Minotaur
W starym mieście Trojzenie, u stóp wyniosłej góry, żył sobie niegdyś chłopczyk imieniem Tezeusz. Władcą tej krainy był jego dziadek, król Pitteus, który uchodził za bardzo mądrego człowieka, tak iż Tezeusz, ponieważ wychowywał się na królewskim dworze, a z natury był bardzo bystrym chłopcem, skorzystał mnóstwo z nauk starego króla. Jego matka nazywała się Ajtra. Chłopiec nigdy nie widział swojego ojca, ale jak daleko sięgał pamięcią, matka chodziła z nim do lasu i siadała na omszałym głazie, głęboko zagrzebanym w ziemię. Tam często opowiadała synkowi o jego ojcu, mówiąc, że nazywa się Egeusz, że jest wielkim królem i panuje w Attyce, mieszka zaś w Atenach, które sławą nie ustępują żadnemu miastu na świecie. Tezeusz bardzo lubił słuchać o królu Egeuszu i często pytał swą dobrą matkę, dlaczego ojciec nie przyjeżdża, by zamieszkać z nimi w Trojzenie.
- Ach, drogi synku - mówiła Ajtra z westchnieniem - król musi dbać o swój lud. Ci, którymi rządzi, zastępują mu dzieci i rzadko kiedy ma dość czasu, by okazywać miłość własnym synom i córkom, jak to czynią inni rodzice. Twój ojciec nigdy nie będzie mógł opuścić swojego królestwa, by zobaczyć się z synkiem.
- Tak, droga mamo - spytał kiedyś chłopiec - ale dlaczego ja nie mogę pojechać do tych sławnych Aten i powiedzieć królowi Egeuszowi, że jestem jego synem?
- To może kiedyś nastąpi - odrzekła Ajtra. - Bądź cierpliwy, zobaczymy. Nie jesteś jeszcze dość duży ani dość silny, żeby wyruszyć w taką podróż.
- A kiedy będę dość silny? - dopytywał się uparcie Tezeusz.
- Jesteś jeszcze malutkim chłopczykiem - odpowiedziała matka. - Zobacz, czy potrafisz podnieść kamień, na którym siedzimy.
Malec miał bardzo wysokie mniemanie o swojej sile, więc zaraz, uczepiwszy się chropowatych wypukłości na głazie, zaczął szarpać go z całej siły, aż się całkiem zadyszał; ale nie mógł poruszyć ciężkiego kamienia, który zdawał się tkwić korzeniami w ziemi. Nic dziwnego, że nie mógł go poruszyć, bo żeby wydobyć go z ziemnego łożyska, trzeba było całej siły bardzo muskularnego mężczyzny.
Jego matka stała obok i przyglądała się temu, a jej wargi i oczy uśmiechały się smutno na widok pełnych zapału, a przecież tak bezskutecznych wysiłków synka. Nie mogła oprzeć się uczuciu zatroskania widząc, że już tak rwie się do przygód w szerokim świecie.
- Widzisz, jak sprawy wyglądają, mój miły Tezeuszu - powiedziała. - Musisz mieć o wiele większą siłę niż obecnie, zanim będę mogła spokojnie puścić cię do Aten, byś powiedział królowi Egeuszowi, że jesteś jego synem. Ale kiedy zdołasz podnieść ten głaz i pokażesz mi, co się pod nim kryje, przyrzekam, że pozwolę ci wyjechać.
Nieraz jeszcze po tej rozmowie Tezeusz pytał matkę, czy nie czas już, żeby się wybrał do Aten; a ona ciągle wskazywała na głaz mówiąc, że jeszcze wiele lat nie będzie miał dość siły, by go podnieść. I raz po raz różowy, kędzierzawy chłopiec szarpał się i natężał przy ogromnej masie kamienia, usiłując, choć jeszcze był dzieckiem, dokonać tego, co z trudnością udałoby się olbrzymowi, gdyby nawet wytężył wszystkie siły. A tymczasem głaz zdawał się zapadać coraz głębiej w ziemię. Mech porastał go coraz gęściej, aż wreszcie wyglądał jak miękka, zielona ławka, z której wystawało tylko kilka kawałków granitu. Każdej jesieni zwisające nad nim gałęzie drzew obsypywały go pożółkłymi liśćmi, u jego podstawy rosły paprocie i polne kwiaty, a niektóre pięły się po powierzchni. Wszystko wskazywało na to, że głaz tkwi w miejscu równie mocno, jak każda inna część skorupy ziemskiej.
Ale choć sprawa wydawała się niezmiernie trudna, Tezeusz wyrastał już na tak silnego młodzieńca, że według jego własnego mniemania niedaleki był dzień, kiedy będzie mógł pokonać tę ciężką bryłę granitu.
- Mamo, naprawdę myślę, że się poruszył! - zawołał po jednej z prób. - Ziemia dokoła z pewnością trochę popękała!
- Nie, nie, synku! - pośpiesznie odpowiedziała matka. - To niemożliwe, żebyś go poruszył, jesteś przecież jeszcze chłopcem!
I nie dała się przekonać, chociaż Tezeusz pokazał jej miejsce, w którym, jak mu się zdawało, poruszenie głazu wyrwało częściowo z ziemi łodygę jakiegoś kwiatu. Ale Ajtra wzdychała i była bardzo niespokojna, bo zapewne zdawała sobie sprawę, że jej syn nie jest już dzieckiem i wkrótce będzie musiała wysłać go w wielki, pełen niebezpieczeństw i nieszczęść świat.
Upłynął zaledwie rok, a znowu siedzieli na omszałym głazie. Ajtra raz jeszcze opowiadała mu wielokrotnie powtarzaną historię o jego ojcu, mówiła o tym, jak bardzo chętnie przyjmie Tezeusza w swoim królewskim pałacu, przedstawi go swoim dworzanom i ludowi i powie im, że oto jest dziedzic jego włości. Tezeuszowi oczy płonęły entuzjazmem, z trudem mógł usiedzieć spokojnie i słuchać słów matki.
- Kochana mamo - wykrzyknął - nigdy nie czułem się ani w połowie tak silny jak teraz! Nie jestem już dzieckiem ani chłopcem, ani młodzieńcem! Czuję się mężczyzną! Czas, abym podjął poważną próbę dźwignięcia kamienia.
- Ach, mój najdroższy Tezeuszu - odrzekła jego matka - jeszcze nie, jeszcze nie!
- Tak, mamo - powiedział stanowczo Tezeusz - nadszedł czas!
I schyliwszy się przystąpił z powagą do dzieła, napinając wszystkie mięśnie z siłą i stanowczością godną prawdziwego mężczyzny. W trud ten włożył całe swoje odważne serce. Zmagał się z ogromnym, bezwładnym głazem, jakby to był żywy nieprzyjaciel. Usiłował dźwignąć go i podnieść, postanowiwszy, że albo zwycięży, albo zginie - i niech ten kamień będzie jego pomnikiem po wsze czasy! Ajtra stała patrząc na niego i załamując ręce, jednocześnie dumna jak matka i jak matka stroskana. Wielki głaz drgnął! Tak, uniósł się z wolna spośród warstwy mchu i ziemi, wyrywając z korzeniami krzaki i kwiaty, po czym legł na boku. Tezeusz zwyciężył!