakochany w urodzie pustyni i gór Nowego Meksyku. Kiedy kilka miesięcy później usłyszał, że Smith planuje kolejną wyprawę do "krainy Hopi", napisał do niego: "Oczywiście zazdroszczę wam bardzo. Widzę, jak zjeżdżacie z gór ku pustyni, kiedy na niebie panują burze i zachody słońca. Widzę was w Pecos [...] w czasie pełni księżyca nad Grass Mountain".
[2] Oppenheimerowie wydali na te dzieła sztuki fortunę. Na przykład w 1926 roku za Pierwsze kroki Julius zapłacił 512 900 dolarów.
[3] Palisades - bazaltowe, kolumnowe skarpy wysokości od 65 do 165 m nad rzeką Hudson - przyp. tłum.
[4] Kilkadziesiąt lat później koleżanka z klasy Roberta, Daisy Newman, wspominała: "Kiedy jego idealizm ściągnął na niego kłopoty, pomyślałam, że była to logiczna konsekwencja wpojonej nam głęboko etyki. Robert, jako wierny uczeń Felixa Adlera i Johna Lovejoy'a Elliotta, musiał postępować zgodnie ze swoimi przekonaniami, niezależnie od tego, jak nierozsądne by to było" (List Daisy Newman do Alice K. Smith, 17 02 1977, Korespondencja Alice K. Smith, ze zbiorów Sherwina).