Opowieści z serii Siedmiu Mieczy (#1). Siedem Mieczy. Księga 1 - Anthony Ryan

-
Proszę czekać

Karta redakcyjna

A Pilgrimage of Swords Copyright ? 2019 by Anthony RyanThe Kraken's Tooth Copyright ? 2020 by Anthony RyanCity of Songs Copyright ? 2021 by Anthony Ryan Copyright ? by Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-021-7

Kod produktu: 4000638

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEMarcin Kiszela

REDAKCJADorota Pacyńska

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska

PROJEKT OKŁADKI? HarperCollins Publishers

GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKTSzymon Wójciak

ILUSTRACJERobert Łakuta

MAPAPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJpan@drewnianyrower.com

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowieckibiuro@fabrykaslow.com.pl

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl dystrybucja@dressler.com.pl

Szepczące Piaski

Kapłan był młody, twarz miał tak delikatną, że niemal kobiecą. Rosły mężczyzna ocenił na oko, że tamten musiał niedawno ogolić głowę. Jego przygarbiona postawa sprawiała, że wydawał się mniejszy, jakby przestraszony. Świadczyło też o tym napięcie, wyraźnie widoczne w okolicach jego szczęk i szyi.

Ból - zauważył głos. Takie kwestie nigdy nie umykały jego uwadze. Chłopak ostatnio dostał niezłe manto. Czyżby nie był wystarczająco sumienny w swoim płaszczeniu się?

- Potrzebujecie nowych imion - zwrócił się do zgromadzonych w kaplicy kapłan. Nie było tam żadnych miejsc siedzących, więc wszyscy musieli stać. Duchowny mówił do nich sprzed ołtarza, którym był zwyczajny drewniany stół, ozdobiony jedynie kamiennym półksiężycem, powszechnie znanym symbolem Rozgrzeszonego. Pozostali kapłani - w sumie dziesięciu - ustawili się z kolei za ołtarzem, ich twarze niknęły pod kapturami czerwonych szat. Na ścianach wokół łatwo było dostrzec wiele prostokątnych odbarwień - śladów po świętych rycinach i gobelinach, które wisiały tu wcześniej przez wiele lat.

Niegdyś Kościół Rozgrzeszonego posiadał liczne skarby - wyjaśnił głos. Dawno już je powyprzedawał, by ocalić te żałosne pozostałości.

- Ci, którzy pod własnym imieniem pielgrzymują w głąb Alnachim, sprowadzają na siebie potępienie - ciągnął kapłan. - To znana prawda. Na czas naszej świętej próby będziecie znać mnie wyłącznie jako Kapłana. Na żadne inne imię nie zareaguję. Teraz to wy musicie mi powiedzieć, na jakie imiona zamierzacie odpowiadać.

Spojrzał wyczekująco na rosłego wojownika, może dlatego, że ten stał najbliżej ołtarza.

Nie, nie dlatego - wtrącił zniecierpliwiony głos. Wyczuwa twój autorytet, mój sługo.

- Pielgrzym - odparł mężczyzna. - Będziesz mnie znał pod imieniem Pielgrzym.

Kapłan skinął głową, potem zaś odwrócił się do zaklinaczki bestii.

- A ciebie?

Namyślała się przez moment, marszcząc pokryte farbą czoło.

- Poszukiwaczka.

Kapłan przeniósł wzrok na korpulentnego mężczyznę po jej lewej. Pątnik miał bladą cerę, a jego zniszczone ubranie świadczyło o tym, jak długą podróż ma za sobą. Nie nosił miecza, trzymał za to dębowy kij, tak długi, że sięgał mu głowy.

- Możesz nazywać mnie Księgą - odparł, uśmiechając się przyjaźnie. Mówił w języku lenta, najpowszechniejszym w Sprzymierzonych Krainach, tyle że z wyraźnym północnym akcentem.

Za Księgą stał dużo wyższy mężczyzna, odziany w znacznie lepsze szaty. Miał na plecach ciężką kuszę z kołowrotkiem, a u pasa bliźniacze sztylety. Jednak najbardziej charakterystyczna zdawała się kunsztownie zdobiona maska ze srebra i mosiądzu, którą nosił na twarzy. Pielgrzym doszedł do wniosku, iż najlepszym dowodem umiejętności strzeleckich tamtego jest już sam fakt, że z czymś takim na twarzy pokonał valkeriską drogę i nie dał się zamordować.

- Gracz - rzucił, kłaniając się w wymyślny sposób. Wymówił to słowo niemal melodyjnie, co dobrze współgrało z kwiecistymi zdobieniami jego maski. Pielgrzym nie miał większych kłopotów z określeniem jego pochodzenia; Atheria, Miasto Pieśni na północnym wybrzeżu Trzeciego Morza, gdzie szlachetnie urodzeni podczas kontaktów z niższymi klasami zawsze nosili maski.

W odległości kilku kroków od reszty stali mężczyzna z kobietą. Ich karnacja przywodziła na myśl ludzi z krain na południe od Czwartego Morza. Kobieta miała niezwykle urodziwą twarz, wysokie kości policzkowe i orli nos. Nosiła też kosztowne szaty, kontrastujące z niewyszukanym podróżnym ubiorem jej kompana. Mężczyzna nie był równie przyjemny dla oka, twarz miał tak surową, że wręcz sugerowała okrucieństwo. Pielgrzym dostrzegł na czole i w okolicach szczęki tamtego wyraźnie zarysowane blizny, co w połączeniu z jego wyprostowaną sylwetką i mocno zużytym bułatem u pasa wskazywało, iż najpewniej jest żołnierzem po wielu latach służby. Kobietę uznałby za kochankę z wyższej kasty, a jego za najemnego ochroniarza, gdyby nie małżeńskie bransoletki, które obydwoje nosili. Przyglądając im się baczniej, Pielgrzym doszedł do wniosku, że piękno kobiety również nie jest pozbawione skazy. Oczy miała mocno zaczerwienione, a zapadnięte policzki mogły być konsekwencją trudnej podróży przez pustynię, jednak szczerze w to wątpił.

- Możesz nazywać mnie Maisha - powiedziała, kłaniając się nieznacznie.

- Kusiph - powiedział on, nie powtarzając jednak ukłonu swej żony.

- Maisha i Kusiph? - zapytał Księga, uśmiechając się z zakłopotaniem. - Legendarni kochankowie z valkeriskich podań? Wybaczcie, przyjaciele, ale z pewnością dacie radę wymyślić coś bardziej oryginalnego...

- Jestem Maisha - powtórzyła kobieta tym samym tonem, co poprzednio.

- Kusiph - rzekł mężczyzna, tym razem nieco ostrzej, mierząc wzrokiem człowieka z północy.

