Opowieści z zaczarowanego lasu. Pigmeje - Nathaniel Hawthorne

Kup ebooka

14.90 zł
12.37 zł (12,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pigmeje

W zamierzchłych czasach, kiedy świat był pełen przeróżnych dziwów, żył sobie olbrzym imieniem Anteusz, który narodził się z ziemi, a także milion, czy może więcej, dziwnych, również z ziemi zrodzonych ludzików zwanych Pigmejami. Olbrzym i Pigmeje, jako dzieci tej samej matki (to znaczy naszej starej poczciwej prababki Ziemi), byli braćmi i mieszkali sobie wszyscy razem w największej zgodzie i przyjaźni daleko, bardzo daleko, w samym środku gorącej Afryki. Pigmeje byli tak mali, a od reszty ludzkości dzieliło ich tyle piaszczystych pustyń i niebotycznych gór, że nikt nie mógł oglądać ich częściej niż raz na jakieś sto lat. Jeżeli chodzi o olbrzyma, to ponieważ był tak ogromnej postury, dość łatwo było go zobaczyć, ale bezpieczniej było trzymać się poza zasięgiem jego wzroku.

Wśród Pigmejów, jak sądzę, było tak, że jeżeli któryś z nich osiągnął sześć albo osiem cali wzrostu, wszyscy uważali go za niebywale wysokiego człowieka. Bardzo ładny widok musiały przedstawiać ich malutkie miasteczka z ulicami szerokości dwóch lub trzech stóp, brukowanymi najdrobniejszym żwirem, i domami wielkości ptasiej klatki. Pałac królewski osiągał oszałamiającą wielkość domku dla lalek, stał zaś w środku rozległego placu, który ledwo by się zmieścił pod tym naszym dywanem. Ich główna świątynia, czy też katedra, była strzelista jak ta komoda, a uważano ją za wspaniały, majestatyczny i przepiękny budynek.

Żadna z tych budowli nie była z kamienia ani drzewa. Były one zgrabnie zlepione przez pigmejskich majstrów, trochę na podobieństwo gniazd ptasich, z piór, słomy, skorupek i kawałków różnych materiałów, przy pomocy gliny zamiast wapna, a gdy wyschły w upalnym słońcu, były tak wygodne i przytulne, jak Pigmej mógł sobie tego życzyć.

Okoliczne ziemie były dogodnie podzielone na pola, z których największe miało prawie te same rozmiary, co grządka w waszym ogródku. Tu Pigmeje siali pszenicę i inne zboża, które, gdy wzeszły i dojrzały, ocieniały tych malutkich ludzików, podobnie jak sosny, dęby, orzechy i kasztany darzą nas swoim cieniem, gdy przechadzamy się po lasach. W czas żniw musieli brać na pole swoje małe siekierki i ścinać nimi zboże, zupełnie tak samo jak drwal, który wyrąbuje las; a kiedy jakiś kłos, którego wierzchołek był zbyt obciążony, runął przypadkiem na nieszczęsnego Pigmeja, przygoda kończyła się dramatem. Bo jeżeli nie roztrzaskał go na kawałki, to jestem pewien, że w najlepszym razie przyprawił go o porządny ból głowy. Ach, posłuchajcie tylko! Skoro ojcowie i matki byli tacy mali, to jakie musiały być dzieci i niemowlęta? Cała rodzina mogła ułożyć się do snu w jednym trzewiku albo wśliznąć się do starej rękawiczki i zabawiać w chowanego w jej palcach. Roczne dziecko można było ukryć pod naparstkiem.

Jak już mówiłem, bratem i sąsiadem tych przezabawnych Pigmejów był olbrzym, który, jeśli to możliwe, był jeszcze większy niż oni byli malutcy. Był tak strasznie wysoki, że używał sosny, której pień miał osiem stóp w obwodzie, jako laski. Trzeba było bardzo dalekowzrocznego Pigmeja, zapewniam was, żeby dojrzał jego głowę bez pomocy teleskopu; a często, kiedy była mgła, nie widzieli w ogóle jego górnej połowy ciała, lecz tylko długie nogi, które zdawały się kroczyć zupełnie same. Ale w południe, w przejrzystym powietrzu i w promieniach słońca, olbrzym Anteusz przedstawiał sobą naprawdę wspaniały widok. Stał sobie w słońcu, po prostu góra, nie człowiek, ogromna twarz uśmiechała się w dół do jego maleńkich braci, a jedyne, olbrzymie oko (które było wielkości koła u wozu i mieściło się w samym środku czoła) mrugało przyjaźnie do całego narodu jednocześnie.