Opowieści niesamowite według Mirona Białoszewskiego - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (54,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

? Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026

Wybór, nagrania ? Copyright by the Estate of Miron Białoszewski

Wstęp ? Copyright by Justyna Sobolewska

Noty i posłowie ? Copyright by Piotr Paziński

Wydłużona ręka ? Copyright by Estate of Jadwiga Stańczakowa, ? Copyright by The Estate of Miron Białoszewski; Terminus ? Copyright by Tomasz Lem, 2016

Pygmy Island ? Copyright by The Estate of Edmond Hamilton, arranged by QSO 20 LLC c/o Spectrum Literary Agency; The Helping Hand by Poul Anderson, Copyright ? 1950 by Poul Anderson. All rights reserved; Suspicion, from In the Teeth of the Evidence by Dorothy L. Sayers ? Dorothy Leigh Sayers, 1939, published by Victor Gollancz, reproduced by kind permission by David Higham Associates; A Little Place off the Edgware Road, from Nineteen Stories by Graham Greene ? Graham Greene, 1949, published by Viking Press, reproduced by kind permission by David Higham Associates, Proof Positive, from Twenty One Stories by Graham Greene ? Graham Greene, 1954, published by Heinemann, reproduced by kind permission by David Higham Associates

List z innej planety, Zaczarowane miasto ? Copyright by The Estate of Jan Zakrzewski; Dowód niezbity ? Copyright by The Estate of Jerzy Krzysztoń

Nie udało się dotrzeć do właścicieli praw do opowiadań Alfreda Eltona van Vogta i Cynthii Asquith oraz do spadkobierców Tadeusza Adriana Malanowskiego, Juliana Stawińskiego, Ireny Przemeckiej. Prosimy o kontakt z sekretariatem: piw@piw.pl

Projekt okładki

Tomek Frycz

Redaktor prowadzący

Kamil Piwowarski

Opracowanie redakcyjne

Piotr Paziński

Korekta

Maciej Korbasiński, Małgorzata Denys

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy

www.piw.pl

Wydanie pierwsze, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: piw@piw.pl

ISBN 978-83-8442-053-9

Justyna SobolewskaMarsjanie wylądowali

Ta antologia opowiadań była pomysłem Mirona Białoszewskiego i Jadwigi Stańczakowej i powstała najpierw jako nagranie na kasetach magnetofonowych. To miał być prezent dla Polskiego Związku Niewidomych. Miron Białoszewski wybrał swoje ulubione opowiadania fantastyczne, science fiction i niesamowite różnych autorów i je przeczytał, a Jadwiga, ociemniała pisarka i poetka, nagrała go na kilkunastu kasetach. Wszystko działo się u niej w mieszkaniu na ulicy Hożej. Białoszewski wpadał do Jadwigi o różnych porach. Nawet w środku nocy zrywała się z łóżka uradowana, że będą nagrywać. Miron przynosił świeży urobek nocy, wiersze i prozę, nagrywanie było dalszym ciągiem procesu tworzenia. Powstał wielki zbiór nagrań (przekazany później do Muzeum Literatury). W ostatnich latach życia Miron coraz częściej nagrywał swoje utwory, a spisywała je na maszynie ociemniała redaktorka Irena Łowińska.

Antologię nagrywali z Jadwigą prawdopodobnie na japoński magnetofon z osobnym mikrofonem, jeszcze nie nadeszła era magnetofonów Grundig, które miały stać przy łóżku Jadwigi. Jakość nagrania była domowa, więc Związek Niewidomych nie wykorzystał nagrań. W 1986 roku, już po śmierci Mirona, Jadwiga zaproponowała wydanie zbioru opowiadań w wyborze Białoszewskiego wydawnictwu Czytelnik. "Wydaje mi się, że gdyby ta antologia została wydrukowana z podaniem wyboru i układu Mirona Białoszewskiego, stałaby się bestsellerem fantastyki naukowej, której jest u nas wciąż mało" - pisała Jadwiga do wydawcy. Nie doczekała się odpowiedzi. Korespondencję z wydawnictwem, a także taśmy z nagraniami znalazłam dopiero, gdy pisałam książkę Jadwiga. Opowieść o Stańczakowej. Natrafiłam też na wzmianki o opowiadaniu Wydłużona ręka, które napisali wspólnie. Najpierw wpadło mi w ręce nagranie, na którym Miron czyta Wydłużoną rękę, jako pierwszy tekst z planowanego cyklu Ociemniałe opowieści. Potem znalazłam maszynopis. Ale nigdy nie powstał ciąg dalszy.

Zaczęłam szukać nagrań z antologią wśród jednakowych czarnych pudeł z kasetami. W pudłach wszystko zostało tak, jak zostawiła Jadwiga - zmięty papier brajlowski dzielił nagrania dziennika od audycji radiowych. Jedno z pudeł spadło na mnie z szafy. Wyjmuję kasetę. Włączam. Miron czyta o kocie, który nagle wpada bohaterowi pod nogi. Kot? Pomyślałam, że to fragment dziennika Mirona. Ale zaraz, kot przemyka się po statku kosmicznym. Słucham dalej, a to Pirx rozmawia z Terminusem. A więc jest, antologia znalazła się, czternaście kaset. Kiedy robot Terminus w opowiadaniu Lema nadaje alfabetem Morse'a, waląc w rurę, wiadomości dla zmarłych pilotów, Miron zamienia czytanie w dramatyczne słuchowisko. Czyta Lema jak poezję. Wołanie do zmarłych przypomina Dziady. W tle co pewien czas przejeżdża samochód. Coś skrzypi. Czasem słyszę, jak Jadwiga w tle powstrzymuje się od śmiechu. Teraz po latach ich niedoskonałość jest dodatkową zaletą, bo przenoszą w tamten czas.

Opowiadanie Wydłużona ręka powstało w czasie stanu wojennego, kiedy Miron pomieszkiwał na Hożej. Po zawale spędzał tam weekendy, pracował w nocy, odgrzewał sobie jedzenie, w dzień odsypiał, wieczorem z Jadwigą czytali i nagrywali. Zajął pokoik jej zmarłego ojca, zapełniał powoli półki książkami kupowanymi na Wolumenie. Lubił kryminały, opowieści niesamowite, parapsychologię, science fiction i o zwierzętach. Zbierał różne antologie: Smak grozy. Polska nowela fantastyczna czy Opowieści z dreszczykiem. Miał też klasykę grozy: Stefana Grabińskiego, Horacego Walpole'a, Mary Shelley, Roberta Louisa Stevensona; spory zbiór polskiej fantastyki: od Janusza Zajdla po Bohdana Peteckiego, dużo radzieckiego science fiction, kryminały i powieści sensacyjne, jak na przykład 714 wzywa pomocy, opowieści o wyprawach odkrywców i podróżach międzyplanetarnych, o UFO, aż po Tybetańską Księgę Umarłych czy Magię Kahunów. Lubił literaturę niesamowitą. Nie czytał z reguły współczesnych mu autorów poza Stanisławem Lemem, którego uważał za najważniejszego polskiego pisarza. Tuż przed śmiercią czytał Eden, który z pocztówkową zakładką leżał na nocnym stoliku na Hożej.

Jadwiga uprosiła go, żeby przynosił jej swoje rękopisy, zamiast je wyrzucać (co lubił). "Prowadziła mu sekretariacik", co oznaczało, że ze swoją lektorką i przewodniczkami załatwiała mu rozmaite sprawy praktyczne, do których nie miał głowy.

Wszystko zaczęło się w 1972 roku, kiedy zięć Tadeusz Sobolewski zabrał ją na "wtorek", czyli na otwarte spotkanie u Mirona, który czytał swoje nowe utwory. Jadwiga bardzo chciała go poznać. Miron nie był szczególnie zainteresowany, dopóki nie dowiedział się, że jest ociemniała. Od dzieciństwa fascynował go świat niewidzących, alfabet Braille'a, skupienie. Był Jadwigi ciekaw i szybko zawiązała się między nimi przyjaźń. Dla Jadwigi to było coś wyjątkowego, mówiła, że zastąpił jej nieżyjącego brata Jasia. Spodobało jej się, że przy Mironie wszystko dzieje się bardzo szybko - wpadanie, gadanie, latanie po mieście. "Odnosiłam czasem wrażenie, że Miron jest obserwatorem z innej planety. I "sprawdza", jak zachowują się żywe istoty na zielonej planecie Ziemi" - pisała we wspomnieniach. Dzięki Mironowi zaczął się w jej życiu, około sześćdziesiątki, czas przygód, nocnych wypraw po Warszawie, pisania i nagrywania. Miron sprawił, że sama odważyła się pisać wiersze i prozę. Początkowo Jadwiga była jedną z wielu osób z jego kręgu przyjaciół, ale z czasem ta relacja stawała się coraz bliższa, intensywniejsza - został tego ślad w Dzienniku we dwoje Jadwigi i w filmie Parę osób, mały czas Andrzeja Barańskiego. Czytali, nagrywali. Nie wszystko się zachowało - szkoda choćby słuchowiska o kosmitach, które pewnej nocy zarejestrowali na magnetofonie w Oborach, strasznie hałasując. Na tej kasecie ktoś potem nagrał muzykę.

Mieli podobne poczucie humoru. Żartowali, że Jadwiga przechodzi przez ściany, kiedy na Lizbońskiej (gdzie Miron się przeprowadził z placu Dąbrowskiego), zamiast wyjść z pokoju, weszła do szafy. Miron wymyślił jej tytuł książki Ślepak. Jadwiga była jego przewodniczką po świecie niewidzących, interesowało go, jak śnią, czym na przykład różni się wyobrażenie koloru u niewidomego od urodzenia i u ociemniałego, który wcześniej widział.

Jadwiga nagrała z nim kiedyś wywiad Gdybym był niewidomy. Mówił: "Dreptałbym z laseczką po chodniku na Lizbońskiej. Nauczyłbym się chodzić do sklepu. Radziłbym sobie. Pisałbym oczywiście. Najgorzej byłoby z czytaniem. Korzystałbym z książek brajlowskich i z nagrań, ale to nie zastępuje w pełni zwykłego druku. Ja czytam bardzo szybko, kartkuję. A machać taśmą naprzód i w tył, i trafić we właściwe miejsce - byłoby z tym trochę gorzej. Ludzie byliby mi potrzebni. Ale czasami by mnie irytowali". Jadwiga uważała, że Miron dobrze rozumiał potrzebę niezależności niewidzących, to, że choć są wdzięczni za pomoc, to przede wszystkim chcą być samodzielni.

Ich wspólne opowiadanie Wydłużona ręka jest próbą wniknięcia w świadomość niewidomego. Już wcześniej w Wierszu z niepokojem Miron badał widok z okna na Hożej:

dobre masz okno,

to, że niewidoma, to tym ciekawiej.

stare drzewa, stare bramy,

czerwony mur od zakonnic,

nie ma się gdzie prześlizgiwać

- kto? mur?

- morderczyni, ja nie wiem,

nie musi być nic widać, nie musi

się nic stać, wystarczy sama

możliwość i świadek możliwości

bez niecierpliwości...

W wierszach z późnych lat siedemdziesiątych pomieszczonych w tomie 7 utworów zebranych Odczepić się i inne wiersze, Białoszewski często wprowadza do poezji rozmaite gatunki swoich ulubionych lektur - "Kryminał" czy "Powieść międzyplanetarna":

Budzę się

Rwetes

Wyglądam:

ustawianie pod mur

Marsjanie wylądowali!

Białoszewski nie tylko zacierał granice między poezją i prozą, ale też między funkcjonującymi wtedy dość sztywno podziałami na literaturę "wysoką" i "niską", gatunkową. Zewsząd czerpał użyteczne dla siebie formy opowieści.

Pewnej soboty w 1982 roku Miron zaproponował, żeby napisali razem z Jadwigą cykl opowiadań fantastycznych. Zaczęli układać plan. Bohaterem miał być Konrad, niewidomy telefonista, który od nudnej żony bezcieleśnie ucieka do innej kobiety. Potem on i pewna ociemniała mają zostać wybrani przez istoty pozaziemskie do nawiązania kontaktu. Najpierw Miron pisał w brulionie, potem znużony zaczął nagrywać, a Jadwiga dopowiadała. Ukończyli tylko pierwsze opowiadanie. Czytali wtedy broszurę Roberta Manroe o przemieszczeniach astralnego ciała, którą Miron przyniósł od radiestetów z Pałacu Kultury. Sam w to niezbyt wierzył, ale namawiał Jadwigę do prób przemieszczeń, więc ćwiczyli telepatię i bawili się w "wydłużanie astralnej ręki", czyli przedłużanie jej wyobraźnią i takim sposobem "dotykanie" przedmiotów. Całkiem nieźle im to wychodziło.

Bohater opowiadania, Konrad, był ociemniały, ale miał poczucie światła - jak Jadwiga. Pewnego razu, kiedy leżał w łóżku, zaczął mieć wrażenie, że jego ręka się wydłuża, wychodzi z domu i wędruje po ulicy. On sam w jakiejś bezcielesnej formie też chodził po ulicy. "Leży, a idzie do okna. Przenika dalej, niżej, na ulicę. Posuwa się nad chodnikiem czy po chodniku. Dotyka ściany. Szyba sklepu. Ręka jakby przez nią przechodzi. Dotyka jakiejś puszki na wystawie. Dotyka na przestrzał". W tym swobodnym wędrowaniu można odnaleźć marzenie niewidzących, żeby móc poruszać się bez barier. Dla Jadwigi samodzielne chodzenie po ulicy było początkowo nieosiągalne. Wiele lat minęło, zanim odważyła się wyjść z białą laską na ulicę. W przypadku Konrada wyjście z domu nie wymagało wysiłku. Za sprawą ręki mógł się poruszać, płynąć w powietrzu, a nawet widzieć. Być z ludźmi. W papierach Jadwigi można znaleźć podobny zapis:

- Chodź do okna - mówię sobie.

Jestem sama. Okno otwarte. Podchodzę.

W dole ulica - jar. Kroki i kroki.

Głosy lecą. Ja na uboczu w słońcu.

Przy mnie mój stary jesion.

Samotna? Nie, z tymi w dole.

(Prozinki)

W Wydłużonej ręce jest coś jeszcze - marzenie widzącego, żeby zwykła czynność wyjścia na ulicę była odmiennym doznaniem, żeby uruchomiała inne zmysły. Pobrzmiewa tu pragnienie niewidzialności, bycia duchem, zagęszczeniem materii. W opowiadaniu pojawia się element grozy: bohater nagle czuje, że ktoś się zbliża. "Konrad przypłaszcza się jeszcze bardziej, bo nie tylko słyszy, ale i jakoś widzi. Sylwetę mężczyzny. Niepokój. I tego, i tamtego. Tamten zwalnia kroku. Rozgląda się. Przystaje. Konrad wstrzymuje dech. Jest widziany czy nie jest widziany? Chyba nie jest. Ale odczuty. Tamten przesuwa spojrzenie po ścianie, zahacza o miejsce z wklęśniętym Konradem. Chwilę stoi. I rusza. Jeszcze raz się ogląda i jakby z nagłym lękiem puszcza się szybkim marszem, coraz szybszym". To spotkanie z kimś żywym, odczuwanie jego obecności budzi niepokój.

Teksty, w których Białoszewski wprowadza motywy kryminalno-sensacyjne, stanowią pokaźny zbiór. Przestrzenią, w której rozgrywały się takie scenariusze, był choćby blok na Lizbońskiej. Tam narrator Postukiwania szuka źródła dziwnych dźwięków, w tekście Korytarz wiatr jęczy na jedenastym piętrze, żarówki są ciemne, a Białoszewski w noc zaduszną robi seans wywoływania duchów ze spodkiem. W Rozkurzu znajdziemy Opowiadanka z niepokojem, a w nich Człowieka z cienia. Opowiada o tym, jak wielokrotnie wracał po nocy na plac Dąbrowskiego z lękiem, że z cienia ktoś się wyłoni. W bramie i na schodach czuł czyjąś obecność. Trzeciej nocy z bramy rzeczywiście wyłonił się jakiś cień, ale ominął go szerokim łukiem. Białoszewski poczuł ulgę i zdziwienie, że tak bardzo się przestraszył. Poddawanie się niepokojowi, oczekiwaniu, co zaraz nastąpi, to jedna z jego strategii, dzięki której wszystko było ciekawe: zawsze coś mogło się zdarzyć.

Rzeczywistość stawała się ekscytująca, wszędzie mogła kryć się niespodzianka. On sam, jak detektyw, rozwiązywał zagadki, dedukował, skąd pochodzą hałasy. Ćwiczył się w poszerzaniu rzeczywistości; zwykłe narzędzia poznawcze mu nie wystarczały. Niby dlaczego nie próbować bezcielesnego przemieszczania się czy wydłużania ręki? Trochę półżartem, półserio, a nuż coś z tego wyniknie?

Jakiś czas po napisaniu Wydłużonej ręki Miron przyleciał na Hożą zadowolony, że na błysku w nocy napisał kolejne opowiadanie. Jadwiga najpierw była rozczarowana, bo mieli pisać razem, ale kiedy przeczytał jej Przemieszczenia, opowiadanie o pani Jadźwince i jej przewodniku panu Ursynie, zachwyciła się. Pani Jadźwinka ogarnięta szałem medytacji biega na kursy w Pałacu Kultury z panem Ursynem, którego medytacja zawsze usypia. Za to udają mu się przemieszczenia, bezcielesne wyjścia z ciała. Takie wędrówki okazują się idealnym rozwiązaniem w stanie wojennym w czasie godziny milicyjnej, bo "ciała przemieszczane nie są ściśle fizyczne". Pan Ursyn, wzorowany na Julianie Kiełkiewiczu, przewodniku Jadwigi, stał się bohaterem wielu tekstów Białoszewskiego, m.in. Eulalii, w której padają słowa:

- Czy tu jest ktoś?