- Niech zatem będzie, Maisha i Kusiph. - Księga westchnął, kręcąc głową, potem zaś odwrócił się znowu w stronę ołtarza.

- Jest moim świętym obowiązkiem wyjawić wam trudną prawdę na temat tej pielgrzymki - poinformował ich Kapłan, tym razem w bardziej wystudiowany sposób, co kazało Pielgrzymowi zastanowić się, ile razy tamten przećwiczył swoje kazanie. - Pragniecie stanąć przed obliczem Rozgrzeszonego i chcecie, by wysłuchał waszej modlitwy. By jednak tak się stało, musicie najpierw przemierzyć Jego królestwo, okryte na świecie niesławą z powodu klątwy. Gdzie kiedyś wzrastało piękno, teraz jest jedynie skażenie. Gdzie kiedyś tętniło życie, obecnie panuje wyłącznie śmierć. My, sługi Rozgrzeszonego, bierzemy na siebie święty obowiązek prowadzenia tych pielgrzymek. Nie robimy tego, abyście wy, niewierni, mogli prosić o przysługę boga, w którego nie wierzycie, robimy to, by zechciał wysłuchać nas, wybaczyć nam nasze grzechy, i przywrócił Alnachim dawną chwałę. Będę waszym przewodnikiem do Półksiężyca, gdzie rezyduje Rozgrzeszony, wy zaś będziecie moimi obrońcami. Jeśli przeżyjecie, w nagrodę za doprowadzenie mnie do Półksiężyca zyskacie prawo do jednej modlitwy. Jeśli taka będzie wola Rozgrzeszonego, odpowie on na jedną modlitwę. To znana prawda. Przez dwa stulecia, odkąd Alnachim upadło, zmieniając się w to, co niewierni nazywają Pomstą, jedynie trzy pielgrzymki zdołały dotrzeć do Półksiężyca i zaledwie trzech uczestników przetrwało, by móc o tym opowiedzieć. Droga jest długa i pełna niebezpieczeństw, najprawdopodobniej więc wszyscy zginiemy. Poświęćcie noc na przemyślenie tego, jako że gdy już ruszymy przez Szepczące Piaski, nie będzie odwrotu.

Kapłan zamilkł na moment, a gdy po chwili wyprostował się, by zmierzyć wzrokiem każdego ze zgromadzonych, ścięgna na jego szyi wyraźnie się napięły, twarz przeszył zaś grymas bólu.

- Niektórzy z was działają z samolubnych pobudek - ciągnął. - Może myślicie teraz: "Skoro Rozgrzeszony wysłucha tylko jednej modlitwy, czy nie powinienem być tym jedynym, który ją wypowie?". Wiedzcie, że to głupota. Im nas mniej, tym bardziej prawdopodobne, że pielgrzymka zakończy się, jeszcze zanim ujrzymy Półksiężyc. I nawet jeśli wasza modlitwa zostanie wysłuchana, Rozgrzeszony może zdecydować, że wcale na nią nie odpowie, jako że obecnie stał się dość kapryśny.

Kapryśny? - głos zarechotał z pogardą. To pieprzony szaleniec i oni świetnie o tym wiedzą. Ta garstka obłąkanych sługusów powinna była wymrzeć wiele dekad temu.

- A teraz udajcie się na spoczynek - rzekł na koniec Kapłan. - Przemyślcie dobrze moje słowa. Ci z was, którzy zdecydują się ruszyć ze mną w drogę, zastaną mnie tutaj o świcie. Jeśli zaś pragniecie zrezygnować, odejdźcie natychmiast i przestańcie kalać to święte miejsce waszą niewiarą.

- Trochę zalatuje spaloną grzanką - stwierdził Księga, marszcząc nos i omiatając wzrokiem szare bezmiary Szepczących Piasków. - Nie uważacie?

- Nie - rzuciła Poszukiwaczka, gładząc sierść Cheny. Hiena wpatrywała się w smagane wiatrem popielate wydmy, uszy miała oklapnięte i nawet dotyk właścicielki nie mógł jej uspokoić. - Śmierdzi śmiercią.

Stali u podnóża wąskiej ścieżki, schodzącej zygzakiem od kaplicy aż na sam dół skarpy. O świcie pojawili się wszyscy we wnętrzu chramu, słowa Kapłana nie zdołały nikogo z nich nakłonić do porzucenia celu. Pielgrzym nie był pewien, czy stali się przez to grupą śmiałków, czy po prostu szaleńców.

Jedno i drugie - wtrącił głos. Zawsze odnosiłem wrażenie, że obie te rzeczy znaczą tak naprawdę dokładnie to samo.

Kapłan pierwszy wstąpił na Piaski, momentalnie padając na kolana. Złożył dłonie do modlitwy i pochylił zakapturzoną głowę, a porywisty wiatr szarpał jego ciężką szatą. Mamrotał słowa w języku, którego nie znali Pielgrzym i pozostali, z wyjątkiem Księgi. Przysadzisty człowiek północy uniósł brwi w grymasie zrozumienia, wsłuchując się uważnie w modlitwę. Oceniając po wyrazie twarzy, Pielgrzym uznał, że tamten nie odnalazł w słowach duchownego pocieszenia.

Umilknąwszy, Kapłan rozłożył ręce i wykonał jedną z nich kolisty ruch nad głową, by na koniec się podnieść. Pielgrzym widział już ten gest wielokrotnie, był charakterystyczny dla ludzi żyjących w regionach sąsiadujących z Pomstą. Miał odganiać pecha i chronić przed niewidocznymi zagrożeniami. Jako pierwsi używali go właśnie wyznawcy Rozgrzeszonego.

- Chodźcie - rzucił Kapłan, ruszając przodem. - Musimy przed zmierzchem pokonać tyle mil, ile tylko zdołamy. Im mniej czasu spędzimy na Piaskach, tym lepiej.

Gdy jednak Pielgrzym wysunął się na czoło grupy, duchowny zmarszczył brwi.

- Mówiłeś, że wymagasz naszej ochrony - stwierdził Pielgrzym, zanim ich przewodnik zdążył zaprotestować.

Znów odwrócił się w kierunku marszu i przyspieszył kroku, wzrokiem przeczesując jednobarwne morze wydm. Uznał, że nic nie powinno przetrwać w równie trudnym terenie. Nigdzie nie było widać nawet skrawka zieleni ani tym bardziej żadnych śladów wody. Ale wiedział wystarczająco dużo o tym, jak kończyła większość pielgrzymek, zdawał więc sobie sprawę, że czające się tu zagrożenie wcale nie potrzebuje materialnego pożywienia.

To prawda, mój sługo - odezwał się głos, tym razem tonem pozbawionym przekory. Jeśli już, w jego słowach słychać było tak rzadko wyrażaną szczerą troskę. Jeśli tu zginiesz - ciągnął, wyczuwając zdumienie wojownika - mogę skończyć zagrzebany w popiołach i przez całe stulecia nikt mnie nie odkryje. A jak już niejednokrotnie miałeś okazję się przekonać, marnie znoszę nudę.

