Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu. Tom 2 - Steven Erikson

Kup ebooka

33.00 zł
27.78 zł (26,96 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Wybór zła zawsze wymaga nie­win­nych ofiar"

Mam już za sobą wiele lat. W grun­cie rze­czy ni­gdy nie byłem star­szy. W życiu czło­wieka nad­cho­dzi chwila, gdy odkłada na bok wszyst­kie swe obawy, wszystko, co sta­ran­nie ukry­wał, by nie zaszko­dziło jego repu­ta­cji. Możemy przy­jąć zało­że­nie, że chwila, o któ­rej mówię, nad­cho­dzi tego dnia - ści­ślej mówiąc, jeden dzwo­nek po pół­nocy - gdy sobie uświa­da­mia, że nie może już osią­gnąć nic wię­cej. Zdaje też sobie sprawę, że ostroż­ność nie pomo­gła mu w odnie­sie­niu suk­cesu, ponie­waż nie zdo­łał go odnieść. Nawet jeśli jestem prze­ko­nany, że moje życie było pełne pasji, bogactw zdo­by­tych w zasłu­gu­jący na podziw spo­sób i tak dalej, to prze­ko­na­nie pozo­staje dość wąt­pliwe. Porażka ma wiele postaci, a ja pozna­łem je wszyst­kie.

Pozła­cany dar słońca przy­daje życia temu wietrz­nemu miej­scu odpo­czynku, w któ­rym sie­dzę - stary męż­czy­zna pach­nący oliwą i atra­men­tem - i skro­bię te słowa stę­pio­nym gęsim pió­rem, pod­czas gdy z ota­cza­ją­cego mnie ogrodu dobie­gają szepty, a nieme sło­wiki sie­dzą na cięż­kich od owo­ców gałę­ziach. Och, czyż­bym cze­kał zbyt długo? Kości mnie bolą, wszę­dzie mnie kłuje, żony przy­glą­dają mi się z cie­nia kolum­nady, z ich uma­lo­wa­nych ust wysu­wają się języki o czar­nych koniusz­kach, a w gabi­ne­cie sędziego klep­sy­dra odmie­rza cier­pli­wość w ryt­mie cmo­ka­ją­cych warg.

Wspo­mi­nam chwałę świę­tych miast, w któ­rych klę­ka­łem w prze­bra­niu przed zawo­alo­wa­nymi tyra­nami i poca­ło­wa­nymi przez bogów braćmi żebrzą­cymi, a na pusty­niach, daleko od tłocz­nych ulic, kara­wany wędrow­ców o ogo­rza­łych od słońca twa­rzach zbli­żają się do wie­czor­nego postoju, straż­nicy z ple­mie­nia Gil­ków gro­ma­dzą się w cie­ni­stych oazach. Wiele razy wędro­wa­łem z nimi jako nie­znany nikomu poszu­ki­wacz przy­gód, poeta o bystrym spoj­rze­niu, zara­bia­jący na życie powta­rza­niem opo­wie­ści o sta­ro­żyt­nych dniach. A cza­sami wcale nie tak sta­ro­żyt­nych. Gdy­byż tylko o tym wie­dzieli.

Zafa­scy­no­wani słu­cha­cze nie skry­wali przede mną niczego, ponie­waż życie na pustyni skła­nia męż­czyzn i kobiety do słu­cha­nia opo­wie­ści o wszyst­kim, co natu­ralne i nienatu­ralne. Ja jed­nak, mimo wszyst­kich słów peł­nych łez i rado­ści, smut­ków miło­ści i śmierci, które wycho­dziły z moich ust, gład­kie jak oliwki i słod­kie jak figi, ni­gdy nie prze­la­łem ani jed­nej kro­pli krwi. Noc mogła cią­gnąć się dalej, pełna śmie­chu i łez, słów sprze­ciwu i żar­li­wych modlitw o prze­ba­cze­nie (oczu lśnią­cych od mojej nie­śpiesz­nej eks­plo­ra­cji ciała chwi­lo­wej kochanki, jedwab­nej pościeli, bły­sku buj­nych ud i piersi), jakby duchy pia­sku i bogo­wie tor­nada mogli zatrze­po­tać skrzy­dłami ze wstydu i zapie­ra­ją­cego dech w pier­siach szoku. O nie, przy­ja­ciele. Spójrz­cie, jak wiją się z zazdro­ści!

Powi­nie­nem dodać, że moje opo­wie­ści pocho­dzą z całego świata. Odwie­dza­łem Toblai w ich gór­skich warow­niach, gdzie zaspy śniegu się­gają wyżej niż szczyty dachów dłu­gich domów. Sta­łem na wyso­kich kli­fach Zguby, obser­wu­jąc uszko­dzony sta­tek, z wysił­kiem brnący ku bez­piecz­nemu miej­scu. Cho­dzi­łem po uli­cach Malazu, w posęp­nym cie­niu Mocka, i widzia­łem na wła­sne oczy sam Dom Umar­łych. Tylko upływ lat zagraża śmier­tel­nemu wędrow­cowi, albo­wiem świat jest okrą­gły i ten, kto pra­gnie zoba­czyć wszystko, jest ska­zany na podró­żo­wa­nie bez końca.

Ale teraz widzi­cie mnie w tym azylu, gdzie chło­dzi mnie fon­tanna, a opo­wie­ści, które zapi­suję na poskrzy­pu­ją­cych kar­tach z papi­rusu, są smacz­nymi kąskami cze­ka­ją­cymi na znu­żo­nych wędrow­ców w tej oazie. Nasyć­cie się albo zgiń­cie. Życie jest tylko poszu­ki­wa­niem ogro­dów i bez­piecz­nego schro­nie­nia, a ja je odna­la­złem i pro­wa­dzę teraz naj­słod­szą z wojen, albo­wiem nie umrę, dopóki będę miał choć jedną histo­rię do opo­wie­dze­nia. Nawet bogo­wie cze­kają zafa­scy­no­wani.

Słu­chaj więc, sło­wiku, i mocno trzy­maj się swo­jej gałęzi. Jestem tylko kro­ni­ka­rzem, a nie­kiedy rów­nież świad­kiem albo opo­wia­da­czem magicz­nych kłamstw, w któ­rych kryją się naj­czyst­sze prawdy. Słu­chaj mnie uważ­nie, bo ta opo­wieść zawiera moje oso­bi­ste wspo­mnie­nia. To ogród cha­otyczny i zachwasz­czony, śmiem jed­nak twier­dzić, że jest rów­nie wspa­niały w swej płod­no­ści, któ­rej zawdzię­czam te poły­skliwe nasiona. To opo­wieść o Nehe­mo­thach i ich śmia­łych poszu­ki­wa­czach, a także o piel­grzy­mach, poetach i o mnie, Ava­sie Didio­nie Migo­cie, byłem bowiem świad­kiem tego wszyst­kiego.

Na piel­grzy­mim szlaku pro­wa­dzą­cym przez Wielką Suchość, pod­czas praw­dzi­wego sezonu, dwa­dzie­ścia dwa dni i dwa­dzie­ścia trzy noce drogi od Bramy Doni­kąd do Świą­tyni Obo­jęt­nego Boga, na tra­sie zna­nej wszyst­kim jako Szlak Potłu­czo­nych Dzba­nów. Zaczy­namy od cudow­nego zrzą­dze­nia losu, które zgro­ma­dziło w jed­nym miej­scu i cza­sie, dwa­dzie­ścia trzy dni drogi za Bramą, tak wspa­niały zestaw wędrow­ców. A także od paskud­nego pecha, który spra­wił, że sezon był nie­pewny i z pew­no­ścią fał­szywy. Na posęp­nych pust­ko­wiach stud­nie wyschły, a źró­dła zatkało cuch­nące błoto. Obozy Poszu­ki­wa­czy porzu­cono, ich ogni­ska wysty­gły. Nastał dwu­dzie­sty trzeci dzień, a my na­dal mie­li­śmy przed sobą długą drogę.

Szczę­śliwy traf przy­niósł to spo­tka­nie, a pech spra­wił, że podróż oka­zała się wyjąt­kowo trudna. Opo­wieść zaczyna się tej wła­śnie nocy, od kręgu sie­dzą­cych wokół ogni­ska wędrow­ców.

Czym jest krąg, jeśli nie mapą każ­dej duszy?

Opi­sa­nie wędrow­ców

W tym kręgu spo­tkamy pana Mosz­cza Amber­tro­shina, leka­rza, lokaja i stan­greta pra­cu­ją­cego dla Dan­toc Calm­po­si­tis. Ma sze­ro­kie bary i być może wal­czył kie­dyś w licz­nych woj­nach, ale więzy łączące go z tym życiem dawno już się zerwały. Twarz ma nazna­czoną bli­znami i bruz­dami, a jego broda wygląda jak pta­sie gniazdo barwy mie­dzi i żelaza. Służy sta­rej kobie­cie, która ni­gdy nie opusz­cza wyso­kiej karety i ukrywa twarz za gru­bymi zasło­nami w oknach. Podob­nie jak pozo­stali wędrowcy, Dan­toc wyru­szyła na piel­grzymkę. Bogac­two nie przy­nosi wiel­kiego pocie­sze­nia, gdy dusza jest zbyt roz­rzutna. Dla­tego Dan­toc weź­mie w rękę miseczkę i będzie żebrała przed obli­czem Obo­jęt­nego Boga. Tej nocy dla obojga bło­go­sła­wień­stwo jest jed­nak tak odle­głe, że rów­nie dobrze mogłoby leżeć na dru­gim końcu świata.

Pan Moszcz zali­cza się do sym­pa­tycz­nych ludzi, któ­rych podróżna torba jest pełna uży­tecz­nych umie­jęt­no­ści i któ­rzy chęt­nie zapa­lają fajkę, by pogrą­żyć się w poważ­nym zamy­śle­niu. Każde wypo­wia­dane przez niego słowo jest sta­ran­nie odmie­rzone, jak moneta wyda­wana przez skąpca, która ude­rza o drew­niany blat z twar­dym stu­kiem, a ten dźwięk nadaje jej zna­cze­nie, nawet jeśli liczby się nie liczą. Mruży powieki w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób i ludzie chęt­nie go słu­chają, być może podej­rze­wa­jąc, że jest mądry i skrywa głę­bo­kie tajem­nice. Ten godny zaufa­nia męż­czy­zna z boko­bro­dami jest ide­al­nym loka­jem i wkrótce los wielu ludzi spo­cznie na jego bar­kach.

***

Drugi krąg jest nie­spo­kojny i ten fakt wymaga wyja­śnie­nia. Wśród Nehe­mo­tha­nai znaj­duje się dwóch ryce­rzy, któ­rzy nie spo­czy­wają w pościgu za naj­bar­dziej osła­wio­nymi, strasz­li­wymi mor­der­cami i magami, Bau­che­la­inem i Kor­ba­lem Bro­achem. Ci nie­bez­pieczni ludzie są już bli­sko owych dwóch łotrzy­ków i być może dzieli ich już od nich tylko kilka dni. Ale za tym pośpie­chem kryją się też inne motywy. Powia­dają, że jakaś tajem­ni­cza kobieta dowo­dząca armią mści­cieli rów­nież pra­gnie głów Bau­che­la­ina i Kor­bala Bro­acha. Gdzie ona jest? Nikt tutaj tego nie wie.

Tul­gord Vise ogło­sił się Śmier­tel­nym Mie­czem Sióstr i jest wcie­le­niem czy­sto­ści we wszyst­kich szcze­gó­łach, pomi­ja­jąc imię, które nosi. Płaszcz ma obszyty bia­łym futrem, puszy­stym jak wonny ogród dzie­wicy. Efek­towny, pokryty ema­lią hełm osła­nia­jący jego głowę lśni jak białko jaja na patelni. Pole­ro­wany kol­czy płaszcz odsła­nia w uśmie­chu liczne sze­regi srebr­nych zębów. Gałką jego dum­nego oręża jest wielki opal. Żadna kobieta nie opar­łaby się poku­sie dotknię­cia go, jeśli tylko nie zabrak­nie jej śmia­ło­ści.

Jego lico pło­nie wizją obja­wie­nia, oczy są grud­kami złota pocho­dzą­cymi z ukry­tego skarbca, któ­rego nikt ni­gdy nie odnaj­dzie. Wszel­kie zło, jakie widział, zgi­nęło z jego ręki. Całą szla­chet­ność, któ­rej udziela wędrow­com samą swą obec­no­ścią, spło­dził w ciągu dzie­wię­ciu mie­sięcy. Oto Tul­gord Vise, rycerz i obrońca prawdy w świę­tym bla­sku Sióstr.

Przejdźmy teraz do dru­giego ryce­rza, który był na tyle śmiały, że rzu­cił wyzwa­nie pre­ten­sjom Śmier­tel­nego Mie­cza do nie­zrów­na­nej poboż­no­ści. Arpo Relent nosi tytuł Zdro­wego Ryce­rza i pocho­dzi z odle­głego mia­sta, które ongiś było czy­ste i prawe, ale obec­nie, po wizy­cie Bau­che­la­ina i Kor­bala Bro­acha, zmie­niło się w upa­dłą paro­dię wszyst­kiego, co ongiś sobą repre­zen­to­wało. Tak przy­naj­mniej zapew­nia Zdrowy Rycerz i te słowa sta­no­wią sedno jego ślu­bów zemsty.

Deter­mi­na­cję Tul­gorda Vise'a wzmac­nia bło­go­sła­wiona biel jego obli­cza, nato­miast spo­kojne nie­prze­jed­na­nie Arpa Relenta pokrywa pozłota sło­necz­nego bla­sku. Ten kon­trast mię­dzy dwoma ryce­rzami zapo­wiada moż­li­wość bar­dzo nie­przy­jem­nego star­cia mię­dzy nimi. Arpo ma masywną klatkę pier­siową. U jego bio­der zwi­sają bliź­nia­cze dłu­gie mie­cze, ukryte w pochwach z czar­nego drewna ozdo­bio­nego zło­tym fili­gra­nem. Ich gałki wyglą­dają jak złote jaja, z któ­rych mogłyby się wykluć kobiece wes­tchnie­nia. Arpo Relent zaiste jest dumny z tych mie­czy. Ten nie­zrów­nany wzór czy­sto­ści nie dba przy tym o wes­tchnie­nia. I cóż możemy na to powie­dzieć?

