Opowieści pełne emocji - Gabriel García de Oro

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podróż w głąb siebie

Zanim zagłębisz się w tę przygodę, zatytułowaną Opowieści pełne emocji, chciałbym się z tobą gorąco przywitać. Lubię sobie wyobrażać, że przygoda ta jest jak spacer po ogrodzie. Dlaczego? Zaraz się o tym przekonasz. Na razie musisz uzbroić się w cierpliwość, bo wcześniej chciałbym wytłumaczyć, dlaczego ten ogród należy zarówno do ciebie, jak i do mnie, i że możesz przechadzać się po nim według uznania. Możesz skakać z opowiadania na opowiadanie, krążąc radośnie po kartach książki niczym ptaki, na które natkniesz się tu i ówdzie. Chyba że wolisz zacząć od pierwszego i czytać jednym tchem aż do końca, aż do ostatniego "i żyli długo i szczęśliwie". Możesz też czytać jedno opowiadanie każdego wieczoru przed snem. Albo dwa, trzy lub tylko połowę, zostawiając zakończenie na dzień następny. Oczywiście możesz to robić w ciszy i w samotności, ale także na głos, w towarzystwie innych osób. Niektórzy wolą czytać, śpiewając, jak mój serdeczny przyjaciel pan Petrov. Uważa on, że wyśpiewywanie opowiadań napełnia serce radością. No przecież, radością! Czy ktoś wspomniał o radości? Jak dobrze, że to słowo wpadło mi do głowy, bo teraz mogę opowiedzieć ci o czymś bardzo ważnym, co może pomóc w lekturze tej książki. Czas na kilka słów...

O NIEZWYKŁEJ MOCY OPOWIADAŃ

Książka, którą trzymasz w rękach, nosi tytuł Opowieści pełne emocji, ale w tym wypadku nie mówimy o emocjach, jakie wywołują w nas przygody bohaterów i czyhające na nich niebezpieczeństwa, które sprawiają, że serce bije nam szybciej. Zazwyczaj mówimy, że jakiś film był emocjonujący albo że emocjonujemy się nadchodzącym przyjęciem urodzinowym, a kiedy coś wzbudza w nas silne emocje, to najczęściej mamy na myśli radość, tęsknotę czy nawet strach. Jednak w tym wypadku będziemy mówić o całej gamie emocji. Bo owszem, należy do nich radość, ale także znudzenie. Albo, żeby podać więcej przykładów, wstręt czy spokój. Dlatego kiedy mówię, że ta książka jest pełna emocji, chodzi mi o to, że wszystkie opowiadania w taki czy inny sposób odnoszą się do tego, co czujemy. Cokolwiek by to było. I właśnie na tym polega niezwykła moc w nich zaklęta: każda opowieść nawiązuje więź z naszymi emocjami. Wyobraźnia pozwala nam przeżywać je w bezpiecznym środowisku, na przykład w trakcie lektury, byśmy mogli potem odczuwać je jeszcze pełniej i bardziej świadomie w prawdziwym świecie. Tym samym nauczysz się czegoś bardzo ważnego: zrozumiesz swoje emocje. A teraz wytłumaczę ci powód, dla którego porównuję tę książkę do ogrodu. Wiesz może dlaczego? Bo będzie nam towarzyszył jedyny w swoim rodzaju kwiat: kwiat emocji. Nie krzyw się tak, już tłumaczę, o co mi chodzi.

CZYM JEST KWIAT EMOCJI?

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku słynny amerykański psycholog Robert Plutchik opracował model, który w obrazowy sposób pozwala rozpoznać i zrozumieć różne emocje oraz odkryć istniejące między nimi zależności. Model ten znany jest jako koło emocji. Postanowiłem przekształcić je w kwiat, bo uznałem że o wiele przyjemniej jest mówić o ogrodzie opowieści, a nie na przykład o garażu pełnym opon. Ale żarty na bok, za pomocą tego kwiatu będzie nam łatwiej zapoznać się z naszym wachlarzem emocjonalnym i zrozumieć go po to, by potem inni mogli zrozumieć nas.

W JAKI SPOSÓB DZIAŁA KWIAT EMOCJI?

Popatrzmy, z czego składa się nasz utworzony na bazie koła kwiat. Przede wszystkim możemy zauważyć, że ma osiem płatków, każdy w innym kolorze. Odpowiadają one tak zwanym emocjom podstawowym, które znajdują się pośrodku płatka:

