Podróż w głąb siebie
Zanim zagłębisz się w tę przygodę, zatytułowaną Opowieści pełne
emocji, chciałbym się z tobą gorąco przywitać. Lubię sobie wyobrażać,
że przygoda ta jest jak spacer po ogrodzie. Dlaczego? Zaraz się o tym
przekonasz. Na razie musisz uzbroić się w cierpliwość, bo wcześniej
chciałbym wytłumaczyć, dlaczego ten ogród należy zarówno do ciebie, jak
i do mnie, i że możesz przechadzać się po nim według uznania. Możesz
skakać z opowiadania na opowiadanie, krążąc radośnie po kartach książki
niczym ptaki, na które natkniesz się tu i ówdzie. Chyba że wolisz zacząć
od pierwszego i czytać jednym tchem aż do końca, aż do ostatniego "i żyli długo i szczęśliwie". Możesz też czytać jedno opowiadanie każdego
wieczoru przed snem. Albo dwa, trzy lub tylko połowę, zostawiając
zakończenie na dzień następny. Oczywiście możesz to robić w ciszy i w samotności, ale także na głos, w towarzystwie innych osób. Niektórzy
wolą czytać, śpiewając, jak mój serdeczny przyjaciel pan Petrov. Uważa
on, że wyśpiewywanie opowiadań napełnia serce radością. No przecież,
radością! Czy ktoś wspomniał o radości? Jak dobrze, że to słowo wpadło
mi do głowy, bo teraz mogę opowiedzieć ci o czymś bardzo ważnym, co może
pomóc w lekturze tej książki. Czas na kilka słów...
O NIEZWYKŁEJ MOCY OPOWIADAŃ
Książka, którą trzymasz w rękach, nosi tytuł Opowieści pełne emocji,
ale w tym wypadku nie mówimy o emocjach, jakie wywołują w nas przygody
bohaterów i czyhające na nich niebezpieczeństwa, które sprawiają, że
serce bije nam szybciej. Zazwyczaj mówimy, że jakiś film był
emocjonujący albo że emocjonujemy się nadchodzącym przyjęciem
urodzinowym, a kiedy coś wzbudza w nas silne emocje, to najczęściej mamy
na myśli radość, tęsknotę czy nawet strach. Jednak w tym wypadku
będziemy mówić o całej gamie emocji. Bo owszem, należy do nich radość,
ale także znudzenie. Albo, żeby podać więcej przykładów, wstręt czy
spokój. Dlatego kiedy mówię, że ta książka jest pełna emocji, chodzi mi
o to, że wszystkie opowiadania w taki czy inny sposób odnoszą się do
tego, co czujemy. Cokolwiek by to było. I właśnie na tym polega
niezwykła moc w nich zaklęta: każda opowieść nawiązuje więź z naszymi
emocjami. Wyobraźnia pozwala nam przeżywać je w bezpiecznym środowisku,
na przykład w trakcie lektury, byśmy mogli potem odczuwać je jeszcze
pełniej i bardziej świadomie w prawdziwym świecie. Tym samym nauczysz
się czegoś bardzo ważnego: zrozumiesz swoje emocje. A teraz wytłumaczę
ci powód, dla którego porównuję tę książkę do ogrodu. Wiesz może
dlaczego? Bo będzie nam towarzyszył jedyny w swoim rodzaju kwiat: kwiat
emocji. Nie krzyw się tak, już tłumaczę, o co mi chodzi.
CZYM JEST KWIAT EMOCJI?
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku słynny amerykański psycholog
Robert Plutchik opracował model, który w obrazowy sposób pozwala
rozpoznać i zrozumieć różne emocje oraz odkryć istniejące między nimi
zależności. Model ten znany jest jako koło emocji. Postanowiłem
przekształcić je w kwiat, bo uznałem że o wiele przyjemniej jest mówić o ogrodzie opowieści, a nie na przykład o garażu pełnym opon. Ale żarty na
bok, za pomocą tego kwiatu będzie nam łatwiej zapoznać się z naszym
wachlarzem emocjonalnym i zrozumieć go po to, by potem inni mogli
zrozumieć nas.
W JAKI SPOSÓB DZIAŁA KWIAT EMOCJI?
Popatrzmy, z czego składa się nasz utworzony na bazie koła kwiat. Przede
wszystkim możemy zauważyć, że ma osiem płatków, każdy w innym kolorze.
Odpowiadają one tak zwanym emocjom podstawowym, które znajdują się
pośrodku płatka:
Na osiem emocji podstawowych składają się: radość, smutek, strach,
gniew, ufność, niechęć, zaskoczenie i wyczekiwanie.
Płatki są podzielone na trzy części ze względu na intensywność,
czyli siłę, z jaką odczuwasz emocje. Na czubku każdego płatka
znajdziesz ich najbardziej subtelną postać, a u podstawy - tę o największym natężeniu. Podam ci przykład: radość jest emocją
podstawową i w zależności od tego, czy odczuwasz ją silnie, czy
tylko łagodnie, znajdujesz się w ekstazie lub ogarnia cię spokój. To
samo dzieje się w przypadku gniewu (emocja podstawowa), wściekłości
(największa intensywność) i złości (najmniejsza intensywność). I tak
dalej, i tak dalej. To naprawdę proste!