***

Mając za towa­rzy­szy trzech braci wyglą­da­ją­cych, jakby spusz­czali gory­lom łomot dla roz­rywki, Oskoma Pie­śniarz rów­nież mogłaby być ska­zana na życie w cno­cie. W dodatku Mikrus Pie­śniarz wle­pił spoj­rze­nie w grupkę arty­stów i oznaj­mił, gło­sem sta­now­czym jak ude­rze­nie topora, że męż­czy­znę, który roz­dzie­wi­czyłby jego sio­strę, czeka cię­cie tak pre­cy­zyjne, że nawet zagło­dzony wró­bel nie zdoła odna­leźć robaka.

W tej samej chwili, gdy z ust naj­ro­ślej­szego z jej braci padały te twarde, mro­żące krew w żyłach słowa, Oskoma odda­liła się dys­kret­nie. W końcu sły­szała to wszystko już tysiąc razy. Ale to, co wiemy w danej chwili, czę­sto różni się od tego, czego dowiemy się wkrótce. Na razie przyj­rzyjmy się tej uro­czo bez­mó­zgiej kobie­cie.

Jak wszyst­kim nam dobrze wia­domo, czarny jedwab noszą żałob­nicy pra­gnący dać wyraz swym uczu­ciom. Włosy Oskomy przy­wo­dzą na myśl tego typu szaty. Twarz oto­czona przez te fale nie­bez­piecz­nego miodu jest sze­roka, policzki są rumiane jak pośladki po klap­sie, a spod czar­nych niczym kru­cze pióra rzęs obsy­dia­nowe oczy spo­glą­dają nie­śmiało na każ­dego, kto zechciałby ku nim się­gnąć. Nie­zwy­kle pełne piersi, fałdy pod pachami, słodka krą­głość brzu­cha i sze­ro­kie bio­dra. Nie­stety, ten opis zmieni się w gorące wyzna­nie, jako że nie wspo­mnia­łem jesz­cze o żad­nym ubra­niu.

Ale ci bra­cia! Matka Mikrusa zgu­biła się w lasach Stra­temu pod­czas gwał­tow­nej burzy i zna­la­zła schro­nie­nie w jaskini, która zapro­wa­dziła ją pro­sto w obję­cia niedź­wie­dzia jaski­nio­wego. Jed­nakże w chwili gwał­tow­nego kon­taktu wszel­kie kuli­narne zapędy roz­pa­la­jące ogień w umy­śle bestii znik­nęły, ustę­pu­jąc miej­sca nagłemu obja­wie­niu miło­snych moż­li­wo­ści, które unio­sło oboje ku niebu. Któż zmarsz­czyłby czoło na tak śmiałą suge­stię, gdy potom­stwo zro­dzone z tego zapa­śni­czego paktu stało przed nami, widoczne dla licz­nych świad­ków. W oczach olbrzy­miego męż­czy­zny odbi­jała się dez­orien­ta­cja wywo­łana jego para­dok­sal­nym imie­niem. Były maleń­kie jak u niedź­wie­dzia, ich obwódki miały krwa­wo­czer­woną barwę, a z kąci­ków cie­kły roz­ma­ite płyny. Jego pła­ski, krótki nos błysz­czał, gdy tylko poczuł zapach krwi, a zęby były ruchliwe jak u gry­zo­nia. Mię­śnie, któ­rych wystar­czy­łoby dla trzech męż­czyzn, były roz­miesz­czone w nie zawsze odpo­wied­nich oko­li­cach jego niedź­wie­dzio­wa­tej postaci. Rów­nież włosy wyra­stały w nie­spo­dzie­wa­nych miej­scach, co w dziwny spo­sób har­mo­ni­zo­wało z nie­spo­dzie­wa­nie zro­zu­mia­łymi sło­wami wypły­wa­ją­cymi z wykrzy­wio­nych w gniew­nym gry­ma­sie ust.

Bra­cia bali się go panicz­nie, ale praw­dzi­wość tego szcze­gółu powinno się trak­to­wać z lek­kim nie­do­wie­rza­niem, bio­rąc pod uwagę zło­śliwe spoj­rze­nia, jakie wymie­niali za jego potęż­nymi niczym klif ple­cami. Meszka i Pchła Pie­śniarz byli bliź­nia­kami, zro­dzo­nymi w wyniku nie­for­tun­nych przy­gód ich matki na plaży, na któ­rej samce mor­sów toczyły walki godowe. Miała bli­zny po kłach na dowód praw­dzi­wo­ści tych słów. Owych gene­alo­gii nie powinno się poda­wać w wąt­pli­wość, bo ina­czej wąsy poru­szają się groź­nie, a cuch­nące ciel­ska wstają gotowe do mor­der­czej szarży.

W kon­tra­ście z Mikru­sem i jego zwie­rzęcą pokrywą Meszka i Pchła z dumą ubie­rają się w skóry swego pro­to­pla­sty.

Ponoć jest też wielu innych braci, ale łaskawy los uzbro­jony w kij zatrzy­mał ich w innym miej­scu. Ta strasz­liwa opo­wieść, pełna ognia i zasłu­żo­nej kary, musi jed­nak zacze­kać na inną noc.

***

Z tych, któ­rzy sie­dzą w kręgu doświad­czo­nych łow­ców, pozo­stał tylko jeden. Cichy jak las i pro­fe­sjo­nalny niczym czło­nek kró­lew­skiej świty Steck Marynd nie ma w zwy­czaju chwa­lić się daw­nymi czy­nami. W zagłę­bie­niach jego korzeni kryją się tajem­nice, a jeśli w szpa­rach kory lśnią jakieś oczy, ich dotknię­cie jest zale­d­wie szep­tem cie­nia śmierci. Twarz ma pła­ską, oczy płyt­kie, a usta wąskie i pozba­wione wszel­kiej głębi. Brodę ma czarną, lecz rzadką, a uszy małe jak u małpy i musku­larne jak u muła, jako że poru­szają się nie­za­leż­nie od sie­bie na każdy szept bądź sze­lest. Prze­żuwa swe słowa, aż zmie­nią się w rze­mie­nie, które sma­gają noc wil­go­cią i schną w bla­sku słońca na podo­bień­stwo węgo­rzy.

Na grzbie­cie swego kosma­tego konia wozi arse­nał wystar­cza­jący dla całego gar­ni­zonu. To zwy­czajna broń, ale sta­ran­nie wyczysz­czona i naoli­wiona. Prze­mie­rzył pół świata w pogoni za Nehe­mo­thami, ale ani sło­wem nie wspo­mina o tym, jaka zbrod­nia wzbu­dziła w nim żądzę zemsty.

***

Teraz prze­cho­dzimy, z lekką ulgą, do praw­dzi­wych piel­grzy­mów. Dzielą się oni na trzy odrębne grupy, a każda z nich szuka bło­go­sła­wień­stwa u innego ołta­rza (choć, jak zoba­czymy, wszyst­kie one okażą się osta­tecz­nie tym samym). Mędrcy, kapłani i uczeni usztyw­niają swe koł­nie­rze dla ochrony przed nie­po­żą­da­nymi sprzecz­no­ściami, które i tak pozo­stają realne. Ja jed­nak nie zali­czam się do żad­nej z tych grup i nie noszę koł­nie­rza, a to, co na pierw­szy rzut oka wydaje się nie mieć sensu, w ogóle mnie nie nie­po­koi. Tak oto mamy liczne szlaki, które wszyst­kie pro­wa­dzą w to samo miej­sce.

Dan­toc Calm­po­si­tis, naj­star­sza z czci­god­nych Dan­toców z Powią­za­nego Mia­sta, musi pozo­stać dla nas tajem­nicą. Wystar­czy, że powiem, iż ona pierw­sza wyru­szyła z Bramy Doni­kąd ze swym loka­jem, panem Mosz­czem Amber­tro­shi­nem, który sie­dział na wyso­kim koźle karety z twa­rzą zasło­niętą sze­ro­kim ron­dem tka­nego kape­lu­sza i przy­wi­tał pozo­sta­łych piel­grzy­mów zama­szy­stym ski­nie­niem głowy. W tej samej chwili pojazd i stara kobieta, która przy­pusz­czal­nie w nim prze­by­wała, stały się wyspą na kołach, wokół któ­rej cała reszta wędrow­ców zgro­ma­dziła się niczym dzierzby i mewy. W końcu wszy­scy wie­dzą, że wyspy ni­gdy nie pozo­stają w tym samym miej­scu. Wyspa - czy to na morzu, czy na pia­sku - pły­nie w umy­śle na podo­bień­stwo wspo­mnień bądź snu. Opusz­czamy ją jako wygnańcy i pra­gniemy na nią powró­cić. Świat wpadł na mie­li­znę, histo­ria jest sztor­mem, a my, podob­nie jak Dan­toc Calm­po­si­tis, ukry­wamy się ano­ni­mowo pośród won­nych kwia­tów i cno­tli­wych orze­chów, przez nikogo nie uwa­żani za cen­nych, a dla wszyst­kich obcy.

Wśród piel­grzy­mów zmie­rza­ją­cych do świą­tyni Obo­jęt­nego Boga znaj­duje się wysoki, przy­po­mi­na­jący jastrzę­bia męż­czy­zna, który wszyst­kim chęt­nie zdra­dza swe imię i wtedy w jego sępich oczach zawsze poja­wia się wyraz ocze­ki­wa­nia. Czy go znamy? Spazm pra­gnie odna­leźć swą twarz w bez­kre­snym morzu naszej igno­ran­cji, a gdyby oliwa ska­pu­jąca z czar­nych jak kru­cze pióra wło­sów spla­miła skro­nie jego małej głowy, no cóż, nikt z nas nie odwa­żyłby się sko­men­to­wać tego ani sło­wem, nie­praw­daż? On jed­nak zauważa wszystko i zapa­mię­tuje każdą znie­wagę, poru­sza lekko swą naprawdę maleńką głową, a każdy, kto stałby bli­sko, usły­szałby wtedy ptasi odgłos typowy dla nie­ustan­nie poiry­to­wa­nych. Masze­ruje wciąż przed sie­bie, ku celowi pew­nemu, choć nie­zna­nemu, niczym kogut eks­plo­ru­jący porzu­cony kur­nik.

Dobrze ubrany i zapewne sławny, a także posia­da­jący tak wiele dóbr mate­rial­nych, że był gotowy porzu­cić je wszyst­kie (choćby tylko na krótki czas), zagar­nął dla sie­bie rolę prze­wod­nika, nad­zo­ru­jąc z wynio­słą miną roz­bi­ja­nie obozu pod koniec każ­dego dnia wędrówki, już od pierw­szej nocy po opusz­cze­niu Bramy Doni­kąd, gdy za sta­rym kur­ha­nem zna­leź­li­śmy nie­spo­dzie­wa­nie opusz­czone osie­dla Poszu­ki­wa­czy. W ciągu następ­nych dni trzy­mał się tej roli, choć jego piękny płaszcz zamie­nił się w strzępy i cią­gnął za sobą ślad uno­szą­cych się w powie­trzu piór, a błysk w jego oczach kogu­cika świad­czył o pogłę­bia­ją­cym się sza­leń­stwie wywo­ła­nym wciąż się utrzy­mu­jącą nie­wia­ry­godną samot­no­ścią.

Naj­wy­raź­niej był czło­wie­kiem dotknię­tym przez los podo­bień­stwem do ptaka. Spra­wie­dli­wość każe też jed­nak wspo­mnieć, że dźwi­gał cię­żar ukry­tych ran. Jestem o tym prze­ko­nany, podob­nie jak o tym, że choć poznał bogac­two, zazna­jo­mił się w życiu rów­nież z nędzą, a jeśli obec­nie prze­śla­do­wała go ano­ni­mo­wość, ongiś jej miej­sce zaj­mo­wała infa­mia. A przy­naj­mniej zła opi­nia.

***

Ach, nie zapo­mi­najmy o jego imie­niu. Nazy­wał się Sar­dic Muskuł.

***

Pora przejść do tych, któ­rzy pra­gnęli odwie­dzić świą­ty­nie zupeł­nie innego Obo­jęt­nego Boga. Wresz­cie dotar­li­śmy do poetów i bar­dów. Przed nami cze­kało mia­sto Far­rog. Odby­wał się tam Festi­wal Kwia­tów i Sło­necz­nych Dni, wielka feta, któ­rej kul­mi­na­cją był kon­kurs poezji i pie­śni. Naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nego z uczest­ni­ków nagra­dzano Płasz­czem Naj­więk­szego Arty­sty Stu­le­cia. Mogli­by­śmy z waha­niem dodać, że fakt, iż jest to doroczny kon­kurs, po pro­stu świad­czy o kapry­śnym uspo­so­bie­niu kry­ty­ków i ludzi.

Rzecz jasna, świat arty­stów jest skom­pli­ko­wa­nym labi­ryn­tem peł­nym żmij. Ich dłu­gie ciała wiją się pod sto­pami każ­dego, kto się tam zapu­ści, gotowe kąsać znie­nacka. Wszy­scy, któ­rzy pra­gną sławy, muszą tań­czyć, uno­sić spód­nice i wycią­gać ręce po mar­chewkę, by móc zapła­cić za rado­sne drże­nie, jakim reagu­jemy na uzna­nie, bądź za jesz­cze jeden dzień ucieczki od okrut­nych wymo­gów świata. Pod uśmie­chami zachwytu, kiwa­niem gło­wami, peł­nymi uzna­nia bra­wami i tak dalej kryje się bez­li­to­sna prawda, że żadna widow­nia nie jest na tyle wielka i wspa­niała, by poznać wszyst­kich arty­stów. W arty­ście rodzi się odra­ża­jące prze­ko­na­nie, że ta widow­nia składa się z zale­d­wie pię­ciu osób. Cztery z nich świet­nie zna i za nic w świe­cie nie potrak­to­wałby ich opi­nii poważ­nie. A kim, do licha, jest ta piąta osoba? Ten nie­zna­jomy? Ten wszech­mocny arbi­ter? Nikt tego nie wie i owa świa­do­mość jest strasz­liwą tor­turą.

