Opowieści niesamowite z języka czeskiego - Wielu autorów

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (45,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Andrzej S. JagodzińskiPoza czeskim kanonem

Literatura czeska cieszy się w Polsce sporą popularnością. Takie nazwiska jak Milan Kundera, Ota Pavel, Josef Škvorecký, Bohumil Hrabal, Václav Havel nieobce są czytającym. Choć wymienieni twórcy bardzo się od siebie różnią, a każdy z nich ma własny, rozpoznawalny "charakter pisma", to wszyscy mieszczą się w istniejącym u nas stereotypie czeskości i literatury czeskiej. Kiedy w 1924 roku w młodym wieku zmarł w Czechach Jiří Wolker, utalentowany poeta cieszący się w kraju sławą, trzech wpływowych krytyków literackich opublikowało artykuł Dość Wolkera - w proteście przeciwko bałwochwalczemu kultowi poety, który wypaczał prawdziwy i złożony obraz literatury tamtego okresu. "Dziś chciałoby się powiedzieć: dość propagowania jednostronnego obrazu czeskiej literatury jako przesyconej humorem, często z dodatkiem "specyficznym czeskim humorem", albo jako literatury opiewającej codzienność i "małego czeskiego człowieka". Pora odsłonić również jej mroczne oblicze, jakie zostało wyparte przez stereotypowe spojrzenie (...)", pisze wojowniczo Joanna Goszczyńska we wstępie do książki Mroczne oblicze czeskiej literatury1. Choć nasza antologia nie stawia sobie tak poważnych celów, to jednak prezentowane tu teksty nawet czechofilom nie skojarzą się z wydawanym w Polsce "kanonem" czeskiej literatury.

Praga to jedno z miast, które prowokuje do tworzenia literatury pełnej tajemnic i zagadek. Czeską stolicę często nazywa się Złotą Pragą, a włoski bohemista Angelo Maria Ripellino - autor eseistycznego poematu o tym mieście - nazwał ją Pragą magiczną2. Przez wiele lat znajdowało się tu jedno ze światowych centrów alchemii, magii i wszelkich nauk tajemnych, rozwijane zwłaszcza w XVI i XVII wieku pod życzliwym patronatem czeskich królów. Niektórzy z nich - jak na przykład Rudolf II Habsburg, cesarz rzymski narodu niemieckiego, król Czech, Węgier i Chorwacji, arcyksiążę Austrii - osobiście zajmowali się poszukiwaniem kamienia filozoficznego czy eliksiru młodości. Stare kroniki czeskie, legendy i podania ludowe pełne są fantastycznych i niesamowitych opowieści. Niektóre z nich, wspólne dla Czechów i Niemców, po latach stały się źródłem inspiracji arcydzieł literatury światowej.

Kręte wąskie uliczki, ciemne zaułki i niewielkie domki pagórkowatej Malej Strany, a także podobny pejzaż dawnej zabudowy praskiego Starego czy Nowego Miasta stanowiły idealną scenerię dla krwawych horrorów prozy jarmarcznej, romantycznych opowieści grozy, literatury gotyckiej czy - kilkadziesiąt lat później - pełnej grozy twórczości modernistów i ekspresjonistów. Wszędzie bowiem w Pradze dało się wyczuć niezwykłą atmosferę miasta, którego ulicami przechadzał się doktor Faust czy sławny rabbi Jehuda Löw ben Becalel, twórca Golema. Ktoś powiedział, że wystarczy obejrzeć Złotą Uliczkę na Hradczanach, aby zrozumieć, że wielki Franz Kafka nie mógł pisać inaczej. Jest w tym trochę prawdy - a można przecież wspomnieć innych niemieckojęzycznych pisarzy praskich, jak choćby Gustava Meyrinka, którego niemal cała twórczość związana jest z Pragą jako miejscem magicznym, bliskiego przyjaciela Kafki - Franza Werfla, który choć mieszkał w Pradze tylko w latach wczesnej młodości, to jednak ten okres wywarł ogromne piętno na jego osobowości i twórczości, czy też innego praskiego pisarza z kręgu ekspresjonizmu - Johannesa Urzidila, a wreszcie Paula Wegenera, jednego z twórców filmu Student z Pragi z 1913 roku (oraz trzech wersji Golema), który choć w Pradze tylko bywał, to zainspirowała ona najlepsze jego filmy.

Antologia zawiera opowiadania trzydziestu dwóch pisarzy tworzących po czesku w XIX i pierwszej połowie XX wieku, reprezentujących bardzo różne style i kierunki literackie. Jest wśród nich wielu klasyków, ale i twórcy uważani dziś za drugorzędnych, są literaci zapomniani nawet we własnym kraju i tacy, których odkrywa się na nowo po latach. Są tacy, dla których opowieści niesamowite stanowiły główną czy też istotną część dorobku twórczego, oraz tacy, którzy literaturą gatunkową zajmowali się tylko przy okazji czy dla zabawy (w kilku przypadkach prezentowane utwory to jedyne opowiadania grozy w dorobku autorów realistów).

Pierwsze drukowane tu teksty pochodzą z lat trzydziestych XIX wieku i powstały w czasach odrodzenia narodowego, czyli okresie kształtowania się nowoczesnego narodu i jego podmiotowości. Czesi walczyli wtedy co prawda z wpływami niemieckimi, ale też inspirowali się kulturą niemiecką. Dlatego w niektórych tekstach z tego okresu słychać wpływy tłumaczonej z niemieckiego i obficie publikowanej literatury jarmarcznej. W XIX stuleciu (nie tylko w Czechach) wciąż dosyć swobodnie podchodzono do kwestii praw autorskich i bez skrupułów pożyczano tematy i motywy albo wręcz całe fragmenty tekstów. Garściami czerpano z dawnych legend, ludowych opowieści czy pieśni kramarskich, krążących w nieznacznie różniących się wersjach po całej Europie. Warto o tym wspomnieć, uprzedzając zarzuty o brak oryginalności.

Nie ma zatem co kryć, że utwory Václava Radomila Krameriusa są mocno inspirowane literaturą kramarską, a Żelazna koszula przypomina Studnię i wahadło Poego, ale daty powstania utworów przekonują, że jest mało prawdopodobne, by czeski pisarz mógł podkraść pomysły Poego - zapewne obaj znali tę samą legendę lub jej warianty. Nieco późniejsze teksty najwybitniejszego poety romantycznego Karela Hynka Máchy, choć niewątpliwie inspirowane ówczesną literaturą angielską i niemiecką (a może i tekstami polskich romantyków, które czeski poeta czytywał w oryginale), odznaczają się oryginalnym ujęciem tematu. W jego tekstach znajdujemy typowe rekwizyty literatury romantycznej: noc, klasztor, las, wędrowiec, cmentarz, ciemne wąwozy, tajemnicze postaci, ale całość skomponowana jest w sposób osobny i mistrzowski, budzi niepokój i zachwyt.

"Drugi etap rozwoju czeskiego gotycyzmu literackiego przypada na drugą połowę XIX i początek XX wieku. To okres czeskiego odrodzenia politycznego", pisze Patrycjusz Pająk3. Ta polityczna ofensywa nie przyniosła co prawda wielkich sukcesów (Czechom nie udało się uzyskać takiej samej pozycji w monarchii austro-węgierskiej jak Węgrom), ale stanowiła ogromny impuls dla rozwoju narodowej świadomości, a kultura odgrywała w tym procesie fundamentalną rolę. Pod koniec XIX wieku w Pradze zbudowano między innymi Muzeum Narodowe oraz Teatr Narodowy (drugi budynek w dużym stopniu ze składek społecznych) i zaczęto wydawać pierwsze encyklopedie (najpierw mniejszą, 14-tomową, a w latach 1888-1908 wielką, 27-tomową, liczącą ponad 140 000 haseł, która pozostała największą czeską encyklopedią przez następne sto lat!). Rozkwit dotyczył wszystkich dziedzin kultury. Literatura czeska drugiej połowy XIX wieku nie chciała dłużej pełnić funkcji służebnej wobec aspiracji narodowych, zaczęła zajmować się innymi wymiarami życia, coraz śmielej nawiązywała do twórczości europejskiej. Deklarowało to wyraźnie pokolenie debiutujące w latach sześćdziesiątych, skupione wokół literackiego almanachu "Máj"4. "Majowcy" odwoływali się do Máchy, bo spośród nieżyjących klasyków miał on najwięcej odwagi, by burzyć konwencjonalne mity na temat funkcji i charakteru tzw. poezji narodowej.

"Trzeba nam dziś przede wszystkim nauczyć się dogłębnie poznawać ludzi i ich życie, prawdziwie oddawać ich smutki, radości i dążenia [...]. Trzeba nam wiernych obrazów życia, przykładów doświadczeń niewymyślonych i rzeczywistych", pisał w 1859 roku w artykule programowym Jan Neruda5, jeden z liderów. "Majowców" określano czasem jako "wczesnych realistów" albo "prekursorów realizmu", ale nieobce im były mroczne strony życia. Dotyczy to zarówno Nerudy, który dziś uważany jest za ojca nowoczesnych opowiadań czeskich, jak i związanego z "Májem" Jakuba Arbesa, nazywanego ojcem czeskiej fantastyki. Pierwszy z nich - błyskotliwy felietonista i autor czytanej do dziś krótkiej prozy z życia Pragi - potrafił napełnić swoje realistyczne utwory aurą napięcia i niepokoju, przeczuciem śmierci. Arbes także zajmował się publicystyką i prozą o tematyce społecznej, ale to właśnie jego romanetta (zob. biogram tego autora) nadal cieszą się powodzeniem.

Lata osiemdziesiąte XIX wieku to w Czechach czas literatury realistycznej, a potem naturalistycznej. W prozie dominuje tematyka psychologiczna i społeczna, powstają kilkutomowe kroniki i historyczne sagi. Popularnością cieszy się piszący "ku pokrzepieniu serc" Alois Jirásek, autor powieści, których akcja toczy się w ważnych okresach czeskiej historii i w których widać inspirację twórczością Henryka Sienkiewicza i Lwa Tołstoja, a także starymi podaniami i legendami. Prezentujemy jego dwa opowiadania, w których atmosferę budują przede wszystkim opisy niesamowitych miejsc i odległej przeszłości. Pełne tajemnic opowieści tworzyli w tym czasie inni realiści: Ignát Herrmann, František Herites, Josef Karel Šlejhar czy Amálie Vrbová (publikująca pod pseudonimem Jiří Sumín). Oko Herrmanna to klasyczny horror, pastiszowe Stróżowanie przy trupie było zapewne inspirowane miejską legendą, Duch Sumína jest misterną, trzymającą w napięciu historią o nieudanej napaści, natomiast Chiromancja Heritesa fascynuje narastającym niepokojem i niemożnością dotarcia do prawdy. Niektórzy pisarze tego okresu - Karel Švanda ze Semčic czy Josef Jiří Kolár - to ówcześni klasycy literatury grozy, dziś już całkiem zapomniani. Być może dlatego, że w ich utworach nazbyt wyraźnie widać źródła inspiracji: w przypadku pierwszego - E.T.A. Hoffmannem, w przypadku drugiego - duetem Émile Erckmann-Alexandre Chatrian.

"Trzeci, awangardowy (ekspresjonistyczno-surrealistyczny) etap rozwoju grozy gotyckiej w Czechach przypada na pierwszą połowę XX wieku. Awangardyści tacy jak Ladislav Klíma, Jakub Deml, Josef Váchal czy Vítězslav Nezval pogłębiają - zapoczątkowane przez Arbesa i Karáska - estetyzację i intelektualizację gotycyzmu, poddając go metatekstualnemu eksperymentowi. Z jednej strony zachowują dystans do omawianej konwencji, z drugiej zaś dostrzegają w niej walory poetyckie"6. Modernizm wkroczył na czeską scenę literacką pod koniec XIX wieku. Jednym z pierwszych jego krzewicieli był wspomniany Jiří Karásek ze Lvovic - założyciel czasopisma "Moderní revue" (1894), prezentującego twórczość czeskich oraz francuskich dekadentów i szokującego konserwatywną opinię publiczną swobodą głoszonych idei oraz sposobem ich przedstawiania. Pisarz był polonofilem, przyjaźnił się ze Stanisławem Przybyszewskim, który regularnie zaopatrywał go w teksty okultystyczne. Ślady tych lektur widać zarówno w poezji, jak i w prozie Karáska - także w prezentowanych tu opowiadaniach. Z pismem "Moderní revue" związani byli dwaj inni autorzy tej antologii: anarchistyczny burzyciel (a później nacjonalistyczny pisarz i działacz polityczny) Viktor Dyk oraz symbolista Jan Opolský. Do pokolenia anarchistów należał też impresjonista Jiří Mahen. Wszyscy trzej imponują impresjonistycznymi obrazami oraz tworzeniem niezwykłego i niepokojącego nastroju, który budzi większą grozę niż opisywane wydarzenia.

Kolejny kierunek, który na początku XX wieku zaistniał w Czechach, to ekspresjonizm. "(...) ekspresjonizmu [w literaturze] nie da się zdefiniować w kategoriach stylu, (...) jest mozaiką stylów (...); klimatem duchowym, który powstał w latach poprzedzających pierwszą wojnę światową i w którym tworzyło wielu pisarzy i artystów", pisał czeski krytyk i teoretyk literatury Jindřich Chalupecký7. Zaliczył on do twórców ekspresjonistycznych pisarzy mocno różniących się od siebie, spośród których w naszej antologii znalazło się trzech: Jakub Deml, Ladislav Klíma i Richard Weiner. Utwory pierwszego z nich - katolickiego księdza - to przetworzone zapisy snów, operujące oniryczną logiką i wzbogacone filozoficzną refleksją. Drukowane tu utwory Weinera są chyba najbliższe poetyki ekspresjonizmu i przerażają mnogością twarzy śmierci. Ladislav Klíma - "czeski Witkacy", pisarz i filozof przez wiele lat zapomniany - środkami, jakimi posługuje się horror, kreśli parabolę ludzkich ograniczeń i człowieczego zagubienia. "Klíma (...) wykorzystuje większość modelowych elementów powieści gotyckiej. Sięga nie tylko do rekwizytorni motywów gotyckich, ale jego utwory zdradzają fascynację gotycką estetyką. W przestrzeni jednej tylko (...) minipowieści Cierpienia księcia Sternenhocha nagromadzona jest artystyczna reprezentacja zła, przemocy, okrucieństwa, potworności, brzydoty", pisze Joanna Goszczyńska8. Cała trójka pisarzy - w okresie międzywojennym, a zwłaszcza po 1945 roku głównie ze względów politycznych spychana na margines czy wręcz pomijana - dopiero od niedawna zaczyna zajmować należne jej miejsce. Jakub Deml - pisarz osobny - zaliczany był do twórców czeskiej moderny katolickiej. Prócz niego umieszczano w tej grupie innych autorów naszej antologii - Jaroslava Durycha i Jana Čepa, a miał z nią wiele wspólnego Karel Schulz. Wszyscy oni czasem pisali opowiadania grozy.

Karel Čapek odegrał ogromną rolę w życiu literackim okresu międzywojennego, uznawany jest za jednego z pionierów czeskiej fantastyki. Publikujemy opowiadania z wczesnego okresu twórczości Čapka, w których autor eksploruje tajemnice ludzkiej duszy i rozważa rolę przypadku w życiu. Nastrój grozy buduje niezwykle oszczędnymi środkami. Klasykiem fantastyki jest także Jan Weiss, obecny tu dwoma opowiadaniami, dzięki którym możemy odbyć halucynacyjną podróż w przestrzeni i czasie. Inna znacząca postać literatury międzywojennej (i ważny reżyser filmowy) Vladislav Vančura - eksperymentator zafascynowany poszukiwaniem nowych środków wyrazu, początkowo tworzący pod wpływem ekspresjonizmu - nie ma w dorobku typowych utworów grozy, ale nie zabrakło go w naszym wyborze dzięki zabawnemu pastiszowi literackiemu.

Antologia obejmuje utwory z XIX i pierwszej połowy XX wieku. Cezura ta ma oczywiste uzasadnienie - przemiany polityczne po drugiej wojnie światowej sprawiły, że kultura czeska na lata straciła kontakt z kulturą światową i przestała się rozwijać w sposób harmonijny9. Sześćdziesiąt cztery opowiadania trzydziestu dwóch autorek i autorów stanowią jednak dość rozległą panoramę czeskich niesamowitości. Dają one świadectwo, że przez bez mała sto pięćdziesiąt lat, jakie obejmuje nasza antologia, groza, magia i mistyka były w literaturze czeskiej mocno eksploatowane, niezależnie od epoki, literackiej mody czy światopoglądu pisarza. Po 1989 roku literatura czeska nabrała nowego oddechu, odżyła i ta tematyka, ale to już całkiem inna historia.

ŻELAZNA KOSZULA

Zamek księcia Tolfi stał na wierzchołku stromej i daleko w morze sterczącej skały, nad bezdenną przepaścią zwaną Scyllą. Widok, jaki roztaczał się z zamku na piękną wyspę sycylijską, był przeuroczy. Tutaj w dawnych czasach, kiedy wojny domowe pustoszyły urodzajną ziemię italską, ukrywali się tacy więźniowie, za których wyznaczona była wysoka nagroda. Tu również zamknięte były w lochach, w twardej skale z wielkim trudem ciosanych, owe nieszczęsne ofiary, które prześladowała i dosięgła zemsta - mroczna, dzika zemsta nieczułych serc.

Szlachetnie urodzony Vivenzio, nieustraszony w boju, ozdoba Neapolu w złotych czasach kwitnącego pokoju, tenże młody, mężny i dumny Vivenzio pojmany został przez swego podstępnego i nieprzejednanego wroga. Był więźniem Tolfiego i marniał w odosobnionym lochu skalnym, którego drzwi nigdy nie otwarły się dwukrotnie przed żadną żywą istotą. Więzienie to przypominało przestronną klatkę: jego strop, podłoga i ściany z kutego żelaza solidnie wykonane były. Na wysokim stropie, wypukłym niczym sklepienie, widniało siedem okien, zakratowanych mocnymi żelaznymi prętami, przez które powietrze i światło do lochu dostać się mogło. Oprócz tych okien i ściśle przylegających drzwi nie było wokół ani jednej szparki, ani jednej szczelinki w tych czarnych, gładkich i zimnych żelaznych ścianach. Żelazne łoże z wiązką słomy stało w jednym kącie, a obok niego dzban wody i nędzne naczynie z jeszcze nędzniejszym jadłem.

Nieustraszony Vivenzio zadrżał przecież, kiedy po wejściu do owego więzienia usłyszał, jak jego milczący przewodnik ciężkie drzwi za nim na trzy spusty zamyka. Milczenie dozorcy jak gdyby zwiastowało mu, że żywcem do grobu swego zstępuje. Pogróżki i prośby Vivenzia, domagającego się przesłuchania w majestacie prawa, jego trwożne wypytywanie o zamysły nieprzyjaciela - wszystko okazało się daremne. Przewodnik słyszał, lecz nie odpowiadał - akurat właściwy pomocnik, który winien być niemy. Jakże straszny był odgłos jego oddalających się kroków! Kiedy ich milknące echo dobiegło jeszcze uszu więźnia, opanowało Vivenzia dręczące przeczucie, że nigdy więcej nie usłyszy już ludzkich kroków ani głosu człowieka. Chyba po raz ostatni istotę ludzką widział. Rozmyślając tak, spojrzał w górę, w stronę jasnego nieba, i przypomniał sobie ziemię piękną, ach, świat wspaniały, który tak kochał i przez który tak był kochany! A tu żywota swego dokonać miał - żywota, co go dopiero zaczął był używać. Jakimże sposobem? Zostanie potajemnie otruty czy może napadnięty? Nie - przecież po to nie trzeba by go było wlec aż tutaj. Albo zamorzony głodem? Śmierć to po stokroć gorsza od innych! Okropną była myśl o wieloletnim więzieniu w tak strasznej samotności, gdzie dusza ludzka, wszelkich kontaktów ze światem pozbawiona, musiałaby w szaleństwo albo w zwierzęce otępienie popaść.

Nawet najmniejszej nadziei na ucieczkę! Chyba żeby w gołych rękach spoczywała siła Samsona, która by potężne żelazne ściany tego więzienia z posad wyrwać mogła. Nie można się też było spodziewać, żeby kiedykolwiek jego nieubłagany wróg zechciał go ułaskawić. Rychłe uśmiercenie Vivenzia - choćby w najokrutniejszy sposób - nie było zamysłem Tolfiego; przecież już się to stać mogło, a nie stało się. Z pewnością czekał go los straszliwy, lecz jakąż to zemstę wymyślił sobie ów piekielnik? Powolną śmierć głodową? Czy jeszcze powolniejszą - w samotnym więzieniu, w którym ostatnia iskierka życia pomału zgaśnie; gdzie duch pierwej zniknie, ciało zaś dopiero potem w proch się obróci.

Był już wieczór, kiedy Vivenzio wszedł do więzienia swego, i teraz rąbek nocy coraz ciemniej i gęściej zakrywał grozę tego miejsca. Więzień, zatopiony w tych ponurych rozmyślaniach, spacerował tam i z powrotem po swoim lochu. Ani dzwon na zamku, ani też z pobliskiego kościoła nie obwieszczał biedakowi upływu godzin. O jakże często przystawał, nasłuchując ludzkiego głosu! Wszak samotność tej pustelni, panująca wokół grobowa cisza - to wszystko nie było jeszcze tak ciche i opuszczone, jak smętny był ów stan, w jakim się znajdował. Upadł na duchu; omdlały, osunął się na słomiane posłanie. Tutaj senność z wolna przyćmiła litościwie jego świadomość i słodkie sny ukołysały ducha wspomnieniami tego, co było mu znajome, lecz co dla wszystkich więźniów Tolfiego stawało się z czasem coraz bardziej obce i smutne.

Kiedy się Vivenzio obudził, było już jasno; nie wiedział wszakże, jak długo spał. Mógł to być wczesny ranek lub wieczór; nie znał innego rozróżnienia czasu niż następowanie po sobie kolejno światła i ciemności. We śnie czuł się taki szczęśliwy - był pośród swych krewnych, którzy go kochali, ach, wśród swoich najbliższych, miłujących go bardziej, goręcej niźli najlepszy przyjaciel. Sen ów był taki przyjemny, że nieszczęśnik, ocknąwszy się ponownie, poczuł gorycz pierwszego, strasznego momentu przebudzenia.

Niepewnie i ze zdziwieniem rozglądał się dokoła. Wziął potem niby od niechcenia garść słomy z posłania, jak gdyby się pytał, co to ma znaczyć. Jednakże pamięć - ta wierna służebnica ducha - rychło uchyliła rąbka przeszłości, a ciemniejsze jeszcze, potworne widmo niepewnej przyszłości wynurzało się z otchłani bezdennej. Wstrząsnęło nim to i głośno biadał Vivenzio nad utraconym snem, jakby był on rzeczywistością.

Uciszywszy się wreszcie, spokojnie i uważnie rozglądał się po swym więzieniu. Ach, jaśniejsze światło dzienne utwierdziło go jedynie w tym przeświadczeniu, jakiego doznał w szarości zmierzchu poprzedniego dnia: o niemożliwości ucieczki. Wszakże gdy tylko powiódł dokoła wzrokiem, znowu dwie rzeczy uwagę jego zwróciły i ciekawość wzbudziły. Jedno mogło być złudzeniem, pomyłką, lecz drugiemu nie można było zaprzeczyć. Dzban i naczynie z jedzeniem - w czasie gdy spał - zostały bliżej ku drzwiom posunięte. A gdyby był nawet w to wątpił, dzban był z pewnością innego kształtu i koloru, i pożywienie było inne, lepsze niż wczoraj. Ktoś zatem odwiedził go w nocy? Ale którędy ów nieznajomy mógł się tutaj dostać? Czyż Vivenzio tak twardo spał, że go łoskot rygli i zamków w ciężkich żelaznych drzwiach nie obudził? A gdyby i temu chciał zaprzeczyć, wówczas tym bardziej niewiarygodny był inny, pozornie niemożliwy sposób, w jaki się ktoś tu przedostał. Nie miał więc umrzeć z głodu? Z tajemniczego sposobu dostarczania jedzenia mógł się domyślać, iż ma być od wszelkiej ludzkiej społeczności odseparowany. Tym, co w nie mniejszym stopniu zwracało jego uwagę, było pozorne zniknięcie jednego z siedmiu zakratowanych okien w sklepieniu więzienia; pamiętał dokładnie, że się im przyglądał i policzył je, zaś ich obecna liczba i przedziwne rozmieszczenie w niejednakowej od siebie odległości teraz tym bardziej rzucały mu się w oczy. Wszak o wiele bardziej prawdopodobne było, że się mylił, niż żeby się była ta ogromna żelazna masa poruszyła. Myśl ta uspokoiła go.

Vivenzio spożył posiłek bez obawy. Gdyby nawet była to trucizna, i tak przecież przed morderczym zamysłem Tolfiego ujść nie mógł, a rychła śmierć była tym, czego najbardziej pożądał. Powoli i w smutku dzień ów mijał. Miał tę nadzieję, że czuwając bezustannie przez całą noc, w końcu przecież przydybie nieznajomego, który mu może znów - jak przedtem - jedzenie i picie przyniesie. Ta jedna jedyna myśl o pojawieniu się żywej istoty, która, być może, powie, jaki los go czeka, dodała mu otuchy. A gdyby ten człowiek przyszedł sam jeden - czyby go nie mógł w desperackiej furii pokonać albo litość w nim wzbudzić i obietnicą hojnej nagrody do otwarcia więzienia nakłonić? A jeśliby nawet był uzbrojony i wobec wszelkich próśb i siły samej nieugięty - cóż by mogło Vivenzia gorszego spotkać niż oczekiwana i upragniona śmiertelna rana? Słodki to los w porównaniu z czekającym go zupełnym zapomnieniem!

Nastała noc - Vivenzio czuwał. Przyszedł dzień i Vivenzio zdumiał się, grozą przejęty. A więc omdlałego jednak sen zaskoczył. Stał przed nim nowy dzban z wodą i nowe naczynie z jedzeniem. Na tym nie koniec: kiedy spojrzał w górę, zobaczył - wielkie nieba! - tylko pięć okien! Nie mogło być mowy o złudzeniu! Cóż to wszak mogło znaczyć? Do jakiej to dziwnej i tajemniczej nory został wtrącony? Bacznie rozglądał się wokoło, aż mu się ćmiło w oczach, lecz nigdzie nie znalazł śladu, który by mógł ten fakt jakoś wytłumaczyć. Badał drzwi, sprawdzając, czy były otwierane, ale dzięki pewnemu drobiazgowi przekonał się, że nikt nawet nimi nie poruszył. Wiązka słomy, którą poprzedniego wieczora niedbale pod drzwiami porzucił, leżała w tym samym miejscu; a przecież musiałaby przy najmniejszym uchyleniu drzwi dalej zostać posunięta. Czyżby owa tajemnica kryła się w ścianach? Zdawały się być jednym, potężnym, żeliwnym blokiem. Jeszcze raz, a potem jeszcze, wszystko wokół dokładnie zbadał, także podłogę, strop oraz zwieńczenie owych upiornych okien, ale nigdzie nie znalazł ani śladu, który mógłby wyjaśnić tę tajemnicę. Wydawało mu się natomiast, że więzienie jakby się nieco zmniejszyło, lecz i to było zapewne złudzeniem, dzięki niespodziewanemu zniknięciu dwóch okien bardzo łatwo wytłumaczalnym.

Z potwornym lękiem oczekiwał Vivenzio najbliższej nocy. Noc nadeszła, ale zdradliwy sen nie zaskoczy go tym razem. Postanowił aż do świtu po więzieniu spacerować i wytężając wszystkie zmysły, nieustannie w ciemności każdy przejaw tego zdumiewającego zjawiska śledzić. Jakieś dwie godziny po północy (liczył od tej chwili aż do świtu) poczuł słabe drganie podłogi - obserwował je z zapartym tchem. Trwało to może minutę, było jednak tak delikatne, że i to drganie złudzeniem mu się wydawało. Wtem poczuł chłodny powiew wiatru nad głową, a rzuciwszy się tam, skąd wiatr zdawał się dochodzić, potknął się o coś, co wziął za swój dzban z wodą. Podniósłszy się, jął obserwować dalej, lecz przez całą noc nic więcej się nie działo. Zaczynało świtać, rozwidniło się. Ze zgrozą spojrzał Vivenzio w górę na okna - widział tylko cztery. Patrzył i liczył, ale naliczył jedynie cztery; piąte okno widocznie coś jeszcze zakrywało. Światło dnia odsłoniło każdy kącik jego więzienia i znowu inne przedmioty rzuciły mu się w oczy. Na podłodze leżały skorupy wczorajszego dzbana, a nieopodal, tuż obok ściany, stał na nowo napełniony dzbanek i naczynie z jedzeniem. Stukał we wszystkie ściany - dotychczas sprawiały wrażenie jednolitego, pewnego i niewzruszonego muru. Walił w nie mocno i gwałtownie, lecz nic nie wskazywało na to, żeby gdzieś mogły być wydrążone. Z niepokojem znów spojrzał w górę - piąte okno rzeczywiście zniknęło bez śladu. Nie mógł też dłużej wątpić w to, że więzienie naprawdę się zmniejszyło. Strop obniżył się, a przeciwległe ściany zbliżyły się do siebie o tyle, ile miejsca zajmowały trzy brakujące okna. Myśli plątały się w głowie Vivenzia. Jakiś arcyokrutny zamysł, jakaś piekielna męka kryły się za tymi okropnymi przygotowaniami.

Taką to troską i okrutną niepewnością swego losu dręczony, siedział, milcząc, w zamyśleniu, a godziny jedna za drugą biegnące trwożyły ducha jego straszliwymi obrazami. W końcu zerwał się z obłędem w oczach.

- Tak! - zawołał strasznym głosem. - Tak jest i tak być musi! Diable! Nieludzki piekielniku, czy taka jest twoja zemsta?

W obłąkaniu zwalił się na ziemię, łzy popłynęły mu z oczu i zimny pot wystąpił na czoło. W dzikiej rozpaczy rwał sobie włosy z głowy i ogarnięty wściekłością, gryzł żelazną podłogę. Lżył i przeklinał Tolfiego, a zaraz potem znowu pokornie się modlił. Gdy zaś nagły przypływ cierpienia i lęku odrobinę zelżał, rzucił się na ziemię i płakał jak dziecko.

Wieczorna szarość odchodzącego dnia jeszcze go w takiej rozpaczy zastała. Nie jadł tego dnia ani łyżki strawy, ani kropla wody nie zwilżyła jego wyschniętych ust i przez dwie noce nawet oka nie zmrużył. Wreszcie jednak głód i zmęczenie zmogły go. Skosztował jadła, z nieposkromioną łapczywością wodę z dzbana wypił i upadł jak pijany na swe łoże, gdzie go okrutny strach także we śnie koszmarnymi obrazami dręczył. Nagle z bolesnym lamentem zerwał się ze snu i wyciągniętymi ramionami chciał jak gdyby walące się pomieszczenie podeprzeć; ale oprzytomniawszy - czując, że dość ma jeszcze przestrzeni, by móc swobodnie oddychać - usnął na nowo i okropne sny go dręczyły.

Ranek czwartego dnia rozjaśniał się nad Vivenziem, był już jednak biały dzień, kiedy się z zamroczenia swego całkiem ocknął. Jakaż bolesna melancholia nieszczęśnikiem owładnęła, gdy tylko trzy pozostałe jeszcze okna ujrzał. Trzy tylko! Wyglądało na to, że oznaczają one liczbę dni, które mu jeszcze pozostały. W ciszy, przygotowany na wszystko, mierzył szerokość i wysokość swego przybytku i zrozumiał jasno, z przerażającą pewnością, co oznaczają obniżające się sklepienie i schodzące się ściany. Te zmiany były teraz widoczne, wręcz namacalne, nie można było uważać ich jedynie za wytwór chorej wyobraźni. Jakimże to wszak piekielnie tajemniczym sposobem ściany, strop i okna bez żadnego hałasu, ba, prawie niezauważalnie, rzec by można, kurczyły się i schodziły ku sobie? Było to dla niego niezrozumiałe, ale działo się naprawdę, a towarzyszyła temu najstraszliwsza trwoga w obliczu śmierci. Jakże chętnie byłby się najbardziej nieśmiałą choćby myślą o jakiejkolwiek możliwości oswobodzenia pocieszył, czyż jednak można było je sobie wyobrazić? Jakież to niebywałe okrucieństwo tak powoli, dzień po dniu ku tak potwornej śmierci nieszczęśnika przybliżać, bez żadnej pociechy religijnej, bez ludzkiej obecności, w osamotnieniu go pozostawić. W samotności miał umrzeć, w samotności oczekiwać zbliżającej się pomału śmierci, a najbardziej wymyślne katusze właśnie na owej powolności i samotności polegały!

- Nie boję się śmierci! - zawołał. - Lecz przygotować się do niej muszę, a gdyby nawet w tej chwili nadeszła w całej swej potworności, mógłbym jej, jak sądzę, czoło stawić! W jaki sposób wszakże do tej ostatniej chwili dzielność swą mam zachować? Czy wytrzymam jeszcze te trzy okropnie długie dni i noce? Żadna siła we mnie nie jest w stanie tego straszliwego koszmaru odpędzić. O, żebym tak bez czucia mógł w objęcia śmierci paść! Ach, cały świat bym oddał, by móc zasnąć twardo, na wieki.

Biadając tak, zauważył Vivenzio, że naczynie z jedzeniem i dzban z wodą jak zwykle wymienione zostały. W takiej rozpaczy przyszła mu do głowy myśl o jeszcze jednym sposobie uwolnienia. Postanowił więc, że w nocy, w momencie gdy poczuje owe drgania i powiew wiatru, głośnym wołaniem trwogę swą objawi. Musi być przecież ktoś w pobliżu w tej chwili, kiedy mu jadło podają. Może usłyszy go ludzkie ucho, może ucho na krzywdę ludzką wrażliwe. Cóż, w najgorszym razie się dowie, co go właściwie czeka; wolałby najokrutniejszą pewność aniżeli przyszłość mglistym wyobrażeniom i dręczącym snom pozostawioną.

Nadeszła noc i Vivenzio stał nieruchomo jak posąg, wstrzymując nawet oddech, by przez najlżejsze choćby poruszenie oczekiwane z upragnieniem przybycie człowieka uwadze jego nie uszło. Kiedy tak wszystkie siły fizyczne i duchowe wytężał, przyszło mu na myśl, że leżąc na podłodze, każdy ruch pod sobą jeszcze wyraźniej mógłby odczuć. Nie minęło wiele czasu, gdy wtem podłoga się pod nim poruszyła. Vivenzio zerwał się i krzyczał ile sił, wzywając pomocy. Potem nasłuchiwał w milczeniu. Powiewu wiatru nie poczuł, wokół panowała grobowa cisza - żadnej odpowiedzi. Wtedy wybuchnął żałosnym płaczem i na nowo trwogą przejęty, na ziemię upadłszy, biadał:

- Ach, Boże, Boże miłosierny! Tylko ty mi pomóc możesz, zechciej choć sił mi dodać na nadchodzącą próbę!

Znowu wstawał dzień nad biednym więźniem i z narastającą grozą spoglądał nań z góry niemy zwiastun jego rychłej zguby. Dwa okna, dwa dni - i będzie po wszystkim. Świeży napój, świeże jadło - jak co ranka. Doszło do potajemnych odwiedzin i Vivenzio nie został wysłuchany. Jakże makabryczna była ta niema odpowiedź na błagalne jego prośby. Strop więzienia wznosił się ledwie o pół łokcia nad nim. Ściany stały tak blisko siebie, że szerokość pomieszczenia nie wynosiła nawet sześciu kroków. Zgroza nie do opisania przejmowała opuszczonego więźnia. Wszakże głęboka boleść jego nie ozwała się więcej głośnym łkaniem. Z założonymi rękami i zaciśniętymi zębami, z przekrwionymi od bezustannego czuwania, zmęczonymi oczami, które miotały wokół dzikie spojrzenia, z ciężkim, przyspieszonym oddechem, nerwowym krokiem przechadzał się niezmordowanie, w oszołomieniu i zamyśleniu tam i z powrotem. Kto zrozumie, kto wypowie i kto opisze nieprzeniknione mroki jego myśli? Brzemię śmierci, pod którym z wolna oddychał, nieporównanie cięższe było od wszelkiej ludzkiej niedoli. Nagle wzrok jego przykuła żelazna ściana nad łóżkiem. Widniały na niej słowa - słowa pisane ręką człowieka! Przywarł wzrokiem do tego miejsca, ale krew zastygła mu w żyłach, gdy czytał:

"Ja, Ludovico Sforza, otumaniony pieniędzmi księcia Tolfiego, poświęciłem trzy lata pracy i przemyśleń, aby ową piekielną sławę sztuki mojej stworzyć i ukazać. Po zakończeniu dzieła przyprowadził mnie tu pewnego ranka podstępny Tolfi - diabeł raczej niż człowiek - pod pretekstem, że chce się sam przekonać o efektach zleconej mi pracy, i pozostawił mnie tu samego na pastwę nowego, morderczego wynalazku, żebym w ten sposób nie mógł ani tajemnicy zdradzić, ani gdzie indziej czegoś podobnego wykonać. Odpuśćcie mu to, miłosierne niebiosa, jako i sam żywię nadzieję, że i mnie, którym stał się narzędziem tak piekielnego pomysłu, zostanie odpuszczone! Nieszczęśniku, który czytasz te słowa - kimkolwiek jesteś, upadnij na kolana i błagaj, tak jak ja, o Boskie miłosierdzie, gdyż jedynie Bóg może ci sił użyczyć, abyś o zemście Tolfiego mógł ze spokojem myśleć. Wkrótce bowiem zostaniesz zmiażdżony, jak zmiażdżony został twórca tej zbrodniczej machiny".

Vivenzio westchnął głęboko. Jakby morderczym ostrzem przebity, stał z wybałuszonymi oczami, z drżącymi wargami i ciężko dysząc, wciąż na napis uporczywie patrzył. Miał wrażenie, jakby go głos z zaświatów upominał. Nadzieja wszelka go opuściła. Widniał tu wyrok śmierci jego w kilku zaledwie, za to okropnych, słowach zawarty. Najbliższa przyszłość jawiła mu się jak na dłoni - monstrualna i straszliwa. Czuł już niemal spadający na ciemię potworny ciężar, wydawało mu się, jakby go już ogromne ramię żelaznych ścian ściskało i kości mu pękały. Nieprzytomnie szukał w odzieniu swym jakiegoś narzędzia śmierci. Sam się udusi własnymi rękami! Daremne wszakże były to zamiary. Dzikim wzrokiem po ścianach wodząc, zawołał z okrutną wściekłością:

- Uprzedzę swe przeznaczenie, głowę sobie roztrzaskam! - Cierpka drwina z tego zwątpienia piersi mu przeszyła. - Właściwie dlaczego miałbym to robić - westchnął - przecież i ten człowiekiem był, który pierwszy w drapieżnym uścisku waszym skonał; doczekam się losu swego, tak jak on!

Miało się ku wieczorowi. Vivenzio patrzył przez obniżone okna na złote promienie zachodzącego słońca. Radosne uczucie wypełniło na chwilę jego duszę. Była to słodka, acz bolesna więź po raz ostatni w tym momencie ze światem go łącząca. Podciągnął się w górę do okna, przez które - krat się trzymając - w bezmierną, wspaniałą dal spoglądał. Ach, to, co widział i słyszał, zdawało się istnieć właśnie po to, aby pod wpływem owego czarownego widoku nieszczęśnik przez cały świat opuszczony zupełnego pomieszania zmysłów dostał! U wylotu długiego kanału wentylacyjnego, wyciosanego w skale, błyszczało przyjazne niebo, zachodzące słońce, bezkresne morze, a w oddali wybrzeże Sycylii z gaikami oliwnymi, jasnozielonymi trawnikami i ciemnymi rozmarynowymi lasami. Ach, jak przyjemnie wiał zachodni wietrzyk pełen wonnych oparów. Vivenzio chwytał go łapczywie w nozdrza, jak ryba wyrzucona na brzeg pragnie pochwycić falę, która ją dosięga. Piękno tego krajobrazu w wieczornym blasku i daleki szum fal morskich dodały otuchy jego zamierającemu sercu, tak jak rosa wyschłą zwilża ziemię.

Napawał się owym widokiem, to jedną, to drugą ręką albo obiema naraz krat się uczepiwszy, aż wreszcie omdlały, z opuchniętymi rękami, z powrotem na ziemię się osunął w głębokim oszołomieniu. Nie wiedział, co się z nim dzieje; zdawało mu się jedynie, że znów jest na wolności, w boju okrutnym, wśród huku i zgiełku wojennego. Odgłosy strzałów i szczęk oręża daleko i szeroko się niosły, a przeraźliwe krzyki i chrzęst zbroi walczących w uszach jego łagodnie brzmiały. Kiedy się znowu z omdlenia ocknął, sen pierzchnął, zniknął także wspaniały obraz: było już ciemno. Ach, raz jeszcze roztoczył się przed jego oczyma cudowny widok urzekającej przyrody, jeszcze raz promyk zachodzącego słońca oczy jego ucieszył, jeszcze raz zakosztował piękna łagodnej zieleni oliwek i błękitu głębiny morskiej. I co więcej? W oddali dojrzał też łodzie, wiele łodzi, tu i ówdzie na falach się kołyszących. Tak, wydawało mu się, że i ludzi na nich wyraźnie dostrzega. Wszak mogło to być jedynie złudzenie, sen tylko, ale słodki, nieszczęśnikowi nowych sił dodający. Pragnął znaleźć się na łodzi, miotany najeżonymi wściekłością falami lub też zarazą paskudną dręczony i życia syty, byleby tylko mógł tam, na tych dalekich łąkach, duszę swą uwolnić. Spodziewał się lżejszej śmierci niż ta w żałosnym osamotnieniu. Coraz bardziej mroczne i obłąkańcze były myśli i uczucia jego. Niczym pijany leżał w głębokim otępieniu. Ani głód, ani pragnienie nie dawały znać o sobie, chociaż już od trzech dni nawet kroplą wody wyschniętego języka nie zwilżył. Trwał w ten sposób, nieruchomo siedząc czy leżąc, spał lub czuwał albo pogrążał się w myślach bądź nieświadomie mówił na głos sam do siebie o krzywdzie, jaka mu się dzieje, o przyjaciołach i swych bliskich, o domu i o straszliwej przyszłości. Ale przy tym wszystkim zdawało mu się, że zgiełk daleki, a nieraz i wystrzał jak gdyby słyszy. Wyglądało na to, że wojna, dotychczas z okrucieństwem prowadzona, ku ziemiom tym się zbliża. Lecz nawet wytężając słuch, niemożliwością było rozpoznać, z której strony ów zgiełk dochodzi, ani też - czy to złudzenie, czy rzeczywistość.

W takim żałosnym stanie zastał Vivenzia siódmy ranek, o ile rankiem można było nazwać tę odrobinę światła, które - blade jeszcze - jedynym pozostałym oknem do ciemnego więzienia wpadało. To wszystko nie byłoby go poruszyło, ale inna zmiana przeraziła go w najwyższym stopniu: oto za pomocą misternego urządzenia Ludovica Sforzy, w postaci ukrytych sprężyn naciskanych przez schodzące się ku sobie ściany, żelazne posłanie zamieniło się w mary. Tym sposobem strach i rozpacz nieszczęsnej ofiary miały być spotęgowane do granic; dlatego też ostatnie okno przepuszczało jedynie wątłe światło - na znak gasnącego już życia. Vivenzio zerwał się gwałtownie i uderzył głową o strop, który tak bardzo się obniżył, że biedak nie mógł się już wyprostować.

- Niech się stanie wola Boża! - westchnął, na marach się kładąc. Potem ukląkł i modlił się pobożnie, i łzy wypłynęły mu spod powiek.

Powietrze wokół wydawało mu się zgęstniałe, z trudem oddychał; a może sprawiał to nieznośny ucisk w piersiach, ciasnota pomieszczenia bowiem nie pozwalała mu się wyprostować ani wyciągnąć na posłaniu. Jednakże dogasające już siły i wyczerpany duch były ze wszelkich doczesnych utrapień wyzwolone. Wszystka nadzieja przepadła i nie czuł już więcej strachu. Jedynie narastający jakiś zgiełk i wrzawa, wyraźnie do uszu więźnia dochodzące odgłosy strzałów, dające się słuchem dobrze rozpoznać, wciąż jeszcze uwagę jego przyciągały. Ach, gdybyż mu była zemsta teraz ostatni zadała cios, nie byłby go poczuł ani zauważył. Jednak możliwość takiego odurzenia miłosierną naturą Tolfi również wcześniej przewidział.

Zgiełk i wrzawa na zewnątrz wzmagały się, strzelanina była coraz bliższa i Vivenzio - zdumiony wielce - myślał o tym, co się jeszcze zdarzyć może. Był już późny wieczór. Nagle rozległo się raptowne uderzenie w dzwon ogromny i zadźwięczało w uszach Vivenzia. Wybiła pierwsza. Dźwięk był taki bliski i ogłuszający, że zdawał się mózg przeszywać, a zdziesięciokrotnione echo niczym grzmot huczało w jaskiniach skalnych. Potem dał się słyszeć potężny łoskot, który wstrząsnął całym pomieszczeniem, jakby się miało wszystko naraz w gruzy rozsypać. Vivenzio zerwał się, chcąc jak gdyby nadludzką jakąś siłą walącą się budowlę powstrzymać. To wszakże tylko ściany zbliżyły się jeszcze bardziej do siebie i znowu zaległa cisza. Strop ugniatał mu już czaszkę, choć siedział mocno zgarbiony; jeszcze kilka piędzi niżej - i będzie po wszystkim. Drżał na całym ciele, z trudem łapał powietrze, rękami sięgał otaczających go ścian. Leżał tak, śmiertelnie zgnębiony, aż tu dzwon ponownie zadźwięczał, łoskot i trzask znów się odezwały. Trzaski następowały jeden po drugim, a strzelanina na zewnątrz była tak gwałtowna, że podłoga pod nogami Vivenzia raptem się zatrzęsła, i ów, zupełnie nieprzytomny, na ziemię się zwalił.

Słońce wysyłało skąpe promienie zza gęstej chmury i niebo dokoła zaciągnęło się, jak gdyby swą czarną szatą chciało oddać cześć konduktowi żałobnemu biednego Vivenzia. W końcu jednak silniejsze słońce potargało i rozpędziło chmurę i w pełnym blasku zanurzyło się w głębinie bezkresnego morza. Vivenzio ocknął się z wiecznego - jak mu się zdawało - snu. Oddychając głęboko, stwierdził ze zdziwieniem, że wciąż jeszcze żyje. Powoli otworzył oczy, znów je zamknął i znowu otworzył, rozejrzał się dokoła i - Boże miłosierny!! - zobaczył, że leży w wygodnym łóżku, a wokół siebie ujrzał swych wiernych przyjaciół i służbę. Nie wiedział, co się z nim dzieje - żyw jest czy to tylko sen mamiący? Może wszystko, co przeżył, było jedynie złudzeniem? Bynajmniej - czuł się przecież taki słaby, taki wyczerpany, wszelkich sił pozbawiony, iż nie mógł nawet ręką poruszyć. A jednak znajdował się pośród swych wiernych przyjaciół. Jakiż to cud wyrwał go z objęć śmierci? Takie i tym podobne myśli nachodziły Vivenzia w pierwszym momencie po przebudzeniu.

Kiedy tak rozglądał się był dokoła, przystąpił do niego starzec, w którym Vivenzio rozpoznał lekarza, prosząc, aby zażył stosowne leki, leżał spokojnie i ani słowem o nic nie pytał, zanim sił nie odzyska. Chory posłuchał rady roztropnego starca i odpocząwszy w spokoju kilka godzin, zupełnie oprzytomniał. Przyjaciele czuwali nad nim całą noc, a Vivenzio, trochę wzmacniającego pokarmu spożywszy, zasnął głęboko i do białego dnia błogo odpoczywał.

Obudziwszy się rano, taki się wzmocniony poczuł, że - wprawdzie jeszcze słabym i mdlejącym głosem, przecież jednak wyraźnie - mógł się obecnych wypytywać i o wyjaśnienie wszystkiego, co się z nim działo, prosić. Obecny przy tym lekarz, który stwierdził, że Vivenzio więcej zawdzięcza swej młodości niźli jego lekom, nie odmówił prośbie chorego i stary Cavallo, towarzysz Vivenzia w niejednej walce czy szermierce słownej, tak mówić począł:

- Po nieszczęsnej bitwie pod Viduną, kiedy cię krwiożerczy Tolfi własnymi rękoma pojmał, pierzchało wprawdzie wojsko nasze aż do najbliższego lasu, tam jednak rozstawieni strzelcy wyborowi zaatakowali znienacka nieprzyjaciela, ciągłym prześladowaniem naszych zmęczonego, i tak nań napierali, że choć początkowo stał niewzruszenie i dzielnie się bronił, w końcu jednak ustąpić musiał. Tolfi się srożył, objeżdżał szeregi i cały lud swój do boju gnał, ale nadaremnie. Tego dnia nie mógł już rozproszonych żołnierzy zebrać. Zastępy jego rzedły i Tolfi, chcąc nie chcąc, musiał się wycofać. Nasze wojska tak bardzo go naciskały, że był zmuszony z paroma tylko chorągwiami przez rzekę się puścić. Tam go zaskoczyli nasi i zupełnie od reszty jego zastępów odcięli. Sprzymierzeńcy Tolfiego - Grimaldi, Toldo i Banieri - poddali się, inni zaś zostali rozbici.

Tolfi przedzierał się ze stale malejącym oddziałem na swój zamek. Myśmy pędem za nim gnali i nim się jeszcze zdołał do zamku wedrzeć, do bitwy go zmusiliśmy. Tolfi bronił się niczym lew, ale nie mogąc sile wielkiej sprostać, znaczne poniósłszy straty, schronił się do zamku swego, w którym pewnie się chciał obwarować. Nie miał wszak zbyt wiele czasu; otoczyliśmy zamek ze wszystkich stron - także od strony morza okręty nasze się ukazały - i przypuściwszy szturm, z wielkim trudem przełamując opór nieprzyjaciół, wreszcie nocą zamek zdobyliśmy.

Tolfi ryczał wściekle, kiedym jako pierwszy z oddziałem swym mury sforsował, a tymczasem inni, wyważywszy wrota, tłumnie na dziedziniec się wdarli. Nacierał na nas z mieczem, gdy jeden z giermków, miecz mu z ręki wytrąciwszy, chciał go pojmać; wtem Tolfi, dobywszy sztyletu, żołnierza nim pchnął, waląc go na ziemię, i z okrzykiem "Zemsta moja dokonać się musi!" popędził przez dziedziniec ku jakiemuś wejściu, gdzie jednemu z pachołków swych zapaloną pochodnię wyrwawszy, w otworze z nią zniknął. Przypuszczając, iż tajnym przejściem zamierza zbiec, puściłem się za nim z kilkoma wiernymi druhami. Korytarz skręcał tu i ówdzie, wiodąc coraz głębiej w dół, aż nieopodal ujrzeliśmy jaskinię przestronną, w której znajdowało się mnóstwo dużych i małych żelaznych kół i maszyn z ciężarkami o pokaźnej wadze; niektóre z nich, Bóg wie jak głęboko, w czeluści bezbrzeżnej zwisały. Tutaj ujrzeliśmy Tolfiego, który właśnie sztyletem swym linę niezmiernej grubości przecinał.

Zatrzymaliśmy się, nie wiedząc, czy nie szykuje nam zasadzki. Tolfi wszak, dostrzegłszy nas, jeszcze szybciej linę ciął, wołając: "Zginie ten, którego szukacie - zemsta moja go zmiażdżyła!". Ledwie to powiedział, przecięty sznur trzasnął, ciężarek na nim wiszący zleciał i z okrutnym łoskotem toczących się z ogromną prędkością kół rozstępowała się tylna ściana. Ujrzeliśmy człowieka na marach leżącego. Skoro tylko Tolfi to zobaczył, osłupiały ze zdumienia zakrzyknął wściekle: "Moce piekielne, które mnie prześladujecie! Jakże się to stać mogło, żem niewłaściwy ciężar odciął? Wszak przez to zemsta moja się nie spełni!".

Ciężarek spadł na dno, koła przestały się kręcić, Tolfi zaś, gdyśmy go pochwycić chcieli, rozpędziwszy się, skoczył ponad czeluścią - i wpadł do otchłani bezdennej, skąd jedynie głuchy łoskot nas doszedł. Bez wątpienia, zanim dna dosięgnął, na zwisających ciężarach się roztrzaskał. O tym, żeś to ty jest owym domniemanym zmarłym, dowiedzieliśmy się wkrótce od jednego z giermków Tolfiego, który - skazany na męki - wszystkie nikczemności pana swego wyjawił, dodawszy, że Tolfi, gdy cię tylko pojmał, z tym poleceniem na zamek go wysłał, aby cię bez zwłoki w żelazną koszulę ubrali (tak nazywają tutaj to okrutne więzienie, ponieważ przy ostatecznym zetknięciu się ścian całe to żelastwo, do ciała człowieka przylgnąwszy, wszystkie mu kości powoli łamie). Strażnicy twoi zwlekali jednak, dzięki czemu później dostałeś się do więzienia - inaczej dawno byś już nie żył. Giermek dodał także, że jego pan, z całą pewnością chcąc ci prędko jednym ciosem śmierć zadać, zanimby cię przyjaciele twoi uwolnić mogli, pospiesznie starał się ciężarek spuścić; lecz w obłąkaniu i w złości swej przeciął inny sznur, na którym wisiał ciężar ściągający, i gdy się tylko kamień do czeluści zwalił, drugi ciężar - pozbawiony przeciwwagi - natychmiast żelazne ściany twego więzienia rozciągnął. Ty wszakże byłeś nieprzytomny. Wynieśliśmy cię i troskliwie pielęgnowali, oddawszy pod opiekę doświadczonego lekarza, przy którego pomocy dopiero trzeciego dnia przytomność odzyskałeś. Decyduj teraz, co począć z pojmanymi.

Vivenzio powrócił do zdrowia, lecz smutek i posępność nie odstąpiły go już nigdy. Wszystkich więźniów wypuścił na wolność i żeby zatrzeć wszelkie wspomnienia przeżytego koszmaru, kazał zburzyć żelazne więzienie i całe to miejsce zasypać ziemią, pod którą głęboko Tolfi okrutny spoczywa.

KOŚCIOTRUP POD PODŁOGĄ

Hrabia Manfred, wzruszony wielce, klęczał przy łożu nieszczęsnego przyjaciela swego, który już ostatkiem sił zmagał się ze śmiercią. W pokoju było cicho i ponuro, ciemna lampa nieznacznie tylko rozjaśniała pomieszczenie. Chłodne światło pełni księżyca padało z góry do okien, zatrzymując się na nędznym posłaniu umierającego, którego ciężki oddech potęgował jeszcze ponury nastrój.

Dreszcze wstrząsały całym ciałem Manfreda i groza jakaś ogarnęła go przy łożu tak wolno umierającego; pomyślał, że musi wyjść z pokoju, aby usłyszeć oddech żywej istoty zamiast owego rzężenia konającego, by poczuć dotyk ciepłej dłoni zamiast tej zimnej i wilgotnej, którą opuszcza życie. Cicho podniósł się z ziemi i podszedł do dymnika, żeby ogień w kominku już prawie wygasły rozgrzebać i przez to coś żywszego i jaśniejszego ujrzeć. Chory jednak uniósł się na posłaniu, patrząc na niego wybałuszonymi, mętnymi oczami, gdy tymczasem jego piersi unosiły się gwałtownie, wydając miast oddechu krótki, urywany charkot.

Skwiercząc, wystrzelił po chwili ogień, oświetlając jasno łożnicę; nagle rozprysnęła się z hałasem bryła węgla, której odłamek, wyleciawszy w górę, spadł na podłogę pośrodku izby. W tej samej chwili chory krzyknął przejmująco i straszliwie, a kiedy się Manfred na niego obejrzał, zobaczył go stojącego na łóżku i wpatrującego się szeroko otwartymi oczami, z rękami wyciągniętymi do przodu, w to miejsce, gdzie żarzył się jeszcze węgielek. Okropny był widok owego, jak się wydawało, z wielkim przerażeniem walczącego ze śmiercią człowieka, na którego wyglądzie już ona pieczęć swoją odcisnęła i którego wyschłych i wychudłych członków krótka nocna koszula zakryć nie mogła. Potwornie brzmiało owo głośne charczenie wydobywające się z piersi na wpół umarłego, nienależącego już wszakże do świata żywych, i ponuro, niczym zza grobu, brzmiały poszczególne słowa, które chory - patrząc wciąż na odłamek węgla - uporczywie starał się wykrztusić:

- Znikaj, znikaj stąd! Czego chcesz ode mnie, ty wybladłe straszydło? Powiadam ci, zostaw mnie w spokoju!

Manfred, skamieniały z przerażenia, nie mógł się na trzęsących nogach utrzymać, oparłszy się więc o ścianę, patrzył w milczeniu na owo zachowanie przyjaciela swego, którego spojrzenie budziło w nim lęk. Głos chorego rozlegał się głośniej i bardziej przenikliwie:

- Znikaj stąd, mówię ci! Czemu tak napierasz na me serce? Powiadam ci, zostaw mnie! - I oganiając się obiema rękami, wyskoczył gwałtownie z pościeli, rzucił się na to miejsce, gdzie kawałek węgla leżał, pochwycił go i cisnął do kominka. Potem roześmiał się tak dziko, że Manfredowi serce zadrżało z przerażenia, i znowu legł w pościeli. Węgiel wypalił jednak na podłodze wielką dziurę, która czerniała już z daleka.

I znów w pokoju zapanowała cisza. Manfred westchnął głęboko i uspokojony, zbliżył się do łoża przyjaciela swego, którego głęboki, równomierny oddech oraz zamknięte oczy świadczyły o tym, że cicho i spokojnie zasnął.

Po północy chory ponownie ocknął się, usiadł nagle w pościeli, wziął ze stołu złoty zegarek i wręczywszy go Manfredowi, rzekł:

- Dziękuję ci za całą łaskawość, jaką mi okazałeś, za wszystkie dobrodziejstwa i za pociechę twoją. Przyjmijże ode mnie ten zegarek - to jedyna rzecz, jaką jeszcze posiadam. Weź go na pamiątkę i zostań z Bogiem, gdyż czuję, że już umieram! - I upadłszy na wznak, wydał ostatnie tchnienie.

Manfred pochylił się nad nim, wołał go po imieniu, położył rękę na jego czole, zimnym potem zroszonym, i czuł, jak ono coraz bardziej stygnie. Łzy współczucia zalały jego oblicze i spływały na bladą twarz zesztywniałego Karola.

- Spoczywaj w pokoju - szeptał Manfred - obyś w grobie znalazł spokój, któregoś na świecie nigdy nie osiągnął! - Jeszcze raz uścisnął rękę martwego przyjaciela, otulił się płaszczem, schował zegarek i poszedł do domu.

Bardzo późno przebudził się Manfred po swym wczorajszym nocnym czuwaniu i znów wybrał się do opuszczonego domostwa zmarłego przyjaciela, gdzie przystąpiwszy ze smutkiem do nieboszczyka, na stężałym obliczu dostrzegł spokój i ukojenie, jakiego nigdy na jego żywej twarzy nie widział. Rozmyślał o pozbawionym radości życiu zmarłego, o tym, że przez całe lata nie widział go uśmiechniętego. Łzy zalały mu oczy i musiał się od trupa odwrócić. Wówczas wzrok jego padł nagle na podłogę węglem wypaloną. Cała ta straszliwa scena z minionej nocy stanęła mu przed oczyma i raptem myśl pewna zrodziła się w duszy jego: czy owo nagłe, dziwne podniecenie Karola nie ma jakiegoś związku z tym miejscem na podłodze, gdzie węgiel dołek wypalił.

Potworne myśli cisnęły mu się do głowy; dumał nad tym, jak to nieraz sumienie w godzinie śmierci złoczyńcę zdradziło; wspominał wciąż posępność przyjaciela, przyszła mu też na myśl małżonka Karola, z którą ów żył długo nieszczęśliwy, aż wreszcie się z nią rozwiódł; i chociaż Manfred często o nią wypytywał, niczego się od Karola nie dowiedział, wywołując przy tym jedynie jego gniew. Przypomniał sobie także, jak nieustępliwie obstawał Karol przy pozostaniu w owej izbie, choć go Manfred jako przyjaciela i krewnego usilnie prosił, aby się do jego domu przeprowadził. I to sobie jeszcze przypomniał, że czytał na pewno przed paroma laty w gazecie informację o przyjeździe hrabiego Karola Manfreda i że było tam napisane: "Przyjechał ze swą małżonką!". Kilka tygodni po przeczytaniu wiadomości o przyjeździe krewnego swego odwiedził go Manfred i zastał go osamotnionego. Wtedy to Karol o rozwodzie z małżonką swą mu opowiedział. Potem o nic więcej już się Manfred nie dopytywał.

To wszystko przyszło mu teraz na myśl, a kiedy obejrzał się z przerażeniem na trupa, wydawało mu się, jakby ów drwiąco się uśmiechał i potakująco głową skinął.

- Muszę się przekonać! - zawołał głośno, pochyliwszy się nad podłogą. Zobaczył teraz wyraźnie, że środkowe deski, z których jedna miała wypalony dołek, rozsunięte były, i dostrzegł także dziury, w których dawniej gwoździe tkwić musiały. Ślady tego były widoczne. Rozglądał się po pokoju, szukając jakiegoś narzędzia, i znalazł na stole kuchenny nóż. Spróbował nim deskę podważyć. Długo nie chciała się ruszyć, w końcu jednak ustąpiła. Polanem z kominka wbił nóż w szczelinę, gwoździe ustępowały, deska powoli unosiła się, toteż Manfred z tym większą siłą i mozołem starał się ją wyrwać. Wreszcie puściła z głośnym trzaskiem, Manfred odrzucił ją na bok i - cóż za potworny widok ukazał się jego oczom! Wprost pod deską leżał rozciągnięty kościotrup.

Manfred, na wpół przytomny, zwalił się na podłogę, aż dopiero po chwili - czując, że tu spokoju ducha i przytomności umysłu potrzeba - doszedł znów do siebie i trzeźwo na kościotrupa spojrzał. Głowa nieboszczyka miała między zęby wetknięty papier. Manfred, odwróciwszy twarz, pochwycił papier, rozpostarł go i poznał pismo Karola. Odczytał zatem:

"By na kogoś niewinnego podejrzenie nie padło, wyznaję niniejszym, że to ja - hrabia Karol Manfred - jestem zabójcą tej kobiety. Spowiedź ta nie przyczyni mi już szkody, bowiem pókim żyw - nie wyjdę z tego pokoju. Ten skromny domek należy do mnie, sam jeden w nim mieszkam i jestem pewien, że zdradzony nie będę. Kiedy zaś odejdę z tego świata, odkryta zostanie także moja tajemnica, więc dla nieznanego mi znalazcy dołączam jeszcze kilka uwag i wyjaśnień dotyczących mego życia.

Jestem potomkiem zamożnego rodu hrabiów z Manfredu. Mój ojciec był również potężny i bardzo mnie kochał; wszakże dumą niepomierną wiedziony, pyszniąc się swym pochodzeniem, byłby chyba szczęście własnego syna poświęcił. Pewnego dnia wstąpiłem do zegarmistrza, chcąc sobie ładny zegarek kupić. Urocza córka zegarmistrza zastępowała go w pracy. Uroda jej oczarowała mnie, niewinna twarzyczka wzbudziła moje zainteresowanie. Długo, bardzo długo z nią rozmawiałem, aż w końcu kupiłem wspaniały, wysadzany brylantami zegarek. Po kilku dniach przyszedłem znowu, przychodziłem częściej i - krótko mówiąc - zakochaliśmy się w sobie. Ojcu swemu oświadczyłem, że mam zamiar się ożenić i że pojmę za żonę córkę zegarmistrza. Ojciec przeklął mnie i wydziedziczył. Ukochaną swą namówiłem do ucieczki; zabrała ojcu pieniądze i klejnoty i uciekła ze mną. Uciekliśmy dosyć daleko, żeby nas nikt nie dogonił, potem sprzedaliśmy klejnoty, a zdobyte pieniądze wystarczyły nam na przyzwoite, ba, dostatnie nawet życie.

Z zegarkiem, który połączył mnie z miłą mą Oldrziszką, nigdy się jednak nie rozstałem. Oldrziszka opowiadała mi, że ojciec własnoręcznie go wykonał. Pewnego dnia zegarek sam się nagle zatrzymał. Chciałem go nakręcić, ale nadaremnie - nie chodził. Z przykrością odłożyłem go, lecz po kilku godzinach, wziąwszy go znów do ręki, zobaczyłem, że znów działa. Sam nie wiedząc czemu, zaznaczyłem sobie dzień i godzinę, kiedy się zatrzymał. Parę dni później przeczytałem w gazecie wiadomość o zabójstwie ojca Oldrziszki, który umarł jako żebrak. My jednak żyliśmy szczęśliwie, ponieważ kochaliśmy się wzajem.

Minęło tymczasem wiele lat i pewnego dnia otrzymałem zaproszenie na kolację u mego dobrego przyjaciela. Byłem gotowy do wyjścia. "Kiedy wrócisz?" - zapytała Oldrziszka. Określiłem godzinę. "Zostaw mi tu zegarek - powiedziała - żebym godziny nie przeoczyła, kiedy się na twój powrót cieszyć będę mogła". Oddałem jej zegarek i o określonej porze pospieszyłem do domu. Jakież to wszak było spotkanie! Wszedłszy do jej pokoju, zobaczyłem ją w ramionach obcego mężczyzny. Krzyknęła przerażona. Stałem jakby zamroczony i uwodzicielowi jej nie wzbraniałem ucieczki. Obydwoje zaskoczeni, staliśmy naprzeciw siebie. "W przyszłości musisz być ostrożniejsza - powiedziałem w końcu, siląc się na uśmiech. - Mogłaś przecież zorientować się według zegarka, kiedy wrócę i kiedy masz kochanka od siebie oddalić". Wziąłem zegarek i pokazałem z uśmiechem na wskazówkę. "Stanął!" - zawołała również z uśmiechem Oldrziszka, odwracając twarz. Rzeczywiście, zegarek zatrzymał się, zwiódłszy w ten sposób oszustkę i przyczyniwszy się do tego, że nikczemność jej odkryta została. Z niewymownym wstrętem spojrzałem na zegarek - i nagle wskazówka poruszyła się nieznacznie i zegarek znowu zaczął chodzić.

Poprzysiągłem zemstę wiarołomnej żonie, zachowywałem się jednak uprzejmie, a wkrótce potem wyruszyłem w podróż. Wszędzie, dokądkolwiek przybywałem, najpierw wypytywałem się, gdzie mógłbym kupić jakiś mały domek, abym - zdradzony - sam w nim mógł zamieszkać. Rychło mi się taka okazja trafiła. Dałem zań prawie całą resztę majątku mego i z Oldrziszką doń się sprowadziłem. W nocy zamordowałem ją we śnie. Miałem już deski w podłodze podniesione, włożyłem więc pod nie trupa i z powrotem drewno przybiłem. Potem wyciągnąłem zegarek, który niewierną zdradził, jak gdyby mógł zobaczyć, w jaki sposób pomściłem swą hańbę; lecz zegarek stał, a wskazówka zatrzymała się o północy, w chwili, kiedy Oldrziszka została zamordowana. Wybuchnąłem głośnym śmiechem i usiadłszy przy stole, wszystko to spisałem. Jutro zamknę dom, wybiorę się w daleką podróż, a zanim wrócę, trup już zetleje".

Straszliwe obrzydzenie opanowało Manfreda. Opuścił spiesznie upiorne mieszkanie i cały dzień zamknięty w domu siedział. Zegarek położył przed sobą, nie zatrzymał się on jednak ani na chwilę. Myśli potworne kłębiły się Manfredowi w głowie. Następnego dnia odzyskał wprawdzie jasność umysłu, na zmarłego wszak już więcej spojrzeć nie mógł. Historię całą wyjawiwszy, dał oboje małżonków cicho pochować, po czym wybrał się w daleką podróż, by tym sposobem ową historię ludzkich występków ze swej pamięci wymazać.