Na osiem emocji podstawowych składają się: radość, smutek, strach, gniew, ufność, niechęć, zaskoczenie i wyczekiwanie. Płatki są podzielone na trzy części ze względu na intensywność, czyli siłę, z jaką odczuwasz emocje. Na czubku każdego płatka znajdziesz ich najbardziej subtelną postać, a u podstawy - tę o największym natężeniu. Podam ci przykład: radość jest emocją podstawową i w zależności od tego, czy odczuwasz ją silnie, czy tylko łagodnie, znajdujesz się w ekstazie lub ogarnia cię spokój. To samo dzieje się w przypadku gniewu (emocja podstawowa), wściekłości (największa intensywność) i złości (najmniejsza intensywność). I tak dalej, i tak dalej. To naprawdę proste! Z połączenia różnych emocji powstają nowe, co odzwierciedlają przestrzenie pomiędzy płatkami naszego kwiatu. Kiedy popatrzymy na obrazek na następnej stronie, to zauważymy, że pomiędzy radością a wyczekiwaniem znajduje się optymizm, natomiast między radością a ufnością jest miejsce dla miłości. Z połączenia smutku i zaskoczenia powstaje rozczarowanie. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście istnieje więcej kombinacji, ale ten najpopularniejszy uproszczony schemat wystarczy nam do tego, aby wypracować świadomość emocjonalną niezbędną do interpretacji opowiadań: zarówno indywidualnie, jak i wspólnie z naszymi dziećmi, aby zaznajomiły się z tematem i rozwinęły w sobie inteligencję emocjonalną. Emocje są przeciwstawne, co oznacza, że każda z nich ma swoje przeciwieństwo. W tym wypadku po przeciwległej stronie każdego płatka znajduje się inny, stojący do niego w opozycji. Radość jest przeciwieństwem smutku. Strach jest przeciwieństwem gniewu. Ufność jest przeciwieństwem niechęci. Zaskoczenie jest przeciwieństwem wyczekiwania.

W CZYM MOŻE NAM POMÓC KWIAT EMOCJI?

Pozwala nam rozpoznać emocje, jakie wzbudza dane opowiadanie: nie tylko te do niego przypisane, ale także wszystkie inne, jakie odczuwamy w trakcie lektury. Dzięki temu prostemu ćwiczeniu niczym w grze detektywistycznej ćwiczymy umiejętność wykrywania przeżywanych przez nas emocji. A ponadto w przyszłości będziemy też mogli lepiej zrozumieć innych i znaleźć więcej empatii dla otaczających nas osób.

JAK CZYTAĆ OPOWIADANIA, WYKORZYSTUJĄC KWIAT EMOCJI?

W spisie treści, przy tytule każdego opowiadania podane są główne emocje, jakie powinno wzbudzać. Ale uwaga, to tylko propozycja. Może się zdarzyć, że poczujesz lub skojarzysz z nim zupełnie inne emocje albo że twoje odczucia będą miały inne natężenie. I to też jest normalne. Wszak mowa tu o emocjach, dlatego najważniejsze jest to, co czujesz. Niewykluczone, że dziś jakieś opowiadanie skojarzy ci się - na przykład - z radością, a gdy wrócisz do niego za jakiś czas, to wzbudzi ono w tobie zupełnie inne emocje, takie jak zaskoczenie czy ufność. Tak czy inaczej, po lekturze każdego z opowiadań, gdy sprawdzisz już, jakie emocje do niego przypisałem, możesz zadać sobie kilka pytań, które ułatwią ci spacer po naszym ogrodzie:

Czy to opowiadanie wzbudza we mnie wymienione emocje? Jeśli tak, to w którym momencie opowiadania odczuwam je najsilniej? Rozpoznaję jeszcze inne emocje? Jakie? W jakich momentach? Co czuje bohater opowiadania? Kiedy po raz ostatni odczuwałam/odczuwałem tę emocję? A może czuję zupełnie coś innego? Co? Z jakim natężeniem? Jeśli czytam to opowiadanie w towarzystwie innych osób, czy wszyscy odczuwają te same emocje? Czym się różnią?

Po tym wstępie czas na to, co najważniejsze: zachwycający spacer po ogrodzie pełnym emocji. Do zobaczenia na ścieżkach!

12

I tu jest kość pogrzebana

Mała suczka Pinezka miała ogromne szczęście: znalazła przepiękną i przepyszną kość. Mała psinka miała ogromne szczęście, bo znalazła kość wprost idealną dla swojego pyszczka: ani za dużą, ani za małą, ani zbyt długą, ani nawet zbyt krótką, z tych, co to nawet nie wiadomo, z której strony zacząć zabawę. Miała ogromne szczęście... prawda? A może to nie było tylko szczęście? Może to przenikliwy węch i zdolności detektywistyczne, które pozwalały jej odróżnić słowika od innych latających pod niebem ptaków po samym trzepocie skrzydeł? Może po prostu była tak dobra? Być może. W każdym razie nasza psina była wesoła, zadowolona i szczęśliwa. Szczęśliwa? Nie do końca. W jej białej niczym śnieg główce kłębiło się mnóstwo pytań, które sprawiły, że zbladł jej uśmiech. Co powinna zrobić z tą kością? Czy mogła chodzić z nią po okolicy? Może powinna ją ukryć? Tak! Musiała ją porządnie ukryć! Tak, żeby żaden inny pies nie mógł jej znaleźć. Ale czy takie miejsce istniało? Pewnie, że tak! Pod ziemią, bo jak wszystkim dobrze wiadomo, zarówno pieski, jak i piraci, są mistrzami w zakopywaniu skarbów.

Pinezka szukała miejsca idealnego. Może tutaj? A może tam? Albo jeszcze gdzie indziej? Nareszcie! Wszystkie łapki na pokład! I raz, i dwa, i głębiej, i jeszcze głębiej. Zrobione. Dobra robota, Pinezko! Mogła już spać spokojnie, bo tylko ona wiedziała, gdzie zakopała swoją kość.

Ale nie zrobiła nawet dziesięciu kroków, kiedy zaczęła się wahać. A jeśli w tym czasie jakiś pies zdążył tam podbiec, odkopać kość i z powrotem zakopać dziurę z prędkością światła?