Nie­mniej jedno jest pewne. Jest zbyt wielu arty­stów na jedną osobę. Dla­tego każdy poeta i malarz, każdy bard i rzeź­biarz, marzy o mor­der­stwie. Pra­gnie zła­pać mocno w rękę to wyry­wa­jące się, war­czące stwo­rze­nie i cisnąć je mię­dzy swych wro­gów.

Pod tym wzglę­dem arty­ści, któ­rzy przy­łą­czyli się do tej okrop­nej grupy wędrow­ców, rze­czy­wi­ście zna­leźli odpo­wiedź na swe naj­go­ręt­sze modli­twy. Uli­tuj­cie się nad nimi.

***

Ale dość już tych żalów. Poeta uwił sobie gniazdo i teraz musi w nim sie­dzieć, pod­czas gdy kłę­biące się robac­two wci­ska się w szcze­linę zwąt­pie­nia i w kro­cze jego kapry­śnego talentu. Spójrz­cie na Calapa Rouda, star­szego rajcę kręgu arty­stów z Powią­za­nego Mia­sta. Każdy z nich przy­cup­nął w pozie nie­pew­nej dosko­na­ło­ści wysoko nad pokrytą guanem pod­łogą klatki (oczy­wi­ście jest pozła­cana). To dwu­dzie­sta trze­cia podróż Calapa przez Wielką Suchość końca natchnie­nia, ale ni­gdy jesz­cze nie zdo­był Płasz­cza.

W grun­cie rze­czy nie­szczę­sna dłu­gość jego życia zbliża się już do stu­le­cia. Można nawet twier­dzić, że Calap Roud sam jest Płasz­czem, choć nikt nie ska­kałby z rado­ści na myśl o zabra­niu go do domu, choćby tylko na dwa tygo­dnie. Prze­ra­ża­jący zestaw alche­micz­nych metod, dostępny dla boga­tych i zde­spe­ro­wa­nych (a bar­dzo czę­sto się zda­rza, że te dwie mio­ta­jące się bez­ład­nie koń­czyny spla­tają się ze sobą w tym samym roz­kle­ko­ta­nym łożu) pomaga mu poko­nać trzy kra­czące zło­wiesz­czo wrony - sta­rość, śmierć oraz pustą miseczkę ambi­cji. Calap Roud przy­po­mina gąbkę nadziei, pach­nącą mig­da­łami, goź­dzi­kami oraz kamie­niami żół­cio­wymi jasz­czu­rek.

Tak oto, dzięki cudow­nemu połą­cze­niu elik­si­rów i odra­ża­jąco dobrego zdro­wia, Calap Roud wygląda na połowę swo­ich lat. Owo wra­że­nie psuje jedy­nie gorzka furia w jego oczach. Czeka, aż go odkryją. (Albo­wiem nawet w Powią­za­nym Mie­ście zasły­nął nie jako odkrywca, lecz jako żało­sny okrut­nik i nędzny, pod­stępny oszust. Rzecz jasna, liczni wiel­bi­ciele obojga płci są gotowi zno­sić jego kaprysy, przy­naj­mniej przez jakiś czas. Nie­stety, biedny Calap wie, że nie ma w tym szcze­ro­ści). Choć ukradł tysiąc sone­tów, kil­ka­dzie­siąt poema­tów epic­kich oraz miliony cię­tych ripost wygło­szo­nych przez mło­dych, uta­len­to­wa­nych arty­stów, któ­rzy nie­opatrz­nie zna­leźli się w zasięgu jego słu­chu, w głębi swej jaźni stoi chwiej­nie na gór­skim szczy­cie i gapi się na ota­cza­jącą go ze wszyst­kich stron prze­paść tar­gany gwał­tow­nymi wichrami. Gdzie jest złota klatka? Gdzie są ci wszy­scy siwo­włosi dur­nie, na któ­rych nasrał? Wokół niego nie ma nic poza bez­denną cze­lu­ścią. Abso­lut­nie nic.

Calap Roud wydał całą swą for­tunę (choć trzeba przy­znać, że była raczej skromna) na prze­ku­pie­nie wszyst­kich sędziów, jakich zdo­łał zna­leźć w Far­rogu. To była jego ostat­nia szansa. Zdo­bę­dzie Płaszcz. Zasłu­żył na niego. Nie cią­żył mu żaden z nie­zli­czo­nych nało­gów prze­śla­du­ją­cych słab­szych arty­stów. Uwol­nił się od nich wszyst­kich, zmie­rza­jąc pro­mienną drogą cnoty. Miał dzie­więć­dzie­siąt dwa lata i w tym roku go odkryją!

Żaden alche­mik ani elik­sir na świe­cie nie mógł jed­nak nic zara­dzić na to, że razem z całym jego cia­łem sta­rzały się rów­nież uszy i nos. Calap Roud miał tylko nie­liczne zmarszczki, jak męż­czy­zna zbli­ża­jący się do pięć­dzie­siątki, ale uszy niby małpa skalna od wielu lat wal­cząca w g'danis­bań­skim kolo­seum, a nos niczym małpa nosacz, która wywo­łała zbyt wiele bójek w gospo­dach. Jego zęby były tak wytarte, że przy­wo­dziły na myśl usta sumów sku­bią­cych sutki. Oczy tego starca kie­ro­wały lubieżne spoj­rze­nia na wszyst­kie kobiety, a za spoj­rze­niami podą­żał roba­ko­waty język pokryty fio­le­to­wymi żyłami.

Celem jego żądzy naj­czę­ściej była nemil­ska pięk­ność sie­dząca w leni­wej pozie po dru­giej stro­nie ogni­ska (jeśli pokusa parzy, jakie inne miej­sce mogłaby zająć?). Sakiewka Frag­ment była tan­cerką i ora­torką znaną w całych Sied­miu Mia­stach. Czyż trzeba doda­wać, że podobna kom­bi­na­cja talen­tów budziła gwał­towny entu­zjazm dyszą­cych ciężko tłu­mów zamiesz­ku­ją­cych mia­sta, mia­steczka, wio­ski, chaty, jaski­nie i szafy na całym świe­cie?

Jej uśmiech był pełen życia, włosy były czarne i cie­płe, a wszyst­kie wypo­wie­dziane słowa pełne ape­tycz­nych krą­gło­ści. Pożą­dało jej tysiąc guber­na­to­rów i dzie­sięć tysięcy szlach­ci­ców. Pro­po­no­wano jej pałace, wyspy na sztucz­nych jezio­rach, a nawet całe mia­sta. Ofia­ro­wano jej stu nie­wol­ni­ków wyszko­lo­nych w sztu­kach miło­snych, któ­rzy spra­wia­liby jej przy­jem­ność, aż wiek i zazdro­śni bogo­wie pozba­wi­liby ją wszel­kiej zdol­no­ści odczu­wa­nia roz­ko­szy. Zasy­py­wano ją klej­no­tami, tak licz­nymi, że mogłyby ozdo­bić sto samo­lub­nych kró­lo­wych w ich mrocz­nych gro­bow­cach. Rzeź­bia­rze rywa­li­zo­wali o prawo stwo­rze­nia jej podo­bizn w mar­mu­rze bądź brą­zie, a potem popeł­niali samo­bój­stwo. Poeci tak głę­boko pogrą­żali się w swych wier­szach wyra­ża­ją­cych podziw i uwiel­bie­nie dla niej, że nie pamię­tali o jedze­niu i umie­rali na swych pod­da­szach. Wielcy wodzo­wie poty­kali się i nadzie­wali na wła­sne mie­cze, pró­bu­jąc ją zdo­być. Kapłani wyrze­kali się trun­ków i dzieci. Żonaci męż­czyźni zapo­mi­nali o wszel­kiej ostroż­no­ści w swych sekret­nych eska­pa­dach. Zamężne kobiety z zachwy­tem dema­sko­wały męż­czyzn, a następ­nie mor­do­wały ich za pomocą ośmie­sze­nia i peł­nych pasji oskar­żeń.

Nic z tego jed­nak nie wystar­czyło, by uga­sić nie­ro­zumne pło­mie­nie palące jej duszę. Sakiewka Frag­ment wie­działa, że jest Zło­dziejką Rozumu. Kra­dła go mędr­com i zmie­niała ich w głup­ców, ale wszystko, co w ten spo­sób zdo­była, prze­cie­kało niczym ciężki jak ołów pia­sek mię­dzy jej wpraw­nymi w sztuce miło­ści pal­cami. Była też Zło­dziejką Pożą­da­nia i żądza ści­gała ją niczym fala przy­pływu. Wszę­dzie, gdzie prze­szła, zosta­wiała za sobą pozba­wione krwi i życia kobiety. Jeśli jed­nak cho­dzi o jej wła­sne pra­gnie­nia, na­dal poszu­ki­wała gorącz­kowo, nie­zdolna przy­siąść na dłu­żej na żad­nej gałęzi, bez względu na to, jak bar­dzo atrak­cyj­nie wyglą­dała ona na pierw­szy rzut oka.

W końcu odkryła szary pro­szek i zaczęła dosy­py­wać go sobie do wina. Ów pro­szek, który tak cudow­nie pozwa­lał jej zapo­mnieć o wszyst­kim, ujaw­nił teraz swą praw­dziwą naturę. Był Zło­dzie­jem Wol­no­ści.

Wej­dzie do sław­nej świą­tyni Obo­jęt­nego Boga, by pro­sić o bło­go­sła­wień­stwo, jakiego nikt ni­gdy nie otrzy­mał. Wie­rzyła, że może się jej udać, ponie­waż zamie­rzała zatań­czyć i zaśpie­wać jak ni­gdy dotąd. Ukrad­nie bogu obo­jęt­ność. Zrobi to.

Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio czuła się wolna, ale nie przy­cho­dziło jej do głowy nic, czego pra­gnę­łaby bar­dziej.

Nie­stety, każ­dej nocy sły­szała zew proszku.

***

Naj­więk­szym rywa­lem Calapa Rouda był pozba­wiony wszel­kich ogra­ni­czeń, ambitny i nie­wy­ba­czal­nie młody Samo­chwał Wzbu­rzony. Nie spo­sób było zaprze­czyć, że zachwy­cał go fakt, iż stary skur­czy­byk rów­nież uczest­ni­czy w tej podróży, albo­wiem Samo­chwał gorąco pra­gnął, by Calap był świad­kiem jego triumfu w Far­rogu. Jeśli wszystko pój­dzie dobrze, może go to zabije.

Sie­dem lat temu Calap zde­fe­ko­wał się na Samo­chwała, sta­ra­jąc się unie­moż­li­wić mu pod­nie­sie­nie się z brud­nej pod­łogi. Samo­chwał jed­nak nie zali­czał się do ludzi, któ­rzy pozwa­lają, by deszcz guana sta­nął na dro­dze ich prze­zna­cze­niu. Wie­dział, że jest bar­dzo uta­len­to­wany w więk­szo­ści dzie­dzin, a w tych, w któ­rych bra­ko­wało mu talentu, mógł nad­ro­bić ten nie­do­sta­tek bez­czel­no­ścią i cał­ko­wi­cie nie­uza­sad­nioną aro­gan­cją. Szy­der­czy uśmiech mógł być rów­nie dobry jak odpo­wiedź. Gry­mas ust potra­fił pode­rżnąć gar­dło czło­wie­kowi sto­ją­cemu na dru­gim końcu pokoju. Patrzył na Calapa tak, jak wilk patrzy na psa - prze­ra­żony fak­tem pokre­wień­stwa i zde­ter­mi­no­wany przy pierw­szej oka­zji roz­szar­pać na strzępy to żało­sne stwo­rze­nie.

Praw­dziwy talent był umie­jęt­no­ścią sku­tecz­nego ukry­wa­nia geniu­szu, a Samo­chwał uwa­żał się za mistrza masko­wa­nia. W przy­szło­ści spły­nie na niego chwała, ale nie zdra­dzał tego żad­nym napo­mknię­ciem, które jakiś zrzę­dliwy kry­tyk albo zaro­zu­miały rywal mógłby wyko­rzy­stać, by rzu­cić się na niego jak gro­no­staj. Nie, na razie wszy­scy mogli go lek­ce­wa­żyć. Zdej­mie maskę w Far­rogu i wszy­scy zoba­czą jego praw­dziwą twarz. Calap Roud, ta piękna tan­cerka o załza­wio­nych oczach, Sakiewka Frag­ment, i Świta...

***

Świta! Skąd mogły się wziąć stwo­rze­nia z takim zapa­łem wyrze­ka­jące się wszel­kich pre­ten­sji do sie­dzą­cego trybu życia? Wyobraźmy sobie pośpiech, pełen eks­cy­ta­cji beł­kot, nie­uchwytny błysk w oku, bez­myślny zapał pie­ska poko­jo­wego, torbę podróżną wypeł­nioną róż­nymi róż­no­ściami, a wszystko to prze­po­jone gra­cją, z jaką fakir przy­go­to­wuje się za kuli­sami do występu przed poda­grycz­nym kró­lem. Tor­nado prze­myka przez przy­po­mi­na­jące świą­ty­nie pokoje i wypada na zewnątrz!

Tupot trzech par stóp, zbli­ża­jący się ze wszyst­kich stron w nie­przy­stoj­nym cwale, lecz szybko prze­cho­dzący w bar­dziej kobiecy trucht, gdy zja­wia się Oto­czony Czcią. Świta towa­rzy­szy Dosko­na­łemu Arty­ście wszę­dzie - na spo­tka­niach wiel­kich i małych, publicz­nych i oso­bi­stych. To ona wznio­sła mury potęż­nej, nie­zdo­by­tej twier­dzy, jaką jest jego ego. Strzeże fosy, powstrzy­mu­jąc wszel­kie suge­stie śmier­tel­no­ści poza naj­słod­szymi wyda­li­nami. Stoi na straży przy wszyst­kich tyl­nych bra­mach, oczysz­cza śluzy, two­rzy witraże, na któ­rych nama­lo­wano bar­wami tęczy per­fek­cyjny pro­fil ich uko­cha­nego.

Ale nie śmiejmy się zbyt­nio, albo­wiem życie każ­dego z nas jest odręb­nym cudem, a pogarda czy litość nie służą zdro­wiu duszy. Zawiść może się nagle wyrwać na wol­ność w krę­pu­jąco publicz­nym miej­scu. Obiekt owego nie­przy­tom­nego podziwu musi zacze­kać, aż na każ­dej z tych kobiet skupi się świa­tło naszego czuj­nego reflek­tora.

Na począ­tek wymie­nimy imiona wszyst­kich trzech i przy­dzie­limy im cha­rak­te­ry­styczne cechy, które uła­twią ich póź­niej­sze roz­po­zna­nie.

Oddana, która jest pierw­sza wła­ści­wie bez kon­kret­nego powodu, prze­żyła już dwa­dzie­ścia trzy lata i pamięta z bole­snymi szcze­gó­łami cztery z nich, od momentu, gdy po raz pierw­szy ujrzała uko­cha­nego Dosko­na­łego Arty­stę, aż do chwili bie­żą­cej, o któ­rej mówi nasza opo­wieść. Z pierw­szych osiem­na­stu lat życia nie pamięta abso­lut­nie nic. Czy się uro­dziła? Czy miała rodzi­ców? Czy ją kochali? Nie potrafi odpo­wie­dzieć na te pyta­nia. Bra­cia? Sio­stry? Kochan­ko­wie? Potom­stwo? Czy jadła? Czy spała?

Ciem­no­brą­zowe i sprę­ży­ste były jej włosy, opa­da­jące w lokach na ramiona. Brew miała cią­głą, o cudow­nie nie­za­leż­nych ruchach na obu koń­cach. Jej nos, wąski i wydatny, nosił wszel­kie ślady nało­go­wego, nie­roz­sąd­nego wściu­bia­nia. Jej ust nie spo­sób opi­sać, jako że ni­gdy nie nie­ru­cho­miały na chwilę wystar­cza­jąco długą, by przyj­rzeć się im uważ­nie, a ster­czący pod­bró­dek zna­mio­no­wał nie­okre­śloną pew­ność sie­bie. O jej ukry­tym pod barwną jak kwiaty ciele nie wia­domo nic. Wystar­czy, że powiemy, iż pew­nie trzy­mała się w sio­dle, nie prze­szka­dza­jąc zbyt­nio koniowi. Oddana o ruchli­wych ustach.

Druga była Roz­pieszczka, słabo zazna­jo­miona ze wszyst­kimi języ­kami, w tym rów­nież ze swym rodzi­mym. Jej umie­jęt­no­ścią było miz­drze­nie się, obja­wia­jące się pod posta­cią zwar­tej grupy manie­ry­zmów i cią­głego prze­cho­dze­nia od jed­nej pozy do dru­giej. Nie­stety, każda z nich trwała chwilę za długo, a zara­zem nie­wy­star­cza­jąco długo. Roz­pieszczka jed­nym cią­giem potrafi przejść od sie­dze­nia na jedwab­nej poduszce ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i łok­ciami opar­tymi mię­dzy kola­nami, oraz cię­ża­rem pod­bródka (i zapewne wszyst­kiego, co znaj­do­wało się nad nim), wspar­tego na dłu­gich, sple­cio­nych pal­cach obu dłoni, do leni­wego prze­cią­gnię­cia dłu­giej, per­fek­cyj­nie ukształ­to­wa­nej nogi, odrzu­ce­nia do tyłu głowy, unie­sie­nia wypro­sto­wa­nych rąk do góry, by pod­kre­ślić impo­nu­jące piersi, a wresz­cie wstać gładko jak dym, obró­cić się, krę­cąc ponęt­nymi bio­drami i uka­zu­jąc po dro­dze bliź­nia­cze beczki poślad­ków, nim spo­cznie na oto­ma­nie, a jej włosy opadną swo­bod­nie niczym macki. Jedną ręką pode­prze głowę, pod­czas gdy druga (ręka, nie głowa) wsu­nie piersi w małe miseczki, któ­rych styl i roz­miar suge­rują, że wybrała je mie­siąc po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści.

Trzeba dodać, że w przy­padku Roz­pieszczki chwila osią­gnię­cia doj­rza­ło­ści była pogrze­bana pod grubą war­stwą dzie­wic­twa, w gro­bie zasy­pa­nym tak dawno, że na wierz­chu wyro­sła już bujna trawa, a miej­scowi paste­rze zdą­żyli zapo­mnieć, co ozna­cza to nie­wiel­kie wznie­sie­nie. Nie­mniej ma dopiero dzie­więt­na­ście lat. Jej włosy, mimo że falują kusząco niczym powierzch­nia morza, mają kolor miodu, choć u koń­ców na sze­ro­kość palca barwi je czar­nym koh­lem. Jej oczy są wizją z fan­ta­zji mło­dego chłopca, w któ­rych oczy mają zna­cze­nie. Są za duże i suge­rują cie­płe, wonne budu­ary, gdzie uczu­cia prze­cho­dzą z macie­rzyń­skich w zupeł­nie inne łatwo jak mru­gnię­cie powieką (albo dwiema). Rzeź­bia­rze mogliby marzyć o przed­sta­wie­niu jej podo­bi­zny w zło­ci­stym wosku albo mięk­kiej gli­nie, mala­rze pra­gnę­liby uwiecz­nić jej urodę na płót­nie albo na fre­sku, jeśli nawet nie na sufi­cie. Nie spo­sób jed­nak unik­nąć podej­rzeń, że ta obse­sja musi trwać krótko. Czy obiekt pożą­da­nia może się oka­zać zbyt pocią­ga­jący? Ile róż­nych póz może ist­nieć na świe­cie i w jaki spo­sób przy­swo­iła sobie je wszyst­kie? Nawet kiedy śpi, jej pozy­cja przy­pra­wia o per­fek­cyjną pal­pi­ta­cję. Rzeź­biarz, który by ją wtedy ujrzał, z roz­pa­czą prze­ko­nałby się, że Roz­pieszczka sama jest rzeźbą, która ją przed­sta­wia. Nikt nie mógłby jej dorów­nać, a tym bar­dziej udo­sko­na­lić. Mala­rze mogliby pogrą­żyć się w tok­sycz­nym obłę­dzie, pró­bu­jąc oddać barwę jej nie­ska­zi­tel­nej skóry. Do kwe­stii tok­sycz­no­ści wró­cimy jesz­cze, gdy przy­po­mnimy o naszej dro­giej Roz­pieszczce.

Czy poeta mógłby oddać jej esen­cję w sło­wach, nie popa­da­jąc w mdło­ści?

***

Przejdźmy do ostat­niej z trójki. Wga­pio­nej Zachwyt nie grozi żadna postać nie­pra­wo­ści, nie z powodu braku doświad­cze­nia, lecz cudow­nej odpor­no­ści na wszel­kie nie­mo­ralne myśli. Zale­d­wie szes­na­ście lat upły­nęło od dnia, gdy matka ze zdu­mie­niem wydała ją na świat, z samej swej natury nie­świa­doma tego, że jest w ciąży, podob­nie jak tego, że córka w nie­po­ka­lany spo­sób odzie­dzi­czy jej nie­win­ność. Wga­piona Zachwyt nie zasłu­guje na nic poza wyro­zu­mia­łymi pochwa­łami, zarówno od pala­dy­nów, jak i od łotrów (pomi­ja­jąc tylko Wiel­kich Arty­stów). Zawsze skora do uśmie­chów, nawet w naj­mniej odpo­wied­nich momen­tach, w jed­nej chwili ucieka jak szcze­niak przed karzą­cym butem pana, by w następ­nej poło­żyć się na jego kola­nach, wier­cąc się, jak potra­fią tylko stwo­rze­nia posia­da­jące pazury, wil­gotny nos i ruchliwy ogon.

Ani jeden z jej uczyn­ków nie zro­dził się ze złych inten­cji. Nie można jej obcią­żyć winą za żaden z licz­nych nie­szczę­śli­wych wypad­ków. Kiedy śpie­wała, co zda­rzało się jej czę­sto, nie potra­fiła odna­leźć wła­ści­wej tona­cji, nawet gdyby przy­le­piono ją do jej języka. Mimo to wszy­scy gapili się na nią z lśnią­cymi podzi­wem oczami. Co wła­ści­wie mogli sobie myśleć? Czy to było echo ich oso­bi­stych wyobra­żeń, zmiaż­dżo­nych i porzu­co­nych już w latach dzie­ciń­stwa? A może to zupełny brak talentu połą­czony z bez­czel­no­ścią przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia pochwał otrzy­my­wa­nych w tych mło­dych latach? A może dra­ma­tyczna powaga jej popi­sów wyłą­czała kry­tyczne zdol­no­ści umy­słu, pozo­sta­wia­jąc tylko papkę o słod­kim zapa­chu?

Wga­piona Zachwyt, córko zdu­mie­nia i zabawko Wiel­kiego Arty­sty, wszel­kie wspo­mnie­nia o tobie z pew­no­ścią pozo­staną nie­śmier­telne i nie­zmienne. Czy­ste jak nostal­gia i zimne okru­cień­stwo, z jakim cię wyko­rzy­stano. Czyż jed­nak nie pro­wa­dzi nas to do samego Wiel­kiego Arty­sty, tego, któ­remu towa­rzy­szyła Świta? Zaiste pro­wa­dzi.

***

Spry­ciarz Lepisz­cze trzy razy zdo­był Płaszcz Naj­więk­szego Arty­sty Stu­le­cia. Trzy­oso­bowa Świta, jaka towa­rzy­szyła mu pod­czas wędrówki przez Wielką Suchość, jesz­cze przed mie­sią­cem skła­dała się z sze­ściu­set pięć­dzie­się­ciu czte­rech kobiet. Gdyby Wpa­trzona w naj­lep­szych inten­cjach nie posta­no­wiła posprzą­tać pod pokła­dem trans­por­to­wej barki, wszyst­kie na­dal byłyby z nim. Jakby cokol­wiek wie­działa o łodziach i podob­nych spra­wach. Jakby była w sta­nie zro­zu­mieć, do czego służą zatyczki spu­stowe i otwory odpły­wowe, czy jak tam wła­ści­wie nazy­wają się takie rze­czy.

Spry­ciarz wyglą­dał na wyż­szego, niż na to wyglą­dał, jeśli w ogóle można powie­dzieć coś takiego. Zde­cy­do­wane ski­nie­nia gło­wami widoczne ze wszyst­kich stron suge­rują, że można. Nosił płaszcz i sta­wiał kroki w spo­sób spra­wia­jący wra­że­nie, że jest oka­zal­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Rysy jego spo­koj­nej twa­rzy nie wyda­wały się zbyt sil­nie zazna­czone, choć nie były też deli­katne. Wszyst­kie razem wyglą­dały przy­jem­nie na jego twa­rzy, ale gdyby oddzie­lić je od sie­bie, i uło­żyć wśród kon­ku­ren­tów na sto­liku baza­ro­wego han­dla­rza, nikt nawet by nie się­gnął po żaden z nich, nie wspo­mi­na­jąc już o ich kupie­niu - chyba że zafa­scy­no­wa­łyby go jako nie­atrak­cyjne kurioza.

Jeśli cho­dzi o talent, Spry­ciarz Lepisz­cze otrzy­mał go cał­kiem sporo. Nie tyle, by prze­le­wał się przez brzegi, ale zawsze coś - pło­mień, mru­gnię­cie, moż­li­wość dosko­na­le­nia, bez­czelna pew­ność, z jaką kro­czył (a za nim jak zwy­kle jego roz­chi­cho­tana Świta). Któ­raś z tych rze­czy, a być może wszyst­kie razem, dobrze mu się przy­słu­żyła i zasły­nął ze swej sławy w rów­nym stop­niu jak z wier­szy i poema­tów. Sława kar­miąca się sławą. Szczę­śliwy traf pozwa­la­jący się sycić tym, co miało dopiero nadejść.

W przy­padku kogoś takiego żadna prze­sada nie może być nad­mierna. Skrom­ność jest bar­dzo cienką war­stewką na powierzchni zapa­mię­ta­łego samo­uwiel­bie­nia, two­rzą­cego złu­dze­nie głębi rów­nie real­nej jak to, co naprawdę jest głę­bo­kie. Sam jed­nak ni­gdy nie uży­wa­łem słów jako broni, ponie­waż mia­łem do dys­po­zy­cji wiele innych, znacz­nie sku­tecz­niej­szych oręży.

W grun­cie rze­czy, gdy przy­glą­dam się sobie, jak sie­dzę przy tym ogni­sku, widzę jesz­cze sto­sun­kowo mło­dego poetę o wiel­kiej sła­wie. Mam nie­wiele wło­sów na gło­wie i w związku z tym mój cień nie przy­po­mina aniel­skiej syl­wetki Spry­cia­rza Lepisz­cza, który dzięki swej buj­nej kasz­ta­no­wa­tej czu­pry­nie bez żad­nego wysiłku przy­wo­łuje na ścianę pobli­skiego namiotu naprawdę impo­nu­jący obraz. Obda­ro­wani rzadko zasta­na­wiają się nad darami, które otrzy­mali. Można nawet powie­dzieć, że nie robią tego ni­gdy, chyba że po to, by je podzi­wiać, albo, co jesz­cze bar­dziej zachwy­ca­jące, podzi­wiać podziw, jaki budzi u innych wszystko, co otrzy­mali - czy to głos, czy dar słów, czy włosy.

Ja jed­nak wyco­fa­łem się w sie­bie, jak zwy­kłem to robić w tam­tych cza­sach - nie­znany nikomu poszu­ki­wacz przy­gód, opo­wia­dacz histo­rii pra­gnący zaprze­czyć związ­kom mię­dzy tymi, które opo­wia­da­łem wów­czas, a tą, którą snuję teraz.

