"Zmiana świata zaczyna się od jednej decyzji"
Dawno, dawno temu...
W odległej krainie Amaron, istniały trzy królestwa ludzi. Wśród nich tylko jedno dzierżyło tytuł pierwszego, które powstało - Elderberg. Przez setki lat, mimo różnych trudów, królestwo trwało dzięki rządom mądrych i prawych królów.
Lecz nadeszły zmiany wraz z nieznanym ludem, który przybył na kontynent z północy. Kilkadziesiąt tysięcy mężczyzn i kobiet, który opuścili swoje upadłe królestwo, stworzyli podwaliny pod nowe, nietrawione wewnętrznymi konfliktami i jadem królobójstwa. Zwane było Darou.
Początkowo trzy królestwa przyjęły przybyszów ze zdawkową uprzejmością, lecz wkrótce między Elderbergiem a Darou narodził się konflikt. Na pozór zwykła waśń, którą powinno się zażegnać podczas rozmów dyplomatycznych, przerodziła się w wojnę, którą zapoczątkował król ludu przybyszów - Daren I.
Mimo bardziej liczebnych wojsk, Elderberg przegrywał tę wojnę. Żołnierzy Darou przepełniała determinacja, której brakowało ich przeciwnikom. Gdy król Daren wkroczył zwycięsko do pałacu króla Emira, było już wiadome, kto jest zwycięzcą, a kto przegranym.
Chcąc ocalić swych poddanych, Emir dobił targu z Darenem. W zamian za jego życie, lud Elderbergu został oszczędzony, lecz zmuszono go do opuszczenia Amaronu na zawsze. Wygnano ich na Selenię, wyspę położoną na zachód od kontynentu. Mieli tam pozostać i nigdy już nie powrócić. Złamanie zakazu groziło wytępieniem Wygnańców z Elderbergu co do joty.
Przez ponad dwa tysiące lat Wygnańcy żyli poza wydarzeniami w Amaronie. Selenia stała się ich domem, o który dbali i który rozwijali. Po tak długim czasie nikt nawet nie myślał o wyprawie na kontynent. Lecz gdy Wygnańcy pracowali by przeżyć od zimy do zimy, Amaron pogrążał się w konflikcie, spowodowanym nie tylko przez straszliwą rasę orków, zamieszkującą jałowe południe krainy. A cokolwiek dzieje się w Amaronie, prędzej czy później wywrze wpływ na Selenię.
Zbliżał się czas zmian. Losy Amaronu miały się niedługo rozstrzygnąć. Swój wpływ na świat miał wywrzeć pewien młodzieniec o sercu czystym i szlachetnym, który w imię większego dobra, nie raz zaryzykuje życiem.
Rozdział 2Decyzja
Kolejny dzień w posiadłości Ezara był pełen ciszy. Edwyn nie odezwał się do ojca od wzejścia słońca. Wspólnemu śniadaniu towarzyszył jedynie dźwięk sztućców uderzających o talerze i odgłosy przełykania mięsa i wody. Ezar po prostu akceptował ten fakt. Wiedział, że naciskanie na Edwyna nie miało sensu. Zawsze był upartym dzieckiem, nie mogącym zaakceptować niesprawiedliwości. Liczył, że z czasem jego syn pogodzi się z ich losem.
Edwyn cały dzień sporo myślał o ich przyszłości. Wiedział, że jeśli nie podejmą jakichś działań, ich lud będzie czekała zagłada. Wiedział też, że nie przekona ojca do zmiany zdania. Oczami wyobraźni widział mężczyzn, kobiety i dzieci umierających z głodu lub z powodu chorób. Widział jak kolejne domy na wyspie opustoszają. Widział łodzie rybackie dawno nie opuszczające portu. Widział swój dom pokryty pajęczynami i kurzem. Widział swój pokój - pusty i zaniedbany. Widział pokój ojca z dużym łóżkiem, na którym leżał szkielet Ezara. To była ich przyszłość. Przyszłość która mogła spełnić się w przeciągu dwóch lat.
Przyszłość, na którą nie miał ochoty czekać bezczynnie.
***
Nastał wieczór. Edwyn pakował ostatnią rzecz do torby, którą zarzucił na swoje ramię. Podszedł do skrzyni w rogu pokoju, podniósł wieko i wygrzebał z niej miecz schowany w skórzanej pochwie. Wróciły wspomnienia gdy otrzymał go na szesnaste urodziny. Pamiętał jak trenował z ojcem posługiwaniem się nim. Nie sądził, że kiedyś wyciągnie go z tej skrzyni. Wysunął lekko ostrze z pochwy by przyjrzeć się błyszczącej stali. Po krótkim zamyśleniu wsunął go z powrotem po czym zawiesił go na plecach. Potrzebował chwili by przyzwyczaić się do ciężaru broni za sobą.
Gdy miał już wszystko czego potrzebował, podszedł do swojego łóżka i rzucił na nie zwinięty list. Pisał go długo, z drżącą ręką. Gdy był już przy drzwiach i chwycił za klamkę, odwrócił głowę by jeszcze jeden raz spojrzeć na swój pokój. Czuł się jakby porzucał swój dom i ojca. Czuł ciężar na swym sercu. Wiedział jednak, że to ich jedyna szansa na przetrwanie. Z głębokim oddechem pociągnął za klamkę i wyszedł z pokoju. Podjął decyzję.
***
Bareden wydawał ostatnie polecenia marynarzom ledwo widzianym w świetle zachmurzonego księżyca. Ciężko było mu opuszczać Selenię na zawsze. Choć z początku zależało mu jedynie na zysku, naprawdę polubił wyspiarzy. Miał nawet wrażenie, że od jakiegoś czasu częściej przypływał by spotkać entuzjastycznego Edwyna niż by zarobić. Dopiero gdy ostatni umięśniony mężczyzna wniósł skrzynię na pokład, zrozumiał jak bardzo będzie tęsknił za tym miejscem. Prawie uronił łzę. Prawie.
Gdy zbierał już się na pokład Złotej Wrony, usłyszał odgłos butów szybko stukających na pomoście. Odwrócił się w kierunku brzegu i dostrzegł Edwyna pędzącego w jego kierunku. Przez chwilę myślał, że to halucynacje spowodowane sennością, ale wątpliwości rozwiał głos syna Ezara.
- Co ty tu robisz chłopaku? - spytał zaskoczony.
- Wyruszam z tobą do Amaronu - oznajmił entuzjastycznie.
Przez chwilę Bareden patrzył na niego osłupiały.
- Że co proszę? - Nie mógł uwierzyć.
- Wyruszam z tobą do Amaronu - powtórzył tym razem z powagą.
- Słuchaj, chyba nie zdajesz sobie sprawy... - zaczął, ale szybko przerwał mu głos Edwyna.
- Zapłacę - zaproponował, chcąc zagrać na chciwości Baredena.
- Tu nie chodzi o pieniądze chłopaku. Pomijając już fakt, że wyspiarze nie są zbyt mile widziani na lądzie, myślę że twój ojciec na pewno ci na to nie pozwolił.
- To prawda - Zaczął. - Ale nie mam innego wyjścia. Mój ojciec jest gotowy siedzieć i patrzeć jak wymieramy. Ja tak nie potrafię. Muszę przekonać króla Darou by pozwolił wam przypływać na Selenię. Wiem, że to brzmi dość naiwnie, ale jeśli jest jakakolwiek szansa to mam zamiar ją wykorzystać. Po prostu muszę.
Słowa Edwyna dotarły do samego wnętrza serca Baredena. Widział w tym chłopaku coś niezwykłego. Nieskończone pokłady nadziei. Choć wiedział, że powinien go w tej chwili zaprowadzić do Ezara, powaga w jego oczach nie pozwoliła mu na to. Bił się z myślami przez krótką chwilę, po czym spojrzał na Edwyna.
- Ezar mnie zabije... - westchnął, pokonany przez tego chłopaka. - Wskakuj na pokład zanim zmienię zdanie.
Po tych słowach szybkim krokiem wszedł na pokład statku, wciąż zastanawiając się czy dobrze postąpił. Edwyn z bijącym sercem kroczył po trapie, czując ciężar każdego kroku. Ściskał nerwowo pas torby przewieszonej przez ramie. Gdy znalazł się wreszcie na pokładzie, usłyszał krzyki marynarzy szykujących się do rejsu. Podszedł do dziobu statku patrząc na rozległe morze. Daleko na horyzoncie malował się zarys kontynentu, na który zmierzał. Po chwili żagle rozwinęły się w pełni, a powiew wiatru pchnął Złotą Wronę przed siebie. Edwyn poczuł ruch statku, który wziął go z zaskoczenia, niemal zwalając go z nóg.
Nie było już odwrotu.
***
Od przebudzenia Ezar miał wrażenie, że czegoś brakuje. Przechadzał się po posiadłości, wyszedł na balkon patrząc w kierunku wznoszącego się słońca. Dopiero gdy przygotowywał się do śniadania i spojrzał na krzesło po drugiej stronie stołu, zdał sobie sprawę z brakującego elementu.
Edwyn.
Ezar podszedł pod drzwi pokoju syna i ostrożnie zapukał. Po usłyszeniu jedynie ciszy powtórzył czynność. Kolejny brak reakcji skłonił Ezara do pociągnięcia za klamkę. Ku swojemu zdziwieniu nie zastał Edwyna w pomieszczeniu. Pokój był starannie wysprzątany, jakby nikogo w nim nigdy nie było. Uwagę mężczyzny zwrócił pergamin zostawiony na łóżku. Chwycił go i ostrożnie rozwinął wstęgę. Miał sporo obaw co do tego co może przeczytać.
Ojcze,
zawsze uczyłeś mnie, że największe zło wyrządza ten, który na nie pozwala. Wierzyłem i nadal wierzę w twe słowa. I dlatego wiem, że prędzej czy później zrozumiesz moją decyzję. Nie przyszła ona mi łatwo, ale muszę spróbować. Wiem, że chcesz dobrze, ale już ci mówiłem - nie potrafię stać z boku i patrzeć jak umieramy z głodu. Gdy to czytasz, ja jestem już w drodze do Amaronu. Zrobię co w mojej mocy by zapewnić naszemu ludowi przyszłość. Nie będzie to łatwe, ale muszę spróbować.
Twój syn,
Edwyn
Z każdym przeczytanym słowem dłonie Ezara coraz mocniej zaciskały się na papierze. Nie wiedział czy powinien wpaść w furię i porwać list, czy zalać się łzami. Powoli usiadł na łóżku syna pozbawiony sił. Edwyn był daleko. Wyruszył na wyprawę, z której mógł już nie powrócić. A on nie mógł z tym nic zrobić. Jedyne co mu pozostało to wznosić modły do Amara by nic mu się nie stało.
Rozdział 3Złota Wrona
Edwyn poczuł ciepło wschodzącego słońca na tyle swojej głowy. Ciężko było mu zasnąć poza swoim łóżkiem, a hamaki na statku nie należały do najwygodniejszych. Na dodatek facet śpiący nad nim strasznie chrapał. Nie mogąc spokojnie zmrużyć oka, wszedł na rufę Złotej Wrony i oparł się o barierkę. Spoglądał w kierunku domu, który opuścił. Zastanawiał się kiedy jego ojciec odkryje jego ucieczkę. Jak zareaguje na list, który mu zostawił? Czy mu kiedykolwiek wybaczy? Te pytania zaprzątały jego myśli bez końca.
- Pierwsza noc na statku nie należy do najłatwiejszych - znajomy głos wyrwał Ewdyna z rozmyślań. Bareden przywitał się ze sternikiem po czym podszedł do chłopaka. - Nie przejmuj się. Moja pierwsza noc wyglądała podobnie. Cóż... ty nie zwracasz posiłku za burtę tak często jak ja - zażartował szturchając młodzieńca łokciem w ramię.
Edwyn zareagował na tę próbę rozwiania jego zmartwień lekkim uśmiechem, który dość szybko zanikł.
- Pierwszy raz w życiu jestem poza wyspą - powiedział cicho, ledwo słyszalnie.
- Wiem jak się czujesz - odpowiedział Bareden, drapiąc się po brodzie. - Pamiętam mój pierwszy rejs. Byłem młodym szczylem, który dopiero co zaciągnął się do załogi statku handlowego płynącego do Otimii. Ja również tęskniłem za domem. Bardzo - po tych słowach wzrok kupca uciekł w kierunku Selenii, z której wypływał po raz ostatni.
- Jak sobie poradziłeś z tęsknotą? - zapytał Edwyn.
Bareden spojrzał na niego z przyjaznym uśmiechem.
- Nie poradziłem sobie. Pogodziłem się z nią - odpowiedział. - Tęsknota za domem jest czymś naturalnym. To znak, że masz tam coś do czego warto wrócić. Musisz po prostu uwierzyć, że prędzej czy później to zrobisz - położył mu rękę na ramieniu.
Edwyn spojrzał na uśmiechniętą twarz Baredena. Jego słowa dodały mu otuchy. Gdy znów spojrzał w kierunku Selenii nie czuł już ciężkiej tęsknoty. Czuł nadzieje.
- Jak na chytrego handlarza jesteś niezwykle mądry - stwierdził żartobliwie.
- Przedsiębiorczego - poprawił mężczyzna z rozbawieniem. Po chwili ciszy oparł się łokciami o barierkę i ponownie zwrócił się do chłopaka. - To jaki masz plan?
- Właściwie nadal go tworzę - odpowiedział szczerze. - Szczerze mam wątpliwości czy postąpiłem słusznie.
Bareden dostrzegł zmianę nastroju Edwyna na bardziej zmartwiony.
- Wiesz czemu zabrałem cię ze sobą? - zapytał.
Chłopak w milczeniu odwrócił wzrok w kierunku kupca.
- Bo twoje słowa do mnie dotarły. Usłyszałem młodego, szlachetnego chłopaka, który zrobi wszystko dla swojego ludu. Rzadko widuję się kogoś o tak czystym sercu. Jeśli ktoś może przekonać Darendela do zmiany zdania, to ty młody.
Słowa handlarza trafiły do Edwyna. Poczuł siłę, która pozwalała mu przenosić góry. Wątpliwości nie zniknęły, ale nie miały już nad nim kontroli.
- Dzięki Bareden - odpowiedział. Jego wzrok znów skierował się w kierunku Selenii. Z każdą chwilą jej sylwetka coraz bardziej znikała za horyzontem. Chłopak tracił zarys wyspy z oczu z każdą większą falą. Ciężar na jego sercu zelżał. Był gotowy by zasnąć spokojnie. - Za ile dotrzemy do Amaronu? - zapytał.
Po jego pytaniu Bareden odwrócił się w kierunku dziobu, przeszedł kilka kroków i sięgnął po swoją lunetę. Spojrzał przez nią w kierunku lądu przez kilka chwil po czym zwrócił się do chłopaka.
- Jutro o wschodzie słońca powinniśmy dobić do portu w Idelnar - odpowiedział, składając lunetę.
- Dobrze - odparł ziewając. - Chyba czas na drugie podejście do zaśnięcia w hamaku - zażartował, przeciągając się.
- Wyśpij się młody. Zasługujesz na dobry sen - stwierdził.
Po tych słowach Edwyn kiwnął do niego głową i ruszył w kierunku kajut. Pod pokładem dało się słyszeć fale rozbijające się o statek, skrzypienie desek i odgłosy mew przelatujących nad nimi. Przeszedł wzdłuż korytarza aż dotarł do pomieszczenia dla załogi. Większość marynarzy, którzy spali, gdy wychodził na pokład, dalej pozostawała w swoich hamakach. Na szczęście dla Edwyna chrapiący mężczyzna gdzieś zniknął. Zadowolony tym faktem chłopak podszedł do swojego hamaku i delikatnie w nim się położył. Było zdecydowanie inaczej niż w jego łóżku. Gdy w końcu ułożył się w wygodnej pozycji, Edwyn zamknął oczy i zaczął wsłuchiwać się w dźwięki z otoczenia. Z czasem zaczął spokojnie zasypiać.
***
Odgłosy krzątaniny marynarzy krzyczących do siebie na pokładzie wyrwały Edwyna ze snu. Przetarł oczy ospale. Nie wiedział jak długo spał, ale to była długa drzemka. Wygramolił się z hamaku, wziął torbę i pochwę z mieczem ze sobą po czym wyszedł szybkim krokiem z kajuty. Gdy pojawił się na pokładzie, dostrzegł wielu mężczyzn w różnym wieku kręcących się po statku, chwytających za liny i wspinających się po wantach. Zobaczył również Baredena przy kole sterowym wydającego rozkazy swoim ludziom. Edwyn ruszył w jego kierunku unikając pośpiesznie kroczących marynarzy.
- Co się dzieje? - Zapytał nieco zaniepokojony.
- Spójrz - rzekł kupiec.
Edwyn obejrzał się za siebie i dostrzegł cel swojej podróży - wielki port Idelnar. Serce zabiło mu mocniej z zachwytu.
- Witamy w Amaronie, młody.
Rozdział 7Niepokorni
Claris pędził między zaroślami w kierunku, w którym Edwyn uciekał przed Varkarzem, nim stracił ich z oczu. Nie słyszał ryków, krzyków czy innych hałasów przez co rósł jego niepokój. Obawiał się, że gdy ich znajdzie, zastanie wściekłą bestię rozrywającą ciało jego przyjaciela. Mimo to biegł dalej, trzymając mały sztylet, który wziął ze sobą z domu. Mimo drżących rąk, był gotów użyć go do obrony lub pomszczenia Edwyna.
Po przedarciu się przez ostatni krzak zastał zupełnie inny widok. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to wielkie truchło Varkarza ze sporą, krwawiącą raną w głowie, leżącego na ziemi. Następnie zobaczył Edwyna siedzącego pod wielkim głazem z grymasem bólu na twarzy oraz tajemniczego mężczyznę klęczącego przy jego przyjacielu. Claris uniósł sztylet przed sobą, nie wiedząc czy nieznajomy jest sojusznikiem czy wrogiem.
- K-kim jesteś? - spytał, jąkając się.
Mężczyzna podniósł się z ziemi i odwrócił się w stronę młodzieńca ujawniając twarz człowieka, który widział wiele złego.
- Spokojnie chłopcze - odpowiedział. - Jeszcze się pokaleczysz tym nożykiem.
Ręka Clarisa drżała jak cieniutka gałązka w trakcie wściekłej wichury. Szybko przeanalizował sytuację. Przed nim stał na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna o tęgiej budowie ciała, z toporem przypiętym do skórzanego pasa. Blizna na twarzy i szorstkie ręce sugerowały, że był to wojownik, który stoczył niejedną potyczkę. Futro niedźwiedzia, które służyło mu za pelerynę mogło oznaczać, że nie tchórzył w obliczu niebezpieczeństwa. Mimo największych chęci, młody chłopak z małym sztyletem nie miałby szans na pokonanie kogoś takiego. A skoro jeszcze go nie zaatakował, jego intencje nie musiały być niegodziwe. Wreszcie schował sztylet do małej pochwy.
- Pytam jeszcze raz. Kim jesteś?
Mężczyzna spojrzał na niego przenikliwie.
- Gren - odpowiedział krótko.
Claris przez chwilę zagłębił się w swej pamięci, po czym doznał nagłego olśnienia.
- Ten Gren? Syn Guntera? - dopytywał.
- Ten sam - odrzekł, ponownie klękając na jedno kolano przy Edwynie.
Claris przyglądał się jak mężczyzna poprawia prowizoryczny opatrunek mający utrzymać zwichniętą kostkę w odpowiedniej pozycji.
- Wszystko dobrze? - spytał chłopak, zmartwiony stanem przyjaciela.
- Nic mi nie będzie, to tylko zwichnięta kostka - Edwyn robił dobrą minę do złej gry, próbując nie okazywać bólu.
- Oraz rana na łydce. Tu cię dobrze nie połatam - stwierdził Gren, po czym zwrócił się w stronę Clarisa. - Pomóż mu wstać. Zaprowadzę was gdzieś, gdzie się nim zajmą.
Claris nerwowo pokiwał głową po czym podszedł do przyjaciela. Edwyn zarzucił mu rękę za szyję i powoli się podniósł, uważając by z przyzwyczajenia nie stawać ranną nogą. Gdy obaj byli już na nogach, Gren kiwnął głową po czym ruszył przed siebie.
***
Szli już jakiś czas w milczeniu. Gren kroczył na przedzie, wytaczając drogę Clarisowi, który prowadził rannego przyjaciela.
- Co to w ogóle był za stwór? - Edwyn postanowił przerwać ciszę.
- Varkarz. Drapieżnik z Orkhardu. Orki wykorzystywały je jako wierzchowce - odpowiedział Claris.
- Od czasu Drugiego Najazdu Orków coraz zuchwalej zapuszczają się na północ - dodał idący przodem Gren. - Te bestie równie trudno zatłuc co orków.
- Cóż, ty dałeś radę jednym uderzeniem - stwierdził Edwyn.
- Był już ranny i miałem szczęście - rzucił, nie odwracając nawet głowy.
- A co z tobą? Z reakcji Clarisa wnoszę, że jesteś kimś znanym.
Mężczyzna odpowiedział na słowa chłopaka milczeniem.