Czy to w ogóle możliwe? Lepiej nie kusić losu. Zawróciła i z ulgą stwierdziła, że jej skarb nadal tkwi w ziemi. Uff! Pinezka zakryła kość i poszła w swoją stronę, ale nie zrobiła nawet jedenastu kroków, kiedy przyszło jej do głowy, że może tym razem jakiś pies zdążył tam podbiec, odkopać kość i z powrotem zakopać dziurę. Czy to było możliwe? Lepiej nie kusić losu. Zawróciła i z jeszcze większą ulgą stwierdziła, że jej skarb nadal tkwi w ziemi. Pinezka zakryła kość i poszła w swoją stronę. Nie zrobiła jednak nawet dwunastu kroków, kiedy przyszło jej do głowy, że... No właśnie. Zawróciła i z ulgą stwierdziła, że jej kość leżała sobie spokojnie w wykopanej przez nią dziurze.

I tak jeszcze pięć albo nawet i sześć razy, aż w końcu za kolejnym razem jakiś pies zainteresował się psinką, która raz po raz robiła kilka kroków, zawracała, kopała w ziemi i znowu zakrywała dziurę, i postanowił ją śledzić. "Tu musi być pogrzebana jakaś kość" - pomyślał i czekał tylko, aby z prędkością światła ukraść Pinezce jej kość i uciec tak szybko, jak tylko potrafią psi złodzieje kości.

Biedna Pinezka! Chociaż udało jej się zakopać kość w najlepszym możliwym miejscu i w najlepszy możliwy sposób, wątpliwości sprawiły, że została po niej tylko ogromna dziura w ziemi.

13

Koło ratunkowe pana Petrova

Być może znasz już pana Petrova, choć pewnie pierwszy raz o nim słyszysz. Jeśli tak jest, to gratulacje! Kiedy poznasz już wszystkie jego dziwactwa i kaprysy (jak badania nad związkiem pomiędzy prześcieradłami a duchami, wielka kolekcja papieru prezentowego czy problemy z zegarkiem i ustalaniem godziny), kiedy tylko je poznasz, to ten przemiły osobnik na stałe zamieszka w twojej wyobraźni. Dzisiaj opowiem ci historię, której na pewno nie znasz.

Zacznijmy od tego, że pewnego dnia spadł deszcz. Nie był to taki zwykły deszcz, raczej prawdziwa ulewa, z tych, co to spadają z nieba z taką siłą, że łamią parasolki, ptaki nawet nie próbują nigdzie latać, a majestatyczne korony drzew zaczynają przypominać sierść mokrego kota. Deszcz złapał pana Petrova na ulicy i biedny jegomość nie miał się jak osłonić, więc bał się okropnie, że woda wleci mu za kołnierz. Co by tu zrobić? A jeśli ulice zamienią się w rzeki? Aj! Nie umiał pływać zbyt dobrze, może trochę pieskiem, jeśli wiesz, o co mi chodzi.

Kiedy już nerwy zalały go od środka, przyszło mu do głowy, że powinien kupić koło ratunkowe. W ten sposób będzie bezpieczny, nawet jeśli deszcz wszystko zaleje. Nie zastanawiał się ani chwili. Wszedł do sklepu i kupił jedno z tych ogromnych kół ratunkowych, które przypominają uśmiechniętą kaczkę. Nadmuchał je, założył i spokojnym krokiem poszedł w stronę domu. Nieważne, że ludzie się z niego śmiali, ważne, że czuł się bezpieczny. Co więcej, tak mu się to spodobało, że postanowił używać go nawet wtedy, kiedy nie padał deszcz. Nawet wtedy, kiedy na niebie było tylko kilka chmur. Nawet wtedy, gdy słońce mocno świeciło. Tak jest, chodził w kole ratunkowym przez cały czas.

Przecież zawsze mogła wylać pobliska rzeka albo pęknąć rura i zalać ulice wodą, nie mógł też wykluczyć oberwania chmury. Nigdy nie wiadomo... Nie chciał ryzykować. Wolał mieć przy sobie swoją pływającą kaczkę.

I wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze, aż pewnego dnia pan Petrov udał się na spacer nad rzekę. Czuł się tak pewnie, że zaczął skakać i wygłupiać się nad jej brzegiem. Aż tu nagle... bum! Poślizgnął się i wpadł do wody. I wyobraź sobie, że w tym momencie koło ratunkowe, z którym chodził w tę i we w tę, przedziurawiło się i do niczego się nie nadawało. Na szczęście nad rzeką była ratowniczka, która miała na oku wszystkich, a szczególnie panów chodzących w kołach ratunkowych. Gdy wyciągnęła go na brzeg, powiedziała: "Wiesz, co jest najlepszym kołem ratunkowym? Umiejętność pływania".