- Jest jedna osoba, ale nieżywa.

Jadwiga wszystkie ćwiczenia traktowała o wiele poważniej niż Miron, ale potrafiła żartować ze zjawisk parapsychicznych i swoich wysiłków zgłębiania tej sfery rzeczywistości. Pod koniec życia powróciła do "wydłużania ręki" w wierszu:

Wydłużam rękę

w bezruchu

jak mnie uczył Miron

i chwytam

smugę cienia

to on

Sfruwam

na Hożą

jak w Wydłużonej ręce

wtedy nie umiałam

nie miałam czucia.

Miron Białoszewski (1922-1983)

Poeta, prozaik, dramaturg, diarysta, dziennikarz i aktor. Urodził się i mieszkał w Warszawie. Jego debiutancka książka poetycka, Obroty rzeczy (1956), czerpała z tradycji baroku, ballady plebejskiej i sztuki jarmarcznej. Później zmienił styl, w kolejnych tomach wierszy (m.in. Mylne wzruszenia, 1965; Rozkurz, 1980; Oho, 1985) i prozy (Donosy rzeczywistości, 1973; Szumy, zlepy, ciągi; 1976, Chamowo, 2009) zajął się zapisywaniem codzienności, "nasłuchy" przekładając na rozpoznawalny, potoczny idiolekt. Był kronikarzem życia miasta i inteligenckiej bohemy. Okupacyjne wspomnienia z 1944 roku przetworzył w Pamiętnik z powstania warszawskiego (1970). Chętnie czytał i recytował swoje i cudze utwory, a w ostatniej dekadzie życia, pod wpływem Jadwigi Stańczakowej, tworzył literaturę mówioną, pozostawiając bogate archiwum nagrań.

Jadwiga Stańczakowa (1919-1996)

Poetka, prozaiczka, dziennikarka i działaczka społeczna. Ocalała z getta warszawskiego, tuż po wojnie rozpoczęła pracę reporterki w gazetach "Głos Ludu" i "Dziennik Bałtycki", jednak ciężka, postępująca choroba oczu wkrótce uniemożliwiła to zajęcie. Od połowy lat pięćdziesiątych, już ociemniała, kierowała redakcją miesięcznika "Pochodnia", żywo angażując się w działalność Polskiego Związku Niewidomych. Jednocześnie zajęła się twórczością literacką, publikując felietony radiowe, wiersze i prozę. Jej utwory ukazały się w zbiorach: Niewidoma (1979), Ślepak (1982), Boicie się czarnego ptaka (1990), Prozinki (2025). Od początku lat siedemdziesiątych zaprzyjaźniona z Mironem Białoszewskim, tworzyła z nim różnorodną gatunkowo literaturę mówioną (m.in. Dziennik we dwoje, 2015) i podejmowała rozmaite działania artystyczne z pogranicza teatru, ezoteryki i poezji.

Miron BiałoszewskiJadwiga StańczakowaWydłużona ręka

Konrad zgasił światło. Był ociemniały, ale poczucie światła miał. A więc i poczucie ciemności. Popadał w nieruchomość. Coraz bardziej. Coraz bardziej. I leżąc na łóżku, tak jakby się skręcał. A potem wydłużał. Wyciągnął rękę. Ocknął się. Nie, nie miał wyciągniętej ręki. Znów zaczął się wydłużać. Teraz naprawdę. I teraz naprawdę wyciągnął rękę. Sięgnąć do półki! Sięgnąć do półki! Wymacać książkę! Wymacać książkę!

Ręka się wyciągała. Ale niczego nie czuła. Widocznie mu się zdawało. Skupił się cały na wydłużaniu. Teraz ręka naprawdę szła daleko.

O! Dotknęła książki. Dotknęła brajlowskich kropek. I poczuła się w środku kartek. Kartki stały się ciągliwe jak zgęszczone powietrze. Nie, nie były ciągliwe, tylko przepuszczały przez siebie rękę. Już wszystko wyprzezroczyściało dotykowo. Rozmyło się czy oddaliło. Ręka się skróciła. Wróciła do łóżka. Konrad zapalił światło.

Trzeba spróbować jeszcze raz - pomyślał. Uniósł rękę w powietrze, dłonią na płask. Biała laska - tam w kącie! Poczuł, jak jego ręka o konsystencji zagęszczonego powietrza wyciąga się w kierunku składanej białej laski. Dotyka gałki. Zsunęła się w dół. Poczuła pierwsze złącza, potem drugie i wsunęła się w prawdziwą, cielesną rękę. Co to jest? - pomyślał Konrad. Jak ja właściwie to robię? Aha, widzący prawdopodobnie przedłużają rękę wzrokiem, a niewidzący wyobraźnią.

Dotyk miał wyrobiony. Pracował jako telefonista przy wtyczkach. Dla niego w centrali przerobili światełka na sygnały dźwiękowe. Mieszkał sam. Nie układały mu się sprawy małżeńskie. Kiedy miał dwadzieścia pięć lat, ożenił się ze studentką Vivą. Było dobrze przez dwa lata. Aż raz przyłapał ją na oszustwie. Kiedyś dał jej pieniądze i zapytał:

- Ile daję?

Powiedziała, że to pięćset złotych. A on przekonał się potem, że to było tysiąc złotych. Na drugi raz przyszykował się już. I wiedział, że to tysiąc. Znowu powiedziała, że pięćset. Robiła to stale. Nie była sumienna w informowaniu go. Odpowiadała byle co. Pytał ją:

- Jaki kolor ma koszula, którą chcę włożyć?

- Niebieski.

A była biała.

Odpowiadała pewno, nie patrząc.

Wychodziła na miasto. Pytał, dokąd i na ile? Tłumaczyła to i owo. Okazywało się wszystko nieprawdą. Nie zadawała sobie nawet fatygi, żeby go sumiennie prowadzić. Często się o coś uderzał, wpadał na drzewo.

Wreszcie go rzuciła. Nie chciało jej się gotować, opiekować. Kogoś tam miała. Nie chciało jej się nawet powiedzieć kogo. On też już miał dosyć wypytywania. Ich spotkania coraz rzadsze (bo zjawiała się w domu tylko niekiedy) stały się ciągiem rozłażącej się obojętności. Wreszcie poprosiła o rozwód.

Nie chciał się więcej żenić. Miał kilka przygód. Jedną nawet z niewidomą. Na wczasach w Domu Niewidomych w Muszynie. Mieli sporo trudności, bo przy niewidomej wciąż kręciła się przewodniczka. I nigdy nie byli zupełnie pewni, czy są sami. Ale niewidoma mieszkała w innym mieście, więc się to urwało.

Napatoczyła się Tykwa. Tykwa, bo wysoka i szczupła. Prawie chuda. Bardzo opiekuńcza. Aż za bardzo. A więc musiała się wprowadzić, żeby całkowicie się nim opiekować. Dom był zadbany, dobre obiady, wyprana bielizna, spokój, czułość, prawdomówność. Dopytywanie się:

- A może białą koszulę, tę w odcieniu lekko kremowym?

- A może zjadłbyś jabłuszko, ja ci obiorę.

- A może ci za duszno? Nie jest ci duszno? Uchylić okno? O, idzie jedna pani, tak ze czterdzieści, w sukni w kwiaty pąsowo-żółte, kołnierzyk pod szyję, rękawy długie, zapinana do połowy, parasolka w kratkę. Buty wiśniowe, zamknięte.

Była noc. Spali na jednym tapczanie. Tykwa pochrapywała przy jego boku. Konrad zapragnął za wszelką cenę choć na chwilę od niej się uwolnić. Popadł w stan aktywnego odrętwienia. Nie poruszał się, nie czuł siebie, wyłączył zmysły. A jednocześnie jego wola była bardzo czynna i jakby gotowa do spełnienia tego, co on chce.

- Chcę wyciągnąć rękę.

I nie wiedział, czy naprawdę mu się ręka wyciąga, czy tylko porusza jakby innym ciałem.

- Chcę wstać za ręką!

Poczuł wstawanie. Niby leżał, a już podnosił się z łóżka.

- Chcę stanąć na podłodze!

Chyba stał na podłodze.

Już go nie obchodziło, czy rządził się tym, czy innym ciałem. Rządził się sobą. To mu wystarczało. Posunął się do powiewu.

- Aha, blisko okno.

Znów się podsunął. Tak jakby oparł o parapet. I patrzył w noc przez szyby, widząc tylko, jak zawsze, światła.

- Chcę więcej widzieć.

Ujrzał zarys drzewa. Czarny.

- Chcę widzieć mur naprzeciwko!

Powoli ujawnił mu się brunatny mur ceglany, od zakonnic z naprzeciwka.

- Żeby iść pod tym murem, żeby tam być.

Cofnął się od okna do drzwi.

- Do drzwi, do drzwi.

- Do schodów, schodami, piętro w dół, do bramy, bez laski.

Przy ścianie, przy ścianie. Żelazna ostroga pod nogą, dotknięta czy nie? I już ulica. Prosto, krawężnik, jezdnia pusta, druga strona ulicy, ceglany mur, drzewa, widać czarne drzewa, widać ciemny mur, chyba widać, dotyka pnia, tak, to, co widać, można tego dotknąć, choć to, czym dotyka, nie jest zwykłą gęstą ręką. Więc to, co dokoła, jest prawdziwe. A on jest nie bardzo prawdziwy. A jednak to on.

- To ja, właśnie chce i idzie, chce i widzi, dziwnie, ale widzi, dziwnie, ale idzie.

Jak to wszystko rozumieć. Zaczął myśleć. Zamęt w głowie. Ruchy nie ruchy. Nagle ocyka się na tapczanie obok Tykwy, która chrapie. Zmęczenie i żal. Zaraz zakołysanie, zapadnięcie w sen.

W dzień Konrad uwija się przy wtyczkach, ale jednak czuje w sobie tę nocną wędrówkę. I tęskno mu za tym. W domu poddaje się opiekuństwu Tykwy, która nawet dziwi się, że on taki łagodny. Ale nieco wyłączony. A on tylko czeka nocy. Niech Tykwa zaśnie. Zasnęła. Sprawdził, czy po swojemu pochrapuje. Wyprostował się na leżąco. Cisza. Bezruch. Ciepło. Trochę drętwo. Coś z głową. Ale co? Coś z głową. Czy to dobrze? Może nie, niedobrze. Tak musi być. Wola i poddanie się. Poddaje się, bo chce. Wyciąga rękę. Jedną. Drugą. Nie, leży. Nie, podnosi się cały. Leży. Leży, a idzie do okna. Przenika dalej, niżej, na ulicę. Posuwa się nad chodnikiem czy po chodniku. Dotyka ściany, szyba, sklepy. Ręka jakby przez nią przechodzi. Dotyka jakiejś puszki na wystawie. Dotyka na przestrzał. Nawet nie tylko dotyka, ale jakby widzi. A może tylko domyśla się wyglądów. One takie obwódkowe, szklane, wodniste. Wraca tą ręką do siebie. Sunie dalej. Mur, mur twardy i uginany. Powiew. Brama otwarta. Mur. Dalej mur. Znów powiew. Otwarta brama. Pomieszanie. Powiewy odczuwa jako jedyne zapowiedzi przestrzeni, a więc idzie po niewidomemu, a jednocześnie coś się zarysowuje, przerysowuje. Nie tylko latarki bram, przebłyski latarń, ale poświaty ścian, nie... nie tylko poświaty, ich masyw.

Kroki. Nie tylko jego. Czyjeś inne. Zza rogu zbliża się ktoś żywy. Konrad cofa się, przypłaszcza plecami do ściany, tak jakby w nią wchodzi. Czeka.

Kroki wyległy na otwartszą przestrzeń. Żywy już jest na rogu, skręcił... tu... Konrad przypłaszczający się jeszcze więcej. Bo nie tylko słyszy, ale i jakoś widzi. Sylwetę. Mężczyzny. Niepokój jego i tamtego. Tamten zwalnia kroku. Rozgląda się, przystaje. Konrad wstrzymuje dech. Jest widziany? Czy nie jest widziany? Chyba nie jest. Ale odczuty. Tamten przesuwa spojrzenie po ścianie, zahacza o miejsce z wklęśniętym Konradem, chwilę stoi, i rusza, jeszcze raz się ogląda i jakby z nagłym lękiem posuwa się szybkim marszem, coraz szybszym. Konrad doczekał zaniku kroków i skierował siebie w stronę domu. Trzeba zacząć wyżej iść, jakby się unieść. Okno na pierwszym piętrze. Już zaraz... ale coś mu ciąży. Coś się zarysowuje. Ktoś? Na dole? Czy wyżej? W powietrzu między drzewami czy w oknie. Nie boi się, jest zniecierpliwiony. Łóżko, łóżko, leżeć.

Leży. No tak. To Tykwa przebudziła się za wcześnie i swoim odruchem niepokoju, niezupełnie sprawdzonej półnieobecności wyjrzała chyba... intencjami, wyczuciami, wyszła mu naprzeciwko, zaczęła mu się pakować w jego drugie osobne życie, w to drogocenne przeżycie.

Poruszył się sobą w całej cielesności, spojrzał na Tykwę niecierpliwie i szybko zaczął siebie uspokajać, żeby ją uśpić z powrotem. Usnęła. On też.

Dopisek: opowiadania pisane w stanie wojennym, na przełomie zimy i wiosny 1982, pod koniec XX wieku w Warszawie, na ulicy Hożej, wieczorami, na raty. Cykl opowiadań Ociemniałe opowieści.

Edgar Allan Poe (1809-1849)

Poeta, nowelista, powieściopisarz, dziennikarz, krytyk literacki, współtwórca czarnego romantyzmu, mistrz horroru, jeden z ojców nowoczesnej literatury amerykańskiej. Urodził się w Bostonie, część dzieciństwa spędził w Anglii, wskutek konfliktów z rodziną wcześnie się usamodzielnił, został żołnierzem i zawodowym pisarzem. Współpracował z gazetami i periodykami literackimi. Długie lata zmagał się z alkoholizmem, zmarł w niejasnych okolicznościach w Baltimore, jego grób stał się celem pielgrzymek, a Poe - emblematycznym artystą przeklętym. Zaczynał jako poeta (Poems, 1831; Kruk i inne wiersze, 1845; Eureka, 1848) i za poetę przede wszystkim się uważał. Konieczność zarabiania na życie sprawiła, że zaczął układać atrakcyjne opowiadania, utrzymane w różnych rejestrach niesamowitości (Zagłada domu Usherów, Maska śmierci szkarłatnej, Portret owalny, Człowiek tłumu). Był pionierem grozy psychologicznej, rozwinął także opowieść detektywistyczną, powołując do życia postać genialnego detektywa Auguste'a Dupina (Zabójstwo przy rue Morgue). Badał zjawiska paranormalne (Przedwczesny pogrzeb), zabierał bohaterów na krańce świata (powieść fantastyczno-przygodowa Relacja Arthura Gordona Pyma z Nantucket, 1837; nowela W bezdni Maelströmu, 1841). Odkryty przez romantyków francuskich, do Polski zawitał na przełomie XIX i XX wieku, m.in. za sprawą świetnych przekładów Bolesława Leśmiana.

Edgar Allan PoePrzedwczesny pogrzebprzełożył Stanisław Wyrzykowski

Istnieją pewne tematy przejmujące do głębi, wszelako nazbyt okropne, iżby mogły stać się przedmiotem rzetelnej literatury powieściowej. Rzetelni pisarze muszą ich unikać, jeśli nie chcą wywołać zgorszenia lub niesmaku. Godzi się je podejmować tylko w takich razach, gdy uświęca je i usprawiedliwia surowe dostojeństwo prawdy. Drżymy, na przykład, wstrząsani przenikliwym dreszczem "zachwycającej męki", gdy czytamy o przejściu przez Berezynę, o trzęsieniu ziemi w Lizbonie, o dżumie w Londynie, o nocy św. Bartłomieja albo o uduszeniu stu dwudziestu trzech więźniów w Czarnej Jaskini w Kalkucie. Wszelako w tych opowieściach wstrząsają nami zdarzenia, rzeczywistość, historia. Gdyby były zmyślone, przejmowałyby nas tylko odrazą.

Przytoczyłem kilka najznamienitszych i najszczytniejszych klęsk, jakich zaznała pamięć ludzka; rozpłomieniają one wyobraźnię zarówno rozmiarami, jak i swoim charakterem. Nie uważam za potrzebne zaznaczać, że z długiego i złowrogiego korowodu nieszczęść ludzkich mógłbym wybrać wiele przykładów poszczególnych, nierównie więcej obarczonych istotną męką niż wszystkie te ogromy niedoli zbiorowej. Nędza istotna, rozpacz ostateczna - bywają, zaiste, udziałem jednostki, nie zbiorowości. Dziękujmy miłosierdziu boskiemu, iż upiornych mąk konania doznaje jednostka ludzka, a nie ludzka gromada!

Być pogrzebanym za życia jest niewątpliwie najostateczniejszą okropnością, jaka może przydarzyć się człowiekowi śmiertelnemu. Że zdarzała się często, bardzo często - temu zapewne nie zaprzeczą ludzie myślący. Rubieże, które dzielą życie od śmierci, są co najmniej mroczne i nieokreślone. Któż może powiedzieć, gdzie pierwsze się kończy, a drugie zaczyna? Wiemy, iż istnieją choroby, w których przejawia się zupełny zastój wszystkich widomych czynności życiowych, wszelako jest on tylko tym, co zwykliśmy nazywać zahamowaniem. Są to tylko chwilowe przerwy w niedocieczonym mechanizmie. Po pewnym czasie jakiś nieuchwytny, tajemniczy czynnik znów wprawia w ruch magiczne sprężyny i zaklęte koła. Srebrny wątek nie rozsnuł się na wieki i nie roztrzaskała się bezpowrotnie złota czara. Lecz co podówczas działo się z duszą?

Pomijając atoli nieunikniony wniosek a priori, że podobne przyczyny muszą wywoływać podobne skutki - że znane powszechnie przykłady takiego zahamowania czynności życiowych muszą powodować od czasu do czasu przedwczesne pogrzeby - pomijając, powtarzam, te teoretyczne wnioskowania, posiadamy bezpośrednie świadectwa lekarzy oraz innych osób, które stwierdzają, że takie pogrzeby zdarzały się nader często. Mógłbym przytoczyć niezwłocznie, jeżeli zachodziłaby potrzeba, setki wypadków niezawodnie autentycznych. Jeden, nadzwyczaj osobliwy, którego szczegóły nie zatarły się zapewne jeszcze w pamięci mych czytelników, zdarzył się nie tak dawno temu w sąsiednim mieście Baltimore i stał się przyczyną silnego, przykrego i powszechnego wzburzenia. Małżonka jednego z najszanowniejszych obywateli - znakomitego prawnika i członka Kongresu - uległa jakiejś nagłej i niepojętej chorobie, wobec której okazała się najzupełniej bezsilna wszelka umiejętność lekarska. Po wielu cierpieniach umarła, lub przynajmniej wydawało się, że umarła. Nikt nie podejrzewał i nie miał powodu do podejrzeń, że zgon jej istotnie nie nastąpił. Okazywała wszystkie zwykłe oznaki śmierci. Rysy zaostrzyły się i twarz zapadła. Usta powlokły się bladością marmuru. Oczy zgasły. Chłód ogarnął członki. Tętno ustało. Zwłoki spoczywały przez trzy dni niepogrzebione i przybrały stężałość kamienia. Przyśpieszono obchód żałobny, gdyż szybko dokonywało się to, co wydawało się rozkładem.

Złożono tę panią w grobowcu rodzinnym, do którego nie zajrzano następnie przez trzy lata. Otwarto go dopiero wówczas, gdy było trzeba wstawić sarkofag; lecz jakiż straszliwy wstrząs przeniknął małżonka, który sam otworzył drzwi! Kiedy podwoje rozwarły się na zewnątrz, jakiś obleczony w biel przedmiot obsunął mu się w ramiona. Był to kościotrup jego żony w niezbutwiałym jeszcze całunie.

Staranne badania wykazały, iż powróciła do życia w jakieś dwa dni po złożeniu do grobu; skutkiem jej szamotań trumna spadła ze skraju podwyższenia na posadzkę i rozbiła się, umożliwiając jej wyzwolenie. Lampa, którą przypadkiem pozostawiono w grobowcu napełnioną olejem, była pusta; co prawda płyn mógł wyparować. Na najwyższym stopniu schodów, prowadzących do żałobnego przybytku, znaleziono duży odłamek trumny, którym zapewne kołatała w żelazne drzwi, by zwrócić na siebie uwagę. Prawdopodobnie postradała przy tym przytomność lub może nawet wyzionęła ducha z samego tylko lęku. Kiedy padała, całun jej zaplątał się w żelazną kratę, której nierówności wystawały do wewnątrz. Pozostała tak, wyprostowana, i tak uległa rozkładowi.

W roku 1810 pogrzebano we Francji osobę żyjącą śród okoliczności, które dowodzą, iż rzeczywistość bywa dziwniejsza od zmyślenia. Bohaterką tego zdarzenia była mademoiselle Victorine Lafourcade, młoda dziewczyna ze znakomitej rodziny, bogata i bardzo piękna. Do licznych jej wielbicieli należał także Julien Bossuet, ubogi litterateur czy dziennikarz paryski. Zdolnościami swymi i pogodą swej natury zwrócił na siebie uwagę panny, która, jak się zdaje, szczerze go pokochała; wszelako za podszeptem dumy rodowej wyrzekła go się w końcu i poślubiła niejakiego monsieur Renelle, bankiera i dość cenionego dyplomatę. Ożeniwszy się, jął ją zaniedbywać, a nawet prawdopodobnie źle z nią się obchodzić. Po kilkoletnim nieszczęśliwym pożyciu umarła - lub przynajmniej stan jej był tak podobny do śmierci, iż złudził całe jej otoczenie. Pochowano ją, atoli nie w sklepionym grobowcu, lecz w zwykłej mogile, na cmentarzu jej wsi rodzinnej. Zrozpaczony i z duszą rozgorzałą wspomnieniami głębokiego uczucia, kochanek wyjeżdża ze stolicy w dalekie strony, gdzie leży owa wioska, zamierzając odgrzebać jej zwłoki i wejść w posiadanie szczodrych jej warkoczy. Odnajduje grób. O północy odkopuje trumnę, otwiera ją i ma przystąpić do ucięcia włosów, gdy otwierają się ukochane oczy. Kobietę tę pochowano żywcem. Wszelako życie nie wygasło w niej zupełnie; z letargu, który wydawał się śmiercią, obudziły ją pieszczoty kochanka. Wprost nieprzytomny zaniósł ją do swego mieszkania we wsi. Dzięki swej niemałej wiedzy lekarskiej umiejętnie zastosował lekarstwa pokrzepiające. Ostatecznie powróciła do życia. Poznała swego zbawcę. Pozostała z nim i z wolna, stopniowo odzyskała w zupełności zdrowie. Jej kobiece serce nie było z diamentu i rozrzewniło się tym dowodem miłości. Oddała je Bossuetowi. Nie powróciła już do męża, lecz zataiwszy swe zmartwychwstanie, wyjechała z kochankiem do Ameryki. W dwadzieścia lat później powrócili oboje do Francji w przeświadczeniu, że czas zmienił zupełnie wygląd owej pani i że znajomi nie będą mogli jej poznać. Wszelako się pomylili, gdyż przy pierwszym spotkaniu monsieur Renelle poznał swoją żonę i upomniał się o nią. Oparła się jego żądaniom, a sąd przyznał jej słuszność, orzekłszy, iż wyjątkowe okoliczności oraz długi przeciąg czasu unieważniły nie tylko ze względów godziwości, lecz także w znaczeniu prawnym wszelkie zobowiązania małżeńskie.

,,Czasopismo Chirurgiczne" lipskie - które posiada takie zasługi i znaczenie, iż należałoby je przetłumaczyć i wydać - opowiada w swym ostatnim numerze o godnym ubolewania wypadku tego samego rodzaju.

Pewien oficer artylerii, człowiek olbrzymiego wzrostu i żelaznego zdrowia, spadł z narowistego konia i doznał tak ciężkich uszkodzeń głowy, iż wystąpiły u niego od razu oznaki obłędu. Czaszka była lekko nadwerężona, wszelako nie zachodziła obawa niezwłocznego niebezpieczeństwa. Dokonano trepanacji, która się powiodła. Puszczono mu krew i zastosowano inne środki kojące. Mimo to pogrążał się coraz bardziej w beznadziejnym stanie odrętwienia i w końcu zdawało się, że umarł.

Panowały gorąca, pochowano go przeto z niewłaściwym pośpiechem na jednym z cmentarzy publicznych. Pogrzeb odbył się w czwartek. W niedzielę cmentarz zapełnił się, jak zwykle, ciżbą ludzką. Około południa wywołał ogromne zamieszanie jakiś chłop, który jął opowiadać, iż siedząc na grobie owego oficera, uczuł wyraźnie, że ziemia pod nim się porusza, jak gdyby ktoś tam się szamotał. Zrazu na słowa te niewielką zwracano uwagę. Wszelako widoczne przerażenie i zawzięty upór, z jakim podtrzymywał prawdziwość swego opowiadania, wywarły w końcu wrażenie na tłumie. Przyniesiono pośpiesznie łopaty i w kilka minut rozkopano haniebnie płytki grób, z którego ukazała się głowa nieboszczyka. Miał wygląd nieżywego, jednakże niemal prosto siedział w trumnie, której wieko, szamocząc się wściekle, zdołał częściowo podnieść w górę.

Odstawiono go natychmiast do najbliższego szpitala, gdzie okazało się, iż żyje jeszcze, aczkolwiek bliski uduszenia. Po kilku godzinach odzyskał przytomność, jął poznawać znajomych i urywanymi zdaniami opowiadać o swej męce w grobie.

Z opowiadania jego wynikało, iż był przytomny przez jakąś godzinę, kiedy go grzebano, i dopiero później postradał świadomość istnienia. Grób wypełniono niedbale luźną i mocno rozpulchnioną ziemią, skutkiem czego dopływało nieco powietrza. Słyszał stąpanie ciżby nad sobą i robił wysiłki, by go wzajem usłyszano. Zgiełk tłumu - jak mówił - obudził go z głębokiego uśpienia; obudziwszy się, zdał jasno sobie sprawę ze straszliwej grozy swego położenia.

Chory ten miał się dobrze i był - jak się zdaje - bliski zupełnego wyzdrowienia, lecz padł ofiarą niedorzecznych eksperymentów lekarskich. Zastosowano baterię galwaniczną i wyzionął nagle ducha w przystępie ekstazy w ten sposób wywołanej.

Bateria galwaniczna wiąże się ze wspomnieniem powszechnie znanego i nadzwyczaj dziwnego wypadku; mianowicie przy jej pomocy przywołano do życia pewnego młodego adwokata londyńskiego, który przez dwa dni przebywał w grobie. Wypadek ten zdarzył się w 1831 roku, a wieść o nim wywołała wszędzie głębokie wrażenie.

Chory, Mr Edward Stapleton, zmarł rzekomo na gorączkę tyfoidalną, połączoną z jakimiś niezwykłymi objawami, które wielce zaciekawiły czuwających nad nim lekarzy. Po jego pozornym zgonie domagano się od rodziny, by zezwoliła na sekcję zwłok, ale pozwolenia nie otrzymano. Jak często się zdarza w podobnych wypadkach, lekarze postanowili odkopać zwłoki i dokonać sekcji po kryjomu. Wszelkie przygotowania poczyniono z łatwością przy pomocy nader licznych w Londynie złodziei, którzy kradną trupy. Trzeciej nocy po obchodzie żałobnym wydobyto domniemane zwłoki z dołu, głębokiego na osiem stóp, i złożono je w sali operacyjnej pewnej lecznicy prywatnej.

Dość duże cięcie, wykonane w okolicy jamy brzusznej, pozwoliło stwierdzić, iż trup jest jeszcze świeży i niedotknięty rozkładem; postanowiono zatem zastosować baterię. Odbywały się doświadczenia jedne po drugich, występowały zwykłe objawy, niewykazujące atoli niczego charakterystycznego prócz dwu czy trzech wzmożonych skurczów, które były jakby oznaką życia.

Noc była późna. Miało się już ku świtaniu, więc obecni postanowili dłużej nie zwlekać i przystąpić od razu do sekcji całkowitej. Wszelako pewien student, pragnąc sprawdzić swą teorię, nalegał, by poddano działaniu baterii któryś z mięśni piersiowych. Zrobiono głębokie cięcie i połączono pośpiesznie mięsień z baterią, gdy przedmiot badań ruchem nagłym, lecz bynajmniej nie kurczowym, zerwał się ze stołu, postąpił na środek sali, rozejrzał się błędnie dokoła i przemówił. Niepodobna było zrozumieć, co mówił, ale wymawiał jakieś słowa i zgłoski brzmiały wyraźnie. Przemówiwszy, powalił się ciężko na posadzkę.

Zrazu wszystkich obezwładniła groza - lecz opamiętali się rychło, gdyż nie było ani chwili do stracenia. Przekonali się, że Mr Stapleton jest żywy, jakkolwiek nieprzytomny. Otrzeźwiony eterem, wnet odzyskał zdrowie i powrócił do rodziny, którą o jego zmartwychwstaniu zawiadomiono dopiero wówczas, kiedy wszelkie niebezpieczeństwo minęło. Nietrudno wyobrazić sobie jej zdumienie - jej osłupiałą radość.

Wszelako najbardziej wstrząsające szczegóły zawierały się w tym, co sam Mr Stapleton opowiadał. Utrzymywał on, że ani przez jedno mgnienie nie był zupełnie nieprzytomny, że niejasno i bezładnie wiedział o wszystkim, co z nim się działo od chwili, kiedy lekarze orzekli, że jest martwy, aż do utraty przytomności w szpitalu. "Jestem żywy" - brzmiały owe niezrozumiałe słowa, które cisnęły mu się na struchlałe usta, kiedy zobaczył, że znajduje się w sali prosektoryjnej.

Z łatwością mógłbym przytoczyć jeszcze mnóstwo podobnych przykładów, lecz nie czynię tego, gdyż, zaprawdę, nie są one potrzebne, by dowieść, że przedwczesne pogrzeby się zdarzają. Jeżeli zważymy, jak niezmiernie rzadkie z natury rzeczy są okoliczności, które pozwalają nam je odkryć, to musimy przypuścić, iż zdarzają się one często bez naszej wiedzy. Jakoż prawie zawsze przy uprzątaniu cmentarzy na znaczniejszych przestrzeniach spotyka się kościotrupy, których postawy nasuwają najstraszniejsze przypuszczenia.

Straszliwe, zaiste, przypuszczenie, lecz stokroć straszliwszy los! Można zapewnić bez wahania, iż nie ma nieszczęścia, które by mogło w tak okropnej mierze pognębić do ostateczności ciało i duszę, jak przedwczesne złożenie do grobu. Nieznośny ucisk płuc, duszące wyziewy wilgotnej ziemi, wpijanie się rąk w pośmiertne całuny, nieubłagana cieśń szczupłego pomieszczenia, mrok wiekuistej nocy, cisza jak ogłuszające morze, niewidzialna wprawdzie, lecz dająca się wyczuć obecność robaka zwycięzcy - wszystko to w połączeniu z myślami o powietrzu i zieleni rozpostartej hen, w górze, ze wspomnieniami o ludziach nam bliskich, którzy by pośpieszyli z pomocą, gdyby wiedzieli, co z nami się dzieje, ze świadomością, iż oni o tym nigdy dowiedzieć się nie mogą, że beznadziejnym udziałem naszym jest nieunikniona śmierć - myśli te napawają serce, co jeszcze bije, takim ogromem przerażenia i nieuskromionej trwogi, iż cofa się z drżeniem przed nimi nawet najśmielsza wyobraźnia. Nie znamy niczego równie rozpaczliwego na ziemi, nie możemy wyśnić niczego bodaj na poły równie potwornego w otchłani najostateczniejszych piekieł; i dlatego opowieści z tej dziedziny są tak ogromnie zajmujące. Jest to następstwem świętej grozy, jaką wywołuje sam przedmiot, iż zajęcie to pozostaje w najzupełniejszej i najściślejszej zależności od naszego przeświadczenia o prawdzie rzeczy opowiadanej. To, co zamierzam opowiedzieć obecnie, jest mi doskonale znane - polega na mym osobistym i rzeczywistym doświadczeniu.

Od kilku lat doznawałem objawów jakiegoś dziwnego niedomagania, które lekarze uznali zgodnie za katalepsję, nie mogąc się zdobyć na ściślejsze określenie. Aczkolwiek predyspozycja, przyczyny bezpośrednie, a nawet rozpoznanie bieżące tej choroby przedstawiają się jeszcze nader niejasno, to przecież widoczne i charakterystyczne jej przejawy są już dostatecznie znane. Odmiany jej zależą głównie od nasilenia. Niekiedy chory tylko dzień jeden lub nawet krócej znajduje się w stanie jakby wzmożonego letargu. Jest bez czucia i zewnętrznie bez ruchu, lecz słabe tętno serca daje się wciąż jeszcze wyczuwać; ciepłota w zupełności nie zanika; nikły ślad rumieńca mży jeszcze pośrodku policzków; przyłożywszy mu lusterko do ust, można zauważyć opieszałą, chwiejną i nierówną czynność płuc. Innym razem odrętwienie to może trwać całymi tygodniami lub nawet miesiącami, najdokładniejsze badania, najprzenikliwsze dociekania lekarskie nie mogą wówczas wykryć istotnej różnicy między stanem, w którym znajduje się chory, a między tym, co nazywamy śmiercią. Przedwczesnemu jego pogrzebowi zapobiega zwykle tylko to, że najbliżsi wiedzieli już od dawna o jego niedomaganiu kataleptycznym, więc mają się na baczności, zaś przede wszystkim to, że nie występują oznaki rozkładu. Rozwój choroby odbywa się, na szczęście, stopniowo. Pierwsze objawy, aczkolwiek zmienne, są niedwuznaczne. Paroksyzmy zaznaczają się coraz wyraźniej; każdy następny przeciąga się dłużej od poprzedzającego. Na tym polega przede wszystkim zabezpieczenie przed złożeniem do grobu. Nieszczęśliwy, u którego pierwszy paroksyzm przejawiłby się od razu w formie najkrańcowszej, jak to niekiedy się zdarza, zostałby na pewno pochowany żywcem.

Mój wypadek różnił się wcale znacznie od przytaczanych w podręcznikach lekarskich. Niekiedy bez widocznej przyczyny zapadałem z wolna jak gdyby w nieprzytomność, w połowiczne omdlenie. Pozostawałem w tym stanie, nie doznając bólu, nie mogąc się ruszać ani też - by wyrazić się ściśle - myśleć, zachowując jednakże niejasne, letargiczne poczucie życia, jako też osób otaczających moje łoże, aż do chwili kiedy w chorobie następowało przesilenie i nagle powracała mi zupełna świadomość. Innym razem ulegałem jakby śpiesznemu i natarczywemu porażeniu. Przychodziły zawroty i mdłości, zastygałem, krzepłem i padałem bezwładnie na ziemię. Potem następowały długie tygodnie, kiedy wszystko ziało czczością, czernią i milczeniem, a nicość stawała się wszechświatem. Nie byłoby snadź niczym innym zupełne unicestwienie. Paroksyzmy tego rodzaju mijały tym wolniej, im poczynały się naglej. Podobnie jak świta dzień opuszczonemu, bezdomnemu żebrakowi, co przez całą długą, beznadziejną noc zimową błąkał się po ulicach - tak samo opieszale, tak samo smętnie, tak samo radośnie rozwidniała się znów we mnie światłość duszy.

Poza tą skłonnością do paroksyzmów zdrowie moje na ogół zdawało się niezłe i nie byłbym zauważył wcale, że je podkopuje jakaś ciężka choroba, gdyby nie pewne właściwości mojego snu, które wystąpiły jako objaw dodatkowy. Po przebudzeniu nie odzyskiwałem nigdy od razu pełnego posiadania mych zmysłów tudzież pozostawałem zawsze przez czas jakiś w stanie silnego rozstroju i odurzenia, przy czym władze umysłowe w ogólności, zaś pamięć w szczególności, pogrążały się w zupełnym bezwładzie i zastoju.

We wszystkich tych niedomaganiach nie było wcale cierpień fizycznych, przygnębiał mnie natomiast cały bezmiar udręczeń psychicznych. Wyobraźnia moja oblekała się całunem. Mówiłem o robakach, o mogiłach, o napisach na grobach. Zaprzepaszczałem się w marzeniach o śmierci, zaś myśl o przedwczesnym pogrzebie nieustannie snuła mi się po głowie. Czyhało na mnie upiorne niebezpieczeństwo, prześladowało mnie dniem i nocą. Za dnia tortura myśli była ogromna - w nocy stawała się bezmierną. Gdy posępne mroki zalegały ziemię i ogarniała mnie ostateczna groza mych rozmyślań, drżałem - drżałem jak chwiejne pióropusze na pojazdach żałobnych. Kiedy moje ciało nie mogło znieść dłużej bezsenności, opierałem się mimo to uśpieniu, gdyż przerażała mnie myśl, iż po przebudzeniu mogę ujrzeć się w grobie. Kiedy zaś w końcu pogrążyłem się we śnie, zapadałem natychmiast w świat widziadeł, nad którym na olbrzymich, złowieszczych, przyćmiewających wszystko skrzydłach unosiła się przemożna i jedyna świadomość żałoby.

Z niezliczonych, smętnych zwidzeń, które udręczały mnie we śnie, przytoczę tylko jedno. Zdawało mi się, iż nurzam się w odrętwieniu kataleptycznym, nierównie przewleklejszym i głębszym niż zazwyczaj. Nagle czyjaś lodowata ręka spoczęła na moim czole i jakiś niecierpliwy, szwargoczący głos słowo: ,,Wstań!" szepnął mi do ucha.

Zerwałem się. Ciemność była nieprzebita. Nie mogłem dostrzec, kto mnie obudził. Nie mogłem zdać sobie sprawy ani kiedy zapadłem w odrętwienie, ani gdzie obecnie przebywam. Siedziałem nieruchomo i starałem się zebrać myśli, gdy owa mroźna dłoń ujęła mnie za rękę i potrząsnęła nią zuchwale, zaś ów szwargoczący głos odezwał się znowu:

- Wstań! Czy ci już nie mówiłem, żebyś wstał?

- Ale kto - pytałem - kto ty jesteś?

- W krainie, gdzie przebywam obecnie, nie mam imienia - odparł głos posępnie. - Byłem człowiekiem, lecz jestem demonem. Byłem bezlitosny, lecz jestem pełen miłosierdzia. Czy nie czujesz, że drżę cały? Szczękają mi zęby, gdy mówię do ciebie, wszelako nie z zimna tej nocy, lecz nocy, co nie ma końca. Ta ohyda jest nie do zniesienia. Jak możesz spać spokojnie? Wołania tych mąk bezgranicznych nie pozwalają mi usnąć. Te widoki są nad moje siły. Wstawaj! Pójdź ze mną w tę noc zagrobową, a odsłonię ci tajnie. Czyż to nie obraz żałości? Patrz!

Spojrzałem; za sprawą niewidzialnej postaci, co wciąż jeszcze trzymała mnie za rękę, otwarły się przede mną groby całej ludzkości. Promieniowały wszystkie fosforyczną poświetlą rozkładu, mogłem więc zajrzeć aż do najtajemniejszych podziemi i zobaczyłem tam spowite w całuny ciała, co swe uroczyste, smętne odpoczywanie dzieliły z robactwem. Ale, niestety!, tych, którzy spali, było niewielu w porównaniu z milionami tych, którzy usnąć nie mogli. Pełno tam było słabych wysiłków; i wszędzie żałosny panował niepokój: i w głębi niezliczonych dołów szemrały posępnie czechła umarłych. I dostrzegłem, że wielu z tych, którzy leżeli spokojnie, zmieniło mniej lub więcej niewygodną, sztywną pozycję, w jakiej pierwotnie złożono ich do grobu. Kiedym tak patrzał, głos ów odezwał się znowu:

- Cóż... czy nie jest to żałosny widok? - Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, postać owa puściła mą rękę, fosforyczne światła pogasły i zatrzasnęły się nagle groby, z których zawtórował zgiełk zrozpaczonych okrzyków: - Nie jestże to, o Boże, przeżałosny widok?

Złowieszczy wpływ tych zwidzeń nawiedzających mnie nocą przenikał także głęboko w moje życie na jawie. Nerwy moje uległy zupełnemu rozstrojowi i stałem się pastwą niewygasającej trwogi. Unikałem jazdy konnej, przechadzek, słowem wszystkiego, co mogłoby mnie oddalić od domu. Po prostu nie odważałem się przebywać z dala od osób, które wiedziały o mojej skłonności do katalepsji, obawiałem się bowiem, iż gdyby zdarzyło mi się ulec zwykłemu paroksyzmowi, mógłbym zostać pogrzebany, zanim zdołano by sprawdzić mój stan istotny. Powątpiewałem o troskliwości, o przywiązaniu najmilszych przyjaciół. Wzdrygałem się na myśl, iż w razie dłuższego niż zwykle paroksyzmu mogliby zachwiać się w swoim przeświadczeniu i uznać mnie za ostatecznie straconego. Posunąłem się nawet tak daleko, iż jąłem się lękać, by korzystając z jakiego przewlekłego paroksyzmu, nie byli radzi, że mogą uwolnić się od wielu trosk, których byłem przyczyną, i nie uważali ich za dostateczne usprawiedliwienie, żeby pozbyć się mnie na zawsze. Na próżno starali się mnie uspokoić uroczystymi przyrzeczeniami. Wymogłem na nich najświętszą przysięgę, iż nie złożą wcześniej zwłok moich do grobu, aż zupełny rozkład uniemożliwi dalsze ich przechowywanie. Wszelako nawet wówczas mój lęk śmiertelny nie chciał słuchać głosu rozumu, nie dawał się ukoić żadnym pocieszeniem. Poczyniłem zatem mnóstwo nadzwyczaj starannie obmyślonych zarządzeń. Między innymi kazałem w ten sposób przebudować grobowiec rodzinny, żeby go można było z łatwością otworzyć od wewnątrz. Najlżejszy nacisk na długą dźwignię, sięgającą daleko w głąb sklepu grobowego, wystarczał, by żelazne podwoje rozwarły się na oścież. Były tam także urządzenia umożliwiające swobodny dopływ światła i powietrza jako też odpowiednie schowki na pokarm i wodę, znajdujące się w bezpośrednim pobliżu trumny przeznaczonej na moje przyjęcie. Trumna ta była miękko i ciepło wysłana. Posiadała wieko urządzone w taki sposób jak podwoje grobowca, z dodatkiem sprężyn, które przy najlżejszym poruszeniu ciała uwalniały je z zamknięcia. Ponadto na dachu grobowca kazałem zawiesić wielki dzwon, od którego przez otwór w trumnie miano przeprowadzić linę łączącą go z ręką trupa. Ale niestety, czyż może mierzyć się czujność ludzka z przeznaczeniem? Mimo tych urządzeń, zapewniających zupełne bezpieczeństwo, nic nie mogło ocalić od ostatecznych mąk mnie, nieszczęsnego, skazanego przedwiecznym wyrokiem na pochowanie żywcem w grobie!

Przyszła chwila - jak to niejednokrotnie bywało już przedtem - iż śród zupełnej nieprzytomności jęło mi świtać nikłe, nieokreślone poczucie istnienia. Z wolna - żółwim krokiem - zbliżały się mdłe, szare brzaski psychicznego rozwidnienia. Odrętwiałość niedomagania. Bezwolne poddanie się głuchej męce. Stan próżen troski, wysiłku, nadziei. Po długiej przerwie - dzwonienie w uszach; po czym, po jeszcze dłuższej - pieczenie i kłucie w kończynach; następnie pozornie wiekuisty okres rozkosznego spokoju, podczas którego budzące się odczuwania silą się, by stać się myślami; potem krótkie, ponowne zaprzepaszczenie się w niebycie, a po nim nagłe ocknienie. W końcu lekkie drgnienie powiek i w okamgnieniu elektryczny wstrząs grozy, śmiertelnej i nieokreślonej, co sprawia, iż krew przelewa się strumieniami ze skroni ku sercu. I oto pierwszy, rzeczywisty odruch myśli. I oto pierwsze drgnienie pamięci. I oto powodzenie częściowe i pierzchliwe. I zaraz potem pamięć, odzyskująca w tym stopniu swą władzę, że mogę w pewnej mierze zdać sobie sprawę z mego stanu. Czuję, iż nie budzę się ze zwykłego snu. Przypominam sobie, że jestem chory na katalepsję. I w końcu jakby ocean mnie przywalił, bo oto mój spiorunowany duch gnie się pod brzemieniem jedynego potwornego niebezpieczeństwa - jedynej, upiornej i wiekuiście władczej idei.

Opętany przez to urojenie, leżałem czas jakiś nieruchomo. I dlaczego? Nie mogłem zdobyć się na odwagę, by się poruszyć. Nic śmiałem uczynić wysiłku, który by mi dał świadomość mojego losu; a jednak było coś w moim sercu, co szeptało, iż był nieuchronny. Rozpacz, jakiej niezdolna jest wzniecić żadna inna niedola - rozpacz tylko zniewoliła mnie po długim wahaniu, bym rozwarł ciężkie powieki. Rozwarłem je. Było ciemno - wszędzie ciemno. Wiedziałem, że paroksyzm minął. Wiedziałem, że przesilenie mej niemocy dawno się skończyło. Wiedziałem, że odzyskałem w zupełności zdolność widzenia, a jednak było ciemno - wszędzie ciemno - głęboka, nieprzenikniona ciemność nocy wygasłej na wieki!

Chciałem krzyknąć; wargi moje i spieczony język drgały kurczowym wysiłkiem, ale z czeluści płuc nie dobył się głos. Jakby przywalone brzemieniem jakiejś góry, dyszały i dygotały wraz z sercem przy każdym uciążliwym i wysilonym oddechu.

Ruch szczęk, które rozwarłem, by krzyknąć głośno, uświadomił mnie, że były podwiązane, jak zwykle u umarłych. Uczułem również, że leżę na czymś twardym i że coś podobnego zwiera się ciasno koło mnie z obu stron. Dotychczas nie śmiałem drgnąć żadnym członkiem, lecz teraz mocno szarpnąłem rękami, które spoczywały wyciągnięte i skrzyżowane powyżej dłoni. Uderzyły o jakąś silną, drewnianą zaporę, która wysklepiała się nade mną o jakie sześć cali od twarzy. Nie mogłem już wątpić dłużej, iż spoczywałem wreszcie w trumnie.

I oto śród bezmiaru męczarni zaszemrał mi słodko cherub nadziei - gdyż pomyślałem o moich urządzeniach. Wiłem się i prężyłem z całej siły, by podnieść wieko - ani drgnęło! Macałem rękami, szukając sznura od dzwonu; nie było go! Jakoż pierzchnął na zawsze mój pocieszyciel i zawładła tryumfująco jeszcze okrutniejsza rozpacz; nie mogłem bowiem znaleźć wyściółki, którą tak starannie przygotowałem, a ponadto nagle uczułem w nozdrzach dziwnie mocny zapach wilgotnej ziemi. Wniosek był nieodparty. Nie znajdowałem się w sklepie grobowym. Uległem paroksyzmowi gdzieś poza domem - śród obcych ludzi. Jak i kiedy, nie mogłem sobie przypomnieć. Oni to pochowali mnie jak psa - zabili gwoździami w byle jakiej trumnie i zagrzebali głęboko, głęboko i na zawsze w pierwszym lepszym, bezimiennym dole.

Gdy to bolesne przeświadczenie wtargnęło do najgłębszych tajni mej duszy, wytężyłem znów wszystkie siły, by krzyknąć na całe gardło, i tym razem mi się udało. Długi, przeciągły, dziki wrzask, a raczej potępieńcze wycie rozległo się w przestworzach podziemnej nocy.

- A co tam takiego? - odpowiedział szorstko jakiś głos.

- Co mu, u diabła, się dzieje? - odezwał się drugi.

- Cicho być! - odezwał się trzeci.

- Co on sobie myśli, że drze się jak dzikie zwierzę? - rzekł czwarty, po czym szajka jakichś nieokrzesanych postaci przystąpiła do mnie i jęła mną tarmosić bez ceremonii przez kilka minut. Nie obudzili mnie - gdyż nie spałem już wcale, kiedy krzyknąłem - lecz pomogli mi się opamiętać.

Zdarzyło mi się to w pobliżu Richmond w Wirginii. W towarzystwie jednego z przyjaciół wybrałem się na polowanie o kilka mil poniżej mielizn na rzece James. Noc zbliżała się, kiedy zaskoczyła nas burza. Kabina małej szalupy, stojącej u brzegu na kotwicy i naładowanej ziemią ogrodową, była jedynym pobliskim schronieniem. Urządziliśmy się możliwie najwygodniej i spędziliśmy noc na pokładzie. Ułożyłem się do snu na jednym z dwu posłań, jakimi rozporządzała załoga statku, a nie potrzebuję chyba nadmieniać, czym są posłania w szalupie o pojemności szesnastu czy siedemnastu ton. Na tym, które zająłem, nie było wcale pościeli. Największa jego szerokość wynosiła zaledwie osiemnaście cali, zaś odległość tego tapczanu od wysklepiającego się nad nim pomostu była dokładnie taka sama. Wcisnąłem się na to łoże z największą trudnością. Mimo to spałem jak kamień. Zwidzenie moje - nie był to bowiem sen ani nocna zmora - było naturalnym następstwem nader niewygodnej pozycji. Ponadto wynikło z nawykowych skłonności mojego umysłu, jako też ze wspomnianej już opieszałości, z jaką odzyskiwałem władzę nad mymi zmysłami, zwłaszcza zaś, z jaką powracała mi pamięć po przebudzeniu. Ludzie, którzy mnie tarmosili, należeli do załogi szalupy, lecz było śród nich także kilku robotników zajętych przy jej wyładowaniu. Zapach ziemi pochodził od ładunku. Opaską dokoła szczęk była jedwabna chustka, którą zawiązałem sobie głowę, nie mając pod ręką używanej zazwyczaj czapeczki nocnej.

Męczarnie, jakich podówczas doznałem, nie różniły się na pewno od rzeczywistych. Były straszliwe - były bezgranicznie ohydne; wszelako zło było początkiem dobrego, gdyż pod ich uciskiem ocknęła się odporność mych władz duchowych. Dusza moja nabrała krzepkości - nabrała hartu. Począłem dużo chodzić. Jąłem się usilnie ćwiczeń fizycznych. Oddychałem powietrzem przestworów niebieskich. Myślałem o innych rzeczach - nie o śmierci. Buchana rzuciłem w ogień. Zarzekłem się podręczników lekarskich. Nie czytywałem Myśli nocnych ani bajań o cmentarzach, ani karawaniarskich opowiadań, takich jak niniejsze. Słowem, stałem się nowym człowiekiem i żyłem jak człowiek. Od owej pamiętnej nocy wyzbyłem się na zawsze żałobnych przywidzeń, a wraz z nimi znikły niedomagania kataleptyczne, które prawdopodobnie były raczej ich następstwem niżeli przyczyną.

Bywają chwile, kiedy nawet dla trzeźwych oczu rozumu świat naszego nieszczęsnego człowieczeństwa staje się podobny do piekła; atoli wyobraźnia ludzka nie może, jak Carathis, badać bezkarnie wszystkich jego czeluści. Niestety, straszliwy korowód lęków pogrzebowych nie jest tylko urojeniem. Niby owe demony, które towarzyszyły Afrasiabowi w jego podróży przez Oksus, muszą one spoczywać we śnie albo nas pochłoną - trzeba je uśpić, jeśli nie chcemy zginąć.