Rozdział 1
Siema.
Nazywam się Kacper, jestem wiewiórem i mieszkam na śmietniku. A właściwie to nie na śmietniku, ale Świetniku, bo to naprawdę fantastyczne miejsce. Inne wiewiórki pukają się w czoło, gdy im o tym opowiadam, ale ja się jakoś nie przejmuję. Nie macie pojęcia, ile wspaniałych rzeczy można tu znaleźć i co potem z nimi zrobić!
Zwłaszcza gdy się ma taką ekipę jak ja.
Ale zaraz. Powoli. Bo wy chyba nie wiecie, o czym ja mówię. Może więc na przykład opowiem wam o tym, co się wydarzyło we wtorek.
Otóż we wtorek przyleciała do mnie sroka Kraksa. Cóż, może nie konkretnie do mnie - Kraksa miała bowiem w zwyczaju latać po Świetniku i zagadywać każdego, kto miał ochotę jej słuchać. Ochotników wielu nie było, bo Kraksa na ogół strasznie ględziła, a bywało, że zagadywała któregoś z mieszkańców Świetnika, by mu później podwędzić coś błyszczącego.
Tym razem przyłapała mnie w chwili relaksu - siedziałem z zamkniętymi oczami i zachwycałem się smakiem zjedzonego chwilę wcześniej orzeszka. Kiedy je otworzyłem i ujrzałem przed sobą wielką srokę.
- Dzień dobry! - powiedziałem uprzejmie.
- Dobry? - prychnęła Kraksa i nastroszyła pióra. - A co w nim dobrego?
Cóż, ze znajdowaniem dobrych stron życia nigdy wielu problemów nie miałem. Słońce świeciło, mój brzuszek był przyjemnie wypełniony, a w planach nie miałem dosłownie niczego - i to wystarczyło aż nadto, bym poczuł się szczęśliwy. Ciekawe, co gryzło srokę?
- A co w nim złego? - spytałem przekornie.
- Choćby to, że życie jest niesprawiedliwe - oznajmiła Kraksa.
O, to była dla mnie nowość.
- A czemu tak myślisz? - podniosłem się z leżaka wykonanego z mięciutkiego pantofla.
- No bo w parku nie ma miejsca dla srok! - wypaliła Kraksa. - Stoi tam sześć ławek! Sześć! I wszystkie, wszyściuteńkie zostały zajęte przez gołębie i wróble! Wystarczy, by ktoś tam usiadł i wyciągnął torbę z okruszkami, a gołębie i wróble zlatują się ze wszystkich stron i wszystko wydziobują!
- Aha - przytaknąłem ze zrozumieniem. - A próbowałaś może z nimi rozmawiać?
- Z gołębiami? - Sroka się nastroszyła. - Próbowałam i nic z tego. Ciągle tylko: "Gruuu! Gruuu!". Nie dziobać mi tu!". Masz coś błyszczącego?
- Nie.
- Na pewno.
- Nie!
- Zajrzę sobie! - oznajmiła sroka i wskoczyła do mojego domu, który urządziłem sobie w pustej obudowie po telewizorze.
- Zaczekaj! - Zerwałem się z fotela i wskoczyłem w ślad za nią do środka. - Nie wolno włazić do...
I wtedy zwaliło się na nas niebo.
Tak mi się przynajmniej wydawało. Wystarczy pomieszkać trochę na Świetniku, by przyzwyczaić się do łomotów, łoskotów i pomniejszych eksplozji, ale ta była naprawdę porządna. Minęła dłuższa chwila, zanim odważyłem się wysunąć łebek z domku.