Drzwi zamknęły się z hukiem za Emanciporem Reese'em, wstrząsając lichym
zatrzaskiem, po czym znowu zwisły na wytartych, skórzanych zawiasach.
Mężczyzna wpatrzył się w wąski, cuchnący stęchlizną korytarz, który miał
przed sobą. Ulokowaną na wysokości pasa wnękę po jego prawej stronie
oświetlała pojedyncza łojowa świeczka. W jej blasku widać było plamy
wilgoci, spękany tynk oraz maleńki kamienny ołtarzyk Siostry Soliel,
pokryty zwiędłymi główkami kwiatów. Na tylnej ścianie, sześć kroków od
miejsca, w którym stał, korytarz otwierał się na obie strony. Wisiał tam
potężny pałasz z czarnego żelaza o poprzecznym jelcu i gałce z brązu.
Zapewne rdza połączyła go już w jedną całość ze spatynowaną pochwą. Gdy
Emancipor patrzył na broń swej młodości, jego poorana bruzdami, ogorzała
od słońca twarz wyrażała przygnębienie, zwłaszcza wokół oczu. Czuł każde
z sześciu, może siedmiu dziesięcioleci swego życia.
Jego żona uciszyła się w kuchni, zajęta podgrzewaniem mokrego piasku.
Garnek po porannej owsiance oraz talerze stojące obok niego na
drewnianej ladzie nadal czekały na wyszorowanie. Widział ją oczyma
wyobraźni: grubą, nieruchomą niewiastę, oddychającą coraz płycej i coraz
bardziej nerwowo.
- To ty, Mancy?
Zawahał się. Mógł to zrobić. Cofnąć się, wyjść na ulicę. Znał się na
sondowaniu i umiał wiązać węzły. Wszystkie rodzaje węzłów. Niestraszny
mu był kołyszący się pokład. Mógł opuścić to cholerne, zawszone miasto,
porzucić tę kobietę i wrzeszczące, mizdrzące się bachory, które
spłodzili. Mógł... uciec.
- Tak, kochanie - odparł z westchnieniem.
- Czemu nie jesteś w pracy? - zapytała bardziej piskliwym głosem.
Zaczerpnął głęboko tchu.
- Zostałem... - Przerwał, a potem dokończył, wypowiadając drugie słowo
głośno i wyraźnie: - Bezrobotnym.
- Słucham?
- Bezrobotnym.
- Wylał cię? Wylał? Ty głupi, nieudolny...
- Dzwony! - krzyknął. - Dzwony! Nie słyszysz dzwonów?
W kuchni zaległa cisza.
- Siostry, zmiłujcie się! - usłyszał nagle. - Ty idioto! Czemu nie
idziesz szukać pracy? Znajdź sobie nową robotę. Jeśli wydaje ci się, że
pozwolę ci się tu obijać, podczas gdy nasze dzieci stracą możliwość
nauki...
Emancipor westchnął.
Kochana Subly. Zawsze była taka praktyczna.
- Już idę, kochanie.
- Wróć, jak znajdziesz robotę. Dobrą robotę. Przyszłość naszych
dzieci...
Zatrzasnął za sobą drzwi i wbił wzrok w ulicę. Dzwony nadal nie milkły.
Robiło się coraz upalniej. W powietrzu unosił się fetor nieczystości,
gnijących małży oraz ludzkiego i zwierzęcego potu. Subly niemalże
sprzedała własną duszę w zamian za stary, zniszczony dom, który miał za
plecami - czy raczej za dzielnicę, w której się znajdował. Zdaniem
Emancipora śmierdziało tu tak samo, jak we wszystkich innych
dzielnicach, w których wcześniej mieszkali. Pomijając być może fakt, że
rozmaitość gnijących w rynsztokach warzyw była tu większa.
"Lokalizacja, Mancy. Wszystko zależy od lokalizacji".
Po drugiej stronie ulicy Sturge Weaver wylazł przed swój sklep, by
otworzyć zamek żaluzji i odsunąć je na boki. Co chwila spoglądał
znacząco na niskie wzgórze kurhanu wznoszące się na ulicy między ich
domami.
Ten ospały pierdziel wszystko słyszał. Nie szkodzi. Subly upora się z garnkiem i talerzami w rekordowym czasie, a potem wyjdzie na ulicę i zacznie trzepać jadaczką, wytrzeszczając oczy w poszukiwaniu współczucia
czy czego tam.
To prawda, że musiał znaleźć nową robotę przed zmierzchem, bo inaczej
cały szacunek, który udało mu się zdobyć w ciągu sześciu ostatnich
miesięcy, zniknie szybciej niż płomień świecy podczas huraganu, wróci
ponure przezwisko "Niefartowny Mancy", duch dawnych czasów podążający za
jego cieniem, i sąsiedzi tacy jak Sturge Weaver znowu zaczną czynić
znaki chroniące przed złem, gdy tylko ich drogi się skrzyżują.
Robota. W tej chwili nie liczyło się nic innego. Mniejsza z tym, że,
odkąd nastała nowa pora roku, w mieście grasował jakiś szaleniec i co
rano znajdowano straszliwie okaleczone ciała mieszkańców Smętnej Laluni.
Ich oczy nic nie wyrażały - o ile nadal mieli oczy - a ich ciała...
wszystkie te brakujące części. Emancipor zadrżał. Mniejsza z tym, że pan
Baltro nie będzie już nigdy potrzebował stangreta - pomijając garstkę
bladych, zgarbionych grabarzy, którzy zabiorą go w ostatnią podróż do
katakumb, w których spoczywali jego przodkowie, na zawsze kładącą kres
jego rodowi.
Emancipor otrząsnął się. Gdyby nie makabryczny etap przejściowy, mógłby
niemal zazdrościć kupcowi tej ostatniej podróży.
Przynajmniej znalazłbym wreszcie ciszę. Nie chodzi mi oczywiście o Subly, ale o dzwony. Cholerne, jękliwe, wiecznie gderające dzwony...