Do południa zdołali pokonać dziesięć mil. Miękkie podłoże znacznie spowalniało wędrówkę. Mimo że niebo pozostawało w przeważającej części czyste, promienie słoneczne zdawały się docierać do skąpanej w popiołach równiny wyblakłe, jakby wyzbyte jakichkolwiek przyjemnych aspektów. Pielgrzym instynktownie wyczuwał, że znajdują się teraz w królestwie śmierci. Piękno w żadnej formie nie miało wstępu do Pomsty.

- Spalenie wielkiego lasu było tak naprawdę aktem zbawienia, nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę - oznajmił Księga. Na łysiejącym czubku głowy lśnił mu pot, na brodzie osiadały zaś płatki sadzy. Pielgrzym zauważył, że przedłużająca się cisza zaczyna stanowić dla tamtego nie lada wyzwanie, a przynajmniej taka cisza, której nie przerywa jego własny głos. - Dawna Konfederacja Trybutariuszy wysłała ogromną armię, by podbiła Alnachim, dysponujące jedynie garstką wojowników. Tak więc Rozgrzeszony pozwolił im przekroczyć granicę, a kiedy już znaleźli się w jego ulubionym lesie, zerwał zasłonę pomiędzy Ziemią a Czeluścią, własnoręcznie wypuszczając stamtąd ognie potępienia. Chyba że coś źle zapamiętałem, co, mój uduchowiony przyjacielu?

- Powtarzasz te stare bluźnierstwa? - zdziwił się Kapłan, jednak bez urazy w głosie. - Rozgrzeszony nie chciał mieć nic wspólnego z Czeluścią. To zwykłe oszczerstwa, rozpowszechniane przez heretyków, którzy próbują sobie osłodzić wstyd sprawiedliwej porażki. Ogień, który strawił las, zrodził się z miłości Rozgrzeszonego do Jego ludu. Poświęcił jeden klejnotów w koronie królestwa, by ocalić poddanych.

- W rzeczy samej - zgodził się Księga. - Kroniki potwierdzają, że wielu najwybitniejszych generałów i wojowników tamtych czasów straciło życie w wielkiej pożodze. Konfederację niedługo potem rozbiła wojna domowa, jednak długotrwały upadek królestwa Rozgrzeszonego także zaczął się od pożaru, który nadał kształt tej pustyni. Głosi się, że właśnie tutaj miała swój początek jego droga w szaleństwo.

- Za dużo wiesz - odparł neutralnym tonem Kapłan. Pielgrzym był pod wrażeniem, widząc, że młody duchowny nie daje się sprowokować ewidentnie szukającemu zwady, obytemu z pismami Księdze. - Zarazem jednak wiesz bardzo mało. Będziesz miał okazję się o tym przekonać jeszcze przed końcem tej pielgrzymki.

Pielgrzym zatrzymał się, gdy tylko słońce sięgnęło zenitu, Kapłan nalegał jednak, by kontynuowali marsz, póki to możliwe, nie tracąc czasu na odpoczynek. To z kolei wywołało falę narzekań Gracza.

- Będziemy znosić takie trudy bez żadnego posiłku? - zapytał swym melodyjnym głosem. Nosił maskę, więc oczywiście nie dało się odczytać wyrazu jego twarzy, Pielgrzym jednak domyślił się, że pytaniu towarzyszyły uniesione brwi. - Mam brnąć przez to pustkowie niczym jakiś ciemnogrodzki prostak?

- Odpoczywaj, jeśli chcesz - odparł Kapłan, nie zwalniając kroku. - Ale rób to sam i ze świadomością, że gdy tylko usłyszysz pierwszy szept, od razu zapomnisz o jakichkolwiek posiłkach.

Gracz tak czy inaczej postanowił się zatrzymać, przystając z uniesioną głową i wyprostowanymi plecami w pozie, którą Pielgrzym widywał na wielu scenach. Nazywano ją "rycerską postawą", a przyjmowali ją ci, którzy odgrywali role wysoko urodzonych, przeważnie w którejś z valkeriskich tragedii.

- W moim mieście - zaczął Gracz - nawet pospolici klerycy wiedzą, że nie należy rozkazywać tym z kasty utalentowanych...

- Dość - wtrącił Pielgrzym. Powiedział to wprawdzie łagodnym tonem, zdołał jednak uciszyć Atherianina. Wpatrując się w ciemne oczodoły maski Gracza, wyczuł, że kryjący się pod nią mężczyzna dostrzegł w jego oczach złowrogą obietnicę. - W drogę - polecił mu.

Gracz zacisnął dłoń na pasku swej kuszy, jednak urażona duma przegrała ze zdrowym rozsądkiem albo zwyczajnym tchórzostwem. Mężczyzna skłonił głowę i ruszył przed siebie. Pielgrzym poczekał, aż tamten zrówna się z resztą, i dopiero wtedy podjął marsz. Odwracanie się plecami do człowieka, którego właśnie nauczył pokory, nie było najlepszym pomysłem.

Słońce zaczęło chować się za horyzontem mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Chena usłyszała pierwszy szept, a potem zaskowyczała ze zdenerwowania i popędziła naprzód, by jak najszybciej znaleźć się u boku Poszukiwaczki. Gdy szept zaczął docierać również do ludzkich uszu, grupa zatrzymała się momentalnie. Na razie był to ledwie pomruk na wietrze, nie niósł nawet słów, a przynajmniej nie takie, które dałoby się zrozumieć, z całą pewnością jednak brzmiało to jak czyjś głos. Przeczesując wzrokiem szarą okolicę, Pielgrzym nie zdołał dostrzec niczego z wyjątkiem popiołów niesionych wiatrem między wydmami. Wszyscy jego kompani milczeli, a szept stawał się coraz donośniejszy. Wciąż pozbawiony był słów, mimo to intonacja wskazywała, iż zadaje im jakieś pytanie.

- Możemy równie dobrze udać się na spoczynek - stwierdził Kapłan, zdejmując swój plecak. - Postarajcie się zdrzemnąć przed nadejściem zmroku.

- Nie byłoby lepiej iść naprzód? - zapytał Księga. - Sam przecież mówiłeś, że powinniśmy spędzić tu możliwie jak najmniej czasu.

- Dopóki nas nie znajdą. - Kapłan rozwiązał szelki plecaka, rozwijając go w śpiwór. - Gdy już tak się stanie, musimy przetrwać ich zakusy aż do świtu. - Rozłożył śpiwór na warstwie popiołu, otulił się ciasno płaszczem i położył. - Naprawdę powinieneś się teraz przespać - poradził tamtemu, zamykając oczy.

Pozostali przez kilka chwil wymieniali spojrzenia, szept niosący niejasne pytanie wciąż rozbrzmiewał im w uszach.

- Wątpię, bym zdołał zasnąć, nawet gdybym chciał - stwierdził Księga. - Czy ktoś nie powinien pełnić warty?

- W okolicy nie ma nikogo prócz umarłych - odparła Maisha. Były to pierwsze słowa, jakie od początku wyprawy wypowiedziała ona lub jej mąż. - Tyle że ich moc jest ograniczona do tego, co sam postanowisz im oddać. - Ona również otwarła plecak, a potem wyjęła z niego manierkę. Pociągnęła łyk i podała ją mężowi. - Mikstura nasenna - wyjaśniła. - Wystarczy mały łyk, żeby spać aż do rana i pozostać zupełnie głuchym na głosy umarłych.

Kusiph napił się z manierki, następnie przekazał ją Poszukiwaczce, która przez chwilę się ociągała. W końcu westchnęła i wyciągnęła naczynie do Cheny. Bestia powąchała zawartość i cofnęła się niepewnie. Ledwie parę sekund później znów się zbliżyła, widząc, że pani nachyla się ku niej, nieustępliwie przystawiając jej manierkę do pyska. Hiena rozwarła szczęki, a Poszukiwaczka skropiła jej język miksturą, by na koniec również skosztować trunku. Księga nie miał podobnych oporów. Trzymał manierkę przy ustach, aż Maisha fuknęła na niego i zabrała mu ją, by oddać w ręce Gracza. Atherianin odwrócił się do nich tyłem, uniósł maskę, pociągnął z naczynia, a potem szybko założył ją z powrotem i podał butelkę Pielgrzymowi. Ten tylko na nią zerknął, potrząsając głową.

- Szepty... - zaczęła Maisha.

- Niech przychodzą.

Odpiął miecz i zdjął go z pleców, następnie zaś rozłożył swój płaszcz wśród popiołów i usiadł na nim. Rozglądał się po szarych wydmach i niesionych wiatrem obłokach pyłu, gdy pozostali leżeli w oczekiwaniu, aż mikstura zacznie działać. Wkrótce tylko on jeden pozostał przytomny. Wsłuchiwał się w coraz głośniejszy szept, aż pytanie stało się w pewnym momencie przeraźliwie wyraźne: "Kim jesteś?".

Słońce częściowo skryło się już za horyzontem, przeistoczone w czerwony półokrąg, a cienie wydm zaczęły rosnąć i łączyć się ze sobą, gdy dzień stopniowo oddawał władzę nocy. Im mocniej wokół ciemniało, z tym większą natarczywością cień powtarzał swoje pytanie. Z początku ten niewidzialny mówca zdawał się być po lewej stronie Pielgrzyma, chwilę później znalazł się niespodziewanie po prawej.

- Kim jesteś? - zapytał po raz kolejny, zakradając się jeszcze bliżej, by stanąć dokładnie przed Pielgrzymem. Niebo było bezchmurne, półksiężyc malował piaski srebrzystymi refleksami, cienie zaś zdawały się pełzać, zamierając w bezruchu, gdy tylko mężczyzna skierował na nie wzrok. Nagły podmuch wiatru wzbił w powietrze chmurę popiołu i Pielgrzym miał szansę zobaczyć, jak osiada on na czymś, formując zarys postaci. Zanim bryza zwiała z niej pył, miał wrażenie, że widzi wysokiego i potężnego człowieka w zbroi, który na głowie miał rogaty hełm, w dłoni zaś ściskał topór.

- Kim jesteś?

Pielgrzym nie odpowiedział, siedział wciąż nieruchomo, z mieczem balansującym na kolanach, a głos wewnątrz ostrza milczał już od dłuższego czasu, co było do niego doprawdy niepodobne. Pielgrzym nadal jednak wyczuwał jego obecność, nawet przez grubą pochwę - metal wibrował, wydając niski pomruk, co w opinii mężczyzny musiało się wiązać z emocją przypominającą strach.

- Powiedz mi - odezwało się szepczące widmo, a Pielgrzym poczuł, że tamten przybliża się jeszcze bardziej, ziejąc mu w twarz chłodem i zmieniając każdy oddech w obłok pary. - Jakie nosisz imię? Dlaczego tu przybyłeś?

Poczuł mrowienie skóry, widmo zaś zaczęło go okrążać, zadając pytania coraz bardziej władczym, coraz bardziej nieustępliwym tonem:

- Kim jesteś? Jakie nosisz imię? Dlaczego tu przybyłeś? - Po tych słowach nastała chwila milczenia, a niedługo potem Pielgrzym usłyszał syk frustracji. Nagle rój drobinek lodu wbił mu się w twarz, kiedy widmo z gniewem i desperacją wrzasnęło: - ODPOWIEDZ!

Nie odpowiedział, więc widmo zaczęło się wycofywać. Jego szept przepełniała teraz żałosna skarga:

- Kiedyś byłem potężny. Kiedyś moje imię znano na każdym z Pięciu Mórz. Bulvar Topornik, najbardziej przerażający spośród ludzi. Przyszliśmy po chwałę, znaleźliśmy jedynie płomienie...

Szept umilkł natychmiast, gdy tylko Kapłan wydał z siebie jęk niepokoju, a jego twarz przeszył skurcz. Widmo od razu skupiło się na duchownym i ruszyło ku niemu, wzbijając w powietrze tuman pyłu. Potem z nową natarczywością zaczęło zadawać te same pytania: "Kim jesteś?", "Jakie nosisz imię?", "Dlaczego tu przybyłeś?".

Pielgrzym zauważył, że Kapłan wierci się na posłaniu, skomląc i wykrzywiając twarz.

- Powiedz mi - nakazał cień, kiedy zaś podszedł całkiem blisko, skórę Kapłana pokryła warstwa szronu. - Powiedz mi, a połączę się z tobą. Powiedz mi i zabierz mnie z tego miejsca...

Nagłe pojawienie się nowych szeptów przyciągnęło wzrok Pielgrzyma do wydm, gdzie niewidzialni intruzi wzbijali w powietrze nowe chmury pyłu, dzięki którym mógł dostrzec kształty kolejnych sylwetek. To byli wojownicy, bez wyjątku. Cienie zwabione tu za sprawą głodu zapomnianego topornika.

- Zostaw go - odezwał się Pielgrzym.

Zjawa nie zwróciła na niego uwagi. Coraz bardziej mroźne powietrze sprawiło, że twarz Kapłana przybrała niebieskawy odcień. Zaczął powoli rozchylać wargi, odsłaniając zęby w opornej próbie wypowiedzenia jakiegoś słowa. Pielgrzym nie miał wątpliwości, jak będzie ono brzmiało.

- Zostaw go! - krzyknął, zrywając się na równe nogi i wysuwając miecz z pochwy, by szybkim ruchem sieknąć cień widmowego wojownika. Tamten nawet nie próbował zrobić uniku, najwidoczniej nie uważał śmiercionośnej stali za zagrożenie. Swój błąd uświadomił sobie dopiero wtedy, gdy ostrze przeszyło jego duszę z taką samą łatwością, z jaką potrafiło ciąć ciało.

Bulvar Topornik wrzasnął i cofnął się, a Pielgrzyma uderzył podmuch lodowatego powietrza. Mamrotanie pozostałych widm przybrało na sile, przyspieszyły też kroku, maszerując pomiędzy wydmami. Pielgrzym usłyszał tylko jeden podniesiony głos, przesiąknięty absolutnym przerażeniem.

- Demoniczne ostrze.

- Ci ludzie znajdują się pod moją opieką - rzekł Pielgrzym, celując mieczem w nadciągające widma i wykonując powolny piruet.

- Pragniemy jedynie wyzwolenia! - krzyknął Topornik. Wiatr wzmógł się, raz jeszcze ujawniając jego sylwetkę, teraz skuloną, klęczącą wśród popiołów. Bez względu na to, jak potężnym wojownikiem był za życia, po śmierci stał się wyłącznie żałosny. - Przybyliśmy po chwałę, a w nagrodę otrzymaliśmy jedynie wieczne nieszczęście.

- Przyszliście rabować - odparł Pielgrzym. - Przyszliście siać zniszczenie. Przyszliście gwałcić. Przyszliście mordować. Zasłużyliście na swój los. Przestańcie mnie męczyć. - Wycelował ostrze w Bulvara. - Albo znów poczujecie dotyk tej stali.

Widząc, że widmo nie zdąży uciec, Pielgrzym rzucił się na nie, siekąc ostrzem tak cień, jak i chmurę pyłu, która po nim pozostała. Następnie ruszył z mieczem na pozostałych, krocząc przez popioły i wywijając ostrzem z nadnaturalną gracją. Szybko przetrzebił ich szeregi, zmieniając szepty we wrzaski. Niebawem w okolicy nie było już nikogo prócz niego i jego śpiących kompanów.

Wcale mi się to nie podobało - stwierdził oschle głos tuż przed zniknięciem ostrza w pochwie, posyłając wściekły impuls przez rękojeść. Nie można delektować się smakiem śmierci. Czy muszę ci przypominać, że...

- Karmisz się tylko żywymi - dokończył Pielgrzym, wracając na swoje miejsce. Rozprostował palce, próbując zwalczyć kłucie i mrowienie wywołane gniewem demona, a potem znów wbił wzrok w wydmy i rzucane przez nie cienie. Nadal wyczuwał obecność intruzów. Czekali, skryci w mroku, bojąc się miecza i tego, co w nim żyło. Budząca niegdyś postrach horda teraz była ledwie niedającą się usunąć plamą na miejscu swojej zagłady. Zdawał sobie sprawę, jak wielkie musieli robić wrażenie, gdy przedzierali się przez granicę, by podbić te ziemie.

Powiedziałeś, że zasłużyli na to, co ich spotkało - przypomniał głos, najwyraźniej wyczuwając żal ściskający mu serce. Ale przecież ty sam wiesz o tym najlepiej, czyż nie tak, mój sługo?

Pielgrzym ułożył się na boku i szybko zasnął, mimo że kpiący śmiech głosu jeszcze długo dźwięczał w jego uszach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Valkeriska droga

Czemu aż tak mnie nienawidzisz? Czyż nie dokonujemy wspólnie prawdziwych cudów?

Pytaniom towarzyszyło słabe pulsowanie, które przeszło z rękojeści miecza na dłoń mężczyzny, łącząc gorąco i elektryczny dreszcz w jedną falę, niosącą się wzdłuż ramienia, a potem, w krótkiej chwili, ogarniającą już całe ciało. Wywołane w ten sposób wrażenie łączyło ból z rozkoszną pieszczotą, i bez względu na to, ile razy go doświadczał, nigdy nie potrafił się przyzwyczaić.

Kilka jardów dalej rozbójnik tracił ostatnie sekundy życia na wpatrywanie się w wysokiego mężczyznę z mieczem. Konający bandyta zakołysał się na klęczkach. Jedną dłonią złapał się za gardło, gdzie ziała potężna rana, a drugą, trzymającą bułat, wymachiwał bezładnie. Wydawał się skupiać wzrok na mieczu rosłego przeciwnika, gapił się w olśniewający blask ostrza, na którym mimo całej przelanej krwi, wsiąkającej teraz w piach, nie dało się zauważyć ani jednej czerwonej plamki. Koń zbira, wspaniały ogier z naturalnej hodowli, kłusował w tę i we w tę wyraźnie zdezorientowany, aż w końcu, kiedy wysoki mężczyzna wycelował w niego ostrze, dygocząc, momentalnie zatrzymał się w miejscu.

Kocha swego pana - zauważył głos, gdy mężczyzna maszerował w stronę zwierzęcia. Rękojeść miecza znów zaczęła pulsować, wraz z udawanym współczuciem emanując także słabo skrywanym rozbawieniem. Znalazł go przy zwłokach klaczy - jego matki - kiedy tamten był ledwie źrebakiem. Potem sam go doglądał przez te wszystkie lata. Jeździli razem wzdłuż granic Pomsty, łupiąc tak pielgrzymów, jak i duchownych...

- Szkoda mi czasu na bandytów - uciął wysoki mężczyzna. - Bez względu na to, jak dobrze traktują osierocone zwierzęta.

Mijając grasanta, szybkim pchnięciem wraził ostrze w jego pierś. Rękojeść eksplodowała tym razem uczuciem drapieżnego, niezaspokojonego głodu, z którym nieludzka istota przystępowała do uczty. Zanim wysoki mężczyzna chwycił wodze, krew łotra zdążyła już całkiem wsiąknąć w ostrze i zniknąć z jego powierzchni.

Słysząc krzyki dobiegające od strony karawany, wojownik wsunął miecz w pochwę na plecach i dosiadł konia. Ogier zareagował na nowego jeźdźca tak, jakby znali się już od dawna, i bez żadnych oporów przeszedł w cwał. Po wcześniejszym ataku karawana częściowo się rozpierzchła, a tuzin wielbłądów stał teraz równolegle do starej valkeriskiej drogi. Niektóre wyły ze strachu, inne próbowały wtulić się w bezwładne ciała swoich właścicieli. Rosły mężczyzna ze zdumieniem odkrył, iż wśród poległych znajduje się także kilkoro napastników - niektórzy zostali przeszyci strzałami, inni zginęli od ciosów mieczem, jednego zaś zmasakrowano tak potwornie, że prawie nie przypominał człowieka.

