Zaczyna się wiek XX
Most nad Brdą przy uliczce An der Stadtschleuse. Dzień nadzwyczaj pogodny, koniec maja, może czerwiec 1906 roku. Gładka toń rzeki odbija przycumowane barki, nad wodą unoszą się mewy, wyżej fruwają jaskółki i jerzyki. Szerokim chodnikiem kroczy grupa pań, za nimi podążają panowie w melonikach. Każdy podparty modną laseczką. Czteroletnia dziewczynka idąca obok damy w kapeluszu to mała Dolcia, moja przyszła matka. Dolcia pcha wózek z młodszą siostrzyczką, nie bardzo jej to jednak idzie, ale odmawia pomocy interweniującej niani, powtarzając z uporem: "siama, siama!".
Na dalszym planie widać dwie sylwetki wędkarzy na brzegu rzeki. Stoją z ogromnymi wędziskami, jeden w kaszkiecie, drugi w futrzanej czapie. Czy coś złowili? W zakręt rzeki wchodzi parowiec Kaiser Wilhelm, z którego komina lecą kłęby dymu sięgające po linię horyzontu.
-?Piękny widok - zauważa babcia.
-?Piękny, ale mógłby mniej kopcić - stwierdza Maria, młodsza córka babci.
-?Peut-?tre1, ale każdy ma prawo do własnych ocen, córeńko. Ja lubię sytuacje, w których można podziwiać potęgę naszych czasów. I coś takiego tutaj widzimy. Dzięki Bromberger Kanal2 Bydgoszcz stała się potęgą handlową, na czym zyskali i Niemcy, i Polacy. To był najlepszy pomysł Fryderyka Wielkiego i za to mu chwała. O innych jego czynach lepiej zapomnieć, na przykład o fałszowaniu polskiej waluty w Saksonii - powiedziała babcia, siadając na ławeczce.
Rozmowę przerwał nagły płacz Zosi, która wierciła się w wózeczku, spragniona okolicznych widoków.
-?Pewnie boli ją brzuszek - sugerowała babcia.
-?Gdzie tam, proszę łaskawej pani, ona tak ma, że jak jesteśmy "na zielonym", to się natychmiast wygina, bo chce wszystko zobaczyć, złapać, i pobroić. To galanta cwaniara, że strach.
-?Co to znaczy "galanta"? Pierwszy raz słyszę takie określenie - zapytała babcia z wyraźnym zaciekawieniem.
-?To coś wyrazistego, godnego podziwu, na przykład "galanta panna" - wytłumaczyła starsza córka - Łucja.
-?Czy dobrze mówię, Lusiu? - zapytała nianię.
-?Dobrze to pani wyjaśniła, może być galanty grzyb, galanty kotek albo galanty kawaler - wszystko, co duże i okazałe.
-?Że kawaler "galanty", to rozumiem - zażartowała Maman.
Kiedy Zosia, dźwignięta na ręce przez oddaną Lusię, przestała płakać, panie kontynuowały rozmowę.
-?Pięknie tutaj, nad Kanałem - stwierdziła starsza pani - ale avec plaisir3 widziałabym w tym uroczym zakątku latarnie gazowe. Jan Teska, którego spotkałam na Starym Rynku, mówił, że mają je niebawem instalować.
-?I te topole, takie ogromne, podobno pamiętają czasy napoleońskie, dodają uroku bydgoskim plantom - wtrąciła Maria.
-?Ale wracając do waszej niani - powiedziała babcia, zniżając głos - podziwiam słownictwo tej młodej damy, widać, że polski lud wychodzi z kurnych chat. Dziewczynki chodzą teraz do szkoły i mogą wykonywać różne zajęcia: pielęgniarki, salowej, kucharki, a we Francji to nawet lekarki, prawniczki czy kierowniczki biura. Amerykańskie i angielskie sufrażystki, z kolei, mają bzika! Nie widzę rozczochranej baby w banku, na stanowisku inżyniera w hucie, jako sztygara w kopalni albo kobiety kierującej tramwajem. Gdzieś musi być granica i wyznacza ją nasza płeć. Miejsce kobiety jest przy mężu i szlus!
-?Ale, ale, Maman, zawsze mówiłaś, że twoim marzeniem byłoby polecieć aeroplanem. Podobno francuski inżynier Louis Blériot konstruuje już takie aparaty, więc ruszaj do Warszawy albo do Wiednia!
-?Rzeczywiście bym chciała, ale to nie jest sprawa płci, lecz możliwości. Trzeba z tym jednak poczekać, a na razie mam dla was świetne wieści; niech tylko nadejdą panowie.
Dwaj zięciowie - Władysław i Jan - oraz Zbigniew, kuzyn z Poznania, powoli się zbliżali, wywijając laseczkami.
-?Mam dla was wymarzoną wiadomość - oznajmiła Maman, gdy wszyscy zgromadzili się wokół ławki. - Mój mąż, a wasz ojciec i teść, wygrał ogromną sumę w berlińskiej loterii - 540 tysięcy marek!
-?O Boże, ale szczęście! - zawołały córki.
-?Cudowna niespodzianka! - ucieszyli się obaj zięciowie. Tylko kuzyn z Poznania wydawał się nieco przygaszony.
-?Kupimy nowe meble i większe mieszkanie - zadecydowała Maria.
-?A my zainwestujemy w ziemię, najlepiej nad morzem, to zawsze się opłaca - postanowili zgodnie Łucja i Jan.
Z okolic drugiej śluzy dochodziły krzyki, widać było gromadzący się tłum i grupę policjantów. Nadbiegła Lusia, pchając wózeczek z Zosią i zachęcając Dolcię do przyspieszenia kroku.
-?O Boże, że ja to widziałam! - rozpaczała niania.
-?Co się takiego stało? - dowiadywali się zięciowie.
-?Powiesił się Rysiek, mój sąsiad z Friedrichstra?e. Od roku szukał roboty i nic nie znalazł, nie miał po prostu za co żyć. Na dodatek rzuciła go żona, tragedia! Cały czas wisi na drzewie, wiatr go kolebie wte i wewte. Czekają na koronera - tylko on może odciąć zwłoki. Że też coś takiego dzieje się w Polsce! - wołała zrozpaczona Lusia.
-?W Prusiech4, moja panno, w Prusiech. W Polsce na pewno będzie lepiej! - oburzyła się starsza pani.