Opowieści Czarownicy. Otwarta - Ewa Wyszyńska

-
Proszę czekać

Prolog

Cisza, oplatająca i pochłaniająca, wkradała się w moje wnętrze i podsycała wiarę w ratunek. Cisza dająca schronienie i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Cisza to dar, łaskawy i pełen spokoju. Cisza to również ból, który przeminął, lęk, który ustąpił miejsca bezpieczeństwu.

Cisza to niepewność, skrytość i wątpliwości. Cisza jest nieustannym poszukiwaniem dźwięku, który nie nadchodzi. Jest trwaniem w skupieniu i w oczekiwaniu, gotowości, która już się nam nie przyda. Cisza, którą przepełnia smutek i wściekłość zarazem. Cisza, która odrywa od świata i unosi gdzieś daleko poza postrzeganie.

Cisza bywa przyjemna, może być przedłużeniem chwil błogości, a źle dobrane słowo wypowiedziane w nieodpowiednim momencie przycina ją niczym miecz, odbierając złudzenia szczęścia. Cisza pozwala zastanowić się nad swoimi uczuciami. Jest pustym miejscem wymagającym zapełnienia, odzwierciedleniem tego, za czym tęsknimy i czego pragniemy, co straciliśmy. Czeka na dźwięk - bodziec, który pozwoli nam ponownie odnaleźć się w sytuacji. Śmiech, krzyk, westchnienie, słowo, ruch, działanie - to wszystko odbiera nam ciszę, ale potrafi dać o wiele więcej.

Cisza, tajemnicza w każdej swojej cząstce, przecinająca moje uszy i powodująca w nich nieznośny szum. Cisza, która podarowała mi nagły i przyjemny spokój, pieściła moje wnętrze i zapowiadała najgorsze. Cisza bardziej jednoznaczna niż dziesiątki słów, które wypływały z ust mordercy, niż mój ból i śmierć.

- Ile to jeszcze potrwa? Chyba że się wycofujesz? - szepnął młody mężczyzna, a wielka blizna na środku jego klatki piersiowej rozpaliła się na czerwono.

- Wszystko idzie w dobrym kierunku, muszę tylko sprawić, by mnie pokochała.

- Wtedy się uda?

- Tak, prędzej czy później się dowie i nie będzie mogła z tym żyć. A ja tylko chcę, żeby była szczęśliwa, nawet beze mnie, bez różnicy. Muszę tylko mieć pewność, że mnie kocha.

- Dziękuję. Dziękuję, że to robisz. Bardzo bym chciał już tam być.

- Niedługo plan się ziści, zobaczysz. A teraz muszę wracać.

Rozdział 3

Spotkałyśmy się z Gladys przed domem Alana, a idealny ogród przed budynkiem zdawał się nietknięty nadchodzącą zimą, kwiaty w kamiennych kwietnikach mieniły się soczystymi, pomarańczowymi odcieniami, a jaskrawozielona trawa oszałamiała świeżością. Gdyby nie szarawe, ciężkie niebo, mogłabym uwierzyć, że dopiero nadchodzi jesień. Na ogrodzeniu przysiadł na chwilę kukawik żółtodzioby i żałośnie zaskomlał. Kiedyś obserwowaliśmy tego rzadkiego ptaka z Alanem, nie mając pojęcia, że nasze drogi nagle się rozejdą i skomplikują. Wtedy nie miałam jeszcze tak dużej świadomości swoich mocy, nie współpracowałam z żadnymi radami czy upadłymi i życie wydawało się proste.

Była tam też policja, a jego rodzice stali na ganku i rozmawiali z funkcjonariuszami. Co chwilę jego matka wybuchała płaczem i chowała się w koszuli jego ojca. Panowało zamieszanie, mieszkańcy okolicznych domów stali wzdłuż ulicy i cicho rozmawiali ze sobą, wymieniając przerażone spojrzenia. Również oczy Gladys przepełnione były lękiem i łzami.

Kiedy zbliżyłam się do niej, rzuciła mi się na szyję i przez parę minut płakała. Ja nie potrafiłam w taki sposób wyrażać uczuć - otwarcie i wylewnie, co czasami sprawiało, że ludzie postrzegali mnie jako osobę zimną i wyrachowaną. Poza tym emocje, które tłumiłam i ukrywałam w środku, stawały się ogromnym ciężarem, a ja nie mogłam znaleźć sposobu, by się go pozbyć. Gladys, tak jak wiele osób, odreagowywała płaczem, krzykiem lub obrażała się i milczała. Ja zazwyczaj nie mówiłam nic, ale nie dlatego, żeby kogoś tym do czegoś zmusić lub zranić. W stresujących sytuacjach trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, więc wolę w ogóle się nie odzywać, niż na siłę próbować sklecić zdanie zmieniając je pięć razy, by jak najdokładniej wyrażało to, co czuję.

Alan zaginął. Nie wrócił po szkole do domu, a przecież ostatniego popołudnia siedzieliśmy razem w cukierni. Nie przychodziło mi do głowy nic, co mogłoby wskazywać na to, że coś się stanie, nikt nas nie obserwował, nie śledził ani nie zaczepiał. Nad ranem rodzina zaczęła obdzwaniać jego znajomych, zadzwonili też do Gladys, która od razu skontaktowała się ze mną.

- Proszę, znajdź go - wyszeptała, a ja nie mogłam ukryć zdziwienia. - Podejrzewam różne rzeczy i różne rzeczy zauważam, ale Moiro, jeśli masz jakąś kosmiczną moc, proszę, po prostu odnajdź Alana.

- Dobrze, chodźmy gdzieś, gdzie jest spokojnie - zaproponowałam.

Do skorzystania z mapy i wahadełka z prostym zaklęciem lokalizującym nie potrzebowałam niczego więcej, jak moich uczuć. Często medium proszą o rzecz osoby zaginionej, ale Alan był dla mnie jak brat, bez problemu mogłam się skupić na jego energii. Wyciągnęłam z torby małą mosiężną łezkę na sznurku i mój kalendarzyk, na całe szczęście na ostatniej stronie znajdowała się mapa Szkocji i świata. Skupiłam się, przywołując najbardziej pozytywne wspomnienia związane z przyjacielem.

Przed oczami stanęła mi jego uśmiechnięta, delikatna twarz, dwa rzędy śnieżnobiałych zębów wyrażały radość i podniecenie. Wtedy właśnie postanowiliśmy wspólnie zwiedzić cały świat, od Neapolu, do którego tak bardzo chciał jechać, aż po Transylwanię, to z kolei wymysł Gladys zafascynowanej wtedy historiami o wściekłych wampirach. Z naszych planów nic nie wyszło, ale nasze szczęście związane z samą myślą o prawdopodobieństwie przemierzenia całej Ziemi razem było realne i gorące.

Delikatnie rozkołysałam wahadło. Zatrzymało się i nie chciało współpracować. Gladys przyglądała mi się i pewnie oceniała nasze szanse. Za wszelką cenę starałam się nie pokazać po sobie żadnych uczuć, żadnych wątpliwości. Moje wargi jednak same się zacisnęły, a dziewczyna na moment zasłoniła twarz dłońmi.

- Może nie jest już w Szkocji? - wyszlochała.

Wykonałam to samo działanie nad mapą świata, ale i tutaj magiczna łezka nie wskazała żadnego miejsca. Podświadomie wiedziałam, że w pięćdziesięciu procentach oznacza to zbyt duże emocje u osoby sprawdzającej, w pozostałej połowie przypadków... Nawet nie chciałam o tym myśleć. Wmawiałam, więc sobie, że jestem za bardzo zszokowana, a moja mądra intuicja nie pozwala mi odczuwać w pełni negatywnych uczuć tylko dlatego, żebym mogła jakoś pomóc, a nie schować się pod kołdrą i płakać, analizując w nieskończoność nasze wyjście na pączki.

Wspólnie z rodziną Alana oraz jego sąsiadami przeszukaliśmy w asyście policji niewielki lasek za jego domem, ale nie znaleźliśmy nic, co mogłoby wskazywać, że tam był. Funkcjonariusz obiecał, że zrobią wszystko, aby go znaleźć, a Gladys wpadła na pomysł porozklejania plakatów. Ja miałam nadal próbować go znaleźć "na swój sposób", jak to ładnie określiła przyjaciółka. Niestety żadne działania, żadne obietnice nie przyniosły rezultatów.

Któryś już raz z kolei przedzierałam się przez szaro-złoty las, szukając jakiejkolwiek pozostałości energii mojego przyjaciela. Być może robiłam to tylko dla spokoju sumienia, bo natrafienie na ślad energetyczny bez wiedzy o ostatnich emocjach i otoczeniu osoby poszukiwanej, graniczyło z cudem. Doszłam do miejsca, gdzie pnie tworzyły okropne, równe rzędy, niedaleko stąd stał olbrzymi głaz narzutowy, na którym często przesiadywaliśmy z Alanem w podstawówce. Dotknęłam jego zimnej, szorstkiej powierzchni w nadziei, że chłopak tu był, ale się zawiodłam. Żaden człowiek od długiego czasu nie odwiedzał tego kamienia, a jego aura była spokojna i niczym niezakłócona. Serce przeszył mi lodowaty dreszcz, tak bardzo pragnęłam odnaleźć Alana, że zupełnie zapominałam o zdrowym rozsądku, przeceniałam swoje możliwości i dawałam złudną nadzieję, która bolała dużo bardziej niż jej brak.

Szłam dalej, powoli poddając się i rezygnując. Gdybym bardziej się rozwijała, bardziej starała, na pewno bym go teraz odnalazła. Słońce schodziło coraz niżej, a cienie drzew słaniały się przede mną, uciekając przed mrokiem po miękkim mchu i zeschniętych liściach. Usiadłam na chwilę na ścieżce i zapatrzyłam się w odcienie brązu i szarości. Zimne kolory oddawały stan mojego wnętrza i czułam z nimi niesamowite połączenie. Gdyby tylko potrafiły do mnie przemówić i pomóc, ale zawzięcie milczały, skazując mnie na ciszę.

Nagle zza krzaków doszedł do mnie odgłos skomlącego kukania, to kukawik, który najwyraźniej nadal śledził moje działania. Jego jaskrawy, żółty dzióbek mocno kontrastował ze stonowanym otoczeniem. Jednak i on nie potrafił udzielić mi żadnej odpowiedzi. Zamknęłam oczy i oddychałam tak głęboko, że zaczęło mi się delikatnie kręcić w głowie.