Opowieści: Białe noce, Cudza żona, Sen wujaszka, Krokodyl - Fiodor Dostojewski

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NOC PIERWSZA

Była cudowna noc, taka noc, drogi czytelniku, jaka może być tylko wówczas, gdy jesteśmy młodzi. Niebo było takie gwiaździste, takie jasne, że spojrzawszy na nie, mimo woli trzeba było zapytać siebie: czy naprawdę pod takim niebem mogą żyć różni zagniewani i niezadowoleni ludzie? To również młodzieńcze pytanie, drogi czytelniku, bardzo młodzieńcze, ale niech je Bóg jak najczęściej zsyła twojej duszy!... Mówiąc o różnych niezadowolonych i zagniewanych jegomościach, musiałem sobie przypomnieć i o własnym przykładnym sprawowaniu się przez cały ten dzień. Od samego rana zaczęło mi dokuczać jakieś dziwne przygnębienie. Wydało mi się nagle, że mnie, samotnego, wszyscy opuszczają i że wszyscy odwracają się ode mnie. Naturalnie, każdy ma prawo zapytać: któż to ci wszyscy? Bo przecież już osiem lat mieszkam w Petersburgu i nie umiałem zawrzeć prawie żadnej znajomości. Ale po co mi znajomości? I tak znam cały Petersburg; oto dlaczego wydało mi się, że wszyscy mnie porzucają, gdy cały Petersburg ruszył z miejsca i nagle wyjechał na letnisko. Samotność zaczęła mnie przerażać i całe trzy dni włóczyłem się po mieście w głębokim przygnębieniu, absolutnie nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje. Czy pójdę na Newski, czy pójdę do parku, czy włóczę się po bulwarze - ani jednej twarzy spośród tych, które przyzwyczaiłem się spotykać na tym samym miejscu, o określonej godzinie, przez cały rok. Oni mnie, naturalnie, nie znają, ale za to ja ich znam. Znam ich dobrze; prawie że nauczyłem się na pamięć ich twarzy - i cieszę się, gdy są weseli, a smutno mi, gdy się chmurzą. Prawie że zawarłem przyjaźń z pewnym staruszkiem, którego codziennie, o określonej godzinie spotykam na Fontance. Mina pełna godności, zamyślona: wciąż mruczy pod nosem i macha lewą ręką, a w prawej ma długą, sękatą laskę ze złotą gałką. Nawet mnie zauważył i ma dla mnie wiele sympatii. Jeśli się zdarzy, że nie będę o określonej godzinie w tym co zawsze miejscu na Fontance, jestem pewny, że go to przygnębi. Oto dlaczego obaj omalże się sobie nie kłaniamy, zwłaszcza gdy jesteśmy w dobrym usposobieniu. Niedawno, gdy nie widząc się przez dwa dni, spotkaliśmy się na trzeci, obaj byliśmy już gotowi chwycić za kapelusze, ale na szczęście w porę spostrzegłszy się, opuściliśmy ręce i z uczuciem życzliwości przeszliśmy obok siebie. Zapoznałem się również i z domami. Gdy idę, każdy z nich jakby wybiegał na moje spotkanie, jakby patrzył na mnie wszystkimi oknami i omal nie mówił: "Dzień dobry! Jak się pan miewa? I ja, dzięki Bogu, jestem zdrów, a w maju przybędzie mi piętro". Albo: "Jak pańskie zdrowie? Jutro będą mnie odnawiać". Albo: "Ach, omal nie spaliłem się i byłem w wielkim strachu", itd. Mam wśród nich ulubieńców i bliskich przyjaciół: jeden z nich ma zamiar tego lata leczyć się u architekta. Umyślnie będę co dzień przychodzić, żeby mu się co złego nie stało, niech go Pan Bóg ma w swej opiece!... Ale nigdy nie zapomnę historii pewnego prześlicznego, jasnoróżowego domku. Był to taki milutki, murowany domek, tak uprzejmie spoglądał na mnie, tak wyniośle spoglądał na swych niezgrabnych sąsiadów, aż mi serce skakało z radości, gdy mi się zdarzyło przechodzić obok niego. Nagle, w zeszłym tygodniu, idę ulicą i gdy spojrzałem na przyjaciela - słyszę żałosny okrzyk: "Malują mnie żółtą farbą!". Łotry! Barbarzyńcy! Nie oszczędzili niczego: ani kolumn, ani gzymsów, i przyjaciel mój zżółkł jak kanarek. Omal nie miałem wylewu żółci z tego powodu - i dotychczas jeszcze brak mi sił, żeby się zobaczyć z moim zeszpeconym biedakiem, którego pomalowali na kolor Państwa Niebieskiego[2].

A więc rozumiesz, czytelniku, w jaki sposób zapoznałem się z całym Petersburgiem.

Powiedziałem już, że przez całe trzy dni dręczył mnie niepokój, zanim odgadłem jego przyczynę. I na ulicy źle się czułem (tego nie ma, tamtego nie ma, ów gdzieś się podział), i w domu byłem nieswój. Przez dwa wieczory myślałem: czego mi brakuje w moim kącie? Dlaczego tak źle się w nim czuję? I bezradnie oglądałem zielone, zakopcone ściany, sufit zasnuty pajęczyną, którą Matriona hodowała z dużym powodzeniem, przypatrywałem się wszystkim meblom, oglądałem każde krzesło, myśląc, czy przypadkiem nie tu leży przyczyna złego (bo jeżeli u mnie choćby jedno krzesło stoi nie tak, jak stało wieczorem, czuję się nieswojo), spoglądałem na okno, i wszystko na próżno... nie było mi ani trochę lżej! Wpadłem także na pomysł zawołania Matriony i z miejsca zrobiłem jej ojcowską wymówkę o pajęczynę i w ogóle o nieporządek; ale ona tylko popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i odeszła, a pajęczyna wisi sobie szczęśliwie dotychczas. W końcu dopiero dziś rano domyśliłem się, o co chodzi. E! Przecież oni zmykają przede mną na letnisko! Przepraszam za trywialne wyrażenie, ale nie mogłem się zdobyć na inne... bo przecież wszystko, co było w Petersburgu, albo wyjeżdżało, albo już wyjechało na letnisko; bo przecież każdy czcigodny jegomość o solidnej powierzchowności, wynajmujący dorożkę, w oczach moich stawał się czcigodnym ojcem familii, który po swoich codziennych zajęciach udaje się na łono rodziny, na letnisko; bo przecież każdy przechodzień miał teraz całkiem szczególny wygląd, który omalże nie mówił każdemu: "My, proszę państwa, jesteśmy tutaj tylko tak, chwilowo, a za dwie godziny wyjedziemy na letnisko". Jeśli otwierało się okno, w które najpierw bębniły delikatne, białe jak cukier paluszki, i wychylała się główka ładnej dziewczyny, wzywającej przekupnia roznoszącego doniczki z kwiatami - natychmiast wydawało mi się, że kwiaty kupuje się tylko tak sobie, bynajmniej nie po to, żeby cieszyć się wiosną i kwiatami w mieście w dusznym mieszkaniu, lecz dlatego, że już niedługo wszyscy przeprowadzą się na letnisko i kwiaty zabiorą ze sobą. A oprócz tego zrobiłem już takie postępy w tym nowym, szczególnym rodzaju odkryć, że mogłem z całą dokładnością tylko na podstawie wyglądu określić, na jakim kto letnisku mieszka. Mieszkańcy Wyspy Kamiennej i Aptekarskiej albo drogi Peterhofskiej odznaczali się wyszukaną wytwornością manier, eleganckimi letnimi ubraniami i ślicznymi ekwipażami, w których przyjeżdżali do miasta. Obywatele Pargołowa i dalej położonych letnisk od pierwszego wejrzenia "imponowali" rozsądkiem i statecznością; ten, co zamieszkał na Wyspie Krestowskiej, wyróżniał się nieodmiennie wesołym wyglądem. Czy zdarzało mi się spotkać długą procesję woźniców, leniwie idących z lejcami w rękach obok wozów naładowanych stosami najrozmaitszych mebli, stołów, krzesełek, kanap tureckich i nietureckich i innym domowym dobytkiem, na których oprócz tego wszystkiego nieraz siedziała na samym szczycie chuderlawa kucharka, strzegąca pańskiego mienia jak oka w głowie; czy spoglądałem na ciężko naładowane sprzętem domowym łódki sunące po Newie albo po Fontance w stronę Czarnej Rzeczki albo wysp[3] - wozy i łódki udziesięciokrotniały, ustokrotniały mi się w oczach: zdawało się, że wszystko ruszyło i pojechało, wszystko przeprowadzało się całymi karawanami na letniska; zdawało się, że całemu Petersburgowi grozi opustoszenie, toteż w końcu zaczęło mi być wstyd, przykro i smutno; stanowczo nie miałem ani gdzie, ani po co jechać na letnisko. Gotów byłem iść za każdym wozem, odjechać z każdym solidnie wyglądającym jegomościem, który wynajmował dorożkę; ale nikt, dosłownie nikt mnie nie zapraszał, jak gdyby o mnie zapomniano, jak gdybym był dla nich naprawdę obcy!

Chodziłem dużo i długo, tak że już, swoim zwyczajem, zdążyłem zupełnie zapomnieć, gdzie jestem, gdy nagle spostrzegłem, że znalazłem się przy rogatce. Natychmiast poweselałem i przeszedłem szlaban, ruszyłem między obsiane pola i łąki, nie byłem już zmęczony, czułem tylko całą swoją istotą, że jakiś ciężar spada mi z serca. Wszyscy przejeżdżający spoglądali na mnie z taką sympatią, że doprawdy omal się nie kłaniali; wszyscy byli tacy z czegoś zadowoleni, wszyscy, co do jednego, palili cygara. I ja byłem zadowolony tak, jak mi się to nigdy nie zdarzało. Jak gdybym się nagle znalazł we Włoszech - tak silnie podziałała przyroda na mnie, na pół chorego mieszczucha, którego omal nie zadusiły miejskie mury.

Jest coś nieopisanie wzruszającego w naszej petersburskiej przyrodzie, gdy z nadejściem wiosny okaże nagle całą swą moc, wszystkie dane jej z nieba siły, pokryje się liśćmi, ubierze się, ubarwi kwiatami... Jakoś dziwnie przypomina mi tę wychudłą i chorą dziewczynę, na którą spogląda się czasem z litością, czasem z jakąś współczującą sympatią, a niekiedy po prostu nie dostrzega się jej, lecz która nagle, na chwilę, jakoś nieoczekiwanie staje się w niepojęty sposób cudownie piękna, a wówczas, zachwyceni, oczarowani, mimo woli zadajemy sobie pytanie: jaka moc sprawiła, że te smutne, zamyślone oczy błyszczą takim ogniem? Co było przyczyną, że te blade, wychudłe policzki okryły się rumieńcem? Co przydało namiętności tym delikatnym rysom? Dlaczego ta pierś tak faluje? Co tak niespodzianie przydało siły, życia i piękna rysom biednej dziewczyny, co wywołało na jej twarzy blask tej radości, co ożywiło ją tym wesołym skrzącym się śmiechem? Rozglądamy się wokoło, szukamy kogoś, czegoś się domyślamy. Lecz chwila mija i może już jutro zauważymy znów to zamyślone i roztargnione spojrzenie co dawniej, tę bladą twarz, tę pokorę i bojaźliwość w ruchach, a nawet skruchę, nawet ślad jakiejś dręczącej troski i goryczy z powodu owej chwili zapomnienia... I żal nam, że tak szybko, tak bezpowrotnie uwiędło chwilę tylko trwające piękno, że tak zwodniczo i niepotrzebnie zabłysło przed nami - żal dlatego, że nawet nie było czasu, aby je pokochać...

A jednak moja noc była lepsza niż dzień! Oto jak było.

Wróciłem do miasta bardzo późno i biła już dziesiąta, gdy zbliżyłem się do domu. Droga moja wiodła przez bulwar nad kanałem, gdzie o tej porze nie spotyka się żywej duszy. Co prawda, mieszkam w najbardziej oddalonej dzielnicy. Szedłem i śpiewałem, bo kiedy jestem szczęśliwy, koniecznie muszę sobie coś mruczeć, jak zresztą każdy człowiek szczęśliwy, który nie ma ani przyjaciół, ani dobrych znajomych i w radosnej chwili nie może z nikim podzielić się swoją radością. Nagle zdarzyło mi się coś zupełnie nieoczekiwanego.

*

Na uboczu, przy balustradzie kanału, stała kobieta; oparłszy się łokciami o poręcz, bardzo uważnie patrzyła w mętną wodę. Miała na sobie milutki żółty kapelusik i kokieteryjną czarną mantylkę. "To panna i z pewnością brunetka" - pomyślałem sobie. Zdaje się, że nie słyszała moich kroków, nawet się nie poruszyła, gdy przeszedłem obok niej, tłumiąc oddech, z mocno bijącym sercem. "Dziwne! - pomyślałem - widocznie zamyśliła się nad czymś" - i nagle stanąłem jak wryty. Usłyszałem głuche łkanie. Tak! Nie myliłem się: dziewczyna płakała; po chwili znów usłyszałem szlochanie. Mój Boże! Aż mi się serce ścis-nęło. I chociaż jestem taki nieśmiały wobec kobiet, ale to była taka chwila!... Wróciłem, podszedłem do niej i z pewnością powiedziałbym: "Pani!", gdybym nie wiedział, że to odezwanie się było już tysiąc razy użyte we wszystkich rosyjskich powieściach z życia wyższych sfer. To tylko mnie powstrzymało. Ale gdy szukałem odpowiedniego słowa, dziewczyna ocknęła się, obejrzała, spostrzegła moją obecność, spuściła oczy i prześliznęła się obok mnie po bulwarze. Natychmiast ruszyłem za nią, ale ona domyśliła się i przeszła na przeciwległą stronę. Nie śmiałem przejść przez ulicę. Serce mi biło jak schwytanemu ptakowi. Nagle pewien przypadek przyszedł mi z pomocą.

Po drugiej stronie ulicy, niedaleko od mojej nieznajomej, pojawił się w pewnej chwili jegomość we fraku, w poważnym wieku, lecz raczej niepoważnego wyglądu. Szedł chwiejnym krokiem, tuż pod ścianami domów. Dziewczyna zaś szła jak strzała, śpiesznie i bojaźliwie, jak w ogóle chodzą wszystkie dziewczęta, które nie chcą, żeby im ktoś w nocy zaproponował odprowadzenie do domu, i, naturalnie, zataczający się jegomość nigdy by jej nie dopędził, gdyby moje przeznaczenie nie natchnęło go podstępem. Nagle, nie mówiąc nikomu ani słowa, ów jegomość zrywa się, pędzi co tchu, biegnie i zrównuje się z moją nieznajomą. Szła jak wiatr, ale zataczający się jegomość dopędzał ją, dopędził... dziewczyna krzyknęła - i... błogosławię los za wspaniały, sękaty kij, który wówczas znalazł się w mojej prawej ręce. W jednej chwili byłem już po przeciwległej stronie ulicy, w jednej chwili nieproszony jegomość zrozumiał, o co chodzi, przyjął do wiadomości nieodpartą rację, zamilkł, pozostał w tyle i dopiero gdyśmy już byli bardzo daleko, zaczął dość energicznie protestować. Lecz do nas ledwie dobiegły jego słowa.

- Niech mi pani da rękę - powiedziałem do mojej nieznajomej - to on już się nie ośmieli nas zaczepić.

Milcząc, podała mi rękę, jeszcze drżącą ze wzruszenia i strachu. O nieproszony jegomościu! Jakże ci byłem wdzięczny w owej chwili! Ukradkiem spojrzałem na nią: była bardzo milutka i brunetka - zgad-łem; na jej czarnych rzęsach jeszcze błyszczały łezki niedawnego przestrachu albo poprzedniego zmartwienia - nie wiem. Lecz na ustach już się pojawił uśmiech. Również spojrzała na mnie ukradkiem, z lekka zarumieniła się i spuściła oczy.

- Widzi pani, dlaczego pani wtedy ode mnie uciekła? Gdybym był przy pani, nic by się nie stało...

- Ależ ja pana nie znałam; myślałam, że pan też...

- A czy pani mnie teraz zna?

- Trochę. Dlaczego na przykład pan drży?

-  O, pani zgadła od razu! - odpowiedziałem zachwycony, że moja panienka jest domyślna: to piękności nigdy nie szkodzi. - Tak, pani od razu odgadła, z kim ma do czynienia! To prawda, jestem nieśmiały wobec kobiet, jestem wzburzony, nie przeczę, tak jak i pani przed chwilą, gdy ten jegomość panią przestraszył... I ja jestem teraz przestraszony. To wszystko jest jak sen, a mnie się nawet nie śniło, że kiedykolwiek będę mówił z kobietą.

- Co? Doprawdy?

- Tak, jeżeli mi ręka drży, to dlatego, że nigdy jeszcze nie uścisnęła jej taka śliczna, maleńka rączka jak rączka pani. Zupełnie odzwyczaiłem się od kobiet, a właściwie nigdy się do nich nie przyzwyczaiłem; jestem przecież samotny... Nie wiem nawet, jak z nimi trzeba mówić. Ot i teraz nie wiem, czy nie powiedziałem pani jakiego głupstwa. Niech mi pani powie bez ogródek; uprzedzam panią, że nie jestem obraźliwy.

- Nie, nie; przeciwnie. I skoro pan chce, żebym była szczera, powiem panu, że kobietom podoba się taka nieśmiałość, a jeżeli chce pan dowiedzieć się więcej, mnie również to się podoba - i nie odpędzę pana od siebie aż do samego domu.

- Pani doprowadzi mnie do tego - zacząłem, a zachwyt wprost zapierał mi oddech - że zaraz przestanę być nieśmiały, a wówczas: żegnajcie, wszystkie moje szanse.

- Szanse? Co za szanse, na co? O, to już głupie.

- Przepraszam, więcej nie będę, to mi się tak wyrwało; ale jak pani może wymagać, żebym w takiej chwili nie miał życzenia...

- Żeby się podobać czy co?

- No tak, ale na Boga, niechże pani będzie wyrozumiała. Niech pani pomyśli, jaki ja jestem! Mam już dwadzieścia sześć lat, a nigdy nikogo nie widywałem. I jakże ja mogę mówić ładnie, jak należy i do rzeczy? A dla pani będzie lepiej, jeżeli wszystko stanie się jawne, szczere... Nie mogę milczeć, kiedy się we mnie serce odzywa. Ale wszystko jedno... Czy da pani wiarę? - ani jednej kobiety, nigdy, nigdy! Żadnych znajomości! I tylko marzę co dzień, że wreszcie kiedyś kogoś spotkam. Ach, gdyby pani wiedziała, ile razy byłem zakochany w ten sposób!

- Ależ jak to, w kim?

- W nikim, w ideale, w tej, co się we śnie przyśni. Stwarzam w marzeniu całe powieści. O, pani mnie nie zna! Co prawda nie można zupełnie nie znać kobiet, znałem ich dwie czy trzy, ale co to za kobiety? Wszystko to takie gospodynie, że... Ale ja panią rozśmieszę, kiedy opowiem, że kilkakrotnie miałem zamiar odezwać się na ulicy tak, po prostu, do jakiejś arystokratki, naturalnie, kiedy będzie sama; naturalnie, odezwać się nieśmiało, z szacunkiem, namiętnie; powiedzieć, że ginę samotny, żeby mnie nie odpędzała, że nie mam sposobu poznania ani jednej kobiety; przekonać ją, że kobieta ma nawet obowiązek wysłuchać nieśmiałego błagania człowieka tak nieszczęśliwego jak ja. Że wreszcie wszystko, czego chcę, sprowadza się tylko do tego, żeby mi powiedzieć ze współczuciem parę serdecznych słów, nie odpędzać mnie od razu, uwierzyć mi na słowo, wysłuchać tego, co będę mówił, wyśmiać się ze mnie, jeśli wola, dać mi nadzieję, powiedzieć do mnie kilka słów, tylko kilka słów, a potem niechbym się z nią nawet nigdy już nie spotkał!... Ale pani się śmieje... Zresztą, ja po to właściwie mówię...

- Niech pan się nie gniewa; śmieję się z tego, że pan jest swoim własnym wrogiem i że gdyby pan spróbował, z pewnością by się to panu udało, chociażby nawet na ulicy; im prościej, tym lepiej... Ani jedna dobra kobieta, jeżeli tylko nie jest głupia albo jeżeli nie jest w owej chwili o coś zła, nie zdecydowałaby się odprawić pana bez tych kilku słów, o które pan tak nieśmiało błaga... A zresztą, co ja mówię! Naturalnie, że wzięłaby pana za wariata. Sądziłam przecież tylko po sobie. Ale znam świat i ludzi!

- O, dziękuję pani! - zawołałem. - Pani nie wie, co pani dla mnie teraz zrobiła!

- Dobrze, dobrze! Ale niech mi pan powie, skąd pan wie, że ja jestem taką kobietą, z którą... no, którą pan uznał za godną uwagi i przyjaźni... Słowem, nie gospodyni, jak się pan wyraża. Dlaczego pan się zdecydował podejść do mnie?

- Dlaczego? Dlaczego? Ależ pani była sama, ten jegomość był nadto śmiały, teraz jest noc: sama się pani zgodzi, że obowiązkiem moim...

- Nie, nie, jeszcze wcześniej, tam, po tamtej stronie. Przecież pan chciał podejść do mnie?

- Tam, po tamtej stronie? Doprawdy, nie wiem, jak odpowiedzieć; obawiam się... Wie pani, byłem dzisiaj szczęśliwy; szedłem i śpiewałem; byłem za miastem; nigdy jeszcze nie przeżywałem tak szczęśliwych chwil. Pani... zresztą może mi się tak zdawało... No, niech mi pani wybaczy, że o tym wspominam: zdawało mi się, że pani płakała, i... nie mogłem tego słuchać... aż mi się serce ścisnęło... O mój Boże! Czyż nie było mi wolno zatroszczyć się o panią? Czyż to był grzech, że poczułem dla pani braterskie współczucie... No, słowem, czyżbym mógł panią obrazić, że mimo woli przyszło mi do głowy zbliżyć się do pani?

- Niech pan da spokój, dosyć, niech pan już nic nie mówi... - powiedziała dziewczyna, spuściwszy oczy i uścisnąwszy moją dłoń. - Sama jestem winna, że zaczęłam o tym mówić; miło mi jednak, że się na panu nie zawiodłam... Ale oto już jestem w domu; muszę skręcić tu, w tę uliczkę, stąd tylko parę kroków... Żegnam i dziękuję panu...

- A więc już nigdy, nigdy się nie zobaczymy?... Więc na tym się wszystko skończy?

- Widzi pan - powiedziała dziewczyna, śmiejąc się - z początku szło panu tylko o kilka słów, a teraz... Zresztą, nic panu nie powiem... Możliwe, że się spotkamy...

- Przyjdę tu jutro - powiedziałem. - O, niech mi pani wybaczy, że już domagam się...

- Tak, pan jest niecierpliwy... pan prawie żąda...

- Proszę pani, proszę pani! - przerwałem jej. - Niech mi pani wybaczy, jeżeli znów powiem coś takiego... Ale ot co: nie mogę nie przyjść tutaj jutro. Jestem marzycielem; tak mało mam rzeczywistego życia, że takie chwile, jak ta, jak teraz, zdarzają mi się rzadko i muszę powracać do nich w marzeniu. Będę marzył o pani całą noc, cały tydzień, cały rok. Na pewno przyjdę tutaj jutro, właśnie tutaj, na to samo miejsce, właśnie o tej godzinie i będę szczęśliwy, wspominając o wczorajszym. To miejsce już jest mi drogie. Mam w Petersburgu takie dwa albo trzy miejsca. Raz nawet rozpłakałem się na wspomnienie, tak samo jak pani... Kto wie, może i pani przed dziesięcioma minutami płakała z powodu wspomnień... Ale niech mi pani wybaczy, znów się zapomniałem; może i pani kiedyś była tu szczególnie szczęśliwa...

- Dobrze - powiedziała dziewczyna - możliwe, że przyjdę tutaj jutro, również o dziesiątej. Widzę, że już nie mogę panu zabronić... Idzie o to, że muszę tutaj być; niech pan tylko nie myśli, że się z panem umawiam; uprzedzam pana, że muszę tu być we własnej sprawie. No i... powiem panu wprost: nie szkodzi, jeżeli i pan przyjdzie; po pierwsze, mogą znowu zdarzyć się jakieś przykrości jak dzisiaj, ale mniejsza o to... słowem, po prostu chciałabym pana zobaczyć... żeby mu powiedzieć kilka słów. Tylko, widzi pan, czy pan teraz o mnie źle nie pomyśli? Niech pan nie sądzi, że ja się tak łatwo umawiam... Nie umawiałabym się, gdyby... Ale niech to będzie moją tajemnicą! Tylko z góry umowa...

- Umowa! Niech pani mówi, niech pani powie wszystko zawczasu, na wszystko się zgadzam, gotów jestem na wszystko! - zawołałem w zachwycie. - Odpowiadam za siebie, będę posłuszny, pełen uszanowania... pani mnie zna...

- Właśnie dlatego że pana znam, proszę pana na jutro - powiedziała dziewczyna, śmiejąc się. - Znam pana doskonale. Ale niech pan uważa, zapraszam pana pod warunkiem, że, po pierwsze (tylko niech pan będzie tak dobry i spełni to, o co poproszę - widzi pan, mówię szczerze), niech pan się we mnie nie zakocha... Nie trzeba tego robić, zapewniam pana. Do przyjaźni jestem gotowa, oto moja ręka... A zakochać się nie trzeba, proszę pana!

- Przysięgam pani! - zawołałem, chwytając ją za rękę.

- Dość, niech pan nie przysięga, wiem przecież, że pan zdolny jest wybuchnąć jak proch. Niech pan mnie źle nie sądzi, jeżeli tak mówię. Gdyby pan wiedział... Ja również nie mam nikogo, z kim bym mogła parę słów zamienić, kogo by można się zapytać o radę. Naturalnie, że nie na ulicy szuka się doradców, ale pan jest wyjątkiem. Znam pana tak dobrze, jakbyśmy już ze dwadzieścia lat byli przyjaciółmi... Prawda, że pan mnie nie zdradzi?

- Zobaczy pani... tylko nie wiem, jak ja się doczekam, choćbym tylko dobę miał czekać.

- Niech pan mocno śpi, dobrej nocy, i niech pan pamięta, że już mu zaufałam. Ale pan to tak dobrze powiedział przed chwilą: czy z każdego uczucia trzeba zdawać sobie sprawę, nawet kiedy po bratersku komuś się współczuje? Wie pan, to było tak dobrze powiedziane, że przyszło mi teraz na myśl zwierzyć się panu...

- Na Boga, z czego? Co takiego?

- Do jutra. Niech to na razie będzie tajemnicą. Tym lepiej dla pana, chociaż z daleka będzie podobne do romansu. Może jutro już panu powiem, ale może i nie... Jeszcze pomówię z panem przedtem, poznamy się lepiej.

- O, przecież ja pani zaraz jutro wszystko o sobie opowiem! Ale co to? Jakby się cuda ze mną działy... Boże mój, gdzie ja jestem? No, niech mi pani powie, czy pani jest niezadowolona, że się na mnie nie rozgniewała, jak by postąpiła inna, że nie odpędziła mnie pani zaraz na początku? Dwie minuty, i uczyniła mnie pani na zawsze szczęśliwym. Tak, szczęśliwym; kto wie, może pani mnie pogodziła z sobą samym, rozwiązała moje wątpliwości... Może zdarzają mi się takie chwile... No, ale ja pani jutro wszystko opowiem, wszystkiego się pani dowie, wszystkiego...

- Dobrze, zgoda; pan więc zacznie...

- Zgoda.

- Do widzenia!

- Do widzenia!

I rozstaliśmy się. Chodziłem przez całą noc. Nie mogłem się zdecydować na powrót do domu... Byłem taki szczęśliwy... do jutra!

[2] kolor żółty był do 1912 r. barwą chińskiej flagi narodowej, na której widniał smok

[3] wyspy u ujścia Newy, wówczas miejsce letniskowe

NOC DRUGA

- No i doczekaliśmy się - powiedziała ze śmiechem, ściskając mi ręce.

- Jestem tu już od dwóch godzin; pani nie wie, co się ze mną działo przez cały dzień.

- Wiem, wiem... Ale do rzeczy. Wie pan, po co przyszłam? Nie po to przecież, żeby gadać głupstwa jak wczoraj. Ot co: musimy na przyszłość postępować rozsądniej. Długo myślałam wczoraj o tym wszystkim.

- Ale pod jakim względem mamy postępować rozsądniej? Co do mnie, to jestem gotów; ale, doprawdy, nigdy w życiu nie zdarzało mi się nic rozsądniejszego niż teraz.

- Doprawdy? Po pierwsze, proszę, żeby pan nie ściskał tak mocno moich rąk; po drugie, oświadczam panu, że długo dziś o nim myślałam.

- No i czym się to skończyło?

- Czym się skończyło? Skończyło się tym, że trzeba wszystko zacząć od nowa, bo ostatecznie doszłam dzisiaj do przekonania, że ja pana wcale jeszcze nie znam, że wczoraj postąpiłam jak dziecko, jak mała dziewczynka i, naturalnie, wychodzi na to, że wszystkiemu winno moje dobre serce. I żeby naprawić błąd, postanowiłam dowiedzieć się wszystkiego o panu, i to możliwie jak najdokładniej. Ale ponieważ nie mam kogo zapytać o pana, więc powinien mi pan sam wszystko o sobie powiedzieć, wszystko bez wyjątku. No, jaki pan jest? Prędzej, niech pan zaczyna, niech pan opowiada swoją historię.

- Historię! - zawołałem z przestrachem - historię! Ale któż pani powiedział, że ja mam jakąś historię? Nie mam żadnej historii...

- Jakże więc pan żył, jeżeli nie ma historii? - przerwała mi, śmiejąc się.

- Zupełnie bez żadnej historii! Żyłem, jak to się mówi, ot tak, sam, zupełnie sam: wie pani, co to znaczy żyć zupełnie sam?

- Jak to: sam? Czyżby pan nigdy nikogo nie widywał?

- O nie, widywać - widuję, a jednak sam.

- Cóż to, czy pan z nikim nie rozmawia?

- Dosłownie z nikim.

- Kim więc pan jest, niech pan wytłumaczy! Zaraz, domyślam się: pan pewnie ma babkę, tak samo jak ja. Jest ślepa i przez całe życie nigdzie mnie nie puszcza, toteż prawie zapomniałam mówić. A kiedy jej napsociłam dwa lata temu, to ona, widząc, że mnie nie utrzyma, zawołała mnie i przypięła agrafką moje ubranie do swojego - i tak od tego czasu siedzimy całymi dniami; ona robi pończochę, chociaż ślepa, a ja muszę siedzieć przy niej, szyć albo książkę czytać na głos - taki to dziwny zwyczaj, że oto już dwa lata jestem przypięta...

- Ach, mój Boże, co za nieszczęście! Ależ nie mam, nie mam takiej babki.

- Jeżeli pan nie ma, to jak pan może siedzieć w domu?

- Proszę pani, czy pani chce wiedzieć, kim jestem?

- No tak, tak!

- Dokładnie?

- Jak najdokładniej.

- A więc służę pani - jestem typem.

- Typem, typem! Co za typem? - zawołała dziewczyna, śmiejąc się tak, jak gdyby przez cały rok nie miała okazji do śmiechu. - Ależ z panem jest przezabawnie! Widzi pan: tutaj jest ławka, usiądźmy! Tędy nikt nie chodzi, nikt nas nie będzie słyszał i - niechże pan zaczyna swoją historię! Bo przecież nie przekona mnie pan: pan musi mieć swoją historię, tylko pan ją przede mną ukrywa. Po pierwsze, co to takiego typ?

- Typ? Typ? - to oryginał, to taki zabawny człowiek! - odpowiedziałem, za jej przykładem roześmiawszy się dziecinnym śmiechem. - To taki charakter. Proszę pani, czy pani wie, co to znaczy: marzyciel?

- Marzyciel? Ależ, proszę pana, jak można nie wiedzieć? Sama jestem marzycielką. Nieraz, kiedy siedzę przy babce, tyle mi różnych myśli przychodzi do głowy. No i zaczynam marzyć, a jak się rozmarzę - to po prostu wychodzę za mąż za chińskiego księcia... Bo czasami to przecież dobrze - marzyć! Nie, zresztą Bóg raczy wiedzieć! Zwłaszcza jeżeli i bez tego jest o czym myśleć - dodała dziewczyna, tym razem dość poważnie.

- Cudownie! Jeżeli pani już raz wychodziła za mąż za chińskiego bogdychana, to znaczy, że mnie pani całkowicie zrozumie. No, niech pani słucha... Ale przepraszam: przecież ja jeszcze nie wiem, jak się pani nazywa.

- Nareszcie! Nareszcie pan sobie przypomniał!

- Ach, mój Boże! Ależ mi to nawet do głowy nie przyszło - i tak mi było dobrze...

- Nazywam się Nastusia.

- Nastusia! A dalej?

- Dalej - nic! Czyż to za mało? Ach, jaki pan nienasycony!

- Mało? Dużo, dużo, przeciwnie, bardzo dużo, panno Nastusiu, poczciwa z pani dziewczyna, skoro od razu została pani dla mnie Nastusią!

- Otóż to! No więc!

- Otóż, panno Nastusiu, niech pani posłucha, co za śmieszna historia.

Usiadłem obok niej, przybrałem pedantycznie poważną postawę i zacząłem jak z książki:

- Istnieją w Petersburgu, jeśli pani o tym nie wie, panno Nastusiu, dość dziwne zakątki. Wydaje się, jakby w te miejsca nie zaglądało słońce, które świeci wszystkim petersburszczanom, lecz jakieś inne, nowe, jakby umyślnie zamówione dla tych kątów, i przyświeca wszystkiemu innym, specjalnym światłem. W tych kątach, droga panno Nastusiu, żyje się życiem jak gdyby zupełnie innym, niepodobnym do tego, które wre wkoło nas, życiem możliwym w jakimś królestwie za siódmą górą i za siódmą rzeką, a nie u nas, w tych okropnie poważnych czasach. Otóż takie właśnie życie jest mieszaniną czegoś czysto fantastycznego, płomiennie idealnego z czymś (niestety, panno Nastusiu) szaro prozaicznym i zwyczajnym, że nie powiem już: nieprawdopodobnie nędznym.

- Fe! Ach, mój Boże! Co za wstęp! Czego też ja się dowiem?

- Dowie się pani, panno Nastusiu (zdaje mi się, że nigdy nie przestanę nazywać pani Nastusią), dowie się pani, że w tych kątach zamieszkują dziwaczni ludzie - marzyciele. Marzyciel, jeśli chodzi o ścisłe określenie, nie jest człowiekiem, lecz jakimś gatunkiem pośrednim. Mieszka najczęściej gdzieś w niedostępnym kącie, jak gdyby się w nim krył nawet przed światłem dziennym, i jak się już raz do swojego kąta dostanie, to tak do niego przyrośnie jak ślimak, a przynajmniej bardzo jest pod tym względem podobny do owego interesującego stworzenia, które jest równocześnie i zwierzęciem, i domem, a zwie się żółwiem. Jak pani sądzi, dlaczego on tak lubi swoje cztery ściany, koniecznie wymalowane na zielono, zakopcone, posępne i okropnie cuchnące tytoniowym dymem? Dlaczego ten śmieszny jegomość, jeśli go przyjdzie odwiedzić ktoś z jego nielicznych znajomych (a zwykle wszyscy znajomi w końcu go opuszczają), dlaczego ten śmieszny człowiek przyjmuje go z takim zakłopotaniem, tak zmieniwszy się na twarzy i tak zmieszany, jakby przed chwilą pośród swoich czterech ścian popełnił przestępstwo, jakby fabrykował fałszywe banknoty albo jakieś wierszyki celem przesłania ich do dziennika wraz z listem anonimowym, gdzie się nadmienia, że poeta, który to napisał, już umarł i że jego przyjaciel uważa za swój święty obowiązek opublikowanie jego wierszy? Dlaczego, niech pani powie, panno Nastusiu, tak się im rwie rozmowa? Dlaczego ani śmiech, ani jakieś śmielsze słowo nie pada z ust niespodzianie nadeszłego i zakłopotanego przyjaciela, który w innym wypadku bardzo lubi i śmiech, i śmielsze słówka, i rozmowy o płci pięknej, i inne wesołe tematy? Dlaczego wreszcie ten przyjaciel, znajomy od niedawna i będący z pierwszą wizytą - bo następnej wobec tego nie będzie i przyjaciel nie przyjdzie po raz drugi - dlaczego ten przyjaciel również jest zakłopotany i staje się taki małomówny pomimo swego dowcipu (jeżeli go tylko posiada), patrząc na wykrzywioną twarz gospodarza, który z kolei zmieszał się już do reszty i stracił ostatni wątek pomimo tytanicznych, lecz daremnych usiłowań, aby nadać rozmowie płynność i blask, okazać ze swej strony znajomość dobrego tonu, poruszyć temat płci pięknej i przypodobać się choćby przez tę pokorę biednemu człowiekowi, który źle trafił, przychodząc przez omyłkę go odwiedzić? Dlaczego wreszcie gość nagle chwyta za kapelusz i spiesznie wychodzi, niespodziewanie przypomniawszy sobie bardzo ważną sprawę, która nigdy nie istniała, i uwalnia jakoś swą rękę z gorących uścisków gospodarza starającego się okazać skruchę i poprawić wrażenie? Dlaczego ów przyjaciel, wyszedłszy za drzwi, śmieje się i daje sobie słowo, że nigdy już więcej nie przyjdzie do tego dziwaka, chociaż ten dziwak to w gruncie rzeczy dobry chłop, a równocześnie ów przyjaciel nie może odmówić swej wyobraźni małej zachcianki: porównania, zresztą dość odległego, fizjonomii niedawnego rozmówcy podczas całej wizyty z wyglądem nieszczęsnego kotka, którego dzieci wytarmosiły, nastraszyły i na różne sposoby wydręczyły, wziąwszy go zdradziecko do niewoli, a który ukrył się w końcu przed nimi pod krzesło, w ciemny kąt, i tam całą godzinę otrząsa się, prycha i myje swój sponiewierany pyszczek obiema łapkami, a później jeszcze długo nieprzyjaźnie spogląda na świat i życie, a nawet na łaskawe datki z pańskiego obiadu, odłożone dla niego przez litościwą klucznicę.

- Proszę pana - przerwała Nastusia, słuchająca mnie cały czas ze zdziwieniem, z otwartymi oczami i buzią - proszę pana, nie mam pojęcia, dlaczego wszystko się tak stało i dlaczego właśnie mnie zadaje pan takie śmieszne pytania; ale wiem na pewno, że wszystkie te przygody zdarzały się panu co do joty.

- Niewątpliwie - odparłem z jak najpoważniejszą miną.

- No więc, jeżeli niewątpliwie, to niech pan dalej opowiada - odrzekła Nastusia - bo bardzo bym chciała wiedzieć, czym się to skończy.

- Pani by chciała wiedzieć, panno Nastusiu, co robił w swoim kąciku nasz bohater, czyli ja, bo ja jestem bohaterem całego tego opowiadania, ja, w swojej własnej skromnej osobie; pani by chciała wiedzieć, dlaczego się tak spłoszyłem i straciłem głowę na cały dzień z powodu nieoczekiwanej wizyty przyjaciela? Pani by chciała wiedzieć, dlaczego się tak nastroszyłem i poczerwieniałem, gdy otworzyły się drzwi do mojego pokoju, dlaczego nie umiałem przyjąć gościa i tak haniebnie ugiąłem się pod ciężarem własnej gościnności?

- No tak, tak! - odpowiedziała Nastusia - właśnie o to chodzi. Proszę pana, pan ślicznie opowiada, ale czy nie można by opowiadać jakoś nie tak ślicznie? Bo tak pan mówi, jakby pan z książki czytał.

- Panno Nastusiu! - odpowiedziałem poważnym i surowym tonem, ledwie powstrzymując się od śmiechu - droga panno Nastusiu, ja wiem, że opowiadam ślicznie, ale niech pani wybaczy, inaczej nie umiem. Teraz, droga panno Nastusiu, teraz jestem podobny do ducha króla Salomona, który przetrwał tysiąc lat w glinianej bańce pod siedmioma pieczęciami, i z którego nareszcie zdjęto te siedem pieczęci. Teraz, droga panno Nastusiu, kiedyśmy się znów zeszli po tak długiej rozłące, bo ja już dawno panią znałem, panno Nastusiu, bo ja już dawno kogoś szukałem, a to znaczy, że szukałem właśnie pani, i że było nam sądzone teraz się spotkać, teraz w mojej głowie otwarło się tysiące zapór i muszę rozlać się rzeką słów, inaczej się uduszę. A więc, proszę mi nie przerywać, panno Nastusiu, i słuchać z pokorą i posłuszeństwem; inaczej - umilknę.

- Nie, nie, nie! Pod żadnym pozorem! Niech pan mówi! Teraz już nie powiem ani słowa.

- A więc ciągnę dalej: istnieje, droga moja panno Nastusiu, w ciągu dnia pewna godzina, którą nadzwyczaj lubię. To ta godzina, o której kończą się prawie wszystkie sprawy, zajęcia i obowiązki, i wszyscy idą do domu na obiad, żeby się położyć i odpocząć, i od razu po drodze wynajdują wesołe pomysły, tyczące się wieczoru, nocy i całego wolnego czasu, który im pozostaje. O tej godzinie i nasz bohater - niech mi już pani pozwoli, panno Nastusiu, opowiadać w trzeciej osobie, bo w pierwszej strasznie wstyd by mi było opowiadać - a więc o tej godzinie i nasz bohater, który też nie próżnował, pośpiesza za innymi. Ale dziwne uczucie zadowolenia igra na jego bladej, jakby pomiętej twarzy. Nie bez wzruszenia patrzy na zorzę wieczorną, która powoli gaśnie na chłodnym petersburskim niebie. Mówiąc: patrzy - kłamię; on nie patrzy, lecz obserwuje jakoś mimo woli, jak gdyby był zmęczony albo zajęty wówczas czymś innym, co bardziej go pochłania, toteż tylko przelotnie, prawie niechcący, może poświęcić trochę czasu wszystkiemu, co go otacza. Jest zadowolony dlatego, że skończył do jutra z nieprzyjemnymi dla niego sprawami, i cieszy się jak sztubak wypuszczony ze szkolnej ławy na myśl o ulubionych zabawach i figlach. Niech pani mu się przyjrzy z boku, panno Nastusiu: zaraz pani zobaczy, że uczucie radości już podziałało szczęśliwie na jego słabe nerwy i chorobliwie drażliwą fantazję. Oto zamyślił się nad czymś. Sądzi pani, że nad obiadem? Albo nad wczorajszym wieczorem? Na co on tak patrzy? Czy na tego pana o solidnej powierzchowności, który tak malowniczo skłonił się pani przejeżdżającej obok niego w błyszczącej karecie, zaprzężonej w rącze konie? Nie, panno Nastusiu, już go teraz nie obchodzą wszystkie te drobiazgi! Teraz jest już bogaty swym własnym życiem; jakoś nagle wzbogacił się, i pożegnalny promień gasnącego słońca nie na próżno tak wesoło mu błysnął i wywołał z rozgrzanego serca całe roje wrażeń. Teraz ledwie dostrzega tę drogę, na której przedtem byle drobiazg mógł go zdumieć. Teraz "bogini fantazji" (jeśli pani czytała Żukowskiego[4], droga panno Nastusiu) już utkała swawolną ręką swoją złocistą kanwę i snuje przed nim wzory niezwykłego, cudownego życia - i, kto wie, może z porządnego, granitowego trotuaru, po którym idzie do domu, przeniosła go swawolną ręką do siódmego kryształowego nieba. Proszę teraz spróbować go zatrzymać, zapytać go nagle: gdzie się znajduje, jakimi szedł ulicami? - na pewno nic by sobie nie przypomniał: ani którędy szedł, ani gdzie się znajduje, i czerwieniąc się ze złości, na pewno skłamałby coś dla zachowania pozorów przyzwoitości. Oto dlaczego tak drgnął, omal nie krzyknął i z przestrachem obejrzał się dokoła, gdy pewna czcigodna staruszka grzecznie zatrzymała go na środku trotuaru, pytając o drogę. Zachmurzywszy się ze złości, idzie dalej, ledwie dostrzegając, że niejeden przechodzień uśmiechnął się, patrząc na niego i odwrócił się za nim, i że jakaś mała dziewczynka, która lękliwie ustąpiła mu z drogi, głośno się roześmiała, przyjrzawszy się wielkimi oczami jego szerokiemu, zamyślonemu uśmiechowi i gestom. Ale owa bogini fantazji znów porwała swym kapryśnym lotem i staruszkę, i ciekawych przechodniów, i śmiejącą się dziewczynkę, i chłopów jedzących wieczerzę na barkach, które zatarasowały Fontankę (przypuśćmy, że wtedy właśnie nasz bohater tamtędy przechodził), i żartobliwie wetknęła w swą kanwę wszystkich i wszystko, jak muchy w pajęczynę, i nasz dziwak, unosząc wszystko to z sobą, już wrócił do domu, do swej pociesznej norki, już zasiadł do stołu, już dawno zjadł obiad i ocknął się dopiero wtedy, gdy zamyślona i wiecznie smutna Matriona, która mu usługuje, wszystko już sprzątnęła ze stołu i podała mu fajkę; ocknął się i ze zdziwieniem przypomniał sobie, że dawno zjadł obiad, zupełnie przeoczywszy, jak to się stało. W pokoju się ściemniło; w jego duszy pusto i smutno; całe królestwo marzenia runęło w gruzy wkoło niego, runęło bez śladu, bez trzasku i hałasu, rozwiało się jak senna mara, i on nawet nie pamięta, o czym marzył. Ale jakieś niejasne wrażenie, skutkiem którego z lekka zabolała i faluje jego pierś, jakieś nowe pragnienie kusząco łechce i drażni jego fantazję, i niepostrzeżenie przyzywa całe roje nowych złud. W maleńkim pokoju panuje cisza; samotność i lenistwo działają na wyobraźnię; wyobraźnia rozpłomienia się z lekka, z lekka zaczyna wrzeć jak woda w imbryku do kawy starej Matriony, która niewzruszenie krząta się obok w kuchni, przyrządzając sobie cienką kawę. Oto już zaczynają się pierwsze lekkie wybuchy, oto już i książka, wzięta bez celu i na chybił trafił, wypada z rąk mojego marzyciela, który nie doczytał nawet do trzeciej stronicy. Jego wyobraźnia znów jest nastrojona, podniecona i nagle znów nowy świat, nowe, czarujące życie zabłysnęło przed nim w swej świetnej perspektywie. Nowy sen - nowe szczęście! Nowa dawka subtelnej, rozkosznej trucizny! O, cóż go obchodzi nasze rzeczywiste życie! W jego oczarowanych oczach ja i pani, panno Nastusiu, żyjemy tak leniwie, powoli, opieszale; w jego oczach jesteśmy wszyscy tak niezadowoleni ze swego losu, tak zmęczeni życiem! Zresztą, niech pani spojrzy, na pierwszy rzut oka doprawdy wszystko między nami jest chłodne, ponure i jakby gniewne... "Biedni!" - myśli sobie mój marzyciel. I nic dziwnego, że tak myśli! Niech pani się przyjrzy tym czarodziejskim marom, które tak czarująco, tak kapryśnie, tak bezbrzeżnie i szeroko snują się przed nim w owym czarodziejskim, żywym obrazie, gdzie na pierwszym planie najważniejszą postacią jest naturalnie nasz marzyciel w swej własnej, cennej osobie. Niech pani popatrzy, jakie różnorodne przygody, jakie nieskończone roje wspaniałych marzeń. Może pani zapyta, o czym on marzy! Po cóż o to pytać! O wszystkim... o roli poety, najpierw nieuznanego, później wsławionego; o przyjaźni z Hoffmannem; noc św. Bartłomieja, Diana Vernon, bohaterska rola przy zdobyciu Kazania przez Iwana Wasiliewicza, Klara Mowbray, Effie Deans, sąd prałatów nad Husem, nieboszczycy zmartwychwstający w Robercie Diable (pamięta pani muzykę? Pachnie cmentarzem!), Minna i Brenda, bitwa pod Berezyną, czytanie poematu u hrabiny W-D. Danton, Cleopatra e i suoi amanti[5], domek w Kołomnie[6], własny kącik, a obok droga istota, która zimowym wieczorem słucha z otwartą buzią i oczętami, tak samo jak pani teraz słucha, mój mały aniołku... Nie, panno Nastusiu, co jego, lubieżnego leniucha, obchodzi to życie, którego my tak pragniemy. On sądzi, że to życie jest marne i godne politowania, nie przeczuwając nawet, że może i dla niego wybije kiedyś smutna godzina, w której za jeden dzień tamtego żałosnego życia odda wszystkie swe fantastyczne lata - i odda je nie za radość, nie za szczęście, i nie będzie nawet chciał wybierać w tę godzinę smutku, skruchy i niezmiernego żalu. Lecz na razie jeszcze nie nadeszły te groźne czasy - niczego nie pragnie, dlatego że stoi ponad pragnieniami, dlatego że ma wszystko, dlatego że jest przesycony, dlatego że sam jest artystą swego życia i stwarza je sobie co godzina według nowej fantazji. I przecież tak łatwo, tak naturalnie stwarza się ten bajeczny, fantastyczny świat! Jak gdyby rzeczywiście to nie było złudzenie! Doprawdy, czasami chce mi się wierzyć, że całe to życie nie jest ani wynikiem rozbudzonego uczucia, ani mirażem, ani złudzeniem wyobraźni, lecz że jest prawdziwe, rzeczywiste, że istnieje! Dlaczego, niech mi pani powie, panno Nastusiu, dlaczego w takich chwilach trudno oddychać? Dlaczego przez jakieś czarodziejstwo, z jakiegoś nieznanego powodu puls bije szybciej, łzy płyną z oczu marzyciela, jego blade, wilgotne policzki płoną rumieńcem, a nieodparta błogość przenika całe jego jestestwo? Dlaczego długie bezsenne noce mijają jak jedna chwila, w nieskończonej radości i szczęściu, a gdy zorza zabłyśnie w oknach różowym promieniem i świt rozwidni posępny pokój niepewnym, fantastycznym światłem jak u nas w Petersburgu, nasz marzyciel, wyczerpany, znużony, pada na łóżko i zasypia z na pół umarłą z zachwytu, chorobliwie wstrząśniętą duszą i z tak dręcząco słodkim bólem w sercu? Tak, panno Nastusiu, można się omylić i mimo woli naprawdę uwierzyć, że jest coś żywego, osiągalnego w jego bezcielesnych marzeniach! Co za złuda! Oto na przykład miłość zawitała do jego serca z całą swoją niewyczerpaną radością, ze wszystkimi swoimi udrękami... Dość na niego spojrzeć, żeby się przekonać. Czy pani uwierzy, patrząc na niego, droga panno Nastusiu, że on naprawdę nigdy nie znał tej, którą tak kochał w swym szalonym marzeniu? Czyżby ją widział tylko w złudnych widziadłach i czy tylko śniła mu się ta namiętność? Czyżby oni naprawdę nie przeszli ręka w rękę tylu lat swojego życia - sami, we dwoje, wzgardziwszy całym światem i złączywszy każde swój świat, swoje życie z życiem drugiego? Czyż nie ona o późnej godzinie, gdy nastąpiła rozłąka, upadła, płacząc i rozpaczając na jego pierś, nie słysząc burzy szalejącej pod okrutnym niebem, nie słysząc wiatru, który zrywał i unosił łzy z jej czarnych rzęs? Czyżby wszystko to było marzeniem - i ten ogród, ponury, zapuszczony i dziki, z dróżkami porosłymi mchem, opustoszały, posępny, gdzie tak często razem chodzili, roili o przyszłości, smucili się, kochali się, kochali się wzajemnie tak długo, "tak długo i tkliwie"! I ten dziwny, pradziadowski dom, w którym ona tyle czasu mieszkała samotnie i smutno ze starym, posępnym mężem, wiecznie milczącym i zgorzkniałym, którego tak się lękali, nieśmiali jak dzieci, smutno i bojaźliwie ukrywający przed sobą wzajemną miłość? Jakże się męczyli, jak się lękali, jak niewinna, czysta była ich miłość i jak (rozumie się, panno Nastusiu!) źli byli ludzie! I, mój Boże, czyż to nie ją spotkał później daleko od rubieży swojej ojczyzny, pod obcym niebem, południowym, gorącym, w cudownym, starożytnym mieście, wśród blasków balu, przy dźwiękach muzyki, w palazzo (koniecznie w palazzo) zatopionym w morzu świateł, na tym balkonie owitym mirtem i różami, gdzie ona poznając go, z takim pośpiechem zdjęła maskę i szepnąwszy: "Jestem wolna" - zadrżała z zachwytu; i przytuliwszy się do siebie, w jednej chwili zapomnieli i o zgryzocie, i o rozłące, i o wszystkich udrękach, i o starcu, i o ponurym ogrodzie w dalekiej ojczyźnie, i o ławce, na której z ostatnim namiętnym pocałunkiem ona wyrwała się z jego zastygłych w beznadziejnej męce objęć... O, zgodzi się pani, panno Nastusiu, że można się przestraszyć, zmieszać i zaczerwienić jak sztubak, który dopiero co wpakował do kieszeni jabłko skradzione z sąsiedniego ogrodu, gdy jakiś wysoki, zdrowy chłopak, kpiarz i trzpiot, otworzy nagle drzwi i zawoła jakby nigdy nic: "A ja bracie, w tej chwili z Pawłowska!". Mój Boże! Stary hrabia umarł, następuje okres niewypowiedzianego szczęścia - a tu ludzie przyjeżdżają z Pawłowska![7]

Patetycznie zamilkłem, kończąc moje patetyczne wywody. Pamiętam, że miałem wielką ochotę jakoś gwałtem uśmiechnąć się, bo już czułem, że poruszył się we mnie jakiś złośliwy diablik, że coś już mnie zaczęło chwytać za gardło, trząść podbródek, i że coraz bardziej wilgotniały mi oczy... Spodziewałem się, że Nastusia, która mnie słuchała, otworzywszy mądre oczęta, roześmieje się dziecinnym, niepowstrzymanie wesołym śmiechem, i żałowałem już, że zaszedłem za daleko, że niepotrzebnie opowiedziałam to, co wezbrało mi w sercu, o czym mogłem mówić jak z książki dlatego, że już dawno wydałem na siebie wyrok i teraz nie mogłem się powstrzymać, by go nie wypowiedzieć, nie spodziewając się, że zostanę zrozumiany; ale, ku mojemu zdziwieniu, Nastusia milczała, a po chwili z lekka uścisnęła mi dłoń i z jakimś bojaźliwym współczuciem zapytała:

- Czyżby pan naprawdę przeżył tak całe swoje życie?

- Całe życie, panno Nastusiu - odpowiedziałem - całe życie i, zdaje się, tak już skończę!

- Nie, tak nie można - powiedziała niespokojnie - tak nie będzie; tak to może ja przeżyję całe swoje życie obok babki. Proszę pana, czy pan wie, że to niedobrze tak żyć?

- Wiem, panno Nastusiu, wiem - zawołałem, nie hamując już swych uczuć. - I teraz wiem lepiej niż kiedykolwiek, że zmarnowałem swoje najlepsze lata! Teraz wiem o tym i odczuwam to tym boleśniej, że sam Pan Bóg zesłał mi panią, mego dobrego anioła, żeby mi to powiedzieć i udowodnić. Teraz, kiedy siedzę obok pani i rozmawiam z nią, aż mi dziwnie na myśl o przyszłości; dlatego że w przyszłości - znów samotność, znów to przygasłe, niepotrzebne życie; i o czym mam marzyć, kiedy już na jawie, przy pani, byłem tak szczęśliwy! O, niech pani będzie błogosławiona, miła panienko, za to, że pani mnie nie odepchnęła od samego początku, za to, że już mogę powiedzieć, iż przeżyłem choć dwa wieczory w moim życiu!

- Och, nie, nie! - zawołała Nastusia i łezki zabłysły w jej oczach. - Nie, tak dalej nie będzie; my się tak nie rozstaniemy! Cóż to znaczy dwa wieczory!