Życiu wszyst­kich wędrow­ców zagra­żało nie­bez­pie­czeń­stwo, albo­wiem życie zawsze jest nie­pewne, ale nie­kiedy niebo bywa pogodne, słońce cały czas świeci i jest cie­pło, w innych zaś chwi­lach fir­ma­ment ciem­nieje, widać na nim tylko zimne świa­tło gwiazd i dmie pory­wi­sty mistral. Dostrze­gamy w tym krąg nie­bios, ale podobne wie­rze­nia to jedy­nie efekt nie­do­stat­ków naszej wyobraźni, ponie­waż to my krę­cimy się niczym chrząszcz ucze­piony koła wozu i w ten spo­sób liczymy upły­wa­jące dni.

Widzę sie­bie, młod­szego niż obec­nie, młod­szego niż kie­dy­kol­wiek. To opo­wieść o mnie, a zara­zem o nim. Jak to moż­liwe?

Czym jed­nak jest dusza, jeśli nie mapą każ­dego kręgu?

***

Miejmy nadzieję, że po poważ­nych roz­wa­ża­niach, które wła­śnie zakoń­czy­li­śmy, ten doda­tek sta­nie się chwilką ulgi. Gdy skoń­czył się dwu­dzie­sty trzeci dzień drogi, grupka nie­szczę­snych wędrow­ców natra­fiła na nie­zna­jo­mego, który podró­żo­wał sam. Wygło­dzony i spa­lony słoń­cem Apto Cana­va­lian zapewne zbli­żał się już do kresu życia i w związku z tym mogłaby mu gro­zić nagła śmierć z rąk Nehe­mo­tha­nai oraz piel­grzy­mów, gdyby nie jeden istotny szcze­gół. Przez spę­kane wargi z ust Apta, być może wypeł­nia­nych jedy­nie mono­tonną dietą zło­żoną z wina i suro­wych ryb, wyrwały się słowa, że nie jest żad­nym piel­grzy­mem. Był w rze­czy­wi­sto­ści sędzią z ducha, nawet jeśli nie z zawodu (bez względu na jego aspi­ra­cje). Apto Cana­va­lian zali­czał się do elity elit w spek­trum inte­lek­tu­ali­stów. Był twórcą para­dyg­ma­tów i pro­gno­stą popu­lar­no­ści w uprzy­wi­le­jo­wa­nych sfe­rach, z któ­rych pły­nie osąd. Krótką mówiąc, był jed­nym z dobo­ro­wego grona decy­du­ją­cego, komu przy­pad­nie tytuł Arty­sty Stu­le­cia.

Jego muł padł dotknięty jakąś paskudną zarazą. Jego sługa padł ofiarą tra­gicz­nego wypadku, pew­nej nocy udu­sił się, szu­ka­jąc samo­za­spo­ko­je­nia. Teraz leżał pocho­wany w bagnie, daleko na pół­noc od Wiel­kiej Sucho­ści. Apto podró­żo­wał na wła­sny koszt, gdyż zapro­sze­nie przy­słane przez mistycz­nych orga­ni­za­to­rów nie­stety nie prze­wi­dy­wało pokry­cia kosz­tów, a z zapa­sów nie pozo­stało mu nic poza butelką sma­ku­ją­cego octem sika­cza (wkrótce wyszło też na jaw, że stan odwod­nie­nia, w jakim się zna­lazł, miał wię­cej wspól­nego z poprzed­nimi dzie­wię­cioma butel­kami niż z bra­kiem wody).

Gdyby arty­ści mieli praw­dziwą odwagę (co jest wąt­pliwe), fakt, że z taką zacie­kło­ścią bro­nili życia Apta tuż po jego odkry­ciu, sta­no­wiłby zna­czący dowód na ist­nie­nie tej cechy, w życiu jed­nak czę­sto mylimy despe­ra­cję i inte­re­sow­ność z odwagą, ponie­waż ich obli­cza są podob­nie sro­gie, a nawet prze­ra­ża­jące.

Nawet czci­godny Tul­gord Vise cof­nął się przed poto­pem led­wie ludz­kich wark­nięć wydo­by­wa­ją­cych się z ich gar­deł. Tak czy ina­czej, gło­so­wa­nie zostało już roz­strzy­gnięte.

***

Noc jest młod­sza, niżby się zda­wało. Otwiera się przed nami opo­wieść, ogromna kłoda o tajem­ni­czym pocho­dze­niu szybko spija pło­mie­nie wypły­wa­jące z węgiel­ków, tłuszcz skwier­czy, a krąg się zacie­śnia. Tylko Dan­toc jak zwy­kle nie opusz­cza karety.

Dla wygody wymie­nimy wszyst­kich raz jesz­cze. Apto Cana­va­lian, nie­dawno przy­były i być może bled­szy, niż przy­stoi ozdro­wień­cowi. Calap Roud, arty­sta mający za sobą stu­le­cie prze­cięt­no­ści, które zapro­wa­dziło go na bar­dzo nie­wiel­kie wyżyny. Avas Didion Migot, czci­godny głos zda­jący tę skromną rela­cję. Sakiewka Frag­ment, która pre­zen­tuje się skrom­nie w zmy­sło­wym bla­sku pło­mieni, a jej oczy są udrę­czone jak doga­sa­jące świece. Samo­chwał Wzbu­rzony, który za chwilę ma pierw­szy prze­mó­wić do zgro­ma­dzo­nych w kręgu, wygląda jak czło­wiek sie­dzący na mro­wi­sku - gorącz­kowo spra­gniony uwagi i mokry od potu. Spry­ciarz Lepisz­cze, spo­czywa na ziemi w impo­nu­ją­cej pozie, jego wyczysz­czone buty błysz­czą, a na wycią­gnię­tych nogach spo­czywają dwie dziew­czyny ze Świty. Wpa­trzona Zachwyt mruga powoli, muska­jąc rzę­sami cenną koń­cówkę kwiatu Spry­ciarza, brew Odda­nej wije się jak gąsie­nica na pło­ną­cej gałązce, a Roz­pieszczka układa się w nową pozę, wci­ska­jąc piersi w bok zwień­czo­nej kasz­ta­no­wymi wło­sami głowy. Cie­kawe, jaką szem­rzącą obiet­nicę sły­szy uwię­zione w ten spo­sób ucho?

Więk­szą część jed­nej strony kręgu zaj­mują Mikrus, Pchła i Meszka Pie­śnia­rze - wojow­ni­cza ściana, groź­nie naje­żona i cuch­nąca jak łóżko nasto­let­niego chło­paka. Bli­sko pokry­tej stru­pami dłoni Mikrusa sie­dzi Oskoma Pie­śniarz. Usta ma usma­ro­wane tłusz­czem i rzuca w moją stronę lubieżne, lecz nie­chciane spoj­rze­nia. Na prawo od niej spa­ce­ruje w kółko Steck Marynd. W przy­ga­sa­ją­cym bla­sku ogni­ska wygląda jak duch. Być może to w brzu­chu tak mu bur­czy, ale prę­dzej trafi go szlag, niż zaspo­koi głód w towa­rzy­stwie tych zwie­rząt. Zdrowy Rycerz Arpo Relent sie­dzi w migo­tli­wym, zło­tym bla­sku, wle­pia­jąc spoj­rze­nie w Pie­śniarzy, pod­czas gdy Tul­gord Vise dłu­bie sobie w zębach szty­chem szty­letu, jak zawsze gotowy w każ­dej chwili wygło­sić ciętą ripo­stę.

Ostat­nie miej­sce w sze­regu zaj­muje nasz prze­wod­nik. Byśmy nie zapo­mnieli, jak się nazywa, godzi się wygło­sić sto­sowny komen­tarz, który wstrzą­śnie naszą pamię­cią i przy­po­mni nam Sar­dica Muskuła, przy­cup­nię­tego w pta­siej pozy­cji, pew­nego sie­bie niczym kogu­cik, choć być może nieco zbi­tego z tropu wyda­rze­niami.

Oto wpro­wa­dze­nie postaci, prze­żute tak sta­ran­nie, że możemy mieć nadzieję, iż nawet nie­mowlę się nim nie zakrztusi.

***

Opo­wieść zaczyna się od słów, które padły nagle w bla­sku ogni­ska. Jego żar nie­sie ze sobą ape­tyczny aro­mat. W pół­mroku za nim trzy konie wiercą się i par­skają, a dwa muły przy­glą­dają się im z zazdro­ścią (wydają się więk­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści, a te szczot­ko­wane grzywy to znie­waga!). Wielka Suchość jest pokry­tym szro­nem pust­ko­wiem ota­cza­ją­cym ze wszyst­kich stron ogrzaną ogniem wyspę, pełną gła­zów, skał i kar­ło­wa­tych krze­wów. Kareta poskrzy­puje. Coś w jej wnę­trzu się poru­sza. Być może zaro­piałe oko wygląda przez szparę mię­dzy zasło­nami albo ucho przy­ci­ska się do wizjera w ścia­nie powozu, w nadziei, że coś usły­szy.

W powie­trzu unosi się doty­kalna aura stra­chu, jakby zapo­wiedź potopu.

Rela­cja z dwu­dzie­stej trze­ciej nocy

- Posłu­chaj­cie! Czyja to jest opo­wieść! - zawo­łał Samo­chwał Wzbu­rzony, czło­wiek wzro­stu spra­wia­ją­cego, że niżsi męż­czyźni nie­na­wi­dzili go z zasady.

Włosy miał skoł­tu­nione i roz­czo­chrane, ale bujne, zęby usta­wione w mniej wię­cej rów­nym sze­regu, usta pełne, a włosy i brodę krótko przy­strzy­żone. Te usta były jed­nak skłonne do gry­ma­sów nie­za­do­wo­le­nia, twarz wyra­żała tylko uża­la­nie się nad sobą, a o nosie lepiej w ogóle nie wspo­mi­nać.

Jego słowa ponio­sły się echem w noc­nym powie­trzu. Samo­chwał cze­kał, aż ktoś rzuci mu wyzwa­nie, ale chęt­nych nie było. Możemy wyli­czyć powody, jakby miały one jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Po pierw­sze, dwa­dzie­ścia trzy dni roz­pacz­li­wych wyrze­czeń, a następ­nie grozy, osła­biło nas wszyst­kich. Po dru­gie, cię­żar koniecz­no­ści oka­zał się zbyt wielki, przy­naj­mniej dla bar­dziej deli­kat­nych spo­śród nas. Po trze­cie, była też kwe­stia poczu­cia winy, najbar­dziej oso­bli­wego ze wszyst­kich jarzm. Być może powin­ni­śmy przyj­rzeć się mu dokład­niej, ale z dru­giej strony to wła­ści­wie zbędne. Któż z nas nie zna poczu­cia winy? Nagle roz­le­gła się seria trza­sków spa­da­ją­cego na węgle tłusz­czu. Pra­wie wszy­scy się wzdry­gnęli.

- Ale potrze­buję odpo­czynku, a co wię­cej pora już na ucztę kry-tyków.

Ach, uczta kry­ty­ków. Ski­ną­łem głową i uśmiech­ną­łem się, ale nikt tego nie zauwa­żył.

Samo­chwał wytarł dło­nie o uda, zer­k­nął na Sakiewkę i prze­su­nął się, by usiąść wygod­niej.

- Ordig mógł się poda­wać za genial­nego arty­stę tylko dzięki tysiąc­owi zbu­twia­łych zwo­jów oraz trzy­ma­nemu w dłoni kuta­sowi mece­nasa. Gdy ktoś nada sobie taki tytuł, wszystko ucho­dzi mu na sucho. Rzecz jasna, każdy wie, że gówno to bar­dzo żyzna gleba, ale co na niej wyro­śnie? Oto jest pyta­nie.

Z ogni­ska try­snęły skry. Buch­nęły z niego kolejne kłęby dymu, a gdy wiatr zmie­nił kie­ru­nek, oczy zaszczy­pały inną grupę wędrow­ców.

Twarz Samo­chwała Wzbu­rzo­nego, roz­świe­tlona poma­rań­czo­wym bla­skiem, rumiana i pełna życia, wyglą­dała, jakby uno­siła się w powie­trzu niczym samo­dzielny obiekt. Poni­żej szyi osła­niał go ciem­no­szary płaszcz ozdo­biony srebr­nymi kółecz­kami. Zapewne tak było lepiej. Głowa wygła­sza­jąca wszyst­kie te komu­nały rów­nie dobrze mogłaby być nadziana na patyk. Wła­ści­wie to cud, że tak nie było.

- Nato­miast Aur­pan, wyobraź­cie sobie bez­czel­ność jego Zarzu­tów win­nego. Cóż za chłam. Winny? Tak jest. Winny cał­ko­wi­tego braku talentu. Musimy, wiem o tym lepiej niż kto­kol­wiek inny, pamię­tać o wro­dzo­nej tępo­cie prze­cięt­nych ludzi, ich skłon­no­ści do wyba­cza­nia wszyst­kiego poza geniu­szem. Aur­pan szczę­śli­wie był odporny na owo zagro­że­nie. Dla­tego wszy­scy go kochali.

Pchła Pie­śniarz odchrząk­nął.

- Niech ktoś obróci tę nogę.

Samo­chwał sie­dział naj­bli­żej rożna, ale oczy­wi­ście nie ruszył się z miej­sca. Pan Moszcz Amber­tro­shin pochy­lił się i zła­pał za owi­nięty w tka­ninę uchwyt. Skwier­czący, try­ska­jący skrami udziec był masywny i nie­umie­jęt­nie nadziany, ale po kilku pró­bach udało mu się go obró­cić. Męż­czy­zna usiadł i rozej­rzał się wyraź­nie zawsty­dzony. Nikt nie chciał spoj­rzeć mu w oczy.

Ciem­ność, nie­pewne świa­tło pło­mieni oraz dym były dla wszyst­kich tej nocy wielką łaską, ale żołądki na­dal pozo­sta­wały nie­chętne i zbun­to­wane. Nikt nie czuł się głodny. Upie­czone mięso posłuży dniu jutrzej­szemu, bole­snej wędrówce przez dziw­nie opu­sto­szałą Wielką Suchość, dwu­dzie­stemu czwar­temu dniu podróży, gdy czu­li­śmy się porzu­ceni przez cały świat. Byli­śmy ostat­nimi, któ­rzy pozo­stali przy życiu, i rodził się w nas strach, że Obo­jętny Bóg nie jest już taki obo­jętny. Czy zapo­mniano o nas, ostat­nich oca­lo­nych ze spra­wie­dli­wego osądu? Spo­glą­da­jąc na pie­czoną nad ogni­skiem nogę, dosze­dłem do wnio­sku, że to moż­liwe, ale mało praw­do­po­dobne.

- Koniec z Ordi­giem i Aur­pa­nem - skwi­to­wał Tul­gord Vise. - Pyta­nie brzmi: kogo zjemy jutro?

***

Ponie­waż uczta kry­ty­ków była tym, czym była, arty­sta, któ­remu ją poświę­cono, musiał dać kry­ty­kom satys­fak­cję, a nawet prze­syt. Mówiąc ści­ślej, musiał być mar­twy. Będzie mar­twy. Inne moż­li­wo­ści nie wcho­dziły w grę. Koń­czyny leżą nie­ru­chomo i nie pró­bują sta­wiać oporu. Nie­czułe usta rzadko się otwie­rają, by dać wyraz obu­rze­niu. Nie ma też moż­li­wo­ści odwo­ła­nia się do argu­mentu brzy­twy, by spra­wić, że na zie­mię padną kolejne trupy. Ciało poru­sza się po trą­ce­niu nogą, ale zaraz nie­ru­cho­mieje. Sztur­cha­nie nic nie daje. Dźga­nie pal­cem nie wywo­łuje reak­cji. Po wszyst­kich tych pró­bach ogła­sza się wresz­cie, że obiekt można bez­piecz­nie obe­drzeć ze skóry i poćwiar­to­wać, odfi­le­to­wać i wypa­tro­szyć, a w końcu podzie­lić na por­cje. Pozwala się na nagłe odkry­cie podziwu, sza­cu­nek jest akcep­to­wany, a jego gło­śne wyra­że­nie zasłu­guje na pochwałę. W końcu nad­cho­dzi pora na uzna­nie, na przy­kład: "Uznaję, że ten arty­sta nie żyje i w związku z tym zasłu­guje na tytuł geniu­sza, a war­tość, jaką osią­gnął za życia, może teraz być zdzie­się­cio­krot­niona". Oto uczta kry­ty­ków.

***

Zdrowy Rycerz Arpo Relent pierw­szy zabrał głos w tej mate­rii. (Jakiej mate­rii? Tej oczy­wi­ście). Do tej pory pro­wa­dzono bez­ładną dys­ku­sję o koniach i mułach, a satys­fak­cja nie chciała nadejść. Połą­czono zasoby i oka­zało się, że jest ich za mało. Żołądki kur­czyły się bole­śnie.

- Na świe­cie jest za dużo arty­stów. Nikt nie może pod­wa­żyć praw­dzi­wo­ści tej tezy. - Chcąc dodać wagi i wia­ry­god­no­ści swym sło­wom (jako że wszy­scy w grupce arty­stów zare­ago­wali na nie nagłym oży­wie­niem), Arpo Relent wsparł zakutą w pan­cerną ręka­wicę dłoń na gałce jed­nego ze swych mie­czy. Chwila, w któ­rej można było wyra­zić sprze­ciw, minęła. - A ponie­waż są wśród nas Nehe­mo­tha­nai, któ­rych sprawa jest naj­spra­wie­dliw­sza, a ich potrzeby są pilne i czy­ste, honor wymaga przy­zna­nia, że potrze­bu­jemy naszych odważ­nych i wier­nych wierz­chow­ców. Jest też oczy­wi­ste, że kareta Dan­toc ni­gdzie nie dotrze bez mułów. W związku z tym trzeba sta­wić czoło twar­dym wymo­gom prze­trwa­nia.

- Chcesz powie­dzieć, że musimy kogoś zjeść - ode­zwa­łem się w tym punk­cie. Nie cho­dziło o to, że byłem wyjąt­kowo tępy. Po pro­stu chcia­łem od razu przejść do sedna (z pew­no­ścią odbiorcy niniej­szej opo­wie­ści zauwa­żyli już u mnie tę ten­den­cję). Moja dewiza zawsze brzmiała "powiedz to pro­sto".

Arpo Relent zmarsz­czył brwi, jakby roz­cza­ro­wała go moja wul­garna zwię­złość. Jakiż arty­sta mógłby powie­dzieć coś takiego? Jakie­muż arty­ście mogłoby zabrak­nąć inte­lek­tu­al­nej sub­tel­no­ści, potrzeb­nej, by pogła­skać kotka eufe­mi­zmu? Kiedy nie chce się pod­jąć gry, trudno mówić o dobrej zaba­wie. Co w tym przy­padku zna­czy poję­cie "dobrej zabawy"? Sprytne uspra­wie­dli­wie­nia popeł­nio­nego mor­der­stwa, rzecz jasna. Cóż mogłoby być bar­dziej zabawne?

Pierw­szy przy­łą­czył się do gry Mikrus Pie­śniarz. Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem i skie­ro­wał świń­skie oczka na nie­szczę­snych arty­stów, któ­rzy stali w zagro­dzie niczym owce, cze­ka­jąc, aż nadej­dzie kat z topo­rem.

- Ale któ­rego naj­pierw, Relent? Od gru­bych do chu­dych? Od nie­przy­jem­nych do bez­u­ży­tecz­nych? Od brzyd­kich do ład­nych? Potrze­bu­jemy jakie­goś sys­temu. Mam rację, Pchła?

- Masz - zgo­dził się jego brat.

- Meszka?

- Masz - powtó­rzył drugi.

- Oskoma?

- Podoba mi się ten z wygo­loną głową.

- Chcesz mnie zjeść naj­pierw?

- Słu­cham?

Mikrus łyp­nął na mnie ze zło­ścią.

- Ostrze­ga­łem cię, Migot.

W roz­mo­wie ze zbi­rem prę­dzej czy póź­niej osiąga się punkt, w któ­rym każde wypo­wie­dziane słowo może się stać uspra­wie­dli­wie­niem prze­mocy. Nie­ważne jakie to słowo. Nie liczy się nawet fakt jego wypo­wie­dze­nia. Nic nie ma zna­cze­nia, poza grubą czaszką i wąt­pli­wej jako­ści sub­stan­cją ukrytą w jej wnę­trzu. Nie ma przy­czyny ani skutku. Wyobra­zi­łem sobie mecha­nizm zmie­rza­jący do chwili wybu­chu. Czas jest z góry usta­lony. Pro­ces jest nie­od­wra­calny.

Cze­ka­łem z rezy­gna­cją, aż złość Mikrusa Pie­śnia­rza eks­plo­duje.

- Powinni opo­wia­dać histo­rie - ode­zwała się nagle Oskoma.

Steck Marynd wybrał aku­rat tę chwilę, by prych­nąć pogar­dli­wie. To było naprawdę efek­towne prych­nię­cie i z pew­no­ścią liczyło się jako pierw­szy oddany głos.

Mikrus zamru­gał. Potem zamru­gał raz jesz­cze. Łatwo można było zauwa­żyć tumult dez­orien­ta­cji, który poja­wił się na jego zwie­rzę­cym obli­czu. Po chwili Mikrus uśmiech­nął się tak sze­roko, że wszyst­kie chmury się spło­szyły.

- Pchła?

- Jestem za.

- Meszka?

- Ja też.

- Ryce­rzu Relent, czy to ci odpo­wiada?

- Powi­nie­neś zwra­cać się do mnie "panie"!

- Czy to zna­czy, że jesteś za?

- Myślę, że tak - ode­zwał się Pchła. - Meszka?

- Och tak, z pew­no­ścią jest za.

W tej samej chwili Tul­gord Vise, Śmier­telny Miecz Sióstr, wszedł w zro­zu­miałą lukę dzie­lącą Nehe­mo­tha­nai od bez­tro­skich arty­stów (do któ­rych w owym punk­cie lek­ko­myśl­nie się zali­cza­łem), wydał z sie­bie nie­wy­tworny odgłos (gór­nym otwo­rem ciała) i przyj­rzał się ze spo­ko­jem wszyst­kim obec­nym, w tym rów­nież prze­wod­ni­kowi (któ­rego imię w tej chwili mi umyka), panu Mosz­czowi, Sakiewce Frag­ment, oraz Świ­cie (biedny Apto jesz­cze do nas nie dołą­czył). Można przy­pusz­czać, że pra­gnął w ten spo­sób usta­lić, że to on jest osta­tecz­nym arbi­trem w tej mate­rii (tak jest, tej mate­rii), ale oczy­wi­ście on rów­nież miał tylko jeden głos, nie­wy­klu­czone więc, że był to dla niego dyle­mat moralny. Naj­wy­raź­niej dostrzegł potrzebę uspra­wie­dli­wie­nia tego, co miało się wyda­rzyć, a gdy cho­dziło o kwe­stie moralne, któż mógłby być lep­szym sędzią niż Tul­gord Vise?

No cóż, być może ofiary?

Ale na to łatwo można zna­leźć odpo­wiedź w infan­tyl­nym arse­nale leżą­cym w zasięgu wszyst­kich, któ­rzy nie mają nic do stra­ce­nia, za to wszystko do zyska­nia. Odkąd to etyka może zatrium­fo­wać nad siłą? Walka była tak nie­równa, że nikt nie czuł potrzeby ucie­ka­nia się do prze­mocy. W związku z tym pozer­stwo Tul­gorda przy­jęto z obo­jęt­no­ścią, na jaką zasłu­gi­wało. Ten szcze­gół cał­ko­wi­cie jed­nak umknął jego uwagi.

W ten spo­sób zaak­cep­to­wano cowie­czorne występy. Wszy­scy arty­ści musieli śpie­wać, żeby nie stać się kola­cją. O iro­nio, pierw­sza ofiara nie opo­wie­działa żad­nej histo­rii, popeł­niła bowiem zbrod­nię pole­ga­jącą na wyra­że­niu sprze­ciwu.

- Zjedz­cie cho­lerne konie! - zawo­łał męż­czy­zna z całym prze­ra­że­niem kogoś, kogo w każ­dej grze, w któ­rej uczest­ni­czył w dzie­ciń­stwie, wybie­rano na samym końcu. Wszy­scy wiemy, że nie­które wspo­mnie­nia zostają nam na całe życie.

Arpo Relent potrzą­snął głową.

- Gło­so­wa­nie skoń­czone - oznaj­mił. - Każdy czło­wiek o odpo­wied­nio wyso­kiej pozy­cji przy­zna, że koń ryce­rza ma znacz­nie więk­szą war­tość niż jaki­kol­wiek poeta, bard albo rzeź­biarz. Kwe­stia roz­strzy­gnięta. Nie zjemy koni.

Łyp­nął zło­wrogo spode łba, jak zwykł robić zawsze, gdy prze­stał mówić.

- To jest...

Możemy bez­piecz­nie zało­żyć, że nie­szczę­sny arty­sta zamie­rzał użyć słowa "głu­pie" albo "sza­lone", bądź też podob­nego ade­kwat­nego i cał­ko­wi­cie roz­sąd­nego okre­śle­nia. Dodat­ko­wym dowo­dem na to może być fakt, że gdy jego ścięta głowa poto­czyła się nie­mal do moich stóp po strasz­li­wym ude­rze­niu bło­go­sła­wio­nego mie­cza Tul­gorda Vise'a, usta na­dal pró­bo­wały dokoń­czyć tę myśl. To zapi­sało się w mojej pamięci bar­dzo wyraź­nie.

Pierw­szego poetę, zabi­tego tak spraw­nie, poćwiar­to­wano i zje­dzono jede­na­stej nocy podróży przez Wielką Suchość. Dru­giego spo­tkał ten sam los szes­na­stej nocy, a trze­ciego dwu­dzie­stej. Gdy nad­cho­dziła dwu­dzie­sta druga, urzą­dzono gło­so­wa­nie nad zgło­szoną przez Arpa pro­po­zy­cją połu­dnio­wych posił­ków, które miały dobrze wpły­nąć na siłę i morale wędrow­ców. Wtedy poja­wił się rytuał uczt kry­ty­ków, wpro­wa­dzony przez prze­ra­żo­nego Samo­chwała Wzbu­rzo­nego.

Owej nocy nastą­pił ostatni występ dwóch kolej­nych pecho­wych poetów. Obaj byli bar­dami o umiar­ko­wa­nym talen­cie.

W tej chwili ci z was, któ­rzy mnie słu­chają (być może nawet ty sam), mogą unieść rękę na znak sprze­ciwu. (Mówisz, że to nie pierw­szy raz? Nie przy­glą­da­łem się wam zbyt uważ­nie). Trzy­dzie­ści dzie­więć dni na Wiel­kiej Sucho­ści? Z pew­no­ścią w tej chwili, zale­d­wie kilka dni drogi od przy­stani promu u pod­stawy pła­sko­wyżu, nie trzeba już było jeść ludzi? Oczy­wi­ście masz rację, ale, rozu­miesz, wędrowcy przy­zwy­cza­ili się do wygody. Jak już się zaczęło, trzeba skoń­czyć, jak powie­dział pewien nażarty skur­wy­syn. Co wię­cej, trzy­dzie­ści dzie­więć dni to czas podróży w opty­mal­nych warun­kach, a warunki były dale­kie od opty­mal­nych, przy­naj­mniej na początku. Czy to wystar­czy? Z pew­no­ścią nie, ale w końcu czyja to opo­wieść?

Ordig spo­czy­wał obec­nie w brzu­chach wędrow­ców. Osią­gnął głę­bię, do jakiej nawet się nie zbli­żył za życia. Ostat­nia opo­wieść Aur­pana była źle skon­stru­owana i nie­spójna sty­li­stycz­nie, nie­do­pra­co­wana i zbyt wymyślna zara­zem. Uczta kry­ty­ków się skoń­czyła. Została tylko czwórka arty­stów. Sakiewkę Frag­ment jed­no­gło­śnie uła­ska­wiono, a według oceny prze­wod­nika wędrowcy mieli spę­dzić na Wiel­kiej Sucho­ści jesz­cze szes­na­ście dób.

Choć talent do rachun­ków rzadko przy­pada w udziale arty­stom, dla wszyst­kich nas, nie­szczę­snych śpie­wa­ków, było oczy­wi­ste, że nasze dni na tym świe­cie szybko się skoń­czą. Gdy jed­nak nad­szedł zmierzch, nasze wysiłki były rów­nie despe­rac­kie jak zawsze.

***

Samo­chwał Wzbu­rzony obli­zał wargi i przez długi czas wpa­try­wał się w Apto Cana­va­liana, nim wresz­cie zaczerp­nął tchu.

- Chcia­łem zacho­wać to dra­ma­tyczne ora­to­rium na ostat­nią noc w Far­rogu, ale z dru­giej strony ni­gdzie nie znajdę widowni rów­nie wyma­ga­ją­cej jak ta.

Roze­śmiał się. Zabrzmiało to raczej kiep­sko.

Apto potarł twarz, jakby musiał prze­ko­nać samego sie­bie, że to nie sen w gorączce (podobne kosz­mary nawie­dzają wszyst­kich zawo­do­wych kry­ty­ków). Wyobra­żam sobie, że gdyby dano mu wybór, przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści uciekłby na pust­ko­wia. Taka spo­sob­ność nie miała jed­nak nadejść, ponie­waż na kola­nach Stecka Marynda leżała zawsze nacią­gnięta kusza (na razie dał sobie spo­kój ze spa­ce­ro­wa­niem w kółko).

Samo­chwał wycią­gnął wła­sną broń, lirę o trzech stru­nach, i zaczął ją stroić. Pochy­lił głowę nad instru­men­tem i wykrzy­wił twarz w wyra­zie sku­pie­nia. Szarp­nął na próbę struny, potem uczy­nił to z roz­ma­chem, a następ­nie znowu na próbę. Na jego zmarsz­czone czoło wystą­piły kro­pelki potu. W każ­dej odbi­jały się pło­mie­nie ogni­ska. Gdy sie­dzący widzo­wie zaczęli oka­zy­wać nie­po­kój, po raz ostatni dotknął drew­nia­nego gryfu i przy­brał wygodną pozy­cję.

- Ten utwór jest oparty na sekwen­cji escho­lo­gosu nemil­skich poetów Czer­wo­nego Roz­kwitu z trze­ciego wieku. - Znowu obli­zał wargi. - To nie zna­czy, że cokol­wiek ukra­dłem. Po pro­stu inspi­ro­wa­łem się ich twór­czo­ścią.

- A kim oni wła­ści­wie byli? - zapy­tał Apto.

- Byli sławni - odparł Samo­chwał. - To wystar­czy.

- Ale jak się nazy­wali?

- Co to ma za zna­cze­nie? Śpie­wali sławne poematy!

- Jakie?

- To nie­ważne! Byli poetami Czer­wo­nego Roz­kwitu z Nemilu! Byli sławni! W tam­tych cza­sach ludzie naprawdę cenili bar­dów i poetów! Nie wyrzu­cali ich na śmiet­nik, by o nich zapo­mnieć!

- Ale ty zapo­mnia­łeś ich imiona, tak?

- Jeśli ni­gdy ich nie sły­sza­łeś, skąd mógł­byś wie­dzieć, czy je znam? Mógł­bym wymy­ślić jakieś imiona, a ty tylko poki­wał­byś głową, bo w końcu jesteś uczo­nym! Mam rację?

Calap Roud krę­cił głową, ale w jego oczach poja­wił się błysk za-chwytu.

- Młody Samo­chwale, krzy­cze­nie na jed­nego z sędziów przy­zna­ją­cych Płaszcz nie przy­spo­rzy ci korzy­ści.

- Ty też nie znasz ich imion! - zawo­łał Samo­chwał.

- To prawda, nie znam, ale ja nie udaję, że się nimi inspi­ro­wa­łem.

- Pro­szę bar­dzo, za chwilę usły­szysz owoc inspi­ra­cji naj­wyż­szej klasy!

- Co cię znowu zain­spi­ro­wało? - zapy­tał Mikrus Pie­śniarz.

Pchła i Meszka prych­nęli pogar­dli­wie.

Nasz prze­wod­nik zaczął wyma­chi­wać rękami. Po chwili zro­zu­miano, że te sza­lone gesty mają przy­cią­gnąć uwagę wszyst­kich.

- Pano­wie, pro­szę o spo­kój! Poeta chce zacząć. Wszy­scy, męż­czyźni i kobiety, muszą wystą­pić kolejno...

- Jakie kobiety? - prze­rwał mu Samo­chwał. - Wszyst­kie obecne tu kobiety uła­ska­wiono! A z jakiego powodu? Czyżby dla­tego, że wszy­scy człon­ko­wie jury są męż­czy­znami? Wyobraź­cie sobie, jakie soczy­ste...

- Dość tego! - wark­nął Tul­gord Vise. - To odra­ża­jące!

- To tylko dowód na moralny upa­dek wszyst­kich arty­stów - dodał Arpo Relent. - Wszy­scy wie­dzą, że to kobiety poły­kają.

Zapa­dła cisza. Po chwili Zdrowy Rycerz zmarsz­czył brwi.

- Słu­cham?

- Lepiej zacznij, poeto - ode­zwał się Steck Marynd, war­cząc jak myśliwy. (Wszy­scy oni war­czą).

Z ogni­ska wypa­dła nagle skra i pomknęła w stronę Spry­cia­rza Lepisz­cza. Wszyst­kie trzy człon­ki­nie Świty wal­czyły ze sobą, by boha­ter­sko osło­nić go wła­snym cia­łem. Skra zga­sła jed­nak, nim zdą­żyła dotrzeć do któ­rejś z nich. Usia­dły, łypiąc ze zło­ścią na sie­bie.

Samo­chwał ude­rzył w struny i zaczął śpie­wać pła­skim fal­se­tem.

W minio­nych wie­kach

Dawno temu

Nim się naro­dzi­li­śmy

Nim kró­le­stwa powstały z pyłu

Był sobie król...

- Chwi­leczkę - prze­rwał mu Mikrus. - Jeśli kró­le­stwa jesz­cze nie ist­niały, to jak mógł być sobie król?

- Nie możesz mi prze­ry­wać! Śpie­wam!

- A jak myślisz, dla­czego ci prze­rwa­łem?

- Pro­szę - ode­zwał się prze­wod­nik, któ­rego imię znowu mi umknęło. - Pozwól­cie poecie, hmm, śpie­wać.

Był sobie król

Nazy­wał się... Grul

Grul od Dzie­wię­ciu Pier­ścieni

I każ­dego dnia...

- Swę­dział go ciul! - zaśpie­wał Pchła.

I każ­dego dnia tygo­dnia

Wkła­dał na palec inny...

Apto dostał nagłego ataku kaszlu.

Grul od Sied­miu Pier­ścieni

Był kró­lem któ­rego żona umarła

I smutny był jego smu­tek

Bo była ona jego uko­chaną

I dzie­liła z nim rządy

Jej war­ko­cze były ple­cione

I opa­dały znacz­nie niżej

Niż jej kształtne barki

Dłu­gie włosy miała

I Dłu­go­włosa miała na imię

Ta która umarła z żalu

Po śmierci ich córki

I tak wielka była jej żałoba

Że ogo­liła sobie głowę

I w tak wielką furię wpadł

Jej uko­chany Grul

Że zebrał wszyst­kie włosy

I utkał z nich sznur

Któ­rym ją udu­sił... o, smutku!

Słowa "o, smutku!" miało powta­rzać chó­rem ocza­ro­wane audy­to­rium. Ozna­czały one koniec każ­dej zwrotki. Nie­stety, nikt nie był w nastroju odpo­wied­nim do uczest­nic­twa w takim rytu­ale. Czyż to nie cie­kawe, jak łatwo można pomy­lić ze sobą śmiech i łzy?

Samo­chwał Wzbu­rzony szarp­nął z pasją struny i śpie­wał dalej.

Ale czy córka naprawdę umarła?

Jaki strasz­liwy sekret ukry­wał

Jej ojciec król Grul

W swej wieży wznie­sio­nej

W samym sercu

Naj­więk­szego kró­le­stwa świata?

Ale nie on był kró­lem

Który nie miał strasz­li­wych tajem­nic

Jego córkę ukra­dziono i była piękna

Ta księż­niczka która nosiła imię...

Zagi­nionna

I dla­tego opo­wieść o niej

Jest znana wszyst­kim jako

Opo­wieść o Zagi­nion­nej

Uko­cha­nej córce króla Grula

I kró­lo­wej Dłu­go­wło­sej

Spra­wu­ją­cej wła­dzę razem z nimi

Zagi­nionnę o kształt­nych bar­kach

Kró­lew­skich rzę­sach

I ustach słod­kich jak ozdo­biona klej­no­tami korona

Ojej, sam doda­łem te dwa ostat­nie wersy. Nie mogłem się powstrzy­mać. Zlek­ce­waż­cie je, pro­szę.

Zagi­nionnę o kształt­nych bar­kach

Porwał król z kró­le­stwa

Leżą­cego za górami nad jezio­rem

Na Pustyni Śmierci

Gdzie pra­wie nic nie żyło

Ani nie mogło mieć nadziei na życie

Nawet gdy­by­śmy powinni żyć w nadziei

Ach, znowu.

A ten król nazy­wał się... Sus

I nosił miecz dwa razy dłuż­szy

Od jego wzro­stu

I zbroję ogra wykutą z kamie­nia

Okrutne było jego lico złe jego oczy

A gdy prze­pły­nął nocą jezioro

By wspiąć się na wieżę i porwać księż­niczkę

Zagi­nionna... o, smutku!

- O, smutku! - zawo­łała chó­rem Świta. Nawet Sakiewka Frag­ment uśmiech­nęła się nad kub­kiem pitej ukrad­kiem her­baty.

Lecz ona cze­kała na niego och tak

Był bowiem okrutny i zły lecz rów­nież bogaty

Ponad wszelką miarę i wła­dał naj­bo­gat­szym

Na świe­cie kró­le­stwem za górami

Zatem słod­kiej córki wcale nie porwano

O nie! Zagi­nionna i Sus odpły­nęli razem!

Zapa­no­wał chaos. Samo­chwał szar­pał struny liry, aż wresz­cie jedna się zerwała i tra­fiła go w lewe oko. Kusza Stecka, prze­klęta zbyt lek­kim spu­stem, wystrze­liła przy­pad­kowo. Bełt wbił się w prawą stopę myśli­wego, przy­bi­ja­jąc ją do ziemi. Sakiewka wypluła w ogień łyk zdu­mie­wa­jąco łatwo­pal­nej her­baty. Pło­mie­nie roz­bły­sły nagle i Apto rzu­cił się do tyłu, gdy przy­pa­liły mu brwi. Sto­czył się z kamie­nia, na któ­rym sie­dział, i wal­nął głową o kak­tus. Prze­wod­nik machał gorącz­kowo rękami, ponie­waż nie był już w sta­nie oddy­chać. Świta leżała na ziemi w sple­cio­nym sto­sie. Spry­ciarz Lepisz­cze był gdzieś pod nią. Tul­gord Vise się skrzy­wił, a Arpo Relent zmarsz­czył brwi. Z całej syl­wetki Mikrusa Pie­śnia­rza było widać tylko pode­szwy butów. Meszka wstał nagle.

- Zla­łem się - wyznał Pchle.

Dzięki temu zna­ko­mi­temu wystę­powi Samo­chwał Wzbu­rzony prze­żył dwu­dzie­stą trze­cią noc podróży. Ozna­czało to, że prze­żyje rów­nież dwu­dzie­stą czwartą oraz dzień, który nastąpi po niej. Kiedy otwo­rzył usta, by oznaj­mić, że jesz­cze nie skoń­czył, zatka­łem mu je dło­nią, nie pozwa­la­jąc kło­po­tli­wym sło­wom wydo­stać się na zewnątrz. Miło­sier­dzie nosi tysiąc róż­nych masek, czyż nie tak?

***

Mówi­cie, że to było sza­leń­stwo, że nie powi­nie­nem tak śmia­łym gestem powstrzy­my­wać samo­bój­czych zapę­dów Samo­chwała Wzbu­rzo­nego? Choć jed­nak pew­ność sie­bie to dziwna istota, nie jest mi obca. Dobrze znam jej wady i zalety. Nie potrzeba zbyt wiel­kiej spo­strze­gaw­czo­ści, by zauwa­żyć sporą dozę talentu, jaką demon­struję w tej opo­wie­ści. Jestem sta­ro­żytny i sta­ro­modny, ale wciąż żyję. Ach, być może oszu­kuję was nieco, przy­pi­su­jąc daw­nej wer­sji sie­bie tak wyso­kie mnie­ma­nie o swych moż­li­wo­ściach. To z pozoru brzmi roz­sąd­nie, ale jest pod każ­dym wzglę­dem błędne. Dla wyja­śnie­nia dodam, że już wtedy posia­da­łem sztan­dar spo­koju, mocno wbity w litą skałę i ni­gdy nie­ule­ga­jący nawet naj­gwał­tow­niej­szym powie­wom, jakie zsyła na mnie świat zewnętrzny. Ta nie­wzru­szona natura zawsze dobrze mi słu­żyła. Ona i moje wro­dzone upodo­ba­nie do zwię­zło­ści, połą­czone z sza­cun­kiem do skrom­no­ści.

***

Gdy sytu­acja się uspo­ko­iła, Samo­chwał Wzbu­rzony odda­lił się, by zwy­mio­to­wać z ulgi za gła­zami, a Calap Roud roz­po­czął swoją opo­wieść. Ręce mu drżały jak ryby na drze­wie. W gar­dle wyraź­nie go ści­skało. Z wysił­kiem wydu­szał piskliwy głos z roz­dzia­wio­nych ust. Oczy wyła­ziły mu z orbit niczym jaja pró­bu­jące się wydo­stać z otworu rod­nego samicy żół­wia mor­skiego. Na jego licu uwi­dacz­niało się gore­jące obu­rze­nie strasz­liwą nie­spra­wie­dli­wo­ścią, jaką było uła­ska­wie­nie Samo­chwała Wzbu­rzo­nego. Rysami jego twa­rzy, tak lek­ko­myśl­nie roz­miesz­czo­nymi poni­żej czoła, tar­gała cała seria tików. Śpiew albo śmierć. To był bar­dzo silny nacisk, a on nie radził sobie z nim zbyt dobrze. W jego ruchach bra­ko­wało koor­dy­na­cji. Wszyst­kie prze­ciw­no­ści jego życia, peł­nego nie­wy­ko­rzy­sta­nych oka­zji, twór­czych nie­po­wo­dzeń, prze­szkód oraz wyżyn, na które nie zdo­łał się wspiąć, spię­trzyły się gotowe zalać go poto­pem roz­pa­czy.

Był jak osa­czona skocz­ko­myszka. Ściany były zbyt wyso­kie, a w pod­ło­dze nie widziało się szpar. Pozo­stało mu jedy­nie obna­żyć małe ząbki w czczej nadziei, że maja­czący nad nim okrutny zabójca jest zro­biony z waty. Ach, jakże upar­cie broni się życie. Ten widok zła­małby nawet serce prze­bite koł­kiem. Wszy­scy jed­nak wiemy, że współ­cze­sny świat nie zna lito­ści, a widok bez­rad­nych ofiar napeł­nia go rado­ścią. Dzieci wyry­wają skrzy­dełka, a gdy wyro­sną na wiel­kich drą­gali, roz­wa­lają głowy i piszą wul­garne słowa na ścia­nach publicz­nych budyn­ków. Roz­kład ota­cza nas ze wszyst­kich stron. Wciąż trwa żałoba po tra­gicz­nej śmierci księ­życa. Lituj­cie się nad skocz­ko­myszką, albo­wiem wszy­scy jeste­śmy skocz­ko­myszkami uwię­zio­nymi w pułap­kach bytu.

Zde­spe­ro­wany Calap Roud uświa­do­mił sobie, że jedyną nadzieją oca­le­nia jest dla niego bez­czelna kra­dzież słów wiel­kich, lecz zapo­mnia­nych arty­stów. Na szczę­ście dla sie­bie całe życie spę­dził w cie­niu zazdro­ści geniu­szom ska­za­nym na śmierć w obskur­nych zauł­kach (przy­czyną owych zgo­nów czę­sto bywał sam Calap: słówko tu, unie­siona brew tam, leciut­kie potrzą­śnię­cie głową i tak dalej. Rzecz jasna, zada­niem prze­cięt­nie uta­len­to­wa­nych jest cał­ko­wite uni­ce­stwie­nie lep­szych od nich, ale naj­pierw muszą im ukraść wszyst­kie nada­jące się do wyko­rzy­sta­nia kąski). Oświe­tlony bla­skiem tej inspi­ra­cji Calap Roud wziął się w garść i zna­lazł w sobie nagły blask i spo­kój, które pozwo­liły mu zaczerp­nąć tchu.

- Zbierz­cie się wszy­scy wokół mnie, by wysłu­chać tej opo­wie­ści, która mówi o ludz­kim sza­leń­stwie, jak wszyst­kie opo­wie­ści godne tej nazwy - zaczął w for­mal­nym stylu mod­nym przed pięć­dzie­się­ciu laty. - W wiel­kiej, dawno minio­nej epoce, gdy olbrzymy cza­iły się w gór­skich twier­dzach, odziane w futra i ści­ska­jące w twar­dych pię­ściach drzewca włóczni, a na roz­le­głych rów­ni­nach na dole lodowce zale­gały niczym mar­twe stwo­rze­nia, kar­miąc swą krwią coraz głęb­sze doliny, sama zaś zie­mia war­czała jak niedź­wiedź na wio­snę, z powodu skur­czo­nego z nie­do­statku poży­wie­nia żołądka, kobieta Imas­sów umie­rała powoli. Była sama, wygnano ją ze zna­nego jej świata. Zwi­nęła się po zawietrz­nej stro­nie głazu przy­nie­sio­nego tu przez lód. Futra osła­nia­jące jej bladą skórę były wytarte i poła­tane. Zebrała sterty gęstych mchów oraz wieńce poro­stów, by zapew­niły jej osłonę przed wia­trem. I choć nikt jej wów­czas nie widział, była piękna na spo­sób kobiet Imas­sów - sio­stra ziemi i wody wypły­wa­ją­cej z top­nie­ją­cych lodow­ców, sio­stra nagłego kwit­nie­nia pod­czas krót­kiej wio­sny. Jej włosy, sple­cione w dzie­wi­czy war­kocz, miały kolor suro­wego złota, twarz była sze­roka i miała wyra­zi­ste rysy, oczy zaś miała zie­lone jak mech, któ­rym chro­niła się przed wia­trem.

Zna­łem tę opo­wieść i uwa­ża­łem, że warto było ją ukraść. Zna­łem nawet poetę, któ­rego wer­sję Calap powta­rzał. Stenla Tebur z Arenu zdo­łał stwo­rzyć dwa­na­ście epic­kich poema­tów i około dwu­dzie­stu opo­wie­ści przy ogni­sku (czy opo­wie­ści ogro­do­wych, jak zwano je w Are­nie, albo­wiem w tym mie­ście dawno już zapo­mniano o takich wsio­wych oby­cza­jach, jak sie­dze­nie przy ogni­sku pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem, nie­prze­sło­nię­tym przez miej­skie świa­tła i dym), nim spo­tkała go przed­wcze­sna śmierć w wieku trzy­dzie­stu trzech lat. Sły­sza­łem, że ołta­rzem, na któ­rym wydał ostat­nie tchnie­nie, był brudny bruk za świą­ty­nią Pożogi, a tchnie­niem, o któ­rym mowa - słaby char­kot suchot­nika. Alko­hol i d'bay­ang poło­żyły kres jego mło­demu życiu. Tak silne są wabiki znie­czu­lo­nego bytu dla udrę­czo­nego arty­sty i tylko nie­licz­nym z nich udaje się unik­nąć owych śmier­tel­nych puła­pek. Nie­stety, to nie sława go zabiła (śmiem bowiem twier­dzić, że śmierć u szczytu sławy nie jest tak tra­giczna, jak mogłoby się zda­wać. Albo­wiem utra­cony poten­cjał jest nie­śmier­telny. Znacz­nie więk­szy smu­tek i przy­gnę­bie­nie czu­jemy, gdy usły­szymy, że ktoś ongiś sławny umarł zapo­mniany i opusz­czony). Stenla dał za wygraną, porzu­cił oblę­że­nie wyso­kich i nie­ustę­pli­wych murów sza­cow­no­ści, bro­nio­nych przez legiony zbla­zo­wa­nych prze­cięt­nia­ków i kapry­śnych lumi­na­rzy. Wyra­ża­jące gwał­towne odrzu­ce­nie wycieczki oble­ga­nych zmiaż­dżyły jego ducha, aż wresz­cie zaczął poszu­ki­wać cał­ko­wi­tego zapo­mnie­nia i w końcu je zna­lazł.

- Jaką straszną zbrod­nię popeł­niła, że ska­zano ją na tak okrutne wygna­nie? - cią­gnął Calap. Cyto­wał ory­gi­nał dosłow­nie, co wzbu­dziło we mnie podziw dla jego pamięci. - Wiatr zawo­dził gło­sami tysiąca duchów, a każdy opła­ki­wał los, jaki spo­tkał piękną dziew­czynę. Łzy spa­da­jące z nieba tra­ciły cie­pło życia i opa­dały na zie­mię jako płatki śniegu. Wiel­kie stada widoczne w oddali prze­nio­sły się na stoki doliny, by uciec przed wichurą i strasz­li­wymi, prze­po­jo­nymi smut­kiem gło­sami. Kobieta leżała sama, cze­ka­jąc na śmierć.

- Ale dla­czego? - zapy­tała Oddana, zasłu­gu­jąc w ten spo­sób na jado­wite spoj­rze­nia Roz­pieszczki i Wpa­trzo­nej Zachwyt. Oka­zu­jąc zain­te­re­so­wa­nie histo­rią, któ­rej nie opo­wia­dał Spry­ciarz Lepisz­cze, dopu­ściła się strasz­li­wej zdrady. Nawet sam Wielki Arty­sta spoj­rzał na nią z zasę­pioną miną. - Dla­czego tak ją zosta­wili? To było złe! A ona była dobra, prawda? Dobra! Miała czy­ste serce i była nie­winna! Musiała być! Och, cóż za strasz­liwy los!

Calap uniósł dłoń, w któ­rej trzy­mał poży­czoną mądrość.

- Wkrótce wszystko wyj­dzie na jaw, moja droga.

- Nie cze­kaj zbyt długo! Nie lubię dłu­gich opo­wie­ści! Gdzie jest akcja? Już zmar­no­wa­łeś zbyt wiele czasu!

Roz­pieszczka, Wpa­trzona i Spry­ciarz poki­wali gło­wami, popie­ra­jąc te słowa kry­tyki. Jak można pokła­dać tak mało zaufa­nia w war­to­ści dobrze i sta­ran­nie opo­wie­dzia­nej histo­rii? Co przy­nosi pośpiech poza zadyszką i głu­potą? Istotne szcze­góły? E tam! - woła chór jętek jed­nod­nió­wek. Mia­rowe tempo i gęsto utkany mate­riał maty, która musi powstać? Kogo to obcho­dzi? Prze­żujmy wszystko na strzępy, wyplujmy i przejdźmy do następ­nej atrak­cji! Patrząc na mło­dych, dostrze­gam poko­le­nie cechu­jące się tak wielką odwagą, że nie zagłębi się w nic bar­dziej niż po kostki. Widzę, jak stoją - dumni i aro­ganccy - na wąskiej linii brze­go­wej nie­zna­nych mórz i nazy­wają to życiem! Och, wiem, że to tylko gde­ra­nie starca, ale do tej chwili widzę Oddaną i jej idio­tycz­nie wytrzesz­czone oczy, sły­szę jej pełen znie­cier­pli­wie­nia głos, cmo­ka­nie i gwał­towne odde­chy. Ta młoda kobieta była gotowa zady­szeć się do nie­przy­tom­no­ści z gorącz­ko­wego pra­gnie­nia, by jej umysł prze­nie­siono... gdzie indziej. Pośpieszne kroki, gwał­towny impet, och, umknęło jej tak wiele!

- Czy miała tak leżeć aż do śmierci? - zapy­tał Calap. - Bez­i­mienna i nie­znana? Czyż to nie naj­mrocz­niej­sza z moż­li­wych tra­ge­dii? Ano­ni­mowa śmierć? Nie­do­strze­galna dla świata? Och, muchy już cze­kają, by zło­żyć jajeczka. Ćmy płasz­czowe zla­tują się jak liście opa­da­jące z gałęzi, a na nie­bie maleń­kie punk­ciki sępów lodo­wych stają się coraz więk­sze, przy­no­sząc ze sobą kres. Ale to tylko bez­ro­zumni dostawcy śmier­tel­no­ści, nic wię­cej. Ich głos jest sze­le­stem skrzy­deł, stu­ko­tem dzio­bów i trza­skiem owa­dzich żuwa­czek. To naprawdę nie­sa­mo­wite epi­ta­fium.

Steck Marynd pokuś­ty­kał ku ogni­sku i wło­żył do niego zna­le­zioną gdzieś gałąź. Pło­mie­nie poczuły smak suchej kory i poczuły się usa­tys­fak­cjo­no­wane.

- Musimy zatem zawró­cić, opu­ścić chłodne słońce wio­sny na rzecz zim­nego słońca zimy. Widzimy przed sobą sku­pi­sko chat zbu­do­wa­nych z kości i kłów tena­gów, na któ­rych roz­po­starto grube skóry bhe­de­rin. Obo­zo­wi­sko przy­cup­nęło nie na naj­wyż­szych wzgó­rzach ota­cza­ją­cych dolinę i nie na brze­gach spły­wa­ją­cego z lodowca potoku na jej dnie. Wznie­siono je na zwró­co­nym na połu­dnie tara­sie, nieco wyżej niż w poło­wie wyso­ko­ści stoku. Do tego miej­sca nie docie­rają naj­gwał­tow­niej­sze wichry, a zie­mia pod sto­pami jest sucha, bo wil­goć spływa w błot­ni­sty grunt nad poto­kiem. Imas­so­wie wie­dzieli bar­dzo wiele o takich rze­czach. Być może ich mądrość fak­tycz­nie była wro­dzona, odporna na praw­dziwe naucza­nie. A może ci, któ­rzy nie odcięli się jesz­cze cał­ko­wi­cie od ziemi, znali bez­cenne tajem­nice har­mo­nii i korzy­stali tylko z tego, co im dano...

- Gadaj szyb­ciej! - wrza­snęła Oddana. Jej słowa znie­kształ­cały kości dłoni, z któ­rych wysy­sała mięso. Wypluła jedną i wło­żyła do ust następną. Jej oczy lśniły jak pło­mie­nie świec obu­dzone przez oddech pijaka. - To tylko głupi obóz! Chcę się dowie­dzieć, co wyda­rzyło się póź­niej! Natych­miast!

Calap poki­wał głową. Ni­gdy nie należy spie­rać się ze słu­cha­czami.

Być może rze­czy­wi­ście w to wie­rzył. Oso­bi­ście, po dłuż­szym zasta­no­wie­niu, chciał­bym zgło­sić pewne zastrze­że­nia. Jeśli któ­ryś ze słu­cha­czy jest cham­ski, nie­do­in­for­mo­wany, głupi, jeśli zacho­wuje się w obraź­liwy spo­sób, jeśli jest sno­bem albo pija­kiem, moim zda­niem nie zasłu­guje na ochronę. Jeśli pra­gnie rzu­cić arty­ście wyzwa­nie, nie powi­nien się dzi­wić, gdy rze­czony arty­sta w odpo­wie­dzi zma­sa­kruje go z chi­rur­giczną pre­cy­zją. Czyż nie mam racji?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki