Niespodziewana wizyta
- Szybciej, szybciej! - hrabina Suchowiecka pospieszała woźnicę. - Jeszcze mi dziecko na środku pola skona!
Wąsaty woźnica okryty futrem trzasnął na konie z bicza, mimo to sanie niewiele przyspieszyły. Byli na polnej drodze, a gęsty śnieg po kolana otaczał ich z każdej strony, odbijając oślepiającym srebrzystym blaskiem styczniowe promienie słońca. Kilkanaście dzwonków przymocowanych do skórzanego rzemienia uprzęży dzwoniło wdzięcznie wśród leśnej głuszy.
Dziesięcioletni chłopiec jęknął boleśnie spod sukna obszytego baranicą. Towarzysząca hrabinie służka dotknęła jego czoła.
- Jest cały rozpalony. Ma gorączkę - rzekła, coraz bardziej zaniepokojona.
Pani Suchowiecka westchnęła ciężko i przytuliła chłopca mocniej do siebie.
- Wytrzymaj, chłopcze. Już niedaleko - powiedziała cicho.
Tymczasem zza rzędów sosen wyłonił się niewielki pagórek cały pokryty śniegiem, a na nim, jak pałac lodowy, stał imponujący jednopiętrowy dworek. Zaprzęg wspinał się, mijając zamarznięte, rozległe jezioro po lewej i niewielki lasek po prawej. W końcu przejechał przez potężną bramę główną, która otworzyła się przed nim szeroko. Wjechał na długi, szeroki plac, pełen nagich teraz zagonów, na których latem musiały kwitnąć tysiące róż. Ominąwszy aleję wysadzoną drzewami i kilka budynków gospodarczych, powóz zatrzymał się u szczytu wzniesienia, tuż przed pięknym budynkiem, którego portyk wieńczyły cztery zdobione kwiatowymi motywami kolumny.
Do okien części jadalnej w kuchni przykleiło się kilka dziewczęcych twarzy, zaciekawionych nagłym przyjazdem gości o tak specyficznej porze. Obiad bowiem skończył się niedawno, a teraz kucharka, dwie pomywaczki i garderobiana jadły swój posiłek.
- Kto to może być? Czyżby ktoś z kuzynostwa państwa? - zastanawiały się służące, obserwując, jak zimowe sanie zaprzężone w dwa konie wjeżdżają na podjazd.
Najstarsza z kobiet wyjrzała na zewnątrz. Widząc, iż w pobliżu nie ma ani jednego stajennego, zmarszczyła frasobliwie brwi.
- Baśka, biegnij no prędko po Józka! Powiedz mu, że ktoś wjechał na dziedziniec.
- Toć te dzwoneczki u rzemienia tak głośne, jakże ich pan nie usłyszy?
- Baśka, nie gadaj tyle, idź już! Niech na zimnie nie stoją!
Pięć minut później do salonu zimowego państwa Przeździeckich zapukał kamerdyner. Nie czekając na odzew siedzących przy popołudniowej herbacie pana i pani domu, uchylił drzwi.
- Jaśnie państwo, goście zajechali - poinformował ze stoickim spokojem.
- Goście? Teraz? - wymamrotała elegancka, popielatowłosa kobieta, ubrana w ciemną, wełnianą suknię, której gorset wieńczyła pokaźnej wielkości rubinowa broszka. Wstała z kanapy z filiżanką w dłoni, a wielki, czerwony szal, którym okrywała plecy, zsunął się jej delikatnie na przedramiona.
- Spodziewamy się kogoś? - spytał jej mąż znad lektury "Kuriera Polskiego".
- Nie, nic mi o tym nie wiadomo. Och, muszę prędko poprosić kucharkę o dzbanek świeżej herbaty i przygotowanie czegoś na podwieczorek.
- No nic. Gość w dom, Bóg w dom. - Widząc pobladłą żonę, która krzątała się pospiesznie po domu, aby wydać potrzebne polecenia służbie, mężczyzna odłożył prasę na stolik kawowy. Wyjrzał zza muślinowej firanki okna. Gdy ujrzał z trudem wychodzącą z pojazdu starszą kobietę, zwrócił się do kamerdynera pewnym siebie tonem: - Józku, zbierz prędko stajennych, aby dopomogli przy zaprzęgu. To hrabina Suchowiecka...