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej

[4] Wasilij Żukowski (1783-1852) - rosyjski poeta i pisarz, tłumacz dzieł literackich 

[5] Kleopatra i jej kochankowie

[6] utwór Puszkina Domik w Kołomnie (1830)

[7] Pawłowsk, w guberni petersburskiej, należał do rodziny cesarskiej; wówczas popularne letnisko.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Słyszał wszystko, wszystko!

Rzeczywiście, nie wszedł, lecz wbiegł, blady ze wzruszenia i wściek­łości. Zina patrzyła na niego ze zdumieniem.

- To pani tak!... - zawołał, tracąc dech ze wzruszenia. - Nareszcie przekonałem się, kim pani jest!

- Kim jestem! - powtórzyła Zina, patrząc na niego jak na wariata i nagle oczy jej zabłysły gniewem.

- Jak pan śmie tak do mnie mówić! - zawołała, zbliżając się do niego.

- Wszystko słyszałem! - powtórzył Mozgliakow uroczyście, ale jakoś mimo woli cofnął się o krok.

- Słyszał pan? Podsłuchiwał pan? - rzekła Zina, z pogardą patrząc na niego.

- Tak! Podsłuchiwałem! Tak, zdecydowałem się na podłość, ale za to dowiedziałem się, że pani sama... Nie wiem nawet, jak się wyrazić, żeby pani powiedzieć... w jakiem świetle teraz panią widzę! - odpowiedział, coraz bardziej i bardziej tracąc rezon pod spojrzeniem Ziny.

- A choćby pan nawet słyszał, to o co mnie pan może oskarżyć? Jakie pan ma prawo oskarżać mnie? Jakie pan ma prawo tak zuchwale mówić ze mną?

- Ja? Jakie mam prawo? I pani może o to pytać? Pani wychodzi za księcia, a ja nie mam żadnych prawi... Ależ pani mi dała słowo, o to chodzi!

- Kiedy?

- Jak to, kiedy?

- Jeszcze dziś rano, kiedy mi się pan narzucał, odpowiedziałam stanowczo, że nie mogę panu powiedzieć nic pozytywnego.

- Jednak nie odpędziła mnie pani od siebie, nie dała pani stanowczej odmowy; to znaczy, że zatrzymywała mnie pani jako rezerwę! To znaczy, że mnie pani zwodziła.

Na twarzy rozdrażnionej Ziny ukazał się bolesny grymas, jak gdyby na skutek ostrego, przeszywającego bólu wewnętrznego; ale przezwyciężyła to uczucie.

- Jeżeli pana nie odpędziłam - odpowiedziała jasno i dobitnie, choć w jej głosie dawało się słyszeć ledwie dostrzegalne drżenie - to jedynie z litości. Pan sam mnie błagał, żebym zaczekała, żebym nie mówiła "nie", ale żebym poznała pana bliżej, i "wtedy", powiedział pan, "wtedy, kiedy się pani przekona, że jestem człowiekiem szlachetnym, być może, nie odmówi mi pani". To pańskie własne słowa, wypowiedziane na początku pańskich starań. Nie może się pan zaprzeć! Teraz ośmielił się pan powiedzieć mi, że pana zwodziłam. Ale pan sam widział mój wstręt, gdy zobaczyłam dziś pana o dwa tygodnie wcześniej, niż obiecał pan przyjechać, i tego wstrętu nie ukryłam przed panem, przeciwnie, okazałam go. Pan to zauważył, bo sam mnie pan zapytał: czy nie gniewam się, że pan wcześniej przyjechał? Pan wie, że nie zwodzi się tego, przed kim nie może się i nie chce ukryć wstrętu dla jego osoby. Pan ośmielił się powiedzieć, że zachowywałam pana jako rezerwę. Na to odpowiem, że myślałam o panu tak: "jeżeli nawet nie ma zbyt wiele rozumu, to jednak może być dobrym człowiekiem, i dlatego można wyjść za niego". Ale teraz, gdy przekonałam się na szczęście, że pan jest głupcem, i to w dodatku złym głupcem, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć panu wiele szczęścia i szczęśliwej drogi. Żegnam pana!

Powiedziawszy to, Zina odwróciła się od niego i wolno ruszyła ku drzwiom.

Mozgliakow, domyśliwszy się, że wszystko stracone, zawrzał wściek­łością.

- To tak, to ja jestem głupcem - krzyknął - to ja już teraz jestem głupcem! Dobrze! Żegnam panią! Ale zanim wyjadę, opowiem całemu miastu, jak pani ze swoją mamą naciągnęła księcia, upiwszy go do nieprzytomności! Wszystkim opowiem! Poznacie Mozgliakowa!

Zina drgnęła i zatrzymała się, żeby odpowiedzieć, ale po chwili namysłu tylko pogardliwie wzruszyła ramionami i zatrzasnęła drzwi za sobą.

W tej samej chwili na progu zjawiła się Maria Aleksandrowna. Słyszała okrzyk Mozgliakowa, w jednej chwili domyśliła się, o co chodzi i zadrżała z przestrachu. Mozgliakow jeszcze nie wyjechał, Mozgliakow ma styczność z księciem, Mozgliakow rozniesie po mieście, a tajemnica, chociażby na czas najkrótszy, była konieczna. Momentalnie zdała sobie sprawę ze wszystkiego i plan unieszkodliwienia Mozgliakowa był już gotów.

- Co panu jest, mon ami? - powiedziała, podchodząc do niego i przyjaźnie podając mu rękę.

- Jak to: mon ami! - zawołał ze wściekłością - po tym wszystkim, co pani narobiła, jeszcze; mon ami? Morgen frühe, łaskawa pani! I pani sądzi, że pani mnie jeszcze raz wyprowadzi w pole?

- Przykro mi, bardzo mi przykro, że widzę pana w tak dziwnym usposobieniu, Pawle Aleksandrowiczu. Co za wyrażenia! Pan nawet nie liczy się ze słowami wobec damy.

- Wobec damy! Pani... pani jest wszystkim, czym pani chce, ale nie damą! - zawołał Mozgliakow. Nie wiem, co chciał wyrazić przez ten okrzyk, ale zapewne coś bardzo piorunowego.

Maria Aleksandrowna łagodnie popatrzyła mu w twarz.

- Niech pan siada! - powiedziała smutno, wskazując mu fotel, na którym przed kwadransem spoczywał książę.

- Ale niechże pani wreszcie posłucha, Mario Aleksandrowno! - zawołał zaskoczony Mozgliakow. - Pani patrzy na mnie, jak gdyby nie pani była winna, lecz przeciwnie, ja wobec pani! Przecież tak nie można!... Co za ton!... Przecież to w końcu przechodzi granice ludzkiej cierpliwości... Czy pani wie o tym?

- Mój przyjacielu! - odpowiedziała Maria Aleksandrowna - pozwoli pan, że go nadal będę tak tytułować, gdyż nie posiada pan lepszego przyjaciela niż ja. Mój przyjacielu! Pan cierpi, pan jest zmęczony, pan jest zraniony w samo serce - dlatego też nic dziwnego, że pan do mnie mówi takim tonem. Ale jestem zdecydowana powiedzieć panu wszystko, otworzyć przed panem całe swoje serce, tym bardziej że sama czuję się trochę winną wobec pana. Niech pan siada, porozmawiamy.

Głos Marii Aleksandrowny był chorobliwie miękki. Na twarzy jej malowało się cierpienie. Zdumiony Mozgliakow siadł obok niej na fotelu.

- Pan podsłuchiwał? - ciągnęła, patrząc mu w twarz z wyrzutem.

- Tak, podsłuchiwałem! Byłbym durniem, gdybym nie podsłuchiwał! Przynajmniej dowiedziałem się wszystkiego, co pani przeciwko mnie planuje - ordynarnie odpowiedział Mozgliakow, dodając sobie odwagi i podniecając się własnym gniewem.

- I pan, z pańskim wykształceniem, z pańskimi zasadami, mógł się zdecydować na taki postępek? O mój Boże!

Mozgliakowa aż coś poderwało z krzesła.

- Ależ Mario Aleksandrowno! - zawołał - tego już nie można słuchać! Proszę sobie przypomnieć, na co pani sama, z jej zasadami, zdecydowała się, a potem sądzić innych.

- Jeszcze jedno pytanie - powiedziała, nie dając odpowiedzi na jego pytanie - kto panu doradził podsłuchiwać, kto opowiedział, kto szpiegował? - oto, co chcę wiedzieć.

- Wybaczy pani, tego nie powiem.

- Dobrze. Sama się dowiem. Powiedziałam już, Paul, że jestem winna wobec pana. Ale jeżeli pan weźmie wszystko pod uwagę, wszystkie okoliczności, przekona się pan, że jeżeli jestem winna, to jedynie dlatego, że życzyłam panu jak najlepiej.

- Mnie? Jak najlepiej? Tego już nadto! Zapewniam, że mnie pani więcej nie oszuka! Nie taki smarkacz ze mnie!

I obrócił się na fotelu, że aż zatrzeszczało.

- Proszę pana, mój przyjacielu, niech pan bardziej panuje nad sobą, jeżeli pan może. Niech pan mnie wysłucha uważnie, a sam się pan ze wszystkim zgodzi. Po pierwsze, chciałam panu wszystko niezwłocznie wyjaśnić, wszystko, i poznałby pan ode mnie całą sprawę, aż do najdrobniejszego szczegółu, nie poniżając się do podsłuchiwania. Jeżeli nie rozmówiłam się z panem wcześniej, to jedynie dlatego, że wszystko było dopiero w projekcie. Mogło wcale nie dojść do tego. Widzi pan: jestem z panem zupełnie szczera. Po drugie, niech pan nie obwinia mojej córki. Ona kocha pana do szaleństwa i kosztowało mnie wiele niewiarygodnych wysiłków, żeby ją oderwać od pana i skłonić do przyjęcia propozycji księcia.

- Przed chwilą miałem możność usłyszeć najlepszy dowód tej miłości do szaleństwa - rzekł Mozgliakow z ironią.

- Dobrze. A jak pan z nią mówił? Czy tak powinien mówić zakochany? Czy wreszcie tak mówi człowiek dobrze wychowany? Pan ją obraził i rozdrażnił.

- Nie warto teraz mówić o dobrym wychowaniu, Mario Aleksandrowno! Niedawno robiły panie do mnie takie słodkie miny, a kiedy wyjechałem z księciem, wtedy dopiero zaczęły na mnie psy wieszać! Panie mnie z błotem mieszały, tyle pani powiem. Wiem wszystko, wszystko!

- Zapewne z tego samego brudnego źródła? - zauważyła Maria Aleksandrowna, uśmiechając się pogardliwie. - Tak, Pawle Aleksandrowiczu, oczerniałam pana, nagadałam na pana i przyznam się, wiele mnie to kosztowało. Ale już samo to, że byłam zmuszona oczerniać pana przed nią, może nawet mówić o panu oszczerstwa, już samo to dowodzi, jak ciężko mi było wyciągnąć z niej zgodę na zerwanie z panem! Krótkowzroczny człowieku! Gdyby nie kochała pana, czyż potrzebowałabym pana oczerniać, przedstawiać pana w śmiesznym, poniżającym świetle, uciekać się do tak ostatecznych środków? Ale pan jeszcze wszystkiego nie wie! Musiałam użyć władzy matczynej, żeby usunąć pana z jej serca, i po niewiarygodnych wysiłkach osiągnęłam tylko powierzchowną zgodę. Jeżeli pan nas teraz podsłuchiwał, powinien pan był zauważyć, że ona ani jednym słowem, ani jednym gestem nie podtrzymywała mnie wobec księcia. W ciągu całej tej sceny nie powiedziała prawie ani słowa: śpiewała jak automat. Cała dusza drętwiała jej z bólu, tak, że z litości dla niej wyprowadziłam stąd w końcu księcia. Jestem przekonana, że płakała, gdy została sama. Wchodząc tutaj, musiał pan zauważyć jej łzy...

Mozgliakow rzeczywiście przypomniał sobie, że wbiegłszy do pokoju, zastał Zinę we łzach.

- Ale pani, pani dlaczegóż była przeciwko mnie, Mario Aleksandrowno? - zawołał. - Dlaczego mnie pani oczerniała, rzucała na mnie oszczerstwa, do czego się pani obecnie przyznaje?

- A, to inna rzecz! Gdyby pan od początku rozsądnie pytał, dawno już otrzymałby pan odpowiedź. Tak, ma pan słuszność. Wszystko to zrobiłam ja i tylko ja. Ziny niech pan w to nie miesza. Dlaczego to zrobiłam? Odpowiadam: po pierwsze, dla Ziny. Książę jest bogaty, możny, ustosunkowany i Zina, wychodząc za niego, zrobi świetną partię. Wreszcie, jeżeliby nawet umarł, może nawet niedługo, bo wszyscy jesteśmy mniej lub więcej śmiertelni, wtenczas Zina jest młodą wdową, księżną, obraca się w wyższym towarzystwie i, być może, jest bardzo bogata. Wtenczas może wyjść za mąż, za kogo zechce, może zrobić najświetniejszą partię. Ale ona, rozumie się, wyjdzie za tego, którego kocha, za tego, którego kochała dawniej, któremu rozdarła serce, wychodząc za księcia. Już sama skrucha skłoniłaby ją do dania rekompensaty za winę wobec tego, którego dawniej kochała.

- Hm! - bąknął Mozgliakow, z zamyśleniem patrząc na swoje buty.

- Po drugie, i o tym wspomnę tylko pokrótce - ciągnęła Maria Aleksandrowna - bo może pan tego nawet nie zrozumie. Czyta pan swojego Szekspira, czerpie z niego wszystkie swe wzniosłe uczucia, a w istocie chociaż pan jest bardzo dobry, jednak jeszcze zbyt młody, a ja jestem matką, Pawle Aleksandrowiczu! Niechże pan posłucha: wydaję Zinę za księcia po części i dla samego księcia, gdyż chcę go wyratować przez to małżeństwo. Lubiłam i dawniej tego szlachetnego, tego najpoczciwszego, tego po rycersku uczciwego starca. Byliśmy przyjaciółmi. Teraz nieszczęśliwy starzec jest w szponach tej piekielnicy. Ona go wpędzi do grobu. Bóg widzi, że skłoniłam Zinę do małżeństwa z nim jedynie dlatego, że postawiłam jej przed oczy całą świętość jej samozaparcia. Skłoniła ją szlachetność uczuć, pragnienie ofiary. W niej samej jest coś rycerskiego. Wytłumaczyłam jej, że to wzniosły czyn chrześcijański być podporą, pociechą, przyjaciółką, dzieckiem, przedmiotem zachwytu, bóstwem, dla tego, któremu pozostaje już tylko może rok życia. Nie wstrętna kobieta, nie strach, nie melancholia, otaczałyby go w ostatnich dniach jego życia, lecz światło, przyjaźń, miłość. Rajem wydałyby mu się te ostatnie dni! Gdzież tu egoizm, niech pan sam powie? To raczej wzniosły czyn siostry miłosierdzia niż egoizm!

- A więc... a więc pani to zrobiła tylko dla księcia, dla wzniosłego czynu siostry miłosierdzia? - beknął Mozgliakow ironicznym tonem.

- Rozumiem i to pytanie, Pawle Aleksandrowiczu; jest ono dostatecznie jasne. Być może, iż pan sądzi, że tu po jezuicku poplątane są korzyści księcia z własnymi korzyściami? Cóż? Być może, że w mojej głowie powstały i te wyrachowania, tylko nie po jezuicku, lecz mimowolnie. Wiem, że zdumiewa pana tak szczere wyznanie, ale o jedno pana proszę, Pawle Aleksandrowiczu: niech pan do tego nie miesza Ziny! Ona jest czysta jak gołąb: ona nie umie działać z wyrachowania; ona umie tylko kochać, drogie moje dziecię! Jeżeli tu ktoś miał wyrachowanie, to ja i tylko ja! Ale po pierwsze, niech pan zapyta o to swego surowego sumienia i niech pan powie: kto by na moim miejscu, w podobnym wypadku działał bez wyrachowania? Obliczamy swe korzyści nawet w najwznioślejszych, nawet w najbardziej bezinteresownych sprawach naszych, obliczamy niedostrzegalnie, mimowolnie! Naturalnie, prawie wszyscy sami siebie oszukują, wmawiając w siebie, że działają wyłącznie ze szlachetnych pobudek. Ja nie chcę siebie oszukiwać: i przyznaję, że przy całej szlachetności moich celów działałam z wyrachowania. Ale niech pan zapyta, czy robię te wyrachowania dla siebie? Mnie już nic nie potrzeba, Pawle Aleksandrowiczu! Przeżyłam już swoje lata. Robiłam te wyrachowania dla niej, dla mojego anioła, dla mojego dziecka i - jakaż matka może mnie obwinić w tym wypadku?

Łzy zabłysły w oczach Marii Aleksandrowny. Paweł Aleksandrowicz ze zdumieniem słuchał tej szczerej spowiedzi i, niezupełnie rozumiejąc, mrugał oczami.

- No tak, jaka matka... - odezwał się w końcu. - Pięknie pani śpiewa, Mario Aleksandrowno, ale... ale przecież pani dała mi słowo! Pani i mnie robiła nadzieje... Jakże ja teraz? Niech pani pomyśli! Przecież pani wie, jak ja w tej całej sprawie wyglądam?

- Czyżby pan przypuszczał, że nie pomyślałam o panu, mon cher Paul! Przeciwnie: we wszystkich tych wyrachowaniach było tyle korzyści dla pana, że to głównie skłoniło mnie do spełnienia tych zamierzeń.

- Korzyści dla mnie! - zawołał Mozgliakow, tym razem zupełnie oszołomiony. - A to w jaki sposób?

- Mój Boże! Czyż można być do tego stopnia prostolinijnym i krótkowzrocznym! - zawołała Maria Aleksandrowna, podnosząc oczy do nieba. - Oj, młodość, młodość! Oto co znaczy zagłębiać się w tym Szekspirze, marzyć, wyobrażać sobie, że się żyje, korzystając z cudzego umysłu i cudzych myśli! Pyta pan, mój dobry Pawle Aleksandrowiczu, na czym tu polegają pańskie korzyści? Pozwoli pan, że dla większej jasności odbiegnę na chwilę od tematu: Zina kocha pana, to nie ulega wątpliwości! Ale zauważyłam, że pomimo jej oczywistej miłości, kryje się w niej jakaś nieufność do pana, do dobroci pańskich uczuć, do pańskich skłonności. Zauważyłam, że czasami, jak gdyby umyślnie powstrzymuje się i jest chłodna dla pana - owoc zastanowienia i nieufności. Czy pan tego nie zauważył, Pawle Aleksandrowiczu?

- Za-u-wa-żyłem; nawet dzisiaj... Jednak, co pani przez to chce powiedzieć, Mario Aleksandrowno?

- Widzi pan, sam pan to zauważył. A więc nie omyliłam się. Otóż ma ona jakąś dziwną nieufność do dobrych skłonności pana. Jestem matką - czyżbym więc mogła nie odgadnąć serca mojego dziecka? Proszę sobie teraz wyobrazić, że pan, zamiast wbiec do pokoju z wymówkami a nawet z wymysłami, rozdrażnić ją, skrzywdzić, obrazić, ją, czystą, piękną, dumną, i przez to, z natury rzeczy, utwierdzić ją w podejrzeniach co do pańskich złych skłonności, proszę sobie wyobrazić, że pan przyjął tę wiadomość łagodnie, ze łzami żalu, nawet rozpaczy, ale i we wzniosłym nastroju...

- Hm!

- Nie, niech mi pan nie przerywa, Pawle Aleksandrowiczu. Chcę postawić panu przed oczy obraz, który przytłoczy pańską wyobraźnię. Niech pan sobie wyobrazi, że przyszedł pan do niej i mówi: "Zenaido! Kocham cię nad życie, ale racje familijne rozłączają nas. Uznaję te racje. To dla twego szczęścia i dlatego nie śmiałem im się przeciwstawiać, Zenaido! Wybaczam ci. Bądź szczęśliwa, jeżeli możesz!". I tu utkwiłby pan w niej spojrzenie - spojrzenie zarzynanego jagnięcia, jeżeli można się tak wyrazić - niech pan sobie to wszystko wyobrazi i pomyśli, jaki efekt wywarłyby te słowa na jej sercu.

- Tak, Mario Aleksandrowno, przypuśćmy, że wszystko to tak; ja to wszystko rozumiem... ale cóż - powiedziałbym to, a jednak odszedłbym z niczym...

- Nie, nie, nie, mój przyjacielu! Niech mi pan nie przerywa! Koniecznie chcę odmalować panu całkowity obraz, ze wszystkimi następstwami, żeby w szlachetnym duchu oddziałać na pana. Niech pan sobie wyobrazi, że spotyka się pan z nią później, po jakimś czasie, w wyższym towarzystwie; spotyka ją pan gdzieś na balu, przy rzęsistym oświetleniu, przy upajającej muzyce, pośród najwspanialszych kobiet, i pośród całej świetności, pan samotny, smutny, zamyślony, blady, oparty gdzieś o kolumnę (ale tak, żeby pana było widać), obserwuje ją pan w balowym wirze. Ona tańczy. Wkoło pana przelewają się upajające tony Straussa, sypią się dowcipy wyższego towarzystwa, a pan samotny, blady i przygnębiony swą namiętnością! Co się wówczas stanie z Ziną, niech pan pomyśli? Jakimi oczyma będzie patrzeć na pana? "I ja - pomyśli sobie - i ja mogłam wątpić w tego człowieka, który poświęcił dla mnie wszystko, wszystko, i rozdarł sobie dla mnie serce!" Rozumie się, dawna miłość odżyłaby w niej z niepowstrzymaną siłą!

Maria Aleksandrowna zatrzymała się dla zaczerpnięcia oddechu. Mozgliakow poruszył się tak mocno, że fotel po raz drugi zatrzeszczał. Maria Aleksandrowna ciągnęła dalej:

- Dla zdrowia księcia Zina jedzie za granicę, do Włoch, do Hiszpanii, do Hiszpanii, gdzie mirty, cytryny, gdzie błękitne niebo, gdzie Gwadalkwiwir, do kraju miłości, gdzie nie można żyć, nie kochając; gdzie róże i pocałunki, że tak powiem, unoszą się w powietrzu! Jedzie pan tam za nią; poświęca pan służbę, stosunki, wszystko! Tam rozpoczyna się wasza miłość, młodość. Hiszpania - Boże mój! Rozumie się, miłość wasza jest nieskalana, święta; ale w końcu zaczynacie się męczyć, patrząc na siebie wzajemnie. Pan mnie rozumie, mon ami! Naturalnie, znajdą się podli, podstępni ludzie, nicponie, którzy będą twierdzić, że bynajmniej nie pokrewieństwo i współczucie dla cierpiącego starca sprowadziło pana za granicę. Umyślnie nazwałam waszą miłość nieskalaną, dlatego, że ci ludzie, być może, nadadzą jej zupełnie inny charakter. Ale ja jestem matką, Pawle Aleksandrowiczu, i czyż ja bym mogła nakłaniać was do złego?... Naturalnie, książę nie będzie w stanie patrzeć na was dwoje, ale cóż stąd wynika? Czy można na tym opierać tak podłe oszczerstwo? W końcu umiera, błogosławiąc swój los. Niech pan powie: za kogo wyjdzie Zina, jeżeli nie za pana? Jest pan tak dalekim krewnym księcia, że nie może być żadnych trudności przy zawieraniu małżeństwa. Bierze ją pan, młodą, bogatą, znakomitą, i to kiedy? Wtedy, gdy małżeństwem z nią mogliby się szczycić najznakomitsi z arystokratów! Dzięki niej wchodzi pan do najwyższych sfer towarzyskich, dzięki niej otrzymuje pan nagle poważne stanowisko służbowe, awansuje pan. Teraz ma pan sto pięćdziesiąt dusz, a wówczas będzie pan bogaty; książę załatwi to wszystko w swym testamencie; już ja się do tego zabiorę. I wreszcie, co najważniejsze, ona już w zupełności upewniła się co do pana, co do pańskiego serca, co do pańskich uczuć, i nagle staje się pan w jej oczach bohaterem cnoty i zaparcia się siebie!... I pan po tym wszystkim pyta, jakie są pańskie korzyści? Ale przecież w końcu trzeba być ślepym, żeby nie dostrzec, żeby nie zdać sobie sprawy, żeby nie obliczyć tej korzyści, kiedy stoi o dwa kroki przed panem, patrzy na pana, uśmiecha się i mówi: "To ja, twoja korzyść!". Pawle Aleksandrowiczu, na miłość boską!

- Mario Aleksandrowno! - zawołał Mozgliakow z niezwykłym wzruszeniem - teraz wszystko zrozumiałem! Postąpiłem ordynarnie, płasko i podle!

Zerwał się z fotela i schwycił się za włosy.

- I bez wyrachowania - dodała Maria Aleksandrowna - to najważniejsze: bez wyrachowania!

- Jestem osioł, Mario Aleksandrowno! - zawołał prawie z rozpaczą. - Teraz wszystko stracone, bo do szaleństwa ją kochałem!

- Być może, że nie wszystko stracone - rzekła pani Moskalewa cicho, jak gdyby nad czymś się namyślając.

- O, gdyby to było możliwe! Niech pani pomoże! Niech pani nauczy! Niech pani wyratuje!

I Mozgliakow rozpłakał się.

- Mój przyjacielu! - ze współczuciem rzekła Maria Aleksandrowna, podając mu rękę. - Pan to zrobił z nadmiernego zgorączkowania, w szale namiętności, a więc z miłości do niej! Był pan w rozpaczy, nie odpowiadał pan za siebie! Przecież ona musi to wszystko zrozumieć...

- Kocham ją do szaleństwa i gotów jestem wszystko dla niej poświęcić! - krzyknął Mozgliakow.

- Niech pan posłucha, wytłumaczę pana przed nią...

- Mario Aleksandrowno!

- Tak, podejmuję się tego! Zetknę was ze sobą. Powie jej pan wszystko, wszystko, tak jak panu teraz mówiłam!

- O Boże! Jaka pani dobra, Mario Aleksandrowno!... Ale... czy nie można by tego zaraz zrobić!

- Broń Boże! O, jaki pan niedoświadczony, mój przyjacielu! Ona taka dumna! Weźmie to za nowe grubiaństwo, za natręctwo! Jutro wszystko załatwię, a teraz - niech pan idzie dokądkolwiek, chociażby do tego kupca... Ostatecznie, mógłby pan przyjść wieczorem; ale nie radziłabym panu!

- Pójdę, pójdę! Mój Boże! Pani mi życie wraca! Ale jeszcze jedno pytanie: co będzie, jeżeli książę nie umrze tak prędko?

- Ach, mój Boże, jaki pan naiwny, mon cher Paul. Przeciwnie, trzeba szczerze prosić Boga o jego zdrowie. Trzeba z całego serca życzyć mu długich dni, temu miłemu, temu poczciwemu, temu rycersko szlachetnemu staruszkowi! Ja pierwsza ze łzami w oczach i w dzień, i w nocy będę się modlić o szczęście mojej córki. Ale niestety! Zdaje się, że zdrowie księcia nie rokuje zbyt dobrych nadziei! Przy tym będzie musiał teraz odwiedzić stolicę, wprowadzić Zinę w świat. Boję się, och, boję się, żeby mu to do reszty nie popsuło zdrowia! Ale - będziemy się modlić, cher Paul, a reszta - w ręku Boga!... Pan już idzie? Błogosławię pana, mon ami! Niech pan nie traci nadziei, cierpi, i będzie mężny, to najważniejsze - niech pan będzie mężny! Nigdy nie wątpiłam w szlachetność pańskich uczuć...

Mocno uścisnęła mu rękę i Mozgliakow na palcach wyszedł z pokoju.

- No, pozbyłam się jednego durnia! - powiedziała z triumfem. - Pozostali inni.

Drzwi się otwarły i weszła Zina. Była bledsza niż zwykle. Oczy jej błyszczały.

- Mamo - rzekła - niech mama prędzej kończy, bo nie wytrzymam! Wszystko to jest do tego stopnia brudne i podłe, że gotowa jestem uciec z domu. Niech mama mnie nie męczy, niech mama mnie nie drażni! Mdło mi, słyszy mama: mdło mi od całego tego błota!

- Zino, co ci jest, mój aniele? Ty... ty podsłuchiwałaś! - zawołała Maria Aleksandrowna, badawczo i z niepokojem wpatrując się w Zinę.

- Tak, podsłuchiwałam. Może chce mnie mama zawstydzić tak, jak tego durnia? Proszę mamy, przysięgam, że jeżeli mama nadal będzie mnie tak męczyć i wyznaczać mi różne płaskie role w tej płaskiej komedii, to rzucę wszystko i skończę od razu. Dość już tego, że zdecydowałam się na główną podłość! Ale... nie znałam siebie! Ja uduszę się w tym smrodzie!

I wyszła, trzaskając drzwiami.

Maria Aleksandrowna bacznie popatrzyła w ślad za nią i zamyśliła się.

- Pośpiech, pośpiech! - zawołała, otrząsając się. - Z nią najgorzej, z jej strony grozi największe niebezpieczeństwo, i jeżeli wszyscy ci łajdacy nie zostawią nas samych, roztrąbią po mieście - co zapewne już zrobili - to wszystko stracone! Ona nie wytrzyma całego tego galimatiasu i cofnie się. Za wszelką cenę i niezwłocznie trzeba wywieźć księcia na wieś! Sama najpierw pojadę, wyciągnę mego bałwana i przywiozę tutaj. Powinien wreszcie choć na cośkolwiek mi się przydać! A tamten się wyśpi - i wyjedziemy!

Zadzwoniła.

- Co słychać z końmi? - zapytała wchodzącego człowieka.

- Dawno gotowe - odpowiedział lokaj.

Konie były zamówione w tej samej chwili, w której Maria Aleksandrowna odprowadzała księcia na górę.

Ubrała się, ale przedtem jeszcze pobiegła do Ziny, żeby zakomunikować jej w ogólnych zarysach swą decyzję i dać pewne instrukcje. Ale Zina nie mogła jej słuchać. Leżała na łóżku, twarzą do poduszki; zalewała się łzami i wyrywała swe długie, cudne włosy białymi rękami, obnażonymi do łokci. Od czasu do czasu wstrząsała się, jak gdyby nagle zimno przechodziło przez wszystkie jej członki. Maria Aleksandrowna zaczęła mówić, ale Zina nawet nie podniosła głowy.

Postawszy nad nią jakiś czas, Maria Aleksandrowna wyszła strapiona i żeby to sobie czym innym wynagrodzić, wsiadła do karety i kazała pędzić co sił.

"To fatalne, że Zina podsłuchiwała! - myślała, siedząc w karecie. - Przekonałam Mozgliakowa prawie tymi samymi słowami co i ją. Jest dumna i może się obraziła... Hm! Ale najważniejsze, najważniejsze, to zdążyć wszystko załatwić, zanim zwąchają! Masz tobie! A jeżeli mojego durnia jak na złość nie będzie w domu!"

I na samą tę myśl opanowała ją wściekłość, niewróżąca nic dobrego Atanazemu Matwiejewiczowi; kręciła się na siedzeniu z niecierpliwości. Konie pędziły co sił.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kareta mknęła. Powiedzieliśmy już wyżej, że w głowie Marii Aleksandrowny już dawno, w tym czasie, kiedy uganiała się za księciem po mieście, zabłysła genialna myśl. Obiecaliśmy wspomnieć o tej myśli we właściwym miejscu. Ale czytelnik już ją zna. Myślą tą było, żeby z kolei zarekwirować księcia i możliwie najprędzej wywieźć go na podmiejską wieś, gdzie beztrosko wegetował szczęśliwy Atanazy Matwiejewicz. Nie będziemy ukrywali, że Marię Aleksandrownę coraz bardziej opanowywał jakiś niedający się wytłumaczyć niepokój. Zdarza się to nawet prawdziwym bohaterkom, właśnie wtedy, kiedy osiągają swój cel. Jakiś instynkt szepce jej, że niebezpiecznie pozostawać w Mordasowie. "A kiedy już będziemy na wsi - myślała - to niech tam sobie miasto choćby na głowie staje!" Naturalnie, i na wsi nie można było tracić czasu. Wszystko mogło się zdarzyć, wszystko, stanowczo wszystko, chociaż, naturalnie, nie wierzymy pogłoskom rozprzestrzenianym później przez nieżyczliwych naszej bohaterce, że ta, w owej chwili, bała się nawet policji. Słowem, widziała, że trzeba jak najprędzej wydać Zinę za księcia. Środki zaś były pod ręką. Ślub domowy mógł dać nawet wiejski duchowny. Ślub mógł się odbyć pojutrze, w ostatecznym razie nawet i jutro. Bywały przecież śluby, z którymi związane formalności załatwiano w dwie godziny! Księciu można wytłumaczyć ten pośpiech, ten brak wszelkich uroczystości, zaręczyn, dziewiczych wieczorów, jako nieodzowne comme il faut; przekonać go, że tak będzie właściwiej, okazalej. Wreszcie, można było wszystko przedstawić jako przygodę romantyczną, i zatrącić w ten sposób najczulszą strunę w sercu księcia. W ostatecznym razie można go upić albo, co lepsze, stale utrzymywać go w stanie nietrzeźwym. A potem cokolwiek się stanie, Zina jednak będzie księżną! Jeżeli zaś nie obejdzie się przy tym bez skandalu, na przykład choćby w Petersburgu, albo w Moskwie, gdzie książę miał krewnych, to i na to jest rada. Po pierwsze, wszystko to jeszcze dalekie; a po drugie, Maria Aleksandrowna wierzyła, że w wyższych sferach towarzyskich prawie nigdy nie może się obejść bez skandalu, szczególnie w sprawach małżeńskich; że to jest nawet w dobrym tonie, chociaż skandale wyższych sfer towarzyskich, w jej pojęciach, powinny być jakieś szczególne, wspaniałe, coś w rodzaju Monte Christo albo Memoires du Diable. Że, w końcu wystarczy, żeby Zina tylko pokazała się w wyższym towarzystwie, i mama pomogła jej, a wszystkie, stanowczo wszystkie, zostaną natychmiast zwyciężone, i żadna z tych wszystkich hrabin i księżniczek nie będzie w stanie wytrzymać tego mordasowskiego mycia głowy, które zdolna jest dać im jedna tylko Maria Aleksandrowna, wszystkim razem albo każdej z osobna. Toteż na skutek wszystkich tych wyrachowań Maria Aleksandrowna pędziła teraz do swej posiadłości po Atanazego Matwiejewicza, który, jej zdaniem, był teraz niezbędnie potrzebny. Istotnie: wieźć księcia na wieś, znaczyłoby wieźć go do Atanazego Matwiejewicza, z którym książę, być może, nawet nie chciałby się zapoznać. Gdy zaś Atanazy Matwiejewicz zaprosi księcia, sprawa przybierze zupełnie inny obrót. Przy tym pojawienie się statecznego i okazałego ojca rodziny, we fraku i w białym krawacie, z cylindrem w ręku, przybyłego specjalnie z dalekich stron na pierwszą wiadomość o księciu, mogło sprawić nadzwyczaj miły efekt, mogło nawet połechtać ambicję księcia. Takiemu stanowczemu i uroczystemu zaproszeniu trudno nawet odmówić, myślała Maria Aleksandrowna. Nareszcie kareta przejechała trzy wiorsty i stangret Sofron zatrzymał swe konie przed gankiem długiego, parterowego, drewnianego budynku, dość starego i poczerniałego, z długim szeregiem okien, i otoczonego ze wszystkich stron starymi lipami. Był to dom wiejski i letnia rezydencja Marii Aleksandrowny. W domu już paliły się światła.

- Gdzie ten bałwan? - krzyknęła Maria Aleksandrowna, wpadając do pokoju jak huragan. - Po co tutaj ten ręcznik? Aha! Wycierał się! Znowu był w łaźni? I wiecznie chłepce tę swoją herbatę! No, cóżeś na mnie wytrzeszczył oczy, stary durniu! Dlaczego włosy ma nie ostrzyżone? Griszka! Griszka! Griszka! Dlaczego nie ostrzygłeś pana, jak ci kazałam w zeszłym tygodniu?

Maria Aleksandrowna, wchodząc do pokoju, miała zamiar przywitać się z Atanazym Matwiejewiczem o wiele bardziej miękko, ale zobaczywszy, że wyszedł z łaźni i z rozkoszą popija herbatę, nie mogła powstrzymać gorzkiego oburzenia. Rzeczywiście: tyle kłopotów i trosk z jej strony, i tyle błogiego kwietyzmu ze strony na nic niepotrzebnego i do niczego niezdatnego Atanazego Matwiejewicza; ten kontrast natychmiast ukłuł ją w samo serce. Tymczasem bałwan, albo, mówiąc grzeczniej, ten, którego nazywano bałwanem, siedział obok samowara, i w bezmyślnym przestrachu, otworzywszy usta i wytrzeszczywszy oczy, patrzył na swą małżonkę, która prawie zamieniła go w słup soli swym ukazaniem się. Z przedpokoju wysunęła się zaspana i niezgrabna postać Griszki, mrugającego oczami na całą tę scenę.

- A bo pan nie daje, dlatego i nie strzygłem - odezwał się głosem mrukliwym i chrapliwym. - Dziesięć razy przychodziłem z nożycami - ot, powiadam, tylko patrzeć, jak pani przyjedzie, obu nam się dostanie i co wtedy? Nie, powiada pan, poczekaj, w niedzielę się ufryzuję; chcę, żeby włosy były dłuższe.

- Co? Więc on się fryzuje! Więc przyszło ci do głowy beze mnie się fryzować? A to co za moda! I czy to będzie pasować do twojego głupiego łba? Boże, jaki tu nieporządek! Czym tu pachnie? Pytam się ciebie, gałganie, czym tu pachnie? - krzyczała żona, nacierając coraz ostrzej na Bogu ducha winnego i całkiem już oszalałego Atanazego Matwiejewicza.

- Ma... mateczko! - wyjąkał nastraszony małżonek, nie wstając z miejsca i patrząc błagalnymi oczami na swą rozkazodawczynię - ma... mateczko!...

- Ile razy wbijałam w twoją oślą głowę, że wcale nie jestem dla ciebie mateczką? Cóż ja za mateczka dla ciebie, ty pigmeju! Jak śmiesz nazywać tak szlachetną damę, której miejsce jest w wyższym towarzystwie, a nie przy takim ośle, jak ty!

- Ale... ale przecież, Mario Aleksandrowno, jesteś jednak moją ślubną żoną, więc też mówię... po małżeńsku... - odparł Atanazy Matwiejewicz, podnosząc równocześnie obie ręce do głowy, żeby obronić swe włosy.

- Ach, ty mordo! Ach, ty pało drewniana! No słyszał kto głupszą odpowiedź? Ślubna żona! Jakież to teraz są ślubne żony? Czy ktoś z wyższego towarzystwa użyłby tego głupiego, tego seminaryjnego, tego wstrętnie płaskiego słowa: "ślubna"?, i jak śmiesz przypominać mi, że jestem twoją żoną, kiedy ja wszelkimi siłami staram się o tym zapomnieć, wszelkimi środkami mojej duszy? Dlaczego głowę rękami zakrywasz? Patrzcie no, jakie to ma włosy! Zupełnie, zupełnie mokre! Za trzy godziny nie wyschną! Jakże go teraz zabrać? Jakże go ludziom pokazać? Co tu teraz począć?

I Maria Aleksandrowna załamywała ręce z wściekłości, biegając tam i z powrotem po pokoju. Nieszczęście, naturalnie, było niewielkie i do naprawienia; ale w tym sęk, że Maria Aleksandrowna nie mogła zapanować nad swym wszechzwycięskim i despotycznym charakterem. Odczuwała potrzebę bezustannego przelewania swego gniewu na Atanazego Matwiejewicza, gdyż tyrania jest przyzwyczajeniem zamieniającym się w potrzebę. No i wreszcie wszystkim wiadomo, do jakich kontrastów zdolne są niektóre subtelne damy z towarzystwa, u siebie za kulisami, i miałem właśnie ochotę odmalować te kontrasty. Atanazy Matwiejewicz z drżeniem obserwował ruchy swej małżonki i aż spocił się, patrząc na nią.

- Griszka - zawołała w końcu - niech się pan natychmiast ubiera! Frak, spodnie, biały krawat, kamizelka - prędzej! A gdzież jego szczotka do włosów, gdzie szczotka?

- Mateczko! Przecież ja dopiero co z łaźni: mogę się zaziębić, jeżeli pojadę do miasta...

- Nie zaziębisz się!

- Ot i włosy mokre...

- Zaraz je wysuszymy! Griszka, bierz szczotkę do włosów, trzyj do sucha; mocniej! mocniej! Mocniej! O, tak! O, tak!

Na tę komendę gorliwy i oddany Griszka zaczął co sił wycierać włosy swego pana, dla większej wygody schwyciwszy go za ramię i trochę nachyliwszy do kanapy. Atanazy Matwiejewicz krzywił się i omal nie płakał.

- Teraz chodź tu! Podnieś go, Griszka! Gdzie pomada? Nachyl się, nachyl się, gałganie, nachyl się, darmozjadzie!

I Maria Aleksandrowna własnoręcznie zabrała się do pomadowania swego małżonka, bezlitośnie tarmosząc jego gęste, szpakowate włosy, których, na swoje nieszczęście, nie ostrzygł. Atanazy Matwiejewicz stękał, wzdychał, ale nie krzyczał i z pokorą wytrzymał całą operację.

- Wszystkie soki ze mnie wyssałeś, ty guzdrało! - rzekła Maria Aleksandrowna. - Nachylże się jeszcze bardziej, nachyl się!

- Jakże to ja, mateczko, mogłem wyssać z ciebie soki? - wymamrotał małżonek, nachylając głowę najbardziej jak tylko mógł.

- Bałwan! Nie rozumie alegorii! Teraz uczesz się; a ty go ubieraj; ale prędzej!

Bohaterka nasza usiadła na fotelu i po inkwizytorsku obserwowała ceremoniał ubierania się Atanazego Matwiejewicza. Ten ostatni zdążył już tymczasem trochę odpocząć i nabrać otuchy, i kiedy doszło do wiązania białego krawata, ośmielił się nawet wypowiedzieć jakieś własne mniemanie w kwestii formy i piękności węzła. Wreszcie, kładąc frak, szanowny małżonek całkiem się ośmielił i zaczął patrzeć na siebie w lustrze z pewnym poważaniem.

- Dokądże to zabierasz mnie, Mario Aleksandrowno? - rzekł, kończąc swą toaletę.

Maria Aleksandrowna nie chciała wierzyć własnym uszom.

- Słyszycie państwo! Ach, ty strachu na wróble! Jak śmiesz pytać mnie, dokąd cię zabieram!

- Trzeba przecież wiedzieć, mateczko...

- Milcz! Spróbuj to powiedzieć do mnie jeszcze raz: mateczko, zwłaszcza tam, dokąd teraz jedziemy! Cały miesiąc nie dostaniesz herbaty.

Przestraszony mąż umilkł.

- Widzicie go, ani jednego orderu nie wysłużył, głupi kloc! - ciąg­nęła, patrząc z pogardą na czarny frak Atanazego Matwiejewicza.

Atanazy Matwiejewicz obruszył się w końcu.

- Ordery, mateczko, daje władza, a ja jestem radca, a nie kloc! - rzekł w szlachetnym oburzeniu.

- Co, co, co! Toś ty się tu rezonować nauczył! Ach, ty bałwanie! Ach, ty niedołęgo! Szkoda, że nie mam czasu zabrać się do ciebie, bo bym ci... To nic, później sobie przypomnę! Daj mu cylinder, Griszka! Daj mu futro! Tutaj, beze mnie, wszystkie te trzy pokoje uprzątnąć: i zielony narożny też uprzątnąć. Migiem szczotki do rąk! Z luster zdjąć pokrowce, z zegarów także i żeby za godzinę wszystko było gotowe. A sam włóż frak, ludziom wydaj rękawiczki, słyszysz Griszka, słyszysz?

Wsiedli do karety. Atanazy Matwiejewicz zdumiewał się i dziwił. Tymczasem Maria Aleksandrowna zastanawiała się - jakby najprzystępniej wbić w głowę swego małżonka niektóre wskazówki, konieczne w jego obecnej roli. Ale małżonek uprzedził ją.

- A ja, Mario Aleksandrowno, miałem dziś nadzwyczaj oryginalny sen - oświadczył niespodzianie, w chwili milczenia.

- Tfu, ty przeklęty bałwanie! Myślałam już, że Bóg wie co! Co za sen! I jak śmiesz zawracać mi głowę swoimi chamskimi snami! Oryginalny! Czy ty rozumiesz, co to znaczy: oryginalny? Słuchaj, mówię ci po raz ostatni, że jeżeli mi się ośmielisz choć słowem wspomnieć o śnie albo o czymś innym, to - nie wiem już, co z tobą zrobię! Słuchaj uważnie, przyjechał do mnie książę K. Pamiętasz księcia K.?

- Pamiętam, mateczko, pamiętam. A po cóż to on do nas zawitał?

- Milcz, nie twoja rzecz! Masz ze szczególną uprzejmością, jako gospodarz, zaprosić go natychmiast do nas na wieś. Po to właśnie cię wiozę. Zaraz dziś siadamy i wyjeżdżamy. Ale jeżeli tylko się ośmielisz choć słowo powiedzieć przez cały wieczór, albo jutro, albo pojutrze, to cały rok każę ci gęsi paść! Nie mów nic, ani słowa. To cały twój obowiązek, rozumiesz?

- No, a jeżeli ktoś o coś zapyta?

- Milcz i wtedy.

- Ale przecież nie można ciągle milczeć, Mario Aleksandrowno!

- W takim razie odpowiadaj monosylabami, na przykład: Hm! albo czymś w tym rodzaju, żeby okazać, że jesteś mądrym człowiekiem i namyślasz się, zanim dasz odpowiedź.

- Hm!

- Zrozum mnie! Wiozę cię dlatego, żeś usłyszał o księciu i natychmiast, zachwycony jego odwiedzinami, przyjechałeś złożyć mu swoje uszanowanie i zaprosić go na wieś; rozumiesz?

- Hm!

- Ty mi tu teraz nie mów: hm! durniu! Odpowiadaj mi!

- Dobrze, mateczko, wszystko będzie, jak sobie życzysz, tylko po co mam zapraszać księcia?

- Co, co? Znów rezonujesz! A co cię to obchodzi, po co? I jak śmiesz o to pytać?

- Ja wciąż do tego prowadzę, Mario Aleksandrowno: jakże go będę zapraszać, kiedyś mi kazała milczeć?

- Ja będę za ciebie mówić, a ty się tylko kłaniaj, słyszysz, tylko się kłaniaj, a cylinder trzymaj w ręku. Rozumiesz?

- Rozumiem, mat... Mario Aleksandrowno.

- Książę jest nadzwyczajnie dowcipny. Jeżeliby coś powiedział, nawet nie do ciebie, masz na wszystko odpowiadać dobrodusznym, wesołym uśmiechem, słyszysz?

- Hm!

- Znowu: hm! Do mnie nie mów: hm! Masz mi jasno i po prostu odpowiedzieć: słyszysz czy nie?

- Słyszę, Mario Aleksandrowno, słyszę, jakżebym mógł nie słyszeć, a mówię: hm! dlatego, żeby się nauczyć, jak mi kazałaś. Ale ja wciąż do tego wracam, mateczko; jakże to: jeżeli książę coś powie, każesz mi patrzeć na niego i uśmiechać się. No, a jeżeli mnie jednak o coś zapyta?

- Ach, ty baranie niepojętny! Powiedziałam ci już: milcz. Ja będę za ciebie odpowiadać, a ty tylko patrz i uśmiechaj się.

- A toż on gotów pomyśleć, że jestem niemowa - mruknął Atanazy Matwiejewicz.

- Wielkie rzeczy! Niech sobie myśli, za to nie dowie się, żeś dureń.

- Hm... No, a jeżeli ktoś inny będzie o coś pytać?

- Nikt o nic nie zapyta, nikogo nie będzie. A gdyby przypadkiem - uchowaj Boże! - ktoś nawet przyjechał, i gdyby cię o coś zapytał, albo coś powiedział, to zaraz odpowiadaj na to sarkastycznym uśmiechem. Wiesz, co to takiego sarkastyczny uśmiech?

- Dowcipny czy co, mateczko?

- Ja ci dam, bałwanie, dowcipny! A i któż by po tobie, durniu, spodziewał się dowcipu? Drwiący uśmiech, rozumiesz, drwiący i pogardliwy.

- Hm!

"Och, boję się o tego bałwana!" - szeptała do siebie Maria Aleksandrowna. "Stanowczo, przysiągł sobie, że wyssie ze mnie wszystkie soki! Doprawdy, może lepiej by było wcale go nie brać!"

Rozmyślając w ten sposób, niepokojąc i martwiąc się, Maria Aleksandrowna bez ustanku wyglądała przez okno swego pojazdu i popędzała stangreta. Konie pędziły, ale jej ciągle wydawało się, że za wolno. Atanazy Matwiejewicz, milcząc, siedział w kącie i w myśli powtarzał swą lekcję. Wreszcie kareta wjechała do miasta i zatrzymała się przed domem Marii Aleksandrowny. Ale zaledwie nasza bohaterka zdążyła wyskoczyć na ganek, nagle zobaczyła zajeżdżające przed dom dwukonne sanki z wierzchowcem na przyprzążkę, którymi zwykle rozjeżdżała Anna Nikołajewna Antipowa. W sankach siedziały dwie panie. Jedną z nich była, rozumie się, sama Anna Nikołajewna, a drugą - Natalia Dmitrjewna, od niedawna jej serdeczna przyjaciółka i naśladowczyni. Serce zamarło Marii Aleksandrownie. Ale nie zdążyła jeszcze krzyknąć, gdy zajechał nowy pojazd, kryty, w którym widocznie znajdowała się jeszcze jakaś osoba. Rozległy się radosne okrzyki:

- Maria Aleksandrowna! I to razem z Anastazym Matwiejewiczem! Przyjechali! Skąd! Jak to się dobrze składa, a my do państwa, na cały wieczór! Co za niespodzianka!

Panie wyskoczyły na ganek i zaczęły szczebiotać, jak jaskółki - Maria Aleksandrowna nie wierzyła swym oczom i uszom.

"Bodajście się w ziemię zapadły! - pomyślała sobie. - To pachnie spiskiem! Trzeba to zbadać! Ale... nie wy, sroki, przechytrzycie mnie... Poczekajcie!..."

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Mozgliakow wyszedł od Marii Aleksandrowny na pozór całkiem rozradowany. Do Borodujewa nie poszedł, odczuwając potrzebę samotności. Niezwykły napływ bohaterskich i romantycznych marzeń nie dawał mu spokoju. Marzyła mu się doniosła rozmowa z Ziną, później szlachetne łzy jego przebaczającego wszystko serca, bladość i rozpacz na wspaniałym balu petersburskim, Hiszpania, Gwadalkwiwir, miłość i umierający książę, łączący ich ręce w godzinę śmierci. Potem piękna żona, oddana mu i stale podziwiająca jego heroizm i wzniosłe uczucia; mimochodem, zainteresowanie się nim jakiejś hrabiny z "wyższego towarzystwa", do którego na pewno wchodzi przez małżeństwo z Ziną, wdową po księciu K., stanowisko wicegubernatora, pieniążki - słowem, wszystko, co tak krasomówczo odmalowała Maria Aleksandrowna, jeszcze raz przesunęło się przed oczyma jego rozanielonej duszy, łudząc, pociągając ją i, co najważniejsze, schlebiając jego miłości własnej. Jednakże - i nie wiem doprawdy, jak to wytłumaczyć - kiedy już zaczynał się czuć zmęczony wszystkimi tymi uniesieniami, nagle przyszła mu do głowy uderzająca myśl: że przecież, bądź co bądź, wszystko to jeszcze w przyszłości, a teraz trzeba spuścić nos na kwintę. Gdy to pomyślał, zauważył, że zabrnął gdzieś daleko, na jakieś odległe i nieznane mu przedmieście Mordasowa. Ściemniało się. Na ulicach, obstawionych małymi, wrastającymi w ziemię domkami, zawzięcie ujadały psy, które w miastach prowincjonalnych są hodowane w przerażających ilościach, i to właśnie w tych dzielnicach, gdzie nie ma czego pilnować i nie ma co ukraść. Zaczynał padać mokry śnieg. Z rzadka przechodził jakiś zapóźniony mieszczanin albo baba w kożuchu i w butach. Wszystko to, nie wiadomo dlaczego, zaczęło gniewać Pawła Aleksandrowicza - bardzo zły znak, bo przy dobrym obrocie rzeczy, wszystko, na odwrót, wydaje nam się miłe i barwne. Paweł Aleksandrowicz mimo woli przypominał sobie, że dotychczas stale zadzierał nosa w Mordasowie; cieszyło go, że we wszystkich domach robiono aluzje do tego, iż jest narzeczonym i winszowano mu tego tytułu. Był nawet dumny z tego narzeczeństwa. I oto nagle prezentuje się wszystkim jako odpalony konkurent! Będzie śmiech. Przecież nie można wszystkich przekonać, opowiadać wszystkim o petersburskich balach z kolumnami i Gwadalkwiwirze! Rozmyślając, trapiąc się i martwiąc, wpadł w końcu na myśl, która już od dawna niepostrzeżenie gryzła mu serce: "Czy to wszystko prawda? Czy spełni się wszystko tak, jak odmalowała Maria Aleksandrowna?". Tu, przy okazji, przypomniał sobie, że Maria Aleksandrowna jest nadzwyczaj chytrą damą, że jakkolwiek zasługuje na powszechny szacunek, jednak plotkuje i kłamie od rana do wieczora. Że teraz, oddalając go, miała zapewne po temu jakieś powody, i że wreszcie - to nie sztuka puścić wodze fantazji. Myślał i o Zinie, przypomniało mu się jej pożegnalne spojrzenie, bynajmniej niewyrażające utajonego uczucia miłosnego; przy tej okazji przypomniał sobie również, że jednak przed godziną wystrychnięto go na dudka. Na to wspomnienie Paweł Aleksandrowicz stanął nagle jak wryty i do łez się zaczerwienił ze wstydu. Jak na złość, w tej samej chwili zdarzył mu się przykry wypadek: poślizgnął się i wpadł z drewnianego trotuaru w zaspę śnieżną. Podczas gdy wygrzebywał się ze śniegu, stado psów, od dawna już szczekających na niego, opadło go ze wszystkich stron. Jeden z nich, najmniejszy i najzajadlejszy, nawet uwiesił się na nim, schwyciwszy zębami za połę jego futra. Opędzając się od psów, klnąc głośno a nawet przeklinając swój los, Paweł Aleksandrowicz, z rozerwaną połą i nieznośnym ciężarem w duszy, dobrnął w końcu do rogu ulicy i tu dopiero spostrzegł, że zabłądził. Wiadomo, że człowiek, który zabłądził w nieznajomej części miasta, zwłaszcza w nocy, w żaden sposób nie może iść ulicą prosto: jakaś niewiadoma siła każę mu ciągle skręcać we wszystkie spotykane po drodze ulice i zaułki. Stosując się do tego systemu, Paweł Aleksandrowicz zabłądził do reszty. "A żeby diabli wzięli wszystkie te górnolotne pomysły! - mówił do siebie, spluwając ze złości. - Żeby sam diabeł porwał was wszystkich z waszymi wzniosłościami i Gwadalkwiwirami!" Nie powiem, żeby Mozgliakow był w tej chwili sympatyczny. W końcu zmęczony, przygnębiony, zmarnowawszy dwie godziny, doszedł do ganku domu Marii Aleksandrowny. Widząc liczne pojazdy - zdziwił się. "Czyżby goście, czyżby proszony wieczór? - pomyślał. - W jakim celu?" Dowiedziawszy się od spotkanego służącego, że Maria Aleksandrowna była na wsi i przywiozła Atanazego Matwiejewicza, w białym krawacie i że książę już się obudził, ale jeszcze nie zszedł na dół do gości, Paweł Aleksandrowicz, nie mówiąc ani słowa, poszedł do wujaszka na górę. W tej chwili był w takim właśnie usposobieniu, w którym człowiek o słabym charakterze zdolny jest do jakiegoś strasznego, najgorszego świństwa, przez zemstę, nie myśląc o tym, że, być może, całe życie będzie tego żałować.

Wszedłszy na górę, ujrzał księcia, siedzącego w fotelu przed swą podróżną toaletą, z zupełnie gołą głową, ale już z hiszpanką i bokobrodami. Perukę trzymał siwy, stary kamerdyner, jego ulubieniec, Iwan Pachomycz. Pachomycz z namaszczeniem i szacunkiem rozczesywał ją. Co się zaś tyczy księcia, przedstawiał on bardzo żałosny widok, niezupełnie jeszcze wytrzeźwiawszy po niedawnej libacji. Siedział cały jakoś oklapnięty, mrugając oczami, pomarszczony i skwaszony i patrzył na Mozgliakowa, jak gdyby nie poznając go.

- Jak zdrowie wujaszka? - zapytał Mozgliakow.

- Co?... A, to ty - rzekł w końcu wujaszek. - A ja, braciszku, trochę się zdrzemnąłem - ach, przecież ja jestem... bez pe-ru-ki!

- Niech się wujaszek nie niepokoi! Ja... ja pomogę, jeśli wujaszek pozwoli.

- A więc poznałeś teraz mój sekret! A mówiłem, że trzeba drzwi za-my-kać. Ale mój drogi, musisz mi na-tych-miast dać słowo honoru, że nie zużytkujesz mego sekretu i nikomu nie powiesz, że mam przyprawiane włosy.

- Ależ, wujaszku! Czyżby wujaszek uważał mnie za zdolnego do takiej podłości! - zawołał Mozgliakow, pragnąc sobie zjednać starego dla... dalszych celów.

- No tak, no tak! Ponieważ widzę, że jesteś człowiekiem szlachetnym, niech więc już tak się stanie, zadziwię cię... odkryję ci wszystkie moje tajemnice. Mój drogi, jak ci się podobają moje wąsy?

- Wspaniale, wujaszku! Zadziwiające! Jak wujaszek zdołał je zachować tak długo?

- Rozczarujesz się, mój drogi, są przyprawiane! - rzekł książę, patrząc z triumfem na Pawła Aleksandrowicza.

- Doprawdy? Trudno uwierzyć. No, a bokobrody? Niech się wujaszek przyzna, że je poczernia.

- Poczerniam? Nie tylko nie poczerniam ich, ale są całkiem sztuczne!

- Sztuczne? Nie, wujaszku, to trudno, nie wierzę. Wujaszek się ze mnie śmieje!

- Parole d'honneur, mon ami! - triumfująco wykrzyknął książę - i wy-o-braź sobie, że wszyscy tak samo jak ty ulegają złu-dze-niu! Nawet Stiepanida Matwiejewna nie wierzy, chociaż sama mi je czasem na-kła-da. Ale sądzę, mój drogi, że zachowasz mą tajemnicę. Daj mi słowo honoru.

- Słowo honoru, wujaszku, że zachowam. Powtarzam: czyżby wujaszek uważał mnie za zdolnego do takiej podłości?

- Ach, mój drogi, jak ja dzisiaj upadłem, kiedy ciebie przy mnie nie było! Teofil znowu mnie wy-wa-lił z karety.

- Znowu wywalił! Kiedyż to?

- Ano, podjeżdżaliśmy już do klasz-to-ru...

- Wiem, wujaszku, niedawno.

- Nie, nie, dwie godziny temu, nie więcej. Pojechałem do klasztoru, a on mnie wziął i wywalił; tak się na-stra-szy-łem - jeszcze teraz serce nie wróciło na swoje miejsce.

- Ależ, wujaszku, przecież wujaszek spał! - ze zdumieniem rzekł Mozgliakow.

- No tak, spałem... a potem po-je-cha-łem, zresztą, ja to, być może... ach, jakie to dziwne!

- Zapewniam, że to się wujaszkowi śniło! Wujaszek spał sobie jak najspokojniej od obiadu.

- Doprawdy? - I książę zamyślił się. - No tak, rzeczywiście, być może, że mi się to śniło. Zresztą, pamiętam wszystko, co mi się śniło. Najpierw mi się przyśnił jakiś okropny byk z rogami; a potem przyśnił mi się jakiś pro-ku-ra-tor, także jak gdyby z rogami...

- To pewnie Mikołaj Wasiljicz Antipow, wujaszku?

- No tak, możliwe, że to on. A potem widziałem Napoleona Bonaparte. Wiesz, mój drogi, wszyscy mi mówią, że jestem podobny do Napoleona Bonaparte... a z profilu mam znów być uderzająco podobny do jednego papieża w starożytności. Jak sądzisz, kochanku, czy jestem podobny do pa-pie-ża?

- Sądzę, że wujaszek jest bardziej podobny do Napoleona.

- No tak, en face. Zresztą, ja też tak myślę, mój drogi. I przyśnił mi się, kiedy już był na wyspie, i wiesz, taki rozmowny, pewny siebie, wesoły, tak że nad-zwy-czaj-nie mnie ubawił.

- Wujaszek mówi o Napoleonie? - zapytał Paweł Aleksandrowicz, w zamyśleniu patrząc na wujaszka. Jakaś dziwna myśl zaczynała mu świtać w głowie, myśl, z której nie mógł jeszcze sobie samemu zdać sprawy.

- No tak, o Na-po-le-o-nie. Rozmawialiśmy na temat filozofii. A wiesz, mój kochany, nawet żal mi, że tak surowo postąpili z nim... An-gli-cy. Naturalnie, gdyby go nie trzymano na łańcuchu, znów by się zaczął rzucać na ludzi. To był wściekły człowiek! A jednak żal mi go. Ja bym tak nie postąpił. Wysłałbym go na bez-lud-ną wyspę...

- Dlaczegóż na bezludną? - z roztargnieniem zapytał Mozgliakow.

- No, niech będzie na zamieszkaną, ale nie inaczej, jak przez rozsądnych mieszkańców. No i urządzić dla niego różne roz-ryw-ki: teatr, muzykę, balet, wszystko na rachunek rządu. Wypuszczałbym go na spacer, rozumie się, pod nadzorem, bo inaczej zaraz by uciekł. On bardzo lubił jakieś pierożki. No więc smażyć mu co dzień pierożki. Opiekowałbym się nim, że tak powiem, po oj-cow-sku. Na pewno okazałby mi skru-chę.

Mozgliakow słuchał z roztargnieniem ględzenia na pół rozbudzonego starca i gryzł paznokcie z niecierpliwości. Chciał naprowadzić rozmowę na sprawę ożenku; sam jeszcze nie wiedział w jakim celu; ale bezgraniczna złość wrzała mu w sercu. Nagle staruszek wykrzyknął z zadziwienia.

- Ach, mon ami. Zapomniałem ci to powiedzieć. Wyobraź sobie, o-świad-czy-łem się dzisiaj.

- Oświadczył się wujaszek! - zawołał Mozgliakow, ożywiając się.

- No tak, o-świad-czy-łem się. Pachomycz, idziesz już? No, dobrze. C'est un charmant personne... Ale... przyznam ci się, mój kochany, że postąpiłem nie-roz-waż-nie. Teraz dopiero to wi-dzę. Ach, mój Boże!

- Ale za pozwoleniem, wujaszku, kiedy wujaszek się oświadczył?

- Przyznam ci się, mój drogi, że nawet nie wiem na pewno kiedy. A może mi się to śniło? Ach, jakże to jed-nak-że dziwne!

Mozgliakow aż drgnął z radości. Nowy pomysł błysnął mu w głowie.

- Ale komu, kiedy wujaszek się oświadczył? - powtórzył niecierp­liwie.

- Córce gospodyni, mon ami... cette belle personne... ale zapomniałem, jak jej na imię. Tylko, widzisz, mon ami, przecież ja w żaden sposób nie mogę się o-że-nić. Cóż mam teraz począć?

- Naturalnie, wujaszek byłby zgubiony, gdyby się ożenił. Ale niech mi wujaszek pozwoli zadać jeszcze jedno pytanie. Czy wujaszek jest zupełnie pewny, że rzeczywiście się oświadczył?

- No tak... jestem pewny.

- A jeżeli to był tylko sen, tak samo jak to, że wujaszek po raz drugi wypadł z karety?

- Ach, mój Boże! Rzeczywiście, być może, że mi się to też śniło! Teraz już nie wiem, jak się tam po-ka-zać! W jaki by tu sposób, mój drogi, dowiedzieć się na pew-no, jakimiś u-bocz-ny-mi drogami: czy się oświadczyłem, czy nie? Bo wyobraź sobie, w jakim ja teraz jestem położeniu!

- Wie wujaszek co? Myślę, że nie ma co się dowiadywać.

- Dlaczego?

- Jestem pewny, że się to wujaszkowi śniło.

- Ja też tak myślę, mój drogi, tym bardziej że często mi się śni coś podobnego.

- A widzi wujaszek. Niech wujaszek weźmie pod uwagę, że trochę wypił z rana, potem przy obiedzie i w końcu...

- No tak, mój kochany; być może, że to właśnie dla-te-go.

- Tym bardziej że jakkolwiek wujaszek był podochocony, jednak w żadnym wypadku nie mógł zrobić tak nierozsądnej propozycji na jawie. O ile wujaszka znam, jest wujaszek człowiekiem w najwyższym stopniu rozsądnym i...

- No tak, no tak.

- Niech wujaszek o jednym tylko pomyśli: gdyby się o tym dowiedzieli krewni, którzy i tak są źle usposobieni dla wujaszka, cóż by wtedy było?

- Ach, mój Boże! - krzyknął książę z przestrachem. - Cóż by wtedy było?

- Na miłość boską! Ależ oni krzyknęliby jednym głosem, że wujaszek postąpił tak w stanie niepoczytalnym, że wujaszek zwariował, że trzeba wujaszka wziąć pod kuratelę, że wujaszka oszukano, i być może, że zamknęliby wujaszka gdzieś pod nadzorem.

Mozgliakow wiedział, czym można było starego nastraszyć.

- Ach, mój Boże! - zawołał książę, drżąc jak listek. - Czy naprawdę zamknęliby mnie?

- Dlatego też, niech wujaszek sam osądzi, czy mógł na jawie zrobić tak nierozsądną propozycję? Wujaszek sam pojmuje, jaka stąd korzyść. Stanowczo twierdzę, że wszystko to był sen.

- Na pewno sen, na pew-no sen! - powtarzał przestraszony książę. - Ach, jak ty mądrze wszystko to przeniknąłeś, mój drogi! Jestem ci z całej duszy wdzięczny, żeś mnie oświecił.

- A ja ogromnie się cieszę, że spotkałem dziś wujaszka. Niech wujaszek sobie wyobrazi: beze mnie rzeczywiście mógłby wujaszek się pomylić, pomyśleć, że jest narzeczonym, i zejść tam jako narzeczony. Niech wujaszek pomyśli, jakie to niebezpieczne!

- No tak... tak, niebezpieczne!

- Niech wujaszek weźmie tylko pod uwagę, że ta panna ma dwadzieścia trzy lata; nikt nie chce się z nią ożenić, i nagle wujaszek, bogaty, możny, zostaje jej narzeczonym! A toż oni zaraz uczepią się tej myśli, wmówią w wujaszka, że naprawdę się oświadczył, i ożenią choćby gwałtem. A potem będą tylko liczyć na rychłą śmierć wujaszka.

- Czyżby?

- I wreszcie, niech wujaszek ma to na uwadze, że człowiek z jego zaletami...

- No tak, z moimi zaletami...

- Z rozumem wujaszka, z jego uprzejmością...

- No tak, z moim rozumem, tak!...

- I że wreszcie wujaszek jest księciem. Czyż nie można by zrobić lepszej partii, gdyby rzeczywiście, z jakiegoś powodu, trzeba było się ożenić? Niech wujaszek tylko pomyśli, co powiedzą krewni?

- Ach, mój kochany, toż oni mnie całkiem zagryzą! Doznałem już od nich tyle szalbierstwa i złości... Wyobraź sobie, mam podejrzenie, że oni chcieli zamknąć mnie w domu wa-ria-tów. No, zlitujże się, mój drogi, czy to możliwe? Cóż ja bym tam robił... w tym domu wa-ria-tów?

- Rozumie się, wujaszku, i dlatego teraz nie oddalę się, gdy wujaszek zejdzie na dół. Tam teraz są goście.

- Goście? O mój Boże!

- Niech wujaszek się nie boi, będę w pobliżu.

- Ach, jakże ja ci jestem wdzięczny, mój kochany, jesteś po prostu moim wybawcą! Ale wiesz co? Lepiej wyjadę.

- Jutro, wujaszku, jutro o siódmej rano. A dzisiaj trzeba się ze wszystkimi pożegnać i powiedzieć, że jutro wujaszek wyjeżdża.

- Stanowczo wyjadę... do ojca Misaiła... Ale, mój kochany, jeżeli oni mnie tam wyswatają?

- Nie ma obawy, ja będę przy wujaszku. A wreszcie, cokolwiek by mówiono, do czegokolwiek by robiono aluzje, niech wujaszek odpowiada po prostu, że mu się to śniło... jak było w samej rzeczy...

- No tak, na pe-wno, śniło mi się to! Tylko wiesz co, mój kochany, to jednak był cza-ru-ją-cy sen! Ona jest zadziwiająco ładna i, wiesz, ma takie kształty...

- No, do widzenia, wujaszku, ja zejdę na dół, wujaszek...

- Co! Więc mnie zostawiasz samego! - zawołał książę ze strachem.

- Nie, wujaszku, tylko zejdziemy osobno; najpierw ja, a potem wujaszek. Tak będzie lepiej.

- No, do-brze. Zresztą, muszę zapisać pewną myśl.

- Otóż to, niech wujaszek zapisze swą myśl, a potem zejdzie, niedługo. A jutro...

- A jutro do ojca Misaiła, sta-now-czo do ojca Mi-sa-i-ła! Charmant, charmant! A wiesz, mój drogi, ona jest za-dzi-wia-ją-co ładna... takie kształty... i gdybym już koniecznie musiał się ożenić, to...

- Niech Bóg broni, wujaszku!

- No tak, niech Bóg broni! No, do widzenia, kochanku, ja zaraz... tylko za-pi-szę. A propos, już dawno chciałem cię o to zapytać: czyś czytał pamiętniki Casanoyy?

- Czytałem, wujaszku, a co?

- No tak... Właśnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć...

- Później sobie wujaszek przypomni. Do widzenia!

- Do widzenia, mój drogi, do widzenia! A jednak to był czarujący sen, cza-ru-ją-cy!...

ROZDZIAŁ DWUNASTY

- A my wszystkie do pani, wszystkie! I Praskowja Iljiniczna też przyjdzie, i Luiza Karlowna miała zamiar być - szczebiotała Anna Nikołajewna, wchodząc do salonu i rozglądając się skwapliwie.

Była to dość ładna, mała damulka, ubrana pstro, ale bogato, a oprócz tego wiedząca bardzo dobrze, że jest ładna.

Spodziewała się, że gdzieś w kącie zobaczy księcia razem z Ziną.

- I Katarzyna Pietrowna przyjedzie, i Felisata Michajłowna się wybiera - dodała Natalia Dmitrjewna, dama kolosalnych rozmiarów, której kształty tak się podobały księciu i która była niezwykle podobna do grenadiera.

Była w nadzwyczajnie malutkim różowym kapelusiku, sterczącym jej na czubku głowy. Już od trzech tygodni była najserdeczniejszą przyjaciółką Anny Nikołajewny, koło której już od dawna się kręciła i którą, sądząc z wyglądu, mogła połknąć za jednym zamachem, razem z kosteczkami.

- Nie mówię już o tym, można powiedzieć, zachwycie, jaki odczuwam, widząc obie panie u mnie, i do tego wieczorem - zaśpiewała Maria Aleksandrowna, ochłonąwszy z początkowego zdumienia - ale czy wolno zapytać, jaki cud sprowadził panie dziś do mnie, i to, kiedy już zupełnie straciłam nadzieję mieć ten zaszczyt.

- O mój Boże, Mario Aleksandrowno, jaka też pani jest, doprawdy! - słodko przemówiła Natalia Dmitrjewna, certując się, wstydliwie i piskliwie, co było w nadzwyczaj ciekawym kontraście z jej zewnętrznym wyglądem.

- Mais, ma charmante - zaszczebiotała Anna Nikołajewna - trzeba przecież, trzeba koniecznie skończyć kiedyś nasze zebrania w sprawie tego teatru. Nie dalej jak dziś Piotr Michajłowicz powiedział Kalikstowi Stanisławowiczowi, że bardzo go rozgorycza to, iż nie możemy dojść do ładu i tylko się ciągle kłócimy. Więc zebrałyśmy się dziś we cztery i myślimy: pojedziemy do Marii Aleksandrowny i wszystko od razu załatwimy! Natalia Dmitrjewna i innym dała znać. Wszystkie przyjadą. Więc porozumiemy się i będzie dobrze. Niech nie mówią, że się tylko kłócimy, czy nie tak, mon ange? - dodała figlarnie, całując Marię Aleksandrownę. - Ach, mój Boże! Zenaido Afanasjewno! Ależ pani z każdym dniem ładnieje!

Anna Nikołajewna rzuciła się obcałowywać Zinę...

- Bo też nie ma nic więcej do roboty, jak tylko nabierać urody - słodko dodała Natalia Dmitrjewna, pocierając swe łapska.

"Ach, żeby je diabli wzięli! Ani mi do głowy nie przyszło o tym teatrze! Wpadły na pomysł, sroki!" - szepnęła do siebie Maria Aleksandrowna, nie posiadając się ze złości.

- Tym bardziej, mój aniele - dodała Anna Nikołajewna - że u pani jest teraz ten miły książę. Przecież pani wie, że dawni właściciele Duchanowa mieli teatr. Dowiadywałyśmy się już i wiemy, że tam gdzieś złożono wszystkie te stare dekoracje, kurtynę i nawet kostiumy. Książę był dziś u mnie, a ja tak byłam zdziwiona jego przyjazdem, że zupełnie zapomniałam powiedzieć mu o tym. Teraz umyślnie zaczniemy mówić o teatrze, pani nam pomoże i książę każe nam odesłać cały ten skład starych rupieci. Bo u kogóż tu obstaluje pani coś podobnego do dekoracji? A co najważniejsze - i księcia chcemy wciągnąć do naszego teatru. Stanowczo powinien się zapisać; przecież to na biednych. Może nawet weźmie rolę - on taki miły, zgodny. Wtenczas wszystko pójdzie cudownie.

- Naturalnie, że weźmie rolę. Przecież jego można skłonić do odgrywania każdej roli - wieloznacznie dodała Natalia Dmitrjewna.

Anna Nikołajewna nie zwiodła Marii Aleksandrowny: damy zjeżdżały się co chwila. Maria Aleksandrowna ledwie mogła nadążyć z powitaniami i wydawaniem okrzyków, jakich wymaga w takich wypadkach grzeczność i comme il faut.

Nie będę opisywać wszystkich przybyłych pań. Powiem tylko, że każda była usposobiona nadzwyczaj chytrze. Na twarzach wszystkich malowało się wyczekiwanie i jakaś dzika niecierpliwość. Niektóre z dam przyjechały ze stanowczym zamiarem asystowania przy jakimś niezwykłym skandalu i bardzo byłyby zagniewane, gdyby musiały się rozjechać, nie zobaczywszy go. Na zewnątrz były nadzwyczajnie uprzejme, ale Maria Aleksandrowna mężnie przygotowała się na atak. Posypały się pytania o księcia, na pozór całkiem naturalne, zawierające jednak zawsze jakąś aluzję, przytyk. Podano herbatę, zajęto miejsca. Jedna grupa zawładnęła fortepianem. Zina, na prośbę, żeby coś zagrała i zaśpiewała, odpowiedziała sucho, że się czuje niezdrowa. Świadczyła o tym bladość jej twarzy. Niezwłocznie posypały się wyrazy współczucia, i nawet tu znaleziono pretekst do zapytania o to i owo i zrobienia aluzji. Pytano i o Mozgliakowa, zwracając się z tymi pytaniami do Ziny. Maria Aleksandrowna w owej chwili udziesięciokrotniła się, widziała wszystko, co się działo w każdym kącie pokoju, słyszała, co mówiła każda z przybyłych pań, chociaż było ich około dziesięciu, i niezwłocznie odpowiadała na wszystkie pytania, rozumie się, długo nie szukając słów. Drżała o Zinę i dziwiła się, że ta nie odchodzi, jak zawsze dotąd robiła podczas podobnych zebrań. Zauważono i Atanazego Matwiejewicza. Wszyscy zeń zawsze drwili, żeby w ten sposób ukłuć Marię Aleksandrownę. Teraz zaś od prostodusznego i otwartego Atanazego Matwiejewicza można było coś niecoś się dowiedzieć. Maria Aleksandrowna z niepokojem przyglądała się oblężeniu, w jakim widziała swego małżonka. Przy tym ten ostatni odpowiadał na wszystkie pytania: Hm! z taką nieszczęśliwą i nienaturalną miną, że miała powód wpaść we wściekłość.

- Mario Aleksandrowno! Atanazy Matwiejewicz wcale nie chce z nami mówić! - zawołała pewna śmiała, bystrooka damulka, która absolutnie nikogo się nie bała i nigdy nie traciła rezonu. - Niech mu pani każe być uprzejmiejszym dla dam.

- Doprawdy, nie wiem, co mu jest dzisiaj - odpowiedziała Maria Aleksandrowna, przerywając rozmowę z Anną Nikołajewną i Natalią Dmitrjewną i uśmiechając się wesoło - taki jakiś nierozmowny! Ze mną też prawie ani słowa nie zamienił. Dlaczego nie odpowiadasz Felisacie Michajłownie, Athanase? O co pani go pytała?

- Ale... ale... mateczko, przecież ty sama... - wymamrotał zdziwiony i skonfundowany Atanazy Matwiejewicz. W tej chwili stał przy płonącym kominku, z rękoma założonymi za kamizelkę, w malowniczej pozie, którą sam sobie obrał, i pił herbatę. Pytania pań tak go żenowały, że czerwienił się jak panienka. A kiedy zaczął się usprawiedliwiać, spotkał się z tak straszliwym spojrzeniem swej rozwścieczonej żony, że omal nie zemdlał ze strachu. Nie wiedząc, co ma robić, chcąc się jakoś poprawić i znów zasłużyć na szacunek, łyknął herbaty; ale herbata była za gorąca. Nie przewidziawszy tego, strasznie się poparzył, upuścił filiżankę, zakrztusił się i tak się zaniósł kaszlem, że był zmuszony na jakiś czas wyjść z pokoju, wywołując zdumienie obecnych. Słowem, wszystko było jasne. Maria Aleksandrowna zrozumiała, że jej goście wiedzieli już o tym, co się wydarzyło i zebrali się w jak najgorszych zamiarach. Sytuacja była niebezpieczna. Mogą zagadać, zbić z tropu niedołężnego starca, nawet w jej obecności. Mogą nawet wywieźć od niej księcia, pokłóciwszy go z nią tego samego wieczoru i pociągnąwszy go za sobą. Wszystkiego można było się spodziewać. Ale los gotował jej jeszcze jedną próbę: drzwi się otwarły i ukazał się Mozgliakow, o którym sądziła, że jest u Borodujewa, i wcale go się nie spodziewała widzieć u siebie tego wieczoru. Drgnęła, jakby ją coś ukłuło.

Mozgliakow zatrzymał się w drzwiach i spoglądał po wszystkich, trochę tracąc na minie. Nie był w stanie opanować wzruszenia, które wyraźnie malowało się na jego twarzy.

- Ach, mój Boże! Paweł Aleksandrowicz! - zawołało kilka głosów.

- Ach, mój Boże! Toż to Paweł Aleksandrowicz! A pani mówiła, Mario Aleksandrowno, że on poszedł do Borodujewa? Powiedziano nam, że pan się ukrył u Borodujewa, Pawle Aleksandrowiczu! - zapiszczała Natalia Dmitrjewna.

- Ukryłem się? - powtórzył Mozgliakow z jakimś krzywym uśmiechem. - Dziwne wyrażenie! Wybaczy pani, Natalio Dmitrjewno! Przed nikim się nie kryję i nikogo nie chcę kryć - dodał, znacząco spojrzawszy na Marię Aleksandrownę.

Maria Aleksandrowna zadrżała.

"Co, czyżby i ten bałwan się zbuntował? - pomyślała, badawczo wpatrując się w Mozgliakowa. - Nie, to by było najgorsze ze wszystkiego..."

- Czy to prawda, Pawle Aleksandrowiczu, że otrzymał pan dymisję... ma się rozumieć, służbową? - wyrwała się zadzierżysta Felisata Michajłowna, drwiąco patrząc mu w oczy.

- Dymisję? Jaką dymisję? Po prostu zmieniam służbę. Dostaję posadę w Petersburgu - oschle odpowiedział Mozgliakow.

- No to winszuję - ciągnęła Felisata Michajłowna. - A myśmy się już przestraszyły na wieść, że pan się stara o posadę w Mordasowie. Tutaj posady są niepewne, Pawle Aleksandrowiczu, zaraz można wylecieć.

- Chyba nauczycielskie w szkole powiatowej: tam jeszcze można znaleźć wakans - zauważyła Natalia Dmitrjewna.

Aluzja była tak wyraźna i ordynarna, że Anna Nikołajewna, zażenowana, trąciła dyskretnie nogą swą jadowitą przyjaciółkę.

- Czyżby pani sądziła, że Paweł Aleksandrowicz zgodzi się objąć posadę jakiegoś tam belfrzyny? - dodała Felisata Michajłowna.

Ale Paweł Aleksandrowicz nie znalazł odpowiedzi. Odwrócił się i natknął na Atanazego Matwiejewicza, wyciągającego doń rękę. Mozgliakow zachował się bardzo głupio, nie podając mu ręki, lecz drwiąco kłaniając mu się w pas. Rozdrażniony do ostateczności, podszedł wprost do Ziny i ponuro patrząc jej w oczy, szepnął:

- To wszystko z łaski pani. Proszę poczekać, jeszcze dziś wieczorem pokażę pani, czy jestem głupcem, czy nie!

- Po co odkładać? I teraz to widać - głośno odpowiedziała Zina, ze wstrętem mierząc oczyma swego byłego narzeczonego.

Mozgliakow śpiesznie się odwrócił, przestraszywszy się jej donoś­nego głosu.

- Pan od Borodujewa? - zdecydowała się w końcu zapytać Maria Aleksandrowna.

- Nie, ja od wujaszka.

- Od wujaszka? To znaczy, że pan był teraz u księcia?

- Ach, mój Boże! To znaczy, że książę już się obudził? A nam powiedziano, że jeszcze wypoczywa - dodała Natalia Dmitrjewna, jadowicie zerkając na Marię Aleksandrownę.

- Niech pani będzie spokojna o księcia, Natalio Dmitrjewno - odpowiedział Mozgliakow - obudził się i chwała Bogu, teraz już jest trzeźwy. Parę godzin temu spojono go, najpierw u pani, a potem do reszty tutaj, tak że całkiem stracił głowę, która i tak jest dosyć słaba. Ale teraz, chwała Bogu, rozmówiliśmy się i zaczął już mówić z sensem. Zaraz tu będzie, żeby złożyć pani swe uszanowanie, Mario Aleksandrowno, i podziękować za gościnę. A jutro, skoro świt, wyjeżdżamy razem do pustelni, a potem stanowczo sam go odwiozę do Duchanowa, dla uniknięcia nowych upadków, jak na przykład dzisiaj; a tam już przejmie go z rąk do rąk Stiepanida Matwiejewna, która w tym czasie na pewno wróci z Moskwy, i już za nic w świecie nie wypuści go po raz drugi w podróż - ręczę za to.

Mówiąc to, Mozgliakow ze złością patrzył na Marię Aleksandrownę. Ta siedziała jakby oniemiała ze zdumienia. Ze smutkiem wyznaję, że moja bohaterka, być może, po raz pierwszy w życiu stchórzyła.

- Więc jutro, skoro świt wyjeżdża? Jakże to? - odezwała się Natalia Dmitrjewna, zwracając się do Marii Aleksandrowny.

- Jakże to tak? - naiwnie dało się słyszeć wśród gości. - A myśmy słyszały, że... to doprawdy dziwne!

Ale gospodyni nie wiedziała już, co odpowiedzieć. Nagle powszechna uwaga została odwrócona w sposób jak najbardziej niezwykły i ekscentryczny. W sąsiednim pokoju dał się słyszeć jakiś dziwny hałas i czyjeś przenikliwe okrzyki i nagle, nieoczekiwanie, do salonu Marii Aleksandrowny wdarła się Zofia Pietrowna Karpuchina. Zofia Pietrowna była bezspornie najekscentryczniejszą damą w Mordasowie, do tego stopnia ekscentryczną, że nawet w Mordasowie od niedawna postanowiono nie przyjmować jej w towarzystwie. Należy jeszcze zauważyć, że pani Karpuchina regularnie co wieczór, punktualnie o siódmej, pokrzepiała się z lekka - dla żołądka, jak się wyrażała - i po tym pokrzepieniu się była zwykle w usposobieniu jak najbardziej emancypowanym, żeby nie powiedzieć więcej. Była właśnie w takim usposobieniu teraz, kiedy tak nieoczekiwanie wdarła się do Marii Aleksandrowny.

- A, więc to tak, Mario Aleksandrowno - krzyknęła na cały pokój - więc to tak pani ze mną postępuje! Niech pani będzie spokojna, ja tylko na chwilę; nawet nie usiądę u pani. Specjalnie przyjechałam dowiedzieć się, czy to prawda, co mi mówiono? A, więc pani urządza bale, bankiety, zaręczyny, a Zofia Pietrowna niech sobie w domu siedzi i robi pończochę! Całe miasto pani zaprosiła, a mnie nie! A niedawno byłam dla pani i przyjaciółką, i mon ange, kiedy przyjechałam opowiedzieć, co robią z księciem u Natalii Dmitrjewny. A oto teraz i Natalia Dmitrjewna, na którą niedawno wymyślała pani na czym świat stoi, i która na panią wymyślała, jest pani gościem. Niech pani będzie spokojna, Natalio Dmitrjewno! Nie potrzebuję pani czekolady a la sante, po czterdziestówce tabliczka. Częściej niż pani pijam u siebie w domu! Tfu!

- To widać - zauważyła Natalia Dmitrjewna.

- Ależ, na miłość boską, Zofio Pietrowno - zawołała Maria Aleksandrowna, zaczerwieniona z oburzenia - co pani jest? Niech się pani przynajmniej opanuje.

- Niech pani będzie o mnie spokojna, Mario Aleksandrowno, wiem wszystko, wszystko, wszystkiego się dowiedziałam! - krzyczała Zofia Pietrowna swym przenikliwym, piskliwym głosem, otoczona przez wszystkie obecne panie, które, jak się zdawało, rozkoszowały się tą nieoczekiwaną sceną. - Wszystkiego się dowiedziałam! Nastazja przyleciała do mnie i wszystko mi opowiedziała. Złowiła pani sobie tego księcia, upiła go pani do nieprzytomności, zmusiła do oświadczenia się pani córce, z którą już teraz nikt nie chce się ożenić, i myśli pani, że sama jest teraz strasznie ważną figurą - księżną w koronkach - tfu! Niech pani będzie spokojna, ja też jestem pułkownikową! Kiedy pani mnie nie zaprosiła na zaręczyny, to pluję na to wszystko! Nie takich jak pani widywałam. Ja u hrabiny Zalichwatskiej byłam na obiedzie; o mnie nadkomisarz Kuroczkin się starał! Bardzo mi potrzebne pani zaproszenie, tfu!

- Widzi pani, Zofio Pietrowno - odpowiedziała Maria Aleksandrowna, tracąc panowanie nad sobą - zapewniam panią, że nikt tak się nie wdziera do porządnego domu, do tego w takim stanie, i jeżeli pani natychmiast nie uwolni mnie od swego towarzystwa i swej elokwencji, będę musiała niezwłocznie uciec się do środków, jakimi rozporządzam.

- Wiem, każę pani swoim ludziom wyrzucić mnie! Niech pani będzie spokojna, sama znajdę drogę. Żegnam panią, niech pani sobie wydaje za mąż kogo chce, a pani Natalio Dmitrjewno, raczy nie śmiać się ze mnie; pluję na pani czekoladę! Chociaż mnie tu nie zaproszono, jednak nie tańczyłam kozaka przed książętami. A pani z czego się śmieje, Anno Nikołajewno? Suszyłow złamał nogę; teraz go przynieśli do domu, tfu! A jeżeli pani, Felisato Michajłowno, nie każe swej bosej Matreszce na czas zapędzać krowy, żeby mi nie ryczała co dzień pod oknami, to ja tej Matreszce nogi połamię. Żegnam panią, Mario Aleksandrowno, tfu!

Zofia Pietrowna znikła. W salonie śmiano się. Maria Aleksandrowna była w najwyższym stopniu zakłopotana.

- Myślę, że podpiła sobie - słodko powiedziała Natalia Dmitrjewna.

- Ale co za bezczelność!

- Quelle abominable femme!

- To dopiero nas rozśmieszyła!

- Ach, jakie ona nieprzyzwoite rzeczy mówiła!

- Ale co ona mówiła o zaręczynach? Co za zaręczyny? - drwiąco zapytała Felisata Michajlowna.

- To okropne! - wybuchnęła w końcu Maria Aleksandrowna. - To właśnie takie czupiradła rozsiewają garściami wszystkie te niedorzeczne pogłoski! Nie to jest zadziwiające, Felisato Michajłowno, że takie damy znajdują się w naszym towarzystwie - nie, najdziwniejsze jest to, że takie damy są wielu osobom potrzebne, że się ich słucha, popiera je, wierzy im i...

- Książę! Książę! - zawołały nagle wszystkie panie.

- Ach, mój Boże! Ce cher prince!

- No, chwała Bogu! Teraz się wszystkiego dowiemy - szepnęła swej sąsiadce Felisata Michajłowna.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Książę wszedł i słodko się uśmiechnął. Cały strach, jaki przed kwadransem Mozgliakow wsączył w jego kurze serce, pierzchnął na widok dam. Rozpłynął się natychmiast jak karmelek. Damy powitały go piskliwym okrzykiem radości. Ogólnie mówiąc, panie zawsze pieściły naszego staruszka i były z nim nadzwyczajnie poufałe. Książę miał zdolność nieprawdopodobnie bawić je swoją osobą. Felisata Michajlowna nawet zapewniała z rana (naturalnie, nie na serio), że gotowa mu usiąść na kolanach, jeżeli mu to sprawi przyjemność - "bo to taki miły staruszek, nieskończenie miły!" Maria Aleksandrowna wpiła się w niego oczyma, pragnąc choć cośkolwiek wyczytać z jego twarzy i znaleźć wyjście ze swego krytycznego położenia. Jasne było, że Mozgliakow bardzo popsuł sprawę i że wszystko mocno się chwieje. Ale nic nie można było wyczytać z twarzy księcia. Był taki sam, jak niedawno i jak zawsze.

- Ach, mój Boże! Otóż i książę! A myśmy tak czekały - zawołały niektóre z pań.

- Z niecierpliwością, proszę księcia, z niecierpliwością - zapiszczały inne.

- Nadzwyczajnie mi to pochlebia - seplenił książę, siadając przy stole, na którym kipiał samowar. Damy natychmiast go otoczyły. Przy Marii Aleksandrownie pozostała tylko Anna Nikołajewna i Natalia Dmitrjewna. Atanazy Matwiejewicz uśmiechał się z szacunkiem. Mozgliakow dostrzegł nagle wśród pań Zenaidę Afanasjewnę, która, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, podeszła do ojca i usiadła obok niego na fotelu, przy kominku.

- Ach, proszę księcia, czy to prawda, co mówią, że książę od nas wyjeżdża? - zapiszczała Felisata Michajłowna.

- No tak, mesdames, wyjeżdżam. Chcę nie-zwłocz-nie wyjechać za gra-ni-cę.

- Za granicę, proszę księcia, za granicę! - zawołały wszystkie chórem - co za pomysł?

- Za gra-ni-cę - potwierdził książę - a chcę tam jechać szczególnie po nowe idee.

- Jak to po nowe idee? O czym to? - mówiły panie, spoglądając po sobie.

- No tak, po nowe idee - powtórzył książę z miną wyrażającą głębokie przekonanie. - Wszyscy teraz wyjeżdżają po nowe i-de-e. Więc i ja chcę pozyskać no-we i-de-e.

- Czy kochany wujaszek nie chce przypadkiem zapisać się do loży masońskiej? - dodał Mozgliakow, chcąc widocznie popisać się przed paniami swym dowcipem i szybkością orientacji.

- No tak, mój drogi, nie omyliłeś się - nieoczekiwanie odpowiedział wujaszek. - Ja rze-czy-wiś-cie kiedyś na-le-ża-łem do jednej loży masońskiej za granicą, i nawet miałem ze swej strony bardzo wiele wzniosłych idei. Miałem nawet zamiar wtenczas wiele zrobić dla współ-czes-nej o-świa-ty i we Frankfurcie stanowczo postanowiłem dać wolność mojemu Sidorowi, którego wziąłem ze sobą za granicę. Ale on, ku mojemu zdziwieniu, sam ode mnie uciekł. Był to nad-zwy-czaj-nie dziwny człowiek. Potem nagle spotykam go w Pa-ry-żu, taki wyelegantowany, z bokobrodami, idzie sobie po bulwarze z mamzelką. Popatrzył na mnie, kiwnął głową. I mamzelka z nim taka fertyczna ze świdrującemi oczkami, taka po-nęt-na...

- Ależ, wujaszku! Jeżeli wujaszek teraz wyjedzie za granicę, to gotów, wobec tego, wszystkim chłopom dać wolność! - zawołał Mozgliakow, śmiejąc się na całe gardło.

- Całkowicie od-ga-dłeś moje życzenia, mój kochany - odparł książę bez zająknienia. - Chcę właśnie wszystkich uwolnić.

- Ależ proszę księcia, przecież oni wszyscy zaraz uciekną, a kto wtedy będzie czynsz księciu płacił? - zawołała Felisata Michajłowna.

- Naturalnie, wszyscy się rozbiegną - rzekła z obawą Anna Nikołajewna.

- Ach, mój Boże! Czyż-by na-praw-dę mieli się rozbiegnąć? - zawołał książę ze zdziwieniem.

- Rozbiegną się, natychmiast wszyscy się rozbiegną i zostawią księcia samego - potwierdziła Natalia Dmitrjewna.

- Ach, mój Boże! No więc nie u-wol-nię ich. Zresztą, przecież ja tylko tak...

- Tak będzie lepiej, wujaszku - dorzucił Mozgliakow.

Maria Aleksandrowna słuchała dotąd w milczeniu i obserwowała. Zdawało się jej, że książę zupełnie o niej zapomniał i że to bynajmniej nie jest naturalne.

- Pozwoli książę - zaczęła głośno i z godnością - że przedstawię mu mego męża, Atanazego Matwiejewicza. On specjalnie przyjechał ze wsi, gdy tylko usłyszał, że książę zatrzymał się w moim domu.

Atanazy Matwiejewicz uśmiechnął się i przybrał dumną postawę. Wydało mu się, że go pochwalono.

- Ach, bardzo się cieszę - rzekł książę. - A-ta-na-zy Matwiejewicz! Przepraszam, coś sobie przy-po-mi-nam. A-ta-na-zy Ma-twie-je-wicz. No tak, to ten, co to na wsi. Charmant, charmant, bardzo się cieszę. Mój kochany! - zawołał książę, zwracając się do Mozgliakowa - toż to ten sam, o którym niedawno ułożył się rym... Jakże to? Mąż do drzwi, a żona... no tak, żona też pojechała do jakiegoś mia-sta.

- Ach, proszę księcia, to pewnie: mąż do drzwi, a żona do Tweri, ten wodewil, który w zeszłym roku grali u nas aktorzy - podchwyciła Felisata Michajłowna.

- No tak, właśnie: do Tweri; a ja wciąż za-po-mi-nam. Charmant, charamant! A więc to właśnie pan? Bardzo się cieszę, że pana po-zna-łem - mówił książę, nie wstając z fotela i wyciągając rękę do uśmiechającego się Atanazego Matwiejewicza. - Jak pańskie zdrowie?

- Hm!

- Zdrów jest, proszę księcia, zdrów - pośpiesznie odpowiedziała Maria Aleksandrowna.

- No tak, zaraz widać, że zdrów. I ciągle przebywa pan na wsi? Bardzo się cieszę. Ale jakie on ma rumieńce i ciągle się uśmiecha...

Atanazy Matwiejewicz uśmiechał się, kłaniał, a nawet szastał nogami. Ale po ostatnim spostrzeżeniu księcia nie wytrzymał i nagle, ni z tego ni z owego, niezmiernie głupio parsknął śmiechem. Wszyscy zaczęli się śmiać. Panie piszczały z radości. Zina żachnęła się i błyszczącymi oczyma popatrzyła na Marię Aleksandrownę, która, z kolei, nie posiadała się ze złości. Czas było zmienić temat rozmowy.

- Jak się księciu spało? - zapytała miodowym głosem, równocześnie dając groźnym spojrzeniem znać Atanazemu Matwiejewiczowi, żeby natychmiast wyniósł się na swoje miejsce.

- Ach, bardzo dobrze spałem - odrzekł książę - i wie pani, miałem cza-row-ny sen, cza-row-ny sen!

- Sen! Strasznie lubię, kiedy mi ktoś opowiada sny - zawołała Felisata Michajłowna.

- I ja też bardzo lubię! - dodała Natalia Dmitrjewna.

- Cza-row-ny sen - powtarzał książę ze słodkim uśmiechem - ale to wielki sekret!

- Jak to, proszę księcia, czyżby nawet nie można było opowiedzieć? Ależ to musi być jakiś zadziwiający sen? - zauważyła Anna Nikołajewna.

- Wiel-ki se-kret - powtarzał książę, z rozkoszą podniecając zaciekawienie pań.

- A więc to musi być ogromnie interesujące! - wołały panie.

- Założę się, że książę klęczał we śnie przed jakąś piękną damą i oświadczał się jej! - zawołała Felisata Michajłowna. - No, niech się książę przyzna, że to prawda! Prosimy drogiego księcia, żeby się przyznał!

- Niech się książę przyzna, prosimy, prosimy! - podchwycono ze wszystkich stron.

Książę uroczyście i z upojeniem przysłuchiwał się wszystkim tym okrzykom. Domysły pań niezwykle pochlebiały jego miłości własnej, tak że omal się nie oblizywał.

- Chociaż powiedziałem, że mój sen to wielki sekret - odpowiedział w końcu - muszę jednak przyznać, że łaskawa pani, ku mojemu zdziwieniu, prawie w zu-peł-noś-ci go od-ga-dła.

- Odgadłam! - z zachwytem zawołała Felisata Michajłowna. - Proszę księcia! Teraz już trudna rada, musi nam książę powiedzieć, kim jest ta piękność?

- Koniecznie, musi książę powiedzieć!

- Czy tutejsza?

- Kochany książę, proszę powiedzieć!

- Drogi książę, prosimy! Żeby nie wiem co, musi książę powiedzieć! - wołano ze wszystkich stron.

- Mesdames, mesdames!... Skoro panie już tak ko-niecz-nie pragną wiedzieć, to jedno tylko mogę wyjawić, a mianowicie, że to naj-bar-dziej cza-ru-ją-ca i, można powiedzieć, naj-nie-ska-zi-tel-niej-sza spośród wszystkich panien, jakie znam - wymamrotał zupełnie rozpływający się książę.

- Najbardziej czarująca! I... tutejsza! Któżby to mógł być? - pytały damy, znacząco spoglądając po sobie i wymieniając porozumiewawcze mrugnięcia.

- Rozumie się, ta, która tu jest uważana za najpiękniejszą - odezwała się Natalia Dmitrjewna, pocierając swe czerwone łapska i patrząc swymi kocimi oczami na Zinę. Wraz z nią wszyscy spojrzeli na Zinę.

- Skoro księciu śnią się takie rzeczy, to dlaczego książę na jawie się nie ożeni? - zapytała Felisata Michajłowna, obrzucając wszystkich znaczącym spojrzeniem.

- Ach, my byśmy świetnie wyswatały księcia! - podchwyciła inna dama.

- Niech się książę ożeni! - zapiszczała trzecia.

- Niech się książę ożeni, niech się książę ożeni! - zawołano ze wszystkich stron. - Dlaczegóż by książę nie miał się ożenić?

- No tak... dlaczegóż bym nie miał się ożenić - potakiwał książę, zbity z tropu wszystkimi tymi okrzykami.

- Wujaszku! - zawołał Mozgliakow.

- No tak, mój drogi, ja cię ro-zu-miem! Chciałem właśnie paniom powiedzieć, mesdames, że już nie jestem zdolny do małżeństwa, i po spędzeniu czarującego wieczoru u naszej zachwycającej gospodyni udaję się jutro do ojca Misaiła, do pustelni, a potem już wprost zagranicę, żeby móc lepiej obserwować europejską cy-wi-li-za-cję.

Zina zbladła i z niewymownym przygnębieniem popatrzyła na swą matkę. Ale Maria Aleksandrowna już się zdecydowała. Dotąd wyczekiwała tylko, badała grunt, pomimo iż rozumiała, że sprawa jest już nazbyt popsuta i że jej wrogowie za bardzo ją wyprzedzili. W końcu zrozumiała wszystko i postanowiła od razu, jednym ciosem zmiażdżyć stugłową hydrę. Z godnością powstała z fotela i twardymi krokami zbliżyła się do stołu, mierząc dumnym spojrzeniem swych wrogów-pigmejów. W spojrzeniu tym był ogień natchnienia. Postanowiła zdumieć, zbić z tropu wszystkie te jadowite plotkarki, łajdaka Mozgliakowa rozdeptać jak karalucha, śmiałym posunięciem odzyskać utracony wpływ na idiotę - księcia. Rozumie się, potrzebny był na to niezwykły tupet; ale Marii Aleksandrownie nie brak było tupetu.

- Mesdames - zaczęła uroczyście i z godnością (Maria Aleksandrowna szalenie lubiła uroczysty ton) - mesdames, długo przysłuchiwałam się rozmowie pań, ich wesołym i dowcipnym żartom, i znajduję, iż nadszedł już czas, bym zabrała głos. Jak paniom wiadomo, zebraliśmy się tu wszyscy zupełnie przypadkowo (i tak się z tego cieszę, tak się cieszę)... Nigdy bym nie zdecydowała się pierwsza na odkrycie ważnej tajemnicy rodzinnej i rozgłoszenie jej wcześniej, niż tego wymaga najzwyklejsze poczucie przyzwoitości. W szczególności proszę o przebaczenie mego drogiego gościa; ale wydało mi się, że on sam, robiąc dalekie aluzje do tej sprawy, daje mi do zrozumienia, że nie tylko nie będzie dla niego niemiłe formalne ogłoszenie naszej tajemnicy rodzinnej, lecz że pragnie nawet, aby to było rozgłoszone... Nieprawdaż, proszę księcia, nie omyliłam się?

- No tak, nie omyliła się pani... i bardzo się cieszę... - rzekł książę, nie rozumiejąc zupełnie, o czym mowa.

Maria Aleksandrowna, dla większego efektu, zatrzymała się, żeby nabrać oddechu, i spojrzała po wszystkich. Wszystkie panie z pożąd­liwą i pełną niepokoju ciekawością przysłuchiwały się jej słowom. Mozgliakow zadrżał; Zina zaczerwieniła się i wstała z fotela; Atanazy Matwiejewicz, w oczekiwaniu czegoś niezwykłego, na wszelki wypadek wytarł nos.

- Tak, mesdames, z radością gotowa jestem zwierzyć paniom rodzinną tajemnicę. Dzisiaj, po obiedzie, książę, pociągnięty urodą i... zaletami mej córki, zaszczycił ją swymi oświadczynami. Proszę księcia - zakończyła drżącym ze wzruszenia i od łez głosem - drogi książę nie powinien, nie może się na mnie gniewać za moją niedyskrecję! Tylko niezwykła radość familijna mogła przedwcześnie wyrwać z mego serca tę miłą tajemnicę i... jakaż matka może mi to wziąć za złe w tym wypadku?

Nie znajduję słów, żeby odmalować efekt, jaki wywarło nieoczekiwane wystąpienie Marii Aleksandrowny. Wszyscy jak gdyby zdrętwieli ze zdumienia. Zdradliwe damy, mające zamiar nastraszyć Marię Aleksandrownę tym, że już znają jej tajemnicę, mające zamiar zabić ją przedwczesnym rozgłoszeniem tej tajemnicy, pragnące zadręczyć ją, na razie samymi tylko aluzjami, były oszołomione tak śmiałą otwartością. Tak nieustraszona otwartość oznaczała siłę. "A więc książę naprawdę z własnej i nieprzymuszonej woli żeni się z Ziną? A więc nie naciągano go, nie spajano, nie oszukiwano? A więc nie ukradkiem, nie po złodziejsku skłaniają go do małżeństwa? A więc Maria Aleksandrowna nikogo się nie boi? A więc nie można już udaremnić tego małżeństwa, skoro książę żeni się nie pod przymusem?" Przez chwilę dał się słyszeć szmer, który zamienił się później w piskliwe okrzyki radości. Natalia Dmitrjewna pierwsza rzuciła się ściskać Marię Aleksandrownę; po niej Anna Nikołajewna i Felisata Michajłowna. Wszyscy zerwali się z miejsc, wszyscy się pomieszali, niektóre spośród dam były blade ze złości. Zaczęto winszować zażenowanej Zinie; przyczepiono się nawet do Atanazego Matwiejewicza. Maria Aleksandrowna malowniczo wyciągnęła ręce i prawie przemocą zamknęła swą córkę w objęciach. Tylko książę patrzył na tę scenę z jakimś nieokreślonym zdziwieniem, chociaż uśmiechał się, jak przedtem. Zresztą, scena ta podobała mu się po części. Przy uściskach matki z córką wyjął chusteczkę i otarł oko, w którem ukazała się łezka. Naturalnie, rzucono się ku niemu z powinszowaniami.

- Winszujemy księciu, winszujemy! - wołano ze wszystkich stron.

- Więc książę się żeni?

- Więc książę naprawdę się żeni?

- Żeni się drogi książę?

- No tak, no tak - odpowiedział książę, nadzwyczajnie zadowolony z powinszowań i entuzjazmu - i przyznam się paniom, że najbardziej mi się podoba miła życzliwość pań dla mnie, której nigdy nie zapomnę, ni-gdy nie za-pom-nę. Charmant, charmant! Aż się popłakałem...

- Proszę księcia, niech mnie książę pocałuje! - wołała najgłośniej Felisata Michajłowna.

- I przyznam się paniom - ciągnął książę, chociaż mu przerywano ze wszystkich stron - dziwię się najbardziej temu, że Maria I-wa-now-na, szanowna nasza gospodyni, tak niezwykle prze-ni-kli-wie odgadła mój sen. Zupełnie, jak gdyby śniło jej się to samo. Nad-zwy-czaj-na przenikliwość! Nad-zwy-czaj-na przenikliwość!

- Ach, książę znowu o śnie?

- Niechże już książę się przyzna, prosimy bardzo! - krzyczały wszystkie, obstępując go.

- Tak, proszę księcia, nie ma już co ukrywać, czas wyjawić tę tajemnicę! - tonem zdecydowanym i surowym rzekła Maria Aleksandrowna. - Zrozumiałam subtelną alegorię księcia i jego czarującą delikatność, z jaką starał się książę dać mi poznać, że chce, by ogłosić wszystkim o jego konkurach. Tak, mesdames, to prawda: dzisiaj książę klęczał przed moją córką i na jawie, a nie we śnie, uroczyście się jej oświadczył.

- Zupełnie jak na ja-wie, i nawet z towarzyszeniem tych samych okoliczności - potwierdził książę. - Mademoiselle - ciągnął dalej, z niezwykłą uprzejmością zwracając się do Ziny, która jeszcze nie ochłonęła ze zdumienia - mademoiselle! Przysięgam, że nigdy bym się nie ośmielił wymienić pani imienia, gdyby inni przede mną nie wy-mie-ni-li go. To był cza-row-ny sen, czarowny sen, i jestem w dwójnasób szczęśliwy, że wolno mi to teraz pani po-wie-dzieć. Charmant! Charmant!

- Ale proszę pani, jakże to? Przecież on ciągle mówi o śnie - szepnęła Anna Nikołajewna zalęknionej i z lekka pobladłej Marii Aleksandrownie.

Niestety! Marii Aleksandrownie i bez tych ostrzeżeń dawno już serce zamarło.

- Jakże to? - szeptały panie, wymieniając spojrzenia.

- Ależ proszę księcia - zaczęła Maria Aleksandrowna z boleśnie skrzywionym uśmiechem - zapewniam, że bardzo się temu dziwię. Cóż to za dziwny pomysł z tym snem? Przyznam się, myślałam dotąd, że książę żartuje, ale... Jeżeli to żarty, to bardzo nie na miejscu... Chcę, pragnę je złożyć na karb roztargnienia księcia, ale...

- Rzeczywiście, może to przez roztargnienie - zasyczała Natalia Dmitrjewna.

- No tak, być może, że to przez roztargnienie - potwierdził książę, ciągle jeszcze nie rozumiejąc, czego od niego chcą. - I proszę sobie wyobrazić, opowiem zaraz pewną a-neg-do-tę. Zapraszają mnie w Petersburgu na pogrzeb, tam, do pewnych ludzi, maison bourgeoise, mais bonnette, a ja poplątałem, że to imieniny. Imieniny były już tydzień temu. Przygotowałem dla sole-ni-zant-ki bukiet z kamelii. Wchodzę i cóż widzę? Człowiek czcigodny, solidny - leży sobie na stole, więc się bardzo zdziwiłem. Nie wiedziałem po prostu, gdzie się mam podziać z bukietem.

- Proszę księcia, nie czas teraz na anegdoty! - z oburzeniem przerwała Maria Aleksandrowna. - Moja córka, rozumie się, nie ma potrzeby uganiać się za konkurentami, ale niedawno książę sam, tu, przy tym fortepianie oświadczył się jej. Nie zmuszałam księcia do tego... Mogę nawet powiedzieć, że mnie to frapowało... Rozumie się, już wtedy wpadłam na pewną myśl, ale odłożyłam ją do czasu, aż się książę obudzi. Ale jestem matką, a ona jest moją córką... Książę mówi teraz o jakimś śnie, i myślałam, że w tej alegorycznej formie chce książę powiedzieć o swych zaręczynach. Wiem bardzo dobrze, że księciu, być może, przedstawiono to w fałszywym świetle... podejrzewam nawet, kto to zrobił... ale... proszę, niech książę natychmiast się wytłumaczy. Nie można tak żartować z porządnego domu.

- No tak, nie można tak żartować z porządnego domu - potaknął książę, nie zdając sobie jeszcze z niczego sprawy, ale zaczynając już trochę się niepokoić.

- To, proszę księcia, nie jest wystarczająca odpowiedź na moje pytanie. Proszę, niech książę odpowie pozytywnie; proszę potwierdzić, natychmiast potwierdzić tu, przy wszystkich, że książę się oświadczył mojej córce.

- No tak, gotów jestem potwierdzić. Zresztą, wszystko to już opowiadałem i Felisata Jakowlewna w zupełności odgadła mój sen.

- Nie sen! Nie sen! - krzyknęła z wściekłością Maria Aleksandrowna. - To nie było we śnie, ale na jawie, słyszy książę, na jawie!

- Na jawie! - zawołał książę, ze zdziwieniem podnosząc się z fotela. - No widzisz, mój kochany, jakeś wyprorokował niedawno, tak się też stało! - dodał, zwracając się do Mozgliakowa. - Ale zapewniam panią, wielce szanowna Mario Stiepanowno, że pani jest w błędzie! Jestem przekonany, że mi się tylko śniło!

- Wielki Boże! - krzyknęła Maria Aleksandrowna.

- Niech pani się nie gorączkuje, Mario Aleksandrowno - ujęła się Natalia Dmitrjewna. - Może książę jakoś zapomniał... Później sobie przypomni.

- Dziwię się pani, Natalio Dmitrjewno - z oburzeniem odparła Maria Aleksandrowna - czyż o takich rzeczach się zapomina? Czyż można o tym zapomnieć? Proszę księcia! Czy książę drwi z nas, czy co? Albo może książę pozuje na jednego z bohaterów Dumasa, z czasów regencji? Na jakiegoś Fairlacoura czy Lausina? Pomijając już, że to nie idzie w parze z wiekiem księcia, zapewniam, że się to nie uda! Moja córka nie jest francuską wicehrabiną. Ona tu niedawno śpiewała w obecności księcia romans i książę, porwany jej śpiewem, padł na kolana i oświadczył się jej. Czyżby to miało być przywidzenie? Czy ja śnię? Niech książę powie, czy ja śnię, czy nie?

- No tak... a właściwie, być może, że nie.... - odpowiedział zmieszany książę. - Chcę powiedzieć, że ja, zdaje się, nie śnię teraz. Widzi pani, niedawno spałem i dlatego śniło mi się, że we śnie...

- O Boże, a cóż to takiego: nie we śnie - we śnie, we śnie - nie we śnie! Diabli wiedzą, co to takiego! Czy książę bredzi, czy nie?

- No tak, diabli wiedzą... zresztą, zdaje mi się, że teraz już zupełnie wszystko poplątałem... - powiedział książę, rzucając wkoło niespokojne spojrzenia.

- Jakże to mogło się księciu śnić - gorączkowała się Maria Aleksandrowna - jeżeli ja tak drobiazgowo opowiadam księciu jego własny sen wówczas, gdy książę jeszcze nikomu z nas go nie opowiedział?

- Ale możliwe, że książę już komuś ten sen opowiedział - rzekła Natalia Dmitrjewna.

- No tak, możliwe, że już komuś opowiadałem - potwierdził zupełnie zbity z tropu książę.

- A to komedia! - szepnęła Felisata Michajłowna do sąsiadki.

- Ach mój ty Boże! To przechodzi wszelką cierpliwość! - krzyczała Maria Aleksandrowna, łamiąc ręce w pasji. - Ona śpiewała księciu romans, romans śpiewała! Czy i to się księciu śniło?

- No tak, zdaje się, że rzeczywiście śpiewała romans - wymamrotał książę w zamyśleniu.

I nagle twarz jego ożywiło jakieś wspomnienie.

- Mój drogi! - zawołał, zwracając się do Mozgliakowa - zapomniałem ci wtedy powiedzieć, że przecież naprawdę był tam jakiś romans, i w tym romansie były jakieś zamki, dość na tym, że było bardzo dużo zamków, wszystko to pamiętam... nawet się popłakałem... A teraz się właśnie zastanawiam, czy to przypadkiem nie było na jawie, a nie we śnie.

- Przyznam się wujaszkowi - odpowiedział Mozgliakow, jak mógł najspokojniej, chociaż głos mu drżał z jakiejś obawy - przyznam się wujaszkowi, zdaje mi się, że wszystko to bardzo łatwo wyjaśnić i uzgodnić. Sądzę, że wujaszek rzeczywiście słyszał śpiew. Zenaida Afanasjewna śpiewa prześlicznie. Po obiedzie poproszono wujaszka tutaj i Zenaida Afanasjewna zaśpiewała wujaszkowi romans. Nie było mnie wtedy, ale przypuszczam, że wujaszek się rozczulił, przypomniał sobie dawne czasy; być może, iż wujaszek przypomniał sobie tę wicehrabinę, z którą sam kiedyś śpiewał romanse i o której opowiadał nam dziś rano. No, a później, kiedy wujaszek położył się spać, na skutek tak miłych wrażeń, przyśniło się wujaszkowi, że jest zakochany i oświadcza się...

Maria Aleksandrowna była wprost ogłuszona taką bezczelnością.

- Ach, mój drogi, ależ to naprawdę tak było! - zawołał książę z zachwytem. - Otóż to właśnie: na skutek miłych wrażeń! Rzeczywiście pamiętam, jak mi śpiewano romans i dlatego we śnie zachciało mi się żenić. I wicehrabina też była... Ach, jak ty to mądrze wyświetliłeś, mój kochany! No, teraz już jestem w zupełności przekonany, że mi się to śniło! Mario Wasiljewno! Zapewniam, że pani się myli! To było we śnie. Inaczej przecież nie igrałbym szlachetnymi uczuciami pani...

- A! Teraz widzę jasno, kto tu palce maczał! - krzyknęła Maria Aleksandrowna, nie panując nad sobą z wściekłości, zwrócona do Mozgliakowa. - To pan, mój panie, to pan, niegodziwy człowieku, tego wszystkiego narobił! To pan zbałamucił tego nieszczęśliwego idiotę dlatego, że sam się pan spotkał z odmową! Ale ty mi zapłacisz, podły człowieku, za tę zniewagę! Zapłacisz, zapłacisz, zapłacisz, zapłacisz!

- Mario Aleksandrowno! - krzyczał z kolei Mozgliakow, poczerwieniawszy jak rak. - Słowa pani do tego stopnia... Nie wiem już, do jakiego stopnia słowa pani... Ani jedna dama z towarzystwa nie pozwoli sobie... ja, przynajmniej, staję w obronie mego krewnego. Sama się pani zgodzi, że tak naciągać...

- No tak, tak naciągać... - potakiwał książę, starając się schować za Mozgliakowa.

- Atanazy Matwiejewiczu! - krzyknęła Maria Aleksandrowna jakimś niesamowitym głosem. - Czy pan nie słyszy, jak nas tu hańbią i znieważają? Czy pan już zupełnie uwolnił się od wszelkich obowiązków? Czy też nie jest pan rzeczywistym ojcem rodziny, tylko wstrętnym klocem drewnianym? Dlaczegóż pan mruga oczami? Inny mąż dawno by już krwią zmył zniewagę swej rodziny!...

- Żono! - zaczął uroczyście Atanazy Matwiejewicz, dumny z tego, że i on stał się potrzebny. - Żono! A może naprawdę śniło ci się to, a potem, jak się obudziłaś, poplątałaś wszystko po swojemu...

Ale Atanazemu Matwiejewiczowi nie sądzone było dokończyć tego dowcipnego domysłu. Dotąd jeszcze goście się hamowali i obłudnie robili miny, wyrażające jakąś obłudną powagę. Ale tu głośna salwa niepowstrzymanego śmiechu rozległa się na cały pokój. Maria Aleksandrowna, zapominając o wszelkich względach przyzwoitości, rzuciła się na swego małżonka, zapewne po to, żeby mu natychmiast oczy wydrapać. Ale powstrzymano ją siłą. Natalia Dmitrjewna skorzystała z okazji, żeby dolać jeszcze choć kropelkę trucizny.

- Ach, Mario Aleksandrowno, może to rzeczywiście tak było, a pani się zamartwia - rzekła jak najsłodszym głosem.

- Jak było? Co było? - krzyczała Maria Aleksandrowna, nie rozumiejąc jeszcze, o co chodzi.

- Ach, Mario Aleksandrowno, przecież to czasami się zdarza...

- Ale co takiego się zdarza? Żyły chce pani ze mnie wyciągnąć czy co?

- Może to rzeczywiście był sen.

- Sen? Co? To był sen? I pani śmie mi to mówić prosto w oczy.

- Cóż, możliwe, że rzeczywiście tak było - odezwała się Felisata Michajłowna.

- No tak, być może, że rzeczywiście tak było - wymamrotał również książę.

- I on, i on to samo! O mój Boże! - krzyknęła Maria Aleksandrowna, klaszcząc w ręce.

- Jak pani się przejmuje, Mario Aleksandrowno! Trzeba mieć na uwadze, że sny Pan Bóg zsyła. Jeśli Bóg czegoś zechce, to nikt prócz Boga i we wszystkim jest święta Jego wola. Tu nie ma o co się gniewać.

- No tak; tu niema się o co gniewać - potakiwał książę.

- Czy pani mnie bierze za wariatkę, czy co? - z trudem zdołała powiedzieć Maria Aleksandrowna, dusząc się ze złości. To już było ponad ludzkie siły. Spiesznie poszukała krzesełka i zemdlała. Wszczęło się zamieszanie.

- Ona zemdlała dla przyzwoitości - szepnęła Natalia Dmitrjewna Annie Nikołajewnie.

Ale w tej samej chwili, w chwili najwyższego zdumienia obecnych i naprężenia całej tej sceny, nagle wystąpiła jedna, milcząca dotąd, postać - i cała scena natychmiast zmieniła charakter.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Zenaida Afanasjewna, ogólnie mówiąc, miała nadzwyczaj romantyczny charakter. Nie wiemy, czy dlatego, że, jak zapewniała Maria Aleksandrowna, zanadto się naczytała "tego durnia" Szekspira ze "swoim belfrzyną", ale Zina nigdy dotąd, w ciągu całego swego pobytu w Mordasowie, nie pozwalała sobie na taki niezwykle romantyczny, a ściślej, heroiczny wybryk, jak ten, który będziemy teraz opisywać.

Blada, ze stanowczością w spojrzeniu, ale prawie drżąca ze wzruszenia, cudnie piękna w swym oburzeniu, wystąpiła naprzód. Obrzuciwszy wszystkich długim, wyzywającym spojrzeniem, zwróciła się w chwili milczenia, jakie nagle zapadło, do matki, która po pewnym jej ruchu natychmiast się ocknęła z omdlenia i otworzyła oczy.

- Mamo! - rzekła Zina - po co oszukiwać? Po co jeszcze kalać się kłamstwem? Wszystko jest już teraz do tego stopnia brudne, że doprawdy nie warto poniżać się, ukrywając to błoto!

- Zino! Zino! Co ci jest? Opamiętaj się! - krzyknęła przestraszona Maria Aleksandrowna, zrywając się z krzesła.

- Ja mówiłam, powiedziałam mamie z góry, że nie zniosę całej tej hańby - ciągnęła Zina. - Czyż trzeba koniecznie jeszcze bardziej się poniżać, jeszcze bardziej walać się błotem? Ale niech mama przyjmie do wiadomości, że wszystko wezmę na siebie, bo jestem najwięcej winna. Ja, ja, przez swą zgodę, dopuściłam do tej wstrętnej... intrygi! Mama - jest moją matką; mama mnie kocha; mama chciała po swojemu, według swoich pojęć, dać mi szczęście. Mamie można jeszcze przebaczyć; ale mnie, mnie - nigdy!

- Zino, czyżbyś naprawdę chciała opowiadać?... O Boże! Przeczuwałam, że ten sztylet nie ominie mego serca!

- Tak, mamo, wszystko opowiem! Jestem zhańbiona, mama... wszyscy jesteśmy zhańbieni!...

- Przesadzasz, Zino! Nie panujesz nad sobą i nie wiesz, co mówisz! I po co opowiadać? To nie ma sensu... Wstyd nie nam przypada w udziale... Zaraz ci dowiodę, że to nie my się mamy wstydzić...

- Nie, mamo! - zawołała Zina z ponurym drżeniem w głosie - nie chcę dłużej milczeć wobec tych pań, których sądem gardzę i które przyjechały, żeby się z nas śmiać! Nie chcę znosić od nich upokorzeń; żadna z nich nie ma prawa rzucić we mnie błotem. Wszystkie one gotowe są natychmiast postąpić trzydzieści razy gorzej niż ja albo mama! Czyż one śmią, czyż one mogą być naszymi sędziami?

- A to pięknie! To dopiero powiedziała! Cóż to ma być? Nas tu obrażają! - dało się słyszeć ze wszystkich stron.

- Ależ ona po prostu nie wie, co mówi - powiedziała Natalia Dmitrjewna.

Zauważymy nawiasowo, że Natalia Dmitrjewna powiedziała słusznie. Jeżeli Zina nie uważała tych dam za godne sądzić ją, po cóż więc było zwracać się do nich z taką publiczną tyradą, z takimi wyznaniami? W ogóle, Zina Afanasjewna zanadto się pośpieszyła. Takie było później mniemanie najtęższych głów w Mordasowie. Wszystko mogło być załagodzone! Co prawda i Maria Aleksandrowna zaszkodziła sobie tego wieczoru swym pośpiechem i porywczością. Należało tylko wyśmiać się z idioty-staruszka i wypędzić go precz! Ale Zina, jak na złość, wbrew zdrowemu rozsądkowi i mądrości mordasowskiej, zwróciła się do księcia.

- Proszę księcia! - rzekła do starca, który aż powstał z fotela, takie na nim zrobiła wrażenie w owej chwili. - Proszę księcia! Niech mi książę wybaczy, niech książę nam wybaczy! Oszukałyśmy, nadużyłyśmy łatwowierności księcia...

- Zamilkniesz ty, nieszczęsna?! - w pasji krzyknęła Maria Aleksandrowna.

- Łaskawa pani! Łaskawa pani! Ma charmante enfant... - mruczał zdumiony książę.

Ale dumny, porywczy i w najwyższym stopniu marzycielski charakter Ziny ponosił ją w tej chwili poza zakres wszelkich względów wymaganych przez istotny stan rzeczy. Zapomniała nawet o swej matce, którą trzęsły drgawki na skutek jej wyznań.

- Tak, obie oszukałyśmy księcia: mama przez to, że zdecydowała się zmusić księcia do ożenienia się ze mną, a ja przez to, że się na to zgodziłam. Spojono księcia winem, ja zgodziłam się śpiewać i wygłupiać się przed księciem. Księcia, słabego, bezbronnego, naciągnęłyśmy, jak się wyraził Paweł Aleksandrowicz, naciągnęłyśmy z powodu bogactwa księcia, z powodu jego książęcego tytułu. Wszystko to było strasznie płaskie, przyznaję się do tego. Ale przysięgam księciu, że zdecydowałam się na tę podłość nie z podłych pobudek. Chciałam... Ale co ja mówię! Podwójną podłością jest usprawiedliwianie się w takiej sprawie! Ale oświadczam księciu, że gdybym nawet wzięła od niego cośkolwiek, byłabym za to zabawką księcia, jego służącą, tancerką, niewolnicą... przysięgłam na to i święcie dotrzymałabym swej przysięgi!

Silny spazm gardła przerwał jej w tej chwili. Wszyscy goście jak gdyby zdrętwieli i słuchali z wytrzeszczonymi oczyma. Nieoczekiwany i zupełnie niezrozumiały dla nich wybryk Ziny zbił ich z tropu. Tylko książę był wzruszony do łez, chociaż nie zrozumiał ani połowy z tego, co powiedziała Zina.

- Ależ ja ożenię się z panią, ma belle enfant, skoro pani sobie tego ży-czy - mruczał - i będzie to dla mnie wielkim za-szczy-tem! Tylko, zapewniam panią, że to był rzeczywiście, jak gdyby sen... Albo co też mi się czasem nie przyśni? Po co się tak gorączkować? Ja nawet, zdaje się, nic nie zrozumiałem, mon ami - ciągnął, zwracając się do Mozgliakowa - wyjaśnij mi chociaż ty, proszę cię...

- A pan, Pawle Aleksandrowiczu - podchwyciła Zina, również zwracając się do Mozgliakowa - pan, na którego przez dłuższy czas patrzyłam jako na mego przyszłego męża, pan, który teraz tak okrutnie się zemścił - czyżby i pan mógł przyłączyć się do tych ludzi, żeby mnie pognębić i zniesławić? I pan mówił, że kocha! Ale nie ja będę pana pouczała o moralności! Jestem bardziej winna niż pan... Skrzywdziłam pana, gdyż rzeczywiście łudziłam pana obietnicami, i moje niedawne argumenty były kłamliwe i podstępne! Nigdy pana nie kochałam, i jeżeli zdecydowałam się wyjść za pana, to jedynie dlatego, żeby gdziekolwiek oddalić się stąd, z tego przeklętego miasta, i pozbyć się całego tego smrodu... Ale przysięgam panu, że gdybym wyszła za pana, byłabym dobrą i wierną żoną... Pan się okrutnie zemścił i jeżeli to pochlebia pańskiej dumie...

- Zenaido Afanasjewno! - krzyknął Mozgliakow.

- Jeżeli pan dotąd żywi do mnie nienawiść...

- Zenaido Afanasjewno!!

- Jeżeli pan kiedykolwiek - ciągnęła Zina, tłumiąc łzy - jeżeli pan kiedykolwiek mnie kochał...

- Zenaido Afanasjewno!!!

- Zino, Zino! Córko moja! - szlochała Maria Aleksandrowna.

- Jestem łajdak, Zenaido Afanasjewno, jestem łajdak i nic więcej! - stwierdził Mozgliakow i zrobiło się straszne poruszenie. Podniosły się okrzyki zdziwienia, oburzenia, ale Mozgliakow stał jak wryty, bez myśli i bez głosu...

Dla słabych i próżnych charakterów, przywykłych do stałego podporządkowania i decydujących się w końcu na pasję i protest, słowem na stanowczość i konsekwencję, istnieje zawsze granica, i to bliska, ich stanowczości i konsekwencji. Protest ich bywa z początku jak najenergiczniejszy. Energia ich dochodzi nawet do uniesienia. Rzucają się na trudności jak gdyby z zamkniętymi oczyma i prawie zawsze biorą na siebie ciężar ponad siły. Ale po dojściu do pewnej granicy rozwścieczony człowiek nagle jak gdyby sam siebie przestraszy się, zatrzyma, oszołomiony, ze straszliwym pytaniem: "Co ja narobiłem?". Potem natychmiast rozkleja się, beczy, chce się wytłumaczyć, klęka, prosi o przebaczenie, błaga, żeby wszystko było po dawnemu, i to jak najprędzej, możliwie jak najprędzej!... Prawie dosłownie to samo przeżywał teraz Mozgliakow. Uniósłszy się, wpadłszy w pasję, ściągnąwszy nieszczęście, które teraz w całości przypisywał tylko sobie, nasyciwszy swoje oburzenie i egoizm i znienawidziwszy za to samego siebie, nagle powstrzymał się, zgnębiony wyrzutami sumienia wobec nieoczekiwanego wystąpienia Ziny. Ostatnie jej słowa dobiły go. Przeskoczenie z jednej ostateczności w drugą było dziełem jednej chwili.

- Jestem osioł, Zenaido Afanasjewno! - krzyknął w porywie skruchy. - Nie! Co mówię? Osioł to jeszcze nic! Jestem nieporównanie gorszy od osła! Ale ja dowiodę, Zenaido Afanasjewno, ja dowiodę pani, że i osioł może być człowiekiem szlachetnym!... Wujaszku! Oszukałem wujaszka! To ja, ja, ja wujaszka oszukałem! Wujaszek nie spał; wujaszek rzeczywiście na jawie się oświadczył, a ja, ja, łajdak, przez zemstę za to, że dostałem kosza, wmówiłem w wujaszka, że to był sen.

- Nadzwyczajnie ciekawe rzeczy wychodzą na jaw - zasyczała Natalia Dmitrjewna do ucha Annie Nikołajewnie.

- Mój drogi - odpowiedział książę - uspokój się, proszę; doprawdy, przestraszyłeś mnie swoim krzykiem. Zapewniam cię, że jesteś w błędzie... Ja nawet gotów jestem się ożenić, skoro już tak trzeba; ale przecież ty sam mnie zapewniałeś, że to był tylko sen...

- O, jakże mam wujaszka przekonać! Proszę mi powiedzieć, jak mam go teraz przekonać! Wujaszku, wujaszku! Przecież to ważna, najważniejsza sprawa familijna? Trzeba to zważyć! Pomyśleć!

- Owszem, mój drogi, po-my-ślę. Czekaj no, pozwól mi przypomnieć sobie od początku. Najpierw śnił mi się stangret Te-o-fil...

- Ale co nas teraz Teofil obchodzi, wujaszku!

- No tak, przypuśćmy, że on nas teraz nic nie obchodzi. Potem był Na-po-le-on, a potem, zdaje się, piliśmy herbatę i przyszła jakaś pani i wszystek cukier nam zjadła...

- Ależ, wujaszku - palnął Mozgliakow w zamroczeniu swego umysłu - przecież to sama Maria Aleksandrowna opowiadała wujaszkowi niedawno o Natalii Dmitrjewnie! Przecież ja tam byłem i sam to słyszałem! Byłem schowany i podglądałem przez dziurkę od klucza...

- Ja co, Mario Aleksandrowno! - podchwyciła Natalia Dmitrjewna - więc pani już i księciu opowiadała, że ja pani wykradłam cukier z cukiernicy! Więc ja po to panią odwiedzam, żeby kraść cukier!

- Precz ode mnie! - krzyknęła Maria Aleksandrowna, doprowadzona do pasji.

- Nie, nie odejdę, Maria Aleksandrowno, niech pani się nie waży tak ze mną mówić! A, więc ja pani cukier kradnę? Już dawno słyszałam, że pani o mnie rozpuszcza takie nędzne plotki. Zofia Pietrowna szczegółowo mi to opowiadała... Więc ja pani cukier kradnę?

- Ależ, mesdames - zawołał książę - przecież to był tylko sen! A co też to człowiekowi się czasem nie przyśni?...

- Przeklęta warząchew - mruknęła półgłosem Maria Aleksandrowna.

- Co, ja warząchew! - zapiszczała Natalia Dmitrjewna. - A kim pani jest? Wiem od dawna, że pani mnie nazywa warząchwią! Ja przynajmniej mam męża, a pani - durnia...

- No tak, pamiętam, była i warząchew - wymamrotał bezwiednie książę, przypominając sobie niedawną rozmowę z Marią Aleksandrowną.

- Co, i książę znieważa szlachciankę? Jak książę śmie szlachciankę znieważać? Jeżeli ja jestem warząchew, to książę jest kulas...

- Co, ja kulas?

- Tak, kulas, i do tego bez zębów!

- I jednooki! - zawołała Maria Aleksandrowna.

- Z gorsetem zamiast żeber! - dodała Natalia Dmitrjewna.

- Twarz na sprężynach!

- Sztuczne włosy!...

- I wąsiki ma, dureń, przyprawiane - stwierdziła Maria Aleksandrowna.

- Niechże mi pani chociaż nos własny zostawi, Mario Stiepanowno! - zawołał książę, oszołomiony tak niespodzianą otwartością. - Mój drogi! To ty mnie zdradziłeś! To ty opowiedziałeś, że mam włosy przy-pra-wia-ne...

- Wujaszku!

- Nie, mój kochany, nie mogę tu dłużej pozostawać! Wyprowadź mnie stąd gdziekolwiek... quelle societe? Dokąd ty mnie zaprowadziłeś. Bo-że mój?

- Idiota! Łajdak! - krzyczała Maria Aleksandrowna.

- O mój Boże! - mówił blady książę - ja tylko tro-chę za-pom-nia-łem, po co tutaj przyjechałem, ale za-raz sobie przy-po-mnę. Zabierz mnie stąd, braciszku, dokądkolwiek, bo mnie tu roz-szar-pią! Przy tym... muszę niezwłocznie zapisać pewną nową myśl...

- Chodźmy, wujaszku, jeszcze nie jest późno; zaraz wujaszka przeprowadzę do hotelu i sam pojadę z wujaszkiem...

- No tak, do ho-te-lu. Adieu, ma charmante enfant... pani jedna... tylko pani... po-czci-wa. Pani jest szla-chet-na! Chodźmy, mój kochany. O mój Boże!

Nie będę opisywać zakończenia przykrej sceny, jaka się rozegrała przy wyjściu księcia. Panie rozjechały się z piskiem i wymysłami. Maria Aleksandrowna pozostała w końcu sama, wśród ruin i szczątków swej dawnej sławy. Niestety! Potęga, sława, znaczenie - wszystko znikło tego jednego wieczoru. Maria Aleksandrowna zdawała sobie sprawę, że już się nie podniesie po dawnemu. Długi, długoletni jej despotyzm nad całym towarzystwem runął definitywnie. Cóż jej teraz pozostawało? Filozofować? Ale ona nie filozofowała. Wściekała się całą noc. Zina zhańbiona, plotkować będą bez końca! Okropność!

Jako sumienny historyk muszę wspomnieć, że w całym tym galimatiasie najwięcej oberwał Atanazy Matwiejewicz, który w końcu ukrył się gdzieś w komorze i przemarzł tam do rana; nadszedł w końcu ranek, ale nie przyniósł nic dobrego. Nieszczęście zawsze pociąga za sobą dalsze nieszczęścia.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Gdy los zacznie raz kogoś doświadczać, ciosom jego nie ma końca. Dawno to spostrzeżono. Nie dość było wczorajszej hańby i wstydu dla Marii Aleksandrowny! Nie! Los gotował jej coś jeszcze gorszego.

Jeszcze przed dziewiątą po całym mieście rozeszła się nagle pewna dziwna i prawie niewiarygodna pogłoska, przyjęta przez wszystkich z jak najzłośliwszą i jak najokrutniejszą radością, jak zazwyczaj przyjmujemy wiadomość o każdym niezwykłym skandalu, jaki spotka kogoś z naszych bliźnich. "Do tego stopnia stracić wstyd i sumienie! - krzyczano na wszystkie strony - do tego stopnia się poniżyć, zatracić wszelką miarę przyzwoitości, do tego stopnia rozluźnić wszelkie węzły!" itd. itd. Ale oto, co się stało. Wczesnym rankiem, bodajże o siódmej godzinie, pewna uboga staruszka przybiegła, z rozpaczą i ze łzami, do domu Marii Aleksandrowny i błagała pokojówkę, żeby możliwie jak najprędzej obudziła panienkę, ukradkiem, tak żeby się Maria Aleksandrowna nie dowiedziała. Zina, blada i przygnębiona, niezwłocznie wybiegła do staruszki. Ta upadła jej do nóg, całowała je, oblewała łzami i błagała Zinę, żeby zaraz poszła z nią do chorego Wasi, który całą noc był taki słaby, taki słaby, że może już do wieczora nie dożyje. Staruszka mówiła Zinie, plącząc, że Wasia wzywa ją do siebie, żeby mu wybaczyła w godzinę śmierci, zaklina ją na wszystkie świętości, na wszystko, co było dawniej, i że jeżeli Zina nie przyjdzie, to Wasia umrze zrozpaczony. Zina natychmiast postanowiła pójść, mimo iż spełnienie takiej prośby jawnie potwierdziłoby wszystkie dawniejsze złośliwe pogłoski o przejętym liście, o jej skandalicznym postępowaniu itp. Nie opowiedziawszy się matce, narzuciła na siebie salopę i natychmiast pobiegła ze staruszką, przez całe miasto, na jedno z najbiedniejszych przedmieść Mordasowa, na najnędzniejszą uliczkę, gdzie stał pewien stary, pochylony i wrosły w ziemię domek z jakimiś dziurami zamiast okien i otoczony ze wszystkich stron śnieżnymi zaspami.

W tym domku, w małej, niskiej i dusznej izdebce, w której ogromny piec zajmował akurat połowę miejsca, na niemalowanym łóżku z desek, na cienkim jak placuszek materacu leżał młodzieniec okryty starym płaszczem. Twarz jego była blada i wynędzniała, oczy błyszczały chorobliwie, ręce były cienkie i suche jak patyki; oddychał z trudem i chrapliwie. Widać było, że kiedyś był przystojny; ale choroba skaziła delikatne rysy jego ładnej twarzy, na którą strach i żal było spojrzeć, jak na twarz każdego suchotnika, a ściśle mówiąc, umierającego. Jego matka-staruszka, która cały rok, prawie do ostatniej godziny, czekała na wyzdrowienie swego Wasieńki, zobaczyła w końcu, że nie żyć mu na tym świecie. Stała teraz nad nim, przybita nieszczęściem, ze skrzyżowanymi rękoma, bez łez, patrzyła na niego i nie mogła się napatrzeć, a jednak nie mogła tego pojąć, chociaż wiedziała, że za kilka dni jej najdroższego Wasię pokryje zmarznięta ziemia, tam pod śnieżnymi zaspami, na ubogim cmentarzu. Ale Wasia nie na nią patrzył w tej chwili. Cała jego twarz, wychudzona i cierpiąca, promieniała teraz szczęściem. Widział wreszcie przed sobą tę, która mu się śniła przez całe półtora roku, i na jawie, i we śnie, w długie, ciężkie noce jego choroby. Zrozumiał, że mu przebaczyła, że zjawiła się u niego, jak anioł boży, w godzinę śmierci. Zina ściskała jego ręce, płakała nad nim, uśmiechała się do niego, znowu patrzyła na niego swymi cudnymi oczami i - dawne, bezpowrotne znów odżyło w duszy umierającego. Życie zapłonęło znów w jego sercu i zdawało się, że opuszczając go, chciało nieszczęsnemu dać odczuć, jak ciężko rozstawać się z nim.

- Zino - mówił - Zinoczko! Nie płacz nade mną, nie martw się, nie smuć, nie przypominaj mi, że niedługo umrę. Będę patrzeć na ciebie - o, tak, jak teraz patrzę - będę czuć, że nasze dusze są znowu razem, że przebaczyłaś mi, będę znowu całować twoje ręce, jak dawniej, i umrę, może nawet nie zauważywszy śmierci! Zmizerniałaś, Zinoczko! Aniele mój, z jaką ty dobrocią teraz na mnie patrzysz! A pamiętasz, jak się dawniej śmiałaś? Pamiętasz... Ach, Zino, nie proszę cię o przebaczenie, nawet nie chcę wspominać o tym, co było - dlatego, Zinoczko, dlatego, że chociaż ty może mi przebaczyłaś, ale ja nigdy sobie nie przebaczę. Były długie noce, Zino, bezsenne, okropne noce, i w te noce, tu, na tym łóżku, leżałem i myślałem, długo, wiele przemyślałem, i dawno już doszedłem do przekonania, że lepiej dla mnie, żebym umarł, doprawdy, lepiej!... Niewart byłem żyć, Zinoczko!

Zina płakała i w milczeniu ściskała mu ręce, jakby go chciała w ten sposób powstrzymać.

- Czemu płaczesz, mój aniele? - ciągnął chory. - Dlatego, że umieram, tylko dlatego? Ale przecież wszystko inne dawno już umarło, dawno pogrzebane! Jesteś mądrzejsza ode mnie, masz czyste serce, i dlatego dawno wiesz, że jestem marnym człowiekiem. Czyż możesz mnie jeszcze kochać? I ile mnie kosztowało zniesienie tej myśli, że wiesz, iż jestem marny i próżny! A ile tu było miłości własnej, może szlachetnej... nie wiem! Ach, moja droga, całe moje życie było marzeniem. Marzyłem tylko, zawsze marzyłem, a nie żyłem, byłem dumny, gardziłem tłumem, a z czegóż byłem dumny wobec ludzi? Sam nie wiem. Z czystości serca, ze szlachetności uczuć? Ale przecież to wszystko było w marzeniach, Zino, kiedyśmy czytali Szekspira, a gdy doszło do czynu, wykazałem swą czystość i szlachetność uczuć...

- Dosyć - rzekła Zina - dosyć! To inaczej było, niepotrzebnie... zadręczasz się!

- Po co mnie powstrzymujesz, Zino! Wiem, przebaczyłaś mi, może już dawno mi przebaczyłaś; ale wydałaś o mnie sąd i przekonałaś się, kim jestem; to mnie męczy. Niewart jestem twojej miłości, Zino! Ty i w czynie byłaś szlachetna i wielkoduszna: poszłaś do matki i powiedziałaś, że wyjdziesz za mnie, za nikogo innego, i dotrzymałabyś słowa, bo twoje słowo szło w parze z czynem. A ja, ja! Kiedy doszło do czynu... Wiesz, Zinoczko, że wtedy nawet nie zdawałem sobie sprawy, co ty poświęcasz, wychodząc za mnie! Nie mogłem nawet tego zrozumieć, że wyszedłszy za mnie, może byś umarła z głodu. Gdzie tam, ani mi to przeszło przez głowę! Ja przecież myślałem tylko o tym, że wychodzisz za mnie, za wielkiego poetę (w przyszłości, rozumie się), nie chciałem rozumieć argumentów, jakie wysuwałaś, prosząc, żeby poczekać ze ślubem, męczyłem cię, tyranizowałem, robiłem wymówki, pogardzałem tobą, i w końcu doszło do tego, że ci zagroziłem tym listem. Nie byłem nawet łajdakiem w tej chwili. Byłem po prostu marnym człeczyną! O, jak ty powinnaś mną pogardzać! Nie, to dobrze, że umieram! Dobrze, że nie wyszłaś za mnie! Nie zrozumiałbym twojej ofiary, męczyłbym cię, zadręczyłbym cię za naszą biedę; minęłyby lata - i cóż? Może bym cię nawet znienawidził jako przeszkodę życiową. A tak lepiej! Lepiej, przynajmniej gorzkie moje łzy oczyściły me serce. Ach, Zinoczko! Kochaj mnie choć troszkę, tak, jak dawniej mnie kochałaś! Chociaż w tę ostatnią godzinę... Ja przecież wiem, że nie jestem wart twojej miłości..., ale... o, mój ty aniele!

Gdy to mówił, Zina sama płacząc, kilka razy go powstrzymywała. Ale nie słuchał jej; męczyło go pragnienie wypowiedzenia się i mówił dalej, chociaż z trudem, dusząc się, ochrypłym, zdławionym głosem.

- Gdybyś mnie nie poznał i nie pokochał, pozostałbyś przy życiu! - powiedziała Zina. - Ach, po cośmy się zetknęli!

- Nie? Moja droga, nie rób sobie wyrzutów, że umieram - ciągnął chory. - Wszystkiemu ja tylko jestem winien! Ileż tu było fałszywej ambicji! Romantyzmu! Czy opowiadano ci ze szczegółami moją głupią historię, Zino? Widzisz, był tu trzy lata temu pewien aresztant, skazany na śmierć, złodziej i morderca; ale kiedy doszło do egzekucji, okazał całą swą małoduszność. Wiedząc, że na chorym nie wykonają wyroku, postarał się o alkohol, wsypał do niego tytoniu i wypił. Zaczął wymiotować z krwią, i trwało to tak długo, że zaszkodziło mu na płuca. Przenieśli go do szpitala i po kilku miesiącach umarł na galopujące suchoty. No więc, mój aniele, pomyślałem sobie o tym aresztancie tego dnia... wiesz, po tym liście... i postanowiłem tak samo skończyć z sobą; ale jak ci się zdaje, dlaczego wybrałem suchoty? Dlaczego nie powiesiłem albo nie utopiłem się? Bałem się natychmiastowej śmierci? Być może, że i to, ale wciąż mi się jakoś zdaje, że i tu się nie obeszło bez słodkich romantycznych głupstw! Myślałem przecież wtenczas: jak to będzie ładnie, kiedy będę leżał na łóżku, umierając na suchoty, a ty będziesz się martwić, rozpaczać, że przyprawiłaś mnie o suchoty; sama ze skruchą przyjdziesz do mnie, uklękniesz przede mną... Ja przebaczam ci, umieram na twoich rękach... To głupie, Zinoczko, to głupie, prawda?

- Nie wspominaj o tym! - powiedziała Zina. - Nie mów tego. Ty nie jesteś taki... wspominajmy lepiej o czym innym, o naszych dobrych, szczęśliwych chwilach!

- Gorzko mi, moja droga i dlatego mówię. Półtora roku ciebie nie widziałem! Zdaje mi się, że całą duszę otworzyłbym przed tobą! Przez cały ten czas, od owej chwili, byłem sam, samiuteńki, i zdaje mi się, że nie było takiej chwili, w której bym o tobie nie myślał, mój aniele! I wiesz co, Zinoczko! Tak pragnąłem coś zrobić, tak jakoś zasłużyć sobie, żebyś musiała zmienić zdanie o mnie. Do ostatniej chwili nie wierzyłem, że umrę; nie od razu mnie przecież powaliło, długo chodziłem z chorymi płucami. I ile śmiesznych projektów roiłem sobie! Marzyłem, na przykład, że zostanę nagle jakimś wielkim poetą, wydrukuję w "Kronice Ojczystej" taki poemat, jakiego jeszcze nie było na świecie. Chciałem przelać w nim na papier wszystkie moje uczucia, całą mą duszę, tak że gdziekolwiek byś była, zawsze byłbym przy tobie, bezustannie przypominałbym o sobie swoimi wierszami, i najpiękniejszym moim marzeniem było, że się w końcu zamyślisz i powiesz: "Nie, to nie jest tak zły człowiek, jak myślałam!". To głupie, Zinoczko, głupie, prawda?

- Nie, nie, Wasia, nie! - mówiła Zina.

Upadła mu na piersi i całowała jego ręce.

- A jaki byłem zazdrosny o ciebie cały ten czas! Zdawało mi się, że umarłbym, gdybym usłyszał o twoim ślubie! Nasyłałem do ciebie ludzi, czatowałem, szpiegowałem... ona ciągle chodziła (tu wskazał na matkę). Ty przecież nie kochałaś Mozgliakowa, prawda, Zinoczko? O, mój aniele! Czy wspomnisz o mnie, kiedy umrę? Wiem, że wspomnisz, ale przeminą lata, serce ostygnie, przyjdą chłody, zima w duszy, i zapomnisz o mnie, Zinoczko!...

- Nie, nie, nigdy! Nie wyjdę za mąż... Tyś mój pierwszy... i ostatni...

- Wszystko umiera, Zinoczko, wszystko, nawet wspomnienia... I nasze szlachetne uczucia też umierają. Ich miejsce zajmuje rozsądek. Po co się na to gniewać? Korzystaj z życia, Zino, żyj długo, żyj szczęśliwie. Pokochaj innego, jeśli ci się trafi - nie będziesz przecież kochać trupa! Tylko wspominaj o mnie, choćby z rzadka; złego nie wspominaj, przebacz zło; ale przecież były w naszej miłości i dobre strony, Zinoczko! O, złote, bezpowrotne dni... Słuchaj, mój aniele, zawsze lubiłem wieczorną godzinę, kiedy słońce zachodzi. Wspomnij o mnie kiedyś o tej godzinie! O, nie, nie. Po co umierać? O, jakżebym teraz chciał żyć! Wspomnij, moja droga, wspomnij, wspomnij te czasy! Była wtedy wiosna, słońce świeciło tak jasno, kwitły kwiaty, jak gdyby jakieś święto było wkoło nas... A teraz! Popatrz, popatrz!

I biedak wskazał zeschniętą ręką na zamarznięte, matowe okno. Potem schwycił ręce Ziny, przycisnął do swoich oczu i gorzko zapłakał. Łkania prawie rozrywały jego znękaną pierś.

I przez cały dzień cierpiał, martwił się i płakał. Zina pocieszała go, jak mogła, ale dusza jej cierpiała śmiertelnie. Mówiła, że nie zapomni o nim i że nigdy nikogo nie pokocha tak, jak jego kochała. Wierzył jej, uśmiechał się, całował jej ręce, ale wspomnienia przeszłości tylko paliły, tylko dręczyły mu duszę. Tak upłynął cały dzień. Tymczasem przestraszona Maria Aleksandrowna dziesięć razy posyłała po Zinę, błagała ją, żeby wróciła do domu i nie gubiła się do reszty w opinii publicznej. W końcu, kiedy już się ściemniło, prawie całkiem straciwszy głowę z przerażenia, zdecydowała się sama pójść do Ziny. Wywoławszy córkę do sąsiedniego pokoju, prawie na kolanach błagała ją, żeby oszczędziła jej "tego ostatniego i najstraszniejszego ciosu w serce". Zina wyszła do niej chora; głowa jej pałała. Słuchała słów matki, nie rozumiejąc ich. Maria Aleksandrowna odeszła w końcu zrozpaczona, gdyż Zina postanowiła nocować w domu umierającego. Całą noc nie odchodziła od jego łóżka. Ale choremu było coraz gorzej. Nadszedł dzień, ale nie było nadziei, żeby cierpiący go przeżył. Staruszka-matka była jak obłąkana, niczego nie mogła zrozumieć, podawała synowi lekarstwa, których ten nie chciał zażywać. Agonia długo się przeciągała. Umierający nie mógł już mówić i tylko ochrypłe okrzyki bez związku wyrywały się z jego piersi. Do ostatniej chwili patrzył na Zinę, ciągle szukał jej oczyma i kiedy już światło zaczynało gasnąć w jego oczach, wciąż jeszcze błędną, niepewną ręką szukał jej ręki, żeby ją uścisnąć. Tymczasem krótki dzień zimowy miał się ku końcowi. I kiedy w końcu ostatni, pożegnalny promień słońca ozłocił zamarznięte jedyne okienko małej izdebki, dusza cierpiącego uleciała w ślad za tym promieniem ze znękanego ciała. Staruszka-matka, widząc wreszcie przed sobą trupa swego najukochańszego Wasi, klasnęła w ręce, krzyknęła i rzuciła się na pierś zmarłego.

- To ty, żmijo, doprowadziłaś go do tego! - krzyknęła w desperacji na Zinę. - To ty, łajdaczko przeklęta, to ty, zbrodniarko, zgubiłaś go.

Ale Zina nic już nie słyszała. Stała nad zmarłym jak obłąkana. W końcu nachyliła się nad nim, przeżegnała go, pocałowała i machinalnie wyszła z pokoju. Oczy jej płonęły, w głowie się kręciło. Męczące wrażenia, dwie prawie bezsenne noce omal nie doprowadziły jej do obłąkania. Odczuwała mętnie, że cała jej przeszłość jak gdyby oderwała się od jej serca i zaczęło się nowe życie, mroczne i niebezpieczne. Ale nie uszła jeszcze dziesięciu kroków, gdy zjawił się koło niej jak gdyby wyrosły spod ziemi Mozgliakow; zdaje się, że umyślnie czekał tam na nią.

- Zenaido Afanasjewno - zaczął jakimś bojaźliwym szeptem, oglądając się ukradkiem na wszystkie strony, bo jeszcze było dość jasno - Zenaido Afanasjewno, ja, naturalnie, jestem osioł! To jest, właściwie, teraz już nie jestem osioł, bo, widzi pani, jednak postąpiłem szlachetnie. A jednak przyznaję się, że byłem osłem... Zdaje mi się, że coś poplątałem, Zenaido Afanasjewno, ale... niech mi pani wybaczy, to z różnych powodów...

Zina prawie bezmyślnie popatrzyła na niego i w milczeniu szła dalej. Ponieważ na wysokim drewnianym trotuarze nie starczało miejsca dla dwojga, a Zina nie ustępowała, Paweł Aleksandrowicz zeskoczył z trotuaru i biegł obok niej dołem, bez ustanku zaglądając jej w twarz.

- Zenaido Afanasjewno - ciągnął dalej - zastanawiałem się nad tym i, jeżeli pani zechce, gotów jestem wznowić moją propozycję. Gotów jestem nawet zapomnieć o wszystkim, Zenaido Afanasjewno, o całej tej hańbie i gotów jestem przebaczyć, ale pod jednym warunkiem: dopóki jesteśmy tutaj, wszystko pozostanie w tajemnicy. Pani wyjedzie stąd możliwie najprędzej, a ja ukradkiem w ślad za panią; weźmiemy ślub gdzieś na ustroniu, tak że nikt nie zobaczy, a potem zaraz do Petersburga, chociażby rozstawnymi końmi, więc żeby pani zabrała ze sobą tylko małą walizeczkę... co? Zgadza się pani, Zenaido Afanasjewno? Niech pani prędko odpowie! Nie mogę czekać; mogą nas zobaczyć razem.

Zina nie odpowiedziała, tylko popatrzyła na Mozgliakowa, ale tak popatrzyła, że ten natychmiast wszystko zrozumiał, zdjął kapelusz, ukłonił się i znikł na pierwszym zakręcie.

"Ja kto? - pomyślał - jeszcze trzy dni temu wieczorem tak się rozczuliła i o wszystko siebie oskarżała? Widocznie nie zawsze świętego Jana!"

A tymczasem w Mordasowie wypadki następowały po wypadkach. Wydarzyło się coś tragicznego. Książę, przewieziony przez Mozgliakowa do hotelu, zachorował tej samej nocy, i to niebezpiecznie. Mordasowianie dowiedzieli o tym z rana. Kalikst Stanisławowicz prawie nie odchodził od chorego. Pod wieczór zwołano konsylium wszystkich lekarzy mordasowskich. Zaproszenia dla nich napisano po łacinie. Ale pomimo łaciny książę zupełnie już stracił przytomność, bredził, prosił Kaliksta Stanisławowicza, żeby mu zaśpiewał jakiś romans, mówił o jakichś perukach; od czasu do czasu jakby się czegoś bał i krzyczał. Doktorzy orzekli, że na skutek mordasowskiej gościnności książę dostał zapalenia żołądka, które przerzuciło się jakoś (zapewne po drodze) na głowę. Nie negowali i pewnego duchowego wstrząsu. Wniosek wyciągnęli taki, że książę od dawna już był predysponowany na śmierć, dlatego też na pewno umrze. Co do ostatniego nie omylili się, gdyż biedny staruszek trzeciego dnia wieczorem umarł w hotelu. Wywarło to głębokie wrażenie na mordasowianach. Nikt się nie spodziewał tak poważnego obrotu rzeczy. Rzucono się tłumnie do hotelu, gdzie leżały zwłoki, jeszcze nieubrane, rozprawiano, sprzeczano się, kiwano głowami i skończono na tym, że przypisano winę "zabójczyniom nieszczęsnego księcia", mając na myśli, naturalnie, Marię Aleksandrownę wraz z córką. Wszyscy wyczuli, że ta historia, już choćby przez swój skandaliczny charakter, może mieć nieprzyjemny rozgłos, dojdzie, być może, gdzieś bardzo daleko i - czego tam jeszcze nie nagadano! Cały ten czas Mozgliakow frasował się, rzucał się na wszystkie strony, aż w końcu zakręciło mu się w głowie. W takim właśnie nastroju widział się z Ziną. Rzeczywiście, położenie jego było kłopotliwe. Sam przywiózł księcia do miasta, sam przewiózł go do hotelu, a teraz nie wiedział, co robić z nieboszczykiem, jak i gdzie go pochować, komu dać znać? Czy odwieźć ciało do Duchanowa? Przy tym uważał się za krewnego. Drżał, żeby go nie posądzono o przyśpieszenie śmierci starca. "Kto wie, może to dojdzie do Petersburga, do wyższych sfer towarzyskich!" - myślał z drżeniem. Od mordasowian nie można było uzyskać żadnej rady; wszyscy nagle się czegoś przestraszyli, odbiegli od zwłok i pozostawili Mozgliakowa w jakimś ponurym odosobnieniu. Lecz nagle cała scena szybko się zmieniła. Następnego dnia rano przyjechał do miasta pewien gość. O tym gościu momentalnie zaczął mówić cały Mordasów, ale mówił jakoś tajemniczo, szeptem, wyglądając na niego przez wszystkie szpary i okna, gdy przejeżdżał ulicą wielką do gubernatora. Nawet sam Piotr Michajłowicz jak gdyby stchórzył i nie wiedział, jak ma potraktować gościa. Gościem tym był dość znany książę Szczepietiłow, krewny nieboszczyka, człowiek jeszcze prawie młody, trzydziestopięcioletni, z pułkownikowskimi epoletami i akselbantami. Wszystkich urzędników przejął jakiś niezwykły strach na widok tych akselbantów. Policmajster, na przykład, całkiem stracił głowę; stawił się jednak, chociaż z dość rzadką miną. Natychmiast się dowiedziano, że książę Szczepietiłow jedzie z Petersburga i że wstępował po drodze do Duchanowa. Nie zastawszy nikogo w Duchanowie, pojechał w ślad za wujem do Mordasowa, gdzie jak grom uderzyła w niego wiadomość o śmierci starca i wszystkie pogłoski o okolicznościach jego śmierci. Piotr Michajłowicz był nawet trochę zmieszany, gdy dawał potrzebne wyjaśnienia; a i wszyscy w Mordasowie wyglądali tak, jakby się czuli winowajcami. Przy tym przybyły gość miał tak surową, tak niezadowoloną minę, pomimo że zdawałoby się, nie można być niezadowolonym ze spadku. Natychmiast zabrał się do wszystkiego sam osobiście; Mozgliakow zaś niezwłocznie i ze wstydem usunął się przed prawdziwym, nieuzurpującym sobie praw krewnym i znikł - nie wiadomo gdzie. Postanowiono przenieść natychmiast zwłoki do klasztoru, gdzie miały być odśpiewane egzekwie. Wszystkie rozporządzenia przyjezdnego były wydawane zwięźle, sucho, surowo, ale taktownie i grzecznie. Nazajutrz całe miasto zebrało się w klasztorze, żeby asystować przy egzekwiach. Pośród pań rozeszła się niedorzeczna plotka, że Maria Aleksandrowna stawi się w cerkwi, i klęcząc, będzie błagać o przebaczenie, i że wszystko to stać się ma tak zgodnie z prawem. Rozumie się, wszystko to okazało się brednią i Maria Aleksandrowna wcale nie przyszła do cerkwi. Zapomnieliśmy powiedzieć, że natychmiast po powrocie Ziny do domu jej mama tego samego wieczoru postanowiła przenieść się na wieś, uważając, że dalsze pozostawanie w mieście jest niemożliwe. Tam z trwogą przysłuchiwała się ze swego kąta miejskim plotkom, wysyłała umyślnych po wiadomości o przyjezdnym i wciąż była jak w febrze. Droga z klasztoru do Duchanowa przechodziła mniej niż o wiorstę od okien jej domu wiejskiego, dlatego też Maria Aleksandrowna mogła dobrze przyjrzeć się długiej procesji, ciągnącej po egzekwiach z klasztoru do Duchanowa. Trumnę wieziono na wysokim karawanie; za nim ciągnął długi sznur pojazdów, odprowadzających nieboszczyka do zakrętu do miasta. I długo jeszcze czerniał na śnieżnobiałym polu ten ponury karawan, jadący wolno, stosownie do ceremoniału. Ale Maria Aleksandrowna nie mogła długo patrzeć i odeszła od okna.

Po upływie tygodnia przeniosła się do Moskwy, wraz z córką i Atanazym Matwiejewiczem, a po miesiącu dowiedziano się w Mordasowie, że podmiejska wieś i dom Marii Aleksandrowny są wystawione na sprzedaż. W taki oto sposób Mordasów stracił na zawsze taką comme il faut damę! Nie obeszło się i tu bez złych języków. Zaczęto, na przykład opowiadać, że wieś sprzedaje się wraz z Atanazym Matwiejewiczem... Minął rok i drugi, i o Marii Aleksandrownie prawie całkiem zapomniano. Niestety! Tak to zawsze bywa na świecie! Opowiadano zresztą, że kupiła sobie inną wieś i przeniosła się do innego miasta gubernialnego, w którym, rozumie się, już wzięła wszystkich w garść, że Zina jeszcze nie wyszła za mąż, że Atanazy Matwiejewicz... Zresztą, nie warto powtarzać tych pogłosek; wszystko to bardzo niepewne.

Upłynęło trzy lata od chwili, w której napisałem ostatni wiersz pierwszej części kroniki mordasowskiej, i kto by mógł pomyśleć, że będę musiał jeszcze raz rozwinąć mój rękopis i dołączyć do mego opowiadania jeszcze jedną wiadomość. Ale do rzeczy! Zacznę od Pawła Aleksandrowicza Mozgliakowa. Wyniósłszy się z Mordasowa, udał się wprost do Petersburga, gdzie szczęśliwie otrzymał tę posadę urzędową, którą mu dawno obiecano. Wkrótce zapomniał o wszystkich mordasowskich perypetiach, rzucił się w wir światowego życia na Wasiljewskiej wyspie i w Galernym porcie, hulał, umizgał się, nie marnował młodych lat, zakochał się, oświadczył się, dostał jeszcze raz kosza i, nie mogąc tego strawić, z nudów i na skutek wietrzności swego charakteru wystarał się o miejsce w pewnej ekspedycji, wysyłanej do jednego z najbardziej oddalonych krajów naszej bezbrzeżnej ojczyzny, w celu przeprowadzenia rewizji czy też w jakimś innym celu, nie wiem na pewno. Ekspedycja szczęśliwie przejechała wszystkie lasy i pustynie i w końcu, po długiej podróży, zjawiła się w głównym mieście "najdalszego kraju" u gubernatora. Był to wysoki, szczupły i surowy generał, stary żołnierz, poraniony w bojach, z dwiema gwiazdami i białym krzyżem na szyi. Przyjął ekspedycję poważnie i oficjalnie i zaprosił wszystkich urzędników, wchodzących w jej skład, do siebie na bal, wydawany tego samego wieczoru, z okazji imienin generałowej-gubernatorowej. Paweł Aleksandrowicz był z tego bardzo zadowolony. Włożywszy swój petersburski frak, w którym spodziewał się wywrzeć efekt, nonszalancko wszedł do wielkiej sali, ale zaraz trochę spuścił z tonu, na widok mnóstwa epoletów i cywilnych uniformów z gwiazdami. Trzeba było przywitać się z generałową-gubernatorową, o której już słyszał, że jest młoda i bardzo ładna. Zbliżył się do niej nawet dość zamaszyście i nagle osłupiał ze zdziwienia. Przed nim stała Zina, we wspaniałej toalecie balowej i z brylantami, dumna i wyniosła. Zupełnie nie poznała Pawła Aleksandrowicza. Spojrzenie jej od niechcenia prześlizgnęło się po jego twarzy i natychmiast zwróciło się na kogoś innego. Zdumiony Mozgliakow odszedł na bok i w tłumie zetknął się z pewnym nieśmiałym młodym urzędnikiem, który, jak się zdawało, bał się samego siebie, znalazłszy się na balu u generał-gubernatora. Paweł Aleksandrowicz zaraz zaczął go rozpytywać i dowiedział się nadzwyczajnie interesujących rzeczy. Dowiedział się, że generał-gubernator ożenił się już przed dwoma laty, kiedy wyjeżdżał do Moskwy z "oddalonego kraju", i że pojął bardzo bogatą pannę z dobrego domu, że generałowa jest bardzo ładna, nawet, można powiedzieć, najładniejsza, ale trzyma się bardzo dumnie, a tańczy tylko z generałami", że na tym balu wszystkich generałów, tutejszych i przyjezdnych, jest dziesięciu, łącznie z rzeczywistymi radcami stanu, że wreszcie, "generałowa ma tu mamę, która mieszka razem z nią, i że ta mama przyjechała tu z najwyższych sfer towarzyskich i jest bardzo mądra"; ale że nawet mama bezwzględnie podporządkowuje się woli swej córki, a sam generał-gubernator nie może się napatrzeć na swoją małżonkę. Mozgliakow bąknął coś o Atanazym Matwiejewiczu, ale w "oddalonym kraju" nie miano o nim pojęcia. Ośmieliwszy się trochę, Mozgliakow przeszedł się po pokojach i wkrótce zobaczył Marię Aleksandrownę, wspaniale wystrojoną, machającą drogim wachlarzem i z ożywieniem rozmawiającą z jedną z osobistości 4. klasy. Wkoło niej skupiało się kilka dam będących pod jej protektoratem i Maria Aleksandrowna była nadzwyczajnie uprzejma dla wszystkich. Mozgliakow odważył się przedstawić. Maria Aleksandrowna trochę jak gdyby drgnęła, ale zaraz, prawie momentalnie, opanowała się. Uprzejmie raczyła poznać Pawła Aleksandrowicza, zapytała go o petersburskich znajomych, zapytała, dlaczego nie jest za granicą? O Mordasowie nie powiedziała ani słowa, jak gdyby tego miasta nie było na świecie. W końcu, wymieniwszy nazwisko jakiegoś wybitnego petersburskiego księcia i zapytawszy o jego zdrowie, chociaż Mozgliakow nie miał pojęcia o tym księciu, niepostrzeżenie zwróciła się do jakiegoś dygnitarza z uperfumowanymi siwymi włosami, i po chwili zupełnie zapomniała o stojącym przed nią Pawle Aleksandrowiczu. Z sarkastycznym uśmiechem i z szapoklakiem w ręku Mozgliakow powrócił na salę. Nie wiadomo dlaczego, uważając się za dotkniętego, a nawet obrażonego, postanowił nie tańczyć. Ponuro-roztargniona mina, zjadliwy mefistofelesowski uśmiech nie schodziły z jego twarzy przez cały wieczór. Malowniczo oparł się o kolumnę (sala akurat była z kolumnami) i przez cały czas trwania balu, kilka godzin z rzędu, stał na jednym miejscu, obserwując Zinę. Lecz niestety! Wszystkie jego sztuczki, wszystkie niezwykłe pozy, rozczarowana mina itp. - wszystko było daremne. Zina zupełnie go nie dostrzegała. W końcu, wściekły, z rozbolałymi od długiego stania nogami, głodny, bo nie mógł przecież zostać na kolacji w charakterze zakochanego i cierpiącego, wrócił do domu, zmęczony i jak gdyby przez kogoś zgnębiony. Długo nie kładł się spać, wspominając dawno zapomniane. Nazajutrz rano znalazło się jakieś odkomenderowanie i Mozgliakow z rozkoszą wyprosił je dla siebie. Nawet lżej mu jakoś zrobiło się na duszy, kiedy wyjechał z miasta. Na bezgranicznej pustej przestrzeni leżał śnieg oślepiającym całunem. Daleko, na samym horyzoncie, czerniały lasy.

Rącze konie pędziły, wzbijając śnieżny pył kopytami. Dzwonił dzwoneczek. Paweł Aleksandrowicz zamyślił się, potem zaczął marzyć, a potem usnął sobie jak najspokojniej. Obudził się już na trzeciej stacji, świeży i zdrów, z całkiem innymi myślami.