Błękitna krew
Tego wąskiego, szpitalnego łóżka miała już serdecznie dość, a zapach tej sztywnej, wykrochmalonej pościeli doprowadzał ją do szału. Ogromne okna, przez które nawet po zasunięciu zasłon wpadało zdecydowanie zbyt dużo światła, wzbudzały w niej mordercze instynkty, a białą, szpitalną koszulę, miała ochotę z siebie zedrzeć i porwać na strzępy.
- Królowo. - Medyk skłonił się dwornie. - Jak się dzisiaj czujesz?
Tego nadętego konowała, który właśnie zaczynał obchód, z dziką radością by zamordowała, a potem zbezcześciła jego zwłoki.
- Czuję, że siły mi wracają. Naprawdę już pora, bym zwolniła łóżko, z pewnością znajdą się tacy, którzy potrzebują go bardziej... Zwłaszcza że specjalnie dla mnie wywaliliście wszystkich pacjentów na korytarz, gdzie muszą dochodzić do siebie, leżąc na kamiennej posadzce.
- Nonsens. To dla nich zaszczyt. Wprost puchną z dumy, że mogli się dla ciebie poświęcić, pani. A przecież nie chcemy, żeby ktoś zakłócał twój odpoczynek. Postrzał z kuszy to nie przelewki. Gdyby bełt trafił o pół cala...
- Tak, wiem, to utknąłby w płucach i już dawno utopiłabym się we własnej krwi... Codziennie mi to powtarzasz.
- Czy pozwolisz, że cię teraz zbadam, pani?
- Nie. Muszę założyć coś pod tę nocną koszulę. Od czasu koronacji dworska etykieta nie pozwala mi już świecić cyckami na lewo i prawo, a nie mam na sobie bielizny. Zawołam cię, gdy będę gotowa.
- Oczywiście, pani.
Carmilla Varkarma odetchnęła z ulgą, gdy medyk się oddalił. Ciągnęła tę szopkę już ponad tydzień. Lekarz smarował jej ranę postrzałową przeróżnymi maściami, które zwykle śmierdziały jak wyhodowane w starej skarpecie wodorosty, a przy każdej zmianie opatrunku kraśniał z dumy i zachwalał swój aptekarski kunszt. Wprost nie mógł się nadziwić, że pacjentka pod jego okiem tak szybko wraca do zdrowia. Oczywiście nie wiedział o tym, że Carmilla jest wampirzycą i jej ciało potrafi się samo wyleczyć z postrzałowej rany w pół minuty. Nie miał też bladego pojęcia o innej chorobie, która toczyła ją przez ostatnie dni. Krew umarlaka, która dostała się do jej krwiobiegu, siała w organizmie prawdziwe spustoszenie. Zawroty głowy, ogólne osłabienie, obniżona zdolność regeneracji i wzmożony światłowstręt - to tylko niektóre z dających się jej we znaki dolegliwości. Najgorsze było to, że zatruty organizm nie chciał przyswajać wypijanej krwi... Jednak właśnie dzisiaj poczuła, że jej ciało w końcu zaczęło zwalczać to świństwo, a to oznaczało, że w końcu będzie mogła porządnie się najeść. Carmilla tkwiła w szpitalnym skrzydle od dnia swojego ślubu. Kiedy ona i Eberhard na ślubnym kobiercu przysięgali sobie dozgonną miłość, żadne z nich nawet nie przypuszczało, że słowo "dozgonna" w tym kontekście nie musi trwać długo. Podczas ceremonii doszło do zamachu na jej życie. Sprawca postrzelił ją z kuszy bełtem nasączonym krwią umarlaka, co u wampirów wywołuje piekielnie silną reakcję alergiczną. Potem, kiedy wycieńczona trafiła do szpitalnego skrzydła, chędożeni łowcy wampirów próbowali dobić ją przy pomocy srebrnego miecza. Na szczęście powstrzymał ich nadworny szpieg, generał Buenaventura Blanco, choć - jak wampirzyca przypuszczała - nie było dnia, by Blanco tego nie żałował. Arcyszpieg nie darzył jej zaufaniem i nieustannie dawał jej to odczuć... Ale teraz nie miała ochoty się nim przejmować.
Król Eberhard nie chciał nawet słyszeć o tym, żeby jego świeżo upieczona żona opuściła skrzydło szpitalne, zanim jej rana w pełni się zagoi. Wampirzyca zwykle bez trudu potrafiła nagiąć Eberharda do swojej woli. Czy to przy pomocy telepatycznych podszeptów na granicy świadomości ofiary, czy też delikatnym oddziaływaniem na psychikę przez umiejętne podsycanie lub tłumienie jego emocji, czy wreszcie - co ostatnio sprawiało jej najwięcej satysfakcji - po prostu czarując go swoimi kobiecymi wdziękami. Zwykle robiła z królem dokładnie to, na co miała ochotę, jednak w tej kwestii Eberhard był stanowczy. Carmilla miała zostać w szpitalu, dopóki on nie będzie miał pewności, że jej życiu nic już nie zagraża, a jej rana jest w pełni zagojona. Na swój sposób jego troska ją kręciła. Sęk w tym, że ta rana zagoiła się już pierwszego dnia... i każdego kolejnego również.
Z szuflady nocnej szafki Carmilla wyciągnęła bełt. "Pieprzony konował. Wykończę się tutaj przez te jego codzienne oględziny". Potem wampirzyca odkleiła opatrunek, zacisnęła zęby i wbiła bełt w swój obojczyk dokładnie w miejsce, w które kilka dni temu postrzelił ją zamachowiec. Przekręciła grot kilka razy, krzywiąc się z bólu, i wyciągnęła. Potem zamknęła oczy i pozwoliła, by jej ciało się zregenerowało. Nie do końca, ale odrobinę bardziej niż wczoraj. Dopiero wtedy znów założyła opatrunek i zawołała doktora.
- Wspaniale - ucieszył się medyk - goi się naprawdę wspaniale. Czy mogę?
- Proszę się nie krępować.
- Tak. - Lekarz pomacał ranę. - Sądzę, pani, że nie zostanie ci nawet blizna. Rana niemal już się zagoiła.
- A więc chyba już czas, żebym opuściła twój szpital, medyku.
- No cóż, król nakazał wyraźnie, bym wypuścił cię dopiero wtedy, gdy będziesz w pełni sił.
- Czuję się dziś silna jak nigdy przedtem.
- Dobrze, pani, ale jutro chciałbym własnoręcznie zmienić twój opatrunek i nasmarować ranę maścią z czyrakokłącza. Czy znajdziesz chwilę między śniadaniem a obiadem, żeby odwiedzić medyczne skrzydło?
- Oczywiście - odparła wampirzyca, w duchu obiecując sobie, że gdy następnym razem konował spróbuje nasmarować ją maścią z czyrakokłącza, rozerwie mu zębami szyjną tętnicę i wypije z niego co najmniej tyle krwi, ile przez jego zabiegi musiała wytoczyć ze swojego obojczyka.
- W takim razie poinformuję króla...
- W takim razie niezwłocznie wezwij Cassiusa, medyku, a królowi zrobię niespodziankę.
***
Cassius, młody wampir o jasnych włosach, osobisty kamerdyner królowej Carmilli, zjawił się w szpitalnym skrzydle w mgnieniu oka. Skłonił się i bez słowa podał jej schludnie złożoną, czerwoną suknię i parę pasujących do niej trzewików. Wampirzyca, z wyrazem wdzięczności na twarzy, dosłownie zerwała z siebie szpitalne łachy i ze wstrętem cisnęła je w kąt sali.
- Nawet nie wiesz, jak na to czekałam - odparła, zakładając swój zwyczajowy strój. - Każę cię za to obsypać złotem... Nie, każę cię skąpać we krwi.
- Drobiazg, królowo. Czujesz się już lepiej?
- Dzięki tobie czuję się jak nowo narodzona.
- Rozumiem, że masz dla mnie jakieś rozkazy?
- Tak. Po pierwsze musisz mnie nakarmić i musisz to zrobić szybko. Jestem tak głodna, że lada moment zacznę biegać po zamku jak bezmyślne zwierzę, przegryzając napotkane aorty.
- Tym już się zająłem, pani. Chodź za mną.
***
Gdy Carmilla na dobre zadomowiła się na zamku, poprosiła króla, by przeznaczył dla jej służby osobne skrzydło. I tak też się stało. We wschodniej części zamku zamieszkały teraz tylko wampiry, a ludzie - kierując się jakimiś pradawnymi, obronnymi mechanizmami, zakorzenionymi w ich podświadomości - zaczęli unikać tego miejsca, nie rozumiejąc nawet, dlaczego to robią. Sama królowa zjawiała się tu rzadko. Głównie wtedy, gdy chciała odpocząć od dworskiego życia i ciągłego udawania, lub gdy po prostu chciała coś przekąsić i nie miała ochoty się z tym ukrywać.
Cassius otworzył ciężkie, wygłuszone drzwi i wprowadził ją do komnaty, w której nie było okien. Na środku pomieszczenia na rozłożonej ceracie klęczał roztrzęsiony, młody mężczyzna, a obok, na zimnej posadzce, leżała zwinięta w kłębek nastoletnia dziewczyna. Oboje w samej bieliźnie i z na wpół przytomnym wyrazem twarzy mamrotali pod nosem coś, co przypominało urywane strzępy modlitwy przeplatane błaganiem o pomoc i okazjonalnymi, zupełnie przypadkowymi słowami. Carmilla uniosła brwi i spojrzała na swojego kamerdynera.
- Wybacz, pani, ale nie miałem czasu zorganizować wszystkiego jak należy. Musiałem odurzyć ich mieszanką pyłu i konopi. Czy to będzie problem?
- Jestem tak głodna, że nie pogardziłabym nawet dziewięćdziesięcioletnim starcem. Nie martw się, jakoś to przełknę.
- Jak widzisz, zadbałem też o pewną różnorodność... i... wiem, pani, że nie znosisz, gdy któreś z twoich dzieci bawi się jedzeniem, sama też nigdy tego nie robisz... ale wiem też, że po długim poście nawet najbardziej dworny i dystyngowany wampir potrafi stracić nad sobą panowanie. Dlatego w rogu pokoju przygotowałem świeżą wodę, ręcznik i suknię na zmianę.
- To urocze, Cassiusie, ale nie jestem nieopierzonym nietoperkiem, który musi do posiłku zakładać śliniaczek. A teraz wyjdź. Zaczekaj za drzwiami i dopilnuj, by nawet sam król mi teraz nie przeszkadzał.
***
Cassius oparł się o dębowe drzwi i skrzyżował ramiona na piersi. Nawet przez warstwy wygłuszenia złowił swym wyczulonym, wampirzym słuchem pisk przerażonej dziewczyny i spokojny, niemal hipnotyzujący szept Carmilli. Potem usłyszał coś, co brzmiało jak syk atakującej żmii.
***
Carmilla wysunęła się na korytarz, a Cassius podał jej serwetkę i wskazał czerwony ślad w kąciku ust. Wampirzyca skinęła głową.
- Czy wszystko było tak, jak lubisz, pani?
- Tak, Cassiusie, świetnie się spisałeś. Teraz już pora zabrać się do roboty - odparła wampirzyca i ruszyła korytarzem. - Zdaje się, że jedno z nich jeszcze żyje. Miej to na uwadze, gdy będziesz sprzątał - rzuciła, nie oglądając się za siebie.
Zanim Cassius ruszył za nią, wsunął się jeszcze na krótką chwilę do komnaty, w której pożywiała się królowa. Widok, jaki ukazał się jego oczom, sprawił, że nawet wampir poczuł się nieswojo. Zamykając drzwi na klucz, zanotował w pamięci, by do sprzątania zorganizować sobie pomoc.
- Czy zechcesz teraz wysłuchać mojego raportu? - Cassius dogonił królową i pilnował, by iść pół kroku za nią.
- Tak, zacznij od wydarzeń związanych z zamachem na moją nieśmiertelną osobę.
- Zamachowców było troje. Strzelec to prawdopodobnie Petr Blagojević i on niestety zbiegł.
Jakkolwiek ta wiadomość zepsuła jej dobry nastrój, królowa doceniła, że młody wampir nie zaczął składać raportu od chełpienia się sukcesami.
- Petr Blagojević to największy wrzód na moim wiecznie jędrnym, nieśmiertelnym tyłku, od czasów Abrahama Van Helsinga. Rozumiem, że poluje teraz na niego każdy nietoperz w Catalanie?
- Oczywiście, ale on dosłownie zapadł się pod ziemię.
- Nie przestawajcie go szukać. Przewróćcie to miasto do góry nogami, jeżeli będzie trzeba, ale postarajcie się przy okazji nie utopić go we krwi. Jeszcze nie czas na takie działania.
- Oczywiście, pani.
- A pozostała dwójka zamachowców?
- Mężczyzna to Arnold Paole, również jest łowcą.
- Wiem, kim jest Arnold Paole - przerwała mu królowa. - Ciekawi mnie, kim jest ta dziewczyna.
- Cóż, nazywa się Nina Valentine i faktycznie jest niewiadomą. Nie jest łowcą, a przynajmniej nikt ze starych wampirów jej nie zna.
- Nie dowiedziałeś się absolutnie niczego?
- Niezupełnie. Rozpoznało ją jedno z twoich najmłodszych dzieci, nietoperz Kyle. Podobno siedziała w naszej spiżarni, w lochach w Wilczym Szańcu.
- Do tej niedorzecznej ucieczki nigdy nie powinno dojść - warknęła Carmilla. - Co dalej?
- Nic więcej nie udało nam się ustalić, wasza wysokość.
- Jak to możliwe? Nie kazałeś ich przesłuchać?
- Nie mamy do nich dostępu, pani. Więźniowie są pod bezpośrednim nadzorem ludzi Buenaventury Blanco i tylko on może z nimi rozmawiać.
Trwało to krócej niż uderzenie skrzydeł trzmiela. Królowa zatrzymała się w pół kroku, a jej zęby wysunęły się z trzaskiem. Idący tuż za nią Cassius jakby wpadł na niewidzialną ścianę. Carmilla spiorunowała go spojrzeniem czerwonych jak rubiny oczu, a Cassius runął na kolana z takim impetem, jakby chwyciła go ręka olbrzyma i dosłownie wbiła w ziemię. Wampirzyca nieznacznie tylko wsparła się telekinezą. Umysły istot potrafiących posługiwać się telepatią są szczególnie podatne na mentalne rozkazy takich samych, ale silniejszych umysłów, a młode wampiry mają u podstaw świadomości głęboko zakorzenione ślepe posłuszeństwo wobec swojego stwórcy. Wobec swojej matki. Nie wydawało się możliwe, żeby trupioblada twarz młodego wampira mogła zblednąć jeszcze bardziej, ale tak właśnie się stało. Resztki krwi, które z niej odpłynęły, uciekały przez oczy i uszy, a rozdygotany wampir, ściśnięty jak w imadle, klęczał przed królową na kolanach, które popękały od zderzenia z posadzką. Bał się nawet na nią patrzeć, ale mentalny zakaz nie pozwalał mu odwrócić wzroku ani zamknąć oczu. Nie pozwalał mu nawet mrugnąć.
- Chcesz powiedzieć, że od tygodnia Blanco przesłuchuje tę dwójkę? Od siedmiu dni zamachowcy opowiadają mu o tym, że żoną króla jest teraz wampirzyca? Że ten przeklęty szpieg już wie o tym, że na tronie Méridy zasiada teraz krwiożercza bestia, która zamierza zniewolić wszystkich ludzi i zamienić ich w karmę dla swoich dzieci?
Cassius, cały w drgawkach, spróbował się odezwać, ale nie miał kontroli nad żadnym mięśniem w swoim ciele. Był teraz drewnianą kukiełką w rękach lalkarza. W rękach swojej królowej, która miotała z oczu czerwone błyskawice, i która górowała nad skruszonym wampirem jak walkiria. Jak lwica nad przerażonym kociakiem. To, że sprawił jej zawód, wywoływało w nim teraz autentyczny, fizyczny ból i chciał powiedzieć coś na swoje usprawiedliwienie, ale po prostu nie był w stanie otworzyć ust.
***
Bycie królem wcale nie jest takie łatwe i przyjemne, jak by się mogło wydawać. Wyborne jedzenie, najstarsze roczniki wina i najmłodsze spośród księżniczek - to tylko jedna strona medalu. Po drugiej stronie są roszczeniowi szlachcice, którzy bojkotują każdą, nawet najmniejszą próbę reformy państwa, wszędobylscy chłopi, którzy biadolą, że w kapuście znów zalęgły się gąsienice, a dziki doszczętnie zbuchtowały uprawy brukwi, oraz chciwi kupcy, którzy za orżniętą z każdej strony srebrną monetę sprzedaliby własne dzieci. A najgorsze są audiencje.
Król Eberhard II na wpół drzemał, wsparłszy łokieć na poręczy tronu, a na wpół słuchał biadolenia bartnika Brenzona, któremu niedźwiedzie znów wylizały do cna wszystkie plastry miodu, skazując jego rodzinę na nieuniknioną śmierć głodową. Nagle drzwi do sali tronowej otworzyły się z trzaskiem, a w nich stanęła królowa Carmilla.
- Moja królowa! - Eberhard ożywił się momentalnie, poderwał się z tronu i ruszył w jej kierunku, niemal potrącając bartnika Brenzona. - Moja piękna królowa promienieje blaskiem, który rozgrzewa moje serce! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wstałaś z łóżka i widzę cię w końcu w pełni zdrowia.
Nieporadne komplementy króla, jak zwykle zresztą, sprawiły jej radość, a na jej twarzy, wbrew jej woli, pojawił się uśmiech. Nie było jej to teraz na rękę, więc zmusiła się, by przybrać marsową minę i przegnać ze swojego oblicza wszystkie ciepłe uczucia. Gdy spojrzała królowi w oczy, jej twarz przypominała lodową maskę i to wystarczyło, by osadzić go w miejscu. Eberhard zatrzymał się dwa kroki od niej gwałtownie jak okręt, który zderzył się z lodowcem.
- Czy coś się stało, najdroższa? Skąd ten grobowy nastrój?
Carmilla rozejrzała się wymownie po sali tronowej, a król gestem przepędził swoją świtę i bartnika Brenzona, któremu udzielał właśnie posłuchania.
- Też się ucieszyłam, Eberhardzie - zaczęła królowa, gdy zostali sami. - Ucieszyłam się, że opuściłam w końcu ten przeklęty szpital i że stan mojego zdrowia znacznie się poprawił. Przynajmniej fizycznie, bo psychicznie czuję się zdruzgotana. Dowiedziałam się właśnie, że ten podstępny lis, twój ulubiony szpieg Buenaventura Blanco, nie pozwolił zaufanym ludziom z mojej świty nawet przesłuchać zamachowców, którzy targnęli się na moje życie w dniu naszego ślubu. Czy teraz już rozumiesz, skąd u mnie ten grobowy nastrój?
- Więc tylko o to chodzi? - zdziwił się król. - Istotnie, Blanco prowadzi śledztwo w tej sprawie, a ja mam do niego pełne zaufanie w takich kwestiach. Jestem pewien jego umiejętności oraz jego dyskrecji. Nikt nie rozezna się w tej sytuacji szybciej niż on.
- Eberhardzie. - Królowa odezwała się protekcjonalnym tonem, którego używała zwykle, by skarcić swoje wampirze dzieci, kiedy podczas posiłku zadawały swoim ofiarom niepotrzebny ból z czysto sadystycznych pobudek. - Tu chodzi o moje życie. To ja zostałam postrzelona i niewiele brakowało, by była to rana śmiertelna. Pół cala i dostałabym w płuco... a wtedy najpewniej utopiłabym się we własnej krwi. To chyba oczywiste, że powinnam mieć tutaj coś do powiedzenia?
- Najdroższa, musisz mi w tej kwestii zaufać. Zamach na żonę urzędującego króla to zbyt poważna sprawa, by powierzyć to komuś mniej kompetentnemu niż Blanco. Zapewniam cię, że wszyscy winni, a nie tylko ci, których udało się schwytać, zostaną ukarani.
Królowa tupnęła nogą i groźnie zmrużyła oczy. Eberhard pod jej spojrzeniem topniał jak wczesnowiosenny śnieg, ale nie ustąpił.
- Czy wobec tego możesz mi chociaż powiedzieć, co udało mu się już ustalić?
- Oczywiście, najdroższa, ale nie ma tego wiele. Mężczyzna nie powiedział jak do tej pory nawet słowa, za to kobieta zaczęła mówić, gdy tylko kat pokazał jej narzędzia. - Król zawiesił głos, a Carmilla była w tej chwili wdzięczna, że jej wampirzy organizm nie może zdradzić, jak bardzo się teraz denerwuje, ani za pomocą napływającej do twarzy krwi, ani za pomocą nadmiaru potu. - Ale ona jest po prostu stuknięta. Chyba brakuje jej w głowie jakiejś klepki - ocenił Eberhard.
- Wytłumacz, proszę, najdroższy.
- Opowiada niestworzone historie o wampirach, które chcą opanować mój zamek.
Carmilla parsknęła śmiechem, podeszła do Eberharda i przytuliła się do niego.
- Muszę wyznać, królu - wyszeptała - że gdybym była ciekawa, jak smakuje ludzka krew, na pewno zaczęłabym właśnie od twojej. Z pewnością jest wykwintna jak... zupa z małż, kalmarów i innych absurdalnie drogich owoców mórz i oceanów.
Król objął ją i pocałował.
- A ja oddałbym ci ją całą, najpiękniejsza, do ostatniej kropli.
Eberhard zaczął się bawić zamkiem jej sukni, ale Carmilla go powstrzymała.
- Powiedz mi, co teraz się z nimi stanie?
- Z kim?
- Z zamachowcami. Każesz ich powiesić?
- Na pewno, ale jeszcze nie teraz.
- Dlaczego z tym zwlekamy?
- Blanco z reguły nie śpieszy się z użyciem poważniejszych tortur, jeżeli nie są konieczne. Jestem pewny, że gdy przyjdzie czas ostatecznych rozwiązań, oboje powiedzą nam więcej.
- Oni nastawali na moje życie, Eberhardzie, a ja się boję, że w jakiś sposób uciekną i znów to zrobią.
Carmilla dotknęła jego skroni i przez chwilę badała jego emocje. Skanowała jego umysł. Potem delikatnym mentalnym impulsem połaskotała obszar mózgu odpowiedzialny za uczucie, którym król pałał do swojej żony. Wzmocniła w nim już i tak silną potrzebę, by spełnić jej każdą zachciankę. Jednocześnie stłumiła jego wrodzoną potrzebę sprawiedliwości, cząstkę jego osoby, która aż gotowała się z wściekłości na myśl o tym, że być może trzeci zamachowiec uniknie kary.
- Proszę - wyszeptała mu do ucha - zabij ich teraz, zrób to dla mnie.
Król bił się z myślami przez dłuższą chwilę, nie do końca świadomy procesów, które zachodzą w jego mózgu. Pałał chęcią, by ją uszczęśliwić, by znów poczuła się bezpieczna... tylko że to wcale nie było logiczne.
- Najdroższa, naprawdę bezpieczna będziesz wtedy, gdy schwytamy również trzeciego zamachowca. A ta dwójka już nigdy nie będzie ci się naprzykrzać, daję ci na to moje słowo.
- Nie możesz jej tego obiecać, nigdy nie będziesz miał stuprocentowej pewności, że nie uda im się uciec, że ktoś im w tym nie pomoże, że znów nie targną się na życie twojej królowej... - powiedział cichy głos na granicy świadomości Eberharda.
Król posmutniał, ale po chwili potrząsnął głową, jakby chciał odegnać natrętną myśl. Myśl, którą wsadziła mu do głowy Carmilla.
- Nikt nie ucieknie z naszych lochów, a ty zawsze będziesz przy mnie bezpieczna, najdroższa.
Wampirzyca była wściekła, że znów się jej postawił. Ale jakaś część jej osoby była z niego dumna. Dumna, że znalazł w sobie dość siły, by obronić swoje myśli przed tak potężnym umysłem jak umysł królowej wampirów. A to ją podniecało. Tym bardziej, że i tak zamierzała użyć ostatniej sztuczki, jaką miała w swoim arsenale. Położyła dłoń na piersi króla i pchnęła go. Niedbale, zalotnie i zaskakująco mocno. Eberhard zatoczył się przez cały podest i z impetem usiadł na swoim tronie. W chwili krótkiej jak mgnienie oka królowa dosłownie przefrunęła dzielącą ich odległość i usadowiła się na jego kolanach, a zanim zdążył nawet pomyśleć o tym, jak udało jej się tego dokonać, zarzuciła mu ręce na szyję i zaczęła go namiętnie całować. Król ochoczo odpowiedział na jej inicjatywę.
Carmilla wyślizgnęła się ze swojej wieczorowej sukni lekko i z gracją jak wąż, który zrzuca wylinkę, natomiast Eberhard potrzebował dłuższej chwili, by rozszarpać wszystkie haftki w swojej odzieży.
- Zamknij oczy - szepnęła mu do ucha.
Posłuchał, a Carmilla przyłożyła koniuszek palca do wampirzego kła, który wysunął się ukradkiem spomiędzy jej uśmiechniętych warg. Ugryzła się w opuszek, wydusiła kropelkę krwi i wsunęła ją na palcu do ust Eberharda. Król otworzył oczy, a jego źrenice już zdążyły się rozszerzyć.
Nawet pojedyncza kropla wampirzej krwi działa na ludzi jak narkotyk. Wywołuje silną euforię, ogólną poprawę nastroju i nieporównywalny z niczym innym przyrost siły i witalności.
Potem kochali się bez przerwy przez bite sześć godzin. Nad ranem król z własnej inicjatywy pchnął gońca z rozkazem natychmiastowej egzekucji Arnolda Paole i Niny Valentine.