SEN

Czwarta to była już noc, jak usnąć nie mogąc i myśli wszelakie skupiając na wierszu Mnich, spoczywałem na mym łożu. Sen nie nadchodził, choć się od myśli strasznych odwrócić starałem. Dobijała blisko północ, przeraźliwa jakaś idea zaprzątała moje myśli, a obraz ją ukazujący, i w mym Mnichu wykorzystany, ustawicznie pojawiał się przed oczami duszy mojej. Słabością zmorzony, usnąłem wreszcie i sen straszny wnet mi się przyśnił, a dla jego dziwności tu go zapisuję. Nie da się zaprzeczyć, że niezwykłą mocą poetycką się odznacza, a też i poetycką wartością. Oto i mój sen:

Pośród rozległej równiny wysoko w niebo strzelał szczyt, na którego wierzchołku, na ostrej skale, prześwietny i bogaty wznosił się klasztor, na sposób gotycki stawiany, na drugim zaś zboczu bielała maleńka kapliczka, murem cmentarnym otoczona. Było przed południem, słońce upalne wysyłało promienie, gdy wstępowałem na szczyt, spoglądając na leżącą w dole krainę. Wszedłszy na górę, do klasztoru, spotykam spieszącego ku mnie mnicha, który natychmiast - jakbyśmy się dawno znali - tak oto do mnie przemawia:

- W odpowiedniej chwili przychodzisz, albowiem dnia dzisiejszego obudzą się z martwych bracia tego klasztoru i spytać ich będzie ci wolno o wszystko, co już od dawna poznać chciałeś.

A wtem blask jakiś zapłonął w duszy mojej, jakbym już słyszał onegdaj o tym klasztorze, bo wiadome mi było, co teraz dziać się pocznie. Owóż tak: zakonni bracia klasztoru mieli w swych murach rozległą komnatę, do której kto z mnichów tamtejszych po pewnych obrzędach wstąpił, kamieniał, jakby ducha oddawał, ale co roku, tego samego dnia, na powrót ożywał, a po skonaniu dnia ponownie zamieniał się w kamień i dziać się tak miało aż do skończenia świata.

Zdążam za prowadzącym mnie mnichem; wstępuję do sieni poprzedzającej rzeczoną komnatę. Wokół ścian stoi kilku martwych zakonników, ręce na piersiach złożone mających, młodych i starych. Blade twarze w śmiertelnych skrzywione grymasach. Pytam mego przewodnika, czy tym także dane będzie powrócić do życia, on zaś tak oto mi rzecze:

- Nie, ci nie ożyją! Albowiem zamkniętym w komnacie tej raz do roku, gdy podźwigną się znów do życia, wyjść wolno z sali, a potem albo do niej powrócić, albo nie. Ci zaś, którzy nie wrócą, lecz w sieni pozostaną, umrą i nie ożyją więcej, a po roku pogrzebani zostaną. Tym tutaj uprzykrzył się jednodniowy żywot i wolą raczej spać snem nieprzespanym. Gdy słońce stać będzie pośrodku swej drogi, pogrzebani zostaną na cmentarzu, który widziałeś koło małej kapliczki. Teraz wszak wstąp w wielką komnatę!

Gdy to powiedział, drzwi otwarły się przed nami. Przez zasłonięte okna mdłe światło wpadało do wysokiej ozdobnej sali gotyckiej niepospolitej wielkości. Niezliczona liczba mnichów w komnacie tej stała, a każdy w takiej pozycji, w jakiej go śmierć dotknęła. Jeden z ręką wyciągniętą, jakby coś właśnie opowiadał, obok drugi, wpatrzony w tegoż martwymi oczami, jakby pilnie słuchał przemowy. Trzeci pochylał się ku ziemi, coś z niej unosząc, czwarty ze złożonymi rękoma modlić się zdawał, i tak dalej. Mnich przewodnik zwrócił się ku mnie z taką nauką i przestrogą:

- Pośród stojących mnichów biegać nieustannie winieneś i w biegu rozliczne zapytania im czynić. Jeśli zaś w ruchu ustaniesz, pomrą oni na nowo i nie ożyją aż do pogrzebu na zawsze zmarłych braci swoich. Ty zaś nie możesz dłużej z nimi obcować niźli jedną godzinę, jeśli nie chcesz, sam żywy, przez cały rok pozostać z tymi martwymi.

Wpadłem więc do komnaty i biegając, rozliczne pytania im stawiałem, a oni jęli się poruszać pod naporem wzburzonego powietrza niczym cienie ziemi nietykające i tajemniczym szeptem responsu udzielali. Jednakowoż odpowiedzi tych po części zapomniałem, reszty zaś nie chcę tu zapisywać, albowiem zbyt straszne były, i jeśli to możliwe, o nich też pamiętać bym nie chciał. Zanim godzina przeszła, z otwartej wybiegłem komnaty i z przerażeniem przemierzywszy sień, na skraju zbocza się zatrzymałem, nad głęboko w dole leżącą krainą. Oczy moje, odwykłe od światła, jakby porażone ogromnym blaskiem południowego słońca, obficie łzy roniły i nie potrafiłem dobrze wokół siebie niczego rozpoznać, a serce moje boleść straszliwa ściskała.

Po czasie nadeszło południe, obeschły oczy moje i znów się pokrzepiłem. Głucho brzmiały klasztorne dzwony, a smutne śpiewy towarzyszących pogrzebowi mnichów niosły się do uszu moich. Obejrzawszy się, ujrzałem przemierzający klasztorną bramę orszak na zawsze pomarłych braci. Przeogromny smutek i niewysłowiony żal serce me przepełniły, gdym oto zobaczył, jak żywi mnisi nieśli swych martwych braci, a ci, co dziś z martwych się obudzili, takoż szli w tym pochodzie. Zwróciłem ponownie oczy na leżącą w dole rozkoszną, kwitnącą krainę. W oddali okalały ją błękitnoszare góry jako fale nocnego morza, a czarne obłoki sypały gęsty deszcz na rozkwitłe śród szczytów niwy. Nade mną jasno świeciło słońce, cała ziemia jakby się uśmiechała, wonny i słodki zapach zasiewów niósł się aż tutaj, a dobiegający z dołu świergot ptactwa lasów i gajów wplatał się w smutne śpiewy mnichów. Wydawało mi się, jakby i szare góry, i gęsty deszcz szeptały z oddali: "My, jasne, szlachetne, unosimy czoła i nigdy nie zginiemy; my zrosimy kwiat więdnący, aby nie usechł, a zakwitł znowu i woń cudowną rozsiewał!". "My wszak spać będziemy snem wiecznym" - rozbrzmiewał wokół jakby chichot martwych mnichów.

Niezliczone masy zmartwychwstałych zewsząd się wyłaniały, a ja na cmentarz kroczyłem, aby zobaczyć groby na zawsze pomarłych braci. Lecz darmo schodzę na stronę, chcąc wyminąć spieszący tłum, bo z martwych powstałe cienie za mną podążają; przeskakuję na drugą stronę - tam też do mnie podchodzą; cofam się - i tu za mną cienie ciągną. A jeden z nich tak oto rzecze:

- Daremnie od nas uciekasz, albowiem powietrze za tobą płynące porywa nas z sobą. Zostań w miejscu, a lada wietrzyk zdmuchnie nas po zboczu góry.

I uczyniłem tak: zatrzymałem się, a mnisi, chcąc ścieżką podążyć na dół, spłynęli wnet pochyłością, wielu zaś rzuciło się ze skały górującej nad okolicą. W niemej tęsknocie ich płonący wzrok sięgał za ciemne wierzchołki, lecz nadciągający ze wszech stron wiatr powstrzymywał ich bez ustanku na klasztornym wzgórzu.

Zachodziło słońce, zbliżał się wieczór późny, woń siana i święta cisza rozpościerały się nad krainą szeroką. Kończył się dzień życia przebudzonych mnichów i wiatr zapędzał ich, bezwolnych, do sieni strasznej. Wielu niepewnych, załamawszy ręce, na progu sieni stało; niektórzy z chichotem ruszyli ku komnacie przepastnej; inni zaś, łkając, ze złożonymi na piersiach rękoma, zatrzymali się pod ścianami sieni. I zatrzasnęły się wrota izb obu.

Z góry we łzach schodziłem. I nie uleczy się boleść serca mego, póki nie usnę pod dębu rozłożystymi korzeniami.

(przełożył Andrzej S. Jagodziński)

WĘDRÓWKA KARKONOSKA

Był późny wieczór. Panny przędły pilnie,

chłopcy patrzyli, jak palce ich zwinne

tańczą w płomienia blasku rozedrganym;

wtem pośród izby przybysz obcy usiadł -

ledwie przemówił, już każdy chciał słuchać,

rad więc wszem prośbom, tak rzekł ku zebranym:

"Nuże, podejdźcie, kogo sen nie morzy,

rzecz niezwyczajną wam powiem i nową!

Jeśliście tylko słuchać bacznie skorzy,

śmiech i wzruszenie wam będą nagrodą.

Słowa me szczere, niech więc was obdarzą

radością lub żalem - lecz niech prawdę wskażą.

Was wszak, co w chłodnym spoczęliście łożu,

wśród celi mroku pod krzyżyka strażą,

gdzie wrzawa świata płochych serc nie trwoży,

już nie obudzą śmiech nasz ani łkanie.

Miast nich ciemności najgłębszej tren,

jak "dobrej nocy!" życzenie szeptane,

niech was spowije w najcichszy sen...".

Zapadał zmierzch. Młody człowiek szedł samotnie wąską ścieżką po rozległym grzbiecie Karkonoszy pod szczytem Śnieżki. Wiatr zawodził i huczał, jakby śląska kraina w jakimś tajnym języku nawoływała swoją czeską siostrę przez dzielący je mur.

- Co za pustkowie! - westchnął wędrowiec. - Ptaki i leśne zwierzęta omijają te strony, nie rosną tu drzewa ani kwiaty... Tylko człowiek uparcie wspina się wciąż wyżej i wyżej w błękit czystszy od samego nieba, choć na górze nie znajduje nic oprócz szeleszczących mchów i lodowatych śniegów.

Nagle tuż przy jego policzku mignął zabłąkany motyl. Rozpaczliwie trzepotał pstrymi skrzydełkami, jakby chciał się oprzeć wiatrowi i powrócić do kwitnących dolin, skąd go porwał burzowy powiew.

- Nieszczęśniku, tęsknisz do kolorowych łąk, swojej dawnej kolebki. Wcale nie pragnąłeś tej podróży! To wiatr, który jeszcze niedawno kołysał cię w kielichach kwiatów, sprawił, że truchlejesz teraz na nieprzyjaznych wysokościach... Powiedziałem, że człowiek wspina się wciąż ku jasnemu niebu... Tak, on musi - mówił młodzieniec, przysłaniając ręką czoło - musi... Wichuro, powierz mi tego motyla, a ja zaniosę go tam, skąd przepędził go twój podmuch!

Schwycił stworzonko, ale za późno - skonało już bowiem, zmożone zimnym górskim powietrzem. Zasmucony wędrowiec usiadł na samotnym skalisku i ponad bezkresną białą łąką spoglądał to na urodzajne śląskie równiny, to na porosły ciemnymi lasami czeski krajobraz.

Młodzieniec ten miał około dwudziestu lat. Przylegający czarny strój podkreślał smukłość sylwetki, ciemne włosy falowały na wietrze, raz po raz opadając na piękne czoło i blade policzki, w błękitnych oczach tliła się nieodgadniona tęsknota - rzekłbyś, że w wieczornym półmroku jego postać wydawała się ucieleśnieniem pieśni Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa..., odbijającej się echem od głuchych skał.

To była jego pierwsza wyprawa. Słońce ledwie cztery razy odwiedziło groby czeskich królów w praskiej katedrze, odkąd żegnał się z opustoszałym Wyszehradem, on sam zaś, choć dopiero dwadzieścia razy dane mu było oglądać, jak śnieg rozlewa się łzami po zmarzniętej ziemi, już podczas tej pierwszej wędrówki spostrzegł, że wcale nie do takiego świata wkroczył, jaki mu obiecywała młodzieńcza wyobraźnia. Wyruszył w drogę z sercem pełnym pragnień; wierzył, że wszystkie marzenia, które jak różane wieńce zdobiły każdy jego dzień, teraz zmienią się w rzeczywistość - i z radości byłby gotów cały świat wziąć w objęcia. Ale czarujący spektakl skończył się aż nadto szybko: kurtyna opadła i młody człowiek musiał obudzić się z pięknych rojeń.

Chciał zerwać kwiat, który wyrósł w księżycową noc, ale rosa, jak chłodna łza, ostudziła jego niecierpliwą dłoń; urzeczony słodkim zapachem, pochylił się nad rozkwitłą różą, gdy nagle spostrzegł, że jej łodyżka wyłania się ze świeżego grobu; jeszcze o poranku podziwiał olśniewający blask lilii, by pod wieczór zobaczyć, jak osrebrzona biała korona opada ku wilgotnej ziemi; wypatrywał istot, które otaczały go we snach, ale jego żarliwy wzrok napotykał jedynie puste spojrzenia szyderczo wyszczerzonych masek. Słowem, szukał na tym świecie wytęsknionego raju i już rozpostarł ku niemu ramiona - gdy naraz zrozumiał, że przyciska do piersi tylko grudę zimnej ziemi. Przerażony, chciał wrócić do królestwa dawnych lat, lecz mógł jedynie zapłakać nad pierzchłymi snami. Siedział więc sam na pustkowiu; głęboko pod jego stopami rozkwitała bujna roślinność, a on, przez nikogo niekochany i nikogo niekochający, tkwił nieporuszenie na skalisku i wpatrywał się w góry, poróżowiałe w zachodzącym słońcu. Z czeskich krain i ze śląskiej równiny dobiegały głosy wieczornych dzwonów: ich dźwięki splatały się na górskim grzbiecie w jedną melodię, która z każdym tonem coraz żywiej przywoływała minione dni. I wówczas w jego duszy pojawił się twój obraz, słodka przyjaciółko, choć odkąd widział cię po raz ostatni, zdążył przebyć pięć rzek i niezliczone górskie łańcuchy. Nikogo niekochający, powiedziałem? Och, on wciąż kochał ciebie - lecz kochał daremnie, bo dla niego byłaś już stracona... Ale teraz niczym jasna gwiazda wzeszłaś nad wzburzonym, ciemnym nurtem jego myśli i swoim blaskiem na chwilę rozproszyłaś mrok martwej nocy. Złote sny młodości znów się roziskrzyły, wnet jednak myśl, że jedyna gwiazda, która zdolna była oświetlić młodzieńcowi drogę, nie jest j e g o gwiazdą i że jej promienie uśmiechnęły się pośród mroku po to tylko, by natychmiast zgasnąć i tym mocniej obudzić w nim tęsknotę za światłem - ta myśl na powrót wtrąciła ów miraż w ponurą otchłań. Wędrowiec wstał i zapatrzył się w pogodne oblicze wieczornie wyzłoconej kotliny, a w ucichłej okolicy rozległa się jego głośna skarga:

- Byłaś moim słońcem, ale dla mnie zgasłaś na zawsze! Żaden różowy poranek nie rozświetli już mojego dnia... Opuszczony i smętny, znów będę iść poprzez nieskończoną noc, w martwej ciszy słysząc tylko własny płacz... W najczarniejszych mrokach będę wyciągać ramiona ku widmom i majakom ze snów, aż w końcu ocknę się uczepiony samotnego drzewa, z twarzą mokrą od łez, które strząsać będą na mnie spowite w noc gałęzie. Ale jawa okaże się tylko udręką, w której będę trwać, póki i moje łzy nie przemienią się w lód, a marzenia nie sczezną w wiecznym śnie bez śnienia. Kiedy zaś mój ostatni oddech połączy się z wieczorną zorzą i kiedy ostatnia myśl wraz z lekką mgłą rozpostrze się nad ziemią, ślady moich kroków znikną bezpowrotnie, zmyte deszczem i zmiecione wiatrem, jakbym nigdy nie stąpał po tej górskiej drodze. A ty, przyrodo, kłam zadając samej sobie, przystroisz mi grób najzieleńszą trawą i po dawnemu będziesz się uśmiechać... jakby nigdy mnie tu nie było, jakby nigdy moje usta nie zawołały ku tym szczytom: dobrej nocy!

Zamilkł i wokół zaległa cisza, tylko echo odbite od stromych górskich ścian powtarzało: dobrej nocy... dobrej nocy... Słońce skryło się za rozległym masywem i ciemne wierzchołki piętrzyły się teraz na horyzoncie jak czarne chmury. Tymczasem za górami po drugiej stronie wschodziły słońca innych światów... W wąwozach panował już głęboki mrok, ale na równinach w dole dopiero zaczynało się ściemniać. Miasta niczym białe punkciki wynurzały się z szarych cieni, a przejrzysty dym, dotąd wiszący nad dachami, opadł i pełzał po taflach jezior, w których przeglądały się pierwsze gwiazdy; tu i ówdzie spokojną toń barwiły migotliwe odblaski płomyków tlących się na ciemnych groblach. Wieczór był jasny i czysty, jeden z tych, jakie zdarzają się tylko w górach; księżyc, bliski już pełni, opromieniał pobłękitniałe szczyty, wyłaniające się z mroku niby sine głowy umarłych władców w srebrnych wieńcach.

Długo stał tak młodzieniec, zapatrzony w cichy krajobraz; nawet gdy ostatnie gwiazdy uczciły już nadejście nocy, on wciąż nie opuszczał samotnego skaliska. Było chłodno, wiatr skowytał pomiędzy szczytami, a z dołu niósł się szum lasów i huk rzek, pędzących z jałowych wyżyn ku urodzajnym dolinom. Księżyc zdążył wspiąć się wysoko na niebo, lecz młodzieniec nadal nie ruszał się z miejsca.

Wtem gdzieś zegar wybił północ. Wędrowiec drgnął. Wcześniej niczego takiego tutaj nie słyszał, teraz zaś miał wrażenie, że potężny dźwięk dzwonu odezwał się parę kroków od niego; głuche i złowrogie dudnienie niosło się po górskim grzbiecie i odbijało od kamiennych ścian, póki ostatnie echa uderzeń, wybrzmiewające coraz ciemniej i słabiej, nie umilkły zupełnie. Młodzieniec odwrócił się raptownie. Czy to blask księżyca mamił jego zmącone zmysły, czy też to, co widział, działo się naprawdę? Oto szczyt Śnieżki jak gdyby nagle się rozrósł i zawisł tuż nad nim; na rozległym wierzchołku ukazał się gotycki klasztor, niegdyś zapewne wspaniały, teraz jednak na poły zrujnowany, obok zaś widniał zbudowany z wielkim przepychem kościół. Strome schody wiodły do zwieńczonego łukiem wejścia, zdobnego w kolumny z mistrzowsko wyciosanymi, choć w znacznej mierze już nadłamanymi posągami. Po wysokim portalu błądził zagubiony promień księżyca, w pustych oknach mrugały gwiazdy. Migotliwy blask srebrzył detale ocalałych rzeźb i starodawnych ozdób, a tam, gdzie zachowały się szkiełka witraży z podobiznami świętych, rozpalał kolorowe ognie. Po obu stronach nawy wznosiły się olbrzymie, choć mocno zniszczone wieże; tak jak i resztę budowli, zdobiły je smukłe kolumienki, kamienne głowy, kwiaty, owoce, a wreszcie całe figury ludzi, zwierząt czy drzew. Dekoracje były tak misterne i drobne, że w słabym świetle ledwie dało się poznać, co przedstawiają, w drżącej poświacie wszystkie zdawały się wszakże żyć i poruszać. Wysoko pomiędzy wieżami znajdował się zegar - na jego tarczy, podobnej do słońca w zaćmieniu, cyfry mieniły się niczym gwiezdne pismo, a jasnozłota wskazówka, lśniąca jak sierp księżyca na bladym nocnym niebie, właśnie znaczyła grotem północ.

Otrząsnąwszy się z pierwszego zdumienia, młodzieniec postanowił wspiąć się ku murom cmentarza, ozdobionym - również na modłę gotycką - rozmaitymi reliefami oraz herbami tych, którzy spoczęli tam na wieki. Zamierzał wejść przez niską bramę, a następnie schodami dostać się do otwartego kościoła, gdzie na wysoki ołtarz padało tajemnicze światło. Im szybciej jednak szedł, tym mocniej podmuch wiatru nadymał poły jego płaszcza, udaremniając najmniejszy ruch, jak to się nieraz dzieje w niespokojnych snach. Choć więc młodzieniec ze wszystkich sił starał się zbliżyć do celu, wciąż mu się zdawało, że tkwi w miejscu...

W końcu nastał poranek i wiatr nareszcie ucichł. Cały klasztor tonął w zorzy wschodzącego słońca, gdy młodzieniec spostrzegł, że stoi tuż pod murami cmentarza. Nagle wrota kościoła same się zamknęły, wędrowiec wszedł zatem do klasztoru. Ledwie znalazł się w korytarzu, zobaczył mnicha, który najwyraźniej śpieszył w jego stronę. Ruszył mu więc naprzeciw, a zakonnik, jak gdyby znał młodzieńca od dawna, odezwał się wtedy w te słowa:

- W samą porę przychodzisz, albowiem dziś właśnie mają się przebudzić zmarli bracia z naszego zakonu. Będziesz mógł ich pytać o wszystko, czego od tak dawna pragnąłeś się dowiedzieć.

I wtedy, zupełnie jakby młodzieniec doznał olśnienia albo jakby przypomniał sobie, że słyszał już kiedyś o tym klasztorze, nagle z całą pewnością wiedział, co się za chwilę będzie działo. A działo się tak: w klasztornych murach znajdowała się duża sala, do której, poddawszy się pewnym obrzędom, wchodzili kolejno zakonnicy. Każdy z nich zaraz po przekroczeniu progu nieruchomiał i jak gdyby umierał, co roku jednak wraz z innymi na jeden dzień powracał do życia, by o zmierzchu ponownie skonać i trwać w tym stanie aż do następnego przebudzenia - powtarzać się to miało do końca świata. Młodzieniec podążył za mnichem do przedsionka sali. Przy ścianach stało kilku martwych zakonników, młodych i starych. Ręce mieli złożone na piersiach, a ich blade oblicza nawet po śmierci zdradzały straszliwy niepokój. Wędrowiec zapytał, czy i oni dziś ożyją, na co mnich odparł:

- Nie, oni nie. Raz w roku, w dzień, kiedy się budzą, bracia mogą opuścić salę, a potem, wedle swej woli, wrócić do niej lub nie. Ci, którzy nie wrócą, lecz pozostaną tutaj, w przedsionku, otóż ci umrą i nigdy już się nie przebudzą, a gdy minie rok, będą pogrzebani. Tak im obrzydł nawet jeden dzień w świecie żywych, że wolą raczej pogrążyć się na zawsze w nieprzespanym śnie. Kiedy słońce pokona połowę swej codziennej drogi, zostaną pochowani na cmentarzu, który widziałeś przy świątyni... Czas jednak, byś wstąpił do środka.

Ledwie mnich wypowiedział te słowa, drzwi wielkiej sali otwarły się gwałtownie. Była to wysoka, bogato zdobiona sala gotycka o przytłaczających rozmiarach - prawie ciemna, bo przez zasłonięte okna światło przedzierało się z trudem. Z półmroku wyłaniali się niezliczeni martwi mnisi, tu i ówdzie ściśnięci w małe gromadki. Każdy z zakonników był w takiej pozie, w jakiej zastała go śmierć: jeden z uniesioną ręką, jakby coś opowiadał, obok drugi, zgasłymi oczami wpatrzony w pierwszego, zdawał się uważnie słuchać urwanej przemowy, trzeci pochylał się, niby to coś podnosząc, czwarty klęczał ze złożonymi do modlitwy rękami... i tak dalej. Zakonnik zwrócił się do wędrowca, by pouczyć go, co robić:

- Będziesz teraz biegać pomiędzy mnichami i nie zatrzymując się, zadawać im pytania. Jeśli przystaniesz choćby na chwilę, skonają ponownie i nie ożyją aż do pogrzebu tych, którzy umarli na zawsze. Uważaj jednak, by nie pozostać wśród nich dłużej niż trzy godziny, inaczej bowiem spędzisz tu cały rok jako jedyny żywy wśród martwych.

Młodzieniec pośpieszył do środka i w biegu wypytywał mnichów o rozmaite sprawy. Oni zaś - jak gdyby pod wpływem prądu powietrza, wzbudzonego jego prędkimi krokami - zaczęli się poruszać, ale w ten sposób, że nawet nie dotykali stopami podłogi, podobni do cieni. Odpowiadali zaś szeptem tak niesamowitym, że serce wędrowca zamierało z trwogi.

Nim minęły trzy godziny, przybysz wybiegł z otwartej sali, ze zgrozą przemknął przez przedsionek i pognał dalej, aż wreszcie zatrzymał się na skraju wysokiego urwiska nad żyzną kotliną. Z odwykłych od światła oczu, ranionych ostrym przedpołudniowym blaskiem, łzy płynęły tak obficie, że młody człowiek ledwie mógł dojrzeć cokolwiek wokół siebie; czuł tylko, że przepełnia go straszliwy ból.

Nastało południe, łzy na twarzy wędrowca obeschły, on sam zaś okrzepł już nieco. Klasztorne dzwony rozdudniły się głucho, a ich ponuremu dźwiękowi zawtórował żałobny śpiew. Młodzieniec obrócił się i ujrzał ciągnący od klasztornej bramy pochód zakonników. Ze smutkiem patrzył, jak żywi mnisi niosą na cmentarz swych na zawsze zmarłych towarzyszy, podczas gdy ci, którzy przebudzili się na jeden dzień, pośpiesznie i tłumnie wylegają tylnymi i bocznymi wejściami do klasztoru. Przeniósł wzrok na kwitnącą krainę u swoich stóp, a potem na wznoszące się za nią szarogranatowe górskie grzbiety, podobne do rozkołysanych fal nocnego morza. Pomiędzy szczytami zieleniły się bujne łąki, szczodrze podlewane deszczem z wiszącej nad nimi ciemnej chmury. Tymczasem nad głową pielgrzyma świeciło słońce, krajobraz pod nim jak gdyby się uśmiechał, a od pól na zboczu niósł się odurzający zapach zżętego młodego zboża; z lasów i zagajników dochodziły wesołe odgłosy ptasiej gonitwy - radosny szczebiot raz po raz zanikał jednak wśród huku potoku rwącego ze szczytu i posępnych tonów mnisiej pieśni. Nagle wędrowcowi wydało się, że słyszy dobiegający z oddali szept szarych gór i śpiewny szum rzęsistego deszczu:

- My od wieków wznosimy jasne czoła i będziemy tak czynić po wsze czasy! My zraszamy więdnący kwiat, aby nie obumarł, lecz zakwitł na nowo i znów roztaczał słodką woń!

- A my będziemy spać snem nieprzespanym! - odezwał się na to upiorny chichot martwych zakonników.

Mnisi coraz liczniej pojawiali się na szczycie. Młodzieniec ruszył w kierunku cmentarza, pragnąc zobaczyć pogrzeb tych, którzy skonali na zawsze. Próbował wymijać nadciągających zewsząd braci, ale za każdym razem, gdy ustępował w bok, cienie przebudzonych zmarłych podążały w ślad za nim; uskakiwał więc w drugą stronę - cienie czyniły to samo; cofał się - cienie także. Nagle jeden z nich przemówił:

- Na próżno się starasz: wzburzone twoimi krokami powietrze ciągnie nas za tobą. Zatrzymaj się, a najlżejszy podmuch wiatru zniesie nas na zbocza.

Młodzieniec przystanął, a mnisi istotnie rozpierzchli się ku skrajom wierzchołka, skąd chcieli dalej pójść w dół: wielu runęło wówczas w przepaść ze skały wiszącej nad głęboką kotliną. Tęsknym wzrokiem spoglądali za ciemne góry, ale nagle wiatr zmienił kierunek i teraz gnał ich z powrotem na szczyt.

Słońce już zachodziło, wieczór miał się ku końcowi; zboża w kotlinie pachniały jeszcze mocniej, a nad całą okolicą zaległa święta cisza. Nie sposób opisać żalu, jaki wypełniał oczy mnichów, gdy patrzyli za niknącym słońcem, a potem za umierającym światłem. Czas jednak płynął nieubłaganie: dzień żywota cieni dobiegł kresu i oto wiatr porwał zakonników do straszliwego przedsionka. Niektórzy stanęli bezradnie w progu wielkiej sali, załamując ręce, inni z przeraźliwym śmiechem wbiegli do środka, jeszcze inni, rzewnie płacząc, ze złożonymi na piersiach rękami ustawili się przy ścianach przedsionka. Potem zaś drzwi obu pomieszczeń się zamknęły...

Była chłodna noc. Wędrowiec schodził wąskim wąwozem, chwiejąc się i potykając. Naprzeciw niego wznosiła się Śnieżka w całym swym ogromie, ale teraz na jej ośnieżonym szczycie widniał tylko samotny krzyż, za krzyżem zaś wisiał księżyc w pełni - jak gdyby podzielony jego ramionami na cztery równe części.

- Dobrej nocy, dobrej nocy... - powiedział wędrowiec ledwie słyszalnie.

Nagle niby zbłąkany promień księżyca ukazała się przed nim blada kobieca postać. Unosząc się w powietrzu, zgasłymi oczami wpatrywała się w krzyż na szczycie. Jej sine wargi i biała jak kreda twarz przyprawiały o dreszcz, wyprostowana ręka z wyciągniętym palcem skrzyła się w srebrzystej poświacie i nieruchomo mierzyła w stronę wierzchołka - nie dało się jednak rozstrzygnąć, czy wskazuje krzyż, czy też księżyc. Wędrowiec obszedł potężną skałę i naraz Śnieżka zniknęła mu z oczu. Tymczasem postać kobiety ulegała kolejnym przemianom, aż w końcu zamiast niej przed młodzieńcem kroczył siwy starzec. Martwą twarz okalały długie srebrne włosy, które łączyły się z sięgającą do pasa białą brodą, głowę zaś ozdabiał wieniec z białych i czerwonych róż. U stóp starca pieniła się rzeka, której wartkie wody spadały ze zwisającej wysokiej skały; w buzującej bieli ział czarny otwór, a dłoń starca wyraźnie na niego pokazywała. Wtem wędrowiec z przerażeniem spostrzegł, że on sam również się zmienił; teraz i jemu po obu stronach wysokiego, pomarszczonego czoła spływały siwe włosy, które pod wychudłymi policzkami łączyły się z długą do pasa białą brodą. Spojrzał smutno w czarną jamę. Za nim płonęła zorza. Chciał jeszcze raz się obejrzeć i zobaczyć, jak poranne światło wyzłaca ścieżkę, którą przed chwilą był przeszedł, ale gwałtowny, przeraźliwie zawodzący wiatr zaszeptał mu coś w swoim języku i wówczas młodzieniec poczuł, że jakaś przemożna siła pcha go naprzód - lub raczej że jakieś nieokreślone pragnienie ciągnie go za sobą - nieznaną drogą w nieznaną krainę. Wędrowiec wszedł za starcem w ciemny korytarz...

Nad głęboką kotliną we wschodniej części Karkonoszy wstał cudowny poranek. Ciemne jodły i sosny stały na zboczach w oroszonych szatach. Z wysokiej skały w gładko wyżłobione koryto spadała kaskadą rzeka, niosąc z prądem kłęby białej piany - tam jednak, gdzie nurt się uspokajał, powierzchnia była czysta i jasna, a rzeczne głębiny zieleniły się niczym łąki na wiosnę. Na dnie tych głębin spał wędrowiec. Szum wody kołysał go do najcichszego snu, a szemrzące nad nim fale dźwięczały jak co dzień, podobne do łkania dzwonów wieczornych w ucichłej krainie. Teraz jednak ów głos nie przypominał już młodzieńcowi minionych dni.

(przełożyła Olga Czernikow)

WIECZÓR NA BEZDĚZIE

Niejeden pewnie będzie się dziwić, że obrazy ze swojego życia zaczynam od wieczora - jak gdyby już w młodzieńczym wieku zapadał nade mną zmierzch. I mnie samemu wydaje się to osobliwe, lecz tak wiele spraw łączy się w moim wyobrażeniu z nadejściem zmroku, że przywykłem uważać początek wszystkiego za wieczór i na odwrót - w wieczorze upatrywać początku każdej rzeczy. Dlatego również moja wczesna młodość, pierwsza epoka życia, jawi mi się właśnie jako wieczór. Ilekroć w swoich lekturach napotykałem przyrównanie okresów życia ludzkiego do pór dnia i nocy, czułem, że niesłusznie nazywa się dzieciństwo porankiem, lata młodzieńcze - południem, wiek męski - popołudniem, a starość - wieczorem czy nocą. Sam od zawsze łączyłem dzieciństwo z wieczorem, wiek młodzieńczy z nocą i kolejne okresy dalej wedle tego porządku.

Kiedy bowiem człowiek przychodzi na świat, ziemia spoczywa w miękkich objęciach wieczoru, oświetlona różową zorzą jak piękny cichy obraz; tylko w najbliższej krainie jest widno, tylko tu można się rozeznać - odleglejsze góry za nami i przed nami majaczą na mierzchnącym niebie niczym szare cienie. Jak gościnna wydaje się ziemia ze wszystkimi swoimi tworami, gdy przegląda się w jasnym oku, w niewinnej duszy dziecięcej! Dziecko może dojrzeć jedynie to, co tuż przed nim; przeszłości nie zna, przyszłości nie zgaduje. Lecz i ta niewielka część, którą widzi, obiecuje mu błogie i piękne życie, a niewinność otacza je jak woń łąk o zmierzchu. Wiek ten szybko przeminie, szybciej niż wiosenny zachód słońca.

Później wieczór coraz bardziej chyli się ku nocy, gwiazda za gwiazdą zapalają się na horyzoncie, tak jak marzenie za marzeniem i nadzieja za nadzieją rozbłyskują w duszy młodzieńca. Ten zaś powoli traci z oczu krainę, w której żyje, w miarę jak coraz gęściej spowija ją ciemna noc. Rozbudzony i czujny, tęskni do swoich marzeń, do niezliczonych gwiazd swojej wyobraźni. Człowiek w tym wieku jest jakby cudzoziemcem w naszym świecie, nieustannie przebywa bowiem w innych, odległych światach - wzlatuje do nich na skrzydłach myśli, sam jeden, nie dostrzegając niczego prócz widm własnych rojeń.

Ale im wyżej się wznosi, w tym zimniejsze cienie nocy wstępuje. Nie chce już być sam, łaknie jasnego dnia i opada niżej i niżej ku ziemi. Jest teraz mężczyzną, za chwilę wzejdzie jego jutrzenka. Marzenia bledną i w końcu gasną jak gwiazdy w zorzy poranka, a on w świetle nowego dnia odnajduje swoją ziemię, osiedla się na niej i kocha ją. Potem następuje południe. Znużony człowiek szuka chłodnego cienia drzew, by odpocząć po znoju. Wokół wszystko milczy, przygniecione skwarem słońca w zenicie. Człowiek kładzie się w cieniu; w drżącym powietrzu cichy pejzaż migocze obrazami z dziecięcych lat; w oddali rozmaite postacie majaczą niczym wyblakłe, tlące się płomienie - wkrótce jednak gasną na zawsze w jego śnie bez snów.

Tak zatem postrzegam rozdziały życia ludzkiego. Wieczór niezmiennie przywodzi mi na myśl lata młodzieńcze i zapewne będzie tak dopóty, dopóki siwy włos nie przykryje mojej głowy, a słońce parnego południa nie ugnie mojego karku. Niedziwne więc, że i wówczas gdy dumałem nad pierwszym obrazem swojej młodości, otaczał mnie wieczorny półmrok. Nie był to wszakże chłodny zmierzch wiosenny, jakim zaczynają się obrazy z mojego życia - nie, w ruinach zamku na Bezdězie zastał mnie jasny, przyjemny wieczór, jeden z tych, jakie następują po burzy.

Nade mną płynęły popielate obłoki, podobne do stada baranków, zza pobliskich szczytów wyłaniały się jednak ciężkie, czarne chmury, ciemniejsze od ciemnych górskich cieni, w których topiły się promienie słońca. Na wschodzie pokazał się młody księżyc. Rozległe jezioro pod Hirschbergiem lśniło dwojakim blaskiem - w połowie rozżarzone zachodzącym słońcem, w połowie powleczone srebrzystym światłem księżyca. Nad miasteczkiem unosił się gęsty dym, w jednym miejscu zaczął jednak rzednąć i się rozwiewać, aż w końcu utworzył coś na kształt ramy - ciemnej ramy jaśniejącego obrazu, w prześwicie ukazały się bowiem, spowite delikatnym woalem tęczy, ruiny zamku Jestřebí, podobne do okrętu na morzu. Za górami wschodziły słońca odległych światów - to nasze już zaszło i teraz cicha groza świętej nocy legła na moje piersi, gdy tak stałem wśród potężnych ruin Bezdězu.

Po chwili zrobiło się jeszcze ciszej i uroczyściej, lasy szumiały tajemniczo, z daleka dobiegało szczekanie psów i pohukiwanie, a u samego podnóża góry ledwie słyszalnie pobrzękiwały dzwonki krów wracających z pastwiska.

Na szczycie rozhulał się chłodny wiatr. Pożółkłe liście miotały się tam i sam, niesione gwałtownymi podmuchami. Raz po raz któryś z nich opadał po zboczu - tu, w ruinach, było mu samotnie, smutno i pusto, toteż uciekał z zimnych wyżyn, żeby skonać na dole wśród polnych kwiatów, bliżej ludzkiego serca. Podobnie królowie, gdy zgnębi ich siwa starość, zstępują ze złotych tronów i wracają na niziny, do życia - lecz po to jedynie, by wkrótce umrzeć w objęciach miłości wśród swojego ludu.

I mnie było tu samotnie i smutno. Jeszcze raz obszedłem sławne ruiny, jeszcze raz spojrzałem na to, co zostało z kaplicy, a potem ruszyłem ku pierwszej bramie po długiej na jakieś sto kroków drodze z gładkich kamieni. Wysoka baszta kąpała się w czystych promieniach nowego księżyca, pod nią zaś w półświetle rysowały się okna ruin klasztoru - ilekroć patrzyłem w tę stronę, wydawało mi się, że ukazują się w nich posiwiałe głowy zmarłych mnichów, którzy w cichą noc postanowili wyjrzeć ze swoich cel. Niżej znajdowało się dawne więzienie króla Wacława, odcinające się od fasady klasztoru czernią starych murów. Dalej wznosiła się mniejsza wieża, obok niej zaś stała kamienna brama. Zatrzymałem się przed nią. Gęste zarośla zagradzały drogę, a z łuku bramy zwieszało się wątłe drzewko, które kiwało się na wietrze, jakby chciało pozdrowić odchodzącego. Po lewej ręce miałem teraz opadający po zboczu trakt z czternastoma niedawno pobielonymi kapliczkami, przy których pątnicy na drodze krzyżowej oddają się modlitwom. Przeszedłem przez bramę i spojrzałem w dół, na mżące światełka ucichłej wsi. Ha! A to co? Kilka kroków przed sobą, w cieniu prastarego buku, zobaczyłem biało ubraną kobiecą postać. Leżała na gołej ziemi, z głową wspartą o podest kapliczki ze świętym obrazem; obok niej stał podłużny kosz. Podszedłem bliżej. W koszu, na bieliźnie i innych tobołkach pątniczki ułożona była mała dziecięca trumna. Spoczywające w niej dzieciątko, otoczone kwiatami i obrazkami, zdawało się drzemać; na jego śnieżnobiałym czółku świecił robaczek świętojański. Z dołu odezwał się smutny głos dzwonków nawołujący do modlitwy za zmarłych. Spojrzałem w górę: wielka baszta wznosiła się nad nami jak nocny upiór, za którym ciągnął się rozpostarty płaszcz pozostałych ruin. Obudziłem kobietę z modlitewnej zadumy. Wstała - wysoka, smukła postać.

- Dokąd tak późno na modlitwę? - zapytałem.

- Tam, na górze, nasz nocleg - odpowiedziała głuchym głosem, po czym wzięła kosz i ciężkim krokiem skierowała się do wąskiej bramy, gdzie zniknęła mi z oczu. Ja tymczasem poszedłem w dół i w krótkim czasie znalazłem się we wsi.

Zatrzymałem się przed niskim murem: to moja gospoda, zdało mi się, bo właśnie takim murem ogrodzony był gościniec, z którego przed wieczorem wyprawiłem się na zamek; więcej nie mogłem dojrzeć w ciemności. "Tutaj zasnę mocnym snem po trudach wędrówki!", pomyślałem. Wszedłem przez otwartą furtkę - i znalazłem się w środku wiejskiego cmentarza, "gdzie pod mogiłami cisi zmarli śpią!".

Przerażony wycofałem się pośpiesznie i dopiero po dłuższej chwili odnalazłem swoją gospodę.

Przed wschodem słońca znów byłem na górze i szukałem postaci, którą spotkałem w nocy. Jak okiem sięgnąć - nikogo. Na zachodnim zboczu, powyżej małego ogródka, dostrzegłem nowy grób; słońce wyzłacało mały krzyżyk na niskiej mogile. Ruszyłem dalej na wschód, naprzeciw słońcu. O nocnej pątniczce nie słyszałem nigdy więcej.

(przełożyła Olga Czernikow)