Rozdział I
Opóźniony odjazd
- Ej, kapitanie Bourcart, więc dziś nie wypływamy...?
- Nie, panie Brunel, i obawiam się, że nie będziemy mogli wypłynąć ani jutro... ani także za tydzień...
- To bardzo irytujące...
- Przede wszystkim to niepokojące - stwierdził kapitan Bourcart, kręcąc głową. - "Saint Enoch"1 powinien znajdować się na morzu od końca ubiegłego miesiąca, aby dostać się na łowiska we właściwym czasie... Zobaczy pan, że da się wyprzedzić Anglikom i Amerykanom.
- Więc nadal brakuje panu na pokładzie tych dwóch ludzi?
- Nadal, panie Brunel... Bez pierwszego nie mogę się obejść, bez drugiego na upartego można by było popłynąć, gdyby nie przepisy, które tego ode mnie wymagają...
- I z całą pewnością tym drugim nie jest bednarz? - zapytał pan Brunel.
- Nie, proszę mi wierzyć, że nie...! Na moim statku bednarz jest równie niezbędny jak maszt, ster czy busola, ponieważ w ładowni mam dwa tysiące beczek...
- Ilu ludzi liczy załoga "Saint Enocha", kapitanie Bourcart?
- Byłoby nas trzydziestu czterech, panie Brunel, gdybym miał pełną obsadę. Widzi pan, bardziej potrzebny jest bednarz do leczenia beczułek niż lekarz do leczenia ludzi... Beczki wymagają stałych napraw, gdy tymczasem ludzie... naprawiają się sami! Poza tym, kto kiedykolwiek choruje na morzu...?
- Rzeczywiście, przy tak wspaniałym świeżym powietrzu nie powinno się chorować, a jednak czasami...
- Panie Brunel, jak dotąd nie miałem jeszcze chorego na pokładzie "Saint Enocha"...
- Moje gratulacje, kapitanie. Ale cóż pan chce? Statek to statek i jako taki podlega przepisom morskim... Kiedy jego załoga osiąga pewną liczbę oficerów i marynarzy, na pokładzie musi być lekarz... taki jest bezwzględny wymóg. Ale pan go właśnie nie ma...
- I z tego powodu "Saint Enoch" nie znajduje się dzisiaj na wysokości przylądka Saint-Vincent2, choć powinien tam być!
Ta rozmowa między kapitanem Bourcartem i panem Brunelem prowadzona była na nabrzeżu w Hawrze3 około jedenastej rano, na lekko podwyższonej części prowadzącej od semafora4 do krańca pomostu.
Tych dwóch ludzi znało się od bardzo dawna; jeden był dawnym kapitanem żeglugi kabotażowej5, a obecnie kapitanem portu, drugi zaś kapitanem trójmasztowca "Saint Enoch". Z jaką niecierpliwością ten drugi oczekiwał chwili, kiedy skompletuje załogę i wreszcie wyruszy na morze!
Bourcart (Evariste-Simon), mężczyzna około pięćdziesięcioletni, cieszył się dużą popularnością właśnie tu, w Hawrze, swoim macierzystym porcie. Kawaler bez rodziny i bliskich krewnych, od najwcześniejszych lat pływał po morzach, pełniąc w służbie państwowej kolejno obowiązki chłopca okrętowego, praktykanta6, marynarza i bosmana.
Po licznych rejsach jako porucznik i pierwszy oficer w marynarce handlowej od dziesięciu lat dowodził "Saint Enochem", statkiem wielorybniczym należącym w połowie do niego, w połowie do firmy "Bracia Morice".
Był doskonałym marynarzem, ostrożnym a zarazem śmiałym i stanowczym; w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów zachowywał się zawsze niezwykle uprzejmie, nigdy nie przeklinając, grzecznie wydając rozkazy w nieomal światowy sposób. Oczywiście nie posuwał się tak daleko, aby zwrócić się do marynarza: "Może zechce pan z łaski swojej zrefować7 bramsel8" lub do sternika: "Niech pan będzie tak miły i przełoży ster na prawą burtę!". Uchodził jednak za najgrzeczniejszego z kapitanów żeglugi wielkiej.
W dodatku trzeba przyznać, że kapitanowi dopisywało szczęście w wielorybniczych kampaniach, a jego połowy niezmiennie były obfite. Przy tym nigdy z ust oficerów czy marynarzy nie usłyszano na niego najmniejszej skargi. Toteż, jeśli tym razem załoga "Saint Enocha" nie miała pełnego składu, a kapitanowi nie udało się jej skompletować, nie należało bynajmniej upatrywać w tym nieufności czy urazy ze strony pływającego personelu.
Panowie Bourcart i Brunel zatrzymali się obok stalowego wspornika dzwonu na półkolistym tarasie kończącym molo. Pływomierz wskazywał w tym momencie najniższy poziom odpływu, a na maszcie sygnalizacyjnym nie powiewał ani proporczyk, ani flaga. Żaden statek nie przygotowywał się ani do wejścia, ani do wyjścia; nawet rybackie łodzie nie miały w kanale portowym dość wody podczas odpływu przy nowiu księżyca. Dlatego też gapie nie gromadzili się, jak to bywało w czasie przypływu. Statki z Honfleur, z Trouville, z Caen i z Southampton9 stały przycumowane przy swoich pływających nabrzeżach. Nic nie wskazywało na to, aby przed trzecią po południu nastąpił jakiś ruch w awanporcie10.
Przez kilka minut oczy kapitana Bourcarta przemierzały szeroką przestrzeń zamkniętą odległymi wzgórzami Ouistreham i masywnymi falezami11 latarni morskich na cyplu H?ve. Pogoda była niepewna. Niebo w wyższych partiach pokrywały szarawe chmury. Z północnego wschodu powiewał wiatr - kapryśna bryza12, która ochładzała się wraz ze wzbierającym przypływem.
Kilka statków przepływało przez zatokę, jedne z nich rozpinały na wschodnim widnokręgu żagle, inne rysowały przestrzeń śladami czarnego dymu. Towarzyszył im pożądliwy i pełen zazdrości wzrok kapitana Bourcarta, jaki rzucał on swoim kolegom znajdującym się w lepszej od niego sytuacji, udało im się bowiem opuścić port. Nie trzeba dodawać, że nawet z takiej odległości wyrażał się przyzwoicie i nie pozwoliłby sobie na określanie ich tak, jak w podobnej sytuacji uczyniłby to każdy inny wilk morski.
- Tak - powiedział do Brunela - ci dzielni ludzie mają szczęście płynąć z wiatrem dmącym w żagle, a tymczasem ja nadal tkwię w portowym basenie i nie mogę ruszyć w drogę...! Widzi pan, to jest to, co ja nazywam prawdziwym pechem, który po raz pierwszy dotyka "Saint Enocha"...
- Panie Bourcart, niech się pan uzbroi w cierpliwość, skoro nie może pan wyjść w morze! - odrzekł pan Brunel, śmiejąc się.
- A niby co robiłem przez ostatnie dwa tygodnie...?! - zawołał kapitan nie bez odrobiny goryczy.
- Spokojnie...! Pański statek świetnie pędzi pod żaglami, więc szybko nadrobi stracony czas. Z prędkością jedenastu węzłów13 przy mocnej bryzie, wręcz połyka się przestrzeń...! Ale, ale, powiedz mi, panie Bourcart, czy doktor Sinoquet nie czuje się lepiej...?
- Niestety nie! Co prawda nasz wspaniały doktor nie jest poważnie chory, ale przykuł go do łóżka reumatyzm i choroba potrwa kilka tygodni...! Kto by się tego spodziewał po człowieku tak zżytym z morzem, który przez dziesięć lat żeglował ze mną po całym Pacyfiku...?
- A może - wysunął przypuszczenie kapitan portu - właśnie z tych licznych rejsów doktor przywiózł swoje liczne dolegliwości?
- No, coś takiego! - żachnął się kapitan Bourcart. - Nabawić się reumatyzmu na pokładzie "Saint Enocha"...!? A dlaczego nie cholery albo żółtej febry14? Co też panu przyszło do głowy, panie Brunel...?
Pan Bourcart rozłożył ramiona zaskoczony podobną niedorzecznością. "Saint Enoch" - statek tak doskonale wyposażony, tak wygodny, niedostępny dla wilgoci... i reumatyzmu! Prędzej można by się go nabawić w sali posiedzeń rady ratusza lub w salonach podprefektury niż w kabinach czy mesie15 jego statku...! Reumatyzm! Alboż czy on, kapitan, cierpiał kiedykolwiek na reumatyzm?! A przecież nie opuszczał swego żaglowca ani kiedy ten stał na kotwicy w którymś z portów, ani kiedy przycumowany był do nabrzeża w Hawrze! Po co mieszkanie w mieście, skoro ma swoją kwaterę na pokładzie?! Nie zamieniłby jej na najbardziej komfortowy pokój w hotelu Bordeaux czy w Terminusie. Reumatyzm...! Nie miewał nawet kataru! Czy ktokolwiek na pokładzie "Saint Enocha" słyszał, żeby kapitan kichnął?
Ożywiając się coraz bardziej, zacny człowiek długo by jeszcze wypowiadał się w tym samym tonie, gdyby Brunel nie przerwał mu, mówiąc:
- Zgadzam się z panem, panie Bourcart, że doktor Sinoquet nabawił się reumatyzmu jedynie w czasie swoich pobytów na lądzie! Tak czy inaczej jest chory i choroba nie pozwala mu się zamustrować...
- Najgorsze jest to - oświadczył pan Bourcart - że mimo wszystkich moich wysiłków nie udało mi się znaleźć jego zastępcy...
- Cierpliwości, kapitanie, powtarzam, cierpliwości...! W końcu znajdzie pan jakiegoś młodego lekarza chętnego do podróżowania po świecie... Czy istnieje coś bardziej pociągającego niż rozpoczęcie wspaniałej kampanii wielorybniczej na wodach Pacyfiku...?
- Ma pan rację, panie Brunel, zdawałoby się, że raczej powinienem mieć problem z wyborem... A jednak nie widać tłumów i w dalszym ciągu nie mam nikogo, kto by potrafił posługiwać się lancetem i skalpelem albo cęgami czy ośnikiem16!
- A tak przy okazji - zapytał kapitan portu - to chyba nie reumatyzm pozbawił pana bednarza...?
- Nie, prawdę mówiąc, poczciwy ojciec Brulard wskutek zesztywnienia stawu ma bezwładną lewą rękę, a poza tym cierpi na gwałtowne bóle w stopach i łydkach...
- Ma więc zajęte stawy...? - dopytywał się Brunel.
- Na to wygląda, wobec czego Brulard nie nadaje się do żeglowania...! Jak panu wiadomo, statek uzbrojony do połowu wielorybów tak samo nie może obejść się bez bednarza, jak bez harpunników, dlatego muszę zwerbować bednarza za każdą cenę!
Pan Brunel był skłonny przyznać, że Brularda nie trapiły dolegliwości reumatyczne, skoro "Saint Enoch" uchodził za sanatorium, a jego załoga pływała w najlepszych warunkach higienicznych, jeśli wierzyć kapitanowi. Tym niemniej jedno było pewne, że ani doktor Sinoquet, ani bednarz Brulard nie byli w stanie wziąć udziału w tej kampanii.
W tym momencie kapitan odwrócił się, usłyszawszy, że ktoś go woła.
- To pan, Heurtaux...? - powiedział, ściskając dłoń swojego zastępcy. - Miło mi pana widzieć. Czyżby tym razem przyniósł pana tutaj jakiś pomyślny wiatr...?
- Być może, panie kapitanie, być może - odparł Heurtaux. - Przyszedłem pana zawiadomić, że jakiś osobnik pojawił się na pokładzie... godzinę temu.
- Bednarz... lekarz...? - zapytał żywo Bourcart.
- Nie wiem, panie kapitanie... W każdym razie wydawał się bardzo zirytowany pańską nieobecnością...
- Ktoś starszy?
- Nie... młody człowiek, i niebawem ma wrócić. Dlatego właśnie ruszyłem pana szukać i tak jak sądziłem, znalazłem pana na molo.
- Tam, gdzie się mnie zawsze zastanie, panie Heurtaux, jeśli tylko nie jestem na pokładzie.
- Wiem o tym... dlatego wziąłem kurs na maszt sygnałowy.
- Postąpił pan mądrze, Heurtaux - pochwalił go kapitan Bourcart. - Oczywiście stawię się na spotkanie. Panie Brunel, pozwoli pan, że go opuszczę...
- Proszę iść, mój drogi kapitanie - odrzekł kapitan portu. - Mam przeczucie, że pańskie kłopoty wkrótce się skończą.
- Tylko częściowo, panie Brunel, i jeszcze nie wiadomo, czy ten człowiek jest lekarzem, czy bednarzem!