Kamerdyner ukłonił się i bez słowa poszedł spełnić prośbę swojego pracodawcy.
- Hrabina Suchowiecka? Nie może być...!
Pani domu nie zdążyła dokończyć zdania, gdy na zewnątrz rozległy się zrozpaczone okrzyki:
- Prędko, chłopak mi tu umrze!
Razem z pokojówką wybiegły do holu. Gdy otworzyły się drzwi, stanął w nich jeden z pracowników folwarku. W ramionach trzymał owiniętego w skóry chłopca, może dziesięcioletniego. Za nim biegły dwie kobiety.
- Matko Boska, cóż to? - wymamrotała pani Barbara, widząc bladą twarz dziecka.
- Tomaszek, mój podopieczny... - odparła hrabina, dysząc ciężko. - Bardzo zachorował w podróży. Trzeba zawołać lekarza, zbić gorączkę... Państwa dwór jedyny w okolicy...
- Tereso - pani Przeździecka zwróciła się do służącej - poślij Macieja czym prędzej do Janowa. Niech przywiezie tu lekarza.
Ta bez słowa zniknęła na zewnątrz.
Pani domu rozkazała ułożyć chorego chłopca w jednym z pokojów gościnnych na piętrze. Nagrzano gorącej wody i przygotowano zimne okłady. Pani Barbara otworzyła domową apteczkę i wyjęła z niej lecznicze specyfiki, które przygotowywano według przekazywanych z pokolenia na pokolenie receptur.
Na zewnątrz zaczęło zmierzchać. Dopiero po dobrych paru godzinach przyjechał lekarz i zbadał chłopca.
- Zapalenie oskrzeli, poważne - stwierdził po chwili. - Chłopiec powinien leżeć w łóżku, w cieple, i dużo odpoczywać. Przepiszę leki. Zalecam też inhalacje. Zaraz wszystko wyjaśnię po kolei.
Służąca hrabiny i pani domu przysłuchiwały się radom lekarza. Sama pani Suchowiecka nie była w stanie skupić się na niczym innym niż przyglądanie się blademu, mokremu od potu obliczu chłopca. Była za niego odpowiedzialna. Tyle już przeżył.
Gdy medyk skończył wizytę i nie mógł już nic więcej dopomóc, wziął swoją torbę i skierował się w kierunku drzwi. Przed wyjściem zwrócił się do hrabiny Suchowieckiej:
- Powiedziano mi, że to pani wychowanek.
- Tak, mój.
Wąsaty, pięćdziesięcioletni mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową i zanim ponownie zaczął mówić, podrapał się po głowie, jakby to, o czym chciał rozmawiać, stawiało go w niezręcznej sytuacji.
- Pani hrabino, ja... zrobię, co w mojej mocy, ale nie daję mu wielkich szans na przeżycie. Chłopiec jest słaby, sprawia wrażenie wychudzonego.
Spojrzał na kobietę pytającym wzrokiem. Ta westchnęła przeciągle.
- To sierota. Jego matka zmarła niedawno. Ojciec... właściwie nie wiadomo, kim był ojciec. Biedna kobieta, pracowała dla moich znajomych, państwa Brzozowskich. Starała się jak mogła, ale samej, bez chłopa, wiadomo, ciężko. Musiała nie tylko zarobić na chleb, ale też zająć się dzieckiem. Brzozowska starała się pomagać, zanosiła paczki, dawała prezenty, trzymała nawet dziecko do chrztu, ale matka chłopca niechętnie przyjmowała pomoc. Czy to z dumy, czy z innego powodu, nie wiem. Z czasem sama Brzozowska zaczęła być niechętna matce chłopca, a nawet zakazała jej przychodzić do dworu. Biedna, zachorowała niedługo potem. Tomaszek był już wtedy dość zaniedbany. Gdy zmarła, Brzozowski, który przyjaźnił się z moim mężem, poprosił mnie, abym wzięła sierotę na wychowanie do siebie. Zgodziłam się. Wie pan, moi synowie już dorośli, sama jestem, co mi szkodzi pomóc sierocie?
- Czyli jest z panią od niedawna?
- Dopiero od tygodnia. Dopadła go gorączka trzy dni po wyjeździe z Pieczkowa.
- Rozumiem. Chciałem tylko, żeby pani wiedziała.
- Dziękuję doktorze. Doceniam pana szybkie przybycie.
Gdy lekarz opuścił dwór, a zmęczeni państwo powrócili do swoich komnat, hrabina Suchowiecka usiadła w fotelu tuż obok łóżka, obserwując, jak pokojówka podaje rozpalonemu chłopcu jakieś specyfiki. Gdy pokój opustoszał i zamknęły się drzwi, wzięła wątłe dłonie Tomaszka w swoje. Potem, przy blasku świec, czuwała przy swoim wychowanku, który spał w okrytym pierzyną łożu. Ogień kominka rzucał na sąsiadujące ściany ciepłą poświatę. Hrabina wsłuchała się w dźwięk kojąco trzaskającego drewna zajętego przez tańczące płomienie. Modliła się, aby chłopiec przeżył.
* * *
W czwartek rano, trzy dni po przyjeździe hrabiny Suchowieckiej do dworu w Dziwiłłowie, na podwórzu dało się słyszeć dzwoneczki zimowych sań. Chwilę potem pod same niemal drzwi wejściowe zajechał pyszny powóz, a w nim woźnica i dwie damy, jedna bardzo młoda. Nie czekając na pomoc, okryta kożuchem dziewczynka wyskoczyła z sań i wbiegła do domu.
Pan Sławomir Przeździecki poznał, że to jego córka Agnieszka, po rytmicznym dudnieniu podłogi w sieni. Ucieszył się z jej powrotu, ale postanowił nie dać tego po sobie poznać.
Zaskrzypiały drzwi i do salonu wpadła jasnowłosa, ośmioletnia dziewczynka, cała podekscytowana. Jej policzki były pięknie zarumienione od mrozu.
- Tato, tato! Czy to prawda, że mamy gości? - spytała, oddychając ciężko z wysiłku.
Pan Sławomir z uśmiechem odstawił filiżankę świeżo zaparzonej kawy, którą delektował się przy lekturze nowo zakupionej, francuskiej powieści podróżniczej.
- Co mówiłem na temat pukania? - odparł, starając się sprawiać wrażenie poważnego, chociaż miał ochotę wyściskać córkę serdecznie.
Dziewczynka westchnęła głośno i wycofała się za drzwi. Tym razem zapukała.
- Proszę - rzekł ojciec, upijając kolejny łyk pysznej kawy.
Zaskrzypiały ponownie otwierane drzwi.
- A więc? Czy to prawda? Bona mówiła mi, że to chłopiec.
- Prawda. Gościmy u siebie podopiecznego hrabiny Suchowieckiej.
- Czy mogę go odwiedzić? Po drugim śniadaniu, oczywiście.
Pan Sławomir zaśmiał się serdecznie.
- A gdzie dzień dobry tato, jak zdrowie, stęskniłam się?
- Ale tato! Byłam w Pieczkach ledwo trzy noce.
- Trzy noce, ale to i tak długo! - odparł ojciec, po czym trochę spoważniał. - Wiesz, ten chłopiec jest chory - zaczął ponownie, odchrząknąwszy. - Nie powinniśmy tam wchodzić. Nie chcę, abyś się zaraziła. Pamiętasz, jak chora była ostatnio twoja siostra... To dlatego pojechała z ciotką do Nałęczowa, do sanatorium. Powinienem może był jechać z nią, ale w domu mam tyle spraw na głowie...
- Ale...
- Żadne ale. Odwiedzisz go, jak wydobrzeje. Przeżył już najgorsze, więc teraz będzie tylko lepiej. - Mężczyzna zamyślił się po tych słowach. Dopiero parę chwil potem wymusił uśmiech. - Wiesz, dom był taki cichy podczas twojej nieobecności. Zdawało mi się prawie, że wszyscy pomarli - rzekł, widząc nadąsaną minę córki. Pocałował ją czule w czoło. - Może to lepiej, że już wróciłaś?
Słowa ojca zadziałały, bo mina Agniesi zaraz się rozpromieniła.
W tym samym czasie w przedpokoju dało się słyszeć nawoływania francuskiej guwernantki. Szukała dziewczynki, która wymknęła się niespodziewanie spod jej pieczy. Parę minut później rytmicznie zapukała do salonu.
- Agniesia jest tutaj! - pan Sławomir uprzedził niechybnie nadchodzące pytanie.
Do pomieszczenia zajrzała nieśmiało dwudziestopięcioletnia, złotowłosa kobieta.
- Je suis désolé...[1] - zaczęła, ciągnąc Agniesię z powrotem na korytarz. - Musisz najpierw zdjąć te przemoczone buty i płaszcz. Ile razy ci o tym mówiłam?
- Ale ja rozmawiam z tatą... Musi mi powiedzieć, co to za chłopiec!
- Skąd wiecie o chłopcu? - spytał pan Przeździecki nauczycielkę, dopijając kawę.
- Jędrek nam powiedział zaraz przy bramie - odparła łamanym polskim, wycofując się do sieni razem z Agnieszką.
Pan Sławomir jeszcze przez chwilę obserwował przez otwarte drzwi zabawne przepychanki swojej temperamentnej córki z guwernantką, która próbowała doprowadzić Agniesię do porządku po długiej podróży saniami w mrozie z oddalonych o piętnaście kilometrów Pieczek, gdzie dziewczynka odwiedzała kuzynkę. Gdy drzwi salonu się zamknęły, sam zaczął przygotowywać się do wyjścia. Musiał objechać wielkie połacie swojej ziemi, budynki gospodarcze, pobliskie młyny i cukrownie oraz należące do dworu wsie, aby upewnić się, że wszystko jest tak, jak należy. Zimą, co prawda, ogromna większość prac ustała, ale trzeba przygotowywać się do wiosny.
* * *
Agniesi zakazano wchodzić do tej części dworku, w której leczono Tomaszka. Codziennie okadzano korytarz palonym igliwiem i ziołami. Dziewczynka widziała, jak każdego dnia o godzinie jedenastej rano miejski lekarz opuszcza ich dom, kierując się z powrotem do wielkich sań ciągniętych przez dwa konie. Wieczorami, gdy prace domowe ustawały i krzątanie domowników cichło, a każdy udawał się na odpoczynek, słyszała dochodzące z odległej części holu kaszlanie.
Pewnej nocy usłyszała jeszcze płacz dziecka. Wymknęła się ze swojego pokoju i ruszyła w kierunku pokoju Tomaszka. Delikatnie uchyliła drzwi jego sypialni. Zazgrzytały niemiłosiernie. Bojąc się, że obudzi kogoś z domowników, prześlizgnęła się przez powstałą niewielką szparę i pozwoliła drzwiom się domknąć.
- Kto tam? - Usłyszała lekko przestraszony, chłopięcy głos.
Obróciła się i podniosła trzymaną przez siebie świeczkę na wysokość twarzy. Ujrzała parę błyszczących oczu wyglądających zza grubej pierzyny.
- Agnieszka. Mieszkam tutaj.
- W tym pokoju?
- Nie, moja sypialnia jest tam, w zachodnim skrzydle - wyjaśniła, wskazując dłonią na ścianę po swojej prawej stronie.
Gdy chłopiec to usłyszał, zrzucił z głowy kołdrę, podciągnął się na łokciach i usiadł na łóżku. Spojrzał zaciekawionym wzrokiem na swojego gościa.
- Nie wiedziałem, że oprócz mnie są tu jeszcze jakieś dzieci - wymamrotał, ocierając mokry nos wierzchem dłoni.
- Są. Dwie dziewczynki. Gabrysia, moja starsza siostra, jest teraz w sanatorium - odparła Agniesia, stawiając swoją świeczkę na stoliku, tuż obok łóżka chłopca.
Stała w ciszy, przyglądając się przybyszowi. Wyglądał na nieco starszego od niej. Miał ciemne włosy i piękne oczy otoczone długimi rzęsami. Patrzył na nią z lekką rezerwą, jakby nie wiedział, czego się po niej spodziewać.
- Wiesz, ogromnie się cieszę, że tu jesteś. Ostatnio jestem sama w domu i strasznie się nudzę. Dlaczego płakałeś? - spytała, opierając się o brzeg łóżka.
Chłopiec zarumienił się ze wstydu.
- Bo chciałbym wyjść na zewnątrz, pobawić się. Nie chcę cały czas leżeć, mam już dość. W nocy nie mogę spać - odparł, po czym lekko zakasłał. - A ty? Dlaczego tu przyszłaś?
Agniesia zaśmiała się serdecznie.
- Przyszłam cię pocieszyć. I bardzo chętnie się z tobą pobawię! Wiesz, w dworku jest mnóstwo zakątków do odkrycia. Mój ojciec ma w swoim gabinecie ściany pełne trofeów i ciekawe pamiątki z Afryki. Jeśli chcesz, to ci pokażę.
Powiedziawszy to, puściła się łóżka i radośnie pobiegła w kierunku drzwi. Chwyciwszy mosiężną klamkę, odwróciła się do niego.
- Idziesz ze mną?
Chłopiec zaczął zrzucać z siebie pierzynę, ale gdy jego stopy dotknęły zimnej podłogi, zawahał się.
- Chciałbym, ale nie powinienem... Pani Michalina... obiecałem jej, że będę przestrzegać zaleceń lekarza. Ona bardzo chce, byśmy jak najszybciej wrócili do Lwowa.
- Do Lwowa? To tam mieszkasz?
Tomasz zamilkł. Agniesia posmutniała, zawiedziona tym, że nie wymknie się nocą z nowo poznanym kolegą do biblioteki albo gabinetu ojca, w którym było tyle ciekawych rzeczy...
- No nic, to chyba powinnam pozwolić ci odpocząć. Dobranoc - rzekła zmieszana, powoli puszczając się klamki. Obróciła się, gotowa do wyjścia, zapominając nawet o swojej świeczce.
- Ale może wspólnie coś poczytamy? - Usłyszała nieśmiały głos chłopca.
- Jeszcze nie umiem zbyt dobrze czytać... - odparła Agniesia.
- Nie szkodzi, jeśli chcesz, ja ci poczytam. Hrabina przyniosła mi tu kilka książek, są w nich piękne ilustracje. Na przykład ta: Tysiąc nocy i jedna.
- O, nigdy takiej mi nie czytano!
Kiedy Agnieszka z zadowoleniem usiadła na skraju łóżka, chłopiec usadowił się wygodnie i odchrząknąwszy lekko, zaczął czytać. Dziewczynka wsłuchała się. Jako że Tomaszek dopiero niedawno nauczył się czytać, szło mu powoli. Kiedy był w połowie jednej z krótkich historii, zauważył, jak jego towarzyszka ziewa ze znużenia. Zaczerwienił się ze wstydu.
- Może to nie był taki dobry pomysł? Jeszcze nie jestem w tym dobry. No wiesz, w czytaniu dla publiczności. Zazwyczaj czytam sobie sam - rzekł, odkładając książkę na bok. - Może po prostu poopowiadamy sobie jakieś historie?
- Znasz jakieś?
- Tak, znam dużo. Szczególnie takich strasznych.
- Naprawdę? - spytała Agniesia z niedowierzaniem. - Opowiedz mi jakąś!
- Jesteś pewna? Nie będziesz się bać?
- Bać? Ha! Ja się niczego nie boję! - wykrzyknęła oburzona dziewczynka.
- No dobrze, niech będzie - odparł Tomasz, nie kryjąc zadowolenia, jakby czekał na ten moment od dawna. Podparł się wyżej na poduszkach i odchrząknął ostentacyjnie. - A więc słyszałem historię pewnej córki jednego z hrabiów na Wileńszczyźnie. Trzy lat temu wyjechała w podróż do Paryża, bo bardzo lubiła to miasto. Tam jednak wybuchła rewolucja francuska. Wiesz, co to jest, prawda? Wiesz, co się teraz dzieje we Francji? - Tu chłopiec spojrzał z błyskiem w oku na Agniesię, jakby mając nadzieję, że dziewczynka nie będzie nic na ten temat wiedzieć, a on, pouczając ją, poczuje się choć ciut lepszy od małej hrabianki.
- Moja guwernantka mi o tym wspominała. Jest Francuzką. Nie chciałam jednak wdawać się w szczegóły, bo wydawało mi się to wszystko obrzydliwe i straszne.
Tomaszek zmieszał się, zawiedziony takim obrotem sprawy.
- O, a więc wiesz?
- Wyjechała do Paryża i co dalej? - naciskała zaciekawiona historią Agniesia.
- Ojciec i matka ostrzegali ją, że coś złego tam się święci, że nie powinna jechać. Namawiali na podróż do Włoch lub Grecji. Ona jednak nie słuchała. Pojechała do Paryża, tam uczęszczała na bale, udzielała się towarzysko, aż w końcu hołota paryska usłyszała też o niej. Zabrali ją siłą z karety, którą właśnie wracała z jakiejś wizyty. Potem publicznie ścięto ją na gilotynie.
- Jejku... Jakie to straszne! - skomentowała dziewczynka, nie kryjąc żalu i oburzenia.
- Ale to nie wszystko. Podobno duch kobiety straszy w jej rodzinnym dworku. Pojawia się co roku w rocznicę jej śmierci jako biała dama i krąży po pokojach nocą. Kilka osób widziało ją nawet w oknie patrzącą na obejście zza zasłon.
Gdy chłopiec skończył opowiadać historię, Agniesię przeszedł zimny dreszcz. Z lękiem obejrzała się za siebie, w kierunku okna. Pomyślała, że teraz już nie zaśnie.
- Przestań, nie lubię takich opowieści!
- Myślałem, że niczego się nie boisz...
- Bo się nie boję! - odparła butnie, wstając na równe nogi. - Muszę już jednak wracać do łóżka, zanim pani Moulin się obudzi i zda sobie sprawę, że mnie nie ma. - Obróciła się w kierunku drzwi, chwytając przy tym świeczkę w dłonie. - Miło było cię poznać, Tomaszu. Ty też powinieneś już iść spać - dodała, próbując nie dać po sobie poznać, że historia młodej kobiety zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie. Mimowolnie otworzyła usta i głośno wciągnęła powietrze, gestykulując swoje znużenie.
- Ojejku, chyba cię przestraszyłem...
- Wcale nie...
- Wcale tak! Inaczej posiedziałabyś tutaj dłużej - jęknął chłopiec, sam przy tym ziewając.
- I tak naraziłam się ojcu, przychodząc tutaj... Zresztą, jutro też jest dzień.
- Czyli odwiedzisz mnie też jutro?
- Postaram się. Mam nadzieję, że już niedługo wypuszczą cię i nie będę musiała się skradać.
- I wtedy pokażesz mi te wszystkie zakamarki i interesujące miejsca w dworku? Gabinet twojego ojca z trofeami zwierząt i pamiątkami z Afryki?
- Jasne.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Usłyszawszy to, chłopiec położył z powrotem głowę na poduszkę i wtulił się w swoją pierzynę. Agniesia delikatnie nacisnęła na klamkę i lekko pchnęła drzwi, chcąc uniknąć skrzypienia. Zanim zaczęła się prześlizgiwać przez powstałą szparę, szepnęła:
- Dobranoc!
- Dobranoc, Agnieszko - odpowiedział chłopiec zaspanym już głosem.
[1] Je suis désolé (franc.) - Przepraszam.