Z połączenia różnych emocji powstają nowe, co odzwierciedlają
przestrzenie pomiędzy płatkami naszego kwiatu. Kiedy popatrzymy na
obrazek na następnej stronie, to zauważymy, że pomiędzy radością a wyczekiwaniem znajduje się optymizm, natomiast między radością a ufnością jest miejsce dla miłości. Z połączenia smutku i zaskoczenia
powstaje rozczarowanie. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście
istnieje więcej kombinacji, ale ten najpopularniejszy uproszczony
schemat wystarczy nam do tego, aby wypracować świadomość emocjonalną
niezbędną do interpretacji opowiadań: zarówno indywidualnie, jak i wspólnie z naszymi dziećmi, aby zaznajomiły się z tematem i rozwinęły w sobie inteligencję emocjonalną.
Emocje są przeciwstawne, co oznacza, że każda z nich ma swoje
przeciwieństwo. W tym wypadku po przeciwległej stronie każdego
płatka znajduje się inny, stojący do niego w opozycji.
Radość jest przeciwieństwem smutku.
Strach jest przeciwieństwem gniewu.
Ufność jest przeciwieństwem niechęci.
Zaskoczenie jest przeciwieństwem wyczekiwania.
W CZYM MOŻE NAM POMÓC KWIAT EMOCJI?
Pozwala nam rozpoznać emocje, jakie wzbudza dane opowiadanie: nie tylko
te do niego przypisane, ale także wszystkie inne, jakie odczuwamy w trakcie lektury. Dzięki temu prostemu ćwiczeniu niczym w grze
detektywistycznej ćwiczymy umiejętność wykrywania przeżywanych przez nas
emocji. A ponadto w przyszłości będziemy też mogli lepiej zrozumieć
innych i znaleźć więcej empatii dla otaczających nas osób.
JAK CZYTAĆ OPOWIADANIA, WYKORZYSTUJĄC KWIAT EMOCJI?
W spisie treści, przy tytule każdego opowiadania podane są główne
emocje, jakie powinno wzbudzać. Ale uwaga, to tylko propozycja. Może się
zdarzyć, że poczujesz lub skojarzysz z nim zupełnie inne emocje albo że
twoje odczucia będą miały inne natężenie. I to też jest normalne. Wszak
mowa tu o emocjach, dlatego najważniejsze jest to, co czujesz.
Niewykluczone, że dziś jakieś opowiadanie skojarzy ci się - na przykład
- z radością, a gdy wrócisz do niego za jakiś czas, to wzbudzi ono w tobie zupełnie inne emocje, takie jak zaskoczenie czy ufność. Tak czy
inaczej, po lekturze każdego z opowiadań, gdy sprawdzisz już, jakie
emocje do niego przypisałem, możesz zadać sobie kilka pytań, które
ułatwią ci spacer po naszym ogrodzie:
Czy to opowiadanie wzbudza we mnie wymienione emocje?
Jeśli tak, to w którym momencie opowiadania odczuwam je najsilniej?
Rozpoznaję jeszcze inne emocje? Jakie? W jakich momentach?
Co czuje bohater opowiadania? Kiedy po raz ostatni
odczuwałam/odczuwałem tę emocję?
A może czuję zupełnie coś innego? Co? Z jakim natężeniem?
Jeśli czytam to opowiadanie w towarzystwie innych osób, czy wszyscy
odczuwają te same emocje? Czym się różnią?
Po tym wstępie czas na to, co najważniejsze: zachwycający spacer po
ogrodzie pełnym emocji. Do zobaczenia na ścieżkach!
12
I tu jest kość pogrzebana
Mała suczka Pinezka miała ogromne szczęście: znalazła przepiękną i przepyszną kość. Mała psinka miała ogromne szczęście, bo znalazła kość
wprost idealną dla swojego pyszczka: ani za dużą, ani za małą, ani zbyt
długą, ani nawet zbyt krótką, z tych, co to nawet nie wiadomo, z której
strony zacząć zabawę. Miała ogromne szczęście... prawda? A może to nie
było tylko szczęście? Może to przenikliwy węch i zdolności
detektywistyczne, które pozwalały jej odróżnić słowika od innych
latających pod niebem ptaków po samym trzepocie skrzydeł? Może po prostu
była tak dobra? Być może. W każdym razie nasza psina była wesoła,
zadowolona i szczęśliwa. Szczęśliwa? Nie do końca. W jej białej niczym
śnieg główce kłębiło się mnóstwo pytań, które sprawiły, że zbladł jej
uśmiech. Co powinna zrobić z tą kością? Czy mogła chodzić z nią po
okolicy? Może powinna ją ukryć? Tak! Musiała ją porządnie ukryć! Tak,
żeby żaden inny pies nie mógł jej znaleźć. Ale czy takie miejsce
istniało? Pewnie, że tak! Pod ziemią, bo jak wszystkim dobrze wiadomo,
zarówno pieski, jak i piraci, są mistrzami w zakopywaniu skarbów.
Pinezka szukała miejsca idealnego. Może tutaj? A może tam? Albo jeszcze
gdzie indziej? Nareszcie! Wszystkie łapki na pokład! I raz, i dwa, i głębiej, i jeszcze głębiej. Zrobione. Dobra robota, Pinezko! Mogła już
spać spokojnie, bo tylko ona wiedziała, gdzie zakopała swoją kość.
Ale nie zrobiła nawet dziesięciu kroków, kiedy zaczęła się wahać. A jeśli w tym czasie jakiś pies zdążył tam podbiec, odkopać kość i z powrotem zakopać dziurę z prędkością światła?
Czy to w ogóle możliwe? Lepiej nie kusić losu. Zawróciła i z ulgą
stwierdziła, że jej skarb nadal tkwi w ziemi. Uff! Pinezka zakryła kość
i poszła w swoją stronę, ale nie zrobiła nawet jedenastu kroków, kiedy
przyszło jej do głowy, że może tym razem jakiś pies zdążył tam podbiec,
odkopać kość i z powrotem zakopać dziurę. Czy to było możliwe? Lepiej
nie kusić losu. Zawróciła i z jeszcze większą ulgą stwierdziła, że jej
skarb nadal tkwi w ziemi. Pinezka zakryła kość i poszła w swoją stronę.
Nie zrobiła jednak nawet dwunastu kroków, kiedy przyszło jej do głowy,
że... No właśnie. Zawróciła i z ulgą stwierdziła, że jej kość leżała sobie
spokojnie w wykopanej przez nią dziurze.
I tak jeszcze pięć albo nawet i sześć razy, aż w końcu za kolejnym razem
jakiś pies zainteresował się psinką, która raz po raz robiła kilka
kroków, zawracała, kopała w ziemi i znowu zakrywała dziurę, i postanowił
ją śledzić. "Tu musi być pogrzebana jakaś kość" - pomyślał i czekał
tylko, aby z prędkością światła ukraść Pinezce jej kość i uciec tak
szybko, jak tylko potrafią psi złodzieje kości.
Biedna Pinezka! Chociaż udało jej się zakopać kość w najlepszym możliwym
miejscu i w najlepszy możliwy sposób, wątpliwości sprawiły, że została
po niej tylko ogromna dziura w ziemi.
13
Koło ratunkowe pana Petrova
Być może znasz już pana Petrova, choć pewnie pierwszy raz o nim
słyszysz. Jeśli tak jest, to gratulacje! Kiedy poznasz już wszystkie
jego dziwactwa i kaprysy (jak badania nad związkiem pomiędzy
prześcieradłami a duchami, wielka kolekcja papieru prezentowego czy
problemy z zegarkiem i ustalaniem godziny), kiedy tylko je poznasz, to
ten przemiły osobnik na stałe zamieszka w twojej wyobraźni. Dzisiaj
opowiem ci historię, której na pewno nie znasz.
Zacznijmy od tego, że pewnego dnia spadł deszcz. Nie był to taki zwykły
deszcz, raczej prawdziwa ulewa, z tych, co to spadają z nieba z taką
siłą, że łamią parasolki, ptaki nawet nie próbują nigdzie latać, a majestatyczne korony drzew zaczynają przypominać sierść mokrego kota.
Deszcz złapał pana Petrova na ulicy i biedny jegomość nie miał się jak
osłonić, więc bał się okropnie, że woda wleci mu za kołnierz. Co by tu
zrobić? A jeśli ulice zamienią się w rzeki? Aj! Nie umiał pływać zbyt
dobrze, może trochę pieskiem, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
Kiedy już nerwy zalały go od środka, przyszło mu do głowy, że powinien
kupić koło ratunkowe. W ten sposób będzie bezpieczny, nawet jeśli deszcz
wszystko zaleje. Nie zastanawiał się ani chwili. Wszedł do sklepu i kupił jedno z tych ogromnych kół ratunkowych, które przypominają
uśmiechniętą kaczkę. Nadmuchał je, założył i spokojnym krokiem poszedł w stronę domu. Nieważne, że ludzie się z niego śmiali, ważne, że czuł się
bezpieczny. Co więcej, tak mu się to spodobało, że postanowił używać go
nawet wtedy, kiedy nie padał deszcz. Nawet wtedy, kiedy na niebie było
tylko kilka chmur. Nawet wtedy, gdy słońce mocno świeciło. Tak jest,
chodził w kole ratunkowym przez cały czas.
Przecież zawsze mogła wylać pobliska rzeka albo pęknąć rura i zalać
ulice wodą, nie mógł też wykluczyć oberwania chmury. Nigdy nie wiadomo...
Nie chciał ryzykować. Wolał mieć przy sobie swoją pływającą kaczkę.
I wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze, aż pewnego dnia pan Petrov
udał się na spacer nad rzekę. Czuł się tak pewnie, że zaczął skakać i wygłupiać się nad jej brzegiem. Aż tu nagle... bum! Poślizgnął się i wpadł
do wody. I wyobraź sobie, że w tym momencie koło ratunkowe, z którym
chodził w tę i we w tę, przedziurawiło się i do niczego się nie
nadawało. Na szczęście nad rzeką była ratowniczka, która miała na oku
wszystkich, a szczególnie panów chodzących w kołach ratunkowych. Gdy
wyciągnęła go na brzeg, powiedziała: "Wiesz, co jest najlepszym kołem
ratunkowym? Umiejętność pływania".
15
Nowa kredka
Jest wiele rodzajów kredek. Grubsze, cieńsze, metalowe, drewniane,
kolorowe, a nawet wielobarwne! Są kredki niebieskie, pomarańczowe,
zielone, liliowe... Są też takie, które mają w sobie wszystkie kolory
tęczy. Znasz je może? Pewnego dnia znalazłem je w jednym ze sklepów w Nigdziejowicach i zachwyciłem się nimi. Kiedy rysowałem, linia co chwila
zmieniała kolor. Czy to magia? Być może, w końcu za dotknięciem tych
małych dobrze naostrzonych różdżek możemy wyczarować, co tylko nam
przyjdzie do głowy. Fascynujące, tak samo jak historia pewnej nowej,
nigdy nieużywanej czerwonej kredki. W całym swoim życiu nie narysowała
ani jednej linii, nie pokolorowała ani jednego obrazka i nigdy nie
dotknęła swoją końcówką kartki papieru. Może właśnie dlatego, kiedy
jakieś ręce podobne do twoich wsadziły ją do piórnika, aby użyć jej po
raz pierwszy na lekcji plastyki, zrobiła się bardzo nerwowa i nie mogła
przestać się trząść.
- Spokojnie - powiedziała jej nieco już zużyta gumka do mazania - pomogę
ci, jeśli wyjedziesz poza linię. Mogę usunąć każdy błąd.
- Ale... sama nie wiem. A co, jeśli linia będzie krzywa? A co, jeśli mój
czerwony kolor nikomu się nie spodoba? A co, jeśli złamię się w palcach?
A co, jeśli w środku jestem zielona?
- Oj tam - wtrąciła się zielona kredka - to przecież nic strasznego.
Kolorujemy tak fajowe rzeczy, jak smoki, trawę czy chmury.
- Chmury? - spytała czerwona kredka.
- Wyluzuj - odparła zielona. - Jeśli ręka będzie chciała, żeby chmury
były zielone albo czerwone, to jej w tym pomożemy. Po prostu daj się
prowadzić i zaufaj sobie.
- Otóż to! - Czarna kredka też chciała wtrącić swoje trzy grosze. -
Ciesz się chwilą. Pamiętam, że przed moim pierwszym razem też się
denerwowałam, ale ja jeszcze widziałam wszystko w czarnych barwach, ha,
ha, ha... I wiesz, co narysowałyśmy? Czarnego bałwana. Było super, a ten
rysunek do dziś wisi w klasie.
Żółta kredka zawsze miała dar do opowiadania historii:
- A ja, jak tylko dotknęłam papieru, to trach! Złamałam końcówkę. I wiesz, co zrobiła? Zastrugała mnie i heja, od nowa. Poszło mi super!
Narysowałam ogon syreny i... kupę!
Wszyscy w piórniku śmiali się i przekrzykiwali, a czerwona kredka
zrozumiała, że każdy miał kiedyś wątpliwości i się denerwował. O dziwo,
uspokoiło ją to tak bardzo, że w końcu zasnęła. A co stało się
następnego dnia? Pewnie już wiesz! I pewnie możesz to ładnie narysować.
18
Pan Żegnalski się ze mną nie wita!
Postanowiłem spędzić wakacje w małej nadmorskiej miejscowości o nazwie
Dorszowo i już od pierwszej chwili wiedziałem, że to strzał w dziesiątkę. Było tam pięknie: biało-niebieskie wąskie uliczki, malutkie,
skąpane w kwiatach balkony i przestrzenne zacienione place, gdzie mogłem
usiąść, aby napić się kawy i poczytać książkę lub coś napisać, na
przykład to opowiadanie. Ponadto dorszowianie byli mili, uśmiechnięci i zawsze mieli w zanadrzu jakąś ciekawostkę, anegdotę lub legendę o swojej
mieścinie. Czułem się tam jak w domu i niemal od samego początku witałem
się z mieszkańcami jak jeden z nich: z panią Bułeczką z piekarni, z Giancarlem Przepysznym z włoskiej restauracji czy z Walentym, który
codziennie otwierał swój kiosk o szóstej rano. Czy witałem się ze
wszystkimi? Nie. Nie z panem Żegnalskim. Choć bardzo się starałem, pan
Żegnalski nigdy nie odpowiedział na powitanie. Nigdy! Próbowałem o tym
rozmawiać z różnymi osobami, ale nikt nie chciał mi wyjaśnić, o co
chodzi, i w najlepszym wypadku mówili, żebym się nie martwił i że pan
Żegnalski po prostu taki jest. Ale ja się martwiłem. Zacząłem się
zastanawiać, czy przypadkiem go czymś nie uraziłem. Co takiego mogłem mu
zrobić? Już nie czułem się tak dobrze w Dorszowie. Tak, wiem, tylko
jedna osoba w całej miejscowości się ze mną nie witała, ale bardzo mi to
przeszkadzało. Może się ze mnie śmiał? Albo mnie nie polubił? Coś mu we
mnie przeszkadzało? Przecież nic mu nie zrobiłem!
Pewnego poranka straciłem cierpliwość. Niewiele myśląc, stanąłem przed
panem Żegnalskim i się z nim przywitałem. Odwrócił głowę i chciał mnie
wyminąć, ale zastąpiłem mu drogę. Pan Żegnalski znowu spróbował mnie
obejść, a ja znowu mu na to nie pozwoliłem. I tak raz za razem,
tańczyliśmy jakiś dziwny taniec bez muzyki, aż w końcu wykrzyczałem, że
nie pozwolę mu odejść, dopóki mi nie odpowie, co takiego mu zrobiłem i dlaczego się ze mną nie wita. Westchnął głęboko, uniósł palec ku górze i powiedział:
- Nie znoszę pożegnań, dlatego nigdy się nie witam. Nigdy. Bo jeśli nie
będę się witał, to nie będę musiał się żegnać. Jakby nic się nie stało.
A teraz, skoro pan już to wie, to z bólem serca muszę powiedzieć...
żegnam!
I sobie poszedł, a ja stałem zdumiony na środku ulicy. Uświadomiłem
sobie, jaki byłem niemądry, myśląc, że pan Żegnalski ma jakiś problem ze
mną, kiedy tak naprawdę miał go z pożegnaniami.
19
O dziewczynce psujzabawie
Była sobie pewna dziewczynka, która wierzyła, że jest prawdziwą
psujzabawą. Co to znaczy? Otóż była pewna, że wraz z jej przyjściem
gdziekolwiek kończyła się jakakolwiek frajda. Na przykład pewnego razu
poszła na zabawę wiosenną i tak bardzo bała się cokolwiek zepsuć, że
niechcący kopnęła doniczkę, w której rosły kłujące kaktusy. Rośliny
wyleciały w powietrze, a ich ostre kolce wbiły się w pupy rodziców,
którzy przyszli na imprezę ze swoimi dziećmi. Efekt? Krzyk, płacz,
koniec zabawy.
Innym razem wybrała się na urodziny swojego kuzyna Fryderyka i bardzo
chciała pokazać, że umie dobrze się bawić. Zaczęła więc skakać i skoczyła tak wysoko, że uderzyła głową w piniatę i rozbiła ją, a jej
biedny kuzyn rozpłakał się, bo przecież on miał to zrobić. Istna
katastrofa! To prawda, że czasami zrzucano na nią winę za różne rzeczy,
jak na przykład wtedy, gdy zerwała się trampolina i wszyscy wylądowali
na ziemi albo gdy na przyjęciu urodzinowym jej koleżanki Karloty
cukiernik się pomylił i zamiast tortu czekoladowo-różanego zrobił ciasto
brokułowo-kalafiorowe. Czy to była jej wina? Czy faktycznie była
psujzabawą? Możesz myśleć, co chcesz, ona była o tym przekonana i w końcu nie chciała już chodzić na żadne przyjęcia. Oczywiście, jej
rodzice byli bardzo smutni. Nie chcieli, żeby tak się czuła, ale nie
mogli jej w żaden sposób pomóc.
Na całe szczęście pewnego wieczoru dziewczynka znalazła w nogach łóżka
śmiesznego chochlika, który powiedział jej, że jest chochlikiem
przyjęciologiem i ma dla niej dobrą wiadomość: faktycznie, była
psujzabawą, ale mogło się to zmienić za pomocą zwykłego fikołka.
- Fikołka? - spytała dziewczynka, ziewając, bo w końcu było już późno.
Chochlik odparł, że tak, że musi zrobić fikołka i wtedy zamiast
psujzabawą stanie się prawdziwą duszą towarzystwa. W ten sposób można
było odwrócić sytuację.
Dziewczynka wykonała więc fikołka albo przynajmniej tak się jej
wydawało, bo nagle zrobiło się jasno i obudziła się z głową w nogach
łóżka i stopami na poduszce. Czy to działo się naprawdę? A może to był
tylko sen? Możesz myśleć, co chcesz, ona była przekonana, że odwiedził
ją chochlik przyjęciolog.
I wtedy pomyślała, że chce pójść na jakieś przyjęcie. Wzięła ze sobą
dużo pistoletów na wodę i rozdzieliła je pomiędzy kolegów i koleżanki. I bawili się świetnie! A dziewczynka nauczyła się, że czasem sytuacja może
odwrócić się za pomocą zwykłego fikołka.
22
O dżinie Dąsaczu i rodzinie, która chciała się dobrze bawić
Jeśli znasz już przygody dżina Dąsacza, to doskonale wiesz, że nie lubi,
kiedy się mu przeszkadza, dlatego cały czas się ukrywa. Choć, umówmy
się, dżin Dąsacz nie jest mistrzem zabawy w chowanego. W każdym razie
kiedy ktoś pociera jego lampę, biedaczysko bardzo się denerwuje, bo musi
z niej wyjść i spełnić życzenie. Na dodatek, jak lubi wspominać, ludzie
zazwyczaj proszą go o to, czego tak naprawdę nie chcą lub nie
potrzebują. Oto co przydarzyło się rodzinie Irigoyenów, która znalazła
lampę na strychu niedawno zakupionego domu. Matka potarła ją i ku
zdziwieniu wszystkich, a głównie siedmioletnich bliźniąt Lity i Kaja,
wyszedł z niej dżin Dąsacz. Wytłumaczył im, kim jest i na czym polega
jego rola:
- Macie jedno życzenie. Co prawda jest was czworo, ale to nie znaczy, że
każdy może o coś poprosić.
- A czy może to być życzenie dla całej rodziny? - spytał ojciec.
- Oczywiście - odpowiedział dżin.
Rodzina Irigoyenów poszła do kuchni, by to przedyskutować, ale na
szczęście Dąsacz nie musiał długo czekać na odpowiedź. Gdy znajdował się
poza lampą, zawsze było mu trochę zimno.
- Już wiemy - powiedziała do niego matka. - Chcemy się dobrze bawić.
Zawsze. Oto nasze życzenie.
- Chcecie się zawsze dobrze bawić? Jesteście tego pewni?
- Tak! - wykrzyknęli Lita i Kaj z entuzjazmem.
- Tak! - potwierdzili rodzice.
- Wasze życzenie jest dla mnie rozkazem.
Rodzina Irigoyenów bardzo się ucieszyła, a dżin Dąsacz wrócił do lampy,
myśląc nad nową kryjówką. Nie miał jednak dużo czasu na przemyślenia, bo
nie minął nawet tydzień, a ktoś znów potarł jego lampę. To były
bliźnięta. Lita i Kaj mieli łzy w oczach i wyglądali na tak zmęczonych,
jak gdyby właśnie rozwiązali jednym ciągiem dwadzieścia zadań z matematyki.
- Dżinie Dąsaczu, chcemy znów się nudzić. Taka ciągła zabawa jest bardzo
męcząca.
- Jesteśmy już bardzo zmęczeni - dodał ojciec, zanosząc się śmiechem i ruszając ramionami tak, jak gdyby był na jakimś koncercie. - Patrz na
to! Nawet teraz nie mogę przestać się bawić. Zatrzymaj to, proszę! Ale
już!
- Prosimy! - krzyknęli wszyscy ze łzami w oczach.
Dżin Dąsacz westchnął głęboko i "odspełnił" ich życzenie, ale poprosił w zamian, żeby wywieźli go nad morze i cisnęli ile sił do wody, żeby w końcu mógł sobie odpocząć.
24
Ballada o wielkim problemie z owcami
O nie! Kiedy stado dotarło nad brzeg rzeki, gdzie owce miały w zwyczaju
pić wodę i moczyć kopytka, na ich drodze stanął ogromny kamień. Gdzie
tam ogromny, gigantyczny! Wyglądało to tak, jakby ziemi coś się
pomieszało i zamiast drzewa wyrosła na drodze góra. Skąd on się tam
wziął? Owce nie miały pojęcia i być może dlatego zaczęły beczeć, patrząc
to na kamień, to na towarzyszącego im pasterza.
- Niezły kamol! - powiedział do siebie pasterz, drapiąc się po głowie. -
Pewnie odpadł od wzgórza. Teraz moje owce nie będą mogły odpocząć.
Zaczął więc szukać innej drogi, ale znalazł tylko szparę pomiędzy stromą
ścianą wzgórza a wyraźnym, porośniętym drzewami i krzewami uskokiem,
przez który nie przeszłaby nawet koza, a co dopiero stado owiec.
- Nie mam wyjścia, muszę przesunąć ten kamień. Wszak tego mnie nauczono.
Pojawił się jakiś problem? Trzeba stawić mu czoło i się go pozbyć.
Pasterz wziął głęboki wdech, jak gdyby powietrze miało mu dodać
nadprzyrodzonych sił, i spróbował przesunąć ogromny kamień. Czy mu się
to udało? A skądże! Głaz nie tylko ani drgnął, ale nie uronił nawet
żadnej łzy, przez co można by pomyśleć, że pozostał niewzruszony. No
nic, trzeba spróbować jeszcze raz. I kolejny. I... hop! Nic. I... jeszcze
raz! Nic z tego. Pasterz męczył się przez prawie dwie godziny, aż w końcu zaczął myśleć, że mu się to nie uda i że ten problem jest zbyt
duży, by mógł go rozwiązać.
- Przykro mi, dziewczynki, musimy poszukać innego miejsca. Położę się na
chwilkę, bo jestem strasznie zmęczony.
I faktycznie, pasterz był tak wykończony, że zasnął na ziemi niemal
natychmiast. Obudził się, nie całkiem jeszcze wypoczęty, bo jakieś
uparte stukanie nie dawało mu spać. Otworzył jedno oko i nie mógł
uwierzyć w to, co zobaczył. Owce stały gęsiego i jedna po drugiej kopały
w kamień, żeby rozkruszyć go kawałek po kawałku. W ten sposób wielki
głaz z każdą chwilą robił się coraz mniejszy.
- Niemożliwe! - krzyknął pasterz, zrywając się na równe nogi. - To
wprost niebywałe! Moje owce nauczyły mnie czegoś, czego nie pokazał mi
żaden człowiek. Że czasem wielkie problemy można rozwiązać małymi
krokami... Albo, jak w tym przypadku, małymi kopniakami.
Niewiele myśląc, dołączył do owiec, aż w końcu otworzyli przejście do
rzeki i owce mogły napić się wody i moczyć kopytka, becząc przy tym
wesoło.
27
O obrazie i gwoździu
To był jeden z najsłynniejszych obrazów na świecie. Ludzie przybywali z różnych stron świata, by go podziwiać i kontemplować jego styl, kolory i kompozycję. Niektórzy badacze poświęcili całe swoje życie na odkrywanie
najgłębiej skrywanych sekretów tego fascynującego dzieła, takich jak
dokładna liczba pociągnięć pędzla, szczegółowa mieszanka kolorów czy
nawet nazwiska wszystkich jego posiadaczy, którzy mieli go w kolekcji,
zanim trafił do muzeum w Raisendörfie, gdzie był wystawiony. Nikt jednak
nie wiedział, że po zamknięciu muzeum obraz zaczynał mówić, i to głównie
o sobie. "Ale jestem wspaniały"; "Jestem tak wyjątkowy, że powinienem
znaleźć się w jakimś muzeum. Czekaj, czekaj, przecież już w nim jestem,
ha, ha, ha... I jestem jego gwiazdą!"; "Nikt nie przyjechałby do
Raisendörfu, gdyby mnie tu nie było". I tak dalej, i tak dalej.
Innym obrazom to nie przeszkadzało, po prostu dawały mu się wygadać, a same zajmowały się swoimi sprawami. Ale pewnego dnia obraz wziął na
celownik gwóźdź, na którym był zawieszony.
- Wiesz co, gwoździu, powinieneś być mi wdzięczny. Gdyby nie ja, pewnie
podtrzymywałbyś jakąś moskitierę albo coś w tym stylu. Czyż nie?
- Nie. Ja po prostu wykonuję swoją pracę. I jestem z niej zadowolony,
chociaż muszę cię znosić.
- Musisz mnie znosić? Co to ma znaczyć? Jesteś zwykłym gwoździem, na
dodatek trochę zardzewiałym. Ja zaś jestem wyjątkowy. Fascynujący.
Nadzwyczajny. Widziałeś minę tej staruszki, która mnie dziś oglądała?
Mało brakowało, by okulary spadły jej z nosa! Nic dziwnego, gdybym sam
zobaczył coś tak wyjątkowego jak ja, zbierałbym szczękę z podłogi. A ty?
Jesteś zrobiony z żelaza i, szczerze mówiąc, nie pachniesz zbyt ładnie.
Nie smuci cię, że nie jesteś mną?
- Ani trochę. Już ci powiedziałem, że po prostu wykonuję swoją pracę.
- Nie obraź się, ale nie płaczesz nocami z żalu, że nie jesteś mną? No
nie wstydź się, bądź ze mną szczery.
W tym momencie gwóźdź zaczął się wiercić, zgiął się wpół i... bam! Obraz
spadł na ziemię z takim hukiem, że włączyły się wszystkie alarmy.
- Ale... ale... co najlepszego zrobiłeś? - krzyczał obraz, czekając, aż
przybiegnie ochrona.
- Nic, po prostu przez jeden dzień zwiedzający będą oglądać tylko mnie.
Ty za to będziesz miał dość czasu, by zrozumieć, że żaden obraz nie
zawiśnie bez gwoździa.
W ten oto sposób w muzeum w Raisendörfie przez kilka godzin pewien obraz
leżał w schowku, a na ścianie wisiał tylko gwóźdź. Nikt nie zwrócił na
to uwagi, ale wydarzenie to samo w sobie było dziełem sztuki.
28
Niespodzianka dżina Dąsacza
Dżin Dąsacz mruknął i prychnął. Ktoś odnalazł lampę i potarł ją
trzykrotnie. Wrrrr! Dąsacz pomyślał nawet, że może nie wychodzić i udawać, że nic się nie stało, ale wiedział, że to niemożliwe. W świecie
dżinów zasady są bardzo surowe. Jeśli ktoś potrze lampę, to trzeba z niej wyjść. Koniec kropka. "Przecież tym razem miałem idealną kryjówkę!
- zrzędził, przygotowując się do wyjścia. - Wrrrr!"
- Witaj, panie - powiedział od niechcenia dżin Dąsacz. - Potarłeś lampę,
więc muszę spełnić twoje życzenie. Ale tylko jedno.
- Tylko jedno? Co to ma być? Jakiś żart? Każde dziecko wie, że życzenia
są trzy. Nie czytałeś nigdy opowieści o Aladynie?
Dżin Dąsacz nic nie odpowiedział. Patrzył na tego chudawego jegomościa,
który wyglądał jak obdarty strach na wróble. I to taki, który jest
bardziej śmieszny niż straszny.
- Hej! Słyszysz mnie?
- Jedno życzenie. Koniec kropka.
- W porządku, niech będzie jedno. W takim razie... Chcę... chcę, żebyś
zrobił mi największą niespodziankę w historii. Tak! Oto moje życzenie!
Chcę wielką, ogromną, mastodontyczną, dinozauryczną niespodziankę. Każdy
lubi niespodzianki, a co dopiero niespodzianki od dżina! To będzie coś
wielkiego, ogromnego, mastodontycznego, dinozaurycznego!
- Chcesz niespodziankę? Ale... - Chociaż dżin Dąsacz był w bardzo złym
nastroju, chciał wyjaśnić temu człowiekowi, że niespodzianki nie zawsze
są... No nic, nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość.
- Ale nie ma żadnego "ale". Ani słowa więcej. Powiedziałem ci już, że
chcę największą niespodziankę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek dostał.
Musisz mnie posłuchać.
- W porządku, jak chcesz. - Dżin Dąsacz skrzyżował ręce na piersi i przybrał postawę dżina, który za chwilę spełni czyjeś życzenie. - Czyli
ma to być niespodzianka?
- Tak.
- Największa niespodzianka, jaką kiedykolwiek zrobił jakikolwiek dżin?
- Dokładnie.
- Jesteś tego pewny?
- Tak.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Dżin Dąsacz wskoczył do lampy i rozpłynął się w powietrzu, aby schować
się tam, gdzie nikt nie znajdzie go przez długie lata. Zanim jednak
zniknął, powiedział:
- Masz swoją niespodziankę, żegnam.
I faktycznie, mężczyzna był bardzo zaskoczony. Niewątpliwie była to
największa niespodzianka w historii ludzkości, chociaż trzeba przyznać,
że szybko przerodziła się we frustrację. Gdyby tylko jegomość posłuchał,
co miał mu do powiedzenia dżin Dąsacz...
2
O dziewczynce, która nie mogła doczekać się urodzin
Rok jest bardzo niesprawiedliwy, prawda? Tak, rok, nie przejęzyczyłem
się. Chodzi mi oto, że spośród tych wszystkich dni każdego z dwunastu
miesięcy tylko jeden wypada w twoje urodziny. Tylko jeden! Czy nie
byłoby lepiej, gdybyśmy obchodzili je przynajmniej dwa, trzy, a może
nawet dwadzieścia razy w roku? Tak uważała Petunia Świeczka, bohaterka
tej opowieści. Ile miała lat? Mniej więcej tyle samo, co ty.
I jak już mówiłem, Petunia Świeczka nie chciała czekać całego roku, żeby
znów obchodzić urodziny i urządzić przyjęcie, na które zaprosi swoich
kolegów i koleżanki, dostanie dużo prezentów, pokroi tort i zdmuchnie
świeczki. Ale jak to zrobić? Eureka! Wpadła na genialny pomysł
przyspieszenia urodzin. Przecież nie może stać się nic złego, prawda?
Zaraz się okaże.
Wyprawiła przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo
prezentów, pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Pełen sukces!
Do tego stopnia, że po dwóch tygodniach nie mogła już wytrzymać i wyprawiła kolejne przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo
prezentów, pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Było fantastycznie!
Tak fantastycznie, że nie mogła dłużej czekać i wyprawiła kolejne
przyjęcie, zaprosiła kolegów i koleżanki, dostała dużo prezentów,
pokroiła tort i zdmuchnęła świeczki. Bawiła się świetnie!
Tak świetnie, że... tak jest: wyprawiła kolejne przyjęcie. A potem
następne, i jeszcze jedno, a po nim kolejne, aż w końcu po trzech
miesiącach skończyła dziewięćdziesiąt lat. Bo za każdym razem, gdy
obchodziła urodziny, kończyła kolejny rok życia i nagle uświadomiła
sobie, że w tak młodym wieku była już niemal stuletnią starowinką! Co za
koszmar. I te zmarszczki! Przynajmniej dostała całkiem ładną laskę. Ale
Petunia Świeczka była smutna. Nie chciała być staruszką... przecież była
jeszcze dzieckiem! Skończyła zbyt wiele lat w zbyt krótkim czasie. Ale
co mogła z tym zrobić? Eureka! Wpadła na genialny pomysł. Musi wyprawić
kolejne przyjęcie urodzinowe, zdmuchnąć świeczki i pomyśleć życzenie:
chcę znowu być tą samą dziewczynką, co kiedyś, i obchodzić urodziny
tylko raz w roku. Czy to podziałało? Tak, oczywiście! Na całe szczęście.
Bo urodziny są po to, żeby obchodzić je tylko raz w roku i pomyśleć
życzenie, kiedy zdmuchujesz świeczki na torcie. I ono naprawdę się
spełni, pod warunkiem, że zamkniesz oczy.
4
Trzy świnki rowerzystki
Znasz bajkę o trzech świnkach? Ale nie tę zwykłą, tylko taką o trzech
świnkach rowerzystkach? Już ci ją opowiadam. Pewnego razu trzy małe
świnki wyszły z domu, aby przejechać się na swoich rowerach. Był to
najnowszy model, stworzony specjalnie dla świnek, z koszyczkiem na
podwieczorek z przodu i z lusterkami, aby mogły widzieć, co dzieje się
za nimi na drodze.
- Mamo, jedziemy na przejażdżkę! - krzyknęła najstarsza.
- W porządku, dzieciaczki. Uważajcie na siebie, bo w okolicy grasuje
wilk. Nie jedźcie w stronę jeziora.
Jak możesz sobie wyobrazić, świnki nie posłuchały swojej mamy i pojechały w stronę jeziora. Nie bały się, bo myślały, że nikt nie będzie
ich mógł dogonić. Ale nie miały racji. Kiedy tylko skręciły w stronę
jeziora, najmłodsza świnka, która jechała z tyłu, zobaczyła w lusterku
wilka. Pędził w ich stronę na rowerze elektrycznym. "Aj, matulu!" -
pomyślała, i zaczęła pedałować z całych sił, cały czas patrząc w lusterko. W ten sposób mogła ocenić, jak daleko znajdował się wilk i czy
będzie w stanie go zgubić. Ale mała świnka patrzyła tylko za siebie i nie zwracała uwagi na to, co było przed nią. I... bum! Zderzyła się z drzewem, zepsuła nowy rower i musiała uciekać pieszo. Na szczęście
środkowa świnka wzięła ją na swój rower, choć wilk był już bardzo
blisko.
Środkowa świnka wiedziała, że jej młodsza siostra miała wypadek, bo cały
czas patrzyła w tył, dlatego postanowiła patrzeć tylko przed siebie. Nie
chciała zderzyć się z żadnym drzewem. I nie zderzyła się. Ale nie miała
za to pojęcia, że wilk chwycił duży kamień, wycelował go w dwie świnki
rowerzystki i... bum! Trafił w tylne koło. Świnki wystrzeliły w powietrze,
a rower przewrócił się na ziemię.
Na szczęście najstarsza świnka była w pobliżu, wzięła obie siostry na
rower, który ugiął się pod ich ciężarem, i zaczęła pedałować ile sił w kopytkach. Najstarsza świnka wiedziała, co przydarzyło się jej siostrom,
dlatego postanowiła patrzeć w lusterko, by uchronić się przed atakami
wilka, i jednocześnie kontrolować to, co ma na swojej drodze, aby
uniknąć zderzenia. W ten sposób trzy świnki rowerzystki uciekały tak
długo, że wilk musiał się zatrzymać, bo w jego rowerze wyładowała się
bateria. Siostry dotarły do domu całe i zdrowe i akurat zdążyły na
kolację, gdzie i ja byłem, i herbatkę z nimi piłem.