15

Nowa kredka

Jest wiele rodzajów kredek. Grubsze, cieńsze, metalowe, drewniane, kolorowe, a nawet wielobarwne! Są kredki niebieskie, pomarańczowe, zielone, liliowe... Są też takie, które mają w sobie wszystkie kolory tęczy. Znasz je może? Pewnego dnia znalazłem je w jednym ze sklepów w Nigdziejowicach i zachwyciłem się nimi. Kiedy rysowałem, linia co chwila zmieniała kolor. Czy to magia? Być może, w końcu za dotknięciem tych małych dobrze naostrzonych różdżek możemy wyczarować, co tylko nam przyjdzie do głowy. Fascynujące, tak samo jak historia pewnej nowej, nigdy nieużywanej czerwonej kredki. W całym swoim życiu nie narysowała ani jednej linii, nie pokolorowała ani jednego obrazka i nigdy nie dotknęła swoją końcówką kartki papieru. Może właśnie dlatego, kiedy jakieś ręce podobne do twoich wsadziły ją do piórnika, aby użyć jej po raz pierwszy na lekcji plastyki, zrobiła się bardzo nerwowa i nie mogła przestać się trząść.

- Spokojnie - powiedziała jej nieco już zużyta gumka do mazania - pomogę ci, jeśli wyjedziesz poza linię. Mogę usunąć każdy błąd.

- Ale... sama nie wiem. A co, jeśli linia będzie krzywa? A co, jeśli mój czerwony kolor nikomu się nie spodoba? A co, jeśli złamię się w palcach? A co, jeśli w środku jestem zielona?

- Oj tam - wtrąciła się zielona kredka - to przecież nic strasznego. Kolorujemy tak fajowe rzeczy, jak smoki, trawę czy chmury.

- Chmury? - spytała czerwona kredka.

- Wyluzuj - odparła zielona. - Jeśli ręka będzie chciała, żeby chmury były zielone albo czerwone, to jej w tym pomożemy. Po prostu daj się prowadzić i zaufaj sobie.

- Otóż to! - Czarna kredka też chciała wtrącić swoje trzy grosze. - Ciesz się chwilą. Pamiętam, że przed moim pierwszym razem też się denerwowałam, ale ja jeszcze widziałam wszystko w czarnych barwach, ha, ha, ha... I wiesz, co narysowałyśmy? Czarnego bałwana. Było super, a ten rysunek do dziś wisi w klasie.

Żółta kredka zawsze miała dar do opowiadania historii:

- A ja, jak tylko dotknęłam papieru, to trach! Złamałam końcówkę. I wiesz, co zrobiła? Zastrugała mnie i heja, od nowa. Poszło mi super! Narysowałam ogon syreny i... kupę!

Wszyscy w piórniku śmiali się i przekrzykiwali, a czerwona kredka zrozumiała, że każdy miał kiedyś wątpliwości i się denerwował. O dziwo, uspokoiło ją to tak bardzo, że w końcu zasnęła. A co stało się następnego dnia? Pewnie już wiesz! I pewnie możesz to ładnie narysować.

18

Pan Żegnalski się ze mną nie wita!

Postanowiłem spędzić wakacje w małej nadmorskiej miejscowości o nazwie Dorszowo i już od pierwszej chwili wiedziałem, że to strzał w dziesiątkę. Było tam pięknie: biało-niebieskie wąskie uliczki, malutkie, skąpane w kwiatach balkony i przestrzenne zacienione place, gdzie mogłem usiąść, aby napić się kawy i poczytać książkę lub coś napisać, na przykład to opowiadanie. Ponadto dorszowianie byli mili, uśmiechnięci i zawsze mieli w zanadrzu jakąś ciekawostkę, anegdotę lub legendę o swojej mieścinie. Czułem się tam jak w domu i niemal od samego początku witałem się z mieszkańcami jak jeden z nich: z panią Bułeczką z piekarni, z Giancarlem Przepysznym z włoskiej restauracji czy z Walentym, który codziennie otwierał swój kiosk o szóstej rano. Czy witałem się ze wszystkimi? Nie. Nie z panem Żegnalskim. Choć bardzo się starałem, pan Żegnalski nigdy nie odpowiedział na powitanie. Nigdy! Próbowałem o tym rozmawiać z różnymi osobami, ale nikt nie chciał mi wyjaśnić, o co chodzi, i w najlepszym wypadku mówili, żebym się nie martwił i że pan Żegnalski po prostu taki jest. Ale ja się martwiłem. Zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem go czymś nie uraziłem. Co takiego mogłem mu zrobić? Już nie czułem się tak dobrze w Dorszowie. Tak, wiem, tylko jedna osoba w całej miejscowości się ze mną nie witała, ale bardzo mi to przeszkadzało. Może się ze mnie śmiał? Albo mnie nie polubił? Coś mu we mnie przeszkadzało? Przecież nic mu nie zrobiłem!

Pewnego poranka straciłem cierpliwość. Niewiele myśląc, stanąłem przed panem Żegnalskim i się z nim przywitałem. Odwrócił głowę i chciał mnie wyminąć, ale zastąpiłem mu drogę. Pan Żegnalski znowu spróbował mnie obejść, a ja znowu mu na to nie pozwoliłem. I tak raz za razem, tańczyliśmy jakiś dziwny taniec bez muzyki, aż w końcu wykrzyczałem, że nie pozwolę mu odejść, dopóki mi nie odpowie, co takiego mu zrobiłem i dlaczego się ze mną nie wita. Westchnął głęboko, uniósł palec ku górze i powiedział:

- Nie znoszę pożegnań, dlatego nigdy się nie witam. Nigdy. Bo jeśli nie będę się witał, to nie będę musiał się żegnać. Jakby nic się nie stało. A teraz, skoro pan już to wie, to z bólem serca muszę powiedzieć... żegnam!

I sobie poszedł, a ja stałem zdumiony na środku ulicy. Uświadomiłem sobie, jaki byłem niemądry, myśląc, że pan Żegnalski ma jakiś problem ze mną, kiedy tak naprawdę miał go z pożegnaniami.

19

O dziewczynce psujzabawie

Była sobie pewna dziewczynka, która wierzyła, że jest prawdziwą psujzabawą. Co to znaczy? Otóż była pewna, że wraz z jej przyjściem gdziekolwiek kończyła się jakakolwiek frajda. Na przykład pewnego razu poszła na zabawę wiosenną i tak bardzo bała się cokolwiek zepsuć, że niechcący kopnęła doniczkę, w której rosły kłujące kaktusy. Rośliny wyleciały w powietrze, a ich ostre kolce wbiły się w pupy rodziców, którzy przyszli na imprezę ze swoimi dziećmi. Efekt? Krzyk, płacz, koniec zabawy.

Innym razem wybrała się na urodziny swojego kuzyna Fryderyka i bardzo chciała pokazać, że umie dobrze się bawić. Zaczęła więc skakać i skoczyła tak wysoko, że uderzyła głową w piniatę i rozbiła ją, a jej biedny kuzyn rozpłakał się, bo przecież on miał to zrobić. Istna katastrofa! To prawda, że czasami zrzucano na nią winę za różne rzeczy, jak na przykład wtedy, gdy zerwała się trampolina i wszyscy wylądowali na ziemi albo gdy na przyjęciu urodzinowym jej koleżanki Karloty cukiernik się pomylił i zamiast tortu czekoladowo-różanego zrobił ciasto brokułowo-kalafiorowe. Czy to była jej wina? Czy faktycznie była psujzabawą? Możesz myśleć, co chcesz, ona była o tym przekonana i w końcu nie chciała już chodzić na żadne przyjęcia. Oczywiście, jej rodzice byli bardzo smutni. Nie chcieli, żeby tak się czuła, ale nie mogli jej w żaden sposób pomóc.

Na całe szczęście pewnego wieczoru dziewczynka znalazła w nogach łóżka śmiesznego chochlika, który powiedział jej, że jest chochlikiem przyjęciologiem i ma dla niej dobrą wiadomość: faktycznie, była psujzabawą, ale mogło się to zmienić za pomocą zwykłego fikołka.

- Fikołka? - spytała dziewczynka, ziewając, bo w końcu było już późno. Chochlik odparł, że tak, że musi zrobić fikołka i wtedy zamiast psujzabawą stanie się prawdziwą duszą towarzystwa. W ten sposób można było odwrócić sytuację.

Dziewczynka wykonała więc fikołka albo przynajmniej tak się jej wydawało, bo nagle zrobiło się jasno i obudziła się z głową w nogach łóżka i stopami na poduszce. Czy to działo się naprawdę? A może to był tylko sen? Możesz myśleć, co chcesz, ona była przekonana, że odwiedził ją chochlik przyjęciolog.

I wtedy pomyślała, że chce pójść na jakieś przyjęcie. Wzięła ze sobą dużo pistoletów na wodę i rozdzieliła je pomiędzy kolegów i koleżanki. I bawili się świetnie! A dziewczynka nauczyła się, że czasem sytuacja może odwrócić się za pomocą zwykłego fikołka.

22

O dżinie Dąsaczu i rodzinie, która chciała się dobrze bawić

Jeśli znasz już przygody dżina Dąsacza, to doskonale wiesz, że nie lubi, kiedy się mu przeszkadza, dlatego cały czas się ukrywa. Choć, umówmy się, dżin Dąsacz nie jest mistrzem zabawy w chowanego. W każdym razie kiedy ktoś pociera jego lampę, biedaczysko bardzo się denerwuje, bo musi z niej wyjść i spełnić życzenie. Na dodatek, jak lubi wspominać, ludzie zazwyczaj proszą go o to, czego tak naprawdę nie chcą lub nie potrzebują. Oto co przydarzyło się rodzinie Irigoyenów, która znalazła lampę na strychu niedawno zakupionego domu. Matka potarła ją i ku zdziwieniu wszystkich, a głównie siedmioletnich bliźniąt Lity i Kaja, wyszedł z niej dżin Dąsacz. Wytłumaczył im, kim jest i na czym polega jego rola:

- Macie jedno życzenie. Co prawda jest was czworo, ale to nie znaczy, że każdy może o coś poprosić.

- A czy może to być życzenie dla całej rodziny? - spytał ojciec.

- Oczywiście - odpowiedział dżin.

Rodzina Irigoyenów poszła do kuchni, by to przedyskutować, ale na szczęście Dąsacz nie musiał długo czekać na odpowiedź. Gdy znajdował się poza lampą, zawsze było mu trochę zimno.

- Już wiemy - powiedziała do niego matka. - Chcemy się dobrze bawić. Zawsze. Oto nasze życzenie.

- Chcecie się zawsze dobrze bawić? Jesteście tego pewni?

- Tak! - wykrzyknęli Lita i Kaj z entuzjazmem.

- Tak! - potwierdzili rodzice.

- Wasze życzenie jest dla mnie rozkazem.

Rodzina Irigoyenów bardzo się ucieszyła, a dżin Dąsacz wrócił do lampy, myśląc nad nową kryjówką. Nie miał jednak dużo czasu na przemyślenia, bo nie minął nawet tydzień, a ktoś znów potarł jego lampę. To były bliźnięta. Lita i Kaj mieli łzy w oczach i wyglądali na tak zmęczonych, jak gdyby właśnie rozwiązali jednym ciągiem dwadzieścia zadań z matematyki.

- Dżinie Dąsaczu, chcemy znów się nudzić. Taka ciągła zabawa jest bardzo męcząca.

- Jesteśmy już bardzo zmęczeni - dodał ojciec, zanosząc się śmiechem i ruszając ramionami tak, jak gdyby był na jakimś koncercie. - Patrz na to! Nawet teraz nie mogę przestać się bawić. Zatrzymaj to, proszę! Ale już!

- Prosimy! - krzyknęli wszyscy ze łzami w oczach.

Dżin Dąsacz westchnął głęboko i "odspełnił" ich życzenie, ale poprosił w zamian, żeby wywieźli go nad morze i cisnęli ile sił do wody, żeby w końcu mógł sobie odpocząć.

24

Ballada o wielkim problemie z owcami

O nie! Kiedy stado dotarło nad brzeg rzeki, gdzie owce miały w zwyczaju pić wodę i moczyć kopytka, na ich drodze stanął ogromny kamień. Gdzie tam ogromny, gigantyczny! Wyglądało to tak, jakby ziemi coś się pomieszało i zamiast drzewa wyrosła na drodze góra. Skąd on się tam wziął? Owce nie miały pojęcia i być może dlatego zaczęły beczeć, patrząc to na kamień, to na towarzyszącego im pasterza.

- Niezły kamol! - powiedział do siebie pasterz, drapiąc się po głowie. - Pewnie odpadł od wzgórza. Teraz moje owce nie będą mogły odpocząć.

Zaczął więc szukać innej drogi, ale znalazł tylko szparę pomiędzy stromą ścianą wzgórza a wyraźnym, porośniętym drzewami i krzewami uskokiem, przez który nie przeszłaby nawet koza, a co dopiero stado owiec.

- Nie mam wyjścia, muszę przesunąć ten kamień. Wszak tego mnie nauczono. Pojawił się jakiś problem? Trzeba stawić mu czoło i się go pozbyć.

Pasterz wziął głęboki wdech, jak gdyby powietrze miało mu dodać nadprzyrodzonych sił, i spróbował przesunąć ogromny kamień. Czy mu się to udało? A skądże! Głaz nie tylko ani drgnął, ale nie uronił nawet żadnej łzy, przez co można by pomyśleć, że pozostał niewzruszony. No nic, trzeba spróbować jeszcze raz. I kolejny. I... hop! Nic. I... jeszcze raz! Nic z tego. Pasterz męczył się przez prawie dwie godziny, aż w końcu zaczął myśleć, że mu się to nie uda i że ten problem jest zbyt duży, by mógł go rozwiązać.

- Przykro mi, dziewczynki, musimy poszukać innego miejsca. Położę się na chwilkę, bo jestem strasznie zmęczony.

I faktycznie, pasterz był tak wykończony, że zasnął na ziemi niemal natychmiast. Obudził się, nie całkiem jeszcze wypoczęty, bo jakieś uparte stukanie nie dawało mu spać. Otworzył jedno oko i nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Owce stały gęsiego i jedna po drugiej kopały w kamień, żeby rozkruszyć go kawałek po kawałku. W ten sposób wielki głaz z każdą chwilą robił się coraz mniejszy.

- Niemożliwe! - krzyknął pasterz, zrywając się na równe nogi. - To wprost niebywałe! Moje owce nauczyły mnie czegoś, czego nie pokazał mi żaden człowiek. Że czasem wielkie problemy można rozwiązać małymi krokami... Albo, jak w tym przypadku, małymi kopniakami.

Niewiele myśląc, dołączył do owiec, aż w końcu otworzyli przejście do rzeki i owce mogły napić się wody i moczyć kopytka, becząc przy tym wesoło.

27

O obrazie i gwoździu

To był jeden z najsłynniejszych obrazów na świecie. Ludzie przybywali z różnych stron świata, by go podziwiać i kontemplować jego styl, kolory i kompozycję. Niektórzy badacze poświęcili całe swoje życie na odkrywanie najgłębiej skrywanych sekretów tego fascynującego dzieła, takich jak dokładna liczba pociągnięć pędzla, szczegółowa mieszanka kolorów czy nawet nazwiska wszystkich jego posiadaczy, którzy mieli go w kolekcji, zanim trafił do muzeum w Raisendörfie, gdzie był wystawiony. Nikt jednak nie wiedział, że po zamknięciu muzeum obraz zaczynał mówić, i to głównie o sobie. "Ale jestem wspaniały"; "Jestem tak wyjątkowy, że powinienem znaleźć się w jakimś muzeum. Czekaj, czekaj, przecież już w nim jestem, ha, ha, ha... I jestem jego gwiazdą!"; "Nikt nie przyjechałby do Raisendörfu, gdyby mnie tu nie było". I tak dalej, i tak dalej.

Innym obrazom to nie przeszkadzało, po prostu dawały mu się wygadać, a same zajmowały się swoimi sprawami. Ale pewnego dnia obraz wziął na celownik gwóźdź, na którym był zawieszony.

- Wiesz co, gwoździu, powinieneś być mi wdzięczny. Gdyby nie ja, pewnie podtrzymywałbyś jakąś moskitierę albo coś w tym stylu. Czyż nie?

- Nie. Ja po prostu wykonuję swoją pracę. I jestem z niej zadowolony, chociaż muszę cię znosić.

- Musisz mnie znosić? Co to ma znaczyć? Jesteś zwykłym gwoździem, na dodatek trochę zardzewiałym. Ja zaś jestem wyjątkowy. Fascynujący. Nadzwyczajny. Widziałeś minę tej staruszki, która mnie dziś oglądała? Mało brakowało, by okulary spadły jej z nosa! Nic dziwnego, gdybym sam zobaczył coś tak wyjątkowego jak ja, zbierałbym szczękę z podłogi. A ty? Jesteś zrobiony z żelaza i, szczerze mówiąc, nie pachniesz zbyt ładnie. Nie smuci cię, że nie jesteś mną?

- Ani trochę. Już ci powiedziałem, że po prostu wykonuję swoją pracę.

- Nie obraź się, ale nie płaczesz nocami z żalu, że nie jesteś mną? No nie wstydź się, bądź ze mną szczery.

W tym momencie gwóźdź zaczął się wiercić, zgiął się wpół i... bam! Obraz spadł na ziemię z takim hukiem, że włączyły się wszystkie alarmy.

- Ale... ale... co najlepszego zrobiłeś? - krzyczał obraz, czekając, aż przybiegnie ochrona.

- Nic, po prostu przez jeden dzień zwiedzający będą oglądać tylko mnie. Ty za to będziesz miał dość czasu, by zrozumieć, że żaden obraz nie zawiśnie bez gwoździa.

W ten oto sposób w muzeum w Raisendörfie przez kilka godzin pewien obraz leżał w schowku, a na ścianie wisiał tylko gwóźdź. Nikt nie zwrócił na to uwagi, ale wydarzenie to samo w sobie było dziełem sztuki.

28

Niespodzianka dżina Dąsacza

Dżin Dąsacz mruknął i prychnął. Ktoś odnalazł lampę i potarł ją trzykrotnie. Wrrrr! Dąsacz pomyślał nawet, że może nie wychodzić i udawać, że nic się nie stało, ale wiedział, że to niemożliwe. W świecie dżinów zasady są bardzo surowe. Jeśli ktoś potrze lampę, to trzeba z niej wyjść. Koniec kropka. "Przecież tym razem miałem idealną kryjówkę! - zrzędził, przygotowując się do wyjścia. - Wrrrr!"

- Witaj, panie - powiedział od niechcenia dżin Dąsacz. - Potarłeś lampę, więc muszę spełnić twoje życzenie. Ale tylko jedno.

- Tylko jedno? Co to ma być? Jakiś żart? Każde dziecko wie, że życzenia są trzy. Nie czytałeś nigdy opowieści o Aladynie?

Dżin Dąsacz nic nie odpowiedział. Patrzył na tego chudawego jegomościa, który wyglądał jak obdarty strach na wróble. I to taki, który jest bardziej śmieszny niż straszny.

- Hej! Słyszysz mnie?

- Jedno życzenie. Koniec kropka.

- W porządku, niech będzie jedno. W takim razie... Chcę... chcę, żebyś zrobił mi największą niespodziankę w historii. Tak! Oto moje życzenie! Chcę wielką, ogromną, mastodontyczną, dinozauryczną niespodziankę. Każdy lubi niespodzianki, a co dopiero niespodzianki od dżina! To będzie coś wielkiego, ogromnego, mastodontycznego, dinozaurycznego!

- Chcesz niespodziankę? Ale... - Chociaż dżin Dąsacz był w bardzo złym nastroju, chciał wyjaśnić temu człowiekowi, że niespodzianki nie zawsze są... No nic, nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość.

- Ale nie ma żadnego "ale". Ani słowa więcej. Powiedziałem ci już, że chcę największą niespodziankę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek dostał. Musisz mnie posłuchać.

- W porządku, jak chcesz. - Dżin Dąsacz skrzyżował ręce na piersi i przybrał postawę dżina, który za chwilę spełni czyjeś życzenie. - Czyli ma to być niespodzianka?

- Tak.

- Największa niespodzianka, jaką kiedykolwiek zrobił jakikolwiek dżin?

- Dokładnie.

- Jesteś tego pewny?

- Tak.

- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

Dżin Dąsacz wskoczył do lampy i rozpłynął się w powietrzu, aby schować się tam, gdzie nikt nie znajdzie go przez długie lata. Zanim jednak zniknął, powiedział:

- Masz swoją niespodziankę, żegnam.

I faktycznie, mężczyzna był bardzo zaskoczony. Niewątpliwie była to największa niespodzianka w historii ludzkości, chociaż trzeba przyznać, że szybko przerodziła się we frustrację. Gdyby tylko jegomość posłuchał, co miał mu do powiedzenia dżin Dąsacz...

2

O dziewczynce, która nie mogła doczekać się urodzin

Rok jest bardzo niesprawiedliwy, prawda? Tak, rok, nie przejęzyczyłem się. Chodzi mi oto, że spośród tych wszystkich dni każdego z dwunastu miesięcy tylko jeden wypada w twoje urodziny. Tylko jeden! Czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy obchodzili je przynajmniej dwa, trzy, a może nawet dwadzieścia razy w roku? Tak uważała Petunia Świeczka, bohaterka tej opowieści. Ile miała lat? Mniej więcej tyle samo, co ty.

I jak już mówiłem, Petunia Świeczka nie chciała czekać całego roku, żeby znów obchodzić urodziny i urządzić przyjęcie, na które zaprosi swoich kolegów i koleżanki, dostanie dużo prezentów, pokroi tort i zdmuchnie świeczki. Ale jak to zrobić? Eureka! Wpadła na genialny pomysł przyspieszenia urodzin. Przecież nie może stać się nic złego, prawda? Zaraz się okaże.

Wyprawiła przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo prezentów, pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Pełen sukces!

Do tego stopnia, że po dwóch tygodniach nie mogła już wytrzymać i wyprawiła kolejne przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo prezentów, pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Było fantastycznie!

Tak fantastycznie, że nie mogła dłużej czekać i wyprawiła kolejne przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo prezentów, pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Bawiła się świetnie!

Tak świetnie, że... tak jest: wyprawiła kolejne przyjęcie. A potem następne, i jeszcze jedno, a po nim kolejne, aż w końcu po trzech miesiącach skończyła dziewięćdziesiąt lat. Bo za każdym razem, gdy obchodziła urodziny, kończyła kolejny rok życia i nagle uświadomiła sobie, że w tak młodym wieku była już niemal stuletnią starowinką! Co za koszmar. I te zmarszczki! Przynajmniej dostała całkiem ładną laskę. Ale Petunia Świeczka była smutna. Nie chciała być staruszką... przecież była jeszcze dzieckiem! Skończyła zbyt wiele lat w zbyt krótkim czasie. Ale co mogła z tym zrobić? Eureka! Wpadła na genialny pomysł. Musi wyprawić kolejne przyjęcie urodzinowe, zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie: chcę znowu być tą samą dziewczynką, co kiedyś, i obchodzić urodziny tylko raz w roku. Czy to podziałało? Tak, oczywiście! Na całe szczęście. Bo urodziny są po to, żeby obchodzić je tylko raz w roku i pomyśleć życzenie, kiedy zdmuchujesz świeczki na torcie. I ono naprawdę się spełni, pod warunkiem, że zamkniesz oczy.

4

Trzy świnki rowerzystki

Znasz bajkę o trzech świnkach? Ale nie tę zwykłą, tylko taką o trzech świnkach rowerzystkach? Już ci ją opowiadam. Pewnego razu trzy małe świnki wyszły z domu, aby przejechać się na swoich rowerach. Był to najnowszy model, stworzony specjalnie dla świnek, z koszyczkiem na podwieczorek z przodu i z lusterkami, aby mogły widzieć, co dzieje się za nimi na drodze.

- Mamo, jedziemy na przejażdżkę! - krzyknęła najstarsza.

- W porządku, dzieciaczki. Uważajcie na siebie, bo w okolicy grasuje wilk. Nie jedźcie w stronę jeziora.

Jak możesz sobie wyobrazić, świnki nie posłuchały swojej mamy i pojechały w stronę jeziora. Nie bały się, bo myślały, że nikt nie będzie ich mógł dogonić. Ale nie miały racji. Kiedy tylko skręciły w stronę jeziora, najmłodsza świnka, która jechała z tyłu, zobaczyła w lusterku wilka. Pędził w ich stronę na rowerze elektrycznym. "Aj, matulu!" - pomyślała, i zaczęła pedałować z całych sił, cały czas patrząc w lusterko. W ten sposób mogła ocenić, jak daleko znajdował się wilk i czy będzie w stanie go zgubić. Ale mała świnka patrzyła tylko za siebie i nie zwracała uwagi na to, co było przed nią. I... bum! Zderzyła się z drzewem, zepsuła nowy rower i musiała uciekać pieszo. Na szczęście środkowa świnka wzięła ją na swój rower, choć wilk był już bardzo blisko.

Środkowa świnka wiedziała, że jej młodsza siostra miała wypadek, bo cały czas patrzyła w tył, dlatego postanowiła patrzeć tylko przed siebie. Nie chciała zderzyć się z żadnym drzewem. I nie zderzyła się. Ale nie miała za to pojęcia, że wilk chwycił duży kamień, wycelował go w dwie świnki rowerzystki i... bum! Trafił w tylne koło. Świnki wystrzeliły w powietrze, a rower przewrócił się na ziemię.

Na szczęście najstarsza świnka była w pobliżu, wzięła obie siostry na rower, który ugiął się pod ich ciężarem, i zaczęła pedałować ile sił w kopytkach. Najstarsza świnka wiedziała, co przydarzyło się jej siostrom, dlatego postanowiła patrzeć w lusterko, by uchronić się przed atakami wilka, i jednocześnie kontrolować to, co ma na swojej drodze, aby uniknąć zderzenia. W ten sposób trzy świnki rowerzystki uciekały tak długo, że wilk musiał się zatrzymać, bo w jego rowerze wyładowała się bateria. Siostry dotarły do domu całe i zdrowe i akurat zdążyły na kolację, gdzie i ja byłem, i herbatkę z nimi piłem.