Kapitan portu i kapitan Bourcart wymienili serdeczny uścisk dłoni. Następnie kapitan w towarzystwie swojego zastępcy poszedł wybrzeżem, przeszedł przez most, dotarł do Basenu Handlowego i zatrzymał się przy trapie17 wiodącym na pokład "Saint Enocha".
Kiedy tylko postawił stopy na pokładzie, natychmiast skierował się do swojej kabiny, której drzwi wychodziły na mesę, a okno na przód rufówki18. Po wydaniu polecenia, by zawiadomić go o zjawieniu się gościa, oczekiwał go z niecierpliwością, wsadziwszy nos w miejscową gazetę.
Nie czekał długo. Dziesięć minut później na pokładzie pojawił się zapowiedziany młodzieniec i został wprowadzony do mesy, gdzie natychmiast dołączył do niego kapitan Bourcart.
Gość na pewno nie wyglądał na bednarza, ale można się było domyślić, że chodziło tu o lekarza, i to młodego, w wieku dwudziestu sześciu czy dwudziestu siedmiu lat.
Po wymianie pierwszych grzeczności - i możemy być pewni, że kapitan Bourcart nie zaniedbał tego w stosunku do osoby, która zaszczyciła go swoją wizytą - młody człowiek odezwał się tymi słowami:
- Dowiedziałem się na giełdzie, że wypłynięcie "Saint Enocha" opóźnia się z powodu złego stanu zdrowia lekarza okrętowego...
- Niestety, to prawda, panie...
- Filhiol. Jestem doktor Filhiol, kapitanie, i przyszedłem zaoferować swoje usługi na pańskim statku jako następca doktora Sinoqueta.
W trakcie rozmowy kapitan Bourcart dowiedział się, że jego młody gość, rodem z Rouen19, pochodzi z rodziny przemysłowców tego miasta. Pragnął wykonywać swój zawód lekarza w marynarce handlowej. Byłby jednak szczęśliwy, gdyby przed podjęciem pracy w Kompanii Transatlantyckiej20 mógł wziąć udział w kampanii wielorybniczej i rozpocząć swoją przygodę na wzburzonych wodach. Może dostarczyć najlepsze referencje, a kapitan może zasięgnąć o nim opinii u różnych kupców czy armatorów w Hawrze.
Kapitan Bourcart uważnie obserwował szczere i sympatyczne oblicze doktora Filhiola. Nie ulegało wątpliwości, że kandydat jest silny i obdarzony stanowczym charakterem. Kapitan wiedział o czym mówi: był to typ człowieka dobrze zbudowanego i cieszącego się dobrym zdrowiem, który nie zachorowałby na reumatyzm na pokładzie. Dlatego odpowiedział:
- Nie ukrywam, że przybywa pan w samą porę, i jeśli opinie, jakie o panu zbiorę - a jestem przekonany, że będą pochlebne - się potwierdzą, sprawę uważam za załatwioną. Od jutra będzie pan mógł zacząć instalować się na "Saint Enochu" i nie będzie pan tego żałował...
- Jestem o tym najzupełniej przekonany, panie kapitanie - odparł doktor Filhiol. - Muszę wyznać, że zanim zbierze pan opinie o mnie, ja pozwoliłem sobie uczynić to samo względem pana.
- Było to bardzo rozsądne - oświadczył Bourcart. - Nigdy nie należy wychodzić w morze bez sucharów, tak jak nigdy nie należy wpisywać się na listę załogi, nie upewniwszy się, z kim się ma do czynienia.
- Tak właśnie pomyślałem, panie kapitanie.
- Miał pan rację, panie Filhiol, i jeśli dobrze zrozumiałem, informacje, jakie zebrał pan na mój temat, były dla mnie przychylne...
- Całkowicie, i wierzę, że referencje, jakie pan zbierze o mnie, będę również korzystne dla mnie.
Kapitan Bourcart i młody lekarz zdecydowanie dorównywali sobie nie tylko w szczerości, lecz także w dobrych manierach.
- Chwileczkę, jeszcze jedno pytanie - kontynuował kapitan Bourcart. - Czy kiedykolwiek pływał pan już po morzu, doktorze?
- Jedynie kilka krótkich przepraw przez kanał La Manche.
- I... nie chorował pan...?
- W ogóle... i mam nawet powody wierzyć, że nigdy nie będę...
- Zgodzi się pan ze mną, że dla lekarza to bardzo ważne...
- Istotnie, panie kapitanie.
- Nie będę przed panem ukrywał, że nasze wyprawy wielorybnicze są znojne i niebezpieczne! Nie omijają nas trudy i często niedostatek, a życie marynarza to ciężki zawód...
- Wiem o tym, panie kapitanie, ale nie lękam się tego stażu...
- Nasze wyprawy są nie tylko niebezpieczne, panie Filhiol, ale czasami także długie... To zależy od mniej lub bardziej sprzyjających okoliczności. Kto wie, czy "Saint Enoch" nie spędzi dwóch albo trzech lat w morzu, zanim powróci do portu?
- Kiedy wróci, to wróci, panie kapitanie. Najważniejsze jest to, żeby wszyscy, których zabierze na pokład, wrócili na nim do portu!
Kapitan Bourcart mógł być tylko bardzo zadowolony z takiego postawienia sprawy i wszystko wskazywało na to, że dogada się pod każdym względem z doktorem Filhiolem, jeśli podane referencje pozwolą mu podpisać z nim umowę.
- Drogi panie - rzekł - wydaje mi się, że pozostało mi jedynie pogratulować sobie naszej znajomości, i mam nadzieję, że skoro tylko zbiorę informacje o panu, pańskie nazwisko zostanie wpisane do dziennika okrętowego.
- Zatem do widzenia, kapitanie - odparł lekarz. - Co zaś do wypłynięcia...
- Moglibyśmy wyjść w morze nawet jutro w czasie wieczornego przypływu, gdybym tylko zdołał znaleźć zastępstwo za bednarza, tak jak udało mi się znaleźć doktora...
- To jeszcze nie ma pan kompletnej załogi, kapitanie...?
- Niestety nie, panie Filhiol, bo nie mogę liczyć na biednego Brularda...
- Jest chory...?
- Tak... jeśli chorobą jest reumatyzm, który paraliżuje mu ramię i nogi... Jednak, proszę mi wierzyć, że nie nabawił się tego podczas rejsu na "Saint Enochu"...
- Panie kapitanie, tak myślę, że mógłbym panu polecić jednego bednarza...
- Pan...?
I kapitan Bourcart zamierzał się już rozpłynąć, jak to miał w zwyczaju, w przedwczesnych podziękowaniach pod adresem opatrznościowego młodego lekarza. Wydawało mu się, że już słyszy hałas młotka uderzającego po klepkach beczułek w ładowni. Niestety, jego radość nie trwała długo i kapitan z ubolewaniem pokręcił głową, kiedy doktor Filhiol dodał:
- Nie pomyślał pan o majstrze Cabidoulinie...?
- Jean-Marie Cabidoulin z ulicy des Tournettes?! - zawołał kapitan Bourcart.
- Ten sam! Czyż mógłby istnieć drugi Cabidoulin w Hawrze lub gdzie indziej...?
- Jean-Marie Cabidoulin...! - powtórzył kapitan Bourcart.
- We własnej osobie...
- Skąd pan zna Cabidoulina?
- Leczyłem go.
- Więc... on także... jest chory? Czyżby wśród bednarzy panowała jakaś epidemia...?
- Proszę się uspokoić, panie kapitanie... rana na kciuku, ale już zagojona, tak że nie przeszkadza mu posługiwać się ośnikiem... To chłop o dobrym zdrowiu, w dobrej kondycji, wciąż krzepki, jak na swoje pięćdziesiąt lat i na pewno by się panu nadał.
- Bez wątpienia, bez wątpienia - powtarzał kapitan Bourcart. - Niestety, jeśli pan zna Jeana-Marie Cabidoulina, ja też go znam i nie sądzę, by jakikolwiek kapitan zgodził się go zamustrować...
- Dlaczego...?
- Och! Doskonale zna swój fach i odbył wiele wypraw na wieloryby... Ostatnią chyba z pięć czy sześć lat temu...
- Czy zechce mi pan wyjaśnić, panie Bourcart, dlaczego nie mamy go wziąć?
- Bo jest zwiastunem zagłady, panie Filhiol, bo nieustannie przepowiada tragedie i katastrofy... ponieważ, jak sam mówi, kiedy wyrusza się w podróż morską, musi być ona ostatnią i nigdy się z niej nie wraca! A do tego dochodzą opowieści o potworach morskich, które, jak twierdzi, spotkał... i spotka ponownie...! Widzi pan, panie Filhiol, ten człowiek gotów jest zdemoralizować całą załogę...!
- Mówi pan poważnie, panie kapitanie?
- Bardzo poważnie!
- Zastanówmy się... z braku innego i skoro potrzebuje pan bednarza...
- Tak... doskonale zdaję sobie z tego sprawę... z braku innego...! A jednak nigdy bym nie pomyślał właśnie o nim...! No cóż, w końcu, jeśli nie można wziąć kursu na północ, trzeba go wziąć na południe... Więc gdyby majster Cabidoulin zechciał... ale on na pewno nie zechce...
- Zawsze można spróbować...
- Nie, to nie ma sensu... A poza tym Cabidoulin... znowu ten Cabidoulin...! - powtarzał kapitan Bourcart.
- Może pójdziemy do niego razem? - zaproponował doktor Filhiol.
Kapitan Bourcart wyraźnie się wahał. Bardzo zakłopotany splatał i rozplatał dłonie, zastanawiał się, rozważał za i przeciw, potrząsał głową, jakby miał zamiar dobić targu. Wreszcie jednak chęć jak najszybszego wyruszenia w morze wzięła górę nad wszelkimi wątpliwościami.
- Chodźmy! - powiedział.
W chwilę później obaj opuścili Basen Handlowy i skierowali się w stronę domu bednarza.
Jean-Marie Cabidoulin był w domu, w swoim warsztacie na parterze, w głębi podwórka. Był to energiczny mężczyzna w wieku pięćdziesięciu dwu lat, ubrany w welwetowe spodnie w prążki i w mocny kaftan. Na głowie miał czapkę z wydry i opasany był wielkim brązowym fartuchem. Interes nie szedł zbyt dobrze i gdyby nie posiadał pewnych oszczędności, nie byłoby go stać na cowieczorną partię manili21 w kawiarence naprzeciwko z emerytowanym marynarzem, dawnym strażnikiem latarni z H?ve.
Jean-Marie Cabidoulin był zresztą doskonale zorientowany we wszystkim, co się działo w Hawrze: wejścia i wyjścia żaglowców czy parowców, przybycie i odpłynięcie transatlantyków, kto je pilotuje, morskie nowinki, czyli wszystkie ploteczki rodzące się na molo podczas codziennych przypływów i odpływów morza, nie były mu obce.
Majster Cabidoulin znał zatem, i to od dawna, kapitana Bourcarta. Toteż kiedy tylko ujrzał go na progu swojego domu, zawołał:
- Ho, ho! Czyżby "Saint Enoch" wciąż jeszcze był przycumowany przy nabrzeżu, unieruchomiony w Basenie Handlowym, jakby powstrzymały go lody...?
- Ciągle, majstrze Cabidoulin - odparł nieco oschle kapitan Bourcart.
- I nadal brakuje panu lekarza?
- Lekarz już jest...
- Ach, to pan, doktorze Filhiol...?
- Tak, ja, a jeśli towarzyszę kapitanowi Bourcartowi, to po to, aby zaproponować panu, abyś zamustrował się z nami na jego statek...
- Zamustrować się... zamustrować się? - powtarzał bednarz, wymachując swoim młotkiem.
- Tak, Jeanie-Marie Cabidoulin - podjął kapitan Bourcart. - Czyż nie jest to kuszące, taka ostatnia podróż... na dobrym statku... w towarzystwie dzielnych ludzi...?
- Coś podobnego, panie Bourcart! Niech mnie diabli, jeśli spodziewałem się podobnej oferty! Jak panu wiadomo, jestem na emeryturze... Teraz żegluję jedynie po ulicach Hawru, gdzie nie obawiam się ani abordaży22, ani nawałnic... A pan chciałby...
- Spokojnie, mistrzu Cabidoulin, proszę to przemyśleć. Nie jest pan jeszcze w takim wieku, żeby gnić przy boi albo sterczeć na kotwicy jak stary hulk23 w głębi jakiegoś portu.
- Podnieś kotwicę, panie Jeanie-Marie, podnieś kotwicę! - dodał ze śmiechem doktor Filhiol, żeby poprzeć słowa kapitana Bourcarta.
Twarz mistrza Cabidoulina przybrała wyraz głębokiej zadumy - zapewne była to jego mina "proroka zagłady" - a on sam odpowiedział ponurym głosem:
- Proszę mnie uważnie wysłuchać, panie kapitanie, i pan również, doktorze Filhiol... Jest to myśl, która zawsze mnie prześladowała... i która nigdy nie opuści mojej głowy...
- Cóż to za myśl? - zapytał kapitan Bourcart.
- Że jeśli ktoś pływa, to wcześniej czy później musi się rozbić! Oczywiście "Saint Enoch" ma dobrego dowódcę, ma dobrą załogę... widzę także, że będzie miał dobrego lekarza... a jednak jestem przekonany, że gdybym wszedł na pokład, przydarzyłyby mi się rzeczy, które mi się jeszcze nigdy nie zdarzyły.
- Na przykład? - zniecierpliwił się kapitan Bourcart.
- Przecież to panu mówię - odparł Cabidoulin. - Straszne historie...! Dlatego też obiecałem sobie, że dokonam spokojnie żywota na suchym lądzie.
- To czysta fantazja - oświadczył doktor Filhiol. - Przecież nie wszystkie statki są przeznaczone na zatonięcie wraz z całą załogą i ładunkiem.
- Oczywiście, że nie - przytaknął bednarz - ale, cóż pan chce, to jest jak gdyby przeczucie... jeśli wypłynę na morze, to już nie powrócę.
- Daj spokój, Jeanie-Marie Cabidoulin! - odparł kapitan Bourcart. - Przecież to jest niepoważne...
- Bardzo poważne, a w dodatku, mówiąc między nami, nie ma już we mnie ciekawości, którą pragnąłbym zaspokoić. Czyż nie widziałem już wszystkiego w czasie, kiedy jeszcze pływałem: ciepłe kraje, zimne kraje, wyspy na Pacyfiku i na Atlantyku, icebergi24 i ławice lodowe25, foki, morsy i wieloryby...?
- Moje gratulacje, rzeczywiście jest czego pozazdrościć - przytaknął pan Filhiol.
- A wie pan, co w końcu zobaczę...?
- No cóż takiego, mistrzu Cabidoulin?
- Coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem... jakiegoś strasznego potwora... wielkiego węża morskiego...
- Tego nigdy pan nie zobaczy - zapewnił doktor Filhiol.
- A to dlaczego...?
- Ponieważ on nie istnieje! Przeczytałem wszystko, co zostało napisane na temat tych tak zwanych potworów morskich, i powtarzam, że pański wąż morski nie istnieje...!
- Istnieje! - wykrzyknął bednarz z takim przekonaniem, że nie było sensu z nim dyskutować.
Krótko mówiąc, na skutek uporczywych nalegań popartych wysoką gażą, jaką zaoferował mu kapitan Bourcart, Jean-Marie Cabidoulin zdecydował się odbyć swoją ostatnią wyprawę na wieloryby i jeszcze tego samego wieczora zaniósł swój worek na pokład "Saint Enocha"!
1 Enoch (Henoch) - postać biblijna, syn Jereda, potomek Seta; miał żyć w tak wielkiej przyjaźni z Bogiem, że nigdy nie umarł, lecz w wieku 365 lat został wzięty cieleśnie do nieba (Rdz 5, 22 i Hbr 11,5), jedyna postać, oprócz proroka Eliasza, której wniebowzięcie zostało wprost opisane w Piśmie Świętym.
2 Przylądek Saint-Vincent (Przylądek Świętego Wincentego) - najbardziej na południowy zachód wysunięta część Europy kontynentalnej; leży w prowincji Algarve w Portugalii; stoi na nim latarnia morska; w średniowieczu ten przylądek uznawano za koniec znanego Europejczykom świata; nazwa od św. Wincentego z Saragossy.
3 Hawr - miasto w północnej Francji (Normandia), port u ujścia Sekwany, nad kanałem La Manche, założony w 1517 roku, jeden z największych portów Francji.
4 Semafor (telegraf semaforowy) - urządzenie sygnalizacyjne zbudowane przez Francuza C. Chappe'a ok. 1791 roku, złożone ze słupa i dwóch ramion, za pomocą których można było przez odpowiednie ustawianie przekazywać wiadomości.
5 Żegluga kabotażowa (kabotaż) - przybrzeżna komunikacja wodna, zwłaszcza handlowa, między portami jednego kraju leżącymi nad tym samym morzem (kabotaż mały) bądź nad różnymi morzami (kabotaż wielki).
6 Praktykant - w hierarchii na statku stopień wyższy od chłopca okrętowego, młody człowiek przysposabiający się do zawodu marynarza.
7 Refowanie - zmniejszanie powierzchni żagla stosowane przy silniejszych wiatrach, w celu zmniejszenia siły działającej na żagiel, obniżenia środka ożaglowania i zmniejszenia przechyłu.
8 Bramsel - żagiel podnoszony na bramrei, tj. na czwartej rei, licząc od pokładu.
9 Honfleur - miasto portowe i gmina we Francji, w regionie Normandia, w departamencie Calvados; Trouville-sur-Mer - miejscowość portowa i gmina we Francji, w regionie Normandia, w departamencie Calvados, u ujścia rzeki Touques do kanału La Manche; Caen - miasto i gmina w północnej Francji, stolica historycznej Normandii i ośrodek administracyjny regionu Normandia oraz departamentu Calvados; leży w pobliżu ujścia rzeki Orne do kanału La Manche; Southampton - miasto w południowej Anglii, port nad Kanałem La Manche, 110 km na południowy zachód od Londynu, od średniowiecza jeden z największych portów Anglii.
10 Awanport - przedporcie, miejsce chwilowego postoju statków.
11 Faleza (klif) - urwisko brzegu morskiego lub jeziornego powstające na wysokich wybrzeżach wskutek niszczycielskiej działalności fal.
12 Bryza - wiatr poranny lub wieczorny, powstający wskutek nierównomiernego nagrzewania się powierzchni lądu i morza; w nocy wieje znad lądu, w dzień znad morza.
13 Węzeł - jednostka prędkości równa jednej mili morskiej (1852 m) na godzinę, stosowana głównie w żegludze morskiej.
14 Cholera - choroba zakaźna przewodu pokarmowego; wywołuje biegunkę, wymioty, odwodnienie, później śpiączkę; budziła wielki lęk jako powód wielu groźnych epidemii, skuteczne leczenie po roku 1883, kiedy Robert Koch wykrył jej przyczyny; żółta febra (żółta gorączka) - choroba zakaźna o ostrym przebiegu, kończąca się często śmiercią, przenoszona przez gryzonie i małpy za pośrednictwem komara Aedes aegypti; występuje endemicznie na terenach Ameryki Południowej i Środkowej, Afryki Równikowej i Zachodniej.
15 Mesa - sala jadalna na statku i pomieszczenie przeznaczone na odpoczynek, wspólne zajęcia czy zebrania załogi.
16 Ośnik - nóż ciesielski.
17 Trap - schodki, najczęściej ruchome, służące do wchodzenia na statek lub do przechodzenia z pokładu na pokład.
18 Rufówka - nadbudówka w rufowej (tylnej) części statku; rozciągająca się na całą szerokość pokładu.
19 Rouen - miasto w północnej Francji, ok. 110 km na północny zachód od Paryża, nad Sekwaną, dawna stolica Normandii.
20 Kompania Transatlantycka (właśc. Główna Kompania Transatlantycka) - przedsiębiorstwo żeglugowe powstałe w 1861 roku, przewożące pocztę i pasażerów przez Atlantyk.
21 Manila - gra karciana pochodzenia hiszpańskiego; gra czterech graczy podzielonych na dwie drużyny po z dwóch partnerów; można też grać indywidualnie, w grupie od dwóch do czterech graczy; zaadaptowana we Francji, zyskała tam dużą popularność w ostatnich dwóch dekadach XIX wieku.
22 Abordaż - dawny sposób walki na morzu, polegający na przybiciu okrętu do burty drugiego, by przeprowadzić walkę wręcz i go opanować.
23 Hulk - okręt nienadający się do żeglugi, przycumowany na stałe w porcie, służący jako magazyn, warsztat czy mieszkanie.
24 Iceberg (ang.) - góra lodowa; odłamana od lodowca masywna bryła lodu o dowolnym kształcie, wystająca co najmniej 5 m nad powierzchnię morza i o powierzchni > 300 m2; w zależności od kształtu rozróżnia się góry lodowe: stołowe, blokowe, piramidalne, kopulaste i o nieregularnych kształtach.
25 Ławica lodowa - obszar morza pokryty dryfującym lodem; średnica tego obszaru jest mniejsza od 10 km.