Opowieści o nadziei - Heather Morris

-
Proszę czekać
?

Wprowadzenie

.

1 stycznia 2020 roku. Nowy dzień, nowy rok, nowa dekada. Nadzieja - dla każdego z nas z osobna, a także dla całej globalnej społeczności - że to będzie "dobry rok". Jak mawiał Lale Sokołow, mój bliski przyjaciel i człowiek, którego niezwykłą historię opowiedziałam w Tatuażyście z Auschwitz: "Jeśli budzisz się rano, to znaczy, że jest dobry dzień". Podejmujemy postanowienia, zarówno nowe, jak i te powtarzane co roku, być może szeptem powierzamy je najbliższym. Jeśli podzielimy się z kimś nadziejami i marzeniami na nadchodzący rok, to mamy większą szansę, że się spełnią.

Sztuczne ognie z poprzedniej nocy, oglądane na żywo lub na ekranie telewizora, dawno już dogasły, imprezy dobiegły końca, a nam pozostało leczenie kaca na rozmaite sposoby. Mieszkam w Melbourne, na południowo-wschodnim wybrzeżu Australii. W tym roku obchody były tu skromniejsze niż zazwyczaj, często w ogóle zrezygnowano z pokazu fajerwerków. Jak zawsze składaliśmy sobie życzenia, dzieliliśmy się planami i marzeniami, ale i to miało skromniejszy wymiar. Bardzo nas martwiły pożary buszu, które wybuchły mniej więcej tydzień wcześniej i wciąż jeszcze nie zostały opanowane. Wręcz przeciwnie, sytuacja pogarszała się z dnia na dzień.

Tydzień później niezliczone miejscowości przestały istnieć, a wielu ludzi straciło życie, dom albo wspólnotę. Ogień niszczył florę i faunę. Zdjęcia dwu najsłynniejszych ikon Australii - kangura i koali - obiegły świat, stając się wizualnym symbolem destrukcji i rozpaczy. Nowa Zelandia, Kanada i Stany Zjednoczone przysłały strażaków do pomocy w walce z żywiołem, który przybrał rozmiary narodowej katastrofy. Trzech z nich nie wróciło do domu - zginęli, gdy ich samolot spadł podczas akcji gaśniczej.

Światowe gwiazdy wpłacały ogromne kwoty na rzecz poszkodowanych. Dzieci rezygnowały z wyjazdów wakacyjnych i sprzedawały ciasteczka na ulicy, żeby pomóc w zbieraniu funduszy. Rodzina królewska przesłała wyrazy wsparcia i zapewnienia o modlitwie. Artyści z całego świata przyjechali do Australii na największy koncert na żywo w historii kraju. Miliony dolarów trafiły do strażaków i organizacji charytatywnych wspierających wszystkich, którzy ucierpieli podczas pożarów.

Przez kilka tygodni wydawało się, że nic nie powstrzyma szalejącego ognia; w całym kraju, od morza po góry, wybuchały kolejne pożary. Jak mówi przysłowie - przygotuj się na najgorsze, miej nadzieję na najlepsze. W tym przypadku najlepsze oznaczało ulewę na skalę biblijnego potopu. Wszyscy modliliśmy się o deszcz. W końcu nadszedł. Otworzyły się niebiosa i przez wiele dni obfite opady pomagały gasić pożary. Jednak oberwanie chmury siało też spustoszenie na wypalonej ziemi i wywołało lawiny błotne w miejscach, gdzie zabrakło drzew stabilizujących grunt. Powodzie niszczyły teraz miasteczka, zabijały zwierzęta domowe i demolowały kolejne domy.

Wydarzenia na kontynencie australijskim w styczniu 2020 roku odbiły się szerokim echem na całym świecie, bynajmniej nie dlatego, że nigdzie indziej do nich nie dochodzi, ale dlatego że na półkuli południowej lato zaczyna się o pół roku później, więc Australia to jedyny kraj, który stanął w płomieniach wraz z rozpoczęciem nowej dekady. Półkula północna wciąż jeszcze dochodziła do siebie po własnym upiornym sezonie letnim. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. To właśnie w tym dziwnym i niespokojnym czasie po raz pierwszy usłyszeliśmy słowo "koronawirus", czyli COVID-19.

Od tego momentu świat zmienił się ponad miarę, ponad wiarę, ponad wszelkie pojęcie. Wszyscy stanęliśmy w obliczu pandemii o nieznanych dotąd rozmiarach, jakiej nie doświadczyli nawet najstarsi żyjący dziś ludzie. Przyniosła nam niespotykane wcześniej natężenie problemów, przeżywanych indywidualnie i zbiorowo. Utrata pracy. Rozwody. Choroba, z której długo się wychodzi, o ile w ogóle można liczyć na wyzdrowienie. Śmierć. We współczesnych mediach, zarówno tradycyjnych, jak i społecznościowych, roi się od relacji o tragediach. Są dostępne codziennie, przez całą dobę, możemy się od nich odwrócić, ale zaraz potem wracamy, bo tak głęboka jest nasza potrzeba oglądania katastrofy rozgrywającej się na żywo. To, co pozwoliło nam się pozbierać, jednocześnie nas od siebie oddaliło. Czasami jedyny sposób, by choć trochę zagłuszyć ból emocjonalny, fizyczny czy ekonomiczny, to zwinąć się w ciasny kłębek.

Próbowaliśmy zadbać o siebie nawzajem. Ostatecznie w pewnym sensie jesteśmy zwierzętami stadnymi, ciągnie nas do relacji i kontaktów. Szukaliśmy drobnych powodów do radości w zmienionych warunkach życia. Uśmiech małego dziecka, nieświadomego dramatu przetrwania, może okazać się panaceum w chwili emocjonalnej słabości. Dla wielu osób motywacją bywa konieczność wstania z łóżka i nakarmienia psa czy kota. Izolacja wywiera na nas często niszczący wpływ. Gdzie jest moja wspólnota? Gdzie jest moje plemię? Pamiętaj: oni też tam są, i tak jak ty czekają na dzień, kiedy będzie można powiedzieć: "Przeszliśmy przez to razem. Jesteśmy silniejsi". Zalały nas memy o tym, jak nasi dziadkowie walczyli za nas na wojnie, a my mamy tylko siedzieć na kanapie i oglądać Netfliksa; przecież to kpina z prawdziwej traumy, jaką dla tylu ludzi jest wymuszona izolacja. Lale zawsze powtarzał: "Wystarczy obudzić się rano". Może teraz prosi się nas, byśmy obudzili się nie tylko w dosłownym sensie.

A może to nasza planeta nakazuje nam nieco zwolnić tempo? Czy nie błagała nas od dziesięcioleci, żebyśmy lepiej się nią zaopiekowali? Ile ostrzeżeń musi nam dać, zanim zaczniemy jej słuchać? Tyle ich już przecież otrzymaliśmy. Niemal w każdym kraju pomiędzy rządem i naukowcami toczy się nieustanna, nasilająca się od kilku lat batalia o to, jaki wpływ tak naprawdę mamy na zmiany klimatyczne. Aktywistki i aktywiści, zarówno młodego, jak i starszego pokolenia, nawołują do działania, mówią rządzącym, mówią nam wszystkim, że czas zamilknąć i posłuchać naszej planety.

COVID-19 to nasz wspólny wróg, który atakuje wszystkich jednakowo, bez względu na religię, przekonania polityczne, orientację seksualną, rasę czy wiek, a jego skutki są odczuwalne na całym świecie. A jednak zmiany, które wymusza ten nieznany, nowy przeciwnik, przynoszą także nieoczekiwane i pozytywne korzyści. W ciągu zaledwie kilku tygodni od początku kryzysu pojawiły się doniesienia o czystszym powietrzu i niższym poziomie zanieczyszczeń w całych Chinach i wielu miastach europejskich. Kiedy zostaliśmy zamknięci w czterech ścianach, niebo stało się bardziej przejrzyste, a rzeki czystsze. Mogliśmy wyjrzeć na zewnątrz i zobaczyć, co nas czeka.

