Opowieści wykute w smoczym ogniu (część 1). Nim ogarnie nas pożoga - Adam Zgryźniak

Kup ebooka

28.50 zł
22.80 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przecież one nie istnieją

- Brzdęęęk. - Strzała wbiła się z impetem w pień brzózki i zawibrowała.

- Łiiik - Obgryzająca korę dzika świnia podniosła głowę i zerwała się do pokracznego biegu.

- Kurrrwa mać! - Meredith zaklął, ciskając kuszą o ziemię.

- Hehe, moja matka lepiej strzela - zakpił Renne.

- Słucham?

- Rano chybiłeś jelonka, a teraz świnię.

- Ale wczoraj ustrzeliłem obiad.

- Mówisz o tej wydrze? Owszem była niezła, ale ledwo raz ugryzłem.

- To był bóbr, idioto. Może ty upolujesz coś większego?

Wędrowiec podniósł kuszę, która na szczęście nie uszkodziła się od zderzenia z puszystym mchem.

- Mamy umowę, przypominam: ty polujesz, a ja gotuję.

- Od dziś jeszcze nosisz moją broń.

Wepchnął chłopakowi do ręki kuszę i ruszył przodem, pogwizdując melodię jakiejś starej i sprośnej piosenki żołnierskiej.

- Myślisz, że jestem twoim pieprzonym giermkiem?

- Wtedy ja musiałbym być pieprzonym rycerzem. Wyglądasz mi bardziej na tragarza.

- Bardzo śmieszne.

Meredith mocował się chwilę ze strzałą wbitą w brzozę. Zaklął cicho, gdy brzechwa pękła, a grot utknął w pniu.

- No, przestań się boczyć. To normalne, że w tym wieku nie ma się już tak bystrego oka i tak pewnej ręki.

- Zamilcz, gówniarzu.

- Meredith, ile ty właściwie masz lat?

- Trzydzieści parę.

- O! Może dwadzieścia parę? Nic z tego staruszku, w to nie uwierzę. Masz jak nic cztery dychy, a i pewnie pod pięćdziesiąt już podchodzisz.

- Zaraz zdejmę pas i wygarbuje ci skórę, gówniarzu.

- Nie, nie, już jestem cicho... Nie chciałbym, żebyś się zasapał. Nie daj Boże, jakaś żyłka ci pęknie i zawał gotowy. Nie darowałbym sobie, gdybyś mi tu kopnął w kalendarz, zanim upolujesz coś na kolację.

Szli przez chwilę w milczeniu, wreszcie chłopak nie wytrzymał.

- Musimy wstąpić do jakiegoś sioła i kupić jedzenie.

- Ciekawe za co.

- Nic już nam nie zostało?

Meredith odczepił od pasa chudy trzosik i wytrząsnął na dłoń cztery brązowe grosze.

- Siodłaj wierzchowce, giermku. W drogę. Do wsi wstąpimy kupić chociaż obrok dla koni. Inaczej nam skapieją.

- A co z kolacją?

- Na kolację coś upoluję.

- Byle nie znowu wydrę.

- Bóbr, idioto, to był bóbr.

***

Do wsi dojechali późnym popołudniem. Trochę drewnianych, przegniłych chałup, nieduży spichlerz o zapadniętym dachu, a wszystko porozrzucane po obu stronach błotnistej drogi.

Wszechobecny i przygnębiający syf, smród i ubóstwo. Konie, zapadając się aż po pęciny w bagnie trochę na wyrost zwanym drogą, wolno posuwały się środkiem sioła. Jeźdźcy skinieniem głowy pozdrawiali nielicznych ponurych mieszkańców, spoglądających na nich zza połamanych sztachet nierównych płotów.

- I na pogrzebie bywa weselej - zauważył chłopak.

Znaleźli jakąś gospodę i stajnie. Meredith z ciężkim sercem rzucił koniuchowi wysupłane z sakiewki dwa grosze. Weszli do zadymionej karczmy. Nieliczni stali bywalcy na ich widok smętnie podnieśli głowy, po czym wrócili do swoich spraw. To jest do siorbania piwa, prowadzonych półgłosem rozmów lub bezmyślnego wpatrywania się w strzelający na palenisku ogień. Renne znalazł miejsce w kącie izby. Meredith, po krótkich targach z karczmarzem, dołączył do niego, dźwigając dwa kamionkowe kufle. Skosztowali i skrzywili się.

- Podłe te piwo.

- Na lepsze nas nie stać.

- A może by tak... Może opowiesz historię o smoku, którego ubiłeś w Montero? Ludzie chętnie posłuchają, może ktoś postawi nam porządne piwo, a nawet kolację?

- Mówiłem ci, że to bujda. Nigdy nawet nie widziałem smoka.

- Nie o to chodzi. Liczy się dobra historia, nieważne, czy prawdziwa.

- Ostatnia taka historia skończyła się stratą sakiewki i konia. O zdemolowanej karczmie, ciężkim kacu i bójce z bandą żądnych krwi osiłków nawet nie wspomnę.

- Żądnych krwi osiłków? Nie przesadzaj, to było tylko kilku wsiurów.

- Ale uzbrojonych w widły.

- W widły? Co najwyżej w grabie... No może jeden miał widły, a i tak zardzewiałe i z ułamanym zębem. Zresztą to była zupełnie inna sytuacja!

- Nie bardzo rozumiem, dlaczego.

- Byliśmy ździebko podchmieleni, wtedy o aferę nietrudno. A teraz? Siedzimy tu o suchych pyskach jak dwa karasie w dziurawym wiadrze. No jak będzie, Meredith? Dobre piwko lub względnie kwaterkę wódki wypiłbyś, co?

- Wypiłbym.

- A i przegryźć coś porządnego by się w końcu przydało, bo ten bóbr, owszem, był niczego sobie, ale na miłość boską to było wczoraj. To jak będzie?

- Daj spokój. W najlepszym razie wyrzucą nas stąd na zbity pysk.

- Hej, ludzie!

- Renne! Oni nie wyglądają na rozrywkowych.

- Ludziska, do was mówię!

Zgromadzona w izbie gawiedź niechętnie podniosła głowy.

- Siedzicie tu spokojnie, piwsko w brzuchy lejecie. Idę o zakład, że nawet nie wiecie, jaką estymą cieszy się ten rycerz na szerokim świecie.

- Kurczę, mógłbym to robić za pieniądze - szepnął kompanowi do ucha chłopak. - Przecież ja nawet nie silę się na mowę wiązaną... Słowa same mi się tak pięknie układają.

- To najbardziej znany łowca smoków od czasów legendarnego Rolanda Ognistego. Przecież to jest wysławiany w pieśniach bardów waleczny sir Meredith de Drago... z wolnego miasta Brago.

- Jak już musisz nas ośmieszać, to przynajmniej daruj sobie te nędzne rymy - wyszeptał rycerz, ale wbrew temu, czego można było oczekiwać, nie rozległy się śmiechy ani gwizdy. Nikt też nie uciszył chłopaka i nie kazał mu usiąść. Meredith skonstatował ze zdziwieniem, że nieprzychylne i jakby przygnębione do tej pory twarze wieśniaków zdradzają zaciekawienie. Zauważył to również chłopak i z miejsca zważniał.

- Sir Meredith podróżował jak świat długi i szeroki, i wszędzie, gdzie zawitał, ubijał smoki, od pokrytej wiecznym mrozem Nordii, gdzie zgładził gada za pomocą samej tylko mizerykordii, po stale skąpaną w słońcu Agarię, gdzie oprócz smoka, wychędożył królewską córę Darię.

- Bacz na słowa, Renne, i lepiej nie schodź na moje życie erotyczne, bo jeśli nie oni, to zaraz ja wykopię cię z tej karczmy - warknął Meredith, ale niezrażony chłopak perorował już, stojąc na krześle.

- Potężny Drakgon, który przez lata pustoszył wybrzeża Slidenskliff, porwał się na tego rycerza, ale nie zdołał przebić jego puklerza, w odwecie rycerski oręż zdarł łuski z gadziego pancerza. - Chłopak zadał wyimaginowanym mieczem cios tak potężny, że niemal spadł z krzesła, ale nie stracił rezonu. - On ubił trójgłowego Cirrusa straszliwego, który wśród smoków i ludzi nie miał sobie równego. Wreszcie on położył trupem ogromnego Dekreto o wewnętrznym smoczym ogniu tak gorącym...

- I zewnętrznym, gadzim oddechu niemożebnie cuchnącym - podszepnął Meredith, który zaczynał już wczuwać się w opowieść.

- Dekroto władał ogniem tak gorącym i zionął chuchem tak śmierdzącym, że niemal skały topiącym. - Renne wyszczerzył zęby i udał, że zionie ogniem, a najbliżsi słuchacze mimochodem zakryli nosy kołnierzami koszul. - Naprawdę o nim nie słyszeliście? Wstyd! Wstyd i hańba dla was i waszych dzieci. Jego, o którego wyczynach opowiada się legendy na dworze Dhagobara Szczodrego, Medarda Jednorękiego czy choćby miłościwie nam panującego Eberhadra drugiego. Naprawdę nikt z was o nim nie słyszał? Toż to ogromna obelga dla rycerskiego ego.

Chłopak dramatycznie zawiesił głos, a wieśniacy ze wstydem pospuszczali głowy i chwycili za kufle z piwem.

- Skoro się go tutaj nie docenia, to chyba przyjdzie mu opuścić te ziemie, choć chciał zapuścić tu na jakiś czas korzenie.

Wreszcie ktoś podniósł się i zapytał.

- Mówicie, że jak się ów rycerz nazywa?

- Sławny sir Meredith de Drago, łowca smoków z wolnego miasta Brago.

- Ależ tak, sir Meredith! Słyszałem o was, mości rycerzu - zakrzyknął wieśniak, choć raczej niepewnym głosem. - Wybaczcie, żem dopiero teraz pomiarkował.

- Dobrze, że sobie przypomniałeś, poczciwy człowieku, bo dla sir Mereditha despekt byłby to niemały, gdyby ktoś mu nie postawił kubka dobrej gorzały. Gotów był już w amoku, wskoczyć na konia i odjechać mimo mroku, nie opowiedziawszy wpierw historii o smoku, który nie tak dawno padł w Montero z jego strzałą w oku.

- Nie czyńcie tego, rycerzu! Dotarły i tu, do nas, historie o twoich czynach... Prawda, że dotarły, chłopy?

Wieśniacy potwierdzili chóralnym chrząknięciem i energicznym skinieniem głowy, choć sądząc po ich zdezorientowanych twarzach, większość nich nie wiedziała, o co chodzi.

- Jako sołtys tego sioła proszę o wybaczenie, żeśmy od razu faktów nie skojarzyli. Widzicie, wieści ze świata docierają tu rzadko. Ale i u nas mówi się o waszych wyczynach, mości rycerzu. Nie żywicie, mam nadzieję, urazy?

- Nie żywię - odparł lekko zdezorientowany Meredith i łaskawie skinął głową.

- Tedy nie wsiądziecie na konia i nie odjedziecie?

- Nie odjadę.

- To i dobrze, bo radzi my wysłuchać tej historii o smoku, którego żeście ubili w Montero. Prawda, chłopy?

- Prawda! - rozochoceni wieśniacy odpowiedzieli gromkim chórem.

- To i wysłuchacie. Tylko wprzód każcie, sołtysie, żeby karczmarz jakiego jadła nam naszykował, bo widzicie, sir Meredith lubi sobie podjeść, kiedy skończy opowieść. Niech też piwa poda, żeby bohater miał czym gardło zwilżać.

- A pewnie, że każę. Podawajcie piwa, migiem! - Sołtys machnął niecierpliwie ręką na karczmarza. Zupełnie niepotrzebnie, bo ten już wytaczał beczułkę, poganiając jednocześnie kucharza. Gdy dzban wypełniony złocistym trunkiem wylądował z hukiem na stole, a z kuchni zapachniało przyrządzane mięsiwo, Renne spojrzał z wyższością na łowcę smoków.

- Wywalą nas na zbity pysk, hę? - zapytał półgębkiem. - Z głodu byś zdechł beze mnie.

Sołtys dostawił sobie krzesło. Kiedy nalewał piwo, Meredith wstał i oświadczył uroczystym głosem.

- Wybaczcie ludzie, ale jam ciągle utrudzony po walce z gadem. Siądę tedy i piwa się napiję, podczas gdy historię o tym, jak smoka sprawiłem, opowie wam mój giermek, który co prawda ze strachu w gacie narobił, ale przecież przy walce był obecny i widział wszystko z detalami.

- A opowiem - "giermek" spojrzał krzywo na "rycerza" - bo opowieść to zacna i godna atencji, to po pierwsze. A po wtóre, żeby imię walecznego rycerza rozsławić. Donieście jeno jakieś zakąski, ja tym czasem opowiem o smoku, z którym przyszło nam się mierzyć. Potwór to był straszny. Wyższy był w kłębie niż maszt okrętu, od ogona zaś do łba mierzył chyba ze staję. Do łba, co ja mówię! Raczej do łbów, bo to trójgłowa bestia była.

- Jak Cirrus! - krzyknął jakiś rozentuzjazmowany brzdąc, który podskakiwał na krześle, by widzieć coś ponad głowami ciżby otaczającej rycerza i jego giermka.

- Jak Cirrus, tylko większy i groźniejszy! Ale widzę, że uważnie słuchałeś - Renne łaskawie skinął głową i pochwalił brzdąca, który pokraśniał i z wrażenie niemal spadł z krzesła.

- Trzy głowy, wszystkie trzy rogate i wszystkie trzy ogniem zionęły. Smok zaszył się w jaskini pod miastem i terroryzował mieszkańców. Ilekroć się pojawiał, zawsze we trzy łby troje ludzi chwytał i zabierał do swojego leża. Tam ich pożerał i wyrzucał kości. Gdy kurhan z przeżutych przez smoka ludzkich szczątków był już na sążeń wysoki, a mieszkańcy stracili ostatki nadziei, wtedy szczęśliwym trafem pojawiliśmy się my. Sir Meredith de Drago...

- Z wolnego miasta Brago! - zakrzyknął brzdąc podskakujący na krześle.

Renne zirytowany, że wciąż mu przerywa, tym razem zmierzył go groźnym spojrzeniem, a chłopaczek pobladł i zeskoczył z krzesła, by ukryć się przed jego wzrokiem.

- Sir Meredith de Drago i ja, jego giermek. Gdy dowiedzieliśmy się, jak smok się rozzuchwalił, natychmiast wsiedliśmy na konie, ruszyliśmy na niego cwałem i usiekliśmy gada mieczami.

- Ale przecież mówiłeś, że sir Meredith zabił tego smoka strzałą z łuku, celnie wypuszczoną w oko... - zauważył brzdąc, który znów podskakiwał niecierpliwie na krześle.

Jedno spojrzenie Rennego wystarczyło, by ktoś strącił go łokciem z krzesła i przegnał kopniakiem.

- Truchło smoka dalej w tamtych stronach leży jako pamiątka i przestroga. Jeżeli kiedyś przyjdzie wam, ludziska, odwiedzić okolice Montero, zajdźcie i pod smocze leże. Zatrzymajcie się tam na chwilę, by dowód na potwierdzenie naszych słów ujrzeć oraz by podumać w cieniu gadzich szczątków. Nad okrutnym pięknem natury, nad ciężkim losem prostych ludzi oraz bohaterstwem bezimiennych herosów - zakończył Renne z patosem.

Zapadła cisza, którą przerwał sołtys.

- Z nieba wy nam spadliście, mości panie rycerzu! Jak my się odwdzięczymy?

- Historia to zacna i miła do posłuchania. Ale nie przesadzajmy, panie. Wnieście w końcu to mięsiwo, które tak smakowicie pachnie, żebym mógł się razem z moim giermkiem posilić, i będziemy kwita.

- Z nieba nam spadliście rycerzu, bo i u nas smok do ubicia.

- Jak to smok!? Prawdziwy?

- Jużci, że prawdziwy, bo nam codziennie bydło zagryza. Zaległ tu niedaleko, pod lasem - sołtys wskazał ręką bliżej nieokreślony kierunek - i straszne z nim utrapienie.

- Smok w takim miejscu, kto by pomyślał. - Rycerz spojrzał na chłopaka, mrużąc wściekle oczy. - Szkoda, żem ciągle utrudzony po walce w Montero, tak ubiłbym i tego. A tak, niestety przyjdzie mi odjechać.

Meredith dopił śpiesznie piwo i wstał. Renne skwapliwie poszedł w jego ślady.

- Dzięki za gościnę, mości panowie. Nam wypada w drogę ruszać.

- Jakże to tak rycerzu? A smok? - Sołtys zagrodził mu drogę.

- Smok jak to smok, posiedzi trochę w jednym miejscu, a jak się znudzi, to i odleci. Nie ma powodu do niepokoju!

- Odleci albo i nie odleci. A my tu codziennie ze strachu umieramy. Jakże to wam, rycerzu, w drogę ruszać, smoka wprzódy nie ubiwszy, hę?

- Tłumaczę wam, panie sołtysie, żem wielce utrudzony po walce z poprzednim gadem.

- Piwa naszego się opiliście, mięsiwo dla was już skwierczy na ogniu, a teraz chcecie odjechać? - Chłopi otoczyli ich zwartym kołem, strojąc groźne miny. - Siądźcie tedy i zjedzcie, a potem ubijecie smoka.

Meredith rozejrzał się, oceniając sytuację, po czym uśmiechnął się bezradnie.

- Nie sądziłem, że to dla was takie ważne. Gada oczywiście ubiję. Jutro, bo teraz już zmierzcha, a ze smokiem nie do pomyślenia walczyć po ciemku.

- Niech będzie. Zjedzcie wieczerzę, a gospodarz naszykuje dla was pokój.

- Nie chcę robić kłopotu, prześpimy się z moim giermkiem w stajni.

- Ale żaden to kłopot. Nie godzi się też, żeby taki szlachetny rycerz spał z końmi.

- Hm, skoro tak... Wnoście wieczerzę. Dajcie też coś mocniejszego do popicia.

***

- Wstawaj, zarazo - Meredith bezceremonialnie ściągnął z Rennego kołdrę. - Wyjeżdżamy.

- Co? - Chłopak przetarł oczy. - Przecież jeszcze ciemno.

- Może wolisz zaczekać do świtu, a po śniadaniu ubić smoka?

- Daj spokój. Przecież smoków nie widziano od lat. O ile kiedykolwiek istniały, już dawno wyginęły.

- Zgadza się. Ale coś codziennie szlachtuje tutejsze owce, krowy i świnie. Cokolwiek to jest, nie mam ochoty nadstawiać karku... No już, pakuj graty, ja sprawdzę, czy droga wolna.

Meredith otworzył skrzypiące drzwi i wyjrzał na korytarz. Tu było czysto, ale kiedy podkradł się do schodów, usłyszał, że na dole ciągle toczą się rozmowy, coraz mniej składne o tej godzinie.

"Żeby tak samogon przeżarł tym ochlejmordom kiszki! Przecież zaraz będzie świtać, chyba pora już odstawiać kieliszki, wracać do łoża i choć na chwilę obłapić wasze baby, zanim zmorzy was pijacki sen?", sarknął w myślach. Na palcach wrócił do pokoju. Renne był już kompletnie ubrany i kończył pakować ich skromny dobytek.

- Musimy skakać przez okno.

Odsunął okiennicę i wyjrzał. Zakwaterowano ich na piętrze, ale byle jak zbudowana karczma osiadała w gliniastym podłożu i nie była to przyprawiająca o zawroty głowy wysokość. Meredith zeskoczył na dół i zgrabnie się przetoczył. Chłopak zrzucił mu niedużą torbę, wystawił nogi za okno i poszedł w jego ślady. Po chwili skradali się już do stajni.

Konie zarżały wesoło na ich widok. Okulbaczyli je, już mieli wyprowadzać, gdy usłyszeli za sobą głos.

- Wybieracie się gdzieś, panowie rycerze? - Za sołtysem stało trzech rosłych chłopów z tęgimi lagami.

- Z wójta, widzę, ranny ptaszek. Nie, nigdzie się nie wybieramy. Chcieliśmy tylko sprawdzić, czy konie dobrze oporządzone. Wiecie ludziska, nie żebyśmy wam niedowierzali, ale to szlachetne wierzchowce. Lepiej wszystko sprawdzić osobiście.

- Sprawdziliście tedy?

- Sprawdziliśmy.

- To i dobrze. Wracajcie teraz do gospody, a ja pójdę budzić karczmarza. Naszykuje wam posilne śniadanie przed walką.

***

Dzień był ładny, niebo bezchmurne, a śniadanie przepyszne. Słońce przygrzewało, a dobry humor psuła wędrowcom tylko perspektywa zbliżającej się walki ze smokiem.

- Że też pozwoliłem ci ze mną podróżować... Nie wiem, gdzie ja miałem wtedy głowę, ale na pewno nie na karku. Przez ciebie będziemy się teraz tłuc się z jakimś gadem. Gdy stąd odjedziemy, na pierwszych rozstajach za miastem cię zostawiam i ruszam w przeciwną stronę.

- Przestań psioczyć, przecież już ustaliliśmy, że to na pewno nie smok.

- Jak nie smok, to wywerna, mantikora albo inna szkarada.

Poprawia to naszą sytuację?

- Naszą? Ja jestem tylko giermkiem. Mogę osiodłać ci konia i podać miecz. Albo pomóc ci włożyć zbroję.

- Przecież, do ciężkiej cholery, ja nawet nie mam zbroi.

- Bardzo nierozważnie. Zawsze to by jakaś ochrona była.

Sprzeczali się przez całą drogę, aż wreszcie stanęli na rozległej polanie przed pieczarą tak wielką, że można by w niej postawić chałupę.

- Jesteśmy na miejscu.

- Co teraz?

- Zawołaj go - poradził Renne.

- Hmm. Smoku! Wyjdź z pieczary! Rozkazuję ci w imieniu króla... To znaczy... Rozkazuję ci w imieniu sołtysa!

- Nie wyszedł. Wyzwij go.

- Ty chuju!

- Nie tak! Wyzwij go na pojedynek.

- Aaaa... Wyjdź na pojedynek, gadzie. Wyzywam cię! Odpowiedziało tylko echo.

- Znowu nic. Widać nie zna rycerskiego obyczaju. Mówiłem, że to nie smok. Trzeba tam wejść.

- Że też one zawsze muszą mieszkać w jaskini. Idź po niego, ja tymczasem przygotuję się do walki.

- Idź, idź. Ja będę ubezpieczać tyły.

- Żadnego z ciebie pożytku. Ale dobrze, pójdę sam. - Meredith poprawił miecz na plecach. - Taka rycerska dola. Zobaczmy, co za poczwara się tu zalęgła.

Wszedł do przepastnej jaskini i zaraz zniknął w mroku. Renne czekał. Upływały minuty. Chłopak zaniepokoił się już nie na żarty, gdy niespodziewanie powietrze zawibrowało. Po chwili rozdarł je ryk, od którego zadrżała ziemia. Z jaskini wypadł Meredith, wrzeszcząc:

- Smok! Prawdziwy smok!

- Żaden smok, to musi być wywerna albo inna... - Nie dokończył, bo uderzył w niego strumień gorącego powietrza i pozbawił tchu.

Chwilę potem wpadł na niego Meredith i powalił go na ziemię. Z pieczary wytrysnęła nieprzerwana rzeka ognia. Skoncentrowane płomienie buchały z jaskini i rozlewały się szerokim wachlarzem na boki, pochłaniając wszystko, co odstawało dalej niż łokieć od ziemi. Ogień ustał tak nagle, jak się pojawił.

- W nogi! - ryknął Meredith, zrywając się z ziemi i zduszając płomienie, które objęły rękaw jego koszuli.

Nie trzeba było tego powtarzać. Obaj rzucili się biegiem i po chwili zniknęli w sosnowym zagajniku. Nie zatrzymali się jednak, biegli dalej w las do momentu, gdy przerażająca jaskinia zniknęła gdzieś w dali, między drzewami.

***

- Ot, tchórze i dupy wołowe, a nie rycerze - zawyrokował Jędrek, jeden z wieśniaków.

Chłopi przyglądali się pojedynkowi, bezpiecznie ukryci za otaczającą smoczą jaskinię linią drzew.

- Głupiś i tyle. Ten rycerz to zuch nad zuchy. A i z giermka nie lichy chwat - zaoponował Mateo, miejscowy młynarz.

- Skoro takie chwaty, to czemu nogami przebierają, aż się kurzy?

- Nie przebierają, tylko gada chcą z jaskini wywabić. Taka taktyka!

- Mi się widzi, że skoro pędzą na złamanie karku do lasu, to nie żadna motyka, tylko zwyczajnie rejterują, gdzie pieprz rośnie.

- Ja też się na rycerskich lektykach nie wyznaje, ale i mnie się wydaje, że przyjdzie nam w końcu za widły chwycić i tego smoka samemu zakłóć.

- Takiś zuch, to chwytaj nawet zaraz. Panom rycerzom oszczędzisz kłopotu, a przynajmniej nas w końcu od swego gadania uwolnisz. Ja wam mówię, to taktyka. Przecież nie lza ze smokiem w ciasnej jaskini walczyć.

Mateo chciał rozprawiać dalej o rycerskich taktykach, ale w otworze jaskini pojawił się najpierw łeb, a potem długa szyja.

- Ot, patrzcie, już wychodzi! - Gdy obejrzał się za siebie, spostrzegł, że pozostali wieśniacy, stosując taktykę rycerzy, na wyprzódki drałowali do wsi. Nie namyślając się już więcej, rychło ruszył ich śladem, ba, nawet ich przegonił.

***

- Prawdziwy smok - wysapał chłopak, gdy udało mu się złapać oddech. - Smoków nie widziano od wieków!

- Takie moje pieskie szczęście. Zacznij się przyzwyczajać.

- Co teraz zrobimy?

- Chyba... musimy go jakoś usiec.

- Usiec smoka!? Czyś ty zsunął się z końskiego zadu i wpadł głową między kopyta? Może po prostu odjedziemy?

- Chyba odejdziemy, bo w takim wypadku nie możemy wrócić do wsi po konie i dobytek.

- Jestem w stanie pogodzić się z taką stratą.

- Ja też, ale tylko w ostateczności. Pomyślmy, co możemy zrobić.

- Możemy... rozpruć barana i nafaszerować go siarką. Niech go zje i sczeźnie.

- Do tej pory myślałem, że smoki to legendarne stwory. Ale skoro naprawdę istnieją, to chyba musimy założyć, że to, co mówią legendy, jest prawdą. To przebiegłe bestie. Nie nabierze się.

- No to... zbudujmy pułapkę. Wykopiemy dół, powtykamy zaostrzone bale i nakryjemy wszystko liśćmi.

- Lepiej już zaczynaj kopać. Aha, i weź do pomocy całą wieś. Wiesz, jaki on jest wielki?

- Skąd mam wiedzieć! Jak on właściwie wygląda?

- No cóż, było ciemno. Też widziałem tylko kontury. Ale jest wielki jak chałupa.

- No to ja już nie wiem, co zrobić. Wymyśl coś.

- Wymyśl coś? Przypominam, że to ty nas w to wpakowałeś!

Słońce zniknęło za chmurą. Było to o tyle dziwne, że dzień był bezchmurny. Coraz bardziej skłóceni rozmówcy nie zwrócili na to uwagi. Nie zwrócili też uwagi na wielki cień, który pojawił się na ziemi. Chwilę później na głowy spadła im góra. Dosłownie. Góra mięsa z hukiem wylądowała na ziemi, z trzaskiem łamiąc drzewa. Grube pnie pękały jak zapałki, połamane gałęzie strzelały we wszystkie strony, w powietrzu unosiły się drzazgi.

Smok wylądował z właściwą smokom gracją i zadowolony z siebie składał skrzydła. Meredith nie przesadził, jaszczur był wielki jak chałupa. Gadzie cielsko na grzbiecie i po bokach pokrywały szarozielone łuski, które rozjaśniały się trochę na brzuchu. Z tułowia wyrastały mocne łapy oraz długi ogon. Smok był nabity, pod zrogowaciałą skórą wyraźnie rysowały się węzłowate mięśnie. Szyję miał długą i zwieńczoną na górze grzebieniem twardych płytek, który zaczynały się już na głowie i kończyły na ogonie. Łeb smoka, wydłużony jak u krokodyla, zwracał uwagę potężną szczęką i rzędem wyszczerzonych zębów, znad których błyskały czerwone oczy o pionowych źrenicach.

- Ucieczka jest bezcelowa. Może i nie dogonię was między drzewami, ale w ostateczności spalę las.

Stateczny głos rozległ się bezpośrednio w ich głowach. Smok nie dysponował odpowiednim aparatem gębowym, by wydobyć artykułowane dźwięki. Mógł natomiast "wkładać myśli" bezpośrednio do ich świadomości. Meredithowi wydało się to dziwne, ale postanowił później się zastanowić, jak to działa.

- Witaj, smoku. Co za... niespodzianka.

- Wydajesz się zaskoczony moim widokiem, a przecież nie tak znowu dawno wyzwałeś mnie na pojedynek, dobrze słyszałem? - Niski, tubalny głos w ich głowach przybrał lekko ironiczne brzmienie.

- Jaki tam pojedynek, raczej przyjacielski sparing.

- Spaaaring? A cóż to takiego?

- To taki rodzaj walki dla przyjemności.

- Do pierwszej krwi - wtrącił Renne i zaraz ugryzł się w język. Jakakolwiek rana zadana przez wielkiego smoka z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie śmiertelna.

- Nie rozumiem, czemu ma służyć taka walka? Żadnego dla mnie z niej pożytku, jeżeli nie będę cię mógł potem pożreć.

Meredith nie znalazł argumentów.

- Masz rację. Taka walka dla walki niczemu nie służy. Powinniśmy jednak ją odwołać.

- O nie, rycerzu. Zakłócono mój sen, a ja nie zasnę drugi raz, jeżeli się nie posilę. Przyjmuję wyzwanie. Czekam na polanie. Gdybyś planował się nie pojawić. - Smok wypuścił nosem obłoczek pary. - Pamiętaj, że sosnowy las zajmuje się bardzo szybko.

Rozłożył skrzydła, łamiąc przy tym drzewko, i odleciał.

***

Meredith wcisnął Rennemu do ręki kij z przywiązanym na końcu kawałkiem białego płótna.

- To należy do obowiązków giermka - warknął i popchnął go w stronę polany, na której czekał smok.

Chłopak przedarł się przez linię drzew i energicznie zamachał chorągiewką.

- Czyżby rycerz się rozmyślił i wysłał ciebie w swoim imieniu? Mnie tam wszystko jedno.

- Nie, nie. W żadnym wypadku się nie rozmyślił.

- To dobrze, ale dlaczego machasz mi przed nosem nasadzonymi na kij gaciami?

- To biała chorągiewka. - Chłopak poczerwieniał. - Nic innego nie mieliśmy. Przybywam jako sekundant, by ustanowić reguły pojedynku.

- Ciekawe, za moich czasów robiło się to inaczej. Ale słucham.

- Sir Meredith będzie walczył mieczem, a ty smoku możesz używać zębów i pazurów. Obie strony zobowiązują się nie zionąć ogniem. Czy przyjmujesz takie warunki?

- Skoro sir Meredith zobowiązuje się nie zionąć ogniem, to myślę, że i ja mogę się powstrzymać. Przyjmuję warunki.

Renne zasalutował smokowi nasadzonymi na kij gaciami i czmychnął między drzewa.

- Smok przyjął warunki.

- Wszystkie?

- Większość.

- Ten, że po wszystkim nie można pożreć przeciwnika też?

- O tym chyba zapomniałem.

- Jak to zapomniałeś!?

- No dobrze, jak zobaczyłem jego zębiska, to spanikowałem i uciekłem.

- Dupa wołowa, a nie giermek - sarknął Meredith, poprawiając położenie miecza na plecach.

- Masz jakiś pomysł na tę walkę?

- Spróbuję dziabnąć go w brzuch. Tam chyba pancerz jest słabszy.

- Powodzenia.

- Jak z tego wyjdę, Bóg mi świadkiem, zostawię cię na najbliższych rozstajach i dalej pojadę sam.

- Ciągle to powtarzasz. No idź już. Nie wypada, żeby smok czekał.

I poszedł. Przeklinał w duchu swoją głupotę, ale decyzję już podjął. Pomyślał o tych wszystkich rzeczach, których jeszcze nie zrobił i o tych wszystkich osobach, których nie poznał tak dobrze, jakby chciał. Przypomniał sobie pewną złodziejkę. Czarnowłosą, o oczach zielonych i pięknych jak toń jeziora w słoneczny poranek. Wyobraził ją sobie na ślubnym kobiercu, w białej sukni, u swego boku, a potem... A potem ta diablica pewnie buchnęłaby obie obrączki i znów dała nogę na drugi koniec królestwa... - Uśmiechnął się do swoich myśli i już bez strachu stanął przed smokiem.

Skłonił się grzecznie, jak nakazywał obyczaj. Smok łaskawie skinął głową.

- Zaczynamy?

- Jak sobie życzysz, to twój pogrzeb, smoku.

- Ha ha ha - niski, tubalny śmiech zagrzmiał w głowie Mereditha. - Jeżeli w walce też okażesz się takim zuchem, to kto wie... Może nawet po wszystkim pożrę cię szybko i bezboleśnie.

- Jeszcze stanę ci w gardle okoniem. Zróbmy dobre przedstawienie, pod lasem zgromadziła się chyba cała wieś.

- Jak chcesz.

Rycerz dobył miecza, smok wyciągnął swoją długą szyję i pochylił się z niedowierzaniem. Ostrze emanowało ledwo uchwytnym w pełnym słońcu, niebieskim blaskiem, a gad je chyba rozpoznał. Meredith słabo znał się na smoczej mimice, ale przysiągłby, że kpiący do tej pory wyraz smoczego pyska ustąpił miejsca skrajnemu przerażeniu.

- Morderca!

Smok uniósł się na tylnych nogach. Był teraz wysoki na dobre pięć sążni. W jego wnętrzu coś zagrzmiało, rozwarł pysk i wystrzelił z siebie ognistą kule. Meredith rzucił się w bok, schodząc z drogi pocisku. Gad zaryczał donośnie i spuścił na niego przednie łapy. Rycerz się przeturlał. Łapy jak dwa tarany uderzyły w ziemię po jego lewej i prawej stronie, a wstrząs podrzucił go na stopę do góry. Znajdował się teraz pod smokiem. Gad postanowił go zmiażdżyć. Ugiął kolana. Ogromne cielsko zaczęło opadać, Meredith nadstawił miecz ostrzem do góry i zaparł się o glebę. Długa klinga zagłębiła się do połowy w smoczym cielsku. Gad zaryczał boleśnie. Na twarz rycerza spłynęła gorąca smocza krew i śluz, parząc go boleśnie.

Smok wierzgnął i poderwał się do góry, rycerz w ostatniej chwili złapał za ostrze i wyrwał je z rany. Miecz był zimny jak lód. Gad rozpostarł potężne skrzydła, zamachał nimi i ciężko wzniósł się w powietrze. Przez chwilę nabierał wysokości. Zatoczył koło i zapikował w dół jak jastrząb. Kilkanaście sążni nad ziemią wyrównał lot, rozwarł paszczę i wyrzucił z siebie strumień gorącego powietrza i ognia. Płomienie nieprzerwanie spadały z nieba, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Meredith ruszył biegiem w stronę drzew. Był blisko, spojrzał przez ramię. Płomienie były jeszcze bliżej. Czuł, że kubrak na plecach zajął mu się ogniem. Rozpaczliwie przyśpieszył, las był już o parę kroków. Rzucił się głową do przodu i przelatując nad linią krzaków, tylko o parę cali minął gruby pień sosny. Drzewa i gęste chaszcze zatrzymały znaczną część niszczycielskich płomieni. Smok ułożył skrzydła i poderwał się do wyższego lotu, szorując szeroką piersią o wierzchołki sosen. Meredith turlał się przez dłuższą chwilę w trawie. Kiedy stłumił tlący się na nim ogień, rzucił się na oślep w las. Biegł slalomem, omijając wszechobecne pnie. Niespodziewanie tuż przed nim wykwitła ściana ognia. Wyhamował z trudem i obrał inny kierunek. Nad sobą słyszał ryk smoka, a w głowie jego głos.

- Możesz uciekać, ale przede mną się nie ukryjesz. Nie przelejesz już krwi żadnego smoka.

- To tragiczne nieporozumienie - krzyknął, zadzierając w biegu głowę do góry.

Z nieba spadł strumień wrzącej lawy.

- Żebyś tak sczezł w bólu, gadzie - warknął i znów zmienił kierunek.

Sosny zajęły się szybko, odcinając mu drogę.

- Żebyś tak lądując, trafił zadem na pień sosny, ty smoczysynu!

Ścianę ognia miał z przodu i za plecami. Skręcił na oślep, zagłębiając się dalej w las. Smok zatoczył koło i zawisł gdzieś nad nim. Zaczął energicznie machać skrzydłami, rozdmuchując ogień. Suche o tej porze roku drzewa zajmowały się błyskawicznie. Wściekły i niemożliwy do opanowania pożar, zamienił się w istne piekło na ziemi. Na głowę spadały iskry i żarzące się gałęzie. Meredith bezsilnie lawirował między pniami. Tuż nad nim z trzaskiem pękł gruby konar. Zasłonił głowę ramieniem, rozpaczliwie skręcił w bok i wpadł z impetem na coś, co wyskoczyło zza drzewa. Pociemniało mu przed oczami i zadzwoniło we łbie. Gdy odzyskał zdolność percepcji, stwierdził, że czymś, co wyskoczyło z za drzewa jest Renne. Chłopak wyglądał na jeszcze bardziej zdezorientowanego, niż on.

Pożar zamykał się wokół nich, ale widać było jeszcze systematycznie zmniejszającą się wyrwę w płomieniach.

- Za mną, nie oglądaj się! - chwycił go za ramię i pociągnął.

Byli już blisko, szczelina miała parę łokci szerokości. Biegli, nie zważając na sypiące się na głowę iskry. Trawiony płomieniami gruby pień zwalił się z hukiem, zagradzając przejście.

- Cholera! Było tak blisko!

- Meredith! Zginiemy tu!

- Bardzo, kurwa, możliwe. Za mną!

Biegli w zasadzie bez celu. Ogień nie dość, że otaczał ich zwartym kołem, to jeszcze spadał na nich z góry. Pierścień płomieni zacieśniał się nieubłaganie jak pętla na szyi wisielca. Gdy obaj stracili już nadzieję, Meredith uświadomił sobie, że wpakował się po uszy w bagno. Dosłownie.

Bagnista rzeczka, szeroka może na pięć stóp i mniej więcej tak głęboka, leniwie płynęła przez las. Nie zauważyli jej w biegu i wpadli z pluskiem do wody.

- Jak nam się uda, to na najbliższych rozstajach kopnę cię w dupę dla rozpędu, a sam pojadę w drugą stronę. Nabierz powietrza!

- Czekaj, ja nie umiem pływa...

Meredith zanurkował i pociągnął go za sobą. Chłopak szarpał się przez chwilę. Rycerz złapał go za kołnierz i zaczął wściekle machać nogami. Ręką, w której ciągle trzymał miecz, odpychał się od mulistego dna. Renne w końcu zaczął współpracować i popłynęli szybciej. Przedzierali się przez glony, nad sobą widzieli czerwoną poświatę wznieconego przez smoka pożaru. Zaczęło brakować im powietrza, ale czerwoną łunę zostawili już za sobą. Meredith odepchnął się od dna, wystawił głowę nad wodę i zaczerpnął haust zbawczego tlenu. Tuż obok wynurzył się Renne. Z trudem wygramolili się na brzeg.

- Udało się!

- Jeszcze nie.

Smok bardziej spadł z nieba, niż wylądował. Trzasnęły łamane drzewa, woda chlusnęła na boki. Gad zarył nogami w ziemię i padł na bok. Wielka pierś jaszczura unosiła się i opadała rytmicznie. Smok dyszał, z rany na brzuchu sączyła się krew. Cięcie okazało się dla niego dużo bardziej bolesne, niż można było przypuszczać.

- Spłoniecie. Obaj spłoniecie.

- Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Nigdy nie zabiłem żadnego smoka.

- Więc skąd masz ten miecz?

- To długa historia. Tracisz siły smoku. Przerwijmy pojedynek. Odleć, póki możesz, i nigdy tu nie wracaj.

- Sparing do pierwszej krwi?

- Sparing do pierwszej krwi.

- Odlecę... i obyś już nigdy nie wszedł mi w drogę.

Rycerz opuścił miecz i po chwili wahania schował go do pochwy na plecach. Smok podniósł się z trudem. Głęboko w jego trzewiach narastał huk, który Meredith już znał. Gad szykował się do ataku ogniem.

- To kłamliwa bestia - warknął, wpychając Rennego do bagnistej rzeki.

Gdy chłopak był już względnie bezpieczny, rycerz wyszarpnął ostrzę i ruszył biegiem w stronę jaszczura. Gad obniżył szyję i rozwarł szczęki. Meredith był już blisko. Smok wyrzucił wprost na niego strumień gorącej pary... po czym zakasłał. Nie miał już siły zionąć ogniem.

Meredith minął w biegu jego wyciągniętą szyję, przebiegł między łapami i ponownie znalazł się pod odsłoniętym brzuchem. Dźgnął z rozmachem w miejsce, gdzie jak miał nadzieję, znajduje się serce. Miał szczęście. Gad zaryczał tak koszmarnie, jak ryczeć może tabun zarzynanych żubrów. Zakotłowało się, Meredith uskoczył na bok i przetoczył się po trawie, smok padł na ziemię i wierzgnął grubymi jak pnie drzew nogami. Wylewająca się z jego trzewi gorąca jak lawa smocza krew obmywała zimną jak sopel lodu klingę miecza na smoki.

***

Zmrok zapadł już dawno, ale ciemności ciągle rozjaśniała łuna pożaru, który wzniecił smok. Ogień szalał cały dzień. Szczęśliwie ominął wioskę, ponieważ drogę do niej zagrodziła mu Leniwa Rzeczka. Bagnisty ciek wodny o szerokości może pięciu stóp dla płomieni okazał się przeszkodą nie do przebycia. Oczywiście w pozostałych kierunkach pożar rozprzestrzeniał się bez przeszkód i teraz, gdy zaczął wreszcie dogasać, okazało się, że strawił całe połacie gruntu. Na obszarze kilkunastu mórg pozostał tylko popiół i osmalone pnie. Smoczy ogień praktycznie do samej gleby wypalił wszelką roślinność. Oczywiście unicestwił też wiele istnień. Okolica ongiś obfitowała przecież w dziką zwierzynę. Potworną śmiercią zginęły zagubione w labiryncie płonących drzew jelenie, sarny i dziki. Ogień strawił szukające schronienia w ziemnych norach kuny, lisy i wydry. Na popiół spaliły się ukryte między koronami drzew rysie, wiewiórki oraz ptactwo. Słowem: straszliwa tragedia. Ale wieśniacy świętowali. Świętowali, bo uwolnili się od smoka, który terroryzował ich od dawna. Weselili się, tańcowali i pili na umór. Zabawa w gospodzie trwała już wiele godzin i obecnie zebranych wieśniaków podzielić można było na dwie grupy. Towarzystwo przy stoliku, do którego zaliczali się najbardziej wytrwali, którzy ciągle jeszcze trzymali fason i w miarę prosto siedzieli przy stole. Do tej grupy należał sołtys oraz młynarz Mateo. Drugą grupę stanowiło towarzystwo przy drzwiach. Do niego zaliczali się wszyscy ci, którzy fasonu już nie trzymali, bo na ten przykład zasnęli z głową w talerzu, dlatego karczmarz wyniósł ich nieprzytomnych do sieni, by nikt ich nie niepokoił.

Młynarz Mateo, znawca rycerskich taktyk, opowiadał właśnie, jak to rycerz sprawiał smoka. Nie przeszkadzało mu, że opowiada tę historię już dziś po raz siódmy. Nie przeszkadzało mu również, że spośród zgromadzonej gawiedzi słucha go jedynie sołtys oraz że głowa jego jedynego słuchacza co rusz opada sennie na pierś.

- I wtedy rycerz chycił smoka za ogon, grzmotnął nim dwa razy o ziemię, a potem łeb mu ukręcił - zakończył opowieść i spojrzał na sołtysa.

Sołtys zadrzemał na dobre. Nie uszło to uwadze karczmarza, który zaraz złapał go pod pachy i wyciągnął do sieni, by trochę przetrzeźwiał nieniepokojony. W obliczu całkowitego braku audytorium młynarz stwierdził, że pora mu iść do domu. Wstał, skinieniem ręki pożegnał towarzystwo przy stoliku i ruszył chwiejnym krokiem do wyjścia. Podeptał towarzystwo leżące przy drzwiach i potknął się o sołtysa. Wychodząc z karczmy, trzasnął drzwiami i ruszył do domu. Chata młynarza leżała na uboczu, dobre pół staja za wsią. Wybudował ją tam po części dlatego, żeby nie niepokoić wieśniaków nieustannym grzechotem żaren mielących mąkę na chleb, a po części dlatego, że nie lubił zgiełku i cenił sobie prywatność. Początkowo przeklinał tą decyzję, ilekroć wypadło mu wracać po pijaku z karczmy. Ostatecznie przywyknął i teraz, pogwizdując wesoło, drałował do domu, ciesząc się nocnym spacerem.

Młynarz skrócił sobie drogę, przechodząc przez podwórze sołtysa. Postanowił się zatrzymać, by podlać strąki fasoli, które rosły obficie na grządce koło chałupy. Był to rodzaj sąsiedzkiej pomocy, który praktykował od lat. Kiedy już ulżył pęcherzowi, przeciął obejście, przelazł przez niski płot po drugiej stronie i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku ruszył do domu. Do chałupy było już blisko, kiedy usłyszał szczekanie swojego psa Burka. "Że też, kundel zapchlony, nie może przestać ujadać nawet o tej porze. Co mu do łba strzeliło?", zastanawiał się. Parę chwil później złowił uchem tętent kopyt. Kogo diabli niosą po nocy?

Miarowy stukot narastał, konie zbliżały się kłusem. Mateo oparł się o płot i próbował uciszyć Burka, który szczekał coraz zajadlej.

Z ciemności wyłoniły się dwie szare postacie na koniach. Zbliżały się jak zjawy, powiewając długimi płaszczami. Młynarz nie rozpoznawał jeszcze kształtów, ale nawet z daleka mógł ocenić słuszny wzrost jeźdźców. Kiedy zjawy zbliżyły się jeszcze bardziej, Mateo złapał Burka za obrożę, by dodać sobie odwagi. To nie byli ludzie. Przynajmniej nie do końca. Siedzieli na koniach, ale młynarz ocenił, że każdy z nich mierzy przynajmniej dwa metry. Posturę mieli ludzką, o szerokich, kanciastych barach i umięśnionych ramionach, które rozpychały szare płaszcze. Mieli też straszne głowy, nie ludzkie, a jaszczurze. Mateo spotniałą dłonią trzymał za obrożę wyrywającego się psa, który już nie szczekał, a skamlał cicho. Potwory zbliżały się nieubłaganie. Zatrzymały konie tuż przed nosem młynarza, niemal go najeżdżając. Mateo przewrócił się i wypuścił w końcu z ręki obrożę Burka. Pies czmychnął, kuląc ogon pod siebie. Młynarz w końcu to dostrzegł. Jeźdźcy mieli na głowach hełmy wykute na kształt smoczych łbów. Spomiędzy wyszczerzonych zębisk wystawała niewielka część twarzy i to go zmyliło. Słuszną budowę konnych dodatkowo podkreślała pełna zbroja płytowa, którą nosili pod płaszczami. Na odsłoniętej piersi jednego z nich Mateo dostrzegł ornament przedstawiający smoka z szeroko rozłożonymi skrzydłami.

- Co tu się stało? - Przybysz wskazał ręką na łunę dogasającego w oddali pożaru. Głos miał nieprzyjemny. Zachrypnięty, jakby ktoś przejechał mu nożem po gardle. Mateo czym prędzej pozbierał się z ziemi i stanął na drżących nogach.

- Smok, panie. Gad swoim ogniem wzniecił pożar.

- Gdzie jest smok? - Ton głosu drugiego jeźdźca sprawiał, że człowiek w duchu zaczynał się modlić o bezbolesną śmierć.

- Dalej tam leży panie. W lesie, ubity.

Jeździec błyskawicznym ruchem wyciągnął miecz i przystawił go do szyi młynarza.

- Drwisz sobie ze mnie, kmiotku?

Mateo nie mógł oderwać wzroku od emanującej niebieskim światłem klingi.

- Odpowiadaj. Chcesz powiedzieć, że ubiliście smoka?

- Nie my, panie, rycerz go ubił.

Jeździec nieznacznie cofnął miecz tak, że nie opierał go już o szyję wieśniaka. W miejscu, gdzie ostrze stykało się ze skórą, pozostała czerwona kropka.

- Rycerz taki jak my? W zbroi z ornamentem smoka?

- Nie, panie, zupełnie inny. Miecz miał jako i wy, niebieski. Ale rycerz to był zupełnie inny, nie taki straszny.

- Gdzie jest ten rycerz?

- Nie wiem gdzie, odjechał zaraz po tym, jak smoka sprawił. Kazał jeno wcześniej, żeby cała wieś na nagrodę za ubicie gada się zrzuciła, bo podobno tak nakazuje obyczaj. Poprosił też o bukłak z winem i zapasy na drogę.

- Jak wyglądał rycerz i w którą stronę pojechał?

- Rycerz jak rycerz: wysoki, czarnowłosy, dwie blizny miał, jedną przez lewe oko, a drugą na prawym policzku. A pojechał razem ze swoim giermkiem na zachód, w stronę wichrowych wzgórz.

Jeździec schował miecz do pochwy i już spinając konia, warknął:

- Z drogi.

Ruszyli z miejsca galopem. Mateo uskoczył na bok, cudem unikając śmierci pod kopytami. Odwrócił i popatrzył za oddalającymi się szarymi płaszczami. Kiedy już zupełnie zniknęły w ciemności, a jemu udało się uspokoić wściekle bijące serce, uciszył kopniakiem Burka, który przypomniał sobie o psich obowiązkach i chwiejnym krokiem udał się do domu.