Opowieści starej Łęczycy
Wydarzyło się to w 1905 roku. U wysokiego urzędnika rosyjskiego w Łęczycy służyła kobieta, która miała siedemnastoletnią córkę. Dziewczyna, jak to dziewczyna - chodziła z chłopakiem. Traktowała go niemal jak narzeczonego - chłopak nie chciał iść do wojska, zdobyła więc od matki pieniądze i pomogła w zwolnieniu go od obowiązku służenia w carskiej armii. Wszystko wydawało się układać młodym pomyślnie. Ale ... młodzian za pomoc wcale nie odpłacił się wdzięcznością. Za, prawdopodobnie czyjąś namową, postanowił dziewczynę rzucić. Jak się wydaje, trafiała mu się po prostu lepsza partia. Podczas jednego ze spotkań powiedział więc biedaczce, że się z nią nie ożeni. W przypływie rozpaczy zagroziła niewdzięcznikowi, że wyda władzom sposób, w jaki udało mu się wywinąć od wojaczki. To popchnęło niedawnego amanta do działania. Postanowił pozbyć się niedoszłej żony. Udał więc, że się przestraszył i że pragnie zgody. Zaprosił dawną miłość na romantyczny spacer niedzielny. Wybrać się mieli w okolice dzisiejszej poczty przy ulicy Kaliskiej, gdzie wówczas znajdował się duży ogród. W nim, za wysokim żywopłotem, była stara, zabita deskami studnia. Nikt jej od dawien dana nie używał. Upiorny narzeczony poluzował dzień wcześniej deski przykrywające cembrowinę ... Podczas przechadzki, gdy zaczęło się ściemniać, zaciągnął dziewczynę w pobliże studni i ... udusił ją jej własną chustką. Ciało zaś wrzucił do wody i nakrył studnię na powrót deskami.
W domu nie było jej jeden dzień, drugi, tydzień. Rodzina coraz bardziej zaniepokojona, a jej nie ma. Rozpoczęto poszukiwania. Chodzono, pytano. Ów narzeczony również. Oznajmił wszystkim, że rozstał się z nią w niedzielę i od tej pory jej nie widział. W wypytywaniu starał się nawet przodować. Rozpytywano o zaginioną nawet w Łodzi, ale ... zniknęła jak kamień w wodę.
W Topoli Królewskiej był w tamtych czasach niewidomy znachor. Ktoś poradził matce kompletnie zrozpaczonej, aby się do niego udała. Kobieta zrobiła to, acz z wahaniem, nic nie dały przecież nawet działania policji, jak zatem pomoże ślepy znachor? Ale, tonący deski się chwyta, a to zawsze jakaś nadzieja, ten znachor.
"Teraz żeś przyszła? Po co przyszłaś? Zresztą czy teraz, czy wcześniej, wszystko jedno. I tak jej nie ma i tak jej nie ma. To znaczy jest w Łęczycy, lecz tam jej słońce nie sięgnie i wody ma dosyć. Szukajcie. Znajdziecie ją".
Po powrocie z Topoli, matka narobiła rabanu. Policja postanowiła aresztować narzeczonego i wszcząć ponownie poszukiwania. Starsi ludzie mówili: "Jak słońce nie dochodzi i wody ma dość, to należy szukać w studniach ...". Było ich wówczas w mieście bez liku. Przeszukano jednak wszystkie i ... natrafiono wreszcie na właściwą. Wezwana Straż Ogniowa wypompowała wodę i wyciągnięto ze środka ciało dziewczyny na powierzchnię. Nadal miała chustkę w ustach.
Na pogrzeb przyprowadzono niefortunnego oblubieńca, który musiał iść w kondukcie w kajdanach. Później zesłano go na katorgę.
Jak twierdzą dawni łęczycanie, historia ta wydarzyła się naprawdę.
(Tekst powstał na podstawie opowieści pani Janiny Kozioł z ul. Żydowskiej 3/5 w Łęczycy)
"Ziemia Łęczycka", nr 22/23 (667/678), 22 XII 1990
Legenda Łęczycy
Kiedy jesienią ubiegłego roku dyrektor łęczyckiego muzeum wnosił Panią Jadwigę Grodzką na własnych rękach na zamkową wieżę, nie przypuszczałem, że widzę ją po raz ostatni. Bardzo wzruszona i jakby troszeczkę zawstydzona opowiedziała, zamiast uroczystej przemowy, fragment życiorysu. Wspominała epizod z Bitwy nad Bzurą, kiedy to omal nie postradała życia, użyta wraz z synami przez Niemców, jako żywa tarcza.
Kilka tygodni później zmarła. Był dzień 17 listopada 1990 roku. Miała 85 lat. Nie udało mi się przeprowadzić z panią Jadwigą wywiadu. Odmawiała mi kilkakrotnie. Nie chciała rozmawiać z żadnym z dziennikarzy. Powiedziała tylko, że nigdy nie będzie rozmawiać z nikim z gazety. Prasa zrobiła jej zbyt wiele krzywd przez swoją niesprawiedliwość.
Fascynujące dzieje rodziny
Fascynujące dzieje rodziny stały się logiczną konsekwencją jej własnego życiorysu. Protoplastą rodu miał być Hiszpan - oficer przybyły do Polski wraz z Napoleonem, według rodzinnego przekazu, osobisty tłumacz Cesarza. Nazywał się Teodor lub Konstanty Cuevas. Nocując w Łęczycy wraz z Napoleonem miał się zakochać w miejscowej szlachciance i osiąść tu na dłuższy czas. Jego potomkowie dorobili się z czasem dużego majątku, zdobyli też w Łęczycy ogromne poważanie. Ojciec pani Jadwigi ukończył w 1883 roku prawo na warszawskiej uczelni. Konstanty Cuevas pojął wkrótce za żonę córkę powstańca 1863 roku Jadwigę z Cybulskich. Z tego związku przyjdzie na świat Jadwiga i jej trzy siostry. Rodzina będzie zasobna. W jej posiadaniu znajdował się od wielu lat słynny Hotel Polski. W nim to, przed Powstaniem Styczniowym, nocował biskup (włocławski Michał Jan) Marszewski, przegnany przez łęczycan za wysługiwanie się zaborcom. W czasie I wojny światowej swój sztab umieścił w nim feldmarszałek August von Mackensen, a w 1937 roku w hotelu Cuevasów rozlokował się marszałek Edward Rydz - Śmigły ze swoimi generałami (podczas wielkich manewrów nad Bzurą). Hotel był ekskluzywny. Posiadał stajnie na 60 koni. Miał własnych kiperów do win, sprowadzanych przeważnie z Węgier. Otaczał go kilkuarowy ogród z fontanną.
Rodzina nie tylko prowadziła interesy, ale zajmowała wiele eksponowanych, publicznych funkcji. W takiej to atmosferze przyszła na świat 21 września 1905 roku Jadwiga.
Jej pasją była wiedza
Szkołę powszechną i gimnazjum ukończyła w Łęczycy. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiowała polonistykę, romanistykę i historię sztuki. Następnie wyjechała do Francji, gdzie pogłębiała wiedzę na Uniwersytecie w Dijon. Wróciła do kraju z dyplomem. W Krakowie także otrzymała tytuł magistra filozofii w zakresie filologii polskiej. Po powrocie do Łęczycy podjęła pracę pedagogiczną w miejscowym gimnazjum, jednocześnie dojeżdżając do gimnazjum w Zgierzu, by wykładać w nim polski i łacinę. Jeszcze w 1930 roku wyszła za mąż za Wacława Grodzkiego, właściciela niewielkiego majątku pod Grodnem, a zarazem dyrektora łęczyckiego oddziału warszawskiej Spółdzielni Rolniczej.
Życie powikłała okupacja
Jadwiga Grodzka, prowadząca w Zgierzu tajne nauczanie, ostrzeżona w porę schroniła się w Łęczycy, unikając aresztowania. Nie zrezygnuje z tajnych kompletów kontynuując je w rodzinnym mieście, pracując jednocześnie w restauracji, w hotelu należącym do jej rodziny, teraz przejętym przez Niemca Lamka z Tallina. Wyzwolenie nie przyniesie pełni szczęścia. Oszukany przez nową władzę mąż, umrze nagle starając się odzyskać rodowy majątek. Ona rzuca się w wir pracy nauczając od 1945 do 1952 języków polskiego i francuskiego w miejscowym Liceum Ogólnokształcącym. Do lat 70. XX wieku wykładać będzie nieprzerwanie w Liceum Pedagogicznym i Technikum Łączności. Nie zrezygnuje także z własnego pogłębiania wiedzy, podejmując w 1949 roku studia ma Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego.
Jej pasje
Jej pasje z tego okresu, to nie tylko praca z młodzieżą, którą rozumiała i kochała, z wielką zresztą wzajemnością. Celem życia stanie się przywrócenie świetności Łęczycy. Wykorzystując przedwojenne znajomości, a także kontakty turystyczne (jest aktywna na tym polu) doprowadza do zainteresowania sprawą zniszczonej w 1939 roku archikolegiaty łęczyckiej w Tumie. Głównie dzięki jej staraniom rusza odbudowa bezcennej romańskiej budowli prowadzona przez Jana Koszczyc Witkiewicza.
Idee fix staje się następnie zamek. Od 1948 roku Jadwiga Grodzka jest kierownikiem łęczyckiego muzeum. Gromadzi w nim bogate zbiory etnograficzne i historyczne. Chodzi pieszo po wsiach Łęczyckiego zbierając nie tylko stroje i sztukę ludową, ale także legendy, piosenki i zwyczaje.
Przejmuje opiekę nad słynnym ludowym artystą, jakim jest chłopski działacz i poseł na Sejm Ustawodawczy II Rzeczypospolitej, Ignacy Kamiński. Popularyzuje sztukę ludową Ziemi Łęczyckiej w artykułach naukowych i popularnych publikacjach. Organizuje wiele wystaw o niejednokrotnie krajowym znaczeniu, np. w Domu Chłopa w Warszawie. Stara się by Łęczyca była znana w kraju ze swoją przebogatą przeszłością i kulturą.
Odbudowa zamku
Odbudowa zamku staje się jej spełnionym marzeniem. Dzięki niesamowitej wytrwałości i wielu zabiegom doprowadza do rekonstrukcji kazimierzowskiej warowni. Nie byłoby to możliwe bez życzliwości ze strony wielu ludzi, takich jak np. ówczesny konserwator zabytków Zbigniew Ciekliński. Bardzo też pomogły władze wojewódzkie w Łodzi i te w Warszawie. W 1964 roku ruszyła odbudowa według projektu inż. architekta Henryka Jaworowskiego. W 1974 roku PKZ oddało zamek do użytku. Pani Jadwiga w trakcie odbudowy nie tylko trzymała rękę na pulsie tej inwestycji. Zajmowała się także działalnością wydawniczą publikując wiele prac o Łęczycy, również swojego autorstwa. Nadal prowadziła badania naukowe.
Wyrzucono ją z zamku
Wyrzucono ją z zamku mimo tak ogromnych zasług. Partyjne układy okazały się silniejsze od ludzi, którzy próbowali wziąć ją w obronę. Mimo interwencji prof. Stanisława Lorentza i wielu innych znanych osób, odesłano ją w 1973 roku na przymusową emeryturę. Odchodząc z zamku stwierdziła: "Mam jedną satysfakcję - oddałam muzeum w takim stanie jak chciałam".
Tak głęboka niesprawiedliwość przybiła ją, ale nie złamała. Pracowała jeszcze społecznie jako radna. Pomagała zakładać w Łęczycy oddział Towarzystwa Naukowego Płockiego. Działała w Towarzystwie Miłośników Ziemi Łęczyckiej i w PTTK, w Związku Kombatantów i wielu społecznych inicjatywach. Zawsze skromna, niepozorna, do ostatnich dni starała się być czynna i potrzebna dla świetności Łęczycy. Jeszcze na krótko przed śmiercią pracowała nad rozdziałem do Monografii Łęczycy opracowywanej pod redakcją doc. dr. red. Ryszarda Rosina. Zmarła w szpitalu. Nie wytrzymało serce.
Siostra pani Jadwigi - Janina Rębalska, od której w znacznej mierze pochodzą informacje zawarte w artykule, wspominała pewien dzień w 1990 roku, kiedy to pani Grodzka przyszła do niej w wielkim podnieceniu. Powiedziała wówczas: "Czy ty wiesz kto u mnie był?". I z radością i niedowierzaniem dopowiedziała szybko: "Dyrektor łęczyckiego muzeum". Przez prawie 18 lat nikt jej nie zaprosił na zamek, a duma nie pozwoliła jej się tam udać. Przez te wszystkie lata mogła odbudowane dzięki niej mury oglądać tylko z własnych okien, wychodzących wprost na Szlachecką basztę.
"Nowy Tygodnik Płocki", nr 11 z 17 III 1991
Kościół i klasztor bernardyński w Łęczycy
Bernardyni mieli przybyć do Łęczycy już w XV w., gdy arcybiskup gnieźnieński Jan Gruszczyński wystawił im drewniany kościół, który przetrwał do 1632 r.1 Być może tylko świątynia, gdyż bernardynów już wtedy najprawdopodobniej w mieście nie było. Wskazuje na to fundacja w tymże 1632 r., nowego drewnianego kościółka dla bernardynów przez Dorotę Piwo z Otolina, wdowę po cześniku płockim Krzysztofie Piwo. Zamierzała ona już w 1631 r. ufundować konwent bernardynom. W tym celu kupiła odpowiednie place na przedmieściu Poznańskim. Arcybiskup Jan Wężyk wydał 26 sierpnia 1631 r. przywilej, na mocy którego delegaci - kanonicy kapituły łowickiej ziemię tę oddali w posiadanie bernardynom, których konwent łowicki wyznaczył do osiedlenia się w Łęczycy2. Byli to zakonnicy: Zygmunt Otrębusz i Bazyli Wierzejski lub inaczej Gabriel z Bydgoszczy i Marcelin z Garwolina3. Drewniany kościółek fundacji Piwowej otrzymał wezwanie Niepokalanego Poczęcia NMP. Poświęcił go o. Baltazar z Witomyśla w dniu 23 maja 1632 r. Bernardyni obok kościółka, który spalił się jeszcze w tym samym roku, rozpoczęli budowę murowanego klasztoru4. Położony poza ówczesnymi murami miasta mieści się obecnie między ulicami Poznańską, J. Kilińskiego, H. Sienkiewicza i Ogrodową.
W trakcie wznoszenia klasztoru okazało się, że możliwości finansowe fundatorki są bardzo znikome. Na domiar złego fundacja znalazła przeciwnika w osobach miejscowego proboszcza, księży mansjonarzy mających siedzibę obok fary i miejscowego konwentu dominikanów obawiających się zmniejszenia swoich dochodów. Ówczesne władze kościelne nakazały jednak duchowieństwu milczenie, a król Władysław IV zatwierdził ziemie nadane bernardynom, natomiast sejm z roku 1635 zwolnił je z podatków5. Murowany, piętrowy klasztor wzniesiono zapewne częściowo przed 1636 r., kiedy to ruszyła budowa jednonawowego kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP przylegającego do wznoszonego etapami klasztoru, w którego wirydarzu umieszczono na ścianie datę ukończenia gmachu klasztornego w 1648 r. W roku 1652 kościół został konsekrowany. Zdewastowano go wkrótce podczas najazdu szwedzkiego. Ponownej konsekracji po odrestaurowaniu dokonał w 1686 r. biskup sufragan gnieźnieński, Wojciech Stawowski. Podstawą egzystencji zakonników był duży ogród (prowadzony przez nich do dzisiaj) i datki wiernych. Te ostatnie pozwoliły na szybką odbudowę zabudowań po pożarze w 1743 r.6
W drugiej połowie XVIII w. przeniesiono obrady sejmiku województwa łęczyckiego z kościoła parafialnego pod wezwaniem św. Andrzeja Apostoła do kościoła bernardyńskiego. Przynosiło to z jednej strony większe dochody, z drugiej jednak rozliczne kłopoty. Wśród nich częste profanacje, do rozlewu krwi włącznie. Kościół był rekoncyliowany dwukrotnie w latach 1782 i 1788. W roku 1791 sejmiki wojewódzkie przeniesiono ponownie do fary7.
Klasztor w latach 1793 - 1825 miał poważne kłopoty ze strony władz miasta i Gminy Żydowskiej z powodu obrazu wiszącego na frontonie kościoła i przedstawiającego rzekomy mord rytualny Żydów na dziecku z podłęczyckiej wsi, Macieju lub Mateuszu Michałowiczu, które faktycznie zabito w 1639 r. Dziecko uroczyście pochowano w grobach zakonnych. Z czasem zwłoki przeniesiono do kryształowej trumienki i umieszczono w nawie kościoła bernardyńskiego. Obraz został ukradziony i zniszczony prawdopodobnie przez łęczyckich Żydów, natomiast jego kopia wraz z trumienką i metalową tablicą z opisem wypadków przetrwały do lata 1945 r., kiedy to miało owe zabytki skonfiskować UB. Bernardyni mieli w XVII w. podejmować starania o beatyfikację chłopczyka. Krótko przed I wojną światową lub w jej trakcie księgarnia prowadzona przez Teklę Chrempińską i Dawida Przedborskiego z wpływowej rodziny łęczyckich Żydów, wydała widokówkę wg fotografii Tomasza Klepy, przedstawiającą trumienkę z dzieckiem. Wyprodukowano ją w poznańskiej drukarnii Antoniego Fiedlera (ojca pisarza Arkadego Fiedlera)8.
Bernardyni łęczyccy pomagali czynnie powstańcom w latach 1863 - 1864. Ojciec Filip Markowski walczył nawet z bronią w ręku w partii Żylńskiego, a ojciec Rafał Staszakowski zginął pod Dobrzykowem dowodząc powstańczym oddziałem. Inni zakonnicy byli albo zesłani na Syberię, jak gwardian Salwator Sikorski, albo zbiegli za granicę lub trafili pod nadzór policyjny. Wszystko to spowodowało kasatę klasztoru w 1864 r. Kościół wzięła w zarząd parafia św. Andrzeja Apostoła. Budynki klasztorne pełniły rolę koszar, szpitala, a nawet kamienicy mieszkalnej. W okresie PRL umieszczono w nich również biura spółdzielni rolniczej9.
Niewiele wiadomo o dziejach świątyni po powstaniu styczniowym. Być może to w tym okresie powstał na frontonie fresk z NMP, obecnie całkowicie zatarty, a widoczny jeszcze na widokówkach z 1914 r. - pocztówek z widokiem kościoła powstałych przed II wojną światową znanych jest około dziesięciu. Na jednej z widokówek widoczna jest brama - dzwonnica w stylu neogotyckim wybudowana w końcu XIX w., a rozebrana przez hitlerowców10. Z pewnością w dniu 3 maja 1887 r. przebywał w kościele bernardyńskim arcybiskup Wincenty Chościak - Popiel, który tego dnia poświęcił umieszczony w Wielkim Ołtarzu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej autorstwa artysty malarza Aleksandra Przewalskiego. Dokument potwierdzający wydarzenie odnaleziono podczas renowacji obrazu. Podpisali go A. Przewalski, pozłotnik Antoni Masilewski, stolarz Franciszek Cimiński i ks. Szmigels11.
W roku 1922 biskup łódzki, Wincenty Tymieniecki, zwrócił się do bernardynów o przejęcie klasztoru. Brak zakonników spowodował objęcie objektu przez zakon jezuitów. Jezuici prowadzili swoją działalność duszpasterską do 1940 r., kiedy to zostali wywiezieni przez Niemców do Łodzi12. W okresie międzywojennym jezuici prowadzili przy kościele pobernardyńskim kilkudziesięcioosobowy chór i orkiestrę - Stowarzyszenie Śpiewaczo - Muzyczne "Echo" (założone przy kościele pobernardyńskim w 1880 r.), którego pracą kierował ks. superior Andrzej Czarnota TJ, a następnie, do wybuchu wojny o. Jan Kurdziel TJ przy pomocy ks. prefekta Władysława Wańtuchowskiego TJ. Zachowało się tableau z rocznicy istnienia "Echa" i programy organizowanych w kościele koncertów muzyki poważnej13.
Z powodu braku księży Towarzystwo Jezusowe zrezygnowało w 1946 r. z prowadzenia klasztoru, do którego dnia 24 listopada 1946 r. powrócili bernardyni. Nie powstał jednak konwent, tylko rezydencja. W Roku 1979 biskup łódzki, Józef Rozwadowski, utworzył przy kościele bernardyńskim ośrodek duszpasterstwa parafialnego, a 27 stycznia 1981 r. powierzył zakonnikom parafię składającą się z części miasta i pobliskich wsi14.