Ach... - jęknął głos, a miecz mocno zawibrował, gdy zamieszkująca go istota rozpoznała efekt działania kogoś trawionego równie silnym głodem. Zatem są tu też inne wygłodniałe dusze. Żadna jednak nie jest aż tak złakniona krwi jak ty, mój sługo...

- Nie nazywaj mnie tak! - krzyknął mężczyzna. Nie od dziś sprzeciwiał się niektórym odzywkom płynącym z głębi ostrza, był jednak przekonany, że głos nadal będzie ignorował jego żądania.

Zwolnił, prowadząc konia przez rozbitą karawanę. Mijali splądrowane tobołki, z których powywlekano na piach przyprawy, olejki, jedwabie i inne drogocenne rzeczy. Natknął się na kolejne ciała, jak też na kilku ocalałych. Tęgi mężczyzna miotał się przy skraju drogi, bełkocząc coś błagalnie i starając się odnaleźć w piasku porozsypywane monety. Kawałek dalej kobieta z dzieckiem bacznie mu się przyglądali, skryci za ciałem zaszlachtowanego wielbłąda, a ich oczy lśniły jak pary klejnotów. Strzegł ich chudzielec z raną szarpaną w poprzek czoła, w dłoni ściskał długi nóż z ostrzem czerwonym od krwi. Widząc sprzeczne emocje malujące się na twarzy tamtego - strach, ale i determinację - wojownik doszedł do wniosku, że mężczyzna jest gotów na śmierć; stał jednak bez ruchu, nie mając zamiaru porzucać kobiety z dzieckiem.

Kiedy do jego uszu dotarł brzęk stali uderzającej o stal, jeździec popędził konia, przecinając chmurę pyłu, by zatrzymać się na widok budzącej odrazę sceny. Bestia mierzyła jakieś siedem stóp, licząc od nosa po ogon, a cały jej korpus pokrywało kudłate futro, nogi jednak były nagie. Uniosła szeroki pysk nad rozerwaną klatką piersiową jednego z martwych napastników, przerywając posiłek. Na widok wojownika obnażyła kły, wydając z siebie ostrzegawczy skowyt.

Ojej - głos aż westchnął z podziwu, gdy hiena ukazała się im w całej okazałości, oddalając się od zwłok i ani na chwilę nie spuszczając wzroku z wojownika.

Przypominała te, które widywało się wśród skał północnego wybrzeża, znacznie potężniejsze od swych kuzynów z równin na wschodzie, również słynących z bezwzględności i niskiej tolerancji dla ludzkiego towarzystwa.

Czyż nie jesteś cudowna? - zagruchał rozanielony głos. W następnej sekundzie mruknął z irytacją, mężczyzna sięgnął bowiem po zawieszony na plecach miecz i wysunął go z pochwy. Nic z tego nie będzie - upomniał głos, gdy wojownik wycelował ostrze w hienę, licząc, że wpadnie w podobny bezruch, co wcześniej koń. Obawiam się, że jest aż nazbyt świadoma otaczającego ją świata.

Oczy bestii momentalnie się zwęziły, schowała obnażone wcześniej kły i zaczęła się wycofywać, potrząsając łbem w dezorientacji.

Wyczuwa mnie - zauważył głos, chichocząc z uciechy. Wspaniale. Zawsze chciałem mieć pupila.

Hiena odwróciła się nagle, słysząc ponownie brzęk stali. Mężczyzna spojrzał w kierunku niewyraźnych postaci, poruszających się w chmurze pyłu mniej więcej trzydzieści kroków dalej. Jego wprawne oko od razu rozpoznało ten śmiercionośny taniec. Jedna z postaci upadła na piasek, z jej piersi wyrwał się przepełniony boleścią krzyk. Hiena zaskowyczała raz jeszcze, a potem rzuciła się pędem w kierunku pokonanego, by w kilku susach pokonać cały dystans i zacisnąć szczęki na czaszce ofiary. Trzask miażdżonych kości stał się głośniejszy od zgrzytu uderzających o siebie mieczy.

Wysoki mężczyzna wbił pięty w boki ogiera, przymuszając go do galopu. Gdy zbliżał się do walczących, pył w powietrzu rozwiał się nieco, dzięki czemu mógł wreszcie dostrzec kobietę wirującą w kręgu pięciu napastników. Bezustannie wymachiwała bułatem, a jej trzy warkocze kręciły się w powietrzu równie szybko, co ciało. Widział, jak trafia jednego z napastników w wyciągnięte ramię, wbijając ostrze na tyle głęboko, by mężczyzna upuścił talwar prosto w piach. Ranny wycofał się, przeklinając w języku równinnych plemion, a potem zdrową ręką sięgnął po wiszący u pasa topór. Miecz rosłego wojownika śmignął tylko i odrąbał tamtemu ramię na wysokości barku. Jeździec puścił konia galopem, przemykając między walczącymi, a potem energicznie szarpnął wodze, by zatrzymać ogiera i zawrócić przed kolejną szarżą. Tylko jeden z przeciwników popełnił ten błąd i stanął do walki. Jego trzej rozsądniejsi kompani postanowili wziąć nogi za pas.

Fuj! - jęknął głos, gdy ostrze rozorało twarz bandyty na dwie równe połowy. Pijak i narkoman, na dodatek z ospą. Cóż - dodał, gdy krew zaczęła wsiąkać w stal - posiłek to posiłek.

Rosły wojownik obserwował zbirów uciekających przez pustynię, zastanawiając się, czy powinien ich ścigać. Głód miecza nie zmalał ani odrobinę, mężczyzna czuł jednak, że tego dnia wystarczająco już mu pofolgował.

- Chena! - krzyknęła kobieta.

Hiena momentalnie przestała wgryzać się w mózg bandyty i rzuciła się w pogoń za uciekinierami. Jeździec obserwował, jak tamci znikają za wydmą, za którą ledwie parę sekund później zniknęła też bestia. W kolejnej chwili rozległy się wrzaski.

- Doceniam twoją pomoc, ale nie była potrzebna.

Przeniósł spojrzenie na kobietę, która podnosiła właśnie z piasku łuk i pusty kołczan. Już potrójny warkocz dał wojownikowi pewne wskazówki co do pochodzenia nieznajomej, oręż tylko je potwierdził. Był to jesionowy łuk kompozytowy, z rogiem bawołu na brzuścu i majdanem wykonanym z misternie zdobionej kości słoniowej. Zaklinaczka bestii z krain leżących nad Drugim Morzem.

Jest daleko od domu - zauważył głos tonem przesyconym ironią. Ciekawe, co też mogło ją tu sprowadzić.

Podniosła głowę i zmierzyła mężczyznę wzrokiem. Zgadywał, że jest mniej więcej po trzydziestce, choć czarno--biała farba zdobiąca jej oblicze utrudniała ocenę. Znał się odrobinę na znaczeniu niezliczonych typów malunków twarzy, jakie stosował jej lud. Białe okręgi na środku czoła wskazywały na żałobę, natomiast trzy czarne kropki pod lewym okiem mówiły o celu, który jeszcze nie został osiągnięty.

Ma jakąś waśń do rozstrzygnięcia? - zastanawiał się głos. Może jej celem jest modlitwa w intencji zakończenia długiej i pełnej niebezpieczeństw podróży? Co o tym sądzisz, mój sługo? W odpowiedzi na gniew, z którym wsunął miecz z powrotem do pochwy, wojownik poczuł drobne pulsowanie samozadowolenia, postanowił jednak zignorować ten przytyk. Wiesz przecież, że powinieneś ją zabić. Koniec końców tylko jedna z modlitw zostanie wysłuchana.

- Masz jakieś imię? - zapytała kobieta, dziwiąc się jego milczeniu. Gdy nie odpowiedział, wzruszyła ramionami, a potem założyła kołczan. - Jestem...

- Pielgrzymi nie dzielą się imionami - wszedł jej w słowo, zsiadając z konia. Chciał przyjrzeć się wciąż targanemu drgawkami ciału jednorękiego zbójcy. Tak jak i pozostali, tamten miał na głowie czarną chustę, a jego zbroja stanowiła dowód zbrodniczej kariery obejmującej wiele krain. Po odsłonięciu chusty wojownik ujrzał wyniszczoną, zbrązowiałą od słońca twarz, jednak nie aż tak ciemną jak u rodowitych mieszkańców regionu. Ponadto z jego ucha zwisał srebrny łańcuszek z drobnym medalionem o znajomym kształcie.

- Kościół Zmartwychwstałych - zauważyła kobieta, zerkając nad ramieniem mężczyzny na srebrną łzę. - To pewnie stary wyznawca, pozostawiony sam sobie, gdy inni fanatycy wzięli nogi za pas i odpłynęli. Wielu z nich wybrało bandycki żywot zamiast głodowej śmierci na pustyni, gdzie nikt w promieniu dwóch tysięcy mil ci nie pomoże.

Mężczyzna odwrócił zwłoki, by odsłonić pas jeźdźca i jego wypełnioną kabzę. Otworzył ją i wysypał na dłoń kilka monet. Były srebrne i niedawno wybite, na ich rewersie widniał profil obecnego prymasa Kościoła Zmartwychwstałych, z drugiej strony był zaś ten sam motyw łzy, który jeździec miał na kolczyku.

- Widać ktoś mu jednak pomógł - wymamrotał, wsypując monety z powrotem do kabzy, by na koniec zawiesić ją u własnego pasa. - Łupy z pozostałych mogą być twoje - dodał, wskakując na siodło.

- Jaki szczodry - odparła kobieta, przechylając głowę.

W jej tonie usłyszał kpinę, która kazała mu się zatrzymać. Obrócił się w siodle, by raz jeszcze zmierzyć ją wzrokiem. Spostrzegł, że z wielką uwagą wpatruje się w rękojeść miecza, sterczącą mu nad ramieniem.

- Nietypowa broń w tych rejonach - stwierdziła. - Nieczęsto widuje się tu proste ostrza o takiej długości. Pochodzi z północy, prawda? Zupełnie jak ten tutaj - trąciła butem w twarz martwego bandyty - i jego monety.

Wojownik nie odpowiedział, próbując odciąć umysł od pełnych rozbawienia nakazów głosu.

Zabij ją - powiedział ten melodyjnie i zachichotał. Widziała o wiele za dużo. Przecież nikt się nie dowie. Będzie kolejną ofiarą tych bestialskich niegodziwców.

Kobieta zmrużyła oczy. Wciąż wpatrywała się w mężczyznę w milczeniu, a do niego wróciły wspomnienia o wiele gorszych czynów, których się dopuścił.

Tak, mój sługo - syknął głos, znów pragnąc zaspokoić swój głód. To drobny, lecz konieczny uczynek. A ty masz już za sobą tak wiele koniecznych uczynków...

- Cisza! - burknął, odwracając wzrok od kobiety.

- Tylko zadałam pytanie - odparła, tym razem kpiąc już zupełnie otwarcie.

Czy uznała, że oszalał? Ten siwy, brodaty nieznajomy z mieczem pochodzącym z północnych krain? Jeśli nawet, nie obudziło to w niej lęku, i w konsekwencji to on zaczął czuć wobec niej pewien respekt. Trudno było mu sobie przypomnieć chwilę, w której nie wzbudzałby czyjegoś przerażenia.

Przeciągły, żałosny okrzyk kazał mu spojrzeć w kierunku rozbitej karawany. Z chaosu śmierci i zniszczenia powoli wyłaniali się ocalali, by opłakiwać zamordowanych towarzyszy i opatrzyć rannych.

Och, co za nudy - zaczął narzekać głos. To zawsze najgorsza część. Kwilący śmiertelnicy przyprawiają mnie o mdłości. Pora ruszać w drogę. Kaplica jest tylko kilka mil stąd.

Wojownik poprowadził konia ku najbliższemu z rannych, staremu mężczyźnie z rozciętym udem, któremu z pomocą przyszedł chłopiec mający nie więcej niż dwanaście lat.

- Za ciasno - powiedział, zsiadając z konia, by odwiązać założony przez dziecko bandaż. - Rana nie jest aż tak głęboka. Wiążąc zbyt ciasno, odcinasz dopływ krwi do kończyny, co wywoła gangrenę...

W sumie w wyniku ataku zginęło aż osiemnastu podróżnych z karawany, zabito też dwunastu napastników, a niedobitki bandy rozpierzchły się po pustyni. Trupy rabusiów odarto z broni i kosztowności, niektóre pośmiertnie też okaleczono w ramach zemsty, a potem porzucono zwłoki, by gniły na poboczu drogi. Dla odmiany martwych towarzyszy owinięto szorstką tkaniną, potem zaś członkowie ich rodów modlili się za nich aż do zmierzchu. Gdy słońce skryło się za horyzont, ciała zaniesiono na szczyt najwyższej wydmy i pozostawiono tam na pastwę piasku i padlinożerców.

- Pustynia domaga się tego, co jej należne - stwierdził stary podróżny z okaleczoną nogą, kiedy ocalali ruszali w dalszą drogę w blasku półksiężyca. Jechał na grzbiecie swojego wielbłąda, a u jego boku dreptał wnuk, wlokąc za sobą odzyskane mienie. Wysoki mężczyzna zaoferował pomoc, starzec jednak nie chciał nawet o tym słyszeć. - Czy będzie to pot spokojnej wyprawy, czy krew tych, których duch zjednoczył się z wiatrem, nie ma czegoś takiego jak podróż bez kosztów. Lepiej, żeby chłopak nauczył się tego wcześniej niż później.

Za sprawą milczącej umowy rosły wojownik i kobieta przez resztę drogi trzymali się z dala od siebie, on prowadząc zwiad z przodu, ona zaś zabezpieczając tyły. Jej hiena z kolei grasowała na flankach. Dotarcie do kaplicy Kościoła Rozgrzeszonego zajęło im dwa dni.

Okazało się, że to budynek skromnych rozmiarów, niewyróżniający się zupełnie pod względem architektonicznym - zwyczajny prostokąt z żółtej cegły, z wieżą w kształcie stożka, górującą nad jałowym pustkowiem znanym jako Pomsta, nawet jeśli lokalni duchowni woleli nazywać je Alnachim, Królestwo Rozgrzeszonego. Mężczyzna wypatrzył w okolicy ślady obecności mieszkańców - ledwie kilka namiotów, rozstawionych po północnej stronie budynku. Kapłan pustelnik w czerwonej szacie niósł wodę ze studni do chramu.

- Nigdy się tu nie zatrzymujemy - rzekł starzec, zerkając podejrzliwie na kaplicę. - Mawiają, że nawet wiatr wiejący od Pomsty niesie nieszczęścia. Sprzymierzeni Książęta utrzymują garnizon w oazie dwanaście mil stąd. - Obserwował, jak jeździec zeskakuje z konia i zabiera pakunek ze skromnym dobytkiem. - Możesz iść z nami - dodał, a w jego głosie pobrzmiewała bardziej nadzieja niż oczekiwanie. - Podczas przeprawy valkeriską drogą na pewno przyda nam się ktoś tak silny i tak dobrze władający ostrzem.

- Mam tutaj sprawę. - Wysoki mężczyzna przywołał chłopca i przekazał mu wodze. Było powszechnie wiadomo, że konie jadące przez Pomstę zwykły popadać w obłęd. - Teraz jest twój.

- Rozpuszczasz małego gnojka - stwierdził stary, w jego tonie pobrzmiewała jednak wdzięczność.

- Zmieniaj bandaż dwa razy dziennie, nacieraj ranę czosnkiem i sokiem z limonki - poradził mu mężczyzna. Pożegnał ich skinieniem głowy, a potem odwrócił się, by ruszyć przed siebie. Niespodziewanie jednak chłopiec postanowił po raz pierwszy odezwać się do niego, przystanął więc na chwilę.

- Nie rób tego - wymamrotał młody, z bojaźnią zerkając na twarz mężczyzny, a potem z ogromnym przerażeniem kierując wzrok ku kaplicy. - Mawiają, że Szalony Bóg nie znosi ludzi życzliwych.

Głos wybuchnął donośnym śmiechem. Mężczyzna położył dłoń na ramieniu chłopca, patrząc prosto w jego szczerą, przepełnioną lękiem twarz i widząc w niej tak wiele innych.

Tamten dzień, gdy upadła Twierdza w Widłach Rzeki - zaczął głos, napędzany entuzjazmem. Książę miał trzech synów, jeśli mnie pamięć nie myli. Najmłodszy był w podobnym wieku, co ten gnojek tutaj. Mogłeś odciąć mu ucho i wziąć na pamiątkę. Wystarczyłoby jedno, rzecz jasna.

- A zatem - odparł rosły wojownik, chwytając chłopca i sadzając go w siodle - powinien mnie znosić wcale nienajgorzej.

Obserwował zmierzającą na wschód karawanę. Trzymała się drogi wiodącej wzdłuż urwiska, by jakąś milę dalej odbić na północ. Gdy procesja zniknęła mu z oczu, mężczyzna zbliżył się do skraju skarpy. Spojrzał w dół urwiska, by w końcu podnieść głowę i objąć spojrzeniem szary bezmiar, ciągnący się na południe przez wiele, wiele mil. Był w stanie dostrzec mglisty zarys górskich szczytów, wznoszących się w oddali nad płaskim pustkowiem, skąpanym w czerwieni zachodzącego słońca.

- Nazywają to Szepczącymi Piaskami. - Kobieta stała kilka kroków od niego, z hieną u boku, tak jak i on wpatrzona w szare pustkowia. - Ale to wcale nie są żadne piaski - ciągnęła - tylko popioły. Mawiają, że kiedyś rósł tu rozległy las, lecz pewnego dnia Szalony Bóg obrócił wszystko w zgliszcza. Co i tak było najmniejszą z jego zbrodni.

- Mawiają też, że stworzył wszystko na południe stąd - odparł wysoki mężczyzna. - Także wspomniany las. Czy to zbrodnia, kiedy bóg postanawia zniszczyć coś, co sam stworzył?

- Może i nie. Jednak wymordowanie wszystkich, którzy żyli pod jego opieką, bez wątpienia nią jest.

- Najlepiej będzie nie mówić o tym głośno. - Odwrócił się i ruszył w stronę kaplicy. - Na wypadek gdybyś miała kiedyś okazję go spotkać.

- Spotkam. - Pobrzmiewająca w jej głosie pewność kazała mu przystanąć i się odwrócić. Dostrzegł na jej twarzy wyraz nieprzejednanej determinacji. - Przyszedłeś im z pomocą, co dobrze o tobie świadczy - ciągnęła. - Wiem jednak, że Szalony Bóg wysłucha właśnie mojej modlitwy. Bez względu na koszty dla mojej duszy czy mojego ciała. Bez względu na osobę, która będzie pielgrzymowała tam ze mną.

Droga w dół jest długa - zauważył głos, a mężczyzna poczuł lekkie szarpnięcie miecza w stronę urwiska. Niemądra dzikuska po prostu się potknęła. Kto by śmiał powątpiewać?

- Czemu przypuszczasz - zaczął, odwzajemniając jej spojrzenie - że moje modły są aż tak różne od twoich?

Bo uważa cię za bohatera - ocenił głos, parskając śmiechem. Chce cię oszczędzić. Cóż za cudowna naiwność. Może przynajmniej pozwoli ci się wydymać, zanim ta cała wyprawa dobiegnie końca. To już coś, czyż nie, mój sługo?

Zacisnął szczęki, by zdusić ripostę, a potem zmusił się do odwrócenia głowy i ruszył ku kaplicy.

- Pozostali już tu są - rzucił przez ramię do kobiety, wskazując gestem namioty rozbite przy budynku. - Przy odrobinie szczęścia nie będziemy musieli długo czekać. Sugeruję, byś już zaczęła śpiewać swoją Niebiańską Pieśń. Księża raczej nie pozwolą ci na to w ich świętym miejscu.