***
- Znajdź mnicha na końcu tego sznura i skręć mu kark.
Kapral spojrzał, mrugając, na sierżanta. Wiercił się niespokojnie pod
ciężarem stroju pododdziału pogrzebowego, na który składały się:
pierścieniowa kolczuga z brązu upstrzona niebieskimi plamami, garnczkowy
hełm z nakarczkiem oraz ciężkie, wyściełane skórą naramienniki.
Cholera, chłopak wręcz pływa w tej przeklętej zbroi. Nie udało mu się
też zaimponować gapiom. Nawet nie wyjmował tego krótkiego miecza. Pochwę
ma nadal zalakowaną, do Kaptura.
Guld odwrócił się.
- Ruszaj, synu.
Słuchał odgłosu cichnących za jego plecami kroków chłopaka i obserwował
z ponurą miną, jak jego oddział stara się otoczyć kordonem ciało oraz
stary kurhan, w którym je pozostawiono, utrzymując na dystans gapiów i wałęsające się psy, a także próbując kopać gołębie i mewy. Dzięki ich
wysiłkom to, co zostało z zabitego, spoczywało w pokoju pod kawałkiem
strzechy, którym nakrył go jakiś litościwy przechodzień.
Wróżbita wynurzył się chwiejnym krokiem z sąsiedniego zaułka. Twarz miał
popielatą. Nadworny mag króla nie był człowiekiem mieszkającym na ulicy,
lecz w tej chwili na kolanach jego białych pantalonów widniały ślady
bezpośredniego kontaktu z brudnymi kamieniami bruku.
Guld miał niewiele szacunku dla rozpieszczonych magów. Byli zbyt
oddaleni od ludzkich spraw, pogrążeni w księgach, naiwni i dorastali za
wolno. Ophan zbliżał się już do sześćdziesiątki, ale nadal miał twarz
małego brzdąca.
To oczywiście zasługa alchemii. A wszystko w imię próżności.
- Stulu Ophan! - zawołał, spoglądając w załzawione oczy maga. -
Skończyłeś już swój odczyt?
To pytanie świadczyło o braku wrażliwości, ale takie właśnie Guld
najbardziej lubił zadawać.
Pękaty mag podszedł do niego.
- Skończyłem - potwierdził ochrypłym głosem, oblizując sinawe wargi.
To wymaga opanowania. Interpretacja talii chwilę po morderstwie.
- I co?
- To nie był demon, Sekull ani Jhorligg. To był człowiek.
Sierżant Guld skrzywił się, poprawiając hełm w miejscu, gdzie wełniana
wyściółka otarła mu czoło do żywego.
- O tym już wiedzieliśmy. To samo powiedział nam ostatni uliczny
wróżbita. Za co właściwie król dał ci wieżę w swojej twierdzy?
Twarz Stula Ophana pomroczniała.
- To na rozkaz króla tu przyszedłem - warknął. - Jestem nadwornym
magiem. Moje wróżby mają bardziej... - zająknął się. - Bardziej
biurokratyczną naturę. Takie krwawe morderstwo to nie moja specjalność,
prawda?
Guld zasępił się.
- Używasz talii do prowadzenia rejestrów? To dla mnie nowość, magu.
- Nie bądź głupcem. Miałem na myśli to, że moja magia koncentruje się na
zagadnieniach administracji. Na sprawach królestwa i tak dalej. - Stul
Ophan rozejrzał się wokół, garbiąc zaokrąglone plecy. Gdy wreszcie
odnalazł wzrokiem przykryte zwłoki, jego ciało przebiegł dreszcz. -
To... to są najohydniejsze czary, uczynek szaleńca...
- Chwileczkę - przerwał mu Guld. - Zabójca jest czarodziejem?
Stul skinął głową. Usta mu drżały.
- Jest potężnym nekromantą i biegle maskuje swój ślad. Nawet szczury nic
nie widziały. A przynajmniej nic, co zostałoby w ich mózgach...
Szczury. Czytanie ich myśli stało się w Laluni sztuką. Żądni łupów
czarnoksiężnicy tresują te cholerstwa i wpuszczają je do kurhanów, gdzie
spoczywają kości ludu martwego od tak dawna, że nawet jego nazwa nie
zachowała się w pamięci miasta.
Ta myśl uspokoiła go nieco. Jeśli magowie i szczury widzieli to samo,
znaczyło to, że na świecie jest jednak prawda.
Dziękujmy Kapturowi za szczurołapów. Nieustraszone skurczybyki
splunęłyby czarnoksiężnikowi pod nogi, nawet gdyby ta ślina była
ostatnią kroplą wilgoci na świecie.
- A gołębie? - zapytał niewinnie.
- Gołębie w nocy śpią - odparł Stul, spoglądając z niesmakiem na
sierżanta. - Pewnych granic nie zamierzam przekraczać. Szczury są w porządku. Ale gołębie... - Pokręcił głową, odchrząknął i rozejrzał się w poszukiwaniu spluwaczki. Rzecz jasna, nie znalazł jej, zatem odwrócił
się i splunął na bruk. - Ponadto w zabójcy zrodziło się upodobanie do
szlachty...
Guld prychnął pogardliwie.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków, magu. To był daleki kuzyn dalekiego
kuzyna. Średnio zamożny kupiec tekstylny, który nie pozostawił
spadkobierców...
- To wystarczająco blisko. Król żąda rezultatów. - Stul Ophan przyglądał
się sierżantowi z wyrazem twarzy mającym sugerować wzgardę. - Tu chodzi
o twoją reputację, Guld.
- Reputację?
Sierżant roześmiał się z goryczą, po czym odwrócił się, zapominając na
moment o magu.
O reputację? To moja głowa spoczywa na katowskim pieńku, a szary układa
już kamienie na stos. Szlacheckie rody ogarnął popłoch. Podgryzają
pomarszczone nogi króla, gdy tylko nie całują ich uniżenie. Jedenaście
nocy, jedenaście ofiar. Żadnych świadków. Całe miasto jest przerażone.
Sytuacja może się wymknąć spod kontroli. Muszę znaleźć tego skurwysyna.
Muszę zobaczyć, jak wije się nadziany na szpikulce u Bramy Pałacowej.
Czarodziej to coś nowego. Wreszcie mam jakąś wskazówkę.
Spojrzał na przykryte kawałkiem strzechy ciało kupca.
Od ofiar nie dowiedzieliśmy się niczego. To powinno było dać mi do
myślenia. A uliczni wróżbici byli dziwnie spięci i nerwowi. To mag
wystarczająco potężny, by zastraszyć przeciętnego użytkownika. I, co
jeszcze gorsze, nekromanta, ktoś, kto potrafi uciszać dusze albo wysyłać
je do Kaptura, nim jeszcze krew ostygnie.
Stul Ophan odchrząknął po raz drugi.
- No cóż - odezwał się. - W takim razie do jutra rana.
Guld wzdrygnął się, a potem otrząsnął.
- On w końcu popełni błąd... Jesteś pewien, że zabójca jest mężczyzną?
- Prawie.
Guld wbił wzrok w maga. Stul Ophan cofnął się o krok.
- Prawie? A co to właściwie znaczy?
- No więc wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z mężczyzną, ale
jest w tym coś dziwnego. Przyjąłem założenie, że po prostu starał się
zamaskować ten fakt przez jakieś nieskomplikowane zaklątka i tak
dalej...
- Kiepsko rzucone? Czy to pasuje do maga, który potrafi uciszać dusze i usuwać wspomnienia ze szczurzych mózgów?
Stul Ophan zmarszczył brwi.
- Hmm, nie, to faktycznie raczej nie ma sensu.
- Pomyśl nad tym jeszcze trochę, magu - rozkazał Guld i choć był tylko
sierżantem w Straży Miejskiej, Ophan odpowiedział na jego polecenie
pośpiesznym skinieniem głowy.
- Co mam powiedzieć królowi? - zapytał mag.
Guld wepchnął kciuki za pas do miecza. Minęły lata, odkąd ostatnio
wyciągał broń, ale w tej chwili wielce by się ucieszył, gdyby trafiła
się okazja. Przyjrzał się tłumowi, morzu twarzy, które napierało na
pierścień strażników, zaciskając go coraz bardziej.
To może być każde z nich. Ten charczący żebrak o opadających kącikach
ust. Tych dwóch szczurołapów. Tamta staruszka ze swymi lalkami u pasa.
To jakiegoś rodzaju czarownica, widziałem ją już przedtem, na miejscu
każdej z tych zbrodni. Teraz gorąco pragnie zabrać się do roboty nad
kolejną lalką, jedenastą. Przesłuchiwałem ją przed sześcioma dniami. Nie
należy zapominać, że ma tyle włosów na podbródku, że można by ją wziąć
za mężczyznę. Albo może ów nieznajomy o smagłej twarzy. Pod tym pięknym
płaszczem ma zbroję, a u pasa broń znakomitej roboty. To z pewnością
cudzoziemiec, bo w tych okolicach nikt nie używa jednosiecznych bułatów.
To może być każde z nich. Morderca mógł przyjść tu, by obejrzeć swe
dzieło w świetle dnia, przyglądać się z triumfem temu z miejskich
strażników, który ma najwięcej doświadczenia, gdy chodzi o takie sprawy.
- Powiedz Jego Królewskiej Mości, że mam już listę podejrzanych.
W gardle Stula Ophana zrodził się dźwięk, który mógł wyrażać
niedowierzanie.
- Poinformuj też króla Seljure'a, że jego nadworny mag okazał się w miarę pomocny i że mam jeszcze do niego wiele pytań, oczekuję więc, że
poświęci wszystkie swe siły pomocy w moich dociekaniach - ciągnął z przekąsem sierżant.
- Oczywiście - wychrypiał Stul Ophan. - Z woli króla jestem na twe
rozkazy, sierżancie.
Odwrócił się i odszedł do czekającej nań karety.
Guld westchnął.
Lista podejrzanych. Ilu jest magów w Smętnej Laluni? Stu? Dwustu? A ile
jest wśród nich prawdziwych talentów? Ilu przypływa tu na statkach
kupieckich? Czy zabójca to cudzoziemiec, czy też ktoś z miejscowych
zszedł na złą drogę? Zaawansowana magia ukrywa w sobie głębiny, mogące
wypaczyć nawet najspokojniejszy umysł. A może to cień, który wyrwał się
na swobodę, wylazł z jakiegoś poobijanego kurhanu, cały wściekły i nieszczęśliwy? Czy kopano ostatnio jakieś głębokie doły? Lepiej zapytać
wyrównywaczy. Ale cienie? To nie w ich stylu...
Dzwony zadźwięczały jak szalone i nagle umilkły. Guld zmarszczył brwi,
po czym przypomniał sobie rozkaz, który wydał młodemu kapralowi.
O cholera, czyżby chłopak potraktował to dosłownie?
***
W sali "Smakowitego Baru", zagraconej, lecz niemal pozbawionej gości,
snuł się poranny dym z paleniska, na którym przygotowywano śniadanie.
Emancipor zasiadł za jedynym tu okrągłym stolikiem, nieopodal tylnej
ściany, w towarzystwie Kreege'a i Dully'ego, którzy zamawiali wciąż nowe
dzbanki, aż wreszcie ranek przeszedł w popołudnie. Niesmak, jakim zwykle
wypełniała Emancipora ta para szczurów portowych, zmniejszał się z każdym kuflem pienistego ale. Zaczął nawet słuchać prowadzonej przez
nich rozmowy.
- Seljure zawsze chwiejnie siedział na tronie - mówił Dully, drapiąc się
w baryłkowatą pierś pod pokrytą plamami soli kamizelką. - Już od czasów,
gdy Jheckowie zdobyli Stygg, a on nie zdecydował się na inwazję. Teraz
mamy hordę dzikusów po drugiej stronie cieśniny, a Seljure nie potrafi
zdobyć się na nic poza czczymi groźbami.
Znalazł wesz i uniósł ją, by przyjrzeć się insektowi, nim wsadzi go
sobie do ust.
- To nie są do końca dzikusy - sprzeciwił się Kreege, cedząc powoli
słowa. Potarł szczecinę porastającą jego masywną żuchwę i przymrużył
powieki małych, ciemnych oczek. - Jheckowie nie należą do prostych hord.
W ich panteonie roi się od duchów, demonów i tak dalej, a wódz wojenny
jest odpowiedzialny przed starszymi w każdej kwestii, pomijając plany
bitew. Niewykluczone też, że naprawdę jest kimś szczególnym, biorąc pod
uwagę jego sukcesy. W końcu Stygg padł w ciągu jednego dnia i jednej
nocy, a kto wie, jaką magią włada sam wódz. Ale jeśli starsi...
- To mnie nie obchodzi... - przerwał mu Dully, wymachując wysmarowaną
tłuszczem dłonią, jakby opędzał się od portowych much. - Ciesz się, że
Jheckowie nie potrafią wytyczyć prostego kursu na Mętach. Słyszałem, że
spalili styggijskie galery w portach. Jeśli ten przykład tępogłowej
głupoty nie kosztował wodza wojennego jego kapelusza z piórami, to ci
starsi mają mniej rozumu niż jeżowce. To wszystko, co mam do
powiedzenia. To Seljure, który chwiejnie siedzi na tronie, może uczynić
ze Smętnej Laluni łatwą zdobycz.
- To szlachta nakłada miastu kajdany - nie ustępował Kreege. - I Seljure'owi też. Do tego w niczym mu nie pomaga fakt, że jego jedyną
dziedziczką jest niewyżyta ladacznica, zdeterminowana pójść do łóżka z każdym szlachcicem czystej krwi w całej Laluni. Są również kapłani,
którzy także mu nie pomagają tymi wszystkimi zapowiedziami zagłady i innymi takimi bzdurami. Na tym właśnie polega problem, i to nie tylko w Smętnej Laluni. Tak samo wygląda to we wszystkich miastach na świecie.
Zdegenerowane dynastie i wiecznie jęczący kapłani. Klasyczny przykład
podziału władzy i walki o bogactwa złupione z prostych ludzi. A my
jesteśmy tylko mułami dźwigającymi jarzmo.
- Potrzebny nam król, który miałby kawałek kręgosłupa, i to wszystko -
poskarżył się Dully.
- Tak właśnie mówili w Korelu, kiedy ten nadęty kapitan, Szalony Jelec,
zagarnął tron. Ale wkrótce potem nikt już nic nie mówił, bo wszyscy byli
martwi albo i gorzej.
- Wyjątek potwierdza regułę...
- Nie w polityce.
Obaj staruszkowie łypali na siebie spode łba. Potem Dully trącił
Kreege'a łokciem i powiedział do Emancipora:
- I co Mancy, znowu szukasz pracy, hę? - Obaj robotnicy portowi
uśmiechnęli się szeroko. - Wygląda na to, że miałeś ostatnio szczęście
Chłopaka do pracodawców. Niech Pani ma w opiece biednego głupka, który
się zgodzi cię zatrudnić. Nie chcę powiedzieć, że jesteś złym
pracownikiem, oczywiście.
Kreege uśmiechnął się jeszcze szerzej, odsłaniając nierówne, próchnicze
pieńki zębów.
- A może Kaptur zrobił cię swoim Heroldem? - zauważył. - Zastanawiałeś
się nad tym? No wiesz, to się zdarza. Ostatnio nie mamy tu zbyt wielu
wróżbitów czytających talię, więc trudno to określić. Pan Śmierci
wybiera sobie, kogo chce, i nie można nic na to poradzić, nieprawdaż?
- Kreege ma trochę racji - poparł go Dully. - Jak umarł twój pierwszy
pracodawca? Słyszałem, że utopił się we własnym łożu. Miał płuca pełne
wody i odcisk dłoni na ustach. Na oddech Kaptura, cóż za śmierć...
Emancipor chrząknął, spoglądając na swój kufel.
- Sierżant Guld ustalił prawdę, Kreege. To było skrytobójstwo. Luksor
wdał się w niewłaściwą grę z nieodpowiednimi ludźmi. Guld szybko znalazł
zabójcę i skurwysyn wisiał na haku przez długie dni, zanim wyśpiewał,
kto pociągał za jego sznurki.
Wypił długi łyk, by uczcić przeklętą pamięć Luksora.
Dully pochylił się nad blatem. Jego przekrwione oczy błyszczały.
- Ale co z następnym, Mancy? Cyrulik powiedział, że jego serce
eksplodowało. Wyobraź to sobie tylko. Do tego był jeszcze taki młody, że
mógłby być twoim synem.
- I taki gruby, że mógłby przechylić karetę, gdyby nie siedział pośrodku
- odwarknął Emancipor. - Ja wiem to najlepiej, bo sam wpychałem go do
środka i wyciągałem na zewnątrz. Zawsze powtarzam, że każdy sam decyduje
o własnym losie.
Wypił resztę ale, by uczcić pamięć biednego, grubego Septryla.
- A teraz kupiec Baltro - ciągnął Kreege. - Słyszałem, że ktoś wyciął mu
flaki, a do tego język, żeby śledczy nie mogli zmusić ducha do mówienia.
Ludzie gadają, że był tam nadworny mag królewski, który obwąchiwał buty
Gulda.
Emancipor uniósł wzrok i popatrzył, mrugając, na Kreege'a. Kręciło mu
się w głowie.
- Nadworny mag? Naprawdę?
- Chyba nie masz się czego bać, co? - zapytał Dully, unosząc brwi.
- Baltro był szlachetnie urodzony - stwierdził z drżeniem Kreege. - To,
co mu zrobiono między nogami...
- Zamknij się - warknął Emancipor. - Był dobrym człowiekiem, na swój
sposób. Pamiętaj, że plucie do morza nie uspokoi wiatru.
- Jeszcze jedną kolejkę? - zapytał Dully, chcąc załagodzić spór.
Emancipor skrzywił się wściekle.
- Skąd masz tyle forsy?
Dully uśmiechnął się, dłubiąc w zębach.
- Pozbywamy się ciał - wyjaśnił, robiąc przerwę na beknięcie. - Nie ma
dusz, zgadza się? Zniknęły, nie zostawiając żadnego śladu. Tak, jakby
nigdy ich nie było. Kapłani mówią, że to tylko mięso. Nie zgadzają się
odprawiać obrządków ani uczcić ich pamięci, bez względu na to, ile
bliscy zapłacili im z góry. Nie chcą nawet dotknąć tych ciał i kropka.
- Naszym zadaniem jest zabierać je na plażę - wyjaśnił Kreege. Kłapnął
zębami. - Dzięki temu kraby są tłuste i smaczne.
Emancipor wytrzeszczył oczy.
- Łapiecie kraby i potem je sprzedajecie!
- Czemu by nie? Chyba nie smakują inaczej, prawda? Trzy emolle na funt.
Całkiem nieźle na tym wychodzimy.
- To... okropne.
- To zwykły interes - sprzeciwił się Dully. - Zresztą pijesz za te
pieniądze, Mancy.
- No jasne - dodał Kreege.
Emancipor potarł twarz, która nagle mu zdrętwiała.
- No, ale jestem w żałobie, prawda?
- Hej! - zawołał Dully, prostując się. - Widziałem na placu ogłoszenie.
Ktoś szuka lokaja. Jeśli możesz jeszcze chodzić prosto, mógłbyś tam
zajrzeć.
- Zaczekaj... - odezwał się Kreege z zakłopotaną miną, ale Dully
wymierzył mu kuksańca w bok.
- To jest jakiś pomysł - podjął Dully. - Ta twoja żona nie lubi, jak
jesteś bezrobotny, prawda? Nie chodzi o to, że jestem wścibski. Chcę ci
tylko pomóc.
- Na centralnym słupie?
- Ehe.
Na oddech Kaptura. Tych dwóch handlarzy krabami lituje się nade mną.
- Lokaja, tak? - Zmarszczył brwi. Powożenie karetami było dobrą robotą.
Wolał konie od większości ludzi. Ale lokajstwo... musiałby się ciągle
płaszczyć. - Nalej mi jeszcze jeden kufel, dla uczczenia pamięci Baltra,
a potem pójdę to zobaczyć.
Dully wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- W takim właśnie duchu... hmm... - Poczerwieniał na twarzy. - Nie
chodzi mi o Baltra, oczywiście.
***
Idąc w stronę Ronda Rybnego, Emancipor przekonał się, że wypił za dużo
piwa. Widział mnóstwo prostych linii, ale trudno mu się było ich
trzymać. Gdy dotarł na rondo, świat wirował już wokół niego, a kiedy
zamknął oczy, czuł się tak, jakby jego umysł spadał przez mroczny tunel.
A gdzieś na jego dnie czekała Subly, która zawsze powtarzała mężowi, że
podąży za nim przez Bramę Kaptura, jeśli, umierając, zostawi jej dług
albo wpędzi ją w jakieś inne kłopoty. Mógł niemal słyszeć, jak pyskuje
demonom, gdzieś tam na dole. Zaklął pod nosem i poprzysiągł, że będzie
miał oczy otwarte.
- Nie mogę umrzeć - mruknął. - Poza tym to tylko trunek. Nie umieram ani
nie spadam. Jeszcze nie. Człowiek potrzebuje pracy, potrzebuje grosza,
ma obowiązki.
Słońce prawie już zaszło i rondo opustoszało. Handlarze i rzemieślnicy
naprawiający sieci zamknęli swe stragany, a gołębie i mewy przechadzały
się nie niepokojone przez nikogo pośród nagromadzonych w ciągu dnia
śmieci. Nawet opierający się o mur przy wejściu na rondo Emancipor
wyczuwał nerwowy pośpiech handlarzy ryb. Noc przynosiła teraz ze sobą w Smętnej Laluni nową grozę i nikt nie był skłonny zwlekać, gdy cienie się
wydłużały. Emancipor zastanawiał się, dlaczego nie czuje strachu. Z pewnością była to odwaga zrodzona z ale. Ponadto kroki Kaptura nieraz
już zbliżały się bardzo do ścieżki jego życia i z jakiegoś powodu
przekonało go to, że dzisiejszej nocy nie może go spotkać nic złego.
- Oczywiście, jeśli dostanę tę robotę, wszystko może się zdarzyć -
wymamrotał. - Muszę mieć oczy otwarte, tak jest.
Miejski strażnik śledził wzrokiem Emancipora, gdy ten podszedł chwiejnym
krokiem do słupa ogłoszeniowego stojącego pośrodku ronda, w pobliżu
Fontanny Beru. Spieniona broda boga spływała ospale do wypełnionej
pierzem sadzawki. Emancipor machnął lekceważąco ręką do strażnika, który
przyglądał się mu z kamienną twarzą.
- Czuję się bezpieczny! - zawołał. - Herold Kaptura! To ja nim jestem,
he, he! - Zmarszczył brwi, gdy mężczyzna pośpiesznie nakreślił dłonią
znak chroniący przed złem i odsunął się od niego. - To był żart! -
krzyknął do niego. - Przysięgam na Kaptura... to znaczy na Siostry!
Niech Zdrowie i Zaraza wzbogacą mój sos... to znaczy los. Wracaj,
człowieku! Żartowałem!
Emancipor znowu zaczął mamrotać. Rozejrzał się i przekonał, że został
sam. Wokół nie było żywej duszy. Wszyscy ulotnili się z nadzwyczajną
szybkością. Wzruszył ramionami i skupił uwagę na usmarowanym smołą
drewnianym słupie.
Wisiała na nim tylko jedna kartka. Przybito ją na wysokości jego piersi.
Papier był dobrej jakości, ze szmat. Emancipor chrząknął.
- To drogi papier, kurczę. Dziwne, że wisi tu tak długo.
Nagle zauważył blady znak osłony, nakreślony inkaustem w prawym dolnym
rogu. To nie było pomniejsze zaklątko, mające wywołać czyraki u rodziny
tego, kto byłby na tyle głupi, by ukraść kartkę, ani nawet coś
umiarkowanie paskudnego, jak impotencja czy utrata włosów. Nie, wewnątrz
okrągłego znaku nakreślono wprawną kreską czaszkę.
- Na brodę Beru - wyszeptał Emancipor. - Śmierć. Ta cholerna kartka
przeżyje sam słup.
Zbliżył się podenerwowany, by odczytać słowa. Ich wygląd wskazywał na
rękę wynajętego skryby, i to dobrego. Gdyby Emancipor był trzeźwy,
mógłby coś wywnioskować z tych wszystkich szczegółów. Był jednak pijany
- i zdawał sobie z tego sprawę - zatem wysiłek związany z poważnym
namysłem wydawał mu się stanowczo zbyt wielki. Wiedział, że zachowuje
się nierozważnie, ale jeśli nie chciał wracać do Subly nieodziany w płaszcz zatrudnionego, musiał podjąć ryzyko.
Oparł się ręką o słup i nachylił nad kartką, mrużąc oczy. Na szczęście
tekst był krótki.
Potrzebny lokaj. Pełne godziny pracy. Podróże.
Pensja do uzgodnienia, zależnie od doświadczenia.
Czekamy w gospodzie "Pod Żałobnikiem".
"Pod Żałobnikiem"... to tuż za rogiem. I "podróże". Na kapuzę Kaptura,
to by znaczyło... no cóż, znaczyłoby dokładnie to, co miało znaczyć...
Poczuł, że jego gumowata twarz rozciąga się w szerokim uśmiechu, aż
wreszcie zaczęła go boleć z czystego zachwytu.
Żoneczka dostanie pieniążki, a ja będę daleko, daleko od domu. He, he.
Jego ręka zsunęła się ze słupa. Gdy się ocknął, leżał na bruku,
wpatrując się w bezchmurne nocne niebo. Bolał go nos, lecz było to
odległe cierpienie. Usiadł i rozejrzał się nadal mocno zamroczony. Na
rondzie nie było nikogo oprócz kilku uliczników, którzy przyglądali się
mu z wylotu zaułka. Wszyscy sprawiali wrażenie rozczarowanych, że się
obudził.
- Ulegacie złudzeniom - mruknął, wstając. - Idę znaleźć nową robotę,
natychmiast.
Zachwiał się, nim zdołał się wyprostować. Obmacał kurtkę i spodnie
stangreta, było jednak za ciemno, by potrafił określić, w jakim są
stanie. Rzecz jasna, były wilgotne, ale to nie stanowiło dlań
niespodzianki, biorąc pod uwagę gęsty splot sztywnego w ramionach
płaszcza oraz jego długie rękawy o ciasnych mankietach.
- Zresztą pewnie dadzą mi liberię - mruknął. - Może nawet szytą na
zamówienie.
"Pod Żałobnikiem". Tędy.
Wydawało mu się, że droga trwa bez końca, wreszcie jednak ujrzał szyld z płaczącym mężczyzną umieszczony nad wejściem do wąskiej trzypiętrowej
gospody. W żółtym świetle zawieszonej na haku pod szyldem lampy widać
było odźwiernego, który opierał się o zdobną framugę. U jego skórzanego
pasa wisiał masywny knut. Gdy zobaczył zbliżającego się Emancipora,
jedna z jego mięsistych dłoni przesunęła się na uchwyt.
- Zmiataj, staruszku - warknął.
Emancipor zatrzymał się na granicy oświetlonego obszaru, chwiejąc się
lekko na nogach.
- Jestem umówiony - oznajmił, prostując się i wysuwając podbródek.
- Nie tutaj.
- Jestem lokajem. Mam tu robotę, tak jest.
Odźwierny uniósł rękę i podrapał się po ciemieniu tuż nad guzowatym
czołem.
- Chyba nie na długo, sądząc z tego, jak wyglądasz i cuchniesz. No,
ale... - Podrapał się znowu, a potem uśmiechnął szeroko. - Zjawiasz się
o odpowiedniej porze. No wiesz, teraz pewnie nie śpią. Właź do środka i przedstaw się skrybie. On cię do nich zaprowadzi.
- Tak właśnie zrobię, dobry człowieku.
Odźwierny otworzył drzwi. Emancipor posuwał się naprzód ostrożnie i zdołał wejść do środka, nie obijając się o framugę. Przystanął, gdy
drzwi zamknęły się za nim, i zamrugał oślepiony jasnym blaskiem sześciu
świec stojących na półkach naprzeciwko wieszaka z ubraniami. Sądząc z wyglądu pozłacanej miski, która stała na półce poniżej świec, zapalił je
jakiś wyznawca D'rek.
Podszedł bliżej i zajrzał do miski. Wypełniała ją kłębiąca się masa
białych robaków, którym krew jakiegoś nieszczęsnego zwierzęcia nadała
lekko różową barwę. Emancipora dopadły mdłości. Oparł się dłońmi o ścianę, czując, że gardło wypełnia mu gorzkie pieniste ale.
Zwymiotował do naczynia, nie widząc żadnego innego miejsca, w którym
mógłby to zrobić.
Robaki miotały się w bursztynowej, usianej plamkami piany żółci, jakby
tonęły.
Emancipor zachwiał się, otarł usta, a potem brzeg miski, i odwrócił się
od ściany. W powietrzu unosiła się woń jakiegoś styggijskiego kadzidła,
słodka jak gnijące owoce. Miał nadzieję, że to wystarczy, by ukryć smród
wymiocin. Stłumił kolejny atak mdłości, a potem głęboko odetchnął,
powoli i ostrożnie.
- Kto idzie? - odezwał się ktoś po prawej w głębi korytarza.
Na korytarz wyszedł z bojaźliwą miną chudy, zgarbiony staruszek o palcach czarnych od inkaustu. Gdy tylko zauważył Emancipora, wyprostował
się, piorunując intruza spojrzeniem.
- Czy ten tępogłowy wół Dalg do cna oszalał? - Skryba podbiegł do
Emancipora. - Wynocha, wynocha! - zawołał, wymachując rękami.
Stanął jednak jak wryty, gdy intruz odpowiedział śmiało:
- Więcej uprzejmości, mój panie! Zatrzymałem się tu na chwilę, żeby,
hmm, złożyć ofiarę Robakowi Jesieni. Jesztem lokajem, jeszli łaszka.
Sztawiłem się punktualnie, tak jak mi zlecono. Zaprowadź mnie do
pracodawcy, i to migiem.
Zanim będę musiał złożyć kolejną ofiarę, niech mi D'rek wybaczy.
Po pomarszczonej twarzy skryby przebiegł godny aktora ciąg uczuć.
Ostatnim z nich był podszyty strachem szacunek. Staruszek wciąż
przesuwał czarnym koniuszkiem języka po suchych wargach. Po chwili
skryba uśmiechnął się do Emancipora, który obserwował go zafascynowany.
- Sprytny jesteś, co? To trafna decyzja. - Dotknął palcem czubka nosa. -
Tak jest. Pożoga wie, że do pracy dla tych dwóch przyszedłbym tylko w takim stanie. To nie znaczy, że źle im życzę, no wiesz. Ale mam swój
rozum i wiem, że zalany w pestkę lokaj świetnie pasuje do godziny i do
cienia, jaki oni rzucają. To odpowiednia postawa i tak dalej, hę? No
wiesz... - Ujął Emancipora za ramię i poprowadził go w stronę wiodących
na górę schodów. - Pewnie cię wyleją, bo to twoja pierwsza noc i tak
dalej, ale i tak warto było. Są na najwyższym piętrze. To najlepsze
pokoje w całej gospodzie, jeśli komuś nie przeszkadzają nietoperze pod
okapem. Idę o zakład, że dla nich to chleb z masłem.
Wspinaczka po schodach i nagła lekkość w żołądku otrzeźwiły nieco
Emancipora. Gdy dotarli ze skrybą na czwarty pomost, przeszli wąskim
korytarzem i zatrzymali się przed ostatnimi drzwiami po prawej, zaczęło
do niego docierać, że z bezładnej gadaniny skryby można było wyczytać
jakieś dziwne fakty na temat jego nowych pracodawców.
Nowych? To znaczy, że już mnie przyjęli? Nie, nie przypominam sobie
niczego w tym rodzaju.
Spróbował zastanowić się, o co tu może chodzić... ale bez powodzenia.
Oprzytomniał już na tyle, że przygładził dłonią upstrzone siwizną włosy,
w tej samej chwili gdy zdyszany skryba zaskrobał cicho w drzwi. Po
chwili rygiel się odsunął i drzwi otworzyły się bezgłośnie.
- Łaskawy panie, przyszedł wasz lokaj - odezwał się pośpiesznie
staruszek, pochylając głowę.
Pokłonił się jeszcze niżej i ruszył z powrotem ku schodom.
Emancipor zaczerpnął głęboko tchu i podniósł wzrok na przyglądającego mu
się zimno mężczyznę. Gdy poczuł na sobie pełen ciężar spojrzenia jego
martwych, szarych oczu, wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz, zdołał
jednak się nie wzdrygnąć. Nie spuścił też wzroku, przyjrzał się więc
nieznajomemu równie uważnie, jak tamten przyglądał się jemu. Jasne oczy
miał głęboko osadzone w białej jak kreda twarzy o wyrazistych rysach.
Jego czoło było wysokie i kwadratowe, a siwiejące, zaczesane do góry
włosy długie jak u marynarza i związane w koński ogon. Z kanciastego,
wystającego podbródka sterczała ostro zakończona broda, poprzeszywana
pasmami barwy żelaza. Mężczyzna wyglądał na czterdzieści parę lat i był
odziany w długi, podszyty futrem szlafrok, stanowczo za ciepły na Smętną
Lalunię. Długopalce dłonie, na których nie nosił pierścieni, splótł
przed jedwabnym sznurem zastępującym mu pas.
Emancipor odchrząknął.
- Wielce szlachetny panie! - zagrzmiał.
Za głośno, niech to szlag.
Skóra wokół oczu mężczyzny napięła się ledwie dostrzegalnie.
- Jestem Emancipor Reese, znamienity lokaj, stangret, kucharz... - dodał
nieco ciszej.
- Jesteś pijany - przerwał mu mężczyzna. Emancipor nigdy w życiu nie
słyszał takiego akcentu. - I masz złamany nos, chociaż wygląda na to, że
krwawi coraz słabiej.
- Najpokorniej przepraszam, panie - zdołał wykrztusić Emancipor. - Za
mój stan winą obciążam żałobę. Za nos słup ogłoszeniowy albo może
brukowce.
- Żałobę?
- Tak, panie. Przeżyłem sztraszliwą, oszobisztą tragedię.
- To bardzo przykre. Wejdź do środka, panie Reese.
Pomieszczenie zajmowało czwartą część najwyższego piętra. Stały w nim
dwa łoża z baldachimami, zasłane wymiętą pościelą, biurko skryby z szufladami i skórzanym blokiem listowym, a przed biurkiem taboret.
Ściany zdobiły kiepsko namalowane freski, wprawione w tanie płyciny. Po
lewej stronie biurka znajdowała się wielka garderoba. Przez otwarte
drzwi było widać, że jest pusta. Obok szafy ulokowano wejście do
prywatnej łazienki, zasłonięte wyszywaną paciorkami kotarą z miękkiej
skóry. Pod jedną ze ścian ustawiono cztery poobijane, sięgające piersi
Emancipora kufry podróżne. Tylko jeden miał otwartą pokrywę i widać w nim było piękne stroje cudzoziemskiego kroju, umieszczone na żelaznych
wieszakach. W pokoju nie było nikogo więcej, lecz wyczuwało się tu
obecność drugiej osoby, co potwierdzało również niepościelone łoże.
Jedyną naprawdę osobliwą rzecz stanowiła tu leżąca na bliższym łożu
płyta szarego łupku wielkości talerza. Emancipor zmarszczył brwi na jej
widok, a potem westchnął i uśmiechnął się pogodnie do mężczyzny, który
stał spokojnie przy drzwiach. Zdążył je już zamknąć, zaciskając pętlę.
Jest wysoki. To ułatwia symulowanie ukłonów.
- Czy możesz przedstawić mi jakieś referencje, panie Reese?
- Och tak, oczywiście! - Emancipor złapał się na tym, że kiwa bez
przerwy głową. Spróbował przestać, ale bez powodzenia. - Od mojej żony
Subly. Trzydzieści jeden lat...
- Chodziło mi o poprzedniego pracodawcę.
- On nie żyje.
- To od jeszcze poprzedniego.
- Też nie żyje.
Mężczyzna uniósł cienką brew.
- A ten, który był jeszcze przedtem?
- Również nie żyje.
- A przedtem?
- Przedtem byłem sternikiem na żaglowcu kupieckim Słony Osad. Przez
dwadzieścia lat pływałem do Styggu Krwawym Spacerem.
- A co się stało z tym statkiem i jego kapitanem?
- Leżą sześćdziesiąt sążni pod wodą, nieopodal Szelfu Ridry.
Druga brew uniosła się, dołączając do pierwszej.
- Masz imponującą historię, panie Reese.
Emancipor zamrugał.
Jak on to robi z tymi brwiami?
- To prawda. A wszystko to byli dobrzy ludzie.
- A czy... obchodzisz po nich żałobę co noc?
- Słucham? Aha. Nie, nie. Tylko następnego dnia, łaskawy panie. Tylko
wtedy. Biedny Baltro był uczciwym człowiekiem...
- Baltro? Kupiec Baltro? Czy to nie on był ostatnią ofiarą tego
szaleńca, który grasuje nocami po mieście?
- W rzeczy samej. Byłem ostatnim człowiekiem, który go widział żywego.
Brwi mężczyzny uniosły się jeszcze wyżej.
- Oprócz zabójcy oczywiście - dodał Emancipor.
- Oczywiście.
- Nikt nigdy się na mnie nie skarżył.
- Wywnioskowałem to z twoich słów, panie Reese. - Mężczyzna rozprostował
ręce i wskazał na stojący przy biurku taboret. - Usiądź, proszę.
Spróbuję ci opisać, czego oczekuję od swego lokaja.
Emancipor ponownie się uśmiechnął i usiadł na stołku.
- Czytałem w ogłoszeniu, że w grę wchodzą podróże.
- To ci nie odpowiada, panie Reese?
Mężczyzna przystanął u stóp jednego z łóżek, ponownie krzyżując ręce
przed sobą.
- Bynajmniej. To zaleta. Teraz, gdy na morzach się uspokoiło i można
zapomnieć o krwawym mycie, ogarnęła mnie tęsknota za morską pianą, za
kołysaniem się pokładu i horyzontu, za portami, zwrotami i szotami...
Czy coś się stało, panie?
Mężczyzna zaczął się wiercić nerwowo, a jego już przedtem blada twarz
nabrała szarawego odcienia.
- Nie, po prostu wolę podróżować lądem. Jak rozumiem, umiesz czytać? Czy
może kogoś wynajmowałeś?
- Nie, nie, umiem czytać, panie. Mam do tego talent. Czytam po
laluniowemu, kradzieżowemu i styggijsku. Nauczyłem, się tego z map
morskich. No wiesz, panie, nasz pilot lubił miód pitny...
- A czy potrafisz również pisać w tych językach, panie Reese?
- Tak jest. Czytanie i pisanie. Hej, umiem nawet czytać po mell'zańsku!
- Po malazańsku?
- Nie, mell'zańsku. Chodzi o imperium.
- Oczywiście. Powiedz mi, czy masz coś przeciwko temu, żeby pracować
nocą, a spać za dnia? Jak rozumiem, jesteś żonaty...
- To bardzo mi odpowiada, panie.
Mężczyzna zmarszczył brwi, a potem skinął głową.
- Bardzo dobrze. W skład obowiązków wchodzi załatwianie codziennych
spraw związanych z wymogami podróży. Rezerwacja miejsc na statku,
negocjacje z władzami portowymi, wyszukiwanie lokum odpowiadającego
naszym potrzebom, dbanie o to, by nasze ubiory były czyste, wypachnione
i wolne od robactwa, i tak dalej. Robiłeś już takie rzeczy, panie Reese?
- Takie i gorsze... chciałem powiedzieć: takie i więcej, panie. Umiem
też czesać i podkuwać konie, naprawiać uprząż, szyć, czytać mapy,
orientować się według gwiazd, wiązać węzły, splatać liny...
- Tak, tak, bardzo dobrze. A teraz pomówmy o zapłacie...
Emancipor uśmiechnął się.
- Jestem wyjątkowo tani, panie. Wyjątkowo tani.
Mężczyzna westchnął.
- Z takimi talentami? Nonsens, panie Reese. Nie doceniasz siebie.
Zaproponuję ci roczny kontrakt i zdeponuję odpowiednią sumę w szanowanej
agencji, by zapewnić regularny transfer środków do twojej rodziny. Gdy
będziesz nam towarzyszył w drodze, o twoje osobiste potrzeby zadbamy
gratis. Czy suma tysiąca dwustu standardowych sztuk srebra rocznie
będzie do zaakceptowania?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki