Inteligencja poddana próbie
Doświadczenia Konrada Lorenza, dotyczące porozumiewania się gęsi,
wykorzystali z powodzeniem młodzi francuscy badacze. Postanowili
zasiedlić gęsiami białoczelnymi okolice, w których one już dawno nie
występowały. Z badań austriackiego naukowca dowiedzieli się, że gęś,
która wzleci w jakiejś okolicy, na pewno do tego miejsca wróci po
następnej zimie. Z tego powodu młodziutkie gęsi wychowane we Francji
przewieźli do Laponii i tam nauczyli je latać. Tak samo zresztą robił
Lorenz - uczył swoje gęsi latania w Niemczech.
Na czym ta nauka polegała? Wystarczyło zacząć biec, rozłożyć ręce i zawołać dwa razy gęsim głosem "gęg", a całe stado zaczynało biec i podrywało się do lotu. I to właściwie nie była trudna sztuka. Gorzej,
jeżeli gęsi krążyły nad głową i wołało się je, żeby wylądowały na łące.
Niestety, wtedy musiałyby ustawić się pod wiatr, żeby bezpiecznie
wylądować. Natomiast jeżeli miały wiatr od tyłu, który je pchał, spadały
i koziołkowały. Nie mając jeszcze wielkiej wprawy, mogły sobie zrobić
krzywdę. W związku z tym Konrad Lorenz, który jako pierwszy miał ten
problem (a francuscy badacze już nie - bo go małpowali), w pewnym
momencie wpadł na genialny pomysł. Gdy gęsi bezradnie krążyły nad jego
głową, zobaczył, że wiatr jest sprzyjający. Wtedy po prostu rozłożył
szeroko ręce i przewrócił się na brzuch. W tym momencie wszystkie gęsi,
jak po sznurku, wylądowały koło niego. Niestety, eksperymentalny duch
ciekawości naukowej podszepnął Lorenzowi bardzo głupi pomysł.
Mianowicie, gdy gęsi znowu były w powietrzu, postanowił sprawdzić, czy
wcześniej wylądowały, bo chciały, czy dlatego, że on im dał przykład. W związku z tym poczekał, aż wiatr będzie absolutnie niekorzystny. Gęsi
nadlatywały i Lorenz zrobił dokładnie ten sam figiel: przewrócił się na
trawę. Oczywiście ptaki wylądowały, koziołkując i tłukąc się. Była z tego tragedia - gęsi obraziły się na pana Lorenza. Przez kilka
następnych dni nie wierzyły jego poleceniom. Kiedy on je nawoływał do
lotu lub wabił je do lądowania, nie słuchały - robiły wszystko po
swojemu. Dały w ten sposób panu naukowcowi nauczkę. Oczywiście francuscy
badacze już takich żartów nie robili. Ich gęsi przetransportowano do
Laponii. Tam nauczyły się latać, po czym odbyła się przepiękna podróż,
która w filmie Bracia chmur została pokazana z detalami. Cała rodzina
wychowanych przez badaczy gęsi przeleciała za motolotnią ponad tysiąc
kilometrów na zimowisko we Francji. W następnym roku można było
obserwować zaobrączkowane gęsi, które wróciły z zimowiska (już
samodzielnie) do Laponii. Cała ta naukowa akcja była przepiękna. Po
pierwsze, pokazała, jak człowiek może pomóc zwierzętom, które kiedyś
skrzywdził, bo wytępił. Po drugie, udowodniła, że może dojść do
porozumienia dwóch tak różnych gatunków, jak ludzie i gęsi, i jaki
wspaniały sukces można odnieść.
Ptasia poczta pantoflowa
Żeby poznać ptasią mowę, wcale nie trzeba wyjeżdżać w dzikie ostępy, nad
stawy i jeziora, gdzie można spotkać gęsi. Właściwie wystarczy w dowolnym polskim mieście wyjść na ulicę i poobserwować wszędobylskie
gawrony albo kawki, które też znakomicie mają rozwiniętą mowę dźwięków.
Ktoś, kto te ptaki lubi i obserwuje, doskonale wie co się dzieje w stadzie, tylko je słysząc, a nie widząc.
Początki badań dotyczących poznania ptasiej mowy były trudne. Jeden z uczonych (M. Frings) stwierdził na przykład, że gawrony mają narzecza,
takie lokalne języki. Zauważył, że pewien gawron, przeniesiony w zupełnie nowe miejsce, nie rozumiał głosów tamtejszych ptaków. Natomiast
inny obcy gawron robił to samo, co miejscowe. Okazało się, że wśród
gawronów są kosmopolici i są "osiedleńcy". Te ptaki, które lubią
wędrować, przemieszczać się, poznają więcej języków - narzeczy, na
przykład składających się z podstawowych zwrotów typu "tu jest dużo
jedzenia", "uwaga, wróg" albo "alarm, uciekamy". Naukowiec w efekcie
swoich badań potrafił wyodrębnić z języka gawronów 300 słów. To
niesamowicie dużo. Jak on to robił? Otóż nagrywał głosy gawronów na
magnetofon, po czym wychodził z tym sprzętem i z głośnikiem na pole,
gdzie przylatywały wielkie stada tych ptaków, np. na zimowiska. W ich
pobliżu odtwarzał dźwięki. W zależności od tego, jak reagowało stado na
konkretny sygnał, Frings zapisywał, który głos znaczy np. "lądujemy", a który "zrywamy się do lotu". Dzięki nagrywaniu rozmów gawronów, odkrył
szereg cichuteńkich, delikatnych dźwięków, które służyły do
porozumiewania się zaprzyjaźnionych ze sobą ptaków albo ptasich par.
Bardzo ciekawym zjawiskiem, które oczywiście zaobserwowali naukowcy (a mógłby to odkryć też każdy mieszczuch), jest tak zwana poczta pantoflowa
kawek. Polega ona na przekazywaniu informacji przez jednego ptaka
drugiemu ptakowi, który danej sytuacji nie widział. Przypomina to
opowiadanie plotek. Na przykład: kawki, którym ktoś zabierze pisklę i dręczy je (nie daj Boże!), wydają alarmujący, charczący, bardzo niemiły
dźwięk. Często też słyszy się go wiosną, kiedy kawczak siedzi na
trawniku i ktoś zaczyna do niego podchodzić, np. człowiek albo pies.
Ptak wydaje wtedy ten charczący głos zwołujący inne kawki, które siadają
w pobliżu i zaczynają tym dźwiękiem płoszyć wroga. Jaki to ma związek z pocztą pantoflową? Otóż zdarzyło się, że w pewnym konkretnym miejscu
mieszkał niedobry, młody chłopak, który tępił kawki - strzelał do nich z karabinka lub z procy. Ptaki, które bytowały w pobliżu jego domu,
nauczyły się witać go tym charczącym głosem za każdym razem, gdy
wychodził z domu. Z czasem zaczęło się zdarzać, że ten młody człowiek
był "witany" w ten sposób przez kawki, gdy pojawiał się w innych
dzielnicach i przypadkowych miejscach. Przez wiele, wiele lat nie mógł
się od nich opędzić. Gdzie tylko przychodził, tam gromadziły się ptaki -
obce kawki, zupełnie niezwiązane z tamtymi poszkodowanymi przez
młodzieńca. Witały go zawsze tym swoim obelżywym, charczącym głosem.
Owadzie "bzykanie"
Żadna to sztuka słuchać i rozumieć śpiew ptaków, zwłaszcza tych
stadnych, jak gęsi, kawki, wrony i gawrony. Zastanówmy się zatem, czy
takie głupie małe zwierzątka jak koniki polne i świerszcze (właściwie
nie wiadomo, czy to jest mechanizm białkowy, czy to jest zwierzę),
rozmawiają ze sobą czy nie. Oczywiście, jeśli ktoś ma dużo cierpliwości
i przyłoży się do pracy, to może odkryć język, którym porozumiewają się
te owady. Podobnie jak w doświadczeniach z gawronami, w przypadku
koników polnych udało się nagrać na magnetofon 500 różnych, wydawanych
przez nie dźwięków. Ich rozmowy, dźwięki, śpiewy składają się ze strof,
wersów, sylab, a nawet pojedynczych impulsów. Ogólnym znaczeniem tego
języka, głównym komunikatem jest informacja: "To jestem ja, konik polny
gatunku takiego a takiego, odmiany takiej a takiej. Moja płeć to samiec.
Szukam godziwej, nadającej się dla mnie żony".
Oczywiście po tym "ćwierkaniu" następuje cały szereg jeszcze innych
zachowań, które owocują potem potomstwem, jednak głównym sposobem
odróżnienia płci koników polnych jest dźwięk wydawany przez partnerów.
Badacze, którzy zazwyczaj są bardzo krytyczni, zaczęli się zastanawiać:
zaraz, zaraz - w grę może wchodzić jeszcze zapach, ruchy odnóży itp., a dźwięk może tylko lokalizować partnerów. W związku z tym przeprowadzili
bardzo sprytne doświadczenie. Mianowicie, nagrali dźwięk jednego z samców koników polnych określonego gatunku i odtworzyli przez telefon
samiczce. Dzięki temu zyskali pewność, że samiczka ma z samcem tylko
kontakt dźwiękowy. Co się stało w tej sytuacji? To biedactwo próbowało
wejść do słuchawki telefonicznej, żeby tylko odnaleźć swojego partnera.
Był to dowód na to, że nawet u owadów takich jak koniki polne, istnieje
mowa obejmująca mnóstwo komunikatów.
Weźmy teraz pod uwagę naszych najbliższych krewnych: ssaki. W tym
przypadku odpowiedź na pytanie: czy ssaki mają swoje języki i czy
rozmawiają, jest dziecinnie prosta. Oczywiście, że tak. Wystarczy wiosną
pójść do lasu, by się o tym przekonać. Można trafić w czas i miejsce,
gdzie rodzą się małe dziki. Można bezmyślnie wziąć na ręce takiego
maciupeńkiego warchlaczka, który jeszcze się nie boi i chodzi pod
nogami, i zupełnie przypadkiem leciutko go przycisnąć. Wtedy on kwiknie,
a człowiek natychmiast ma przed sobą rozwścieczoną, broniącą dziecka
lochę. Kwiknięcie oznacza wezwanie matki na pomoc. To jest pierwszy
podstawowy przykład na to, że i ssaki porozumiewają się głosem.
Dostąpienie zaszczytu
Nasuwa się kolejne pytanie: skoro ja rozumiem, o czym sarny mówią ze
sobą, to czy one mogą rozumieć mnie? Czy mogą do mnie przemówić swoim
głosem? Przez wiele lat hodowałam sarny i je badałam. Bardzo mnie
interesowało, czy te zwierzęta (komunikujące się ze sobą głosowo, i z którymi ja się komunikowałam cały czas) uczynią mi ten honor i odezwą
się do mnie którymś ze swoich głosów. W końcu przez absolutny przypadek
otrzymałam jednoznaczną odpowiedź. Było to na przedwiośniu. W młodnikach
leżał jeszcze śnieg, a w starodrzewie już go nie było. Weszłam do dużej
zagrody, w której mieszkały sarny i zauważyłam, że młode - roczne
sarnięta - spłoszyły się, były niespokojne. Widocznie musiało się dziać
coś złego. Wyszłam z nimi na brzeg starodrzewu przy uprawie leśnej.
Zostawiłam spłoszone zwierzęta wśród drzew i weszłam w krzaki, żeby
sprawdzić, co je wystraszyło. Wpatrzone we mnie, stały z postawionymi
uszami, zjeżonymi kuperkami. Widać było, że ich zdaniem w młodniku jest
coś bardzo groźnego. Proszę sobie wyobrazić, że gdy byłam mniej więcej w połowie drogi, stanęłam jak wryta, bo usłyszałam za sobą chóralne
szczekanie pełne grozy. Odwróciłam się i zobaczyłam pięć moich sarenek.
Miały sztywno wyprostowane nóżki, wciąż patrzyły na mnie i wołały tym
swoim rozpaczliwym głosem: "Nie idź tam. Nie idź tam. Tam jest śmierć".
Przyznam szczerze, że osłupiałam. Jednak poszłam dalej. Okazało się, że
w młodniku były świeże, ciepluteńkie ślady rysia. Weszłam głębiej w ten
gąszcz i znalazłam kał rysia - rzeczywiście jeszcze ciepły.
Co ta sytuacja znaczyła dla moich saren? Zauważyły, że do zagrody wdarł
się drapieżnik. Uciekły spłoszone. Po chwili zobaczyły matkę (bo ja -
ludzki opiekun - byłam wtedy ich matką), która szła nieświadomie na
pewną śmierć.
Musiały ją ostrzec.
Przyznaję, że ten dzień stał się przełomem. Przekroczyłam granicę, która
oddziela świat ludzi od świata zwierząt. Gdyby od nich odgradzała nas
szyba lub mur nie do przebicia, sarny by się mną nie przejęły. Uznałyby:
"My to sarny, ona to człowiek - co nas ona obchodzi". Jeżeli one mnie
ostrzegły głosem zarezerwowanym dla swojego gatunku, oznaczało to
wyłącznie jedno: "Jesteś członkiem naszego stada, nie chcemy, żeby ci
się stała krzywda". Przeżywałam to zdarzenie przez wiele dni. Właściwie
do dzisiaj, gdy myślę o tym, czuję w sercu takie miękkie ciepło. Uważam,
że jest to dowód na to, jak bardzo można się zaprzyjaźnić z dzikimi
zwierzętami i jak wiele obustronnego zrozumienia może nas spotkać.
Gęsi też swój język mają
Opowiadając o odkryciach pewnego wielkiego uczonego, chcę poszukać
odpowiedzi na pytanie: czy zwierzęta nas rozumieją, czy tylko my
jesteśmy w stanie pojąć ich mowę?
Najbardziej chwytającym za serce, klasycznym przykładem rozwiniętej mowy
zwierząt jest język dzikich gęsi. Austriacki noblista, Konrad Lorenz,
był pierwszym na świecie człowiekiem, który zrozumiał ich język i nauczył się z nimi rozmawiać. Odkrył on, że pisklęta języka gatunku uczą
się, przebywając w jajkach. Dlatego, chcąc wychować gąsiątko siedzące w skorupce, trzeba z nim rozmawiać.
Mówi mama gęś i mówić może człowiek. Na tej wiedzy oparty został wielki
eksperyment, który miał doprowadzić do tego, że oswojone gęsi polecą za
ludzkimi opiekunami. W pobliżu wysiadującej gęsi innego gatunku
(siedzącej na jajach gęsi białoczelnej) ludzie ustawili silniczek
motolotni i co jakiś czas go uruchamiali. Mógłby się ktoś zastanawiać,
po co ten silniczek. Chodziło o to, żeby gąsiątka w jajkach kojarzyły
jego dźwięk z hasłem: "Lecimy". Drugim dźwiękiem był sygnał trąbki od
roweru, takiej z gruszeczką, której badacze używali przy jajkach,
wydobywając z niej "kwe kwe kwe" w różnym rytmie. Raz to były trzy
dźwięki, raz pięć dźwięków; raz szybciej, raz wolniej. Wszystko to w oparciu o cudowne odkrycia Konrada Lorenza. On zwrócił uwagę na
znaczenie poszczególnych głosów gęsi. Jak idzie sobie po łące stado gęsi
i rodzice wydają nagle taki sześciogłoskowy "gęg gęg gęg gęg gęg gęg",
to znaczy dokładnie: "Wiecie co? Tutaj jedzenia jest mało. Chyba trzeba
będzie się stąd wynosić". Jeżeli sygnał obejmuje tylko pięć powtórzeń,
to znaczy dosłownie: "Żwawiej stadko. Zbierać się, bo będziemy się stąd
wynosić". Cztery powtórzenia to: "Proszę wyciągnąć szyję do przodu i szybko maszerować", bo gęś, żeby się zerwać do lotu, musi się rozpędzić.
Trzy sygnały gęsich rodziców znaczą: "Szybko biegniemy. Uwaga, zaraz
będzie start", po czym następuje "gęg gęg" i cała grupa wznosi się w powietrze. Jeżeli nie ma tego podwójnego dźwięku, młode gęsi nie wzbiją
się, bo nikt im tego nie każe. Właśnie dlatego podczas eksperymentu
ludzie stosowali klaksoniki przy gęsich jajach. Miały one nauczyć
ptaszki odpowiedniego języka.
Nasze gęsi domowe również są fascynującym obiektem do obserwacji.
Zachowały one cały swój talent językowy i inteligencję, natomiast
straciły zdolność latania. Okazuje się, że te gęsi rozpędzają się na
łąkach, chcąc wzlecieć w powietrze. Podobnie jak dzikie gęsi, wołają
wtedy "gęg gęg", ale brzmi to bardziej jak: "rhau rhau", co znaczy:
"Chciałabym polecieć, ale skrzydła mi odmówiły posłuszeństwa". Ten
dźwięk jest znany również dzikim gęsiom. Oznacza, że jedna ze stada nie
może odlecieć i wtedy ptaki albo zostają chwilę, żeby zobaczyć co się
stało, albo odlatują i zostawiają ją (co się prawie nigdy nie zdarza).
Natomiast w gęsim języku jest też taki przeciągły długi "gęg gęg",
którego oczywiście ja nie umiem imitować. Oznacza alarm, na przykład
ostrzeżenie, że się zbliża jakiś drapieżnik. Gęsi czasem je odwołują, a czasem pozostaje ono nieodwołane.