Rozdział 6
Perpetuum mobile
- Zaraz... zaraz! - Belzebub przerwał w ten sposób kapitanowi. -
Przecież to, o czym przed chwilą nam powiedziałeś, odpowiada dokładnie
tej efemerycznej idei, którą dziwne istoty trójmózgowe mające siedlisko
na planecie Ziemia nazwały "perpetuum mobile" i z powodu której w pewnym
okresie wiele z nich, jak tam mówią, "całkiem straciło rozum", a niejedna nawet przypłaciła ją życiem.
Chodzi o to, że kiedyś, jakoś i komuś na tej nieszczęsnej planecie
przyszła do głowy, jak sami się wyrażają, "szalona myśl", iż możliwe
jest zbudowanie takiego "mechanizmu", który działałby bez przerwy, nie
wymagając do swej pracy żadnego materiału z zewnątrz.
Ten pomysł tak się tam spodobał, że prawie wszyscy dziwacy na tej
oryginalnej planecie zaczęli się nad tym zastanawiać, a także próbować w praktyce zrealizować owo "cudo".
Iluż z nich poświęciło wówczas dla tej efemerycznej idei wszystkie
materialne i duchowe dobra, które wcześniej zdobyli z wielkim trudem!
Z różnych powodów każdy chciał koniecznie wynaleźć tę, jak im się
wydawało, "błahostkę".
Wielu z nich, jeśli pozwalały na to warunki zewnętrzne, próbowało odkryć
takie perpetuum mobile nawet wtedy, gdy brakowało im do tej pracy
jakichkolwiek wewnętrznych danych; jedni liczyli na własną "wiedzę",
inni na przypadek, ale większość parała się tym po prostu z powodu
swojej już nieodwołalnej psychopatii.
Jednym słowem, wynalezienie perpetuum mobile weszło tam, jak oni mówią,
"w modę" i każdy tamtejszy wesołek musiał obowiązkowo interesować się tą
kwestią.
Pewnego razu znalazłem się w mieście, gdzie zgromadzono wszelkiego
rodzaju "modele", a także niezliczone projekty mechanizmów takiego
perpetuum mobile.
Czegóż tam nie było! Cóż za "mądre" i skomplikowane maszyny miałem
okazję tam zobaczyć! Dowolny oglądany przeze mnie mechanizm krył w sobie
więcej idei i "wymądrzań" niż wszystkie prawa Stworzenia i Istnienia
Świata.
Zauważyłem wtedy, że wśród tych niezliczonych modeli i projektów
dominowała idea wykorzystania tak zwanej siły ciężkości. Owa idea
sprowadzała się u nich do tego, że bardzo skomplikowany mechanizm miał
podnieść "pewien" ciężar, a następnie ten ciężar miał spaść i spadając,
wprawić w ruch cały ten mechanizm, który miał znowu podnieść ów ciężar
itd., itp.
Rezultat był taki, że tysiące tych nieszczęśników zamknięto w tak
zwanych zakładach psychiatrycznych, podczas gdy tysiące innych, którzy
uczynili z tej idei przedmiot swych marzeń, albo całkowicie uchylało się
od tych obowiązków istnieniowych, które w ciągu wielu lat zostały na
nich z trudem nałożone, albo wypełniało je już zupełnie "na odwal".
Nie wiem, czym by się to wszystko skończyło, gdyby pewna tamtejsza
zupełnie ogłupiała i zniedołężniała istota, jedna z tych, które oni sami
mają w zwyczaju nazywać "prykami", a która po zrobieniu jakiegoś
przekrętu zdobyła, jak to zawsze się u nich dzieje, duży autorytet, nie
udowodniła za pomocą znanych tylko sobie "obliczeń", że wynalezienie
perpetuum mobile jest kompletnie niemożliwe.
Dzięki twoim wyjaśnieniom teraz już bardzo dobrze rozumiem, jak działa
cylinder systemu Archanioła Haritona, czyli dokładnie to, o czym marzyli
tam owi nieszczęśnicy.
Rzeczywiście, można śmiało powiedzieć, że cylinder systemu Archanioła
Haritona może pracować bez przerwy i bez wydatkowania jakiegokolwiek
obcego materiału, korzystając wyłącznie z obecności samej atmosfery.
A skoro świat nie może istnieć bez planet, a więc i bez atmosfer, to
póki istnieje świat i tym samym atmosfery, wynaleziony przez wielkiego
Archanioła Haritona cylinder-beczka będzie funkcjonował zawsze.
Teraz mam tylko jeszcze pytanie: Z jakich materiałów jest zrobiony ów
cylinder-beczka?
Bardzo proszę, drogi kapitanie, wyjaśnij mi to w przybliżeniu, a także
powiedz, jak trwałe są te materiały.
Na to pytanie Belzebuba kapitan odpowiedział, co następuje:
- Mimo że ten cylinder-beczka nie trwa wiecznie, może w każdym razie
wytrzymać bardzo długo.
Jego główna część zbudowana jest z "bursztynu" i ma "platynowe" obręcze,
natomiast wewnątrz jego ścianki pokrywa okładzina z "węgla kamiennego",
"miedzi", "kości słoniowej" oraz bardzo mocnego "mastyksu", któremu
niestraszne są "pejszczakir"7, "tejnoler"8,
"saliakuriapa"9, a nawet promieniowania skupień
kosmicznych.
Za to inne części - kontynuował kapitan - na przykład zewnętrzne
dźwignie i koła zębate, trzeba oczywiście od czasu do czasu remontować,
bo chociaż są zrobione z najmocniejszego metalu, jednak po długotrwałej
eksploatacji mogą się zużyć.
Jeśli zaś chodzi o sam korpus statku, to naturalnie nie da się
zagwarantować, jak długo wytrzyma.
Kapitan chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie po całym
statku rozniósł się długi dźwięk, przypominający dobiegające z oddali
wibracje molowego akordu w wykonaniu orkiestry dętej.
Kapitan, przepraszając, wstał i w biegu wyjaśnił, że na pewno wzywany
jest w jakiejś bardzo ważnej sprawie, albowiem wszyscy wiedzą, iż
znajduje się u Jego Przewielebności, a nikt nie śmiałby niepokoić uszu
Jego Przewielebności z powodu jakiegoś głupstwa.
Rozdział 7
Uświadomienie sobie prawdziwej powinności istnieniowej
Po wyjściu kapitana Belzebub popatrzył na swego wnuka i zauważywszy jego
niezwykły stan, z niepokojem zapytał troskliwie:
- Co się z tobą dzieje, mój drogi chłopcze?! Nad czym się tak mocno
zastanawiasz?
Spoglądając na dziadka wzrokiem przepełnionym smutkiem, Hassin odrzekł w zamyśleniu:
- Nie wiem, co się ze mną dzieje, mój drogi dziadku, ale twoja rozmowa z kapitanem rozbudziła we mnie bardzo przygnębiające refleksje.
W tym momencie myślą się we mnie takie rzeczy, nad którymi nigdy dotąd
się nie zastanawiałem.
Dzięki waszej rozmowie stopniowo jasno dotarło do mojej świadomości, że
w całym Wszechświecie naszego nieskończonego nie wszystko było zawsze takie,
jak je dzisiaj widzę i rozumiem.
Na przykład dawniej nigdy nie dałbym temu wiary - nawet gdyby taka myśl
pojawiła się we mnie drogą skojarzenia - że statek, którym lecimy,
wyglądał kiedyś inaczej, niż wygląda w danym momencie. Dopiero teraz
jasno pojąłem, że wszystko, czym obecnie dysponujemy i czego używamy,
wszelkie współczesne ułatwienia i wszystko, co jest nam potrzebne do
tego, żeby było nam wygodnie i żebyśmy mieli dobre samopoczucie, nie od
zawsze istniało i nie tak łatwo się pojawiło.
Okazuje się, że w przeszłości pewne istoty musiały się nad tym trudzić
przez długi czas i znosić bardzo wiele cierpień, których być może
mogłyby sobie zaoszczędzić.
Pracowały i cierpiały tylko po to, abyśmy teraz mogli to wszystko mieć i wykorzystywać z myślą o naszym dobrym samopoczuciu.
I robiły to - świadomie lub nieświadomie - dla nas, istot zupełnie im
nieznanych oraz całkowicie obojętnych.
A teraz my nie tylko nie jesteśmy im wdzięczni, ale nawet w ogóle nic o nich nie wiemy i ani się nad tą kwestią nie zastanawiamy, ani nas ona w ogóle nie zaprząta, ponieważ uznajemy to wszystko za naturalny obrót
rzeczy.
Na przykład ja sam egzystuję już we Wszechświecie tyle lat, a jeszcze
ani razu nie przyszło mi do głowy, że być może istniał taki czas, kiedy
tego wszystkiego, co widzę i mam, nie było, lub że to nie urodziło się
razem ze mną, tak jak wraz ze mną urodził się mój nos.
A więc, mój drogi i dobry dziadku... Teraz, gdy dzięki twojej rozmowie z kapitanem stopniowo zacząłem sobie uświadamiać to wszystko całą moją
obecnością, równolegle pojawiła się we mnie potrzeba wyjaśnienia mojemu
rozumowi, dlaczego ja osobiście mam te wszelkie wygody, z których
obecnie korzystam, a także jakie nakłada to na mnie obowiązki.
To właśnie z tej przyczyny zachodzi we mnie w tej chwili "proces
czynienia sobie wyrzutu".
Po tych słowach Hassin spuścił głowę i zamilkł, a Belzebub, patrząc na
niego z czułością, zaczął mówić, co następuje:
- Radzę ci, mój drogi Hassinie, nie zajmować się jeszcze takimi
pytaniami. Poczekaj na razie. Gdy nastanie właściwy okres twojej
egzystencji na uświadomienie sobie tego rodzaju esencjalnych kwestii,
będziesz mógł aktywnie zastanowić się nad nimi i dopiero wtedy
zrozumiesz, co powinieneś uczynić w zamian.
W twoim wieku nie masz jeszcze obowiązku rozliczać się ze swego
istnienia.
Obecny okres twojego życia to nie czas na płacenie za swoją egzystencję,
ale na przygotowanie się do przyszłych obowiązków, jakie przystoją
odpowiedzialnej istocie trójmózgowej.
Tymczasem więc dalej egzystuj po swojemu.
Nie zapominaj tylko o tym, że w twoim wieku jest absolutnie niezbędne,
abyś codziennie o wschodzie słońca, patrząc na odbicie jego blasku,
nawiązywał kontakt między twoją świadomością i różnymi nieświadomymi
częściami twojej zbiorczej obecności, a następnie, utrzymując ów stan,
myślał i przekonywał te swoje nieświadome części - tak jakby były
świadome - o tym, że jeśli w procesie zwykłej egzystencji będą ci
przeszkadzać w ogólnym funkcjonowaniu, to w okresie twojego wieku
odpowiedzialnego nie tylko nie będą mogły korzystać z należnych im i zgodnych z prawem dóbr, ale też twoja zbiorcza obecność, której stanowią
część, nie zdoła się stać dobrym sługą naszego
wspólnego nieskończonego stwórcy i tym samym godnie rozliczyć ze
swego powstania oraz swego istnienia.
Na razie, powtarzam, mój drogi chłopcze, postaraj się nie myśleć o kwestiach, na które nie przyszła jeszcze pora, żebyś o nich myślał.
Wszystko przyjdzie we właściwym czasie.
A teraz opowiem ci o tym, o co tylko mnie zapytasz. Najwyraźniej
kapitana zatrzymały jego obowiązki i zapewne nie tak prędko wróci.
Rozdział 8
Bezczelny smarkacz Hassin, wnuk Belzebuba, odważa się nazwać ludzi "ślimakami"
Hassin momentalnie zasiadł u stóp Belzebuba i przymilnie powiedział:
- Drogi dziadku, opowiedz mi o tym, o czym ty sam masz ochotę opowiadać.
Wszystkiego wysłucham z ogromną radością, już choćby dlatego, że
będziesz to mówił właśnie ty.
- Nie - zaoponował Belzebub - to ty zapytaj o to, co cię najbardziej
interesuje. W tej chwili największą przyjemność sprawi mi opowiedzenie
ci o tym, czego ty sam chcesz się dowiedzieć.
- Drogi i kochany dziadku, w takim razie powiedz mi coś o tych... jak im
tam?... zapomniałem!... no... o "ślimakach".
- Co? O jakich znowu ślimakach? - spytał Belzebub, nie zrozumiawszy
pytania chłopca.
- Pamiętasz, dziadku, niedawno, kiedy mówiłeś o trójmózgowych istotach,
które mają siedlisko na różnych planetach tego układu słonecznego, gdzie
przyszło ci tak długo egzystować, powiedziałeś między innymi, że na
jednej planecie... zapomniałem, jak ją nazwałeś, że właśnie na tej
planecie mają siedlisko trójcentrowe istoty, które w sumie są do nas
podobne, choć ich skóra jest trochę bardziej śliska.
- Aaaaa!!! - zaśmiał się Belzebub. - Z pewnością pytasz o te istoty,
które mają siedlisko na planecie Ziemia i nazywają siebie "ludźmi".
- Tak, dziadku, tak!... Właśnie o tych "istotach-ludziach" opowiedz mi
trochę bardziej szczegółowo. Chciałbym dowiedzieć się o nich czegoś
więcej - zakończył Hassin.
Belzebub odrzekł:
- Mogę opowiedzieć ci o nich bardzo dużo, ponieważ często odwiedzałem tę
planetę i przez długi czas egzystowałem wśród tych ziemskich istot
trójmózgowych, a nawet zaprzyjaźniłem się z wieloma z nich.
Faktycznie, będzie dla ciebie bardzo interesujące, jeśli dowiesz się o nich więcej, gdyż są to prawdziwe oryginały.
Mają wiele takich cech, jakich nie spotkasz u żadnych innych istot, na
żadnej innej planecie naszego Wszechświata.
Znam je bardzo dobrze, ponieważ byłem świadkiem ich powstania, jak
również dalszych etapów ich egzystencji, która - według ichniej rachuby
czasu - toczyła się na moich oczach przez wiele, bardzo wiele stuleci.
Byłem zresztą naocznym świadkiem nie tylko ich pojawienia się, ale także
ostatecznego ukształtowania się ich planety.
Kiedy po raz pierwszy przybyliśmy do tego układu słonecznego i osiedliliśmy się na planecie Mars, na planecie Ziemia, która nawet nie
zdążyła jeszcze zupełnie ostygnąć po swoim stężeniu, nic wtedy nie
istniało.
Już od samego początku ta planeta stała się dla naszego nieskończonego przyczyną wielu
poważnych zmartwień.
Jeśli chcesz, zacznę od tego, że opowiem ci o zdarzeniach, które
związane były z tą planetą i miały charakter ogólnokosmiczny, a które
stały się powodem wspomnianych trosk naszego
nieskończonego.
- Tak, mój kochany dziadku, zacznij od tego. Na pewno będzie to tak samo
ciekawe jak wszystko inne, co opowiadasz.
Rozdział 9
Przyczyna powstania Księżyca
Belzebub rozpoczął swą opowieść tak:
- Po przybyciu na planetę Mars, na której nakazano nam egzystować,
zaczęliśmy się tam powoli urządzać.
Byliśmy jeszcze całkowicie pochłonięci krzątaniną związaną z organizacją
wszystkiego, co okazało się zewnętrznie niezbędne do w miarę znośnej
egzystencji pośród tej zupełnie obcej nam przyrody, gdy nagle w czasie
jednego z najbardziej pracowitych dni cała planeta Mars zatrzęsła się, a po chwili rozszedł się tak "odurzający" zapach, że w pierwszym momencie
wydawało się nam, iż wszystko we Wszechświecie zmieszało się z czymś
"niewysłowionym".
Dopiero po upływie długiego czasu, gdy wspomniany zapach już się
ulotnił, a my doszliśmy do siebie i stopniowo zaczęliśmy uprzytamniać
sobie, co takiego się wydarzyło, zrozumieliśmy, że przyczyną tego
przerażającego zjawiska była ta sama planeta Ziemia, która okresowo tak
bardzo zbliżała się do naszej planety Mars, iż nawet bez teskuano
mogliśmy ją dokładnie obserwować.
Jak się okazało, owa planeta, z powodów, których nie potrafiliśmy
jeszcze zrozumieć, "pękła" i dwa oderwane od niej kawałki odleciały w przestrzeń.
Powiedziałem ci już, że w tamtym czasie ów układ słoneczny ledwo się
ukształtował i jeszcze nie w pełni "włączył się" do tego, co zwie się
"harmonią wzajemnego wspierania się wszystkich skupień kosmicznych".
Później wyjaśniło się, że zgodnie z tą harmonią wzajemnego wspierania
się wszystkich skupień kosmicznych w tym samym układzie powinna była
funkcjonować również pewna kometa tak zwanej wielkiej orbity, istniejąca
do dziś pod nazwą "Kometa Kondur".
Ta kometa, mimo że była już stężona, dopiero po raz pierwszy zakreślała
wtedy swą "ostateczną trajektorię".
Jak później wyjaśniły nam w tajemnicy pewne kompetentne Święte
Indywidua, trajektoria wspomnianej komety musiała przeciąć linię, po
której przebiegała trajektoria planety Ziemia. Otóż w rezultacie
błędnych obliczeń pewnego Świętego Indywiduum, specjalisty od spraw
Stworzenia i Wspierania Świata, momenty przejścia obu tych skupień przez
punkt przecięcia się ich trajektorii zbiegły się. Ten błąd spowodował,
że planeta Ziemia zderzyła się z kometą Kondur, i to zderzyła tak
gwałtownie, że wskutek tej kolizji oderwały się od Ziemi, jak już
wspominałem, dwa duże kawałki, które następnie odleciały w przestrzeń.
Owo zderzenie pociągnęło za sobą tak poważne następstwa, ponieważ
wspomniana planeta utworzyła się dopiero niedawno i jej atmosfera, która
w podobnej sytuacji mogłaby posłużyć za zderzak, nie zdążyła się jeszcze
w pełni uformować.
A zatem, mój chłopcze, nasz nieskończony
został bardzo szybko poinformowany o tym ogólnokosmicznym nieszczęściu.
Zaraz po otrzymaniu takiej wiadomości została wysłana z Przenajświętszego Słońca Absolut do układu słonecznego Ors cała komisja
złożona z Aniołów i Archaniołów - specjalistów od spraw Stworzenia i Wspierania Świata - pod przewodnictwem Wielkiego Archanioła Sakkakija.
Ta Najwyższa Komisja przybyła na naszą planetę Mars, położoną najbliżej
planety Ziemia, i stamtąd zaczęła prowadzić swoje dochodzenie.
Święci członkowie Najwyższej Komisji od razu uspokoili nas, mówiąc, że
niebezpieczeństwo katastrofy na wielką kosmiczną skalę już minęło.
Natomiast Arcyinżynier Archanioł Algematant był tak dobry i osobiście
wyjaśnił nam, iż najprawdopodobniej zdarzyło się, co następuje:
"Kawałki, które oderwały się od planety Ziemia, jeszcze zanim pokonały
granicę strefy wpływów tej planety, straciły rozpęd, jakiego nabrały w wyniku wstrząsu, i dlatego - zgodnie z "prawem spadania" - zaczęły
spadać z powrotem w kierunku swojej masy początkowej.
Ale spaść na nią nie mogły, ponieważ tymczasem zdążyły już ulec i definitywnie poddać się wpływowi kosmicznego prawa zwanego "prawem
doganiania"; to dlatego będą musiały teraz zakreślać regularną elipsę
wokół ich masy początkowej - taką samą, jaką ta ostatnia, czyli planeta
Ziemia, zakreślała i nadal zakreśla wokół swego słońca Ors.
I będzie tak już zawsze, o ile jakieś nowe nieprzewidziane nieszczęście
na dużą skalę nie zmieni tego w taki czy inny sposób.
Chwała przypadkowi!... - kończył Jego Pantawymiarowość - że od tego
wszystkiego nie doszło do zakłócenia harmonijnego ruchu ogólnoukładowego
i że spokojna egzystencja układu Ors szybko wróciła do normy".
Jednakże, mój chłopcze, wziąwszy pod uwagę wszystkie bieżące dane, a także zmiany, jakie mogłyby ewentualnie zaistnieć w przyszłości,
Najwyższa Komisja stwierdziła, że choć na razie oderwane kawałki planety
Ziemia zachowują swoje pozycje, to później - z uwagi na pewne
"przesunięcia tastartunarne" przewidywane przez Komisję - mogą je
opuścić, ściągając wiele nieodwracalnych nieszczęść zarówno na układ
Ors, jak i na sąsiednie układy słoneczne.
Aby tego uniknąć, Najwyższa Komisja postanowiła na wszelki wypadek
podjąć zawczasu pewne kroki i uznała, że w danym wypadku najlepszym
rozwiązaniem będzie doprowadzenie do tego, by masa początkowa, czyli
planeta Ziemia, wspierała te dwa oderwane od niej kawałki, nieustannie
wysyłając do nich święte wibracje "Askokina".
Święta substancja Askokin jest wytwarzana na planetach jedynie wtedy,
gdy dwa podstawowe prawa kosmiczne działające w danej planecie, czyli
święty "Heptaparaparszynoch" i święte "Triamazikamno", funkcjonują w sposób zwany "ilnosoparnym", to znaczy, kiedy te święte kosmiczne prawa
ulegają refrakcji i manifestują się na powierzchni danego kosmicznego
skupienia samodzielnie - samodzielnie oczywiście tylko w ustalonych
granicach.
A więc, mój chłopcze...
Ponieważ tego rodzaju realizacja kosmiczna nie może się odbyć bez
zezwolenia jego nieskończoności, Wielki
Archanioł Sakkakij, w towarzystwie kilku świętych członków Najwyższej
Komisji, wyruszył natychmiast do jego
nieskończoności, żeby wyjednać u niego rzeczoną zgodę.
Później, gdy owe Święte Indywidua uzyskały zezwolenie nieskończonego, taki proces ilnosoparny został
urzeczywistniony na planecie Ziemia pod kierunkiem samego Wielkiego
Archanioła Sakkakija i od tego czasu na tej planecie, jak i na wielu
innych, wszystko zaczęło powstawać "odpowiednio do Ilnosoparno", dzięki
czemu te oderwane kawałki, które istnieją do dziś, przestały grozić
nieszczęściem na wielką skalę.
Większy z tych dwóch fragmentów otrzymał wtedy nazwę "Lunderperco",
natomiast mniejszy "Anulios", i zwykłe istoty trójmózgowe, które potem
pojawiły się na tej planecie, tak właśnie je na początku nazywały; ale
istoty, które powstały później, nadawały im w różnych okresach różne
nazwy i już całkiem niedawno większy kawałek otrzymał miano Księżyca;
jeśli zaś chodzi o mniejszy kawałek, to jego nazwa stopniowo poszła w zapomnienie, skutkiem czego istoty współczesne nie tylko nie nadają mu
już żadnej nazwy, ale nawet nie podejrzewają, że istnieje.
Warto przy okazji zauważyć, że istoty z jednego kontynentu tej planety,
zwanego "Atlantydą", który później uległ zagładzie, wiedziały jeszcze o tym drugim kawałku swojej planety i również nazywały go "Anulios". Ale
istoty z ostatniego okresu istnienia tego kontynentu, w których zaczęły
się już krystalizować i stawać częścią ich zbiorczej obecności rezultaty
następstw właściwości organu o nazwie "kundabufor" - o którym, jak
widać, będę musiał ci opowiedzieć bardzo szczegółowo - zaczęły nazywać
ten fragment "Kimezpaj", co znaczyło wówczas: "Ten, który nigdy nie
pozwala spokojnie spać".
Współczesne istoty trójmózgowe tej dziwnej planety nic nie wiedzą o tym
jej niegdysiejszym fragmencie głównie dlatego, że ze względu na
stosunkowo małe rozmiary oraz oddalenie jest on zupełnie niewidoczny dla
ich wzroku, a także dlatego, że żadna "babcia" nigdy im nie powiedziała,
iż w starych dobrych czasach wiedziano o istnieniu owego małego satelity
ich planety.
Tak więc gdy któraś z tych istot widzi go przypadkiem przez tę całkiem
niezłą, chociaż tylko dziecinną zabawkę zwaną "lunetą", to i tak nie
zwraca na niego uwagi, uznając po prostu, że jest to duży aerolit.
Zresztą współczesne istoty chyba już nigdy go nie dostrzegą, ponieważ
stało się to ich naturą, by widzieć tylko nierzeczywistość.
Trzeba im oddać sprawiedliwość: w ciągu ostatnich stuleci faktycznie z wielkim kunsztem tak się zmechanizowały, że niczego realnego już nie
widzą.
A zatem, mój chłopcze, we właściwym czasie "podobieństwa Całości" lub,
jak nazywa się je inaczej, "Mikrokosmosy", zaczęły powstawać również na
planecie Ziemia, a następnie z tych Mikrokosmosów uformowała się
roślinność zwana "oduristolną" i "polormedechtyczną".
Jeszcze później, również zgodnie z naturalnym biegiem rzeczy, te
Mikrokosmosy zaczęły się grupować, tworząc różne formy "Tetartokosmosów"
reprezentujących wszystkie trzy układy mózgów.
To właśnie wśród tych ostatnich pojawiły się po raz pierwszy owe
dwunożne Tetartokosmosy, które przed chwilą nazwałeś "ślimakami".
Innym razem specjalnie opowiem ci o tym, dlaczego i w jaki sposób w trakcie przechodzenia podstawowych świętych praw w "prawa ilnosoparne"
powstają na planetach "podobieństwa Całości", a także o tym, jakie
czynniki umożliwiają wykształcenie się takiego czy innego "układu mózgów
istnieniowych", jak również ogólnie o wszystkich prawach Stworzenia i Wspierania Świata.
Na razie powinieneś wiedzieć, że te wzbudzające twoją ciekawość
trójmózgowe istoty, które powstają na planecie Ziemia, dysponowały na
początku takimi samymi możliwościami doskonalenia funkcji służących do
zdobycia istnieniowego rozumu, jak te, którymi rozporządzają wszystkie
Tetartokosmosy w całym Wszechświecie.
Jednakże później, dokładnie w czasie, gdy dzięki swojemu "istnieniowemu
instynktowi" zaczęły - jak to się dzieje na innych podobnych planetach
naszego Wielkiego Wszechświata - stopniowo się uduchawiać, na ich
nieszczęście zaszło nieprzewidziane z Góry i godne pożałowania
nieporozumienie.
Rozdział 10
Dlaczego "ludzie" to nie ludzie
Belzebub westchnął głęboko, a następnie kontynuował swą opowieść:
- Według obiektywnej rachuby czasu minął rok od realizacji na Ziemi
"procesu ilnosoparnego".
W tym okresie pomału zaczęły należycie funkcjonować procesy inwolucji i ewolucji wszystkiego, co powstawało na tej planecie.
Oczywiście również odpowiednie dane, potrzebne do uzyskania obiektywnego
rozumu, stopniowo krystalizowały się w tamtejszych istotach
trójmózgowych.
Krótko mówiąc, także na tej planecie wszystko zaczęło przebiegać w normalnej i ustalonej kolejności.
Gdyby więc, mój chłopcze, po roku nie pojawiła się tam znowu Najwyższa
Komisja pod naczelnym kierownictwem tego samego Archanioła Sakkakija, to
być może nigdy nie doszłoby do tych wszystkich dalszych nieporozumień,
które wiążą się z trójmózgowymi istotami powstającymi na tej
nieszczęsnej planecie.
Ta Najwyższa Komisja zstąpiła na Ziemię po raz drugi, ponieważ - mimo
przedsięwziętych kroków, o których przed chwilą ci mówiłem - w umysłach
większości jej świętych członków nie skrystalizowało się jeszcze pełne
przekonanie, iż w przyszłości nie dojdzie znowu do jakiejś niepożądanej
niespodzianki.
A zatem, nim jeszcze zweryfikowano na miejscu rezultaty tych wcześniej
dokonanych posunięć, Najwyższa Komisja dla własnego spokoju postanowiła
zastosować na wszelki wypadek inne specjalne środki, wśród których
znalazł się również ten, którego następstwa z czasem nie tylko okazały
się przeraźliwe dla trójmózgowych istot powstających na tej nieszczęsnej
planecie, ale także dla całego Wielkiego Wszechświata przybrały postać
czegoś w rodzaj złośliwego wrzodu.
Otóż musisz wiedzieć, że jeszcze przed drugim zstąpieniem Najwyższej
Komisji stopniowo zaczęło się w nich rodzić - jak zresztą we wszystkich
trójmózgowych istotach - to, co zwie się "mechanicznym instynktem".
Święci członkowie Najwyższej Komisji uznali wtedy, że jeśli w dwunożnych
trójmózgowych istotach z tej planety ów mechaniczny instynkt będzie się
doskonalił - jak to zazwyczaj się dzieje wśród trójcentrowych istot -
zmierzając do osiągnięcia obiektywnego rozumu, to a nuż przedwcześnie
uświadomią sobie one prawdziwe przyczyny swojego powstania i spowodują
przez to masę nieprzyjemności; a wówczas mogłoby się nawet zdarzyć, że
zrozumiawszy powód swego przyjścia na świat, mianowicie to, iż swoim
istnieniem wspierają oderwane kawałki ich planety, i przekonawszy się o swoim niewolniczym podporządkowaniu okolicznościom, z którymi nie mają
nic wspólnego, nie zechcą kontynuować swojej egzystencji i dla zasady
same zaczną się unicestwiać.
Mając to na uwadze, mój chłopcze, Najwyższa Komisja postanowiła wtedy
między innymi wszczepić na jakiś czas w zbiorczą obecność tych
tamtejszych trójmózgowych istot specjalny organ obdarzony takimi
właściwościami, że po pierwsze, zaczną one postrzegać rzeczywistość na
opak, a po drugie, że dowolne pochodzące z zewnątrz powtórzone wrażenie
spowoduje skrystalizowanie się w nich danych, które będą mogły tworzyć
czynniki wywołujące w nich doznania "zadowolenia" i "przyjemności".
Tak więc z pomocą głównego ogólnowszechświatowego Arcy-Chemika-Fizyka
Anioła Luizosa, który należał do tej Najwyższej Komisji, jej członkowie
w specjalny sposób wyhodowali w tamtejszych trójmózgowych istotach u nasady ich ogona - ponieważ na początku one także go miały i ta część
ich zbiorczej obecności wyglądała jeszcze normalnie oraz wyrażała, by
tak rzec, "pełnię swego istnieniowego znaczenia" - a zatem, jak
powiedziałem, wyhodowali u podstawy kręgosłupa "coś", co sprzyjało
powstaniu wspomnianych właściwości.
I to "coś" jako pierwsi nazwali "organem kundabufor".
Wyhodowawszy taki organ w obecnościach trójmózgowych istot i upewniwszy
się w praktyce, że działa, Najwyższa Komisja złożona ze Świętych
Indywiduów, z Archaniołem Sakkakijem na czele, odzyskała spokój i z czystym sumieniem powróciła do centrum, podczas gdy na planecie Ziemia,
która wzbudziła twoje zainteresowanie, funkcjonowanie tego
zdumiewającego i nadzwyczaj pomysłowego wynalazku już od pierwszego dnia
zaczęło się rozwijać, cytując mądrego Mułłę Nasr Eddina, "na całą trąbę
jerychońską".
Teraz, żebyś choć w przybliżeniu mógł pojąć, na czym polegają rezultaty
właściwości organu będącego wynalazkiem i dziełem niezrównanego Anioła
Luizosa - błogosławione niechaj będzie imię jego na wieki wieków! -
musisz koniecznie poznać rozmaite przejawy trójmózgowych istot tej
planety, i to zarówno z tego okresu, gdy w ich obecnościach istniał
jeszcze organ kundabufor, jak i z okresów późniejszych, ponieważ na
przekór temu, że ów zdumiewający organ oraz jego właściwości uległy w nich zniszczeniu, w ich obecnościach zaczęły się krystalizować z wielu
przyczyn następstwa tych właściwości.
Ale to wyjaśnię ci później. Na razie powinieneś wiedzieć, że po trzech
latach, według obiektywnej rachuby czasu, Najwyższa Komisja zstąpiła tam
jeszcze po raz trzeci, tym razem jednak pod kierunkiem Przearcyserafina
Sewotaftra, albowiem Wielki Archanioł Sakkakij zasłużył już sobie wtedy
na to, by stać się takim boskim Indywiduum, jakim jawi się do dzisiaj, a mianowicie jedną z czterech Ostoi Czterech Stron całego Wszechświata.
Podczas tego trzeciego zstąpienia święci członkowie trzeciej Najwyższej
Komisji, ustaliwszy dzięki swoim wszechstronnym badaniom, że wspomaganie
egzystencji oderwanych kawałków nie wymaga już stosowania specjalnych
środków zapobiegawczych, między innymi zniszczyli w zbiorczych
obecnościach tamtejszych trójmózgowych istot - jak zwykle przy pomocy
Arcy-Chemika-Fizyka Anioła Luizosa - wspomniany organ kundabufor wraz ze
wszystkimi jego zadziwiającymi właściwościami.
Wróćmy jednak teraz do naszej opowieści.
Otóż kiedy nasza konsternacja spowodowana katastrofą, która zagroziła
całemu układowi słonecznemu, już minęła, wtedy po cichu znowu zabraliśmy
się na planecie Mars do, tak niespodziewanie przerwanego, urządzania się
w tym nowym miejscu.
Po jakimś czasie wszyscy oswoiliśmy się już z okoliczną przyrodą i zaczęliśmy przystosowywać się do istniejących tam warunków.
Jak powiedziałem wcześniej, wielu z naszych osiedliło się na stałe na
planecie Mars, a pozostali albo odjechali, albo przygotowywali się do
wyjazdu na inne planety tego układu słonecznego na statku "Okazja",
który oddano do dyspozycji istotom naszego plemienia na potrzeby
komunikacji międzyplanetarnej.
Ja jednak razem z kilkoma moimi krewnymi i bliskimi postanowiłem
pozostać na planecie Mars.
Musisz wiedzieć, że w okresie, do którego odnosi się ta opowieść, moje
pierwsze teskuano zostało już zainstalowane w obserwatorium, które
zbudowałem na planecie Mars i na którego wyposażaniu oraz usprawnianiu
skupiała się wtedy cała moja uwaga, a to dlatego, że zależało mi na tym,
by mieć możliwość prowadzenia bardziej szczegółowych badań zarówno
odległych skupień naszego Wielkiego Wszechświata, jak i planet tego
układu słonecznego.
To właśnie wtedy jednym z obiektów moich obserwacji stała się planeta
Ziemia.
Czas płynął.
Również na tej planecie proces egzystencji stopniowo się ustabilizował i pozornie wydawało się, że przebiega dokładnie tak samo jak na wszystkich
innych planetach.
Ale przy uważnej obserwacji można było, po pierwsze, wyraźnie dostrzec,
że liczba tamtejszych istot trójmózgowych stopniowo wzrasta, a po
drugie, zauważyć niekiedy ich bardzo dziwne przejawy polegające na tym,
że od czasu do czasu robiły coś takiego, czym nigdy na innych planetach
nie zajmowały się trójmózgowe istoty, a mianowicie nagle zaczynały ni
stąd, ni zowąd unicestwiać się nawzajem.
Czasami to wzajemne unicestwianie swojej egzystencji działo się nie
tylko w jednym regionie, ale w kilku naraz, i trwało nie jeden, lecz
wiele "dionosków"10, a bywało nawet, że ciągnęło się całymi
"ornakrami"11.
W pewnych okresach można było zauważyć, że ów przeraźliwy proces
powodował, iż ich liczba gwałtownie malała, a w innych okresach, gdy w takich procesach następował zastój, ich liczba wyraźnie rosła.
Stopniowo przyzwyczailiśmy się do tej drugiej osobliwości, tłumacząc
sobie, że najwyraźniej to także jest właściwość, którą z jakichś ważkich
względów organ kundabufor został obdarzony przez Najwyższą Komisję;
innymi słowy, widząc płodność tych dwunożnych istot, uznaliśmy wtedy, że
jest ona zamierzona i że utrzymanie ogólnokosmicznego harmonijnego ruchu
wymaga tego, by istniało ich tak wiele.
Gdyby nie ta ich dziwna osobliwość, nigdy by nikomu nie przyszło do
głowy, że na tej planecie "coś jest nie tak".
W okresie, o którym mówię, zdążyłem odwiedzić prawie wszystkie planety
tego układu słonecznego, zarówno te zamieszkane, jak i te na razie
jeszcze niezamieszkane.
Mnie osobiście najbardziej ze wszystkich spodobały się trójcentrowe
istoty, które żyją na planecie o nazwie "Saturn" i które z wyglądu nie
mają z nami nic wspólnego, lecz przypominają istoty-ptaki zwane
"krukami".
Warto przy okazji nadmienić, że z jakiegoś powodu istoty-ptaki zwane
krukami można spotkać na niemal wszystkich planetach, i to nie tylko
tego układu słonecznego, ale także na prawie wszystkich planetach całego
Wielkiego Wszechświata, na których powstają istoty obdarzone różnymi
układami mózgów i oblekające się w ciała planetarne o rozmaitych
formach.
Kontakty werbalne tych istot-kruków z planety Saturn przypominają trochę
nasze własne.
A co się tyczy samego ich gwaru, to moim zdaniem jest on najpiękniejszy
ze wszystkich, jakie kiedykolwiek słyszałem.
Można go porównać do głosu naszych znakomitych śpiewaków, kiedy całym
swym jestestwem śpiewają w tonacji molowej.
Natomiast jeśli chodzi o ich stosunki z innymi, to one... nie wiem nawet,
jak to wyjaśnić... to da się zrozumieć, tylko żyjąc wśród nich i doświadczając tego na sobie.
Wszystko, co można powiedzieć, to że owe istoty-ptaki mają serca takie
same jak aniołowie najbliżsi naszego
nieskończonego stwórcy i sprawcy.
Egzystują one ściśle podług dziewiątego przykazania naszego stwórcy, które mówi:
"Na wszystko, co należy do innych, patrz jak na swoje własne i tak się z tym obchodź".
Na pewno później bardziej szczegółowo opowiem ci o trójmózgowych
istotach, które powstają i mają siedlisko na planecie Saturn, ponieważ
przez cały okres mego wygnania do tego układu słonecznego moim
prawdziwym przyjacielem była właśnie istota z tej planety, która miała
zewnętrzną powłokę kruka i nazywała się "Harcharch".
Rozdział 11
Pikantny rys oryginalnej psychiki ludzi
- Porozmawiajmy jeszcze o tych trójmózgowych istotach z planety Ziemia,
które wzbudziły twoje największe zainteresowanie, a które nazwałeś
"ślimakami".
W pierwszej kolejności chciałbym wyrazić moją osobistą radość z powodu
tego, że znajdujesz się teraz bardzo daleko od tych trójcentrowych
istot, które określiłeś takim "uwłaczającym ich godności" słowem, a także z tego, że one nijak się o tym nie dowiedzą.
Czy wyobrażasz sobie, moje biedne, jeszcze nieświadome siebie dziecko,
co tamtejsze istoty, szczególnie te współczesne, zrobiłyby ci, gdyby
usłyszały, jak je nazwałeś?
Czy potrafisz zrozumieć, co by się z tobą stało, jeśli znalazłbyś się
tam i gdyby dobrały się do ciebie? Wystarczy tylko, że o tym mówię, a już ogarnia mnie zgroza.
W najlepszym razie sprawiłyby ci takie lanie, że, jak powiada nasz Mułła
Nasr Eddin, "nie pozbierałbyś się do następnego zbioru brzozowych
rózeg".
Na wszelki wypadek radzę ci, żebyś zawsze, zanim zaczniesz coś nowego,
błogosławił los i błagał, aby zmiłował się nad tobą, nieustannie czuwał
i nie dopuścił do tego, by istoty z planety Ziemia mogły kiedykolwiek
się domyślić, że właśnie ty, mój ukochany i jedyny wnuk, ośmieliłeś się
nazwać je "ślimakami".
Chodzi o to, że obserwując je z planety Mars, a także w okresach, kiedy
przebywałem wśród nich, udało mi się dogłębnie poznać psychikę tych
dziwnych trójmózgowych istot i dlatego doskonale wiem, co zrobiłyby
komuś, kto odważyłby się przezwać je w ten sposób.
Wprawdzie nazwałeś je tak tylko przez dziecięcą naiwność, ale
trójmózgowe istoty tej oryginalnej planety, szczególnie te współczesne,
nie znają się na takich niuansach.
Kto je tak nazwał, dlaczego tak nazwał i w jakich okolicznościach? Czyż
to nie wszystko jedno?! Raz użyłeś w stosunku do nich słowa, które
uznają za obraźliwe - i to już wystarczy.
Większość z nich uważa, że rozwodzenie się nad tym to po prostu, jak
same mówią, "przelewanie z pustego w próżne".
Jakkolwiek by było, nazywając tak obraźliwym słowem trójmózgowe istoty,
które mają siedlisko na planecie Ziemia, postąpiłeś bardzo nierozważnie;
po pierwsze dlatego, że wzbudziło to mój niepokój o ciebie, a po drugie,
stworzyłeś dla siebie samego zagrożenie na przyszłość.
Rzecz w tym, że chociaż, jak już powiedziałem, znajdujesz się od nich
bardzo daleko, a więc nie mogą cię złapać i ukarać osobiście, niemniej
jednak, jeśli wbrew przewidywaniom przypadkowo, choćby z dwudziestej
ręki, dowiedzą się o tym, jak je obraziłeś, to już nic nie uchroni cię
od ich autentycznej "anatemy" - a to, jakich proporcji nabierze ta
anatema, zależy tylko od tego, co w danej chwili będzie zaprzątać ich
uwagę.
Warto zresztą opisać, co zrobiłyby te ziemskie istoty, gdyby się
przypadkiem dowiedziały, że je obraziłeś. Taki opis pozwoli dobrze
naświetlić dziwne cechy psychiki tych trójmózgowych istot, które
wzbudziły twoją ciekawość.
Z powodu podobnego zajścia, czyli tej twojej obrazy, one od ręki -
zakładając, że z braku innych bezsensownych zajęć panowałby wśród nich w danej chwili względny "spokój" - przystąpią w uprzednio wybranym miejscu
i z zaproszonymi gośćmi, oczywiście ubranymi w specjalnie zaprojektowane
na takie okazje stroje, do organizowania tego, co zwą "uroczystą
naradą".
Najpierw obowiązkowo wybiorą spośród siebie "przewodniczącego" owej
uroczystej narady i dopiero po tym wdrożą postępowanie.
W pierwszej kolejności, jak same się wyrażają, "nie zostawią na tobie
suchej nitki", i zresztą nie tylko na tobie, ale także na twoim ojcu,
dziadku... i być może dojdą nawet do Adama.
A potem, jeśli uznają - oczywiście obowiązkowo "większością głosów" - że
jesteś "winny", to wyznaczą ci karę zgodnie z przepisami kodeksu
karnego, który sporządziły dawniej na podstawie analogicznych "gier
kukiełkowych" istoty zwane "starymi próchnami".
Gdyby jednak przypadkiem uznały większością głosów, że w twoim
postępowaniu nie było niczego karygodnego - rzecz raczej wśród nich
niespotykana - to ta cała ich "rozprawa", szczegółowo zreferowana na
papierze i przez wszystkich podpisana, trafi... pewnie myślisz, do ognia?
Nie!... do odpowiednich specjalistów, czyli w danym wypadku do
instancji, którą same nazywają "Świętym Synodem". Tam procedura jest
identyczna, z takim wyjątkiem, że tym razem twój występek będą oceniać
istoty "ważne".
I dopiero na samym końcu tego ich "przelewania z pustego w próżne"
uświadomią sobie rzecz podstawową, czyli fakt, że oskarżony znajduje się
poza ich zasięgiem.
Właśnie tu pojawia się główne niebezpieczeństwo dla twojej osoby,
ponieważ gdy "ponad wszelką wątpliwość" ustalą, że nie można cię
schwytać, wówczas postanowią - tym razem już jednogłośnie - ni mniej, ni
więcej, tylko "rzucić na ciebie anatemę", o której ci wcześniej
wspominałem.
A wiesz, co to jest i jak to się stosuje? Nie?...
Więc słuchaj i drżyj...
"Najważniejsze" istoty wydadzą rozporządzenie wszystkim pozostałym
istotom, by te w trakcie odpowiednich ceremonii, odprawianych na
specjalne okazje przez specjalnych kapłanów we wszystkich odpowiednich
ichnich placówkach, takich jak "kościoły", "kaplice", "synagogi",
"ratusze" itd., życzyły ci w myślach czegoś w rodzaju:
Żebyś stracił rogi, żeby ci włosy przedwcześnie posiwiały, żeby jedzenie
w twoim żołądku zamieniło się w tapicerskie gwoździe, żeby język twojej
przyszłej żony zrobił się trzy razy dłuższy, a na koniec pożyczyłyby ci
jeszcze, żeby kawałek twojego ulubionego ciasta, kiedy przyłożysz go do
ust, zmienił się w pastę do butów, i tak dalej w tym samym duchu.
Czy teraz już rozumiesz, na jakie niebezpieczeństwo się naraziłeś,
nazywając tych odległych trójmózgowych dziwaków "ślimakami"?
Wypowiedziawszy te słowa, Belzebub z uśmiechem popatrzył na swego
ulubieńca.
Rozdział 12
Pierwsze "warknięcie"
Po krótkiej przerwie Belzebub kontynuował:
- Ta historia z "anatemą" przywiodła mi na myśl jeszcze inną historię,
która moim zdaniem dostarczy bardzo dobrego materiału do wyjaśnienia
dziwaczności psychiki trójmózgowych istot tej przypadłej ci do gustu
planety; co więcej, opowieść ta powinna też trochę cię uspokoić i wzbudzić nadzieję, że nawet gdyby te oryginalne ziemskie istoty
przypadkiem się dowiedziały, jak je obraziłeś, i rzuciły na ciebie
wspomnianą anatemę, to i tak ty sam wyjdziesz na tym być może całkiem
"nieźle".
Historia, którą zamierzam ci opowiedzieć, zdarzyła się bardzo niedawno
wśród tamtejszych istot trójmózgowych, a wywołały ją następujące
wydarzenia:
W jednym z ich dużych społeczeństw żyła sobie spokojnie pewna zwyczajna
istota uprawiająca zawód, jak to się tam określa, "pisarza".
Nawiasem mówiąc, zapamiętaj także to, że w zamierzchłej przeszłości
wśród istot wykonujących ów zawód dość często można było spotkać takie
istoty, które naprawdę coś same wymyślały i pisały, ale w późniejszych
czasach, a szczególnie ostatnio, tamtejsi "pisarze" przepisują już tylko
z rozmaitych książek - najlepiej jak najstarszych - przeróżne pasujące
do siebie zdania i w ten sposób tworzą "nową" książkę.
Warto zauważyć, a nawet podkreślić, że wszystkie książki napisane w ciągu ostatnich wieków przez tych ichnich współczesnych pisarzy stały
się jednym z głównych czynników wpływających na to, że szybko, nawet
bardzo szybko, rozum pozostałych tamtejszych istot trójmózgowych nabrał,
jeśli chodzi o lekkość, cech eteru.
A więc, mój chłopcze...
Ów współczesny pisarz, o którym zacząłem mówić, był takim samym pisarzem
jak wszyscy pozostali tamtejsi pisarze i niczym specjalnym się nie
wyróżniał.
Pewnego razu, gdy skończył którąś ze swoich książek, zaczął zastanawiać
się nad tym, o czym jeszcze mógłby napisać, i postanowił wtedy poszukać
jakiejś nowej "idei" w książkach ze swojej "biblioteki", którą
obowiązkowo musi mieć każdy tamtejszy pisarz.
W trakcie tych poszukiwań przypadkiem wpadła mu w ręce książka pod
tytułem "Ewangelie".
"Ewangeliami" nazywa się tam książkę napisaną kiedyś przez niejakiego
Mateusza, Marka, Łukasza i Jana o Jezusie Chrystusie, posłańcu naszego nieskończonego na tę planetę.
Książka ta jest bardzo szeroko rozpowszechniona wśród tamtejszych
trójcentrowych istot, które ponoć egzystują zgodnie ze wskazówkami tego
posłańca.
Kiedy owa książka wpadła przypadkiem w ręce wspomnianego pisarza, w jego
głowie zaświtała nagle myśl: "Dlaczego ja sam nie mógłbym napisać
"Ewangelii"?".
Pewne badania, które przeprowadziłem w zupełnie innym celu, wykazały mi,
że rozmyślał on wówczas w następujący sposób:
"W czym jestem gorszy od tych antycznych dzikusów, Mateusza, Marka,
Łukasza i Jana?!
W gruncie rzeczy jestem od nich bardziej "ucywilizowany" i mógłbym
napisać dla współczesnych czytelników o wiele lepszą "Ewangelię".
Zresztą taką "Ewangelię" trzeba koniecznie napisać, ponieważ dzisiejsi
"Anglicy" i "Amerykanie" bardzo lubią tę książkę, a kurs giełdowy ich
funtów i dolarów jest obecnie wyjątkowo wysoki".
Jak pomyślał, tak zrobił.
I jeszcze tego samego dnia zaczął wymądrzać nową "Ewangelię".
Ale kiedy tylko ją ukończył i oddał do drukarni, od razu zaczęły się
wszystkie perypetie związane z tą jego nową "Ewangelią".
Gdyby czasy były inne, pewnie nic by się nie wydarzyło i ta jego
"Ewangelia" trafiłaby po prostu do bibliotek tamtejszych bibliomanów,
zajmując miejsce pomiędzy wieloma innymi książkami wykładającymi podobne
"prawdy".
Ale na szczęście lub nieszczęście tego pisarza pewnym "istotom
dzierżącym władzę" w tym dużym społeczeństwie, w którym toczyła się jego
egzystencja, bardzo się nie wiodło w "ruletce" i "bakaracie", toteż
nieustannie domagały się od prostych istot ich społeczeństwa, by te
wysyłały im za granicę to, co nazywa się tam "pieniędzmi". Ponieważ tym
razem ich żądania przebrały miarę, te zwyczajne istoty w końcu
przebudziły się ze swojej nawykowej, by tak rzec, śpiączki i zaczęły
"się stawiać".
Widząc to, dzierżące władzę istoty, które zostały u siebie, zaniepokoiły
się i sięgnęły po odpowiednie "środki".
Do tych "środków" należało też natychmiastowe zmiecenie z powierzchni
ich planety wszystkiego, co powstało ostatnio w ich ojczyźnie i co
mogłoby przeszkadzać zwykłym istotom ich społeczeństwa w ponownym
zapadnięciu w śpiączkę.
Tak się złożyło, że akurat w tym okresie ukazała się "Ewangelia"
wspomnianego pisarza.
Istoty dzierżące władzę doszukały się w treści tej nowej "Ewangelii"
czegoś, co ich zdaniem przeszkadzało zwykłym istotom ich społeczeństwa w takim ponownym zapadnięciu w śpiączkę, a ponieważ do tego czasu nabrały
już wielkiej wprawy w pozbywaniu się takich rodzimych "karierowiczów",
którzy mieszają się do nie swoich spraw, postanowiły więc natychmiast
skończyć z samym pisarzem oraz z jego "Ewangelią".
Okazało się jednak, że z jakichś względów z tym pisarzem nie dało się
tego zrobić, co bardzo je zaniepokoiło, i dlatego długo zastanawiały się
oraz radziły, jak w tej sytuacji należy postąpić.
Niektóre z nich zaproponowały, żeby po prostu zamknąć go tam, gdzie
lęgnie się wiele szczurów i pluskiew, a inne sugerowały, żeby "posłać go
na białe niedźwiedzie" itd., itp. W końcu jednak postanowiły publicznie,
zgodnie z wszelkimi zasadami i z całą pompą, rzucić na tego pisarza oraz
na jego "Ewangelię" taką samą "anatemę", jaką niewątpliwie rzuciłyby
także na ciebie, gdyby się dowiedziały, jak je obraziłeś.
A oto, mój chłopcze, w jaki sposób przejawiła się w danym wypadku
dziwaczność psychiki współczesnych istot trójmózgowych tej oryginalnej
planety: ów fakt publicznego rzucenia anatemy na tego pisarza i na jego
"Ewangelię" okazał się dla niego samego - jak powiada czcigodny Mułła
Nasr Eddin - "manną z nieba".
Doszło do tego w następujący sposób:
Zwykłe istoty tego społeczeństwa, widząc, że istoty dzierżące władzę
poświęciły mu tyle "uwagi", same bardzo się nim zainteresowały i zaczęły
zachłannie kupować oraz czytać nie tylko jego nową "Ewangelię", ale też
pozostałe książki, które napisał wcześniej.
Od tej chwili, jak to się zwykle dzieje z trójcentrowymi istotami, które
mają siedlisko na tej oryginalnej planecie, stopniowo porzuciły one
wszystkie inne zainteresowania i zajęły się wyłącznie tym pisarzem.
Zgodnie z panującym tam zwyczajem, gdy jedni go wychwalali, inni od razu
zaczynali go oczerniać i wskutek takich polemik liczba osób, które się
nim zainteresowały, rosła nie tylko tam, na miejscu, ale także w innych
społeczeństwach.
A przyczyniły się do tego istoty dzierżące władzę, które odwiedzały po
kolei, zwykle z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi, inne społeczeństwa,
gdzie grano w ruletkę i bakarata, i toczyły tam nieustanne spory na
temat tego pisarza, stopniowo zarażając owym tematem również istoty z tych innych społeczeństw.
Krótko mówiąc, dzięki dziwaczności ichniej psychiki, chociaż o samej
"Ewangelii" już dawno zapomniano, to jej autor do dzisiaj prawie
wszędzie cieszy się sławą wybitnego pisarza.
Teraz więc o czymkolwiek by ten pisarz napisał, każdy rzuca się na jego
dzieła i uznaje je za bezsporną prawdę.
Wszyscy odnoszą się do jego pism z takim nabożeństwem, z jakim
starożytni Kalkianie słuchali wieszczb swoich świętych "pytii".
Warto w tym miejscu zauważyć, że jeśli dzisiaj zapytasz tam kogokolwiek
o tego pisarza, to okaże się, iż każdy go zna i oczywiście uznaje za
istotę niezwykłą.
Ale jeśli równocześnie spytasz, o czym on pisze, to większość z nich
przyzna się - oczywiście pod warunkiem że będą szczerzy - iż nie
przeczytała ani jednej jego książki. Co zresztą nie przeszkodzi im
toczyć na jego temat sporów i rozmów, a nawet upierać się z pianą na
ustach, że ów pisarz to istota o "wyjątkowym umyśle" i fenomenalny
znawca psychiki istot zamieszkujących planetę Ziemia.
Rozdział 13
Dlaczego w rozumie ludzi fantazja może być wzięta za rzeczywistość
- Mój drogi i łaskawy dziadku! Bądź tak dobry i wyjaśnij mi, choćby
tylko w przybliżeniu, dlaczego tamtejsze istoty uznają to, co
"efemeryczne", za rzeczywistość?
Na takie pytanie swego wnuka Belzebub odpowiedział, co następuje:
- Ta osobliwość ich psychiki pojawiła się wśród trójmózgowych istot na
planecie Ziemia dopiero w ostatnich czasach i jest wynikiem wyłącznie
tego, że ich część podstawowa, która kształtuje się w nich tak samo jak
we wszystkich innych trójmózgowych istotach, zaczęła stopniowo pozwalać
innym częściom ich całkowitej obecności postrzegać każde nowe wrażenie
bez wypełniania jakiejkolwiek "partkdołgpowinności istnieniowej", czyli
postrzegać je tylko tak, jak na ogół czynią to ich oddzielne i niezależne lokalizacje zwane "centrami istnieniowymi"; używając ich
języka, można by powiedzieć, że wierzą one we wszystko, co mówią im
inni, zamiast wierzyć tylko w to, co same mogą poznać za pomocą własnego
zdrowego osądu, to znaczy przekonując się o tym dzięki rezultatom
"dysputy konfrontatywnej" prowadzonej między wszystkimi danymi, które
już wcześniej zostały w nich zdeponowane i z których kształtują się
zazwyczaj rozmaite pojęcia w każdej z ich różnorodnych lokalizacji.
Ogólnie można powiedzieć, że w tych dziwnych istotach dowolny nowy
pogląd krystalizuje się tylko wtedy, gdy jakiś Jan Kowalski wyrazi o kimś lub o czymś pewną opinię; a jeśli potem na ten sam temat powie
dokładnie to samo Piotr Wiśniewski, to nabierają już całkowitej
pewności, że tak właśnie jest i absolutnie nie mogłoby być inaczej.
Dzięki tej osobliwości ich psychiki prawie wszystkie tamtejsze istoty,
które usłyszały, w jaki sposób mówi się tam o rzeczonym pisarzu, są już
teraz przekonane, że jest on faktycznie wielkim psychologiem i niezrównanym znawcą psychiki istot swojej planety.
Tymczasem kiedy specjalnie w trakcie mojego ostatniego pobytu na tej
planecie udałem się - aby wyjaśnić zupełnie inną kwestię - z osobistą
wizytą do tego pisarza, o którym ja także miałem okazję usłyszeć, w rzeczywistości okazał się, według mnie, taki sam jak wszyscy tamtejsi
współcześni pisarze, to znaczy okazał się kimś bardzo ograniczonym i,
jak powiedziałby nasz drogi Mułła Nasr Eddin: "nie widzącym dalej niż
czubek własnego nosa"; natomiast jeśli chodzi o znajomość prawdziwej
psychiki istot jego planety w realnych warunkach ich egzystencji, to
śmiało można by go nazwać "kompletnym analfabetą".
Powtarzam, historia tego pisarza w znamienny sposób pokazuje, do jakiego
stopnia te przypadłe ci do gustu trójmózgowe istoty, szczególnie te
współczesne, przestały urzeczywistniać partkdołgpowinności istnieniowe,
a także wskazuje na to, że w nich - w przeciwieństwie do większości
trójmózgowych istot - nie krystalizują się żadne subiektywne
"przekonania istnieniowe", które są wynikiem ich własnego logicznego
przemyśliwania, a za to krystalizują się jedynie takie przekonania
istnieniowe, które są uzależnione wyłącznie od tego, co powiedzą na dany
temat inni.
A więc tylko dlatego, że przestały wypełniać partkdołgpowinności
istnieniowe - które jako jedyne pozwalają istocie na uświadomienie sobie
rzeczywistości taką, jaka jest - widziały one w tym pisarzu jakieś
nieistniejące zalety.
Ów dziwny rys ich zbiorczej psychiki - polegający na tym, by trzymać się
tylko tego, co powie Jan Kowalski albo Piotr Wiśniewski, nie usiłując
dowiedzieć się czegoś więcej - zakorzenił się w nich dawno temu i teraz
już w ogóle nie dążą do tego, żeby poznać to, co da się zrozumieć tylko
dzięki własnym aktywnym przemyśleniom.
Trzeba jednak jasno powiedzieć, że nie ma z tym nic wspólnego organ
kundabufor, wszczepiony ich przodkom, ani też jego następstwa, które z winy niektórych Świętych Indywiduów skrystalizowały się w nich i później
zaczęły przechodzić dziedzicznie z pokolenia na pokolenie.
Nie, winne są tylko one same, a to dlatego, że stopniowo ustanowiły
nienormalne warunki zewnętrznej egzystencji istnieniowej, które krok po
kroku doprowadziły do ukształtowania się w ich zbiorczej obecności tego,
co stało się teraz ich wewnętrznym "złym bogiem" i co nazywa się
"samouspokojeniem".
Zresztą sam to wszystko później bardzo dobrze zrozumiesz, kiedy zgodnie
z obietnicą przytoczę więcej faktów, które wiążą się z tą przypadłą ci
do gustu planetą.
Na wszelki wypadek radzę ci jednak, abyś w przyszłości bardzo ostrożnie
wyrażał się o trójmózgowych istotach tej planety i w żaden sposób ich
nie uraził, bo w przeciwnym wypadku, jak same mówią, "licho nie śpi", i jeśli się dowiedzą, że jakoś je obraziłeś, to, zgodnie z innym ich
wyrażeniem, "podłożą ci świnię".
Nie zaszkodzi, jeżeli w tym miejscu przypomnę jeszcze jedną mądrą
sentencję naszego drogiego Mułły Nasr Eddina, która brzmi:
"Co takiego nie może się zdarzyć na tym świecie?! Nawet pchła potrafi
czasami połknąć słonia!".
Belzebub chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tej chwili wszedł sługa ze
statku i przekazał mu "eterogram" zaadresowany do niego.
Kiedy Belzebub wysłuchał już treści eterogramu i sługa wyszedł, Hassin
ponownie zwrócił się do Belzebuba, mówiąc:
- Drogi dziadku! Proszę, opowiedz mi jeszcze coś o trójcentrowych
istotach, które powstają i egzystują na tej interesującej planecie
zwanej "Ziemią".
Belzebub znowu popatrzył na wnuka z osobliwym uśmiechem i zrobiwszy
bardzo dziwny gest głową, kontynuował:
Rozdział 14
Otwarcie się perspektyw, które nie obiecują niczego specjalnie wesołego
- Przede wszystkim muszę ci powiedzieć, że na samym początku istoty tej
planety miały taką samą zbiorczą obecność jak trójmózgowe istoty zwane
"kesczapmartnymi" - które powstają na wszystkich analogicznych planetach
całego naszego Wielkiego Wszechświata - i że długość ich egzystencji
była taka sama jak u wszystkich innych trójmózgowych istot.
Rozmaite zmiany w ich zbiorczej obecności zaczęły zachodzić dopiero po
drugim nieszczęściu, które spotkało tę planetę, kiedy to zapadł się w nią jej główny kontynent zwany wówczas "Atlantydą".
Od tamtej pory, ponieważ zaczęły one stwarzać takie warunki zewnętrznej
egzystencji istnieniowej, że jakość ich promieniowania coraz bardziej
się pogarszała, Wielka Przyroda była zmuszona stopniowo przeobrazić ich
zbiorczą obecność, stosując różne kompromisy oraz zmiany, aby dzięki nim
wyregulować jakość emitowanych przez nie wibracji, niezbędną przede
wszystkim do zabezpieczenia pomyślnej egzystencji byłych części tej
planety.
Z tego samego powodu Wielka Przyroda stopniowo zwiększyła liczbę
tamtejszych istot, skutkiem czego obecnie zamieszkują one już prawie
wszystkie stałe lądy tej planety.
Zewnętrzna forma ich ciała planetarnego jest u wszystkich prawie
identyczna, natomiast jeśli chodzi o jego rozmiar i inne subiektywne
szczegóły, to oczywiście ich powłoka odzwierciedla - tak samo jak u nas
- cechy dziedziczne, warunki towarzyszące ich poczęciu, a także inne
typowe czynniki, od których zależy powstanie oraz kształtowanie się
wszystkich istot.
Poza tym różnią się między sobą kolorem skóry oraz charakterem
owłosienia i te atrybuty ich obecności, jak wszędzie indziej, są
uzależnione od rezultatów wpływów planetarnych występujących na tej
części powierzchni ich planety, na której dane istoty powstają i kształtują się aż do osiągnięcia wieku odpowiedzialnego lub, jak same
mówią, do czasu, gdy staną się "pełnoletnie".
Co się zaś tyczy ich zbiorczej psychiki i jej podstawowych rysów, to u wszystkich występują tam takie same osobliwości, i to bez względu na to,
na której części powierzchni ich planety dane istoty przyszły na świat.
Do tych osobliwości należy również ta właściwość tamtejszych istot
trójmózgowych, która powoduje, że w całym Wszechświecie tylko na tej
dziwnej planecie zachodzi ów przerażający proces zwany "procesem
unicestwiania nawzajem swojej egzystencji" lub, jak mówią tam na tej
nieszczęsnej planecie, "wojna".
Oprócz tej głównej właściwości ich zbiorczej psychiki w każdej z nich -
także bez względu na miejsce ich powstania i egzystencji - w pełni się
krystalizują i stają nieodłączną częścią ich zbiorczej obecności funkcje
znane tam pod nazwą "egoizm", "miłość własna", "próżność", "pycha",
"zarozumiałość", "łatwowierność", "podatność na sugestię" i jeszcze parę
innych takich cech, zupełnie nienormalnych i niegodnych esencji
jakiejkolwiek trójmózgowej istoty.
Spośród tych nienormalnych właściwości istnieniowych ich psychiki
najbardziej dokuczliwa jest dla nich ta zwana "podatnością na sugestię".
Kiedyś specjalnie opowiem ci o tej wyjątkowo oryginalnej i dziwnej
psychicznej osobliwości.
Belzebub zamilkł i zamyślił się dłużej niż zwykle, a potem, zwracając
się znów do wnuka, rzekł:
- Widzę, że bardzo interesują cię trójmózgowe istoty, które powstają i egzystują na tej oryginalnej planecie zwanej "Ziemią", a ponieważ, żeby
skrócić sobie czas naszej podróży na statku "Karnak", chcąc nie chcąc
będziemy poruszać najrozmaitsze tematy, postaram się opowiedzieć ci o nich jak najwięcej.
Abyś mógł jasno pojąć, jak dziwna jest ich psychika, najlepiej moim
zdaniem będzie, jeśli zrelacjonuję ci po kolei moje osobiste zstąpienia
na tę planetę, a także wydarzenia, które się tam rozegrały i których sam
byłem świadkiem.
Powierzchnię planety Ziemia odwiedziłem osobiście sześć razy i na każdą
z tych wizyt złożyły się inne okoliczności.
Zacznę więc od mojego pierwszego zstąpienia!
Rozdział 15
Pierwsze zstąpienie Belzebuba na planetę Ziemia
- Po raz pierwszy zstąpiłem na planetę Ziemia - rozpoczął opowieść
Belzebub - z powodu pewnej młodej istoty, która była członkiem naszego
plemienia i, pech chciał, całkiem poważnie związała się z jedną
tamtejszą istotą trójmózgową, skutkiem czego uwikłała się w bardzo
głupią historię.
Pewnego dnia kilka istot naszego plemienia, które tak jak ja mieszkały
na planecie Mars, odwiedziło mnie w domu, aby zwrócić się do mnie z prośbą.
Otóż powiedziały mi, że trzysta pięćdziesiąt marsjańskich lat wcześniej
jeden z ich młodych krewnych przesiedlił się na planetę Ziemia i ostatnio stał się tam przyczyną bardzo przykrych dla wszystkich jego
bliskich zdarzeń.
Potem dodały:
"My, jego bliscy, zarówno ci egzystujący na planecie Ziemia, jak i tu,
na Marsie, chcieliśmy sami, w miarę naszych możliwości, położyć kres
owemu nieprzyjemnemu zajściu, ale mimo wszystkich naszych starań i podjętych kroków niczego jak dotąd nie udało się nam osiągnąć.
Teraz, już całkowicie przekonani, że sami nie poradzimy sobie z tą
nieprzyjemną historią, zdecydowaliśmy się niepokoić Waszą Przewielebność
i błagalnie prosimy, byś był tak dobry i udzielił nam mądrej rady, która
pozwoliłaby nam wyjść z tej żałosnej dla nas sytuacji".
Następnie przedstawiły mi w szczegółach, na czym polegało owo
nieszczęście, które je spotkało.
Ze wszystkiego, co mi powiedziały, wywnioskowałem, że to zdarzenie nie
dość, że okazało się przykre dla bliskich tej młodej istoty, to jeszcze
może się stać tak samo nieprzyjemne dla istot całego naszego plemienia.
Nie mogłem więc postąpić inaczej, jak tylko od razu zaoferować, że
pomogę im położyć kres temu nieporozumieniu.
Początkowo próbowałem im pomóc, nie opuszczając planety Mars, ale gdy
się przekonałem, że nic stamtąd nie zwojuję, postanowiłem sam zstąpić na
planetę Ziemia i na miejscu znaleźć jakieś rozwiązanie. Już następnego
dnia, zabrawszy ze sobą wszystko, co niezbędne i co miałem akurat pod
ręką, poleciałem tam na naszym statku "Okazja".
Przypominam ci, że "Okazja" to statek, na którym wszystkie istoty
naszego plemienia zostały wysłane do tego układu słonecznego i który,
jak już ci mówiłem, zostawiono tam do naszej dyspozycji na potrzeby
komunikacji międzyplanetarnej.
Jego stałe miejsce postoju znajdowało się na Marsie i to właśnie mi
powierzono z Góry naczelne dowództwo nad nim.
Tak więc na tym samym statku "Okazja" poleciałem po raz pierwszy na
planetę Ziemia.
Nasz statek wylądował wtedy na wybrzeżu kontynentu, który w czasie
drugiego nieszczęścia, jakie spotkało tę planetę, całkowicie zniknął z jej powierzchni.
Ów kontynent nazywał się "Atlantyda" i był głównym miejscem egzystencji
zarówno trójmózgowych istot tej planety, jak i większości istot naszego
plemienia.
Zaraz po wylądowaniu udałem się do miasta o nazwie "Samlios", gdzie żył
ten nasz nieszczęsny młody współplemieniec, który stał się przyczyną
mojego zstąpienia.
Samlios był w tamtym czasie bardzo dużym miastem i jednocześnie stolicą
największego społeczeństwa na planecie Ziemia.
W nim też miał swoją siedzibę przywódca tego dużego społeczeństwa,
noszący tytuł "króla Appolisa".
To właśnie z królem Appolisem zawarł znajomość nasz młody i niedoświadczony ziomek.
W mieście Samlios poznałem wszystkie szczegóły tej historii.
Otóż dowiedziałem się, że jeszcze przed tym incydentem nasz nieszczęsny
rodak utrzymywał z jakichś powodów przyjacielskie stosunki z królem i był częstym gościem w jego domu.
Jak się okazało, pewnego razu nasz młody ziomek podczas wizyty w domu
króla Appolisa przyjął "zakład", który stał się powodem całej tej
dalszej historii.
Przede wszystkim muszę ci powiedzieć, że społeczeństwo, któremu
przewodził król Appolis, było wówczas największym i najbogatszym ze
wszystkich społeczeństw na Ziemi, a miasto Samlios, w którym rezydował,
największym i najbogatszym ze wszystkich miast.
Aby utrzymać takie bogactwo i majestat, król Appolis potrzebował
oczywiście ogromnej ilości, jak oni mówią, "pieniędzy", a także
wielkiego nakładu pracy ze strony zwykłych istot tej społeczności.
Trzeba od razu zaznaczyć, że w czasie mojego pierwszego osobistego
zstąpienia na tę planetę interesujące cię istoty trójmózgowe nie miały
już w sobie organu kundabufor, jednakże u niektórych z nich zaczęły się
krystalizować różne następstwa właściwości tego tak zgubnego dla nich
organu.
W okresie, którego dotyczy moja opowieść, w części tamtejszych istot już
skrystalizowało się następstwo pewnej właściwości, która wtedy, gdy
jeszcze funkcjonował w nich organ kundabufor, sprzyjała temu, że bardzo
łatwo i bez żadnych "wyrzutów sumienia" uchylały się one od dobrowolnego
wypełniania obowiązków bądź to wziętych na siebie, bądź też nałożonych
na nie przez starszych, co z kolei powodowało, że wszelkie powinności
spełniały tylko pod wpływem lęku i zastraszenia wywoływanych "groźbami"
pochodzącymi z zewnątrz.
To właśnie następstwo wspomnianej właściwości, które już całkowicie
skrystalizowało się u niektórych ówczesnych istot, było przyczyną całego
zajścia.
A oto, mój chłopcze, jak potoczyły się wypadki:
Król Appolis, który nadzwyczaj sumiennie wypełniał wzięte na siebie
obowiązki, chociaż sam nie szczędził wysiłków ani własnych dóbr dla
wspierania potęgi powierzonego mu społeczeństwa, równocześnie jednak
wymagał tego samego od wszystkich swoich poddanych.
Ponieważ wspomniane następstwo właściwości organu kundabufor było już do
tego czasu, jak ci powiedziałem, w pełni skrystalizowane u niektórych
jego poddanych, zaczął więc stosować wszelkiego rodzaju "zastraszenia" i "groźby", aby wyegzekwować od wszystkich to, czego wymagała świetność
powierzonego mu społeczeństwa.
Jego metody były tak różnorodne i zarazem tak rozsądne, że nawet ci
spośród jego poddanych, w których to następstwo już się skrystalizowało,
nie mogli go nie szanować, mimo że jednocześnie nadali mu, oczywiście za
jego plecami, przezwisko "Arcychytrus".
A zatem, mój chłopcze, metody, które król Appolis zastosował, aby
uzyskać od swych poddanych to, co było niezbędne do zachowania potęgi
powierzonego mu społeczeństwa, z jakichś powodów wydały się
niesprawiedliwe naszemu młodemu i naiwnemu ziomkowi, który, jak
twierdzono, często się oburzał i nie mógł znaleźć sobie miejsca, ilekroć
słyszał o którymś z tych nowych sposobów króla Appolisa.
Tak więc pewnego razu w trakcie rozmowy z królem nie wytrzymał i powiedział mu w oczy o swoim wzburzeniu i o tym, co sądzi o jego
"bezwstydnym" stosunku do poddanych.
Słysząc to, król Appolis nie tylko się nie oburzył - jak to się zwykle
dzieje na planecie Ziemia, gdy ktoś miesza się w nie swoje sprawy - i nie wyrzucił naszego ziomka na zbity łeb, lecz zaczął razem z nim
zastanawiać się nad przyczynami swej surowości.
Bardzo długo o tym rozmawiali i ich rozmowa skończyła się "zakładem", to
znaczy wyznaczyli sobie nawzajem warunki, a następnie spisali je na
papierze i obaj podpisali się pod nimi własną krwią.
Jednym z tych warunków było to, że król Appolis zobowiązywał się od tej
pory stosować w celu uzyskania od swych poddanych wszystkiego, czego
potrzebował, tylko te środki i metody, które wskaże mu nasz ziomek.
W razie gdyby poddani przestali wpłacać królowi tak jak dotąd
należności, nasz rodak brał na siebie całą odpowiedzialność i zobowiązywał się dostarczyć do skarbca króla Appolisa sumę potrzebną do
utrzymania oraz zapewnienia dalszego rozkwitu zarówno samej stolicy, jak
i całego społeczeństwa.
A zatem, mój chłopcze, już od następnego dnia król Appolis zaczął bardzo
rzetelnie wypełniać narzucone mu przez umowę zobowiązania i kierował
swoim społeczeństwem ściśle według wskazówek naszego młodego rodaka.
Jednakże rezultaty takich rządów bardzo szybko okazały się całkiem
sprzeczne z tym, o czym myślał i czego oczekiwał nasz prostaczek.
Otóż w tym społeczeństwie poddani - oczywiście głównie ci, u których
skrystalizowało się już wspomniane następstwo właściwości organu
kundabufor - nie tylko kompletnie przestali wpłacać wymagane datki do
skarbca króla Appolisa, ale nawet zaczęli wykradać po trochu to, co już
wcześniej wpłacili.
Ponieważ nasz krajan przyrzekł, że dostarczy wszystko, co niezbędne, i na dodatek podpisał takie zobowiązanie własną krwią - a przecież wiesz,
co dla każdego z nas znaczy wzięcie na siebie dobrowolnego zobowiązania,
i to poświadczonego krwią - już wkrótce musiał, naturalnie z własnej
kieszeni, wyrównywać skarbcowi wszelkie straty.
Najpierw przekazał cały swój dobytek, a następnie wpłacił do skarbca
wszystko, co mógł dostać od swoich bliskich, którzy mieszkali na
planecie Ziemia.
A gdy wszelkie ich zasoby już się wyczerpały, zwrócił się o pomoc do
krewnych zamieszkałych na naszej planecie Mars.
Wkrótce również na Marsie zabrakło środków, a skarbiec miasta Samlios
ciągle dopominał się o więcej i tym potrzebom nie było końca.
To właśnie wtedy wszyscy bliscy naszego rodaka zaniepokoili się i postanowili zwrócić się do mnie z prośbą, abym pomógł im wybrnąć z tych
tarapatów.
A więc, drogi chłopcze, kiedy przybyłem do wspomnianego miasta,
przywitały mnie tam wszystkie istoty naszego plemienia pozostałe na tej
planecie, od tych najstarszych do najmłodszych.
Wieczorem tego samego dnia zwołaliśmy naradę, żeby znaleźć razem wyjście
z zaistniałej sytuacji.
Na tę pierwszą naradę zaprosiliśmy także samego króla Appolisa, z którym
nasza starszyzna już wielokrotnie wcześniej rozmawiała w tej sprawie.
Podczas wspólnej narady król Appolis, zwracając się do nas wszystkich,
powiedział, co następuje:
"Sprawiedliwi przyjaciele!
Jest mi osobiście bardzo przykro z powodu tego, co się stało i co
przysporzyło tyle trosk tutaj zebranym, i całym swoim jestestwem martwię
się o to, iż nie będę mógł uchronić was od kłopotów, które jeszcze was
czekają.
Rzecz w tym - kontynuował król Appolis - że mechanizm rządzenia moim
społeczeństwem, wprowadzony w życie i ustanowiony od stuleci, uległ
obecnie radykalnej zmianie i nie można już teraz do niego powrócić bez
poniesienia poważnych konsekwencji, które niewątpliwie wywołają
oburzenie większości moich poddanych. W powstałej sytuacji nie jestem
już w stanie sam odwrócić biegu wypadków w taki sposób, by nie
pociągnęło to za sobą tych poważnych następstw, i dlatego w imię
sprawiedliwości proszę was wszystkich o pomoc".
Potem dodał jeszcze:
"Czynię sobie gorzkie wyrzuty względem was wszystkich, ponieważ ja też
czuję się w dużym stopniu winny tego nieszczęścia.
A poczuwam się do winy, ponieważ egzystując w tych warunkach o wiele
dłużej niż mój oponent, a wasz współbrat, czyli ten, z którym zawarłem
zakład, powinienem był przewidzieć, co się może wydarzyć.
Szczerze mówiąc, popełniłem niewybaczalny błąd, podejmując ryzyko
zawarcia tego rodzaju umowy z istotą, która być może jest ode mnie
rozumniejsza, ale za to mniej praktyczna w tego rodzaju sprawach.
Jeszcze raz proszę was wszystkich, a szczególnie Waszą Przewielebność,
abyście wybaczyli mi, a także pomogli położyć kres tej smutnej historii,
znajdując jakieś szczęśliwe wyjście z zaistniałej sytuacji.
Tak jak się sprawy mają obecnie, jedyne, co mogę uczynić, to tylko
działać zgodnie z waszymi wskazówkami".
Po wyjściu króla Appolisa jeszcze tego samego wieczoru wybraliśmy
spośród nas kilka doświadczonych starszych istot, które w nocy miały
wspólnie rozważyć wszystkie dane i sporządzić orientacyjny plan dalszego
działania.
Potem się rozeszliśmy, ustalając wpierw, że następnego wieczoru spotkamy
się ponownie w tym samym miejscu, przy czym na tę drugą naradę król
Appolis nie został zaproszony.
Na początku drugiego zebrania jedna z wybranych w przeddzień starszych
istot zrelacjonowała nam, co następuje:
"Przez całą noc zastanawialiśmy się nad tą pożałowania godną historią i rozważyliśmy wszystkie jej szczegóły, aż w końcu jednomyślnie doszliśmy
do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak tylko wrócić do uprzednich
warunków rządzenia.
Jednocześnie, także jednogłośnie, zgodziliśmy się, że powrót do starego
porządku w tym społeczeństwie niechybnie wywoła sprzeciw poddanych i że
taka rewolta na pewno pociągnie za sobą wszystkie te następstwa, które
na Ziemi stały się nieuniknione w tego rodzaju sytuacjach.
A to oczywiście spowoduje - jak to się już stało tutaj zwyczajem - że na
liczne dzierżące władzę istoty tego społeczeństwa spadnie wiele
cierpień, nie wykluczając nawet możliwości ich ostatecznej zagłady;
jeśli zaś chodzi o samego króla Appolisa, to z pewnością nie uda mu się
uniknąć takiego losu.
Następnie zaczęliśmy rozmyślać nad tym, co należy zrobić, żeby
przynajmniej królowi Appolisowi oszczędzić tych żałosnych konsekwencji.
Naprawdę bardzo nam na tym zależało, ponieważ poprzedniego dnia na
naszym walnym zebraniu król Appolis okazał się wobec nas niezwykle
szczery i życzliwy, i byłoby nam wszystkim niezmiernie przykro, gdyby on
sam również miał ucierpieć.
Po długich rozważaniach doszliśmy do wniosku, że króla Appolisa będzie
można uchronić przed ciosem tylko pod warunkiem, że w czasie
wspomnianych rozruchów przejawy gniewu wzburzonych istot tego
społeczeństwa zwrócą się nie przeciwko samemu królowi, lecz przeciw jego
otoczeniu, to znaczy przeciwko temu, co nazywa się tutaj jego "rządem".
Pojawiło się jednak pytanie: Czy powiernicy króla zgodzą się ponieść
wszystkie konsekwencje?
Doszliśmy do stanowczego wniosku, że takiej zgody nie wyrażą, bo na
pewno uznają, iż wszystkiemu winny jest tylko król i że sam powinien za
to zapłacić.
Potem powzięliśmy, jak zawsze jednogłośnie, następujące postanowienie:
Aby uchronić przynajmniej króla Appolisa przed tym nieuniknionym
zagrożeniem, istoty z naszego plemienia powinny, za jego zgodą, zastąpić
wszystkie istoty piastujące w tym społeczeństwie odpowiedzialne
stanowiska, a kiedy owa "psychopatia" mas osiągnie zenit, każda z nich
będzie musiała wziąć na siebie część ogółu spodziewanych rezultatów".
Gdy nasz przedstawiciel zakończył swoje sprawozdanie, po krótkiej
wymianie opinii jednomyślnie postanowiliśmy postąpić zgodnie z propozycją starszyzny naszego plemienia.
Następnie posłaliśmy jedną z tych sędziwych istot do króla Appolisa, by
przedłożyła mu nasz plan; on wyraził na niego zgodę, powtarzając swą
obietnicę, że podporządkuje się wszystkim naszym zaleceniom.
Postanowiliśmy więc nie zwlekać i już następnego dnia przystąpiliśmy do
zastępowania wszystkich urzędników członkami naszego plemienia.
Po dwóch dniach okazało się jednak, że liczba naszych współplemieńców,
którzy mieszkają na planecie Ziemia, nie wystarczy, by zastąpić
wszystkich urzędników tego społeczeństwa, i dlatego bezzwłocznie
wysłaliśmy statek "Okazja" na planetę Mars, aby ściągnąć posiłki.
Tymczasem król Appolis pod kierownictwem dwóch istot z naszej starszyzny
zaczął pod przeróżnymi pretekstami zastępować w stolicy Samlios swoich
urzędników członkami naszego plemienia, a kiedy kilka dni później statek
"Okazja" wrócił z planety Mars z posiłkami, taka sama zmiana warty
nastąpiła także na prowincji i już wkrótce wszystkie "odpowiedzialne
stanowiska" w owym społeczeństwie objęły istoty z naszego plemienia.
Kiedy ta reorganizacja dobiegła końca, król Appolis, pod kierunkiem tych
samych sędziwych istot, zajął się przywracaniem starego trybu rządzenia
swoim społeczeństwem.
Zgodnie z oczekiwaniami powrót do starych porządków niemal od pierwszego
dnia zaczął oddziaływać na zbiorczą psychikę tych istot tego
społeczeństwa, w których już na dobre skrystalizowały się następstwa
wspomnianej właściwości szkodliwego organu kundabufor.
Niezadowolenie rosło z dnia na dzień i niebawem pojawił się w nich ten
impuls, który zaczął cechować obecność tamtejszych trójmózgowych istot
wszystkich późniejszych okresów, a który od czasu do czasu pobudza je do
wszczynania procesu nazywanego przez nie obecnie "rewolucją".
W trakcie tej ich ówczesnej rewolucji zniszczyły - co później również
stało się typowe dla tych trójmózgowych fenomenów naszego Wielkiego
Wszechświata - wiele dóbr, które same gromadziły przez całe wieki, nie
wspominając o tym, że została unicestwiona i na zawsze poszła w zapomnienie różnego rodzaju "wiedza", która również była owocem
wielowiekowych wysiłków. Oprócz tego obróciły wniwecz egzystencję wielu
innych podobnych do nich istot, które weszły już na drogę prowadzącą do
uwolnienia się od następstw właściwości organu kundabufor.
W tym miejscu warto przytoczyć pewien nadzwyczaj zdumiewający i niezrozumiały fakt.
Chodzi o to, że podczas kolejnych tego rodzaju rewolucji tamtejsze
istoty trójmózgowe - prawie wszystkie lub przynajmniej w przytłaczającej
większości uległe owej "psychozie" - z jakiegoś powodu przeważnie
niszczą egzystencję akurat tych podobnych do nich istot, które w ten czy
inny sposób trafiły już na drogę możliwego uwolnienia się od
skrystalizowanych w nich następstw właściwości tego zgubnego organu
kundabufor - organu, który na ich nieszczęście mieli w sobie ich
przodkowie.
A więc, mój chłopcze! Dopóki toczył się proces tej ich rewolucji, dopóty
król Appolis pozostawał w jednej ze swych "letnich rezydencji" niedaleko
miasta Samlios.
Nikt go nie tykał, ponieważ nasze istoty, uprawiając propagandę,
przygotowały teren w taki sposób, że całą winą obarczono nie króla
Appolisa, lecz jego otoczenie, czyli funkcjonariuszy administracji.
Mało tego... istoty, które wpadły w tę psychozę, zaczęły nawet "odczuwać
smutek" i bardzo żałować swojego króla, mówiąc, że ich "biedny król" był
do tej pory otoczony bezwstydnymi i niewdzięcznymi podwładnymi i że
właśnie dlatego wybuchła ta niepożądana rewolucja.
A kiedy rewolucyjna psychoza zupełnie już ucichła, król Appolis wrócił
do miasta Samlios i zaczął stopniowo, znów z pomocą naszej starszyzny,
zastępować naszych ziomków swoimi byłymi urzędnikami, którym udało się
ocaleć, albo werbował nowe kadry spomiędzy swych poddanych.
Po przywróceniu dawnych stosunków między królem Appolisem i jego
poddanymi ci ostatni ponownie zaczęli napełniać skarbiec "pieniędzmi" i wykonywać rozkazy swego władcy, skutkiem czego sprawy wspólnoty
potoczyły się znowu zwykłym, wcześniej ustalonym trybem.
Co się zaś tyczy naszego naiwnego niefartownego rodaka, będącego sprawcą
wszystkich tych wydarzeń, to zrobiło mu się z ich powodu tak przykro, że
nie chciał już dłużej zostać na tej szczególnie pechowej dla niego
planecie i powrócił z nami na planetę Mars.
Później zresztą okazał się znakomitym starostą wszystkich istot naszego
plemienia.
Rozdział 16
Względność pojęcia czasu
Po krótkiej przerwie Belzebub kontynuował:
- Abyś uzyskał jaśniejszy obraz dziwaczności psychiki tych przypadłych
ci do gustu trójmózgowych istot, które mają siedlisko na planecie
Ziemia, i generalnie lepiej zrozumiał wszystko, co dotyczy tej
oryginalnej planety, powinieneś wpierw moim zdaniem wyrobić sobie
dokładne pojęcie o ich rachubie czasu, a także dowiedzieć się, w jaki
sposób istnieniowe doznanie tego, co nazywa się "procesem upływu czasu",
stopniowo uległo zmianie w ich obecnościach i jak to doznanie aktualnie
się manifestuje.
Koniecznie muszę ci to wytłumaczyć, ponieważ dopiero wtedy będziesz mógł
jasno wyobrazić sobie i pojąć tamtejsze wydarzenia, o których już ci
opowiedziałem, jak również te, o których ci dopiero opowiem.
Przede wszystkim musisz wiedzieć, że trójmózgowe istoty tej planety tak
samo jak my przyjmują za podstawową jednostkę swojej rachuby czasu "rok"
i długość tego swojego "roku" wyznaczają na podstawie czasu trwania
pewnego ruchu ich planety wokół innego kosmicznego skupienia, a konkretnie okresu, w którym ich planeta, podlegając procesom "spadania"
i "doganiania", zatacza wokół swojego słońca to, co nazywa się
"krentonalnym kołem".
W podobny sposób my na naszej planecie Karataz przyjmujemy za "rok"
odcinek czasu upływający pomiędzy dwoma kolejnymi momentami, w których
słońce "Samos" i słońce "Selos" są do siebie najbardziej zbliżone.
Istoty z planety Ziemia zwą sto takich swoich lat "wiekiem".
Jeden swój "rok" dzielą na dwanaście części, a każdą z tych części
nazywają "miesiącem".
Długość jednego "miesiąca" wyznaczają na podstawie czasu, w którym duży,
oderwany od Ziemi kawałek - nazywany teraz przez nie "Księżycem" -
zatacza wokół ich planety, zgodnie z tymi samymi kosmicznymi prawami
"spadania" i "doganiania", pełne krentonalne koło.
Trzeba zaznaczyć, że dwanaście krentonalnych kół Księżyca nie odpowiada
dokładnie jednemu krentonalnemu kołu ich planety wokół jej słońca i właśnie dlatego musiały pójść na pewne kompromisy w obliczeniach tych
swoich miesięcy, aby otrzymana suma odpowiadała mniej więcej
rzeczywistości.
Następnie ten swój miesiąc dzielą na trzydzieści "dób" lub, jak
przeważnie mówią, "dni".
Za dobę przyjmują taki okres, w którym ich planeta, znajdując się pod
działaniem wspomnianych kosmicznych praw, dokonuje "pełnego obrotu"
wokół własnej osi.
Zwróć przy okazji uwagę na to, że tą samą nazwą "dzień" określają
również proces trogoautoegokratyczny nazywany przez nas "ksztacawacht" i zachodzący okresowo zarówno w atmosferze ich planety, jak i wszystkich
innych planet, na których urzeczywistniany jest kosmiczny proces zwany,
jak już ci mówiłem, "ilnosoparnym"; to samo zjawisko określają jeszcze
słowami "jest widno".
A jeśli chodzi o drugi, przeciwny mu proces, który my nazywamy
"kłdacachti", to one zwą go "nocą" albo mówią o nim "jest ciemno".
Tak więc trójmózgowe istoty, które mają siedlisko na planecie Ziemia,
najdłuższy okres upływu czasu nazywają "wiekiem" i ten ich "wiek" składa
się ze stu "lat".
"Rok" ma dwanaście "miesięcy", a "miesiąc" przeciętnie trzydzieści
"dni", czyli dób.
"Doba" dzieli się na dwadzieścia cztery "godziny", a "godzina" na
sześćdziesiąt "minut". Z kolei każda "minuta" jest podzielona na
sześćdziesiąt "sekund".
Ponieważ nie znasz jeszcze, mój chłopcze, wyjątkowych właściwości czasu,
powinieneś więc w pierwszej kolejności dowiedzieć się, że prawdziwa
nauka obiektywna definiuje to kosmiczne zjawisko w następujący sposób:
"Czas jako taki w ogóle nie istnieje; jest to tylko całokształt
rezultatów wypływających ze wszystkich zjawisk kosmicznych obecnych w danym miejscu".
Czasu samego w sobie żadna istota nie może ani pojąć rozumem, ani odczuć
za pomocą którejkolwiek zewnętrznej lub wewnętrznej funkcji
istnieniowej. Doznawanie go jest niemożliwe, i to bez względu na poziom
instynktu, który się budzi i jest obecny w każdym mniej więcej
samodzielnym skupieniu kosmicznym.
Czas można określić jedynie, porównując różne zjawiska kosmiczne
zachodzące w tym samym miejscu i w tych samych warunkach, w których się
stwierdza jego istnienie i go rozważa.
Należy dodać, że w Wielkim Wszechświecie wszystkie bez wyjątku zjawiska,
niezależnie od tego, gdzie powstają i się manifestują, są po prostu
kolejnymi zgodnymi z prawem "rozdrobnieniami" pewnego całościowego
zjawiska, którego pierwotnym źródłem jest Przenajświętsze Słońce
Absolut.
To dzięki temu wszystkie kosmiczne zjawiska, gdziekolwiek by zachodziły,
"obiektywizują się".
A realizacja takich kolejnych zgodnych z prawem "rozdrobnień" odbywa się
pod każdym względem - nawet ich inwolucji i ewolucji - w oparciu o podstawowe kosmiczne prawo świętego Heptaparaparszynoch.
Jedynie czas nie ma wartości obiektywnej, gdyż nie jest rezultatem
rozdrobnienia jakiegoś konkretnego zjawiska kosmicznego. A ponieważ z niczego nie powstaje i pozostając samowystarczalnie-niezależnym, zawsze
się miesza ze wszystkimi przejawami, to tylko on w całym Wszechświecie
zasługuje na miano "Idealnie Unikatowego Subiektywnego Zjawiska".
Tak więc, mój chłopcze, tylko Czas lub, jak niektórzy mówią, "Heropas",
nie ma źródła, które warunkowałoby jego powstanie, i jedynie on, na
podobieństwo Bożej Miłości, zawsze, jak już ci powiedziałem, płynie
niezależnie, sam z siebie, łącząc się w określonych proporcjach z wszelkimi zjawiskami, które zachodzą we wszystkich obecnych w danym
miejscu tworach naszego Wielkiego Wszechświata.
Powtarzam raz jeszcze: to wszystko, co ci przed chwilą powiedziałem,
będziesz mógł jasno zrozumieć dopiero później, gdy - jak już obiecałem -
specjalnie wyjaśnię ci wszystkie podstawowe prawa Powstania i Istnienia
Świata.
Tymczasem zapamiętaj tylko, że ponieważ czas nie ma źródła swego
powstania i w przeciwieństwie do wszelkich innych zjawisk kosmicznych
występujących w dowolnej kosmicznej sferze nie da się dokładnie
stwierdzić jego obecności, to wcześniej wspomniana przeze mnie nauka
obiektywna stosuje do jego badania tę samą jednostkę podstawową, której
używa do precyzyjnego określenia gęstości i jakości - w znaczeniu
życiodajności wibracji - każdej z substancji kosmicznych występujących
we wszystkich miejscach i we wszystkich sferach naszego Wielkiego
Wszechświata.
Owa podstawowa jednostka, od dawna stosowana do mierzenia czasu, to
jedna chwila tego, co zwie się "świętym doznaniem egokulnacnarnym" i co
pojawia się w Świętych Indywiduach Kosmicznych zamieszkujących
Przenajświętsze Słońce Absolut, ilekroć wzrok naszego jednobytnego
nieskończonego kieruje się w przestrzeń i bezpośrednio dotyka ich
obecności.
Taka podstawowa jednostka została ustalona przez naukę obiektywną po to,
by można było dokładnie określić i porównać między sobą rozmaite stopnie
subiektywnych doznań pojedynczych świadomych Indywiduów, a także
"odmienne tempa" różnych obiektywnych zjawisk kosmicznych, które
manifestują się w rozmaitych sferach naszego Wielkiego Wszechświata i dzięki którym powstają wszystkie, zarówno małe, jak i wielkie, kosmiczne
twory.
Główna osobliwość procesu upływu czasu polega na tym, że obecności
wszystkich formacji kosmicznych różnej skali postrzegają go w ten sam
sposób i w tej samej kolejności.
Abyś mógł choćby w przybliżeniu zrozumieć to, o czym ci właśnie
powiedziałem, weźmy na przykład proces upływu czasu zachodzący w dowolnej kropli wody znajdującej się w karafce, która stoi na stole.
Każda kropla wody w tej karafce sama w sobie reprezentuje cały
niezależny świat, "świat Mikrokosmosów".
W tym mikroskopijnym świecie powstają i żyją, tak jak w innych
kosmosach, względnie samodzielne, nieskończenie małe "indywidua" lub
"istoty".
Dla istot tego nieskończenie małego świata czas płynie dokładnie w tej
samej kolejności, w jakiej odczuwają go wszystkie indywidua we
wszystkich innych kosmosach.
Te mikroskopijne istoty, podobnie jak istoty z kosmosów innej "skali",
dla wszystkich swoich percepcji i przejawów mają przeżycia określonej
długości i tak samo jak te ostatnie doznają upływu czasu, porównując
okres trwania otaczających je zjawisk.
Dokładnie w ten sam sposób jak istoty z innych kosmosów one się rodzą,
dorastają, łączą i rozdzielają gwoli uzyskania tego, co zwane jest
"rezultatem płciowym", a także chorują oraz cierpią i koniec końcem, jak
wszystko inne, co istnieje, a w czym nie utrwalił się obiektywny rozum,
giną jako takie na zawsze.
Cały proces egzystencji takich nieskończenie małych istot tego równie
mikroskopijnego świata wymaga określonego czasu, którego długość jest
proporcjonalna do długości wszystkich otaczających zjawisk
manifestujących się w danej "skali kosmicznej".
Również tym mikroskopijnym istotom potrzebny jest określony czas na
proces ich powstawania i kształtowania się, a także na różne zdarzenia,
które zachodzą w trakcie ich egzystencji aż do ich całkowitego i ostatecznego unicestwienia.
Przebieg pełnego procesu egzystencji istot tej kropli wody tak samo
wymaga określonych kolejnych "odstępów" upływu czasu.
Taki określony czas potrzebny jest zarówno na ich radości, jak i smutki,
słowem na wszystkie niezbędne doświadczania istnieniowe, wliczając w to
"złe passy", a także "okresy gorącej chęci doskonalenia się".
Powtarzam: również u nich proces upływu czasu ma swoje harmonijne
następowanie i to następowanie wynika z całokształtu zjawisk, które je
otaczają.
Mówiąc ogólnie, długość procesu upływu czasu jest postrzegana i odczuwana jednakowo przez wszystkie wspomniane kosmiczne indywidua, a także wszystkie już ostatecznie uformowane "zinstynktywizowane"
jednostki, z jedną tylko różnicą, która jest wypadkową odrębnego
charakteru ich obecności oraz ich stanu w danym momencie.
Przy czym, mój chłopcze, trzeba zauważyć, że choć u poszczególnych
indywiduów, które egzystują w dowolnych samodzielnych jednostkach
kosmicznych, ich definicja upływu czasu nie jest, w pełnym tego słowa
znaczeniu, obiektywna, niemniej jednak dla nich samych się
obiektywizuje, a to dlatego, że ów upływ czasu postrzegają one zgodnie z pełnią własnej obecności.
Ta sama kropla wody, którą wzięliśmy za przykład, pomoże ci jaśniej
zrozumieć moją myśl.
Mimo że z punktu widzenia ogólnowszechświatowej obiektywności cały okres
procesu upływu czasu toczący się w tej kropli wody jest przez nią
odczuwany zupełnie subiektywnie, to przez istoty, które w tej kropli
wody egzystują, dany upływ czasu jest postrzegany już jako obiektywny.
Aby to jeszcze lepiej wyjaśnić, możemy wziąć za przykład pewne istoty
zwane "hipochondrykami", które żyją wśród przypadłych ci do gustu
trójmózgowych istot planety Ziemia.
Tym ziemskim hipochondrykom bardzo często się wydaje, iż czas płynie
niezmiernie powoli i wlecze się, jak to ujmują, "przeraźliwie nudno".
Otóż dokładnie tak samo niektórym z tych nieskończenie małych istot w kropli wody może się czasami wydawać - oczywiście zakładając, że wśród
nich również zdarzają się tacy hipochondrycy - iż czas płynie bardzo
powoli i "przeraźliwie nudno".
Tymczasem w rzeczywistości, zgodnie z doznaniem długości czasu, jakie
mają twoi ulubieńcy z planety Ziemia, cała ta długa egzystencja
"istot-Mikrokosmosów" trwa zaledwie kilka ichnich "minut", a niekiedy
nawet tylko parę "sekund".
Teraz, mój chłopcze, abyś jeszcze lepiej mógł zrozumieć czas i jego
szczególne właściwości, warto byłoby porównać twój wiek z odpowiadającym
mu wiekiem istoty, która egzystuje na planecie Ziemia.
Dla naszego porównania musimy skorzystać z tej samej podstawowej
jednostki czasu, którą, jak już ci mówiłem, stosuje do takich obliczeń
nauka obiektywna.
Przede wszystkim powinieneś wiedzieć, że nauka obiektywna wykazała -
opierając się na danych, które poznasz wtedy, gdy specjalnie wyjaśnię ci
podstawowe prawa Stworzenia i Istnienia Świata - iż wszystkie normalne
istoty trójmózgowe, wliczając w to oczywiście te, które powstają na
naszej planecie Karataz, doznają świętego "działania egokulnacnarnego",
służącego do obliczania czasu, czterdzieści dziewięć razy wolniej niż
Święte Indywidua znajdujące się na Przenajświętszym Słońcu Absolut.
Prowadzi to do tego, że dla trójmózgowych istot naszego Karataza proces
upływu czasu toczy się czterdzieści dziewięć razy szybciej niż na Słońcu
Absolut i z taką samą prędkością ów proces powinien przebiegać dla istot
mających siedlisko na planecie Ziemia.
Jednocześnie obliczono, że w przedziale czasu, w trakcie którego słońce
"Samos" osiąga punkt największego zbliżenia do słońca "Selos" - czyli w okresie uważanym na planecie Karataz za "rok" - planeta Ziemia zatacza
wokół swojego słońca Ors trzysta osiemdziesiąt dziewięć własnych "kół
krentonalnych".
Wynika z tego, że nasz "rok", według umownie obiektywnej rachuby czasu,
jest trzysta osiemdziesiąt dziewięć razy dłuższy niż okres, który
przyjmują za rok twoi ulubieńcy.
Na pewno zainteresuje cię fakt, że wszystkie te obliczenia wyjaśnił mi
po części Wielki Arcyinżynier Wszechświata, Jego Wymierność Archanioł
Algematant.
Oby dane mu było udoskonalić się aż do świętego Ankłada!
Udzielił mi on tych wyjaśnień w trakcie swojego pobytu na planecie Mars,
gdy przybył tam w roli świętego członka trzeciej Znamienitej Komisji z powodu pierwszego wielkiego nieszczęścia, które spotkało planetę Ziemia.
Informacje te następnie dopełnił kapitan międzyplanetarnego statku
"Wszędobylski", z którym odbyłem kilka przyjacielskich rozmów podczas
mojej podróży powrotnej do ojczyzny.
Teraz powinniśmy jeszcze zwrócić uwagę na to, że ty, jako trójmózgowa
istota, która powstała na planecie Karataz, jesteś w tej chwili tylko
dwunastoletnim chłopcem i pod względem bycia oraz rozumu dokładnie
przypominasz dwunastolatka z planety Ziemia, który jeszcze się nie
ukształtował i nie jest siebie świadomy - co zresztą charakteryzuje
wszystkie ziemskie istoty trójmózgowe w trakcie procesu ich dorastania
do wieku istoty odpowiedzialnej.
Wszystkie cechy twojej zbiorczej psychiki zwane "charakterem",
"temperamentem", "skłonnościami", słowem wszystkie szczególne
właściwości twojej psychiki objawiające się na zewnątrz, odpowiadają
dokładnie tym właściwościom, które znamionują tamtejszą niedojrzałą i nieukształtowaną istotę trójmózgową w wieku lat dwunastu.
Tymczasem z wszystkiego, co ci powiedziałem, wynika, że choć zgodnie z naszą rachubą czasu wciąż jesteś tylko nieukształtowanym i nieświadomym
siebie dwunastoletnim chłopcem - jak każdy chłopiec w tym wieku na
planecie Ziemia - jednak według rachuby opartej na ich subiektywnych
pojęciach oraz ich istnieniowych doznaniach upływu czasu egzystujesz już
nie dwanaście, ale całe cztery tysiące sześćset sześćdziesiąt osiem lat.
Wszystko to, o czym ci mówię, stanowi materiał, dzięki któremu będziesz
mógł później uprzytomnić sobie niektóre z czynników warunkujących
stopniowe skracanie się normalnej przeciętnej długości ich egzystencji -
długości, która stała się dzisiaj, w obiektywnym sensie, już prawie
"zerowa".
Ściśle mówiąc, takie stopniowe zmniejszanie się przeciętnej długości
egzystencji trójmózgowych istot tej nieszczęsnej planety, wskutek czego
ta długość została zredukowana niemal do "zera", miało nie jedną, ale
wiele bardzo różnorodnych przyczyn.
Pierwsza i główna spośród nich to oczywiście fakt, że sama Przyroda
odpowiednio się przystosowując, musiała zmienić po trochu ich obecność
na taką, jaką jest ona obecnie.
Co się zaś tyczy wszystkich innych przyczyn, to - aby sprawiedliwości
stało się zadość - powinienem w pierwszej kolejności podkreślić, że
mogłyby one na tej nieszczęsnej planecie w ogóle nie zaistnieć, gdyby
nie to, iż pojawiła się tam ta pierwsza przyczyna, z której moim zdaniem
wyniknęły, oczywiście bardzo powoli, pozostałe.
To wszystko, mój chłopcze, będziesz mógł zrozumieć w trakcie moich
kolejnych opowieści o tych trójmózgowych istotach, na razie jednak
powiem ci tylko o tej pierwszej i głównej przyczynie, a mianowicie o tym, dlaczego i w jaki sposób Wielka Przyroda została zmuszona do tego,
by poddać rewizji ich obecność i nadać jej nową formę.
Przede wszystkim musisz wiedzieć, że generalnie we Wszechświecie
istnieją dwa "rodzaje" czy też dwie "zasady" długości egzystencji
istnieniowej.
Pierwsza zasada egzystencji istnieniowej, zwana "fulasnitamną", jest
właściwa wszystkim trójmózgowym istotom, które powstają na dowolnej
planecie naszego Wielkiego Wszechświata. Podstawowym celem oraz sensem
egzystencji takich istot jest służenie za wehikuł do transformacji
kosmicznych substancji potrzebnych do "ogólnokosmicznego procesu
trogoautoegokratycznego".
Drugiej zasadzie egzystencji istnieniowej podlegają z kolei wszystkie
istoty jednomózgowe i dwumózgowe, i to niezależnie od miejsca swego
powstania.
Sens oraz cel egzystencji tych istot również sprowadza się do tego, by
za ich pomocą odbywała się transformacja substancji kosmicznych, w tym
wypadku potrzebnych jednak nie do celów o charakterze ogólnokosmicznym,
lecz jedynie do spełnienia wymagań danego układu słonecznego, a nawet
samej tylko planety, w której i na której te istoty powstają.
W każdym razie abyś mógł lepiej pojąć dziwaczność psychiki tych
przypadłych ci do gustu trójmózgowych istot, powinieneś także wiedzieć,
że na początku, gdy organ kundabufor został usunięty z ich obecności
wraz ze wszystkimi jego właściwościami, czas trwania ich egzystencji
odpowiadał zasadzie fulasnitamnej, to znaczy miały one obowiązek
egzystować tak długo, aż przyoblekło się w nich i w pełni udoskonaliło
pod względem rozumu to, co zwie się "ciałem kesdżan" lub - jak same
zaczęły potem nazywać tę swoją część istnieniową - "ciało astralne", o którym, nawiasem mówiąc, współczesne istoty wiedzą już tylko ze
słyszenia.
Później jednak, mój chłopcze, kiedy z przyczyn, o których dowiesz się z moich dalszych opowieści, zaczęły one egzystować w sposób zbyt
nienormalny i całkiem niegodny istot trójmózgowych - co spowodowało, że
z jednej strony, przestały emitować wibracje niezbędne Przyrodzie do
wspierania oderwanych kawałków ich planety, a z drugiej, kierowane
główną cechą swojej dziwnej psychiki zaczęły one niszczyć inne formy
istot swojej planety, stopniowo zmniejszając w ten sposób liczbę źródeł
potrzebnych do tego samego celu - otóż właśnie wtedy, aby uzyskać
równowagę niezbędnych wibracji zarówno jeśli chodzi o jakość, jak i ilość, Przyroda była zmuszona z czasem dostosować obecność tych
trójmózgowych istot do drugiej zasady, a mianowicie zasady "Itoklanoc",
to znaczy urzeczywistniać je w ten sam sposób jak istoty jednomózgowe i dwumózgowe.
Przy innej okazji specjalnie wyjaśnię ci też znaczenie zasady Itoklanoc.
Tymczasem zapamiętaj, że choć na samym początku główne przyczyny
skrócenia długości egzystencji istot trójmózgowych tej planety nie
zależały od nich samych, jednak później podstawowym źródłem wszystkich
żałosnych rezultatów stały się - i jeszcze bardziej są obecnie -
nienormalne warunki zwykłej codziennej egzystencji istnieniowej, które
one same sobie stworzyły. Wskutek tych warunków długość ich egzystencji
nadal się zmniejsza i stała się teraz już tak krótka, że różnica między
długością procesu egzystencji trójmózgowych istot innych planet całego
Wszechświata i tych trójmózgowych istot z planety Ziemia jest niemal
taka sama jak ta, która występuje między rzeczywistą długością ich
własnej egzystencji a długością egzystencji nieskończenie małych istot w kropli wody, które wzięliśmy wcześniej za przykład.
Czy rozumiesz teraz, mój chłopcze, dlaczego nawet Wielki Heropas, czyli
Czas, został zmuszony do urzeczywistniania tak oczywistego nonsensu w obecnościach tych nieszczęśliwych trójmózgowych istot, które powstają i egzystują na planecie Ziemia?
Dzięki wszystkiemu, co ci przed chwilą wyjaśniłem, sam już możesz wejść
w jego położenie i zrozumieć tego bezlitosnego, ale za to zawsze i we
wszystkim sprawiedliwego Heropasa!
Wypowiedziawszy te słowa, Belzebub zamilkł, a gdy ponownie zwrócił się
do swego wnuka, rzekł z ciężkim westchnieniem:
- Ech! Drogi chłopcze!
Później, kiedy opowiem ci więcej o trójcentrowych istotach tej
nieszczęsnej planety Ziemia, sam wszystko zrozumiesz i wyrobisz sobie na
ten temat własną opinię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Rozbudzenie myśli
Wśród różnych przekonań, które ukształtowały się w mojej zbiorczej
obecności w trakcie mojego odpowiedzialnego, osobliwie układającego się
życia, znajduje się także jedno niewątpliwe przekonanie, że zawsze i wszędzie na Ziemi, u wszystkich ludzi - bez względu na poziom rozwoju
ich rozumienia i formę, w jakiej przejawiają się czynniki warunkujące
powstanie w ich indywidualności wszelkiego rodzaju ideałów - panował
zwyczaj, że rozpoczynając jakieś nowe dzieło, należy koniecznie
wypowiedzieć głośno, a jeśli nie na głos, to przynajmniej w myśli,
ustaloną formułę, zrozumiałą dla każdej, nawet całkiem niewykształconej
osoby, różnie brzmiącą w różnych epokach, a w naszych czasach wyrażaną
następującymi słowami: "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen".
Oto dlaczego, zabierając się teraz do tego całkiem nowego dla mnie
przedsięwzięcia, mianowicie pisarstwa, ja także zaczynam od
wypowiedzenia tej formuły i nie tylko wymawiam ją na głos, ale robię to
nawet bardzo dobitnie i z całą, jak to określili starożytni Tuluzyci, "w pełni przejawioną intonacją", oczywiście w owej pełni, która mogła
powstać w mojej zbiorczej obecności jedynie dzięki ukształtowanym już w celu takiego przejawu i gruntownie zakorzenionym w niej danym - danym,
nawiasem mówiąc, które z reguły kształtują się w naturze człowieka w jego wieku przygotowawczym i które później, w trakcie jego
odpowiedzialnego życia, decydują o charakterze i życiodajności owej
intonacji.
Po takim początku mogę teraz być już całkiem spokojny i zgodnie z wyrobionymi u ludzi pojęciami moralności religijnej powinienem nawet być
ponad wszelką wątpliwość przekonany, iż w tym moim nowym przedsięwzięciu
wszystko odtąd, jak to się mówi, "pójdzie jak po maśle".
W każdym razie tak właśnie zacząłem, a co będzie dalej, w tej chwili
można tylko powiedzieć, jak to kiedyś wyraził pewien ślepiec,
"zobaczymy".
W pierwszej kolejności położę swoją rękę, co więcej, rękę prawą - na
razie wprawdzie nieco uszkodzoną z powodu nieszczęścia, które ostatnio
mi się przydarzyło, ale bądź co bądź naprawdę moją i która nigdy mnie w życiu jeszcze nie zawiodła - na sercu, oczywiście także moim własnym
(lecz o stałości czy niestałości tej części mnie całego nie widzę teraz
potrzeby się rozwodzić), i wyznam szczerze, że choć osobiście nie mam
najmniejszej ochoty zabierać się do pisania, to zmusiły mnie do tego
całkiem niezależne ode mnie okoliczności, które, sam jeszcze nie wiem,
czy powstały przypadkowo, czy też celowo stworzyły je zewnętrzne siły.
Wiem tylko, że te okoliczności wymagają, bym napisał nie jakieś "byle
co", w rodzaju na przykład lektury do poduszki, lecz ważkie i opasłe
tomy.
Rad nierad zaczynam...
Ale od czego zacząć?
Do diabła! Czyż znowu pojawi się to samo nader nieprzyjemne i bardzo
osobliwe doznanie, jakiego miałem okazję doświadczyć mniej więcej trzy
tygodnie temu, kiedy układałem w myślach ogólny zarys oraz kolejność
idei, które postanowiłem opublikować, i kiedy tak samo nie wiedziałem,
od czego zacząć?
To ówczesne doznanie mógłbym teraz ująć tylko w takich słowach: "strach
przed utonięciem w powodzi własnych myśli".
Wtedy, aby pozbyć się takiego niepożądanego doznania, mogłem jeszcze
odwołać się do tej zgubnej właściwości, którą dzielę ze wszystkimi
współczesnymi ludźmi - ponieważ stała się nam przynależna - i która
powoduje, że odkładamy wszystko "na pojutrze", nie czując z tego powodu
żadnych wyrzutów sumienia.
Otóż mogłem to wówczas bardzo łatwo zrobić, ponieważ do faktycznego
rozpoczęcia pisania wciąż jeszcze miałem dużo czasu; teraz jednak nie
mogę już tak postąpić i, jak to się mówi, "choćbym miał pęknąć", muszę
zacząć.
Ale tak naprawdę od czego zacząć...?
Hurra! Eureka!
Prawie wszystkie książki, które miałem okazję w życiu przeczytać,
zaczynały się od przedmowy.
A więc ja też muszę zacząć od czegoś w tym rodzaju.
Mówię "w tym rodzaju", ponieważ generalnie w trakcie całego mojego
życia, od chwili, gdy zacząłem odróżniać chłopca od dziewczynki,
wszystko, absolutnie wszystko, robiłem nie tak, jak robią to inni
podobni do mnie dwunożni niszczyciele dobra przyrody. Dlatego także
teraz muszę - i być może jest to już nawet moim surowym obowiązkiem -
zabrać się do pisarstwa inaczej, niż zrobiłby to każdy inny pisarz.
Tak czy owak, zamiast od tradycyjnego wstępu zacznę całkiem po prostu od
ostrzeżenia.
Postąpię bardzo rozsądnie, zaczynając od ostrzeżenia, choćby dlatego, że
nie sprzeciwi się to żadnej z moich organicznych, psychicznych czy nawet
"sobiepańskich" skłonności oraz zasad, a jednocześnie będzie całkiem
uczciwe, oczywiście w obiektywnym sensie tego słowa, ponieważ z niezachwianą pewnością oczekuję, jak zresztą wszyscy ci, którzy dobrze
mnie znają, iż dzięki moim pismom większość czytelników od razu - a nie
stopniowo, co z upływem czasu, prędzej czy później, spotka wszystkich
ludzi - straci w zupełności wszelkie "bogactwa", czy to przekazane im
dziedzicznie, czy zdobyte własną pracą, występujące w postaci "kojących
pojęć", które są jedynie źródłem upiększonych wyobrażeń o ich obecnym
życiu lub naiwnych mrzonek o tym, co czeka ich w przyszłości.
Tego rodzaju wstępy zawodowi pisarze rozpoczynają z reguły przemową do
czytelnika pełną przeróżnych napuszonych i pompatycznych, można by rzec,
"przesłodzono-nadętych" zwrotów.
Chyba tylko pod tym względem pójdę za ich przykładem i ja również zacznę
od takiej przemowy, ale postaram się jej nie "przedobrzyć", co oni mają
w zwyczaju czynić, gdy tą swoją manierą szarpią nerwy każdego mniej
więcej normalnego czytelnika.
A zatem...
Moi drodzy, wielce szanowni, rezolutni i oczywiście bardzo cierpliwi
Panowie oraz moje czcigodne, czarujące i bezstronne Panie!
Przepraszam... pominąłem najważniejsze: oraz moje zgoła
nierozhisteryzowane Panie!
Mam zaszczyt poinformować Państwa, że chociaż w rezultacie pewnych
okoliczności zaistniałych na jednym z ostatnich etapów procesu mojego
życia zabieram się teraz do pisania książek, to w trakcie całej mojej
dotychczasowej egzystencji nie tylko nie napisałem jeszcze żadnej
książki ani żadnego "pouczającego artykułu", lecz także nie dane mi było
napisać ani jednego listu, w którym byłbym zmuszony bezwzględnie
przestrzegać tego, co zwie się "gramatycznością", i dlatego, chociaż
zostałem teraz zawodowym pisarzem, to nie mając żadnej wprawy ani w stosowaniu wszystkich ustalonych, profesjonalnych pisarskich norm i metod, ani w zakresie "języka bontonowo-literackiego", zmuszony będę
pisać zupełnie inaczej niż zwykli "patentowani pisarze", do których
stylu najprawdopodobniej już od dawna tak się przyzwyczailiście jak do
własnego zapachu.
Moim zdaniem poczujecie się tym zirytowani przede wszystkim dlatego, że
jeszcze w dzieciństwie wszczepiono wam automatyzm, który obecnie już
idealnie zharmonizował się z waszą zbiorczą psychiką i który znakomicie
działa w momencie postrzegania wszelkiego rodzaju nowych wrażeń,
powodując, że dzięki takiemu "dobrodziejstwu" nie potrzebujecie już
teraz, w waszym odpowiedzialnym życiu, podejmować żadnych indywidualnych
wysiłków.
Szczerze mówiąc, uważam, że środkiem ciężkości tego mojego wyznania nie
powinien być mój brak znajomości wszelkich zasad i metod pisarskich,
lecz nieopanowanie przeze mnie wspomnianego "języka
bontonowo-literackiego", którego bezwzględnie wymaga się w życiu
współczesnym, i to nie tylko od pisarzy, ale także od każdego zwykłego
śmiertelnika.
Co się zaś tyczy pierwszego punktu, czyli mojego braku znajomości
różnych pisarskich zasad i metod, to on prawie w ogóle mnie nie martwi.
A nie martwi mnie, ponieważ dzisiaj wśród ludzi takie "dyletanctwo" jest
już na porządku dziennym. To dobrodziejstwo pojawiło się i panoszy
obecnie po całej Ziemi dzięki tej niezwykłej nowej chorobie, na którą
przez ostatnie dwadzieścia-trzydzieści lat zapadają, z tego lub innego
powodu, przede wszystkim te osoby wszystkich trzech płci, które śpią z na wpół otwartymi oczami i których twarze są pod każdym względem żyzną
glebą pod uprawę wszelkiego rodzaju pryszczy.
Ta dziwna choroba najczęściej objawia się w następujący sposób: jeśli
pacjent jest choć trochę piśmienny i opłaca czynsz za trzy miesiące z góry, to on (ona lub ono) niechybnie zaczyna pisać jakiś "pouczający
artykuł" albo nawet całą książkę.
Zdając sobie dobrze sprawę z istnienia tej nowej ludzkiej choroby, a także z tego, że przybrała ona na Ziemi rozmiary epidemii, mam prawo -
co zresztą powinniście zrozumieć - przyjąć, iż już się na nią, jak
powiedzieliby uczeni "medycy", uodporniliście, a zatem nie będziecie
dotkliwie oburzeni moim nieokrzesaniem, jeśli chodzi o różne zasady i metody pisarskie.
To właśnie uświadomienie sobie tego faktu spowodowało, że środkiem
ciężkości mego ostrzeżenia postanowiłem uczynić swoją nieznajomość
"języka bontonowo-literackiego".
Gwoli samousprawiedliwienia, a być może także po to, by złagodzić w waszej "świadomości na jawie" stopień potępienia mojej niewiedzy w zakresie tego niezbędnego we współczesnym życiu języka, uważam za
konieczne wyznać z pokornym sercem i z policzkami płonącymi ze wstydu,
że wprawdzie mnie również uczono takiego języka w dzieciństwie - to
znaczy w okresie, gdy niektórzy starsi, przygotowujący mnie do
odpowiedzialnego życia, "nie szczędzili" żadnych środków zastraszenia i ciągle zmuszali mnie do wkuwania na pamięć pełnej gamy różnych
"niuansów", które w sumie składają się na to współczesne "cudo" - ale
niestety, na wasze nieszczęście, nic z tego, co mi wtedy wbijano do
głowy, nie przyswoiłem sobie i zupełnie nic z tego nie ocalało na
potrzeby mojej obecnej działalności pisarskiej.
A niczego nie zapamiętałem nie z własnej winy ani nie z winy moich
byłych, godnych i niegodnych szacunku nauczycieli, lecz ów ludzki trud
poszedł na marne z powodu pewnego nieoczekiwanego i zupełnie wyjątkowego
zdarzenia, które rozegrało się w chwili mojego pojawienia się na bożym
świecie, a polegającego - jak ostatnio wyjaśniła mi, po bardzo
drobiazgowym "psycho-fizyczno-astrologicznym" badaniu, pewna dobrze
znana w Europie okultystka - na tym, że dokładnie w owej chwili wibracje
dźwięku wydobywającego się w sąsiednim domu z fonografu Edisona wkradły
się do naszego mieszkania przez dziurę wybitą w oknie przez naszą
stukniętą kulawą kozę i że odbierająca mnie akuszerka miała właśnie w ustach nasyconą kokainą pastylkę produkcji niemieckiej - i to nie żaden
erzac - którą ssała przy akompaniamencie wspomnianych dźwięków, nie
doznając jednak należytej rozkoszy.
Oprócz tego tak niepowszedniego zdarzenia na moją obecną sytuację
złożyło się - co, muszę wyznać, sam odgadłem po długich rozmyślaniach
według metody niemieckiego profesora Herr Stumpfsinnschmausena - także
to, że później, zarówno w okresie przygotowawczym, jak i w dorosłym już
życiu, zawsze automatycznie i instynktownie, a czasem nawet świadomie,
to znaczy z zasady, unikałem w obcowaniu z innymi używania tego języka.
I stroniłem od tej bagateli, a może wcale nie bagateli, znowu z powodu
trzech danych, które w wieku przygotowawczym ukształtowały się w mojej
zbiorczej obecności i o których zamierzam poinformować was nieco dalej w tym pierwszym rozdziale moich pism.
W każdym razie jest faktem rozświetlonym ze wszystkich stron jak
amerykańska reklama, którego nie są już w stanie zmienić, nawet
korzystając z wiedzy "ekspertów od małpich szwindli", żadne siły, że ja,
którego ostatnio bardzo wielu ludzi uważa za dosyć dobrego nauczyciela
tańców świątynnych, choć stałem się od dzisiaj zawodowym pisarzem i oczywiście będę pisał dużo - gdyż od dzieciństwa cechuje mnie to, że
kiedy coś robię, "to robię tego dużo" - nie dysponując jednak, jak
widzicie, potrzebną do tego automatycznie nabytą i automatycznie
przejawiającą się wprawą, zmuszony będę zapisywać wszystkie moje
przemyślenia prostym, zwykłym i stworzonym przez życie potocznym
językiem, bez żadnych literackich manipulacji ani "gramatycznych
wymądrzań".
Ale to jeszcze nie wszystko!... Przecież nie zdecydowałem o rzeczy
najważniejszej: w jakim języku mam pisać?
Wprawdzie zacząłem już pisać po rosyjsku, ale, jak powiedziałby
najmądrzejszy z mędrców, Mułła Nasr Eddin1, w tym języku "daleko
nie zajdziesz".
Język rosyjski jest niewątpliwie bardzo dobry. Nawet sam go lubię, ale...
tylko wtedy, gdy w grę wchodzi wymienianie się anegdotami lub
wychwalanie czyjegoś rodowodu.
Język rosyjski jest trochę podobny do języka angielskiego, który z kolei
znakomicie nadaje się do tego, by można było, zasiadłszy w palarni w jednym wygodnym fotelu z nogami wyciągniętymi na drugim, prowadzić
dyskusję o australijskim mrożonym mięsie lub czasem też o "kwestii
afgańskiej".
Oba te języki przypominają danie zwane w Moskwie "solanką", do którego
można wrzucić wszystko z wyjątkiem ciebie i mnie, w tym nawet
"poobiednią czeszmę2" Szeherezady.
Powinienem jeszcze dodać, że różne przypadkowo - a może nieprzypadkowo -
stworzone warunki, w których toczyła się moja młodość, spowodowały, iż
musiałem bardzo sumiennie uczyć się - sam oczywiście się do tego
zmuszając - mówić, czytać i pisać w wielu językach, osiągając w nich
taki stopień biegłości, że gdybym postanowił nie wykorzystywać do
wykonywania tego ex promptu wymuszonego na mnie przez los zawodu
"automatyzmu" nabytego dzięki praktyce, to prawdopodobnie mógłbym teraz
pisać w dowolnym z nich.
Jeśli jednak miałbym postąpić rozsądnie i posłużyć się takim
wszechułatwiającym automatyzmem, który generalnie zawdzięcza się długiej
praktyce, to powinienem pisać albo po rosyjsku, albo po ormiańsku,
ponieważ w ciągu ostatnich dwudziestu lub trzydziestu lat okoliczności
mojego życia zmusiły mnie do używania w obcowaniu z innymi tylko tych
dwóch języków, w rezultacie czego osiągnąłem w nich taką wprawę, że
posługuję się nimi już całkiem automatycznie.
A kysz, ty rogate licho!... Nawet i w tym wypadku od razu zaczął dręczyć
mnie całego jeden z aspektów mojej osobliwej psychiki, nietypowy dla
normalnego człowieka.
Główną przyczyną tego "nieszczęścia", które spadło na mnie w podeszłym
już bez mała wieku, jest to, że od samego dzieciństwa, wraz z wszelkim
innym - równie niepotrzebnym we współczesnym życiu - chłamem,
zakorzeniła się w mojej osobliwej psychice właściwość, która
automatycznie całemu mnie nakazuje zawsze i we wszystkim kierować się
wyłącznie mądrością ludową.
W danym wypadku, jak zwykle w podobnych niewyraźnych jeszcze sytuacjach
życiowych, natychmiast pojawiło się i teraz, że tak powiem, "roi się" w moim mózgu - skonstruowanym tak nieudacznie, że mogę skwitować go tylko
szyderstwem - to mądre porzekadło ludowe, które znali już ludzie w odległej przeszłości, a które dotarło do nas w następującej formie:
"Każdy kij ma dwa końce".
Moim zdaniem w świadomości wszystkich mniej więcej zdrowo myślących
ludzi, którzy pragną zrozumieć zarówno podstawową myśl ukrytą w takim
dziwnym sformułowaniu, jak i jego rzeczywisty sens, musi przede
wszystkim zrodzić się przypuszczenie, iż wszystkie idee, na których
opiera się i z których powinno wypływać domyślne znaczenie tego
powiedzenia, odwołują się do tej znanej ludziom od wieków prawdy, która
głosi, że każde zjawisko występujące w życiu człowieka jest wynikiem
dwóch całkiem przeciwstawnych przyczyn oraz tworzy dwa rezultaty, tak
samo diametralnie różne, które z kolei są przyczyną innych nowych
zjawisk - "nowych" oczywiście tylko z pozoru. Na przykład jeżeli "coś",
co jest wynikiem dwóch różnych przyczyn, wywołuje światło, to to samo
"coś" musi niechybnie wywołać także zjawisko przeciwne, czyli ciemność;
albo też, jeśli w organizmie dowolnej żywej istoty jakiś czynnik
warunkuje powstanie impulsu namacalnego zadowolenia, to nieuchronnie
musi on wywoływać również niezadowolenie, oczywiście tak samo namacalne
- i tak dalej, zawsze i we wszystkim.
Gdybym w danej sytuacji, stosując się do tej mądrości ludowej -
ukształtowanej przez wieki i wyrażonej za pomocą kija, który, jak
powiedziano, faktycznie ma dwa końce: jeden uznawany za dobry, a drugi
za zły - skorzystał ze wspomnianego automatyzmu, który wyrobiłem w sobie
tylko dzięki długiej praktyce, to oczywiście okazałoby się to dla mnie
dobre, ale, zgodnie z tym porzekadłem, dla czytelnika musiałoby to mieć
skutek wręcz odwrotny - a na czym polega odwrotność tego, co dobre,
bardzo łatwo potrafi zrozumieć nawet ten, kto nie jest posiadaczem
hemoroidów.
Krótko mówiąc, jeżeli wykorzystam swoją przewagę i chwycę za dobry
koniec kija, to zły koniec niechybnie spadnie na głowę czytelnika.
I coś takiego rzeczywiście może się wydarzyć, ponieważ język rosyjski
zupełnie nie nadaje się do wyrażania wszelkich "subtelności" licznych
kwestii filozoficznych, które zamierzam dość obszernie poruszyć w moich
pismach, natomiast język ormiański, choć na to pozwala, to na
nieszczęście wszystkich współczesnych Ormian stał się zupełnie
nieprzydatny do rozpatrywania pojęć współczesnych.
Wyłącznie po to, żeby złagodzić gorycz wewnętrznej krzywdy, którą
właśnie sobie wyrządziłem, powiem tylko, że we wczesnej młodości, gdy
zainteresowały mnie i pochłonęły kwestie filozoficzne, język ormiański
przedkładałem nad wszystkie inne języki, którymi wówczas władałem,
włączając w to nawet mój język ojczysty.
Bardzo go lubiłem głównie z powodu jego swoistego charakteru i dlatego,
że w niczym nie przypominał sąsiednich czy spokrewnionych z nim języków.
Wszystkie jego, jak to mówią uczeni filologowie, "tonalności" były
właściwe tylko jemu i, co zrozumiałem już nawet wtedy, doskonale
odpowiadał on psychice ludzi tej narodowości.
Jednakże w ciągu ostatnich trzydziestu lub czterdziestu lat ten język
tak się na moich oczach zmienił, że chociaż nie stracił jeszcze do końca
owej samodzielności i specyfiki, które charakteryzowały go od
zamierzchłej przeszłości, to stał się dziś czymś, co można by nazwać
"błazeńskim potpourri języków", i wszystkie jego współbrzmienia,
wpadając do ucha mniej więcej pojętnego oraz świadomego słuchacza,
przypominają mieszaninę tureckich, perskich, francuskich, kurdyjskich i rosyjskich słów, a także jeszcze innych całkiem "niestrawnych"
artykułowanych dźwięków.
Prawie to samo można powiedzieć o moim ojczystym języku, greckim,
którego używałem w dzieciństwie i którego "automatyczna moc
skojarzeniowa" wciąż zachowała dla mnie swój smak. Podejrzewam, że
potrafiłbym teraz wyrazić w nim wszystko, co zechcę, ale nie mogę się
nim w tym wypadku posłużyć z tego prostego i raczej śmiesznego powodu,
że ktoś musi przepisywać i tłumaczyć moje teksty na inne języki. A któż
potrafi to zrobić?
Z pełnym przekonaniem można stwierdzić, że nawet najlepszy ekspert od
nowoczesnej greki nie byłby w stanie zrozumieć absolutnie nic z tego, co
napisałbym w języku, który przyswoiłem sobie w dzieciństwie, ponieważ w ciągu tych trzydziestu lub czterdziestu lat moi drodzy "współplemieńcy",
dając się uwieść przedstawicielom współczesnej cywilizacji i pragnąc za
wszelką cenę upodobnić się do nich nawet pod względem języka,
potraktowali mój drogi język ojczysty dokładnie tak samo, jak zrobili to
ze swoim językiem Ormianie chcący dorównać rosyjskiej inteligencji.
Ów grecki język, którego ducha i esencję przekazano mi dziedzicznie,
jest tak podobny do języka, którym mówią dziś współcześni Grecy, jak,
zgodnie z wyrażeniem Mułły Nasr Eddina, "gwóźdź jest podobny do mszy
pogrzebowej".
Co tu teraz z tym fantem zrobić?
E...e...ech! Nie warto się przejmować, szacowny nabywco moich wymądrzań.
Jeśli nie zabraknie francuskiego armaniaku i "chazarskiej basturmy", to
znajdę wyjście nawet z tej ciężkiej sytuacji. To przecież nie pierwszy i nie ostatni raz!
Tak często w życiu pakowałem się w różne tarapaty i jakoś z nich
wychodziłem, że niemal weszło mi to już w nawyk.
Na razie będę więc pisał częściowo po rosyjsku, częściowo po ormiańsku,
tym bardziej że pośród ludzi kręcących się zawsze koło mnie, jest parę
takich osób, które z mniejszą lub większą łatwością "główkują" w obu
tych językach, i ciągle jeszcze żywię nadzieję, iż będą potrafiły
całkiem nieźle z nich przepisywać, a także tłumaczyć dla mnie.
Na wszelki wypadek powtarzam raz jeszcze - abyście zapamiętali to
dobrze, a nie tak, jak macie w zwyczaju o wszystkim pamiętać i później,
w oparciu o to wasze "pamiętanie", dotrzymywać słowa, które daliście
sobie i innym - że bez względu na to, jakiego języka użyję, zawsze i we
wszystkim będę unikał tego, co nazwałem "językiem bontonowo-literackim".
Jest tutaj rzeczą nadzwyczaj ciekawą i w najwyższym stopniu, może nawet
wyższym, niż wam się wydaje, godną waszego zainteresowania, to, że od
najwcześniejszego dzieciństwa, mianowicie od chwili, gdy zrodziła się we
mnie potrzeba niszczenia ptasich gniazd i dokuczania siostrom moich
rówieśników, pojawiło się w moim, jak je nazywali starożytni teozofowie,
"ciele planetarnym", i to nie wiadomo dlaczego głównie w jego prawej
połówce, mimowolne instynktowne doznanie, które stopniowo, aż do okresu
mojego życia, gdy zostałem "nauczycielem tańców", przekształcało się w wyraźne odczucie, i które później - kiedy dzięki wykonywaniu tego zawodu
poznałem ludzi reprezentujących wiele różnych "typów" - zamieniło się w świadome przekonanie, iż podobne języki, czy raczej ich "gramatyki",
układają ludzie przypominający pod względem znajomości danego języka
dokładnie te dwunożne typy, które szacowny Mułła Nasr Eddin
scharakteryzował następująco: "Bez nich nasze świnie nigdy nie poznałyby
się na jakości pomarańczy".
Tego rodzaju ludzie, osiągnąwszy odpowiedzialny wiek w procesie naszego
nienormalnego życia i zamieniwszy się wskutek spaczonej dziedziczności
oraz przyprawiającego o mdłości wychowania w "mole-pożeracze" owego
dobra, które przygotowali i pozostawili nam nasi przodkowie, a które
przekazał nam czas, po pierwsze, nie mają najmniejszego pojęcia i prawdopodobnie nigdy nie słyszeli o takim rażącym fakcie, że w funkcjonowaniu mózgowym każdego stworzenia - a więc także człowieka -
kształtuje się w wieku przygotowawczym dokładnie określona właściwość,
której automatyczne przejawy podlegają pewnemu prawu, nazwanemu przez
starożytnych Korkolan "prawem skojarzeń", a po drugie, nie wiedzą o tym,
że proces myślenia każdej żywej istoty, zwłaszcza człowieka, przebiega
wyłącznie w zgodzie z tym prawem.
Skoro tak się złożyło, że poruszyłem tu temat, który ostatnio stał się
jednym z moich koników, mianowicie kwestię ludzkiego myślenia, uważam,
że mogę już teraz - nie czekając na odpowiedni rozdział, który
przeznaczyłem na jej wyjaśnienie - zasygnalizować pewną niepodważalną,
przypadkowo zdobytą przeze mnie informację o tym, że w przeszłości we
wszystkich stuleciach przestrzegano na Ziemi zasady, zgodnie z którą
każdy śmiałek chcący nabyć prawo do tego, by inni, a także on sam,
uważali go za człowieka "myślącego świadomie", już w początkowych latach
swego odpowiedzialnego życia dowiadywał się o tym, że człowiek dysponuje
dwoma rodzajami myślenia: po pierwsze, myśleniem za pomocą myśli
wyrażanych słowami, których sens jest zawsze względny; po drugie,
myśleniem właściwym zarówno człowiekowi, jak i wszystkim zwierzętom,
które nazwałbym "myśleniem za pomocą form".
Ten drugi rodzaj myślenia, "myślenie za pomocą form", które powinno
służyć zarówno do uchwycenia dokładnego sensu wszelkich pism, jak i - po
zrobieniu świadomego zestawienia z uprzednio zebranymi informacjami - do
przyswojenia go sobie, kształtuje się w ludziach w zależności od
warunków geograficznych, miejsca zamieszkania, klimatu oraz epoki, i w ogóle od całego środowiska, w jakim dany człowiek przyszedł na świat i w jakim toczy się jego egzystencja aż do osiągnięcia pełnoletności.
To dlatego w mózgach ludzi należących do odmiennych ras, żyjących w różnych warunkach i na różnych obszarach, wykształcają się w odniesieniu
do tej samej rzeczy czy idei, a nawet całego systemu pojęć, pewne
całkiem niezależne formy, które powodują, że w trakcie przepływu
skojarzeń pojawia się w ich byciu takie lub inne doznanie wywołujące
określone wyobrażenie i to wyobrażenie zostaje następnie przełożone na
jakieś słowa, które służą jedynie do nadania mu zewnętrznego,
subiektywnego wyrazu.
W ten sposób dane słowo, odnoszące się do tej samej rzeczy lub idei,
nabiera dla ludzi żyjących w różnych miejscach i należących do różnych
ras bardzo określonej i całkiem odmiennej "wewnętrznej treści".
Inaczej mówiąc, jeśli w zbiorczej obecności danego człowieka, urodzonego
i wyrosłego w tym czy innym miejscu, utworzyła się w rezultacie
specyficznych lokalnych wpływów oraz wrażeń pewna "forma", która poprzez
skojarzenia wywołuje w nim doznanie określonej "wewnętrznej treści" i tym samym pojawienie się określonego obrazu czy pojęcia wyrażanego przez
niego jakimś słowem, którego użycie zamienia się w nawyk i które, jak
już powiedziałem, jest subiektywne, to ktoś słyszący to słowo - w którego byciu z powodu odmiennych warunków, w jakich przyszedł na świat
i dorastał, ukształtowała się w odniesieniu do tego słowa forma o innej
"wewnętrznej treści" - będzie zawsze odbierał je i oczywiście
nieuchronnie rozumiał zupełnie inaczej.
Nawiasem mówiąc, można to bardzo wyraźnie stwierdzić, jeśli uważnie i bezstronnie obserwuje się wymianę opinii między osobami, które należą do
różnych ras lub które dorastały i kształtowały się w różnych krajach.
A zatem, pełen werwy i brawury kandydacie na nabywcę moich wymądrzań,
ostrzegłszy cię, że mam zamiar pisać nie tak, jak zwykle piszą "zawodowi
pisarze", lecz całkiem inaczej, radzę ci, byś poważnie się zastanowił,
zanim zabierzesz się do czytania moich dalszych wywodów. W przeciwnym
razie obawiam się o twój słuch i inne organy postrzegania, a także o narządy trawienne, które pewnie już tak się do cna zautomatyzowały i przestroiły na rozpowszechniony obecnie na Ziemi "język
inteligencko-literacki", że czytanie moich pism może wpłynąć na ciebie
bardzo, ale to bardzo kakofonicznie, powodując, że stracisz swój...
wiesz co?... apetyt na ulubione danie i na to szczególnie łechczące twe
"wnętrze" uczucie, które pojawia się w tobie, gdy widzisz swoją sąsiadkę
brunetkę.
O tym, że mój język lub, ściślej mówiąc, forma mojego myślenia może mieć
tego rodzaju skutek, jestem - dzięki wielokrotnie powtarzającym się w przeszłości zdarzeniom - tak przekonany całym swoim byciem, jak "rasowy
osioł" przekonany jest o słuszności i zasadności swego uporu.
Dopiero teraz, gdy ostrzegłem cię przed tym, co najważniejsze, z absolutnym spokojem patrzę w przyszłość, albowiem jeśli z powodu moich
pism staniesz się ofiarą jakiegoś nieporozumienia, to winien będziesz
tylko ty sam, moje sumienie zaś pozostanie czyste, jak na przykład...
sumienie byłego cesarza Wilhelma.
Na pewno myślisz w tej chwili, że jestem, jak niektórzy to określają,
młodym człowiekiem "o miłej aparycji i podejrzanym wnętrzu" i że jako
raczkujący pisarz najwyraźniej umyślnie zachowuję się ekscentrycznie, w nadziei, iż pomoże mi to stać się sławnym i przez to bogatym.
Jeśli rzeczywiście tak myślisz, to nawet nie wiesz, jak bardzo się
mylisz.
Po pierwsze, nie jestem młody; żyję już tak długo, że, jak to się mówi,
"jadłem chleb nie tylko z niejednego pieca, ale z wielu piekarni"; a po
drugie, wcale nie piszę z zamiarem zrobienia kariery ani też nie liczę
na to, że "stanę na własnych nogach" dzięki owemu zawodowi, który moim
zdaniem stwarza od razu wielkie szanse na zdobycie miana kandydata do
Piekła, oczywiście zakładając, że tacy ludzie potrafią choćby do tego
stopnia udoskonalić własne bycie, a to dlatego, że sami nic nie wiedząc,
wypisują wszelkiego rodzaju brednie i, automatycznie zyskując w ten
sposób autorytet, są winni pojawienia się jednego z głównych czynników
ogółu przyczyn, które z roku na rok prowadzą do coraz większego
"rozdrobnienia" już i tak nadmiernie pokruszonej ludzkiej psychiki.
Co się zaś tyczy mojej osobistej kariery, to dzięki wszystkim siłom
wysokim i niskim, a jeśli chcesz, nawet prawym i lewym, zrobiłem ją
dawno temu i już od dłuższego czasu "stoję na własnych nogach", i to
niewątpliwie bardzo mocnych nogach, a co więcej, jestem pewien, że na
złość wszystkim moim byłym, obecnym i przyszłym wrogom wystarczy im
krzepy jeszcze na wiele lat.
Tak... nie zaszkodzi, jeśli zdradzę ci również pomysł, który właśnie
zrodził się w moim obłąkanym mózgu, a mianowicie, że chcę specjalnie
poprosić drukarza, któremu oddam tę książkę, żeby wydrukował niniejszy
pierwszy rozdział moich pism w taki sposób, by każdy mógł go przeczytać,
nie rozcinając kartek książki, dzięki czemu, dowiedziawszy się, że nie
jest ona napisana w sposób zwykły - to znaczy jako pomoc do łatwego i gładkiego tworzenia w myślach czytelnika podniecających obrazów i usypiających marzeń - mógł on, jeśli zechce, zwrócić ją i, nie tracąc
czasu na dyskusje ze sprzedawcą, odzyskać swoje być może zarobione w pocie czoła pieniądze.
A muszę tak postąpić, ponieważ właśnie znowu przypomniałem sobie
historię usłyszaną we wczesnej młodości, która przytrafiła się pewnemu
zakaukaskiemu Kurdowi i która w późniejszych latach, ilekroć w podobnych
sytuacjach wracałem do niej myślą, budziła we mnie "długo niegasnący"
impuls czułości. Sądzę więc, że okaże się to bardzo pożyteczne zarówno
dla mnie, jak i dla ciebie, jeśli szczegółowo ci ją teraz zrelacjonuję.
Okaże się to pożyteczne głównie dlatego, że "sól" tej historii - lub,
jak wyraziliby się czystej krwi współcześni żydowscy biznesmeni, jej
"cymes" - postanowiłem przyjąć za jedną z podstawowych zasad tej nowej
formy literackiej, jaką zamierzam zastosować, by osiągnąć cel, którego
chcę dopiąć za pomocą mojej nowej profesji.
Pewnego razu ów zakaukaski Kurd wyruszył w jakimś interesie ze swej wsi
do miasta i po przyjściu na targ zobaczył tam budkę z różnymi ślicznie
wystawionymi owocami.
Wśród nich jego uwagę zwrócił jeden szczególnie piękny zarówno pod
względem koloru, jak i kształtu "owoc", którego wygląd tak przypadł mu
do gustu i którego tak bardzo zapragnął skosztować, że mimo prawie
zupełnego braku pieniędzy natychmiast postanowił zakupić przynajmniej
jeden z tych darów Wielkiej Przyrody.
Następnie, cały podekscytowany i z niezwykłą jak na siebie odwagą,
wszedł do środka i wskazując swym zrogowaciałym palcem na "owoc", który
wpadł mu w oko, zapytał właściciela sklepu o cenę. Właściciel odparł, że
funt tych "owoców" kosztuje sześć groszy.
Uznawszy, iż nie jest to wcale wygórowana cena za tak, jego zdaniem,
piękny owoc, nasz Kurd postanowił kupić cały funt.
Po załatwieniu wszystkich spraw w mieście jeszcze tego samego dnia
ruszył piechotą w drogę powrotną do domu.
Idąc tak o zachodzie słońca przez góry i doliny, bezwiednie postrzegając
zewnętrzny aspekt tych czarujących fragmentów łona Wspólnej Matki,
Wielkiej Przyrody, i mimowolnie wdychając czyste powietrze,
niezanieczyszczone charakterystycznymi wyziewami miast przemysłowych,
nasz Kurd całkiem naturalnie poczuł nagle chęć dogodzenia sobie także
jakimś zwyczajnym pokarmem; usiadł więc na skraju drogi, wyjął z torby z prowiantem kawałek chleba oraz te zakupione "owoce", które tak cieszyły
jego oczy, i powoli zabrał się do jedzenia.
Lecz - o zgrozo! - bardzo szybko poczuł, że wszystko zaczyna w nim
płonąć.
Nie bacząc na to, nasz Kurd kontynuował posiłek.
To nieszczęsne dwunożne stworzenie jadło dalej tylko z powodu owej
szczególnej przynależnej ludziom cechy, na którą pierwszy zwróciłem
uwagę i której zasadę, przyjąwszy ją za podstawę stworzonej przeze mnie
nowej formy literackiej, zamierzam uczynić jednym z czynników mających
jak "gwiazda przewodnia" poprowadzić mnie do wytkniętego sobie celu, a której sens oraz wagę, jestem pewien, sam wkrótce uchwycisz - oczywiście
zgodnie ze stopniem twojego rozumienia - jeśli przeczytasz któryś z kolejnych rozdziałów moich dzieł, naturalnie pod warunkiem że podejmiesz
ryzyko kontynuowania tej lektury lub być może sam "wywęszysz" już coś
pod koniec tego pierwszego rozdziału.
Tak więc właśnie w momencie, gdy naszego Kurda ogarnęły wszystkie
niezwykłe doznania, jakie wywołał w nim ten osobliwy posiłek na łonie
przyrody, tą samą drogą nadszedł chłop z jego wioski, znany wśród swoich
z rozumu i obeznania, który widząc, że cała twarz współziomka gorzeje,
łzy leją mu się z oczu, a on mimo to - jakby chodziło o spełnienie
najwyższego obowiązku - dalej je prawdziwe "strąki papryki", rzekł do
niego:
- Co robisz, ty trąbo jerychońska?! Przecież spalisz się żywcem!
Przestań jeść ten nietypowy produkt, tak obcy twojej naturze.
Nasz Kurd odparł na to:
- Nie, za nic na świecie nie przestanę! Przecież dałem za niego moje
ostatnie sześć groszy! Choćbym miał wyzionąć ducha, zjem wszystko do
końca!
Po czym nasz rezolutny Kurd - należy oczywiście przyjąć, iż takim był -
wcale nie przestał, tylko nadal jadł strąki papryki.
Mam nadzieję, że po tym, co właśnie przeczytałeś, w twoich myślach
powstaje już odpowiednie skojarzenie, które powinno przywieść cię, jak
to się czasem zdarza niektórym współczesnym ludziom, do tego, co
generalnie nazywasz rozumieniem, i że w danym wypadku pojmiesz, dlaczego
ja - który tak dobrze znam tę przynależną ludziom cechę i który
wielokrotnie czułem litość w obliczu jej nieuchronnego przejawu
polegającego na tym, że jeśli ktoś za coś zapłaci, to musi zużyć to do
końca - ożywiłem się w całej swej zbiorczej obecności z powodu pomysłu,
który przyszedł mi do głowy, a mianowicie, by przedsięwziąć wszelkie
możliwe kroki, żebyś ty, jak to się mówi, "mój brat w apetycie i duchu",
w razie gdyby się okazało, że wprawdzie przyzwyczaiłeś się do czytania
najróżniejszych książek, jednak tylko tych, które są w całości napisane
we wspomnianym "inteligenckim języku", dowiedziawszy się dopiero po
zapłaceniu za moje pisma, iż nie są one napisane zwykłym, przystępnym i łatwym językiem, nie był zmuszony na skutek wspomnianej ludzkiej cechy
do czytania ich za wszelką cenę do samego końca, tak jak nasz biedny
zakaukaski Kurd, który musiał zjeść wszystkie strąki owej szlachetnej,
tylko z wyglądu przypadłej mu do gustu czerwonej papryki, z którą
"lepiej nie żartować".
Aby uniknąć wszelkich nieporozumień - wynikających z tej ludzkiej
właściwości, na którą składają się dane najwyraźniej gromadzące się w zbiorczej obecności współczesnego człowieka wskutek tego, że często
chodzi do kina i nigdy nie przegapi okazji spojrzenia w lewe oko
przeciwnej płci - chcę, by to moje wprowadzenie wydrukowano we wskazany
powyżej sposób, to znaczy tak, aby każdy mógł je przeczytać, nie
rozcinając pozostałych kartek książki.
W przeciwnym razie księgarz zacznie, jak to się mówi, "czepiać się" i niewątpliwie postąpi zgodnie z podstawową zasadą wszystkich księgarzy,
wyrażaną przez nich słowami: "Zachowasz się jak wielki głupiec, a nie
rybak, jeśli pozwolisz ujść rybie, która połknęła już haczyk", i odmówi
przyjęcia książki z rozciętymi stronicami.
Nie mam co do tego cienia wątpliwości. W pełni oczekuję, że okaże taki
brak sumienia.
Czynniki, które utwierdziły mnie w przekonaniu o takiej nieuczciwości
księgarzy, ostatecznie ukształtowały się we mnie, kiedy, będąc zawodowym
"indyjskim fakirem", musiałem, dla pełnego wyjaśnienia pewnej
"ultrafilozoficznej" kwestii, zapoznać się między innymi z procesem
skojarzeniowym, który rządzi przejawami automatycznie zbudowanej
psychiki współczesnych księgarzy i księgarnianych sprzedawców w chwili,
gdy wtryniają kupującym książki.
Wiedząc o tym wszystkim i stawszy się, od czasu nieszczęścia, jakie na
mnie spadło, do granic sprawiedliwy i skrupulatny, nie mogę nie
powtórzyć mojego ostrzeżenia i wręcz błagalnie nalegam, abyś jeszcze
zanim zaczniesz rozcinać stronice tej mojej pierwszej książki, bardzo
uważnie, i to nie raz, przeczytał niniejszy pierwszy rozdział moich
pism.
Gdybyś jednak pomimo tego ostrzeżenia chciał się zapoznać z dalszą
treścią tych wywodów, to nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko z całej mojej "autentycznej duszy" życzyć ci przesmacznego, a także byś to
wszystko, co przeczytasz, "strawił" nie tylko dla własnego zdrowia, ale
również dla zdrowia wszystkich twoich bliskich.
Powiedziałem "z mojej autentycznej duszy", ponieważ mieszkając ostatnio
w Europie i często mając do czynienia z ludźmi, którzy przy każdej
odpowiedniej i nieodpowiedniej okazji lubią wymawiać na próżno jakieś
święte imię, przeznaczone wyłącznie do życia wewnętrznego człowieka, to
znaczy z ludźmi, którzy przysięgają bez potrzeby, ja, będąc, jak już
wyznałem, wielbicielem nie tylko w teorii - jak czynią to ludzie
współcześni - ale także w praktyce utrwalonych przez wieki powiedzeń
zaczerpniętych z mądrości ludowej, w tym również wysoce stosownej w tym
miejscu maksymy wyrażonej słowami: "Kiedy wejdziesz między wrony, musisz
krakać jak i one", postanowiłem - by nie naruszyć przyjętego tu, w Europie, zwyczaju przysięgania w zwykłej rozmowie, a zarazem postąpić
zgodnie z przykazaniem wypowiedzianym ustami Świętego Mojżesza: "Nie
będziesz brał świętych imion nadaremno" - zrobić użytek z jednego z tych
"świeżo upieczonych", modnych współczesnych języków, mianowicie
angielskiego, i odtąd w wymagających tego sytuacjach przysięgać na moją
"angielską duszę".
Chodzi o to, że w tym modnym języku słowa "dusza" i "podeszwa" nie tylko
wymawia się, ale i pisze prawie tak samo.
Nie wiem, co sądzisz o tym ty, który jesteś już w połowie kandydatem na
nabywcę moich pism, ale mój specyficzny charakter nie pozwala mi, jak
bardzo umysłem bym tego nie pragnął, powstrzymać się od oburzenia w obliczu takiego przejawu przedstawicieli współczesnej cywilizacji.
Doprawdy, jak można to, co w człowieku najwyższe i szczególnie umiłowane
przez naszego wspólnego ojca stwórcę,
nazywać tym samym słowem i często, nie zdając sobie z tego sprawy, brać
za to, co w nim najniższe i najbrudniejsze?
Ale dość już "filologizowania"! Powróćmy do podstawowego zadania tego
pierwszego rozdziału, czyli do "tarmoszenia" myśli, które zleżały się
zarówno we mnie, jak i w czytelnikach, a także do dania tym ostatnim
pewnego ostrzeżenia.
Otóż ułożyłem już w głowie plan oraz ustaliłem kolejność tego, co
zamierzam wyłożyć, ale szczerze mówiąc, nie dotarło jeszcze do mojej
świadomości, jaką formę przyjmie to na papierze; tak czy owak, wszystkie
rezultaty funkcjonowania mojego instynktu wzbudzają już we mnie wyraźne
przeczucie, że w całości przybierze to formę "czegoś", co będzie
niesłychanie "ostre" i co podziała na zbiorczą obecność każdego
czytelnika mniej więcej tak, jak "strąki papryki" podziałały na
nieszczęsnego zakaukaskiego Kurda.
Teraz więc, gdy poznałeś już historię naszego współziomka, zakaukaskiego
Kurda, uważam za swój obowiązek uczynić pewne wyznanie i dlatego, zanim
przejdę do dalszej części tego pierwszego rozdziału, służącego za wstęp
do wszystkiego, co postanowiłem napisać w przyszłości, chcę poinformować
twoją "czystą", czyli działającą na jawie świadomość, że we wszystkim,
co od tego momentu napiszę, będę celowo wykładał swe myśli w takiej
kolejności i robił takie "logiczne zestawienia", by sedno pewnych
realnych pojęć mogło automatycznie, samo z siebie przedostać się z tej
"świadomości na jawie", którą większość współczesnych ludzi uważa za
świadomość prawdziwą, lecz która, jak twierdzę i doświadczalnie
udowadniam, stanowi fikcję, do tego, co nazywasz "podświadomością" - a co moim zdaniem zasługuje na miano "prawdziwej" ludzkiej świadomości - i tam, mechanicznie ulegając takiej przemianie, jaka generalnie powinna
zachodzić w zbiorczej obecności człowieka, przynieść mu, dzięki jego
własnemu "aktywnemu myśleniu", wymagane rezultaty przynależne
człowiekowi, a nie tylko te właściwe jednomózgowym lub dwumózgowym
zwierzętom.
Postanowiłem postąpić w ten sposób, aby ten oto rozdział wstępny, który
ma za zadanie, jak już powiedziałem, rozbudzić twoją świadomość, w pełni
osiągnął swój cel i docierając nie tylko do twojej, według mnie, na
razie wyłącznie fikcyjnej świadomości, ale też do świadomości prawdziwej
- którą nazywasz podświadomością - zmusił cię, być może po raz pierwszy,
do aktywnego myślenia.
Przy okazji muszę powiedzieć, że w zbiorczej obecności każdego
człowieka, niezależnie od jego cech dziedzicznych i od wychowania,
kształtują się dwie samodzielne świadomości, których funkcjonowanie oraz
przejawy nie mają ze sobą prawie nic wspólnego.
Pierwsza z nich jest rezultatem postrzegania wszelkiego rodzaju zupełnie
przypadkowych albo zamierzenie wywołanych przez innych mechanicznych
wrażeń, do których należy zaliczyć także współbrzmienia różnych
autentycznie "pustych słów"; natomiast druga świadomość kształtuje się
albo z "uprzednio zebranych materialnych rezultatów", które zostały
przekazane człowiekowi dziedzicznie i które scaliły się z odpowiednią
częścią jego zbiorczej obecności, albo z umyślnie sporządzonych przez
niego skojarzeniowych zestawień takich istniejących już w nim
"zmaterializowanych danych".
Według mojej opinii, będącej wynikiem wielu lat doświadczalnych badań
prowadzonych w wyjątkowo sprzyjających warunkach, to właśnie ta druga
świadomość - która sama w sobie i w swoich przejawach nie jest niczym
innym, jak tym, co nazywasz "podświadomością", i która kształtuje się ze
"zmaterializowanych rezultatów" dziedziczności oraz z celowo zrobionych
zestawień - powinna dominować w zbiorczej obecności człowieka.
Wychodząc od tego - jak dotąd tylko mojego - przekonania, które
niewątpliwie wydaje ci się owocem fantazji chorego umysłu, teraz już nie
mogę, jak sam widzisz, zlekceważyć tej drugiej świadomości i wręcz
powinienem uznać za swój obowiązek zredagowanie niniejszego pierwszego
rozdziału moich pism, który ma być wprowadzeniem do wszystkiego, co
napiszę w przyszłości, w taki sposób, by przeniknął on i wystarczająco
dla mojego celu "potarmosił" wszelkie percepcje, które nagromadziły się
w tych obu twoich świadomościach.
Kierowany tą ideą, chcę w pierwszej kolejności poinformować twoją
fikcyjną świadomość, że dzięki trzem bardzo specyficznym danym, które
skrystalizowały się w mojej zbiorczej obecności w różnych okresach
mojego wieku przygotowawczego, mam naprawdę wyjątkowy dar, by tak rzec,
"gmatwania i mącenia" u ludzi, z którymi się spotykam, wszystkich pojęć
oraz przekonań, jakoby mocno zasadzonych w ich zbiorczej obecności.
Proszę, proszę!... już czuję, jak w twojej fałszywej, a według ciebie
"prawdziwej" świadomości zaczynają kłębić się jak "ślepe muchy"
wszystkie dane, przekazane ci dziedzicznie od "wujka i mamusi", które w sumie budzą w tobie wprawdzie tylko jeden, ale za to ze wzruszającą siłą
przebijający się zawsze i we wszystkim impuls ciekawości - czyli
konkretnie w tym wypadku potrzebę jak najszybszego dowiedzenia się,
dlaczego ja, początkujący pisarz, którego nazwiska jeszcze ani razu nie
wymieniono w gazetach, stałem się nagle takim unikatem.
Mniejsza z tym... Osobiście bardzo cieszy mnie pojawienie się takiego
zaciekawienia, choćby tylko w twojej fałszywej świadomości, ponieważ
wiem z doświadczenia, że ten niegodny człowieka impuls może czasem u niektórych osób zmienić charakter i przeobrazić się w szlachetny impuls
pragnienia wiedzy, co zazwyczaj sprzyja potem lepszej percepcji i dokładniejszemu zrozumieniu istoty dowolnego przedmiotu, na którym
zdarza się współczesnemu człowiekowi skupić uwagę; dlatego też nawet z przyjemnością jestem gotowy zadowolić tę ciekawość, która w tej chwili
się w tobie rozbudziła.
A więc zamień się teraz w słuch i postaraj się nie sprawić mi zawodu,
lecz spełnić moje oczekiwania.
Ta moja oryginalna osobowość, "zwąchana" już przez niektóre Indywidua z obu chórów trybunału na wysokości, który
wymierza obiektywną Sprawiedliwość, a także przez pewną, na razie bardzo
ograniczoną liczbę osób tu, na Ziemi, opiera się, jak już powiedziałem,
na trzech specyficznych danych, które ukształtowały się we mnie jeszcze
w okresie mojego wieku przygotowawczego.
Pierwsze z tych danych już od samego początku ich powstania przybrały
postać naczelnej i przewodniej dźwigni mojej zupełnej całości, a każde z dwóch pozostałych czegoś w rodzaju "życiodajnych źródeł", służących do
pielęgnowania i doskonalenia tych pierwszych, które pojawiły się we
mnie, kiedy byłem zaledwie, jak to się mówi, "pucołowatym brzdącem".
Moja droga babka nieboszczka wówczas jeszcze żyła i miała ponad sto lat.
W chwili, gdy umierała - niech zazna spokoju w Królestwie Niebieskim! -
moja matka, jak było wtedy w zwyczaju, zaprowadziła mnie do jej łoża,
gdzie moja droga babka, kiedy całowałem jej prawą rękę, położyła mi na
głowie swą umierającą lewą rękę i szeptem, ale bardzo dobitnie
powiedziała:
- Mój najstarszy wnuku! Słuchaj i zawsze pamiętaj o moim surowym
nakazie: Nigdy w życiu nie rób niczego tak, jak robią inni!
Powiedziawszy to, wpatrzyła się w grzbiet mojego nosa i, widząc chyba
moje zakłopotanie oraz mętne zrozumienie tego, co powiedziała, dodała
nieco gniewnie i autorytatywnie:
- Albo nic nie rób i chodź tylko do szkoły, albo rób coś, czego nikt
inny nie robi.
Po czym bezzwłocznie i z dającym się zauważyć odruchem pogardy dla
całego otoczenia, a także z chwalebną samoświadomością, oddała swoją
duszę bezpośrednio w ręce Samej Jego Wierności Archanioła Gabriela.
Myślę, że zaciekawi cię, a nawet okaże się pouczająca informacja, iż
wszystko to wywarło wtedy na mnie tak silne wrażenie, że raptem nie
mogłem ścierpieć wokół siebie obecności innych ludzi i dlatego, jak
tylko opuściliśmy pokój, gdzie leżało śmiertelne "ciało planetarne"
przyczyny przyczyny mojego powstania, po cichutku, starając się nie
zwracać na siebie uwagi, wkradłem się do nory, gdzie podczas Wielkiego
Postu przechowywano otręby i obierki ziemniaczane dla naszych
"higienistek", czyli świń, a potem bez jedzenia i picia leżałem tam w burzy wirujących i nieskładnych myśli - których, szczęśliwie dla mnie,
miałem wtedy w moim dziecięcym mózgu jeszcze bardzo mało - aż do chwili,
gdy z cmentarza wróciła matka, której płacz, po stwierdzeniu mojej
nieobecności oraz bezskutecznych poszukiwaniach, "złamał" mnie tak, że
momentalnie wyszedłem z nory i zatrzymawszy się wpierw na progu z wyciągniętymi z jakiegoś powodu rękami, podbiegłem do niej, a następnie
mocno uczepiłem się jej spódnicy i tupiąc mimowolnie nogami, nie wiadomo
z jakiej przyczyny zacząłem naśladować ryk osła należącego do naszego
sąsiada, oficera śledczego.
Dlaczego to wszystko wywarło na mnie wtedy tak silne wrażenie? Dlaczego
niemal automatycznie tak dziwnie zareagowałem? Dużo się nad tym
zastanawiałem w ostatnich latach, szczególnie w czasie zapustów, ale do
tej pory nie udało mi się tego zrozumieć.
Jak dotąd wysnułem tylko jedno logiczne przypuszczenie, iż być może
postąpiłem tak, ponieważ pokój, w którym rozegrała się ta święta scena,
mająca nabrać ogromnego znaczenia dla całego mojego przyszłego życia,
wypełniał na wskroś zapach kadzidła przywiezionego specjalnie z klasztoru na górze Athos, bardzo popularnego wśród wyznawców wszystkich
odmian religii chrześcijańskiej.
Cokolwiek to mogło być, ów fakt pozostaje do dzisiaj gołym faktem.
W dniach, które nastały po tym wydarzeniu, mój stan ogólny w żaden
szczególny sposób się nie zmienił, jeśli nie liczyć tego, że częściej
niż zwykle chodziłem wtedy ze stopami w powietrzu, to znaczy na rękach.
Pierwszego czynu będącego w rażącej sprzeczności z zachowaniem innych
ludzi dokonałem - co prawda bez udziału zarówno mojej świadomości, jak i podświadomości - dokładnie czterdziestego dnia po śmierci babki, gdy
cała nasza rodzina, dalecy i bliscy krewni, a także ci, którzy darzyli
szacunkiem moją drogą, powszechnie kochaną babunię, zgromadzili się na
cmentarzu, by zgodnie ze zwyczajem odprawić nad jej spoczywającymi w grobie śmiertelnymi szczątkami ceremonię zwaną panichidą. Nagle ni stąd,
ni zowąd - zamiast poddać się konwencji, która obowiązuje wśród
wszystkich ludzi bez względu na poziom ich postrzegalnej lub
niepostrzegalnej moralności oraz sytuację materialną, a która polega na
tym, że należy stać spokojnie jak przybity, z grobową miną i, jeśli to
możliwe, nawet ze łzami w oczach - zacząłem podskakiwać tanecznie wokół
mogiły, śpiewając:
"Niech ze świętymi zazna spokoju,
Bo był to człowiek innego pokroju".
...itd.
Mam wrażenie, że jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju "małpowanie" - czyli
naśladowanie zwykłych zautomatyzowanych przejawów otoczenia - to właśnie
w tamtej chwili pojawiło się w mojej zbiorczej obecności to "coś", co
zawsze i w stosunku do wszystkiego budzi w niej, jak to teraz nazywam,
"nieodpartą potrzebę" robienia rzeczy inaczej niż inni.
W tamtym okresie zachowywałem się na przykład w następujący sposób:
Jeśli mój brat, siostry oraz dzieci sąsiadów - które przychodziły bawić
się z nami - chcieli nauczyć się łapać piłkę jedną, oczywiście prawą
ręką, to rzucali ją w powietrze, natomiast ja w tym samym celu najpierw,
chociaż także prawą ręką, uderzałem piłką mocno o ziemię i dopiero gdy
się odbiła, robiłem koziołka, a potem łapałem ją, i to wyłącznie
kciukiem oraz środkowym palcem lewej ręki; lub jeśli wszystkie inne
dzieci zjeżdżały na sankach ze wzgórza zwrócone twarzą do przodu, ja
próbowałem to robić, i to za każdym razem coraz lepiej, jak mówiły wtedy
dzieci, "na wstecznym biegu"; albo też kiedy rozdawano nam
różnokształtne "pierniczki aparańskie", wszystkie dzieci oblizywały je
przed włożeniem do ust, najwyraźniej po to, by ich posmakować i wydłużyć
sobie czas doznawanej przyjemności, podczas gdy ja... najpierw
obwąchiwałem jeden ze wszystkich stron, może nawet przykładałem go do
ucha, bacznie się wsłuchując, potem zaś prawie nieświadomie, ale bardzo
poważnie mamrotałem do siebie: "I tak, i tak, i tak trzeba, nie jedz,
czego nie trzeba", a następnie, wydając odpowiednie rytmiczne dźwięki,
brałem tylko jeden kęs, po czym, w ogóle się nim nie delektując, od razu
go połykałem - itd., itp.
Pierwsze zdarzenie, w trakcie którego pojawiły się we mnie jedne z dwóch
wspomnianych danych reprezentujących "życiodajne źródła", pozwalające mi
kultywować i doskonalić nakaz mojej zmarłej babki, rozegrało się w czasie, gdy zmieniłem się już z pucołowatego brzdąca w młodego łobuza i stałem się, jak to się niekiedy określa, "kandydatem na młodego
człowieka o miłej aparycji i podejrzanym wnętrzu".
A doszło do niego przypadkiem, lub może nawet specjalnym zrządzeniem
losu, w następujących okolicznościach:
Pewnego razu z kilkoma takimi samymi jak ja młodymi łobuzami zastawiałem
na dachu domu sąsiada sidła na gołębie, gdy nagle jeden z chłopców,
który stał nade mną i uważnie mnie obserwował, rzekł:
- Według mnie pętlę z końskiego włosia powinniśmy zarzucić w taki
sposób, aby przypadkiem nie wpadł w nią środkowy, najdłuższy palec
gołębia, ponieważ - jak ostatnio wyjaśnił nam nasz nauczyciel zoologii -
kiedy gołąb jest w ruchu, właśnie w tym palcu skupia się cały jego zapas
sił i oczywiście, jeśli pętla zaciśnie się na tym palcu, gołąb będzie
mógł ją wtedy łatwo zerwać.
Inny chłopiec, który stał pochylony tuż na wprost mnie i który w dodatku, kiedy mówił, pryskał obficie śliną, warknął po tej uwadze
pierwszego chłopca i, plując na wszystkie strony, wypowiedział
następujące słowa:
- Zamknij jadaczkę, ty beznadziejny, skundlony pomiocie Hotentotów! Co z ciebie za kaleka życiowa, taka sama zresztą jak twój nauczyciel! Jeśli
założyć, że faktycznie w tym środkowym palcu skupia się największa siła
fizyczna gołębia, to tym bardziej właśnie ten palec powinniśmy złapać w sidła. Dopiero wtedy okaże się znacząca dla naszego celu - czyli
schwytania tych nieszczęsnych gołębi - pewna osobliwość,
charakteryzująca wszystkich posiadaczy owego miękkiego i śliskiego
"czegoś", zwanego "mózgiem", a polegająca na tym, że gdy w wyniku innych
oddziaływań, od których zależy jego znikoma moc przejawiania się,
dochodzi do zgodnego z prawem i okresowo niezbędnego, by tak rzec,
"przetasowania obecności", wtedy wywołane przez nie drobne
"zamieszanie", którego zadaniem jest wzniecenie innych przejawów
ogólnego funkcjonowania, prowadzi natychmiast do chwilowego przesunięcia
się środka ciężkości całego organizmu - w którym to śliskie "coś"
odgrywa bardzo małą rolę - a to z kolei często daje w tym ogólnym
funkcjonowaniu nieoczekiwane i graniczące z absurdem, nielogiczne
rezultaty.
Ostatnie słowa wygłosił, tak pryskając śliną, że miałem wrażenie, iż
moja twarz została wystawiona na działanie rozpylacza do farbowania
tkanin barwnikami anilinowymi, zaprojektowanego i zbudowanego przez
Niemców.
Tego było już za wiele. Nie wstając z kucek, rzuciłem się na niego i całą siłą uderzyłem go głową w dołek, skutkiem czego padł jak długi i z miejsca stracił to, co zwie się "przytomnością".
Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jakie rezultaty pojawią się w twoich
myślach, gdy przekażę ci informację o pewnym, moim zdaniem niezwykłym,
zbiegu okoliczności życiowych, ale jeśli chodzi o mnie, to ów splot
wydarzeń pozwolił mi jeszcze mocniej utwierdzić się w przekonaniu, że
wszystkie opisywane przez mnie zdarzenia, które zaszły w mojej młodości,
nie były kwestią zwykłego przypadku, lecz zostały celowo stworzone przez
jakieś obce siły.
Rzecz w tym, że takiej zwinności nauczył mnie zaledwie kilka dni przed
tym wydarzeniem pewien grecki ksiądz z Turcji, który, będąc
prześladowany przez Turków za swe przekonania polityczne, musiał stamtąd
uciec i kiedy przybył do naszego miasta, rodzice zatrudnili go jako
mojego nauczyciela nowoczesnej greki.
Nie wiem, na czym opierały się polityczne idee i przekonania tego
greckiego księdza, ale bardzo dobrze pamiętam, że ze wszystkiego, co mi
mówił - nawet wtedy, gdy wyjaśniał różnicę między zdaniami
wykrzyknikowymi w starożytnej i nowoczesnej grece - wyraźnie przebijało
marzenie o tym, żeby jak najszybciej dostać się na Kretę i pokazać się
tam, jak przystało na prawdziwego patriotę.
Muszę przy okazji wyznać, że sam bardzo wystraszyłem się na widok
rezultatu mojej zręczności, ponieważ nie wiedząc jeszcze, że uderzenie w to miejsce może wywołać taki skutek, pomyślałem, że tego chłopca
zabiłem.
W chwili, gdy doświadczałem takiego lęku, inny chłopiec, kuzyn pierwszej
ofiary mojej "sztuki samoobrony", najwyraźniej w przypływie uczucia
"pokrewieństwa", bez zastanowienia skoczył na mnie i z pełnym rozmachem
walnął mnie pięścią w twarz.
Od tego uderzenia, jak to się mówi, "zobaczyłem wszystkie gwiazdy" i jednocześnie moje usta tak nabrzmiały, jakby napchano do nich papki w ilości wystarczającej do sztucznego utuczenia tysiąca kurczaków.
Po krótkiej chwili, gdy te dwa dziwne doznania już trochę się uspokoiły,
faktycznie odkryłem, że mam w ustach jakieś obce ciało, a gdy wyjąłem je
palcami, okazało się, że był to ni mniej, ni więcej, tylko ząb o wielkich rozmiarach i dziwnym kształcie.
Widząc, jak gapię się na ten niezwykły ząb, wszyscy chłopcy stłoczyli
się wokół mnie i w osobliwym milczeniu także zaczęli mu się przyglądać z wielkim zaciekawieniem.
Do tego czasu chłopak, który wcześniej padł bez czucia, doszedł już do
siebie i stanąwszy na nogi jakby nigdy nic, zaczął razem z innymi
patrzeć w osłupieniu na mój ząb.
Ten dziwny ząb miał siedem odgałęzień i na końcu każdego z nich wyraźnie
rysowała się kropla krwi, a oprócz tego każdą pojedynczą kroplę jasno
prześwietlał jeden z siedmiu aspektów przejawu białego promienia.
Po takim nietypowym dla nas, młodych łobuzów, krótkim milczeniu ponownie
wybuchł normalny harmider i wśród tej wrzawy postanowiliśmy pójść zaraz
do cyrulika, specjalisty od wyrywania zębów, aby zapytać go, dlaczego
ten ząb wygląda właśnie tak.
Zeszliśmy więc wszyscy z dachu i ruszyliśmy w kierunku cyrulika, a ja,
jako "bohater dnia", kroczyłem na czele całej grupy.
Cyrulik, rzuciwszy przelotne spojrzenie, powiedział, że jest to po
prostu "ząb mądrości" i że jeden taki ząb mają wszyscy osobnicy płci
męskiej, którzy do chwili, gdy po raz pierwszy wypowiedzieli słowa
"tata" i "mama", karmieni byli wyłącznie mlekiem matki, a także którzy
potrafią na pierwszy rzut oka rozpoznać wśród wielu twarzy twarz
własnego ojca.
To zdarzenie, którego "pełną ofiarą" padł mój biedny ząb mądrości,
spowodowało w sumie, że po pierwsze, moja świadomość zaczęła odtąd
zawsze i w stosunku do wszystkiego wchłaniać w siebie samo sedno istoty
nakazu mojej zmarłej babci - niechaj zazna ona pokoju w Królestwie
Niebieskim! - a po drugie, dlatego że nie poszedłem do żadnego
"dyplomowanego dentysty", aby wyleczyć dziurę po tym zębie, czego
zresztą nie mogłem zrobić, ponieważ nasz dom położony był zbyt daleko od
jakiegokolwiek współczesnego ośrodka kultury, zaczęło chronicznie sączyć
się z niej "coś", co - jak dopiero niedawno wyjaśnił mi słynny
meteorolog, który stał się moim "przyjacielem od serca" dzięki naszym
częstym spotkaniom w nocnych restauracjach na paryskim Montmartrze - ma
taką właściwość, że rozbudza we mnie potrzebę poznania oraz ustalenia
przyczyn pojawiania się każdego podejrzanego "realnego faktu", i ta
niedziedziczna właściwość mojej zbiorczej obecności stopniowo
samorzutnie doprowadziła do tego, że stałem się specjalistą od badania
wszelkich podejrzanych zjawisk, na które tylko miałem okazję się
natknąć.
Później, kiedy zamieniłem się - oczywiście przy współpracy naszego
Powszechnego Władcy, Bezlitosnego Heropasa, to znaczy "upływu czasu" - w opisanego już przeze mnie młodego człowieka, ta świeżo uformowana we
mnie po tym wydarzeniu właściwość stała się niegasnącym ogniskiem, które
ciągle rozgrzewało moją świadomość.
Drugim ze wspomnianych życiodajnych czynników, który umożliwił
ostateczne scalenie się nakazu mojej drogiej babki ze wszystkimi danymi
tworzącymi moją zbiorczą indywidualność, był ogół wrażeń wywołanych
przez przypadkowo zdobyte przeze mnie informacje dotyczące historii,
która wydarzyła się tutaj, na Ziemi, i która była przyczyną powstania
pewnej "zasady", przyjętej następnie - jak dowiódł tego pan Alan Kardec
podczas "absolutnie tajnego" seansu spirytystycznego - za jedną z podstawowych "zasad życiowych" wśród wszystkich podobnych do nas istot,
które pojawiają się i egzystują na innych planetach naszego Wielkiego
Wszechświata.
Tę nową "ogólnowszechświatową zasadę życiową" można sformułować w następujący sposób:
"Jak szaleć, to szaleć razem z przesyłką".
Ponieważ ta zasada, uznana już teraz za uniwersalną, powstała na tej
samej planecie, na której i ty powstałeś - i gdzie na dodatek prawie
zawsze masz życie usłane różami oraz często tańczysz fokstrota - uważam
więc, że nie mam prawa ukrywać przed tobą znanych mi informacji, które
rzucą światło na pewne szczegóły zaistnienia takiego uniwersalnego
faktu.
W trakcie mojej pierwszej wizyty w sercu Rosji, w Moskwie, wkrótce po
tym, jak już na zawsze wszczepiła się w moją naturę rzeczona właściwość
- to jest bezwiedne dążenie do wyjaśniania przyczyn powstania wszelkiego
rodzaju "realnych faktów" - nie znajdując niczego innego, co mogłoby
zaspokoić taką moją psychiczną potrzebę, zająłem się badaniem rozmaitych
rosyjskich legend oraz porzekadeł. I właśnie wtedy - nie wiem, czy przez
przypadek, czy też zgodnie z obiektywnym i prawidłowym porządkiem rzeczy
- dowiedziałem się między innymi, co następuje:
Pewien Rosjanin, w oczach otoczenia sprawiający wrażenie zwykłego kupca,
musiał udać się w jakichś interesach ze swego prowincjonalnego miasta do
tej drugiej stolicy Rosji, Moskwy, i jego ulubiony - ponieważ podobny
tylko do matki - syn, korzystając z okazji, poprosił go o przywiezienie
mu pewnej książki.
Po przybyciu do Moskwy ów wielki autor "ogólnowszechświatowej zasady
życiowej", zgodnie z panującym tam do dzisiaj zwyczajem, razem ze swym
przyjacielem upił się w sztok oryginalną rosyjską wódką.
I kiedy ci dwaj członkowie tej wielkiej współczesnej zbiorowości
dwunożnych oddychających stworzeń, wychyliwszy odpowiednią liczbę
kieliszków owego "rosyjskiego dobrodziejstwa", przystąpili do dyskusji o "powszechnej oświacie" - ponieważ właśnie od tego tematu już od dawna
zwykło się tam rozpoczynać każdą rozmowę - nasz kupiec nagle, przez
skojarzenie, przypomniał sobie prośbę swego syna i bezzwłocznie
postanowił udać się wraz z przyjacielem do księgarni, aby zakupić
zamówioną książkę.
W sklepie, przejrzawszy książkę, którą wręczył mu sprzedawca, kupiec
zapytał o jej cenę.
Sprzedawca odpowiedział, że książka kosztuje sześćdziesiąt kopiejek.
Zauważywszy jednak, że cena podana na okładce wynosi tylko czterdzieści
pięć kopiejek, kupiec zaczął najpierw ważyć myśli w szczególny,
nietypowy dla Rosjan sposób, a następnie, wykonując dziwny ruch plecami,
wyprostował się niemal jak słup i wypinając pierś do przodu jak oficer
gwardii, zamarł w bezruchu, a po krótkiej pauzie bardzo spokojnie, lecz
głosem, któremu nadał ton wielkiej stanowczości, powiedział:
- Ale tutaj jest napisane czterdzieści pięć kopiejek. Dlaczego prosi pan
o sześćdziesiąt?
Na to sklepikarz, robiąc właściwą wszystkim sprzedawcom "oleistą minę",
odparł, że książka faktycznie kosztuje tylko czterdzieści pięć kopiejek,
ale że musi być sprzedana za sześćdziesiąt, bo piętnaście kopiejek
wyniósł sam koszt przesyłki.
Po usłyszeniu tej odpowiedzi w naszym rosyjskim kupcu wprowadzonym w zakłopotanie takimi dwoma sprzecznymi, lecz ewidentnie dającymi się
pogodzić faktami wyraźnie coś zaczęło się dziać. Wpatrując się w sufit,
ponownie oddał się rozmyślaniom - tym razem jednak już jak angielski
profesor, wynalazca kapsułek z olejem rycynowym - a następnie skierował
się nagle w stronę przyjaciela i po raz pierwszy na świecie wypowiedział
słowa wyrażające w swej istocie niewątpliwą obiektywną prawdę, która od
tamtej pory przybrała charakter porzekadła.
Zwracając się do przyjaciela, rzekł wtedy:
- Mniejsza z tym, mój drogi! Bierzemy tę książkę. Tak czy owak, mamy
dzisiaj zaszaleć, a "jak szaleć, to szaleć razem z przesyłką"!
Jeśli chodzi o mnie, nieszczęśliwca skazanego jeszcze za życia na
doświadczanie rozkoszy Piekła, to przez dość długi czas po tym odkryciu
działo się ze mną coś bardzo dziwnego, czego ani przedtem, ani potem już
nie doświadczyłem. Otóż miałem wtedy wrażenie, że wszystkie normalnie
występujące we mnie wieloźródłowe przeżycia i skojarzenia "zaczęły się
ścigać", jakby rozgrywały derby podobne do tego, które do dzisiaj
organizują u siebie mieszkańcy Chiwy.
Jednocześnie wzdłuż całego mojego kręgosłupa wystąpiło silne, prawie nie
do wytrzymania swędzenie, a w samym środku mojego plexus solaris
pojawiły się równie nieznośne kolki; i wszystko to, czyli te dwa dziwne,
wzajemnie stymulujące się doznania, po jakimś czasie niespodziewanie
zastąpił stan takiego wewnętrznego spokoju, jakiego później
doświadczyłem w życiu tylko raz, gdy odprawiano nade mną ceremonię
wielkiego wtajemniczenia do bractwa "wytwórców masła z powietrza". A potem, kiedy "Ja", czyli to moje "nieznane coś", co w zamierzchłych
czasach jeden dziwak - zwany przez swoje otoczenie, podobnie jak my
dzisiaj nazywamy takie osoby, "uczonym" - określił jako "pewne względne,
przelotne zjawisko, uzależnione od jakości funkcjonowania myśli, czucia
i organicznego automatyzmu", a jeszcze inny słynny starożytny uczony,
Arab Mal-el-Lel, zdefiniował jako "łączny rezultat świadomości,
podświadomości oraz instynktu" - definicję, którą, nawiasem mówiąc,
zapożyczył potem i powtórzył w inny sposób nie mniej znany grecki uczony
Ksenofont - tak więc gdy w tym stanie to moje "Ja" zwróciło swoją
ogłupiałą uwagę do środka, wówczas stwierdziło bardzo jasno, że po
pierwsze, wszystko, co pozwoliło mi pojąć sens, aż po pojedyncze słowa,
tego porzekadła, które stało się "ogólnowszechświatową zasadą życiową",
przekształciło się we mnie w pewną szczególną substancję kosmiczną, a następnie, połączywszy się z danymi, które już od dawna skrystalizowały
się we mnie dzięki nakazowi mojej zmarłej babki, zmieniło te dane w "coś" i to "coś", rozchodząc się po całej mojej zbiorczej obecności,
osiadło na zawsze w każdym atomie, który się na nią składa; a po drugie,
właśnie wtedy to moje pechowe "Ja" wyraźnie odczuło i z impulsem
uległości uświadomiło sobie ów godny pożałowania dla mnie fakt, że,
chcąc nie chcąc, od tego momentu będę musiał zawsze i we wszystkim bez
wyjątku manifestować się zgodnie z tą nieodłączną cechą, która
ukształtowała się we mnie, nie będąc podyktowana prawami dziedziczności,
ani też nie pod wpływem różnych otaczających warunków, lecz która
powstała w mojej zbiorczej obecności w wyniku działania trzech
niemających ze sobą nic wspólnego, przypadkowych przyczyn zewnętrznych,
a mianowicie: po pierwsze, dzięki nakazowi osoby, która bez
najmniejszego pragnienia z mojej strony stała się bierną przyczyną
przyczyny mojego powstania; po drugie, z powodu mojego zęba, którego
wybił jakiś "młody łobuz", głównie dlatego, że ktoś inny "się poślinił";
a po trzecie, dzięki sformułowaniu, które w stanie upojenia
wypowiedziała osoba całkiem mi obca, to znaczy jakiś "rosyjski kupiec".
Jeśli jeszcze zanim poznałem tę "ogólnowszechświatową zasadę życiową",
manifestowałem się już inaczej niż pozostałe powstające i wegetujące ze
mną na tej samej planecie, podobne do mnie dwunożne zwierzęta, czyniłem
to automatycznie i najwyżej półświadomie, ale po tym wydarzeniu zacząłem
już robić to świadomie i z instynktownym doznaniem dwóch połączonych ze
sobą impulsów: samozadowolenia oraz samoświadomości prawidłowego i uczciwego wypłacenia się z własnego długu wobec Wielkiej Przyrody.
Należy także podkreślić, że nawet jeżeli przed tym wydarzeniem robiłem
już wszystko nie tak jak inni, to moje manifestacje prawie w ogóle nie
rzucały się w oczy otaczającym mnie współziomkom, jednakże odkąd sedno
tej zasady życiowej stało się integralną częścią mojej natury, odtąd, z jednej strony, wszystkie moje przejawy, zarówno te zamierzone w jakimś
celu, jak i te "pojawiające się z czystego nieróbstwa", nabrały
życiodajności i zaczęły sprzyjać formowaniu się "odcisków" na organach
percepcji każdego bez wyjątku podobnego do mnie stworzenia, które
bezpośrednio lub pośrednio zwróciło uwagę na moje zachowanie, a z drugiej strony, te wszystkie moje pomysły zacząłem realizować w zgodzie
z nakazem zmarłej babki, doprowadzając je do granic możliwości;
jednocześnie też samo z siebie zrodziło się we mnie przyzwyczajenie, by
zaczynając coś nowego, a także przy każdej, oczywiście na dużą skalę,
zmianie zawsze wypowiadać w myśli lub na głos: "Jak szaleć, to szaleć
razem z przesyłką".
A więc na przykład również w danym wypadku, skoro z powodów ode mnie
niezależnych, lecz wypływających z dziwnych i przypadkowych okoliczności
towarzyszących mojemu życiu przyszło mi pisać książki, to powinienem
robić to, kierując się tą samą zasadą, która dzięki różnym nadzwyczajnym
i stworzonym przez samo życie splotom wydarzeń stopniowo wykształciła
się i scaliła z każdym atomem mojej zbiorczej obecności.
Tę moją psychoorganiczną zasadę zastosuję tym razem w sposób
następujący: zamiast postępować zgodnie z istniejącym od najdawniejszych
czasów zwyczajem wszystkich pisarzy, który polega na obieraniu za temat
różnych utworów takich zdarzeń, które ponoć rozegrały się lub rozgrywają
na Ziemi, ja opiszę wydarzenia na skalę całego Wszechświata. A zatem
także w obecnym wypadku: "Jak brać, to brać!", czyli "Jak szaleć, to
szaleć razem z przesyłką".
Na skalę Ziemi może pisać byle jaki pisarz, ale ja nie jestem byle jakim
pisarzem!
Czyż mógłbym ograniczyć się tylko do tej naszej, w obiektywnym sensie,
"mizernej Ziemi"?!
Nie, tego zrobić nie mogę; nie wolno mi przecież uczynić tematem moich
pism tych samych kwestii, które z reguły poruszają inni pisarze, a to
choćby tylko dlatego, że mogłoby się nagle okazać, iż mają rację nasi
uczeni spirytyści i że dowie się o tym moja babcia. A czy potraficie
sobie wyobrazić, czym groziłoby to mojej drogiej, kochanej babce?!
Przecież przewróciłaby się w grobie, i to nie raz, jak się zazwyczaj
mówi, lecz - na ile potrafię ją zrozumieć, zwłaszcza teraz, gdy zostałem
już "specem" od wchodzenia w położenie innych ludzi - tak wiele razy, że
mogłaby się zamienić w "irlandzki kurek na dachu".
Czytelniku, proszę, nie martw się... Jak najbardziej, będę również pisał
o Ziemi, ale przyjmując tak bezstronną pozycję, że ta względnie mała
planeta, wraz ze wszystkim, co się na niej znajduje, zajmie takie
miejsce, jakie w istocie jej się należy i jakie nawet zgodnie z twoją
zdrową logiką - którą zawdzięczasz oczywiście mojemu przewodnictwu -
przysługuje jej w naszym Wielkim Wszechświecie.
Naturalnie muszę też dopilnować tego, żeby różnymi "bohaterami" moich
pism nie zostały takie typy, jak te opisane w uniesieniu przez ziemskich
pisarzy wszelkiej rangi i wszystkich epok, czyli bohaterowie w rodzaju
jakiegoś Jana Kowalskiego czy Piotra Wiśniewskiego, którzy urodzili się
wskutek nieporozumienia i przygotowując się do "odpowiedzialnego życia",
nie zdołali osiągnąć niczego, co stworzeniu na podobieństwo Boga, to
znaczy człowiekowi, przystoi mieć, a tylko stopniowo, do ostatniego
tchnienia rozwijają w sobie tego rodzaju rozmaite uroki, jak na
przykład: "lubieżność", "ckliwość", "kochliwość", "zjadliwość", "zajęcze
serce", "zawiść" i inne niegodne człowieka przywary.
Ja w swoich dziełach zamierzam przedstawić takich bohaterów, których
każdy, jak to się mówi, "rad nierad" będzie zmuszony całym swoim
jestestwem uznać za prawdziwych i o których nieuchronnie skrystalizują
się we wszystkich czytelnikach dane budujące opinię, iż taki bohater to
naprawdę "ktoś", a nie zaledwie "byle kto".
W ciągu ostatnich tygodni, gdy leżałem w łóżku z bardzo jeszcze obolałym
ciałem i kreśliłem w głowie zarys moich przyszłych pism, obmyślając
formę oraz kolejność ich przedstawienia, postanowiłem, że głównym
bohaterem pierwszej serii uczynię... wiesz kogo?... Wielkiego Belzebuba
we własnej osobie, i to nie bacząc na to, że mój wybór już od samego
początku może wywołać w myślach większości czytelników skojarzenia,
które niechybnie wzbudzą w nich wszelkiego rodzaju automatyczne impulsy
sprzeciwu będące wynikiem działania ogółu danych, które obowiązkowo
pojawiają się w psychice ludzi na skutek przeróżnych nienormalnie
ustalonych warunków ich zewnętrznego życia i które krystalizują się w nich głównie w wyniku owej sławetnej, zakorzenionej w ich życiu
"moralności religijnej" - co w sumie będzie musiało doprowadzić do
nagromadzenia się w nich czynników budzących niewytłumaczalną wrogość
wobec mojej osoby.
Ale wiesz co, czytelniku?
Na wypadek, gdybyś mimo mojego ostrzeżenia podjął ryzyko zapoznania się
z dalszym ciągiem moich pism i próbował zawsze asymilować je z impulsem
bezstronności oraz pragnieniem zrozumienia samej istoty różnych kwestii,
które postanowiłem w nich wyłożyć, chcę teraz - mając na względzie tę
przynależną psychice człowieka osobliwość, powodującą, że jedynie po
"zacieśnieniu więzów wzajemnej szczerości i zaufania" przyswajanie sobie
dobra nie wywołuje w nim sprzeciwu - otwarcie ci się przyznać do
skojarzeń, które powstały w moich myślach i doprowadziły do tego, że w odpowiedniej sferze mojej świadomości osadziły się dane podpowiadające
całej mojej indywidualności, żeby wybrać na głównego bohatera moich pism
właśnie takie Indywiduum jak to, za które uchodzi w twoich oczach Pan
Belzebub.
Zrobiłem to nie bez podstępu.
Moja chytrość sprowadza się po prostu do tego, że oparłem się na
logicznym przypuszczeniu, iż jeśli okażę Belzebubowi taką uwagę, to On z pewnością - w co jak dotąd nie wątpię - będzie chciał się odwdzięczyć,
pomagając mi w tym, co zamierzam napisać, wszelkimi dostępnymi Mu
sposobami.
Chociaż Pan Belzebub ulepiony jest, jak to się mówi, "z innej gliny",
jednakowoż On także potrafi myśleć i, co najważniejsze, ma - jak dawno
temu dowiedziałem się z traktatu słynnego katolickiego mnicha, brata
Fulona - kędzierzawy ogon; a ponieważ, nauczony doświadczeniem, nabrałem
głębokiego przekonania, że kędzierzawość nigdy nie jest czymś
naturalnym, lecz można ją osiągnąć tylko dzięki różnym zamierzonym
manipulacjom, wnioskuję więc - zgodnie ze "zdrową logiką", która
uformowała się w mojej świadomości na skutek czytania książek
poświęconych hieromancji - że również Pan Belzebub musi mieć sporą dozę
próżności i dlatego uzna, iż zdecydowanie nie wypada Mu nie udzielić
pomocy komuś, kto będzie robił reklamę Jego imieniu.
Nie na darmo nasz niezrównany wspólny nauczyciel, Mułła Nasr Eddin,
często powtarza:
"Jak nie posmarujesz, to nie tylko nigdzie znośnie nie pożyjesz, ale
nawet nie pooddychasz".
A inny ziemski mędrzec, Koźma Prutkow, który również zawdzięczał swą
mądrość bezdennej głupocie ludzi, wyraził to samo słowami:
"Kto nie smaruje, ten nie jedzie".
Znając te, a także jeszcze wiele innych tego rodzaju powiedzeń
zaczerpniętych z mądrości ludowej i utrwalonych na przestrzeni wieków w życiu zbiorowym ludzi, postanowiłem "posmarować łapę" Pana Belzebuba,
który, jak każdy się domyśla, ma możliwości oraz wiedzy w nadmiarze.
Dość tego, mój stary! Żarty, nawet te filozoficzne, na bok, wygląda na
to, że z powodu tych wszystkich dygresji złamałeś już jedną z głównych
zasad, które sam wypracowałeś i położyłeś u podstaw systemu mającego
umożliwić ci, za pomocą tej nowej profesji, spełnienie marzeń, a mianowicie zasadę, która głosi, że zawsze trzeba mieć w pamięci oraz
brać pod uwagę fakt osłabienia funkcji myślowej współczesnego czytelnika
i w związku z tym nie zamęczać go, zmuszając do przyswajania mnóstwa
idei w krótkim czasie.
Co więcej, kiedy poprosiłem jednego z ludzi, którzy kręcą się zawsze
wokół mnie, bo chcą "zasłużyć sobie na wejście do raju w butach", o głośne przeczytanie po kolei wszystkiego, co napisałem w tym pierwszym
rozdziale, wtedy to, co nazywa się moje "Ja" - oczywiście z udziałem
wszystkich specyficznych danych, które utrwaliły się w mojej oryginalnej
psychice w ciągu dotychczasowego życia i które pozwalają mi na przykład
zrozumieć psychikę innych podobnych do mnie, ale różniących się typem
stworzeń - ponad wszelką wątpliwość stwierdziło i uświadomiło sobie, że
już ten pierwszy rozdział niechybnie spowoduje, iż w zbiorczej obecności
wszystkich bez wyjątku czytelników pojawi się "coś", co automatycznie
wywoła w stosunku do mojej osoby jawną wrogość.
Prawdę mówiąc, nie to mnie teraz najbardziej martwi, ale fakt, że pod
koniec tej lektury skonstatowałem, iż we wszystkim, co zostało wyłożone
w niniejszym rozdziale, cała moja zbiorcza obecność - w której wyżej
wspomniane "Ja" odgrywa bardzo małą rolę - przejawiła się zdecydowanie
wbrew przykazaniu ogólnowszechświatowego i szczególnie cenionego przeze
mnie nauczyciela, Mułły Nasr Eddina, które brzmi: "Nigdy nie wsadzaj
kija w mrowisko".
Ale niepokój, jaki ogarnął cały system zawiadujący moimi odczuciami,
kiedy uświadomiłem sobie, że czytelnik nieuchronnie będzie musiał zacząć
żywić do mnie animozję, od razu przygasł, gdy przypomniałem sobie stare
rosyjskie przysłowie: "Nie ma takiej krzywdy, która z czasem nie pójdzie
na przemiał, jak zboże na mąkę".
Od tamtej pory nie tylko zupełnie przestał mi dokuczać ów niepokój,
który ogarnął mój system w chwili, gdy uprzytomniłem sobie, że złamałem
przykazanie Mułły Nasr Eddina, lecz także, zaraz po tym, jak zdałem
sobie z tego sprawę, w obu moich dopiero niedawno zyskanych duszach
zaczął się bardzo dziwny proces przybierający postać niezwykłego
swędzenia, które, stopniowo narastając, wywołuje obecnie prawie
nieznośny ból w okolicy nieco poniżej prawej połowy mojego już i tak
nadwyrężonego plexus solaris.
Chwila moment!... Ten proces także zdaje się ustawać i w każdym
zakamarku mojej świadomości - powiedzmy, na razie, mojej
"podświadomości" - zaczyna wyłaniać się już to wszystko, co jest
potrzebne do uzyskania całkowitej pewności, iż ów proces ustanie
zupełnie, ponieważ właśnie przypomniałem sobie inną mądrość życiową,
której sens zrodził w moich myślach refleksję, że nawet jeśli
rzeczywiście postąpiłem wbrew radzie czcigodnego Mułły Nasr Eddina, to
jednocześnie, bez premedytacji, działałem wedle zasady kogoś nadzwyczaj
sympatycznego, którego sława nie sięga daleko, ale o kim nigdy nie
zapomną ci wszyscy, co choć raz mieli okazję go spotkać - mam na myśli
ów samorodny talent, kochanego Karapeta z Tyflisu.
Nie ma rady... ten mój rozdział wprowadzający zrobił się już tak długi,
że nic się teraz nie stanie, jeśli przedłużę go jeszcze trochę i opowiem
o tym arcysympatycznym tyfliskim Karapecie.
Przede wszystkim musicie wiedzieć, że dwadzieścia lub dwadzieścia pięć
lat temu stacja kolejowa w Tyflisie była wyposażona w "gwizdek parowy".
Jego dźwięk budził każdego ranka kolejarzy i pracowników stacji, a ponieważ tyfliski dworzec położony był na wzgórzu, to gwizdek ten można
było usłyszeć prawie w całym mieście, gdzie wyrywał on ze snu nie tylko
kolejarzy, lecz także innych jego mieszkańców.
Jeśli dobrze pamiętam, lokalne władze Tyflisu nawiązały nawet
korespondencję z zarządem kolei w sprawie zakłócania porannego snu
spokojnym obywatelom.
Obowiązek puszczenia pary w gwizdek spadał właśnie na Karapeta, który
był zatrudniony na tej stacji.
Rano, kiedy przychodził do pracy i podchodził do liny, za pomocą której
napuszczał pary do gwizdka, jeszcze zanim ją złapał i za nią pociągnął,
machał rękami we wszystkie strony i z wielką powagą, jak muzułmański
mułła z minaretu, głośno krzyczał:
- Twoja matka to...! Twój ojciec to...! Twój dziadek to największy...!
Oby twoje oczy, uszy, nos, śledziona, wątroba, nagniotki..." itd. Słowem
wygłaszał w różnej kolejności wszystkie przekleństwa, jakie znał, i dopiero potem pociągał za linę.
Kiedy dowiedziałem się o Karapecie oraz o tym praktykowanym przez niego
obyczaju, któregoś wieczoru, gdy wrócił już z pracy do domu, pojawiłem
się u niego z małym bukłakiem kachetyjskiego wina i po obowiązkowym
odprawieniu uroczystego lokalnego rytuału "wznoszenia toastów" zapytałem
go - także oczywiście w odpowiedniej formie, stosując się do miejscowego
"kodeksu grzecznościowego", który regulował tam stosunki wzajemne -
dlaczego to robi.
Opróżniwszy jednym haustem szklankę i, jak nakazuje gruziński zwyczaj,
odśpiewawszy raz pieśń biesiadną "Jeszcześmy się nie nażarli", Karapet
zaczął powoli mówić:
- Ponieważ pijesz wino nie po dzisiejszemu, to znaczy nie tylko dla
pozorów, ale w samej rzeczy uczciwie, już to pokazuje mi, że chcesz
dowiedzieć się o tym moim zwyczaju nie z czystej ciekawości, jak nasi
inżynierowie i technicy, lecz istotnie kierowany pragnieniem wiedzy;
dlatego chcę, a nawet uważam za swoją powinność, szczerze wyznać ci, co
dokładnie było przyczyną moich wewnętrznych, że tak powiem,
"pedantycznych rozważań", które mnie do tego doprowadziły i stopniowo
wpoiły we mnie ów zwyczaj.
Dalej opowiedział, co następuje:
- Dawniej pracowałem na stacji na nocną zmianę jako niewykwalifikowany
robotnik do czyszczenia bojlerów parowych, ale gdy sprowadzono rzeczony
gwizdek, kierownik stacji, najwidoczniej biorąc pod uwagę mój wiek oraz
fakt, że nie nadaję się już do wykonywania ciężkiej pracy, kazał mi
tylko przychodzić rano i wieczorem o określonej porze, aby puszczać parę
do gwizdka.
Już w pierwszym tygodniu tej nowej służby zauważyłem, że przez godzinę
lub dwie po spełnieniu mojego porannego obowiązku czułem się jakoś
niewyraźnie.
A odkąd to wzmagające się z dnia na dzień dziwne uczucie przerodziło się
w wyraźny instynktowny niepokój, który odebrał mi nawet apetyt na postny
żurek, odtąd już niemal bez przerwy zacząłem łamać sobie głowę, próbując
odnaleźć jego przyczynę.
Z jakiegoś powodu szczególnie intensywnie zastanawiałem się nad tym,
idąc do pracy i wracając z niej. Ale jakkolwiek się starałem, nie
potrafiłem, nawet w przybliżeniu, niczego sobie wyjaśnić.
Trwało to przez prawie sześć miesięcy i odciski na moich palcach zrobiły
się już całkiem twarde od pociągania za sznur gwizdka parowego, gdy
nagle zupełnie przypadkowo pojąłem, dlaczego coś takiego się we mnie
dzieje.
Wstrząsu, który zainicjował moje poprawne rozumowanie, prowadzące w rezultacie do niezachwianego przekonania, doznałem dzięki okrzykowi
usłyszanemu przypadkowo w następujących, dość niezwykłych
okolicznościach:
Pewnego poranka, gdy po nieprzespanej nocy - spędzonej w połowie na
chrzcinach dziewiątej córki mojego sąsiada, a w połowie na czytaniu
bardzo interesującej i rzadkiej książki pod tytułem "Senne widziadła i czary", która przypadkowo wpadła mi w ręce - śpieszyłem się, żeby puścić
parę, zobaczyłem niespodziewanie na rogu ulicy znajomego felczera,
zatrudnionego przez władze miejskie, który skinął na mnie, bym się
zatrzymał.
Do obowiązków tego zaprzyjaźnionego felczera należało przejście o określonej porze ulicami miasta w towarzystwie asystenta pchającego
specjalnie skonstruowany wózek i wyłapanie wszystkich wałęsających się
psów, które nie miały na obrożach blaszek wydawanych przez lokalne
władze po wniesieniu odpowiedniej opłaty, a następnie dostarczenie tych
psów do miejskiej rzeźni, gdzie trzymano je przez dwa tygodnie na koszt
miasta, żywiąc odpadkami. Jeśli po wygaśnięciu tego terminu właściciele
psów nie zgłosili się i nie uiścili należności, wówczas ceremonialnie
zaganiano psy do pewnego przejścia, które prowadziło prosto do
specjalnie zbudowanego pieca.
Już po krótkiej chwili z drugiego końca tego zbawiennego i mającego
wielkie znaczenie pieca wypływała z radosnym bulgotem, przynosząc zysk
ojcom naszego miasta, określona ilość klarownego, idealnie czystego
tłuszczu, używanego do wyrabiania mydła i być może jeszcze czegoś
innego, a oprócz tego wysypywała się z niego z nie mniej przyjemnym dla
ucha szmerem spora ilość bardzo pożytecznych substancji do nawożenia.
Ów zaprzyjaźniony felczer wyłapywał psy w następujący prosty i nad
podziw zręczny sposób:
Zdobył gdzieś dużą starą sieć rybacką, którą w czasie tych osobliwych,
służących ogólnoludzkiemu dobru wycieczek po peryferiach naszego miasta
nosił ułożoną w odpowiedni sposób na swych silnych plecach, i kiedy
jakiś pies "bez paszportu" pojawiał się w zasięgu jego wszechwidzącego i straszliwego dla całego psiego gatunku oka, on, bez pośpiechu i ze
zwinnością pantery, podkradał się blisko niego, a następnie w odpowiednim momencie, gdy jego ofiara była czymś zainteresowana lub
zwabiona, zarzucał na nią sieć i szybko ją omotywał, po czym,
podtoczywszy bliżej wózek, rozplątywał w taki sposób, iż trafiała prosto
do umieszczonej na tym wózku klatki.
Kiedy mój znajomy felczer dał mi znak, abym się zatrzymał, akurat
gotował się do zarzucenia swej sieci na kolejną ofiarę, która stała w tym czasie, merdając ogonem i przyglądając się jakiejś suce.
Mój przyjaciel miał właśnie zarzucić sieć, gdy nagle rozległy się dzwony
pobliskiej cerkwi, wzywające ludzi na pierwsze ranne modlitwy.
To dzwonienie rozbrzmiewające znienacka w porannej ciszy przestraszyło
psa, który uskoczywszy w bok, pomknął jak strzała na pełnej psiej
prędkości w dół pustej ulicy.
Otóż właśnie wtedy felczer, tak tym rozwścieczony, że aż włosy pod pachą
stanęły mu dęba, cisnął sieć na chodnik i spluwając przez lewe ramię,
głośno wykrzyknął: "Do diabła! Znaleźli sobie porę na dzwonienie!".
W chwili, gdy okrzyk felczera dotarł do mojego aparatu pojęciowego, od
razu zaczęły kłębić się w nim przeróżne myśli, które ostatecznie
doprowadziły mnie do trafnego, jak sądzę, zrozumienia przyczyny tego, że
dręczył mnie ów instynktowny niepokój.
Zaraz po tym, jak uprzytomniłem to sobie, byłem nawet na siebie zły, że
tak prosta i jasna myśl nie przyszła mi wcześniej do głowy.
Całym swoim jestestwem poczułem, że moja ingerencja w życie publiczne
musiała nieuchronnie prowadzić do takiego rezultatu, jak właśnie to
doznanie, które przez cały czas ogarniało moją zbiorczą obecność.
Niewątpliwie wszyscy ludzie wyrwani z ich słodkiej porannej drzemki
hałasem gwizdka parowego musieli przeklinać "na czym świat stoi" mnie,
przyczynę tej piekielnej kakofonii, i z pewnością właśnie dlatego ze
wszystkich stron płynęły w moim kierunku wibracje wszelkiego rodzaju
złośliwych intencji.
Tamtego pamiętnego poranka - gdy, wypełniwszy swój obowiązek, siedziałem
w typowym dla mnie nastroju w pobliskiej gospodzie i jadłem flaczki z czosnkiem - kontynuując moje rozważania, doszedłem do wniosku, że jeśli
sam najpierw przeklnę tych wszystkich, w których moja służba dla dobra
części z nich zdawała się wzbudzać takie oburzenie, to, jak bardzo by
mnie przeklinali ci ludzie przebywający w "sferze idiotyzmu", czyli -
zgodnie z wyjaśnieniami zawartymi w przeczytanej przeze mnie poprzedniej
nocy książce "Senne widziadła i czary" - pomiędzy snem a drzemką, i tak
nie będzie to miało na mnie żadnego wpływu.
I rzeczywiście, od kiedy zacząłem to robić, przestałem odczuwać ów
instynktowny niepokój.
Teraz jednak, mój cierpliwy czytelniku, już chyba naprawdę muszę
zakończyć ten pierwszy rozdział. Trzeba tylko jeszcze go podpisać.
Ten, którego...
Stop! Ty niedojdo! Z podpisem nie ma żartów. Przypomnij sobie, jak w jednym z krajów Europy Środkowej musiałeś zapłacić dziesięcioletni
czynsz za dom, w którym mieszkałeś ledwie trzy miesiące, i to tylko
dlatego, że własnoręcznie podpisałeś papier, na którym zobowiązałeś się
co roku odnawiać umowę o najem tego domu.
Oczywiście po takich i jeszcze wielu innych podobnych przejściach
życiowych, jeśli chodzi o mój podpis, muszę być teraz bardzo, bardzo
ostrożny.
No dobrze, niech już będzie:
Ten, którego w dzieciństwie nazywano "Tatach", we wczesnej młodości
"Smagły", później "Czarny Grek", w wieku dojrzałym "Tygrys Turkiestanu",
a obecnie już nie byle kto, lecz prawdziwy "Monsieur" lub "Mister"
Gurdżijew czy też "bratanek Księcia Muchrańskiego" albo, na koniec, po
prostu "Nauczyciel Tańców".
Rozdział 2
Prolog: Dlaczego Belzebub znalazł się w naszym układzie słonecznym
Działo się to według obiektywnej rachuby czasu w roku 223 po stworzeniu
świata lub, jak powiedziano by na Ziemi, w roku 1921 po narodzeniu
Chrystusa.
Przez Wszechświat przelatywał "Karnak", statek komunikacji
"międzyprzestrzennej".
Po wystartowaniu z przestworzy "Asuparacata", to znaczy z przestrzeni
Drogi Mlecznej, "Karnak" leciał teraz z planety Karataz do układu
słonecznego "Pandecnoch", którego słońce zwane jest na Ziemi "Gwiazdą
Polarną".
Na wspomnianym statku międzyprzestrzennym znajdował się Belzebub wraz ze
swoimi krewnymi i bliskimi.
Udawał się właśnie na planetę Rewozwradendr, na specjalną naradę, w której zgodził się uczestniczyć na prośbę swych starych przyjaciół.
Jedynie wspomnienie wieloletniej przyjaźni potrafiło go skłonić do
przyjęcia tego zaproszenia, albowiem był już stary i dla kogoś w jego
wieku tak długa droga wraz ze wszystkimi trudami, które się z nią
wiązały, stanowiła zadanie niełatwe.
Tuż przed tą podróżą Belzebub wrócił do siebie, do miejsca swego
powstania, czyli na planetę Karataz, z dala od której, z powodów od jego
esencji niezależnych, spędził wiele lat swego życia w warunkach
sprzecznych z jego naturą.
Te długie lata takiej nietypowej dla niego egzystencji, a także
percepcje niezwykłe dla jego natury i przeżycia niezgodne z jego
esencją, nie omieszkały pozostawić wyraźnego śladu na jego zbiorczej
obecności.
Oprócz tego już sam czas musiał go postarzyć i te niezwykłe warunki
egzystencji przywiodły Belzebuba, właśnie tego Belzebuba, którego
młodość była tak wyjątkowo hoża, burzliwa i wspaniała, do równie
niezwykłej starości.
Dawno, dawno temu, kiedy Belzebub egzystował jeszcze u siebie na
planecie Karataz, został przyjęty z racji swojej wyjątkowej inteligencji
do służby na "Słońcu Absolut" - głównym miejscu przebywania naszego pana władcy
nieskończonego - i tam, wraz z innymi podobnymi do siebie
istotami, stał się powiernikiem jego
nieskończoności.
Ponieważ jego rozum nie zdążył się jeszcze wtedy ukształtować i jego
młode, a więc ciągle niepohamowane i nacechowane nierówno płynącym
ciągiem skojarzeń myślenie opierało się na wąskich pojęciach - co jest
naturalne dla istot, które nie stały się jeszcze całkiem odpowiedzialne
- to pewnego razu dostrzegł on w zarządzaniu Światem coś, co wydało mu
się "nielogiczne", i znalazłszy wsparcie u swych kolegów, istot tak jak
on nie w pełni ukształtowanych, wmieszał się w nie swoje sprawy.
Ze względu na moc i nieokrzesanie jego natury ingerencja Belzebuba i jego towarzyszy szybko wzburzyła wszystkie umysły i niewiele brakowało,
a wywołałaby rewolucję w centralnym królestwie Megalokosmosu.
Dowiedziawszy się o tym, jego
nieskończoność, mimo swej
wszechmiłości i wszechmiłosierdzia, zmuszony był skazać Belzebuba i jego
towarzyszy na zesłanie do jednego z odległych zakątków Wszechświata, do
układu słonecznego "Ors" - nazywanego przez jego mieszkańców po prostu
"układem słonecznym" - i wyznaczyć na miejsce ich egzystencji planetę
Mars, zezwalając im na przebywanie również na innych planetach, ale
wyłącznie w obrębie tego samego układu słonecznego.
Pośród wygnańców, oprócz wspomnianych kolegów Belzebuba, było też wielu
z tych, którzy po prostu z nim sympatyzowali, a także krewni i podwładni
zarówno jego samego, jak i jego towarzyszy.
Ponieważ wszyscy przybyli na tę odległą planetę ze swoim potomstwem i pozostałymi domownikami, więc w krótkim czasie na planecie Mars
utworzyła się cała kolonia trójcentrowych istot z różnych planet
środkowej części naszego Wielkiego Wszechświata.
Cała ta nietypowa dla tej planety populacja powoli przystosowała się do
swojego nowego miejsca zamieszkania i wielu jej członków, żeby skrócić
sobie jakoś długie lata wygnania, znalazło takie czy inne zajęcie bądź
na samej planecie Mars, bądź też na sąsiednich planetach, które były
prawie zupełnie opustoszałe z powodu ich oddalenia od centrum oraz
ubóstwa wszelkich występujących tam formacji.
Z biegiem lat wielu z nich, z własnej woli lub kierując się potrzebą
ogółu, przeniosło się stopniowo z planety Mars na inne planety, ale sam
Belzebub pozostał ze swoimi powiernikami na Marsie, gdzie zorganizował
sobie w miarę znośną egzystencję.
Jednym z jego głównych zajęć na Marsie było urządzenie obserwatorium,
które miało służyć do badania odległych koncentracji Wszechświata, a także do studiowania warunków egzystencji istnieniowej na sąsiednich
planetach; to obserwatorium stało się później nawet bardzo słynne i cenione w całym Wszechświecie.
Wprawdzie układ słoneczny Ors, zarówno z powodu swego oddalenia od
centrum, jak i z różnych innych przyczyn, popadł do pewnego stopnia w stan zaniedbania, jednak od czasu do czasu Prześwięte Indywidua
kosmiczne należące do otoczenia naszego
nieskończonego wspólnego ojca wysyłały na planety tego układu
posłańców, których zadaniem było uporządkowanie egzystencji istnieniowej
powstających tam trójmózgowych istot w taki sposób, aby toczyła się ona
w zgodzie z ogólną harmonią Świata.
Otóż na jednej z planet tego układu słonecznego, mianowicie na planecie
zwanej "Ziemią", posłańcem naszego nieskończonego był niejaki Asziata Szyjemasz.
Dzięki temu, że Belzebub wypełnił pewne zadanie, które było niezbędne do
osiągnięcia celu misji Asziaty Szyjemasza, ów wysłannik, powróciwszy na
Słońce Absolut, zaczął gorąco błagać jego
nieskończoność o ułaskawienie tego niegdyś młodego i porywczego,
a teraz już postarzałego Belzebuba.
Biorąc pod uwagę prośbę Asziaty Szyjemasza, a także skromną i świadomą
egzystencję samego Belzebuba, nasz
stwórca i sprawca przebaczył mu i zezwolił na powrót do miejsca jego powstania.
Z tej właśnie przyczyny po długiej nieobecności Belzebub znowu znalazł
się w centrum Wszechświata.
W czasie wspomnianego zesłania jego wpływ i autorytet nie tylko nie
zmalały, lecz wręcz odwrotnie, jeszcze bardziej wzrosły, ponieważ całe
jego otoczenie jasno uświadomiło sobie, że dzięki wieloletniej
egzystencji w tak niezwykłych warunkach jego wiedza i doświadczenie
musiały na pewno rozszerzyć się i pogłębić.
Kiedy więc na jednej z planet układu słonecznego Pandecnoch rozgrywały
się wydarzenia niemałej wagi, starzy przyjaciele Belzebuba postanowili
zakłócić mu spokój i zaprosili go na naradę poświęconą tym ważnym
wypadkom.
Oto dlaczego Belzebub wyruszył na pokładzie statku "Karnak" w tę długą
podróż z planety Karataz na planetę Rewozwradendr.
Pasażerami tego wielkiego statku międzyprzestrzennego byli krewni oraz
zaufani Belzebuba, a także wiele istot obsługujących sam statek.
W okresie, którego dotyczy nasza opowieść, wszyscy pasażerowie bądź byli
zajęci wypełnianiem swoich obowiązków, bądź też po prostu
urzeczywistniali to, co nazywa się "aktywnym myśleniem istnieniowym".
Spośród ogółu pasażerów statku wyróżniał się pewien bardzo ładny
chłopiec, który trzymał się zawsze blisko Belzebuba.
Był to Hassin, syn Tulufa, ulubionego syna Belzebuba.
Belzebub po raz pierwszy zobaczył swego wnuka Hassina dopiero po
powrocie z wygnania do domu i doceniwszy jego dobre serce, a także
uległszy temu, co zwie się "rodzinną siłą przyciągania", natychmiast go
polubił.
A ponieważ nadszedł właśnie okres, żeby rozwinąć rozum małego Hassina,
Belzebub, dysponując dużą ilością wolnego czasu, podjął się wychowania
wnuka i odtąd zabierał go wszędzie ze sobą. To dlatego Hassin
towarzyszył mu również w tej długiej podróży i znalazł się w gronie
otaczających go osób.
Hassin ze swej strony tak pokochał Belzebuba, że nie chciał odstępować
od niego ani na krok i z zapałem przyswajał sobie wszystko, co mówił mu
i czego uczył go dziadek.
Na początku naszej opowieści Belzebub z Hassinem i swoim starym oddanym
sługą Ahunem, który zawsze wszędzie mu towarzyszył, zasiedli na
najwyższym "kasniku", czyli na górnym pokładzie statku "Karnak", pod
"kalnokranonisem" - to znaczy czymś w rodzaju wielkiego "szklanego
dzwonu" - i rozmawiali, obserwując jednocześnie bezgraniczne
przestworza.
Belzebub opowiadał o układzie słonecznym, w którym spędził wiele lat.
Tym razem opisywał osobliwości przyrody na planecie zwanej "Wenus".
W trakcie rozmowy powiadomiono Belzebuba, że kapitan statku chce z nim
porozmawiać, na co Belzebub wyraził zgodę.
Rozdział 3
Przyczyna zwłoki w spadaniu statku "Karnak"
Po krótkiej chwili wszedł kapitan i powitawszy Belzebuba z wszystkimi
należnymi jego randze honorami, powiedział:
- Wasza Przewielebność, pozwól, że spytam o twoją niepodważalną opinię
na temat pewnej "nieuchronności", która znalazła się na trasie naszego
lotu i która przeszkadza nam spadać w linii prostej.
Rzecz w tym, że jeśli podążymy wyznaczonym kursem, to za dwa
"kilprena"3 nasz statek znajdzie się w układzie słonecznym
"Wuanik".
Tak się składa, że w tym samym miejscu, które powinien minąć nasz
statek, około kilprena wcześniej pojawi się duża kometa o nazwie
"Sakur", należąca do wspomnianego układu słonecznego.
Jeśli będziemy trzymać się przewidywanego kursu, to niechybnie
przetniemy trajektorię tej komety.
A jak Wasza Przewielebność sam wie, ta "postrzelona" kometa zawsze
rozrzuca na trasie swojego przelotu dużo "cylnotrago"4,
który, dostawszy się do ciała planetarnego istoty, dezorganizuje prawie
wszystkie funkcje tego ciała, i to tak długo, aż całkowicie się z niego
ulotni.
W pierwszej chwili pomyślałem - kontynuował kapitan - że aby uniknąć
strefy cylnotrago, powinniśmy skierować nasz statek drogą okrężną,
jednakże w takiej sytuacji musielibyśmy zrobić duży "objazd", co
wydłużyłoby trochę czas podróży. Z drugiej strony, czekanie gdzieś, aż
cylnotrago się ulotni, potrwa jeszcze dłużej.
Stojąc przed takim dylematem, nie potrafię sam zadecydować, jak
postąpić, i dlatego ośmielam się niepokoić cię, Wasza Przewielebność,
aby wysłuchać twojej kompetentnej rady.
Gdy kapitan skończył mówić, Belzebub namyślił się chwilę, po czym
odpowiedział, co następuje:
- Naprawdę nie wiem, co ci doradzić, mój drogi kapitanie... Chociaż
może... Otóż w układzie słonecznym, gdzie spędziłem wiele lat, znajduje
się pewna planeta zwana "Ziemią". Na tej planecie Ziemia powstały i wciąż powstają bardzo dziwne trójcentrowe istoty. Właśnie wśród nich, na
jednym z kontynentów tej planety, zwanym "Azją", urodziła się i egzystowała niezwykle mądra istota trójmózgowa, której nadano tam imię
"Mułła Nasr Eddin".
Ów ziemski mędrzec Mułła Nasr Eddin - kontynuował Belzebub - na każdą,
czy to wielką, czy też małą okazję związaną z oryginalną egzystencją
tamtejszych istot, miał odpowiednie i bardzo trafne powiedzenie.
Ponieważ wszystkie jego porzekadła ukazywały zawsze prawdziwe oblicze
istot tej planety, więc w czasie mojego pobytu tam stale kierowałem się
jego maksymami, przez co zapewniłem sobie wśród nich wygodną
egzystencję.
Również w danym wypadku, mój drogi kapitanie, chcę użyć jednej z jego
mądrych sentencji.
W sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, on prawdopodobnie powiedziałby:
"Nie da się przeskoczyć własnych kolan i bezsensem jest próbować
pocałować się w łokieć!".
To samo powiem teraz tobie i jeszcze dodam: Nie ma rady. W obliczu
zdarzenia, którego źródłem są siły nieporównanie większe niż nasze
własne, trzeba się poddać.
Obecnie pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie, które z wymienionych
przez ciebie rozwiązań należy wybrać: czy lepiej gdzieś przeczekać, czy
lepiej nadłożyć drogi?
Mówisz, że choć "objazd" wydłuży naszą podróż, to czekanie zajmie
jeszcze więcej czasu.
Dobrze, drogi kapitanie. Jeśli zrobimy objazd i w ten sposób
zaoszczędzimy nawet nieco czasu, to jak sądzisz, czy warto eksploatować
i nadwyrężać maszynerię naszego statku tylko po to, żeby trochę
wcześniej dotrzeć do celu naszej podróży?
Jeżeli taka okrężna droga może przyczynić się do choćby najmniejszego
uszkodzenia naszego statku, to powinniśmy moim zdaniem wybrać drugą z twoich propozycji, czyli zatrzymać się gdzieś, dopóki droga nie oczyści
się z tego toksycznego cylnotrago, zaoszczędzając w ten sposób naszemu
statkowi niepotrzebnych awarii.
A czas takiej nieprzewidzianej zwłoki spróbujemy wypełnić czymś
pożytecznym dla nas wszystkich.
Ja sam na przykład bardzo chętnie porozmawiałbym z tobą o współczesnych
statkach w ogóle, a w szczególności o naszym statku, ponieważ w trakcie
mojej nieobecności wprowadzono w tej dziedzinie wiele innowacji, o których wciąż jeszcze nic nie wiem.
Wystarczy, jeśli dodam, że w moich czasach tego rodzaju wielkie statki
międzyprzestrzenne były tak skomplikowane i niewygodne w użyciu, iż
prawie połowa ich mocy zużywana była na transport materiałów potrzebnych
do wytwarzania energii, która umożliwiała im poruszanie się.
Natomiast współczesne statki, z prostotą i swobodą, jaką potrafią
zapewnić wszelkim przejawom istnieniowym, to wręcz model
"błogostokirno". Niekiedy można na nich nawet zapomnieć o tym, że nie
jest się na żadnej planecie.
No właśnie, mój drogi kapitanie, bardzo chciałbym się dowiedzieć, w jaki
sposób udało się zrealizować takie dobrodziejstwa, a także jaka jest
zasada działania współczesnych statków.
Na razie możesz więc odejść i wydać wszystkie polecenia niezbędne do
tego, by odpowiednio zatrzymać nasz pojazd, a potem, gdy będziesz już
zupełnie wolny, wróć do mnie, abyśmy mogli spędzić czas naszej
nieuniknionej zwłoki na pożytecznych dla nas wszystkich rozmowach.
Gdy kapitan wyszedł, Hassin zerwał się nagle i zaczął podskakiwać,
klaszcząc w ręce oraz wykrzykując:
- Jak się cieszę, jak się z tego cieszę!
Belzebub popatrzył z czułością na te radosne przejawy swego ulubieńca,
ale stary Ahun nie wytrzymał i karcąco pokręciwszy głową, zaczął
mamrotać pod nosem, nazywając chłopca "dorastającym egoistą".
Hassin, usłyszawszy to, zatrzymał się przed nim i filuternie
spoglądając, powiedział:
- Nie złość się na mnie, łaskawy Ahunie. Powodem mojej radości nie jest
wcale egoizm, lecz jedynie przypadkowo pomyślny dla mnie zbieg
okoliczności. Sam słyszałeś. Drogi dziadek nie tylko zarządził postój,
ale też obiecał kapitanowi, że z nim porozmawia.
A przecież wiesz, że przy okazji takich rozmów drogi dziadek zawsze
zaczyna opowiadać o miejscach, w których był, i tak samo wiesz, jak
świetnie umie opowiadać oraz jak wiele nowych informacji krystalizuje
się w naszych obecnościach dzięki tym opowieściom.
Jaki tam egoizm?! Wszak on sam z własnej dobrej woli, rozważywszy w swym
mądrym umyśle wszystkie okoliczności nieprzewidzianego zdarzenia,
zarządził postój, który nie tak bardzo, jak widać, krzyżuje mu plany.
Mam wrażenie, że mój drogi dziadek nigdzie się nie spieszy, ponieważ
może znaleźć na "Karnaku" wszystko, co jest mu potrzebne do zapewnienia
spokoju i wygody, a poza tym ma tu wokół siebie wielu z tych, którzy go
kochają i których on sam kocha.
Pamiętasz, sam powiedział: "Siłom większym od własnych nie wolno się
przeciwstawiać" i jeszcze dodał, że nie tylko nie wolno się im
sprzeciwiać, ale trzeba się im poddać i z czcią przyjąć wszystkie ich
rezultaty, błogosławiąc i wychwalając cudowne dzieła opatrznościowe
pana naszego stwórcy.
Nie z tego się cieszę, że mamy pecha, ale z nieprzewidzianego, zesłanego
z Góry zdarzenia, dzięki któremu będziemy mogli raz jeszcze wysłuchać
opowieści mojego drogiego dziadka.
Czy to moja wina, że te okoliczności przypadkiem okazały się dla mnie
najbardziej pożądane i szczęśliwe?!...
Nie, drogi Ahunie, nie powinieneś mnie ganić, a tylko wspólnie ze mną
składać dzięki Źródłu, z którego powstają wszystkie dobroczynne
rezultaty.
Belzebub uważnie i z uśmiechem wysłuchał gadaniny swego ulubieńca, a następnie rzekł:
- Masz rację, kochany Hassinie, a ponieważ masz rację, to jeszcze przed
powrotem kapitana opowiem ci o tym, o czym tylko sobie zażyczysz.
Na te słowa chłopiec od razu podbiegł i siadł u stóp Belzebuba, a po
chwili namysłu powiedział:
- Mój drogi dziadku! Tak dużo opowiedziałeś mi już o tym układzie
słonecznym, w którym spędziłeś tyle długich lat, że być może sam mógłbym
teraz, kierując się wyłącznie logiką, kontynuować opis szczegółów
przyrody tego osobliwego zakątka naszego Wszechświata.
Ciekaw jednak jestem, czy na planetach owego układu słonecznego mają
siedlisko istoty trójmózgowe i czy oblekają się w nich "wyższe ciała
istnieniowe"?
To właśnie, drogi dziadku, chciałbym, żebyś mi teraz powiedział -
zakończył Hassin, patrząc z umiłowaniem na Belzebuba.
- Tak - odrzekł Belzebub - trójcentrowe istoty zamieszkują niemalże
wszystkie planety tego układu słonecznego i prawie każda z nich może
przyoblec w sobie "wyższe ciała istnieniowe".
Wyższe ciała istnieniowe lub, jak zwie się je na niektórych planetach
tego układu słonecznego, "dusze" nie oblekają się jedynie w tych
trójmózgowych istotach, które mają siedlisko na planetach, gdzie
emanacje naszego Przenajświętszego Słońca Absolut docierają dopiero po
tym, jak stopniowo, wskutek wielokrotnego załamania, utraciły pełnię
swojej siły i w końcu zostały pozbawione wszelkiej życiodajnej mocy
niezbędnej do oblekania wyższych ciał istnieniowych.
Oczywiście, mój chłopcze, na każdej planecie tego układu słonecznego
ciała planetarne istot trójmózgowych wykształcają się i przybierają
zewnętrzną formę stosownie do przyrody danej planety, adaptując się do
niej we wszystkich swoich szczegółach.
Na przykład na planecie Mars, na którą zostaliśmy zesłani, trójcentrowe
istoty wykształcają takie ciała planetarne, których forma, jak ci to
powiedzieć... których forma przypomina "karuna", to znaczy mają długi i szeroki tułów z ogromnym zapasem tłuszczu, a także głowy z wielkimi,
wypukłymi i pełgającymi oczami. Na plecach tych ogromnych ciał
planetarnych są umocowane dwa duże skrzydła, a na dole dwie stosunkowo
małe stopy z bardzo silnymi pazurami.
Prawie cała siła tych olbrzymich ciał planetarnych została tak
przystosowana przez Przyrodę, aby mogła służyć do produkcji energii dla
ich oczu i skrzydeł.
Dzięki takiej osobliwości trójmózgowe istoty, które mają siedlisko na
tej planecie, potrafią z łatwością - bez względu na panującą
"kłdacachti"5 - widzieć wszędzie i mogą się poruszać nie
tylko po samej planecie, ale też nad nią, a niektóre z nich nawet
znalazły sposób na to, żeby od czasu do czasu wydostać się poza granice
jej atmosfery.
Inna planeta, znajdująca się nieco poniżej Marsa, jest zamieszkana przez
trójmózgowe istoty, które z racji panujących tam ogromnych mrozów
pokryte są gęstą i miękką sierścią.
Zewnętrzna forma tych trójcentrowych istot przypomina "tusuka", to
znaczy rodzaj podwójnej kuli, z których jedna, mianowicie górna, służy
jako pojemnik na główne organy całego ciała planetarnego, natomiast
druga, dolna, na organy przetwarzające pierwszy i drugi pokarm
istnieniowy.
W górnej kuli znajdują się trzy otwory wychodzące na zewnątrz, z których
dwa służą do widzenia, a trzeci do słyszenia.
Druga, niższa kula ma tylko dwa takie otwory: jeden z przodu, do
pobierania pierwszego i drugiego pokarmu istnieniowego, drugi zaś z tyłu, do usuwania niepotrzebnych już organizmowi odpadków.
Na niższej kuli umocowane są też dwie bardzo żylaste nogi i na każdej z nich znajduje się narośl, która spełnia rolę naszych palców.
W tym samym układzie słonecznym, mój drogi chłopcze, znajduje się
jeszcze inna, całkiem mała planeta nosząca nazwę "Księżyc".
Ta oryginalna malutka planeta często w czasie swojego obiegu bardzo
zbliżała się do naszej planety Mars i niekiedy z dużą przyjemnością
całymi kilprenami przyglądałem się przez "teskuano"6 mojego
obserwatorium procesowi egzystencji trójmózgowych istot, które ją
zamieszkują.
Chociaż istoty tej planety mają bardzo wątłe ciała planetarne, jednak
dysponują "mocnym duchem", któremu wszystkie zawdzięczają wyjątkową
wytrzymałość oraz zdolność do pracy.
Zewnętrznym kształtem przypominają wielkie mrówki i, podobnie jak
mrówki, one też nieustannie się roją i pracują zarówno na powierzchni,
jak i wewnątrz swojej planety.
Ich nieustająca działalność przyniosła już widoczne rezultaty.
Na przykład zauważyłem kiedyś, że w ciągu dwóch naszych lat
"przewierciły" całą swoją planetę.
Zmusiły je do tej pracy panujące tam nienormalne warunki klimatyczne,
które wynikają z tego, że powstanie ich planety nie było przewidziane i w związku z tym Siły Wyższe nie zadbały zawczasu o wyregulowanie na niej
harmonii klimatycznej.
"Klimat" na tej planecie jest faktycznie "zwariowany" i pod względem
zmienności pobiłby na głowę "rozgorączkowane kobiety histeryczki"
egzystujące na innej z planet tego samego układu słonecznego, o której
również ci opowiem.
Tam, na owym Księżycu, panuje czasem taki mróz, że wszystko na wskroś
zamarza i istoty zupełnie nie są w stanie oddychać na otwartym
powietrzu; potem zaś nagle robi się tak gorąco, że w jego atmosferze
błyskawicznie ścina się jajko.
Tylko przez dwa krótkie okresy, mianowicie przed i po całkowitym
okrążeniu innej sąsiedniej planety, pogoda na tej oryginalnej malutkiej
planecie staje się tak piękna, że podczas kilku obrotów wokół własnej
osi ona cała rozkwita, dostarczając w tym czasie różnych produktów na
pierwszy pokarm istnieniowy, i to w ilości wielokrotnie przekraczającej
ogólne zapotrzebowanie jej mieszkańców w trakcie ich egzystencji w tym
ichnim osobliwym królestwie wewnątrzplanetarnym, przez nich samych
urządzonym oraz chronionym przed wszystkimi kaprysami tego
"zwariowanego" klimatu, który powoduje tak nieharmonijne zmiany warunków
atmosferycznych.
W pobliżu tej małej planety znajduje się pewna duża planeta, która
czasami również bardzo się zbliża do Marsa i nosi nazwę "Ziemia".
Zresztą Księżyc sam jest częścią planety Ziemia - planety, która ciągle
musi łożyć na jego egzystencję.
Także na owej planecie zwanej "Ziemią" ukształtowały się trójmózgowe
istoty, które mają wszelkie dane ku temu, by przyoblekły się w nich
wyższe ciała istnieniowe.
Ale pod względem "mocy ducha" w niczym nie przypominają one istot
mających siedlisko na opisanej przed chwilą małej planecie.
Zewnętrzna powłoka istot zamieszkujących planetę Ziemia bardzo
przypomina naszą, pomijając to, że ich skóra jest nieco bardziej śliska
i że nie mają ogona, a na głowach brakuje im rogów. Najgorzej sprawa
wygląda z ich nogami, ponieważ są pozbawione kopyt; faktem jest, że aby
chronić je przed zewnętrznymi wpływami, wymyśliły one to, co nazywają
"obuwiem", ale ów wynalazek na niewiele im się zdaje.
Oprócz tego, że ich powierzchowność jest niedoskonała, także ich rozum
jest naprawdę "niepowtarzalnie dziwny"!
Z bardzo wielu powodów, o których być może również kiedyś ci opowiem,
ich "rozum istnieniowy" z czasem tak się przeobraził, że obecnie zrobił
się już niezwykle oryginalny i w najwyższym stopniu dziwaczny.
Belzebub chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie wszedł
kapitan statku. Belzebub, obiecawszy chłopcu, że innym razem opowie mu o istotach z planety Ziemia, zwrócił się do kapitana.
Najpierw poprosił go, by mu powiedział, kim jest, jak długo jest
kapitanem i czy lubi swą pracę, a następnie, żeby udzielił mu pewnych
informacji o współczesnych statkach kosmicznych.
Kapitan odrzekł:
- Wasza Przewielebność, mój ojciec, gdy tylko zacząłem zbliżać się do
osiągnięcia wieku istoty odpowiedzialnej, przeznaczył mnie do tej pracy
w służbie naszego nieskończonego stwórcy.
Na początku zajmowałem na statkach międzyprzestrzennych najniższe
stanowiska, ale w końcu dosłużyłem się funkcji kapitana i teraz minęło
już osiem lat, odkąd pełnię ją na statkach dalekobieżnych.
Moją ostatnią posadę na statku "Karnak" objąłem zresztą po ojcu - który
pełnił funkcję kapitana niemal od Stworzenia Świata - wtedy, kiedy on w nagrodę za swoją wieloletnią nienaganną służbę u jego nieskończoności objął stanowisko rządcy
układu słonecznego "Kalman".
Krótko mówiąc - kontynuował kapitan - zacząłem swą służbę dokładnie
wtedy, gdy Wasza Przewielebność wyruszał do miejsca swego wygnania.
W tamtym czasie byłem tylko prostym "zamiataczem" na ówczesnych statkach
dalekobieżnych.
Tak... upłynęło bardzo, bardzo dużo czasu!
Od tamtej pory wszystko się zmieniło i wszystko zostało zmienione; tylko
pan nasz władca pozostaje niezmienny.
Niechaj błogosławieństwo "Amencano" obsypie jego niezmienność na wieki wieków!
Wasza Przewielebność słusznie raczył zauważyć, że dawne statki były
bardzo niewygodne i ciężkie.
Tak, to prawda, w tamtych czasach były one bardzo skomplikowane i pokraczne. Ja również doskonale je pamiętam. Między ówczesnymi i dzisiejszymi statkami istnieje wielka różnica.
W naszej młodości wszystkie statki, zarówno te do komunikacji
międzyukładowej, jak i międzyplanetarnej, napędzane były kosmiczną
substancją "Elekilpomagtistcen", czyli związkiem składającym się z dwóch
odrębnych części wszechobecnego Okidanocha.
To właśnie żeby móc wyprodukować ów związek substancji, niegdysiejsze
statki musiały zabierać ze sobą taką ilość materiałów.
Wkrótce po tym, jak Wasza Przewielebność stąd odleciał, takie statki
wyszły z użycia i zastąpiono je statkami według systemu świętego Wenomy.
Rozdział 4
Prawo spadania
- Zdarzyło się to w roku 185 według obiektywnej rachuby czasu.
Święty Wenoma w dowód uznania za swoje zasługi został przeniesiony z planety "Surt" na świętą planetę "Czyściec", gdzie po zapoznaniu się z nową sytuacją i nowymi obowiązkami zaczął poświęcać cały wolny czas na
swoją ulubioną działalność.
A jego ulubionym zajęciem było odkrywanie nowych zjawisk, które można
było wywołać za pomocą różnych kombinacji zjawisk już istniejących i zgodnych z prawem.
Nieco później, studiując prawa kosmiczne, święty Wenoma spostrzegł w nich to, co stało się potem słynnym odkryciem, które jako pierwszy
nazwał "prawem spadania".
Owo kosmiczne prawo święty Wenoma sformułował w następujący sposób:
"Wszystko, co istnieje w Świecie, spada w dół. "Dołem" dla każdej części
Wszechświata jest jej najbliższa "stabilność", a ową stabilność
reprezentuje to miejsce lub punkt, w którym zbiegają się linie sił
płynące ze wszystkich kierunków.
Centra wszystkich słońc i wszystkich planet naszego Wszechświata są
właśnie takimi punktami "stabilności". Są one "dołem" tej strefy
przestrzeni, do której z precyzją zmierzają i w której skupiają się siły
napływające ze wszystkich kierunków danej części Wszechświata. Każdy z tych punktów jest także środkiem ciężkości, który umożliwia słońcom i planetom utrzymywanie zajmowanych przez nie pozycji".
Następnie święty Wenoma wyjaśnił, iż każda rzecz, bez względu na
miejsce, w którym się znajduje, po upuszczeniu jej w przestrzeń dąży do
spadnięcia na to lub inne słońce albo tę lub inną planetę, w zależności
od tego, któremu słońcu czy planecie podporządkowana jest część
przestrzeni, w której tę rzecz upuszczono - a to dlatego, że każde takie
słońce lub planeta jest "stabilnością" albo "dołem" danej strefy.
Przyjmując to za punkt wyjścia, święty Wenoma w trakcie swoich dalszych
badań zastanawiał się:
"Skoro tak jest, to czy nie można by wykorzystać tej kosmicznej
właściwości do jakże niezbędnego nam poruszania się między
przestrzeniami Wszechświata?".
I od tamtej pory nadał swojej pracy taki kierunek.
Jego dalsze święte trudy pokazały, że choć w zasadzie jest to możliwe,
jednakże nie da się w pełni wykorzystać do tego "prawa spadania", które
sam odkrył, a to z tego prostego powodu, że atmosfery otaczające prawie
wszystkie skupienia kosmiczne będą utrudniały spadanie w linii prostej
obiektu puszczonego w przestrzeń.
Stwierdziwszy to, święty Wenoma całą swą uwagę poświęcił na odkrycie - w myśl zasady spadania - sposobu budowy statków, które potrafiłyby pokonać
ów opór atmosfery.
Po trzech "luniasach" święty Wenoma odkrył taką możliwość i później, gdy
pod jego kierunkiem zbudowano już odpowiednią konstrukcję, przystąpił do
eksperymentów praktycznych.
Ta swoista struktura wyglądała jak duże pomieszczenie, którego ściany
były zrobione ze specjalnego materiału przypominającego szkło.
Do każdej ściany tego dużego pomieszczenia przymocowano coś w rodzaju
"żaluzji" wykonanych z materiału, który nie przepuszczał promieni
substancji kosmicznej Elekilpomagtistcen, i te żaluzje, choć szczelnie
przylegały do ścian rzeczonego pomieszczenia, swobodnie rozsuwały się we
wszystkich kierunkach.
Wewnątrz pomieszczenia ulokowano specjalną "baterię", która wytwarzała i dostarczała wspomnianą substancję Elekilpomagtistcen.
Ja sam, Wasza Przewielebność, byłem obecny przy pierwszych
eksperymentach, które święty Wenoma przeprowadził, opierając się na
odkrytych przez siebie zasadach.
Cała tajemnica polegała na tym, że kiedy po podniesieniu żaluzji przez
te specjalne szkła przepuszczano promienie Elekilpomagtistcen, wówczas w całej przestrzeni, do której one przenikały, ulegało zniszczeniu to
wszystko, z czego normalnie składa się atmosfera planet, na przykład
"powietrze", przeróżne "gazy", "mgły" itp. Owa część przestrzeni robiła
się wtedy rzeczywiście absolutnie pusta i była pozbawiona jakiegokolwiek
oporu czy ruchu - do tego stopnia, że nawet nowo narodzona istota mogła
popychać to olbrzymie urządzenie, przesuwając je do przodu jak piórko.
Na zewnątrz ścian tego osobliwego pomieszczenia umocowane były
urządzenia podobne do skrzydeł, wprawiane w ruch za pomocą tej samej
substancji Elekilpomagtistcen i służące do nadania rozpędu owej ogromnej
konstrukcji, tak by mogła ona ruszyć w pożądanym kierunku.
Rezultaty tych eksperymentów uzyskały poparcie oraz błogosławieństwo
komisji weryfikacyjnej pod przewodnictwem Archanioła Adossija, po czym
przystąpiono do budowy dużego statku, stosując przytoczone zasady.
Taki statek już wkrótce był gotowy do użytku i bardzo szybko na
wszystkich liniach komunikacji międzyukładowej zaczęły kursować
wyłącznie statki tego typu.
Wprawdzie później, Wasza Przewielebność, stopniowo wyszły na jaw różne
niedogodności tego systemu, to jednak nadal przewyższał on wszystkie
wcześniejsze systemy.
Nie da się ukryć, że choć w przestrzeniach pozbawionych atmosfery statki
skonstruowane według tego systemu rzeczywiście funkcjonowały bez zarzutu
i poruszały się niemal z prędkością wydobywających się z planet promieni
"etcykolnionachnych", niemniej jednak przy każdym zbliżeniu się do
jakiegoś słońca lub planety sterowanie nimi zamieniało się w istną
torturę, gdyż wymagało ogromnej liczby skomplikowanych manewrów
wymuszonych przez to samo "prawo spadania".
Rzecz w tym, że kiedy statek wchodził w środowisko atmosferyczne
jakiegoś słońca lub planety, które miał ominąć, od razu zaczynał spadać
w ich kierunku i, jak już mówiłem, potrzeba było wielkiej uwagi oraz
ogromnej wiedzy, żeby nie pozwolić mu zboczyć z kursu.
Kiedy te ówczesne statki mijały jakieś słońce czy planetę, często
musiano zmniejszać ich normalną prędkość kilkaset razy.
Szczególnie trudno było nimi sterować w strefach, gdzie występowały duże
skupiska "komet".
Dlatego właśnie stawiano wielkie wymagania istotom, które miały kierować
tymi statkami, i były one przygotowywane do pełnienia swych obowiązków
przez istoty bardzo wysokiego rozumu.
Ale mimo wymienionych wad system świętego Wenomy, jak już powiedziałem,
wyparł stopniowo wszystkie dotychczasowe systemy.
Statki systemu świętego Wenomy istniały już od dwudziestu trzech lat,
gdy po raz pierwszy pojawiły się słuchy, że Archanioł Hariton wynalazł
nowy typ statku do komunikacji międzyukładowej i międzyplanetarnej.
Rozdział 5
System Archanioła Haritona
- Wkrótce po rozejściu się tej pogłoski zaczęto przeprowadzać, znów pod
nadzorem Wielkiego Archanioła Adossija, ogólnodostępne doświadczenia
praktyczne z tym nowym wynalazkiem, który miał nabrać później tak
kolosalnej wagi.
Jednogłośnie uznano ów nowy system za najlepszy i bardzo szybko
przystosowano go do powszechnego użytku, wskutek czego stopniowo wyparł
on wszystkie wcześniejsze systemy.
Nawet dzisiaj system Wielkiego Anioła, teraz już Archanioła, Haritona
jest w użyciu absolutnie wszędzie.
Statek, którym obecnie lecimy, zbudowany został zgodnie z tymi samymi
zasadami i przypomina wszystkie inne statki skonstruowane według tego
systemu.
A ów system jest w istocie bardzo prosty.
Cały ten wielki wynalazek sprowadza się do jednego "cylindra" w kształcie zwykłej beczki.
Sekret tego cylindra kryje się w rozmieszczeniu materiałów, z których
zrobione są jego ścianki wewnętrzne.
Materiały te są izolowane od siebie za pomocą "bursztynu", a ponieważ
jednocześnie są rozmieszczone w pewnym porządku, to mają taką
właściwość, że oddziałują na każdą kosmiczną substancję gazową, która
dostaje się do zamkniętej nimi przestrzeni - czy to "atmosferę",
"powietrze", "eter", czy też inny "związek" jednorodnych elementów
kosmicznych - powodując natychmiastowe rozprężenie tej substancji
wewnątrz cylindra.
Dno tego cylindra-beczki jest hermetycznie zamknięte, ale jego wieko,
choć można je również szczelnie zamknąć, jest umocowane na zawiasach w taki sposób, że może się otwierać i ponownie zamykać pod wpływem
wewnętrznego ciśnienia.
A zatem, Wasza Przewielebność, kiedy ów cylinder-beczka wypełnia się
atmosferą, powietrzem lub inną podobną substancją, wówczas pod wpływem
działania ścianek tego szczególnego cylindra-beczki te substancje tak
się rozprężają, że nie jest on w stanie ich pomieścić.
Próbując wydostać się z tego za ciasnego dla nich pomieszczenia, owe
substancje oczywiście napierają również na wieko cylindra-beczki, które
się otwiera dzięki wspomnianym zawiasom, wypuszczając te rozprężone
substancje, i zaraz potem znowu zamyka. A ponieważ Przyroda generalnie
nie znosi próżni, to równocześnie z uwalnianiem rozprężonych substancji
gazowych cylinder-beczka napełnia się nowymi substancjami z zewnątrz, z którymi dzieje się to samo co z poprzednimi, i tak dalej bez końca.
W ten sposób te substancje nieustannie się zmieniają, a wieko cylindra
na przemian się otwiera i zamyka.
Do tego wieka przytwierdzona jest bardzo prosta dźwignia, która porusza
się razem z nim i wprawia w ruch kilka tak samo nieskomplikowanych "kół
zębatych", a te z kolei obracają łopatkami przymocowanymi do boków i rufy statku.
W ten sposób, Wasza Przewielebność, w przestrzeniach pozbawionych
wszelkiego oporu współczesne statki, takie jak nasz, po prostu spadają w kierunku najbliższej "stabilności", za to w przestrzeniach, w których
znajdują się jakiekolwiek substancje kosmiczne stawiające opór, te
substancje, niezależnie od ich gęstości, poddają się działaniu
wspomnianego cylindra i umożliwiają statkowi poruszanie się w dowolnym
kierunku.
Warto zauważyć, że im gęściejsze są elementy-substancje w danej części
Wszechświata, tym łatwiej i sprawniej przebiega wypełnianie i opróżnianie cylindra-beczki, a to z kolei powoduje zwiększenie prędkości
ruchu wszystkich dźwigni.
Niemniej jednak, powtarzam, obszar pozbawiony atmosfery, czyli
przestrzeń zawierająca tylko światowe "Eternokrilno", jest także dla
współczesnych statków najlepszy, ponieważ w takiej strefie nie istnieje
żaden opór i "prawo spadania" może znaleźć w niej pełne zastosowanie bez
potrzeby korzystania z pracy cylindra.
Oprócz tego współczesne statki mają jeszcze taką zaletę, że w przestrzeniach pozbawionych atmosfery mogą rozpędzać się w dowolnym
kierunku i spadać tam, gdzie im się spodoba, czego w wypadku statków
według systemu świętego Wenomy nie udawało się osiągnąć bez
skomplikowanych manipulacji.
Jednym słowem, Wasza Przewielebność, współczesne statki pod względem
wygody i prostoty nie mają nic wspólnego z wcześniejszymi statkami,
które niekiedy bywały bardzo skomplikowane i którym równocześnie
brakowało takich możliwości, jakimi dysponują statki używane przez nas
obecnie.