Kiedy to piszę, patrzę przez okno na swoją ulicę. Dzisiaj nie widzę samochodów osobowych ani furgonetek, ale ludzi. Mężczyzn i kobiety, w dowolnym wieku, w pojedynkę, razem, wiele osób z małymi dziećmi, a jeszcze więcej w towarzystwie psów. Idą ulicą, rozmawiają - to widać. Słuchają. Ich psy szczekają na inne, ukryte za płotem przed naszym wzrokiem, a te im odpowiadają. Komunikują się, zachowując społeczny dystans. Sporo osób zatrzymuje się, żeby chwilę porozmawiać. Co mówią mi te interakcje? Po raz pierwszy za naszej pamięci jednoczy nas jeden cel. Wspólny wróg, którego pokonamy razem, robiąc swoje.

W szczycie lockdownu widziałam, jak pod sąsiedni dom podjeżdża furgonetka, a młoda dziewczyna wyjmuje z pojazdu pudło wypełnione artykułami spożywczymi. Uśmiechnęłam się na widok tej iście hollywoodzkiej sceny - z pakunku wystawała nawet bagietka. Patrzyłam, jak dziewczyna puka do drzwi, ustawia pudło na ganku i odchodzi. Starsza kobieta mieszkająca w tym domu pewnie widziała ją przez okno, bo drzwi otworzyły się natychmiast. Słyszałam, jak powtarza: "Dziękuję, dziękuję". Wyczuwałam emocje w jej głosie. Gdybym musiała się wówczas odezwać, też przyszłoby mi to z trudem. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i odparła: "Proszę bardzo, do zobaczenia za dwa dni", po czym wsiadła do samochodu.

Kiedy rozmyślałam o tamtej scenie, zastanawiałam się nie tyle nad starszą kobietą, ile nad tą młodą dziewczyną. Zgłosiła się jako wolontariuszka, bo straciła pracę? A może była studentką i nie miała teraz zajęć? Skąd wzięły się artykuły spożywcze, które rozwoziła? Ktoś je podarował czy też sama za nie zapłaciła?

Nigdy tak naprawdę nie wiemy, co dzieje się w życiu innych ludzi - nie licząc najbliższej rodziny i przyjaciół. Co sprawia, że ktoś okazuje współczucie i hojność, a kto inny buntuje się, wyzywa, a nawet bije ludzi, którzy próbują mu pomóc? Widziałam taką reakcję wiele razy podczas pracy w szpitalu. Moja córka i zięć - oboje służą w policji - także aż nadto dobrze znają takie sytuacje. To kolejne przypomnienie, żeby nikogo nie osądzać, jeśli nigdy nie znalazłam się w skórze drugiej osoby. W maju 2020 roku brutalne zabójstwo George'a Floyda przez policjanta w Stanach Zjednoczonych wywołało falę gniewu, a na całym świecie dały się słyszeć żądania, by uznano wreszcie, że życie osób ciemnoskórych też się liczy. Przypominają mi się słowa Lalego: "Nie ma znaczenia, jakiego koloru jest twoja skóra, jakiego jesteś wyznania, pochodzenia etnicznego czy orientacji seksualnej. Wszyscy krwawimy na ten sam kolor". On to rozumiał. Wszyscy jesteśmy ludźmi.

W tej chwili trudno jest nawet działać w wolontariacie ze względu na konieczność zachowania dystansu. Wiele osób chce - wręcz potrzebuje - pomagać tam, gdzie to możliwe. Izolacja jest szczególnie trudna dla ludzi żyjących samotnie, dopóki ktoś taki jak ta młoda dziewczyna nie wejdzie do domu starszej kobiety, nie pomoże jej rozpakować zakupów, może napije się z nią herbaty i pogada. Brak relacji z innymi jest trudny do zniesienia - ludzie potrzebują kontaktu fizycznego, uścisku czy pocałunku przyjaciółki, członka rodziny, wnuków.

W nadchodzących miesiącach, a może latach, wszyscy będziemy musieli zrobić krok wstecz, powstrzymać się od komentarza i dostosować do zmian, do jakich dojdzie w wyniku COVID-19. Bezrobocie i związane z nim koszty już teraz stanowią poważny problem we wszystkich krajach. Niektóre ścieżki kariery mogą zostać bezpowrotnie przerwane, trzeba będzie szukać nowych form nauki i pracy. Wpływ na rodziny będzie ogromny, jak wiemy z czasów Wielkiego Kryzysu. Wiemy jednak również, że możemy się przystosować, że możemy szukać innego sposobu na życie - nie będzie już tak samo jak wcześniej, ale być może lepiej. Nasza globalna perspektywa prawdopodobnie na jakiś czas skurczy się do wspólnoty i sąsiedztwa, w którym żyjemy. To wcale nie musi oznaczać czegoś złego. Kiedy spotkamy się ponownie i podzielimy relacjami o tym, jak radziliśmy sobie podczas pandemii w 2020 roku, będziemy słuchać i uczyć się od siebie, będziemy się śmiać i płakać. Nastanie nowy świat, pod wieloma względami mroczniejszy, ale może także lepszy. Nie pozostaje nic innego, tylko zaakceptować to, co nas czeka, unikać nostalgii za przeszłością i pozostawać otwartym na nieuniknione zmiany.

Owszem, przemysł ruszy ponownie, kiedy pokonamy COVID-19, choć będzie do tego potrzeba pracy wielu mądrych osób. Może jednak warto teraz odetchnąć świeżym powietrzem i zastanowić się, czy nie byłoby lepiej, gdyby zakłady ograniczyły emisje, kiedy już produkcja wróci na swoje tory, a w końcu całkowicie je wyeliminowały? Jeżeli jesteśmy na tyle inteligentni, by walczyć z COVID-19, to inteligencji powinno nam także starczyć, by skorzystać z tej okazji i przyczynić się do poprawy stanu naszej planety. Stopniowo coraz wyraźniej widzimy, że COVID-19 jest bezpośrednio związany ze zmianami klimatu, a w bardzo krótkim czasie dotarło do nas, jak szybko można stworzyć czystsze, bezpieczniejsze środowisko. Być może nadszedł czas, byśmy się zatrzymali i posłuchali tego, co przekazuje nam nasza planeta. Można ją uzdrowić, ale nie da się tego osiągnąć w pojedynkę: potrzebne jest zaangażowanie wszystkich jej mieszkańców. Musimy słuchać naszej planety.

Tematem przewodnim Opowieści o nadziei jest słuchanie; to, jak poprzez słuchanie innych, znajdujemy inspirację w codziennym życiu.

W dniu, kiedy go poznałam, kilka tygodni po śmierci jego żony, Lale Sokołow powiedział mi, że ma nadzieję pozostać przy życiu na tyle długo, by opowiedzieć mi swoją historię. To nie ze mną chciał być, powtarzał za każdym razem, gdy pukałam do jego drzwi; chciał być z Gitą. Tak brzmiały słowa, które wypowiadał do mnie codziennie, aż pewnego dnia oświadczył, że ma nadzieję żyć tak długo, jak długo będzie potrzebował mówić, żebym mogła go wysłuchać i spisać jego historię.

Nie miałam do tego żadnych kwalifikacji. Jedyne, czym mogłam się pochwalić, choć wówczas w ogóle o tym nie myślałam, to umiejętność słuchania. Potrafiłam naprawdę aktywnie słuchać. Codziennie chodziłam do pracy na oddziale opieki społecznej dużego szpitala w Melbourne. Tam zajmowałam się pacjentami, członkami rodziny, opiekunami, innymi pracownikami szpitala: oni mówili, ja słuchałam. Często nie wiedzieli, co powiedzieć, jak wyrazić to, co myślą, co czują - tak, bardziej co czują, niż co myślą. To nie miało znaczenia. Milczałam, dając im znać, że nigdzie się nie wybieram, że jestem tam, żeby ich wysłuchać, pomóc, jeśli tylko będę mogła, a oni często znajdowali wtedy odpowiednie słowa. To zaszczyt być osobą, z którą obcy człowiek rozmawia, i od czasu do czasu móc choć trochę wesprzeć kogoś, kto przeżywa tragedię czy traumę.

Dziś ten przywilej wysłuchania opowieści zawdzięczam czytelnikom Tatuażysty z Auschwitz i Podróży Cilki. Niezmiernie mnie cieszy, że tyle osób podzieliło się ze mną odczuciami, jestem wzruszona, że historie Lalego i Cecilii "Cilki" Klein do nich przemówiły, że lektura wywarła głęboki wpływ na tak wielu ludzi na całym świecie, zarówno starszych, jak i młodszych, i pomogła im przetrwać ciężkie chwile. Ufam, że dając im możliwość podzielenia się ze mną nadzieją na to, że obudzą się nazajutrz, a potem kolejnego dnia, nadal choć w niewielkim stopniu im pomagam. Nie mogę zobaczyć ani dotknąć moich czytelników, ale często wyobrażam sobie ich twarze i otoczenie, które opisują. Czytając listy od ludzi, również ich słucham.

Zdałam sobie sprawę, że słuchanie jest sztuką, i mam nadzieję, że czytając tę książkę, ty także postanowisz aktywnie ją praktykować. Mogę ci obiecać, że historie, które usłyszysz, zmienią cię - i to na lepsze. Tylko poprzez wysłuchanie cudzych opowieści możemy wczuć się w położenie innych, dać im głos, dać im nadzieję, że ktoś inny się o nich troszczy. Musimy odwzajemnić ich odwagę w otwieraniu się przed drugim człowiekiem, odpowiedzieć im wrażliwością i współczuciem oraz zachęcić, by robili to częściej.

W tej książce opowiem o tym, jak słuchałam swojego ukochanego pradziadka, o mądrości i radości, jakie może nam przynieść słuchanie seniorów i seniorek. Opowiem również o tym, jak ważne jest słuchanie dzieci. Sama jestem mamą i babcią, i choć nie uważam, że byłam idealnym rodzicem (moje dzieci to potwierdzą!), myślę, że nauczyłam się czegoś, słuchając ich, szanując ich myśli i uczucia, bez względu na to, jak nieistotne lub banalne mogły się wówczas wydawać. Opowiem więcej o czasie spędzonym z Lalem i o tym, czego nauczyło mnie słuchanie tego wyjątkowego człowieka, a także o tym, czego nauczyłam się od wielu innych, którzy znaleźli w sobie odwagę, by zwierzyć mi się z głęboko osobistych i emocjonalnych doświadczeń. Podzielę się z wami również najtrudniejszą lekcją, jaką odebrałam: że przede wszystkim trzeba słuchać siebie.

Chciałabym też przedstawić wam garść własnych refleksji na temat tego, jak aktywnie słuchać. Jeśli będziecie słuchać innych, może się zdarzyć, że dacie im tym nadzieję. W kręgu, gdzie wymieniamy się historiami, nie ma początku ani końca. Nikt nie ma do nich prawa własności i żadne z doświadczeń życiowych nie jest ważniejsze od innych. Każde z nich jest wyjątkowe, ale słuchając ich, wszyscy możemy stać się trochę mądrzejsi, trochę bardziej współczujący i wyrozumiali, nasze życie może się wzbogacić poprzez to, co inni mają nam do powiedzenia o własnym.

Poza doświadczeniem życiowym nie mam żadnych kwalifikacji, by doradzać komukolwiek, jak żyć czy jaką ścieżkę wybrać, nie wyznaję też żadnej konkretnej wiary ani religii. Jedyne, co mam do zaoferowania, to lekcje, które zawdzięczam temu, że na mojej drodze stanęły osoby gotowe opowiedzieć mi swoje historie - a ja byłam gotowa ich wysłuchać. Proste? Owszem. Spróbujcie sami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki