Opowieści Belzebuba dla wnuka. Obiektywnie bezstronna krytyka życia ludzi - Georgij Iwanowicz Gurdżijew

Kup ebooka

69.99 zł
53.89 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 6

Per­pe­tuum mobile

- Zaraz... zaraz! - Bel­ze­bub prze­rwał w ten spo­sób kapi­ta­nowi. - Prze­cież to, o czym przed chwilą nam powie­dzia­łeś, odpo­wiada dokład­nie tej efe­me­rycz­nej idei, którą dziwne istoty trój­mó­zgowe mające sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia nazwały "per­pe­tuum mobile" i z powodu któ­rej w pew­nym okre­sie wiele z nich, jak tam mówią, "cał­kiem stra­ciło rozum", a nie­jedna nawet przy­pła­ciła ją życiem.

Cho­dzi o to, że kie­dyś, jakoś i komuś na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie przy­szła do głowy, jak sami się wyra­żają, "sza­lona myśl", iż moż­liwe jest zbu­do­wa­nie takiego "mecha­ni­zmu", który dzia­łałby bez prze­rwy, nie wyma­ga­jąc do swej pracy żad­nego mate­riału z zewnątrz.

Ten pomysł tak się tam spodo­bał, że pra­wie wszy­scy dzi­wacy na tej ory­gi­nal­nej pla­ne­cie zaczęli się nad tym zasta­na­wiać, a także pró­bo­wać w prak­tyce zre­ali­zo­wać owo "cudo".

Iluż z nich poświę­ciło wów­czas dla tej efe­me­rycz­nej idei wszyst­kie mate­rialne i duchowe dobra, które wcze­śniej zdo­byli z wiel­kim tru­dem!

Z róż­nych powo­dów każdy chciał koniecz­nie wyna­leźć tę, jak im się wyda­wało, "bła­hostkę".

Wielu z nich, jeśli pozwa­lały na to warunki zewnętrzne, pró­bo­wało odkryć takie per­pe­tuum mobile nawet wtedy, gdy bra­ko­wało im do tej pracy jakich­kol­wiek wewnętrz­nych danych; jedni liczyli na wła­sną "wie­dzę", inni na przy­pa­dek, ale więk­szość parała się tym po pro­stu z powodu swo­jej już nie­odwo­łal­nej psy­cho­pa­tii.

Jed­nym sło­wem, wyna­le­zie­nie per­pe­tuum mobile weszło tam, jak oni mówią, "w modę" i każdy tam­tej­szy weso­łek musiał obo­wiąz­kowo inte­re­so­wać się tą kwe­stią.

Pew­nego razu zna­la­złem się w mie­ście, gdzie zgro­ma­dzono wszel­kiego rodzaju "modele", a także nie­zli­czone pro­jekty mecha­ni­zmów takiego per­pe­tuum mobile.

Cze­góż tam nie było! Cóż za "mądre" i skom­pli­ko­wane maszyny mia­łem oka­zję tam zoba­czyć! Dowolny oglą­dany przeze mnie mecha­nizm krył w sobie wię­cej idei i "wymą­drzań" niż wszyst­kie prawa Stwo­rze­nia i Ist­nie­nia Świata.

Zauwa­ży­łem wtedy, że wśród tych nie­zli­czo­nych modeli i pro­jek­tów domi­no­wała idea wyko­rzy­sta­nia tak zwa­nej siły cięż­ko­ści. Owa idea spro­wa­dzała się u nich do tego, że bar­dzo skom­pli­ko­wany mecha­nizm miał pod­nieść "pewien" cię­żar, a następ­nie ten cię­żar miał spaść i spa­da­jąc, wpra­wić w ruch cały ten mecha­nizm, który miał znowu pod­nieść ów cię­żar itd., itp.

Rezul­tat był taki, że tysiące tych nie­szczę­śni­ków zamknięto w tak zwa­nych zakła­dach psy­chia­trycz­nych, pod­czas gdy tysiące innych, któ­rzy uczy­nili z tej idei przed­miot swych marzeń, albo cał­ko­wi­cie uchy­lało się od tych obo­wiąz­ków ist­nie­nio­wych, które w ciągu wielu lat zostały na nich z tru­dem nało­żone, albo wypeł­niało je już zupeł­nie "na odwal".

Nie wiem, czym by się to wszystko skoń­czyło, gdyby pewna tam­tej­sza zupeł­nie ogłu­piała i znie­do­łęż­niała istota, jedna z tych, które oni sami mają w zwy­czaju nazy­wać "pry­kami", a która po zro­bie­niu jakie­goś prze­krętu zdo­była, jak to zawsze się u nich dzieje, duży auto­ry­tet, nie udo­wod­niła za pomocą zna­nych tylko sobie "obli­czeń", że wyna­le­zie­nie per­pe­tuum mobile jest kom­plet­nie nie­moż­liwe.

Dzięki twoim wyja­śnie­niom teraz już bar­dzo dobrze rozu­miem, jak działa cylin­der sys­temu Archa­nioła Hari­tona, czyli dokład­nie to, o czym marzyli tam owi nie­szczę­śnicy.

Rze­czy­wi­ście, można śmiało powie­dzieć, że cylin­der sys­temu Archa­nioła Hari­tona może pra­co­wać bez prze­rwy i bez wydat­ko­wa­nia jakie­go­kol­wiek obcego mate­riału, korzy­sta­jąc wyłącz­nie z obec­no­ści samej atmos­fery.

A skoro świat nie może ist­nieć bez pla­net, a więc i bez atmos­fer, to póki ist­nieje świat i tym samym atmos­fery, wyna­le­ziony przez wiel­kiego Archa­nioła Hari­tona cylin­der-beczka będzie funk­cjo­no­wał zawsze.

Teraz mam tylko jesz­cze pyta­nie: Z jakich mate­ria­łów jest zro­biony ów cylin­der-beczka?

Bar­dzo pro­szę, drogi kapi­ta­nie, wyja­śnij mi to w przy­bli­że­niu, a także powiedz, jak trwałe są te mate­riały.

Na to pyta­nie Bel­ze­buba kapi­tan odpo­wie­dział, co nastę­puje:

- Mimo że ten cylin­der-beczka nie trwa wiecz­nie, może w każ­dym razie wytrzy­mać bar­dzo długo.

Jego główna część zbu­do­wana jest z "bursz­tynu" i ma "pla­ty­nowe" obrę­cze, nato­miast wewnątrz jego ścianki pokrywa okła­dzina z "węgla kamien­nego", "mie­dzi", "kości sło­nio­wej" oraz bar­dzo moc­nego "mastyksu", któ­remu nie­straszne są "pejsz­cza­kir"7, "tej­no­ler"8, "salia­ku­riapa"9, a nawet pro­mie­nio­wa­nia sku­pień kosmicz­nych.

Za to inne czę­ści - kon­ty­nu­ował kapi­tan - na przy­kład zewnętrzne dźwi­gnie i koła zębate, trzeba oczy­wi­ście od czasu do czasu remon­to­wać, bo cho­ciaż są zro­bione z naj­moc­niej­szego metalu, jed­nak po dłu­go­trwa­łej eks­plo­ata­cji mogą się zużyć.

Jeśli zaś cho­dzi o sam kor­pus statku, to natu­ral­nie nie da się zagwa­ran­to­wać, jak długo wytrzyma.

Kapi­tan chciał jesz­cze coś powie­dzieć, ale w tym momen­cie po całym statku roz­niósł się długi dźwięk, przy­po­mi­na­jący dobie­ga­jące z oddali wibra­cje molo­wego akordu w wyko­na­niu orkie­stry dętej.

Kapi­tan, prze­pra­sza­jąc, wstał i w biegu wyja­śnił, że na pewno wzy­wany jest w jakiejś bar­dzo waż­nej spra­wie, albo­wiem wszy­scy wie­dzą, iż znaj­duje się u Jego Prze­wie­leb­no­ści, a nikt nie śmiałby nie­po­koić uszu Jego Prze­wie­leb­no­ści z powodu jakie­goś głup­stwa.

Roz­dział 7

Uświa­do­mie­nie sobie praw­dzi­wej powin­no­ści ist­nie­nio­wej

Po wyj­ściu kapi­tana Bel­ze­bub popa­trzył na swego wnuka i zauwa­żyw­szy jego nie­zwy­kły stan, z nie­po­ko­jem zapy­tał tro­skli­wie:

- Co się z tobą dzieje, mój drogi chłop­cze?! Nad czym się tak mocno zasta­na­wiasz?

Spo­glą­da­jąc na dziadka wzro­kiem prze­peł­nio­nym smut­kiem, Has­sin odrzekł w zamy­śle­niu:

- Nie wiem, co się ze mną dzieje, mój drogi dziadku, ale twoja roz­mowa z kapi­ta­nem roz­bu­dziła we mnie bar­dzo przy­gnę­bia­jące reflek­sje.

W tym momen­cie myślą się we mnie takie rze­czy, nad któ­rymi ni­gdy dotąd się nie zasta­na­wia­łem.

Dzięki waszej roz­mo­wie stop­niowo jasno dotarło do mojej świa­do­mo­ści, że w całym Wszech­świe­cie naszego nie­skoń­czo­nego nie wszystko było zawsze takie, jak je dzi­siaj widzę i rozu­miem.

Na przy­kład daw­niej ni­gdy nie dał­bym temu wiary - nawet gdyby taka myśl poja­wiła się we mnie drogą sko­ja­rze­nia - że sta­tek, któ­rym lecimy, wyglą­dał kie­dyś ina­czej, niż wygląda w danym momen­cie. Dopiero teraz jasno poją­łem, że wszystko, czym obec­nie dys­po­nu­jemy i czego uży­wamy, wszel­kie współ­cze­sne uła­twie­nia i wszystko, co jest nam potrzebne do tego, żeby było nam wygod­nie i żeby­śmy mieli dobre samo­po­czu­cie, nie od zawsze ist­niało i nie tak łatwo się poja­wiło.

Oka­zuje się, że w prze­szło­ści pewne istoty musiały się nad tym tru­dzić przez długi czas i zno­sić bar­dzo wiele cier­pień, któ­rych być może mogłyby sobie zaosz­czę­dzić.

Pra­co­wały i cier­piały tylko po to, aby­śmy teraz mogli to wszystko mieć i wyko­rzy­sty­wać z myślą o naszym dobrym samo­po­czu­ciu.

I robiły to - świa­do­mie lub nieświa­do­mie - dla nas, istot zupeł­nie im nie­zna­nych oraz cał­ko­wi­cie obo­jęt­nych.

A teraz my nie tylko nie jeste­śmy im wdzięczni, ale nawet w ogóle nic o nich nie wiemy i ani się nad tą kwe­stią nie zasta­na­wiamy, ani nas ona w ogóle nie zaprząta, ponie­waż uzna­jemy to wszystko za natu­ralny obrót rze­czy.

Na przy­kład ja sam egzy­stuję już we Wszech­świe­cie tyle lat, a jesz­cze ani razu nie przy­szło mi do głowy, że być może ist­niał taki czas, kiedy tego wszyst­kiego, co widzę i mam, nie było, lub że to nie uro­dziło się razem ze mną, tak jak wraz ze mną uro­dził się mój nos.

A więc, mój drogi i dobry dziadku... Teraz, gdy dzięki two­jej roz­mo­wie z kapi­ta­nem stop­niowo zaczą­łem sobie uświa­da­miać to wszystko całą moją obec­no­ścią, rów­no­le­gle poja­wiła się we mnie potrzeba wyja­śnie­nia mojemu rozu­mowi, dla­czego ja oso­bi­ście mam te wszel­kie wygody, z któ­rych obec­nie korzy­stam, a także jakie nakłada to na mnie obo­wiązki.

To wła­śnie z tej przy­czyny zacho­dzi we mnie w tej chwili "pro­ces czy­nie­nia sobie wyrzutu".

Po tych sło­wach Has­sin spu­ścił głowę i zamilkł, a Bel­ze­bub, patrząc na niego z czu­ło­ścią, zaczął mówić, co nastę­puje:

- Radzę ci, mój drogi Has­si­nie, nie zaj­mo­wać się jesz­cze takimi pyta­niami. Pocze­kaj na razie. Gdy nasta­nie wła­ściwy okres two­jej egzy­sten­cji na uświa­do­mie­nie sobie tego rodzaju esen­cjal­nych kwe­stii, będziesz mógł aktyw­nie zasta­no­wić się nad nimi i dopiero wtedy zro­zu­miesz, co powi­nie­neś uczy­nić w zamian.

W twoim wieku nie masz jesz­cze obo­wiązku roz­li­czać się ze swego ist­nie­nia.

Obecny okres two­jego życia to nie czas na pła­ce­nie za swoją egzy­sten­cję, ale na przy­go­to­wa­nie się do przy­szłych obo­wiąz­ków, jakie przy­stoją odpo­wie­dzial­nej isto­cie trój­mó­zgo­wej.

Tym­cza­sem więc dalej egzy­stuj po swo­jemu.

Nie zapo­mi­naj tylko o tym, że w twoim wieku jest abso­lut­nie nie­zbędne, abyś codzien­nie o wscho­dzie słońca, patrząc na odbi­cie jego bla­sku, nawią­zy­wał kon­takt mię­dzy twoją świa­do­mo­ścią i róż­nymi nie­świa­do­mymi czę­ściami two­jej zbior­czej obec­no­ści, a następ­nie, utrzy­mu­jąc ów stan, myślał i prze­ko­ny­wał te swoje nie­świa­dome czę­ści - tak jakby były świa­dome - o tym, że jeśli w pro­ce­sie zwy­kłej egzy­sten­cji będą ci prze­szka­dzać w ogól­nym funk­cjo­no­wa­niu, to w okre­sie two­jego wieku odpo­wie­dzial­nego nie tylko nie będą mogły korzy­stać z należ­nych im i zgod­nych z pra­wem dóbr, ale też twoja zbior­cza obec­ność, któ­rej sta­no­wią część, nie zdoła się stać dobrym sługą naszego wspól­nego nie­skoń­czo­nego stwórcy i tym samym god­nie roz­li­czyć ze swego powsta­nia oraz swego ist­nie­nia.

Na razie, powta­rzam, mój drogi chłop­cze, posta­raj się nie myśleć o kwe­stiach, na które nie przy­szła jesz­cze pora, żebyś o nich myślał.

Wszystko przyj­dzie we wła­ści­wym cza­sie.

A teraz opo­wiem ci o tym, o co tylko mnie zapy­tasz. Naj­wy­raź­niej kapi­tana zatrzy­mały jego obo­wiązki i zapewne nie tak prędko wróci.

Roz­dział 8

Bez­czelny smar­kacz Has­sin, wnuk Bel­ze­buba, odważa się nazwać ludzi "śli­ma­kami"

Has­sin momen­tal­nie zasiadł u stóp Bel­ze­buba i przy­mil­nie powie­dział:

- Drogi dziadku, opo­wiedz mi o tym, o czym ty sam masz ochotę opo­wia­dać. Wszyst­kiego wysłu­cham z ogromną rado­ścią, już choćby dla­tego, że będziesz to mówił wła­śnie ty.

- Nie - zaopo­no­wał Bel­ze­bub - to ty zapy­taj o to, co cię naj­bar­dziej inte­re­suje. W tej chwili naj­więk­szą przy­jem­ność sprawi mi opo­wie­dze­nie ci o tym, czego ty sam chcesz się dowie­dzieć.

- Drogi i kochany dziadku, w takim razie powiedz mi coś o tych... jak im tam?... zapo­mnia­łem!... no... o "śli­ma­kach".

- Co? O jakich znowu śli­ma­kach? - spy­tał Bel­ze­bub, nie zro­zu­miaw­szy pyta­nia chłopca.

- Pamię­tasz, dziadku, nie­dawno, kiedy mówi­łeś o trój­mó­zgo­wych isto­tach, które mają sie­dli­sko na róż­nych pla­ne­tach tego układu sło­necz­nego, gdzie przy­szło ci tak długo egzy­sto­wać, powie­dzia­łeś mię­dzy innymi, że na jed­nej pla­ne­cie... zapo­mnia­łem, jak ją nazwa­łeś, że wła­śnie na tej pla­ne­cie mają sie­dli­sko trój­cen­trowe istoty, które w sumie są do nas podobne, choć ich skóra jest tro­chę bar­dziej śli­ska.

- Aaaaa!!! - zaśmiał się Bel­ze­bub. - Z pew­no­ścią pytasz o te istoty, które mają sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia i nazy­wają sie­bie "ludźmi".

- Tak, dziadku, tak!... Wła­śnie o tych "isto­tach-ludziach" opo­wiedz mi tro­chę bar­dziej szcze­gó­łowo. Chciał­bym dowie­dzieć się o nich cze­goś wię­cej - zakoń­czył Has­sin.

Bel­ze­bub odrzekł:

- Mogę opo­wie­dzieć ci o nich bar­dzo dużo, ponie­waż czę­sto odwie­dza­łem tę pla­netę i przez długi czas egzy­sto­wa­łem wśród tych ziem­skich istot trój­mó­zgo­wych, a nawet zaprzy­jaź­ni­łem się z wie­loma z nich.

Fak­tycz­nie, będzie dla cie­bie bar­dzo inte­re­su­jące, jeśli dowiesz się o nich wię­cej, gdyż są to praw­dziwe ory­gi­nały.

Mają wiele takich cech, jakich nie spo­tkasz u żad­nych innych istot, na żad­nej innej pla­ne­cie naszego Wszech­świata.

Znam je bar­dzo dobrze, ponie­waż byłem świad­kiem ich powsta­nia, jak rów­nież dal­szych eta­pów ich egzy­sten­cji, która - według ich­niej rachuby czasu - toczyła się na moich oczach przez wiele, bar­dzo wiele stu­leci.

Byłem zresztą naocz­nym świad­kiem nie tylko ich poja­wie­nia się, ale także osta­tecz­nego ukształ­to­wa­nia się ich pla­nety.

Kiedy po raz pierw­szy przy­by­li­śmy do tego układu sło­necz­nego i osie­dli­li­śmy się na pla­ne­cie Mars, na pla­ne­cie Zie­mia, która nawet nie zdą­żyła jesz­cze zupeł­nie osty­gnąć po swoim stę­że­niu, nic wtedy nie ist­niało.

Już od samego początku ta pla­neta stała się dla naszego nie­skoń­czo­nego przy­czyną wielu poważ­nych zmar­twień.

Jeśli chcesz, zacznę od tego, że opo­wiem ci o zda­rze­niach, które zwią­zane były z tą pla­netą i miały cha­rak­ter ogól­no­ko­smiczny, a które stały się powo­dem wspo­mnia­nych trosk naszego nie­skoń­czo­nego.

- Tak, mój kochany dziadku, zacznij od tego. Na pewno będzie to tak samo cie­kawe jak wszystko inne, co opo­wia­dasz.

Roz­dział 9

Przy­czyna powsta­nia Księ­życa

Bel­ze­bub roz­po­czął swą opo­wieść tak:

- Po przy­by­ciu na pla­netę Mars, na któ­rej naka­zano nam egzy­sto­wać, zaczę­li­śmy się tam powoli urzą­dzać.

Byli­śmy jesz­cze cał­ko­wi­cie pochło­nięci krzą­ta­niną zwią­zaną z orga­ni­za­cją wszyst­kiego, co oka­zało się zewnętrz­nie nie­zbędne do w miarę zno­śnej egzy­sten­cji pośród tej zupeł­nie obcej nam przy­rody, gdy nagle w cza­sie jed­nego z naj­bar­dziej pra­co­wi­tych dni cała pla­neta Mars zatrzę­sła się, a po chwili roz­szedł się tak "odu­rza­jący" zapach, że w pierw­szym momen­cie wyda­wało się nam, iż wszystko we Wszech­świe­cie zmie­szało się z czymś "nie­wy­sło­wio­nym".

Dopiero po upły­wie dłu­giego czasu, gdy wspo­mniany zapach już się ulot­nił, a my doszli­śmy do sie­bie i stop­niowo zaczę­li­śmy uprzy­tam­niać sobie, co takiego się wyda­rzyło, zro­zu­mie­li­śmy, że przy­czyną tego prze­ra­ża­ją­cego zja­wi­ska była ta sama pla­neta Zie­mia, która okre­sowo tak bar­dzo zbli­żała się do naszej pla­nety Mars, iż nawet bez tesku­ano mogli­śmy ją dokład­nie obser­wo­wać.

Jak się oka­zało, owa pla­neta, z powo­dów, któ­rych nie potra­fi­li­śmy jesz­cze zro­zu­mieć, "pękła" i dwa ode­rwane od niej kawałki odle­ciały w prze­strzeń.

Powie­dzia­łem ci już, że w tam­tym cza­sie ów układ sło­neczny ledwo się ukształ­to­wał i jesz­cze nie w pełni "włą­czył się" do tego, co zwie się "har­mo­nią wza­jem­nego wspie­ra­nia się wszyst­kich sku­pień kosmicz­nych".

Póź­niej wyja­śniło się, że zgod­nie z tą har­mo­nią wza­jem­nego wspie­ra­nia się wszyst­kich sku­pień kosmicz­nych w tym samym ukła­dzie powinna była funk­cjo­no­wać rów­nież pewna kometa tak zwa­nej wiel­kiej orbity, ist­nie­jąca do dziś pod nazwą "Kometa Kon­dur".

Ta kometa, mimo że była już stę­żona, dopiero po raz pierw­szy zakre­ślała wtedy swą "osta­teczną tra­jek­to­rię".

Jak póź­niej wyja­śniły nam w tajem­nicy pewne kom­pe­tentne Święte Indy­wi­dua, tra­jek­to­ria wspo­mnia­nej komety musiała prze­ciąć linię, po któ­rej prze­bie­gała tra­jek­to­ria pla­nety Zie­mia. Otóż w rezul­ta­cie błęd­nych obli­czeń pew­nego Świę­tego Indy­wi­duum, spe­cja­li­sty od spraw Stwo­rze­nia i Wspie­ra­nia Świata, momenty przej­ścia obu tych sku­pień przez punkt prze­cię­cia się ich tra­jek­to­rii zbie­gły się. Ten błąd spo­wo­do­wał, że pla­neta Zie­mia zde­rzyła się z kometą Kon­dur, i to zde­rzyła tak gwał­tow­nie, że wsku­tek tej koli­zji ode­rwały się od Ziemi, jak już wspo­mi­na­łem, dwa duże kawałki, które następ­nie odle­ciały w prze­strzeń.

Owo zde­rze­nie pocią­gnęło za sobą tak poważne następ­stwa, ponie­waż wspo­mniana pla­neta utwo­rzyła się dopiero nie­dawno i jej atmos­fera, która w podob­nej sytu­acji mogłaby posłu­żyć za zde­rzak, nie zdą­żyła się jesz­cze w pełni ufor­mo­wać.

A zatem, mój chłop­cze, nasz nie­skoń­czony został bar­dzo szybko poin­for­mo­wany o tym ogól­no­ko­smicz­nym nie­szczę­ściu.

Zaraz po otrzy­ma­niu takiej wia­do­mo­ści została wysłana z Prze­naj­święt­szego Słońca Abso­lut do układu sło­necz­nego Ors cała komi­sja zło­żona z Anio­łów i Archa­nio­łów - spe­cja­li­stów od spraw Stwo­rze­nia i Wspie­ra­nia Świata - pod prze­wod­nic­twem Wiel­kiego Archa­nioła Sak­ka­kija.

Ta Naj­wyż­sza Komi­sja przy­była na naszą pla­netę Mars, poło­żoną naj­bli­żej pla­nety Zie­mia, i stam­tąd zaczęła pro­wa­dzić swoje docho­dze­nie.

Święci człon­ko­wie Naj­wyż­szej Komi­sji od razu uspo­ko­ili nas, mówiąc, że nie­bez­pie­czeń­stwo kata­strofy na wielką kosmiczną skalę już minęło.

Nato­miast Arcy­in­ży­nier Archa­nioł Alge­ma­tant był tak dobry i oso­bi­ście wyja­śnił nam, iż naj­praw­do­po­dob­niej zda­rzyło się, co nastę­puje:

"Kawałki, które ode­rwały się od pla­nety Zie­mia, jesz­cze zanim poko­nały gra­nicę strefy wpły­wów tej pla­nety, stra­ciły roz­pęd, jakiego nabrały w wyniku wstrząsu, i dla­tego - zgod­nie z "pra­wem spa­da­nia" - zaczęły spa­dać z powro­tem w kie­runku swo­jej masy począt­ko­wej.

Ale spaść na nią nie mogły, ponie­waż tym­cza­sem zdą­żyły już ulec i defi­ni­tyw­nie pod­dać się wpły­wowi kosmicz­nego prawa zwa­nego "pra­wem doga­nia­nia"; to dla­tego będą musiały teraz zakre­ślać regu­larną elipsę wokół ich masy począt­ko­wej - taką samą, jaką ta ostat­nia, czyli pla­neta Zie­mia, zakre­ślała i na­dal zakre­śla wokół swego słońca Ors.

I będzie tak już zawsze, o ile jakieś nowe nie­prze­wi­dziane nie­szczę­ście na dużą skalę nie zmieni tego w taki czy inny spo­sób.

Chwała przy­pad­kowi!... - koń­czył Jego Pan­ta­wy­mia­ro­wość - że od tego wszyst­kiego nie doszło do zakłó­ce­nia har­mo­nij­nego ruchu ogól­no­ukła­do­wego i że spo­kojna egzy­sten­cja układu Ors szybko wró­ciła do normy".

Jed­nakże, mój chłop­cze, wziąw­szy pod uwagę wszyst­kie bie­żące dane, a także zmiany, jakie mogłyby ewen­tu­al­nie zaist­nieć w przy­szło­ści, Naj­wyż­sza Komi­sja stwier­dziła, że choć na razie ode­rwane kawałki pla­nety Zie­mia zacho­wują swoje pozy­cje, to póź­niej - z uwagi na pewne "prze­su­nię­cia tastar­tu­narne" prze­wi­dy­wane przez Komi­sję - mogą je opu­ścić, ścią­ga­jąc wiele nie­od­wra­cal­nych nie­szczęść zarówno na układ Ors, jak i na sąsied­nie układy sło­neczne.

Aby tego unik­nąć, Naj­wyż­sza Komi­sja posta­no­wiła na wszelki wypa­dek pod­jąć zawczasu pewne kroki i uznała, że w danym wypadku naj­lep­szym roz­wią­za­niem będzie dopro­wa­dze­nie do tego, by masa począt­kowa, czyli pla­neta Zie­mia, wspie­rała te dwa ode­rwane od niej kawałki, nie­ustan­nie wysy­ła­jąc do nich święte wibra­cje "Asko­kina".

Święta sub­stan­cja Asko­kin jest wytwa­rzana na pla­ne­tach jedy­nie wtedy, gdy dwa pod­sta­wowe prawa kosmiczne dzia­ła­jące w danej pla­ne­cie, czyli święty "Hep­ta­pa­ra­par­szy­noch" i święte "Tria­ma­zi­kamno", funk­cjo­nują w spo­sób zwany "ilno­so­par­nym", to zna­czy, kiedy te święte kosmiczne prawa ule­gają refrak­cji i mani­fe­stują się na powierzchni danego kosmicz­nego sku­pie­nia samo­dziel­nie - samo­dziel­nie oczy­wi­ście tylko w usta­lo­nych gra­ni­cach.

A więc, mój chłop­cze...

Ponie­waż tego rodzaju reali­za­cja kosmiczna nie może się odbyć bez zezwo­le­nia jego nie­skoń­czo­no­ści, Wielki Archa­nioł Sak­ka­kij, w towa­rzy­stwie kilku świę­tych człon­ków Naj­wyż­szej Komi­sji, wyru­szył natych­miast do jego nie­skoń­czo­no­ści, żeby wyjed­nać u niego rze­czoną zgodę.

Póź­niej, gdy owe Święte Indy­wi­dua uzy­skały zezwo­le­nie nie­skoń­czo­nego, taki pro­ces ilno­so­parny został urze­czy­wist­niony na pla­ne­cie Zie­mia pod kie­run­kiem samego Wiel­kiego Archa­nioła Sak­ka­kija i od tego czasu na tej pla­ne­cie, jak i na wielu innych, wszystko zaczęło powsta­wać "odpo­wied­nio do Ilno­so­parno", dzięki czemu te ode­rwane kawałki, które ist­nieją do dziś, prze­stały gro­zić nie­szczę­ściem na wielką skalę.

Więk­szy z tych dwóch frag­men­tów otrzy­mał wtedy nazwę "Lun­der­perco", nato­miast mniej­szy "Anu­lios", i zwy­kłe istoty trój­mó­zgowe, które potem poja­wiły się na tej pla­ne­cie, tak wła­śnie je na początku nazy­wały; ale istoty, które powstały póź­niej, nada­wały im w róż­nych okre­sach różne nazwy i już cał­kiem nie­dawno więk­szy kawa­łek otrzy­mał miano Księ­życa; jeśli zaś cho­dzi o mniej­szy kawa­łek, to jego nazwa stop­niowo poszła w zapo­mnie­nie, skut­kiem czego istoty współ­cze­sne nie tylko nie nadają mu już żad­nej nazwy, ale nawet nie podej­rze­wają, że ist­nieje.

Warto przy oka­zji zauwa­żyć, że istoty z jed­nego kon­ty­nentu tej pla­nety, zwa­nego "Atlan­tydą", który póź­niej uległ zagła­dzie, wie­działy jesz­cze o tym dru­gim kawałku swo­jej pla­nety i rów­nież nazy­wały go "Anu­lios". Ale istoty z ostat­niego okresu ist­nie­nia tego kon­ty­nentu, w któ­rych zaczęły się już kry­sta­li­zo­wać i sta­wać czę­ścią ich zbior­czej obec­no­ści rezul­taty następstw wła­ści­wo­ści organu o nazwie "kun­da­bu­for" - o któ­rym, jak widać, będę musiał ci opo­wie­dzieć bar­dzo szcze­gó­łowo - zaczęły nazy­wać ten frag­ment "Kimez­paj", co zna­czyło wów­czas: "Ten, który ni­gdy nie pozwala spo­koj­nie spać".

Współ­cze­sne istoty trój­mó­zgowe tej dziw­nej pla­nety nic nie wie­dzą o tym jej nie­gdy­siej­szym frag­men­cie głów­nie dla­tego, że ze względu na sto­sun­kowo małe roz­miary oraz odda­le­nie jest on zupeł­nie nie­wi­doczny dla ich wzroku, a także dla­tego, że żadna "bab­cia" ni­gdy im nie powie­działa, iż w sta­rych dobrych cza­sach wie­dziano o ist­nie­niu owego małego sate­lity ich pla­nety.

Tak więc gdy któ­raś z tych istot widzi go przy­pad­kiem przez tę cał­kiem nie­złą, cho­ciaż tylko dzie­cinną zabawkę zwaną "lunetą", to i tak nie zwraca na niego uwagi, uzna­jąc po pro­stu, że jest to duży aero­lit.

Zresztą współ­cze­sne istoty chyba już ni­gdy go nie dostrzegą, ponie­waż stało się to ich naturą, by widzieć tylko nie­rze­czy­wi­stość.

Trzeba im oddać spra­wie­dli­wość: w ciągu ostat­nich stu­leci fak­tycz­nie z wiel­kim kunsz­tem tak się zme­cha­ni­zo­wały, że niczego real­nego już nie widzą.

A zatem, mój chłop­cze, we wła­ści­wym cza­sie "podo­bień­stwa Cało­ści" lub, jak nazywa się je ina­czej, "Mikro­ko­smosy", zaczęły powsta­wać rów­nież na pla­ne­cie Zie­mia, a następ­nie z tych Mikro­ko­smo­sów ufor­mo­wała się roślin­ność zwana "odu­ri­stolną" i "polor­me­dech­tyczną".

Jesz­cze póź­niej, rów­nież zgod­nie z natu­ral­nym bie­giem rze­czy, te Mikro­ko­smosy zaczęły się gru­po­wać, two­rząc różne formy "Tetar­to­ko­smo­sów" repre­zen­tu­ją­cych wszyst­kie trzy układy mózgów.

To wła­śnie wśród tych ostat­nich poja­wiły się po raz pierw­szy owe dwu­nożne Tetar­to­ko­smosy, które przed chwilą nazwa­łeś "śli­ma­kami".

Innym razem spe­cjal­nie opo­wiem ci o tym, dla­czego i w jaki spo­sób w trak­cie prze­cho­dze­nia pod­sta­wo­wych świę­tych praw w "prawa ilno­so­parne" powstają na pla­ne­tach "podo­bień­stwa Cało­ści", a także o tym, jakie czyn­niki umoż­li­wiają wykształ­ce­nie się takiego czy innego "układu mózgów ist­nie­nio­wych", jak rów­nież ogól­nie o wszyst­kich pra­wach Stwo­rze­nia i Wspie­ra­nia Świata.

Na razie powi­nie­neś wie­dzieć, że te wzbu­dza­jące twoją cie­ka­wość trój­mó­zgowe istoty, które powstają na pla­ne­cie Zie­mia, dys­po­no­wały na początku takimi samymi moż­li­wo­ściami dosko­na­le­nia funk­cji słu­żą­cych do zdo­by­cia ist­nie­nio­wego rozumu, jak te, któ­rymi roz­po­rzą­dzają wszyst­kie Tetar­to­ko­smosy w całym Wszech­świe­cie.

Jed­nakże póź­niej, dokład­nie w cza­sie, gdy dzięki swo­jemu "ist­nie­nio­wemu instynk­towi" zaczęły - jak to się dzieje na innych podob­nych pla­ne­tach naszego Wiel­kiego Wszech­świata - stop­niowo się udu­cha­wiać, na ich nie­szczę­ście zaszło nie­prze­wi­dziane z Góry i godne poża­ło­wa­nia nie­po­ro­zu­mie­nie.

Roz­dział 10

Dla­czego "ludzie" to nie ludzie

Bel­ze­bub wes­tchnął głę­boko, a następ­nie kon­ty­nu­ował swą opo­wieść:

- Według obiek­tyw­nej rachuby czasu minął rok od reali­za­cji na Ziemi "pro­cesu ilno­so­par­nego".

W tym okre­sie pomału zaczęły nale­ży­cie funk­cjo­no­wać pro­cesy inwo­lu­cji i ewo­lu­cji wszyst­kiego, co powsta­wało na tej pla­ne­cie.

Oczy­wi­ście rów­nież odpo­wied­nie dane, potrzebne do uzy­ska­nia obiek­tyw­nego rozumu, stop­niowo kry­sta­li­zo­wały się w tam­tej­szych isto­tach trój­mó­zgo­wych.

Krótko mówiąc, także na tej pla­ne­cie wszystko zaczęło prze­bie­gać w nor­mal­nej i usta­lo­nej kolej­no­ści.

Gdyby więc, mój chłop­cze, po roku nie poja­wiła się tam znowu Naj­wyż­sza Komi­sja pod naczel­nym kie­row­nic­twem tego samego Archa­nioła Sak­ka­kija, to być może ni­gdy nie doszłoby do tych wszyst­kich dal­szych nie­po­ro­zu­mień, które wiążą się z trój­mó­zgo­wymi isto­tami powsta­ją­cymi na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie.

Ta Naj­wyż­sza Komi­sja zstą­piła na Zie­mię po raz drugi, ponie­waż - mimo przed­się­wzię­tych kro­ków, o któ­rych przed chwilą ci mówi­łem - w umy­słach więk­szo­ści jej świę­tych człon­ków nie skry­sta­li­zo­wało się jesz­cze pełne prze­ko­na­nie, iż w przy­szło­ści nie doj­dzie znowu do jakiejś nie­po­żą­da­nej nie­spo­dzianki.

A zatem, nim jesz­cze zwe­ry­fi­ko­wano na miej­scu rezul­taty tych wcze­śniej doko­na­nych posu­nięć, Naj­wyż­sza Komi­sja dla wła­snego spo­koju posta­no­wiła zasto­so­wać na wszelki wypa­dek inne spe­cjalne środki, wśród któ­rych zna­lazł się rów­nież ten, któ­rego następ­stwa z cza­sem nie tylko oka­zały się prze­raź­liwe dla trój­mó­zgo­wych istot powsta­ją­cych na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie, ale także dla całego Wiel­kiego Wszech­świata przy­brały postać cze­goś w rodzaj zło­śli­wego wrzodu.

Otóż musisz wie­dzieć, że jesz­cze przed dru­gim zstą­pie­niem Naj­wyż­szej Komi­sji stop­niowo zaczęło się w nich rodzić - jak zresztą we wszyst­kich trój­mó­zgo­wych isto­tach - to, co zwie się "mecha­nicz­nym instynk­tem".

Święci człon­ko­wie Naj­wyż­szej Komi­sji uznali wtedy, że jeśli w dwu­noż­nych trój­mó­zgo­wych isto­tach z tej pla­nety ów mecha­niczny instynkt będzie się dosko­na­lił - jak to zazwy­czaj się dzieje wśród trój­cen­tro­wych istot - zmie­rza­jąc do osią­gnię­cia obiek­tyw­nego rozumu, to a nuż przed­wcze­śnie uświa­do­mią sobie one praw­dziwe przy­czyny swo­jego powsta­nia i spo­wo­dują przez to masę nie­przy­jem­no­ści; a wów­czas mogłoby się nawet zda­rzyć, że zro­zu­miaw­szy powód swego przyj­ścia na świat, mia­no­wi­cie to, iż swoim ist­nie­niem wspie­rają ode­rwane kawałki ich pla­nety, i prze­ko­naw­szy się o swoim nie­wol­ni­czym pod­po­rząd­ko­wa­niu oko­licz­no­ściom, z któ­rymi nie mają nic wspól­nego, nie zechcą kon­ty­nu­ować swo­jej egzy­sten­cji i dla zasady same zaczną się uni­ce­stwiać.

Mając to na uwa­dze, mój chłop­cze, Naj­wyż­sza Komi­sja posta­no­wiła wtedy mię­dzy innymi wsz­cze­pić na jakiś czas w zbior­czą obec­ność tych tam­tej­szych trój­mó­zgo­wych istot spe­cjalny organ obda­rzony takimi wła­ści­wo­ściami, że po pierw­sze, zaczną one postrze­gać rze­czy­wi­stość na opak, a po dru­gie, że dowolne pocho­dzące z zewnątrz powtó­rzone wra­że­nie spo­wo­duje skry­sta­li­zo­wa­nie się w nich danych, które będą mogły two­rzyć czyn­niki wywo­łu­jące w nich dozna­nia "zado­wo­le­nia" i "przy­jem­no­ści".

Tak więc z pomocą głów­nego ogól­now­szech­świa­to­wego Arcy-Che­mika-Fizyka Anioła Luizosa, który nale­żał do tej Naj­wyż­szej Komi­sji, jej człon­ko­wie w spe­cjalny spo­sób wyho­do­wali w tam­tej­szych trój­mó­zgo­wych isto­tach u nasady ich ogona - ponie­waż na początku one także go miały i ta część ich zbior­czej obec­no­ści wyglą­dała jesz­cze nor­mal­nie oraz wyra­żała, by tak rzec, "peł­nię swego ist­nie­nio­wego zna­cze­nia" - a zatem, jak powie­dzia­łem, wyho­do­wali u pod­stawy krę­go­słupa "coś", co sprzy­jało powsta­niu wspo­mnia­nych wła­ści­wo­ści.

I to "coś" jako pierwsi nazwali "orga­nem kun­da­bu­for".

Wyho­do­waw­szy taki organ w obec­no­ściach trój­mó­zgo­wych istot i upew­niw­szy się w prak­tyce, że działa, Naj­wyż­sza Komi­sja zło­żona ze Świę­tych Indy­wi­duów, z Archa­nio­łem Sak­ka­ki­jem na czele, odzy­skała spo­kój i z czy­stym sumie­niem powró­ciła do cen­trum, pod­czas gdy na pla­ne­cie Zie­mia, która wzbu­dziła twoje zain­te­re­so­wa­nie, funk­cjo­no­wa­nie tego zdu­mie­wa­ją­cego i nad­zwy­czaj pomy­sło­wego wyna­lazku już od pierw­szego dnia zaczęło się roz­wi­jać, cytu­jąc mądrego Mułłę Nasr Eddina, "na całą trąbę jery­choń­ską".

Teraz, żebyś choć w przy­bli­że­niu mógł pojąć, na czym pole­gają rezul­taty wła­ści­wo­ści organu będą­cego wyna­laz­kiem i dzie­łem nie­zrów­na­nego Anioła Luizosa - bło­go­sła­wione nie­chaj będzie imię jego na wieki wie­ków! - musisz koniecz­nie poznać roz­ma­ite prze­jawy trój­mó­zgo­wych istot tej pla­nety, i to zarówno z tego okresu, gdy w ich obec­no­ściach ist­niał jesz­cze organ kun­da­bu­for, jak i z okre­sów póź­niej­szych, ponie­waż na prze­kór temu, że ów zdu­mie­wa­jący organ oraz jego wła­ści­wo­ści ule­gły w nich znisz­cze­niu, w ich obec­no­ściach zaczęły się kry­sta­li­zo­wać z wielu przy­czyn następ­stwa tych wła­ści­wo­ści.

Ale to wyja­śnię ci póź­niej. Na razie powi­nie­neś wie­dzieć, że po trzech latach, według obiek­tyw­nej rachuby czasu, Naj­wyż­sza Komi­sja zstą­piła tam jesz­cze po raz trzeci, tym razem jed­nak pod kie­run­kiem Prze­ar­cy­se­ra­fina Sewo­ta­ftra, albo­wiem Wielki Archa­nioł Sak­ka­kij zasłu­żył już sobie wtedy na to, by stać się takim boskim Indy­wi­duum, jakim jawi się do dzi­siaj, a mia­no­wi­cie jedną z czte­rech Ostoi Czte­rech Stron całego Wszech­świata.

Pod­czas tego trze­ciego zstą­pie­nia święci człon­ko­wie trze­ciej Naj­wyż­szej Komi­sji, usta­liw­szy dzięki swoim wszech­stron­nym bada­niom, że wspo­ma­ga­nie egzy­sten­cji ode­rwa­nych kawał­ków nie wymaga już sto­so­wa­nia spe­cjal­nych środ­ków zapo­bie­gaw­czych, mię­dzy innymi znisz­czyli w zbior­czych obec­no­ściach tam­tej­szych trój­mó­zgo­wych istot - jak zwy­kle przy pomocy Arcy-Che­mika-Fizyka Anioła Luizosa - wspo­mniany organ kun­da­bu­for wraz ze wszyst­kimi jego zadzi­wia­ją­cymi wła­ści­wo­ściami.

Wróćmy jed­nak teraz do naszej opo­wie­ści.

Otóż kiedy nasza kon­ster­na­cja spo­wo­do­wana kata­strofą, która zagro­ziła całemu ukła­dowi sło­necz­nemu, już minęła, wtedy po cichu znowu zabra­li­śmy się na pla­ne­cie Mars do, tak nie­spo­dzie­wa­nie prze­rwa­nego, urzą­dza­nia się w tym nowym miej­scu.

Po jakimś cza­sie wszy­scy oswo­ili­śmy się już z oko­liczną przy­rodą i zaczę­li­śmy przy­sto­so­wy­wać się do ist­nie­ją­cych tam warun­ków.

Jak powie­dzia­łem wcze­śniej, wielu z naszych osie­dliło się na stałe na pla­ne­cie Mars, a pozo­stali albo odje­chali, albo przy­go­to­wy­wali się do wyjazdu na inne pla­nety tego układu sło­necz­nego na statku "Oka­zja", który oddano do dys­po­zy­cji isto­tom naszego ple­mie­nia na potrzeby komu­ni­ka­cji mię­dzy­pla­ne­tar­nej.

Ja jed­nak razem z kil­koma moimi krew­nymi i bli­skimi posta­no­wi­łem pozo­stać na pla­ne­cie Mars.

Musisz wie­dzieć, że w okre­sie, do któ­rego odnosi się ta opo­wieść, moje pierw­sze tesku­ano zostało już zain­sta­lo­wane w obser­wa­to­rium, które zbu­do­wa­łem na pla­ne­cie Mars i na któ­rego wypo­sa­ża­niu oraz uspraw­nia­niu sku­piała się wtedy cała moja uwaga, a to dla­tego, że zale­żało mi na tym, by mieć moż­li­wość pro­wa­dze­nia bar­dziej szcze­gó­ło­wych badań zarówno odle­głych sku­pień naszego Wiel­kiego Wszech­świata, jak i pla­net tego układu sło­necz­nego.

To wła­śnie wtedy jed­nym z obiek­tów moich obser­wa­cji stała się pla­neta Zie­mia.

Czas pły­nął.

Rów­nież na tej pla­ne­cie pro­ces egzy­sten­cji stop­niowo się usta­bi­li­zo­wał i pozor­nie wyda­wało się, że prze­biega dokład­nie tak samo jak na wszyst­kich innych pla­ne­tach.

Ale przy uważ­nej obser­wa­cji można było, po pierw­sze, wyraź­nie dostrzec, że liczba tam­tej­szych istot trój­mó­zgo­wych stop­niowo wzra­sta, a po dru­gie, zauwa­żyć nie­kiedy ich bar­dzo dziwne prze­jawy pole­ga­jące na tym, że od czasu do czasu robiły coś takiego, czym ni­gdy na innych pla­ne­tach nie zaj­mo­wały się trój­mó­zgowe istoty, a mia­no­wi­cie nagle zaczy­nały ni stąd, ni zowąd uni­ce­stwiać się nawza­jem.

Cza­sami to wza­jemne uni­ce­stwia­nie swo­jej egzy­sten­cji działo się nie tylko w jed­nym regio­nie, ale w kilku naraz, i trwało nie jeden, lecz wiele "dio­no­sków"10, a bywało nawet, że cią­gnęło się całymi "orna­krami"11.

W pew­nych okre­sach można było zauwa­żyć, że ów prze­raź­liwy pro­ces powo­do­wał, iż ich liczba gwał­tow­nie malała, a w innych okre­sach, gdy w takich pro­cesach nastę­po­wał zastój, ich liczba wyraź­nie rosła.

Stop­niowo przy­zwy­cza­ili­śmy się do tej dru­giej oso­bli­wo­ści, tłu­ma­cząc sobie, że naj­wy­raź­niej to także jest wła­ści­wość, którą z jakichś waż­kich wzglę­dów organ kun­da­bu­for został obda­rzony przez Naj­wyż­szą Komi­sję; innymi słowy, widząc płod­ność tych dwu­noż­nych istot, uzna­li­śmy wtedy, że jest ona zamie­rzona i że utrzy­ma­nie ogól­no­ko­smicz­nego har­mo­nij­nego ruchu wymaga tego, by ist­niało ich tak wiele.

Gdyby nie ta ich dziwna oso­bli­wość, ni­gdy by nikomu nie przy­szło do głowy, że na tej pla­ne­cie "coś jest nie tak".

W okre­sie, o któ­rym mówię, zdą­ży­łem odwie­dzić pra­wie wszyst­kie pla­nety tego układu sło­necz­nego, zarówno te zamiesz­kane, jak i te na razie jesz­cze niezamiesz­kane.

Mnie oso­bi­ście naj­bar­dziej ze wszyst­kich spodo­bały się trój­cen­trowe istoty, które żyją na pla­ne­cie o nazwie "Saturn" i które z wyglądu nie mają z nami nic wspól­nego, lecz przy­po­mi­nają istoty-ptaki zwane "kru­kami".

Warto przy oka­zji nad­mie­nić, że z jakie­goś powodu istoty-ptaki zwane kru­kami można spo­tkać na nie­mal wszyst­kich pla­ne­tach, i to nie tylko tego układu sło­necz­nego, ale także na pra­wie wszyst­kich pla­ne­tach całego Wiel­kiego Wszech­świata, na któ­rych powstają istoty obda­rzone róż­nymi ukła­dami mózgów i oble­ka­jące się w ciała pla­ne­tarne o roz­ma­itych for­mach.

Kon­takty wer­balne tych istot-kru­ków z pla­nety Saturn przy­po­mi­nają tro­chę nasze wła­sne.

A co się tyczy samego ich gwaru, to moim zda­niem jest on naj­pięk­niej­szy ze wszyst­kich, jakie kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem.

Można go porów­nać do głosu naszych zna­ko­mi­tych śpie­wa­ków, kiedy całym swym jeste­stwem śpie­wają w tona­cji molo­wej.

Nato­miast jeśli cho­dzi o ich sto­sunki z innymi, to one... nie wiem nawet, jak to wyja­śnić... to da się zro­zu­mieć, tylko żyjąc wśród nich i doświad­cza­jąc tego na sobie.

Wszystko, co można powie­dzieć, to że owe istoty-ptaki mają serca takie same jak anio­ło­wie naj­bliżsi naszego nie­skoń­czo­nego stwórcy i sprawcy.

Egzy­stują one ści­śle podług dzie­wią­tego przy­ka­za­nia naszego stwórcy, które mówi:

"Na wszystko, co należy do innych, patrz jak na swoje wła­sne i tak się z tym obchodź".

Na pewno póź­niej bar­dziej szcze­gó­łowo opo­wiem ci o trój­mó­zgo­wych isto­tach, które powstają i mają sie­dli­sko na pla­ne­cie Saturn, ponie­waż przez cały okres mego wygna­nia do tego układu sło­necz­nego moim praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem była wła­śnie istota z tej pla­nety, która miała zewnętrzną powłokę kruka i nazy­wała się "Har­charch".

Roz­dział 11

Pikantny rys ory­gi­nal­nej psy­chiki ludzi

- Poroz­ma­wiajmy jesz­cze o tych trój­mó­zgo­wych isto­tach z pla­nety Zie­mia, które wzbu­dziły twoje naj­więk­sze zain­te­re­so­wa­nie, a które nazwa­łeś "śli­ma­kami".

W pierw­szej kolej­no­ści chciał­bym wyra­zić moją oso­bi­stą radość z powodu tego, że znaj­du­jesz się teraz bar­dzo daleko od tych trój­cen­tro­wych istot, które okre­śli­łeś takim "uwła­cza­ją­cym ich god­no­ści" sło­wem, a także z tego, że one nijak się o tym nie dowie­dzą.

Czy wyobra­żasz sobie, moje biedne, jesz­cze nie­świa­dome sie­bie dziecko, co tam­tej­sze istoty, szcze­gól­nie te współ­cze­sne, zro­bi­łyby ci, gdyby usły­szały, jak je nazwa­łeś?

Czy potra­fisz zro­zu­mieć, co by się z tobą stało, jeśli zna­la­zł­byś się tam i gdyby dobrały się do cie­bie? Wystar­czy tylko, że o tym mówię, a już ogar­nia mnie zgroza.

W naj­lep­szym razie spra­wi­łyby ci takie lanie, że, jak powiada nasz Mułła Nasr Eddin, "nie pozbie­rał­byś się do następ­nego zbioru brzo­zo­wych rózeg".

Na wszelki wypa­dek radzę ci, żebyś zawsze, zanim zaczniesz coś nowego, bło­go­sła­wił los i bła­gał, aby zmi­ło­wał się nad tobą, nie­ustan­nie czu­wał i nie dopu­ścił do tego, by istoty z pla­nety Zie­mia mogły kie­dy­kol­wiek się domy­ślić, że wła­śnie ty, mój uko­chany i jedyny wnuk, ośmie­li­łeś się nazwać je "śli­ma­kami".

Cho­dzi o to, że obser­wu­jąc je z pla­nety Mars, a także w okre­sach, kiedy prze­by­wa­łem wśród nich, udało mi się dogłęb­nie poznać psy­chikę tych dziw­nych trój­mó­zgo­wych istot i dla­tego dosko­nale wiem, co zro­bi­łyby komuś, kto odwa­żyłby się prze­zwać je w ten spo­sób.

Wpraw­dzie nazwa­łeś je tak tylko przez dzie­cięcą naiw­ność, ale trój­mó­zgowe istoty tej ory­gi­nal­nej pla­nety, szcze­gól­nie te współ­cze­sne, nie znają się na takich niu­an­sach.

Kto je tak nazwał, dla­czego tak nazwał i w jakich oko­licz­no­ściach? Czyż to nie wszystko jedno?! Raz uży­łeś w sto­sunku do nich słowa, które uznają za obraź­liwe - i to już wystar­czy.

Więk­szość z nich uważa, że roz­wo­dze­nie się nad tym to po pro­stu, jak same mówią, "prze­le­wa­nie z pustego w próżne".

Jak­kol­wiek by było, nazy­wa­jąc tak obraź­li­wym sło­wem trój­mó­zgowe istoty, które mają sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia, postą­pi­łeś bar­dzo nie­roz­waż­nie; po pierw­sze dla­tego, że wzbu­dziło to mój nie­po­kój o cie­bie, a po dru­gie, stwo­rzy­łeś dla sie­bie samego zagro­że­nie na przy­szłość.

Rzecz w tym, że cho­ciaż, jak już powie­dzia­łem, znaj­du­jesz się od nich bar­dzo daleko, a więc nie mogą cię zła­pać i uka­rać oso­bi­ście, nie­mniej jed­nak, jeśli wbrew prze­wi­dy­wa­niom przy­pad­kowo, choćby z dwu­dzie­stej ręki, dowie­dzą się o tym, jak je obra­zi­łeś, to już nic nie uchroni cię od ich auten­tycz­nej "ana­temy" - a to, jakich pro­por­cji nabie­rze ta ana­tema, zależy tylko od tego, co w danej chwili będzie zaprzą­tać ich uwagę.

Warto zresztą opi­sać, co zro­bi­łyby te ziem­skie istoty, gdyby się przy­pad­kiem dowie­działy, że je obra­zi­łeś. Taki opis pozwoli dobrze naświe­tlić dziwne cechy psy­chiki tych trój­mó­zgo­wych istot, które wzbu­dziły twoją cie­ka­wość.

Z powodu podob­nego zaj­ścia, czyli tej two­jej obrazy, one od ręki - zakła­da­jąc, że z braku innych bez­sen­sow­nych zajęć pano­wałby wśród nich w danej chwili względny "spo­kój" - przy­stą­pią w uprzed­nio wybra­nym miej­scu i z zapro­szo­nymi gośćmi, oczy­wi­ście ubra­nymi w spe­cjal­nie zapro­jek­to­wane na takie oka­zje stroje, do orga­ni­zo­wa­nia tego, co zwą "uro­czy­stą naradą".

Naj­pierw obo­wiąz­kowo wybiorą spo­śród sie­bie "prze­wod­ni­czą­cego" owej uro­czy­stej narady i dopiero po tym wdrożą postę­po­wa­nie.

W pierw­szej kolej­no­ści, jak same się wyra­żają, "nie zosta­wią na tobie suchej nitki", i zresztą nie tylko na tobie, ale także na twoim ojcu, dziadku... i być może dojdą nawet do Adama.

A potem, jeśli uznają - oczy­wi­ście obo­wiąz­kowo "więk­szo­ścią gło­sów" - że jesteś "winny", to wyzna­czą ci karę zgod­nie z prze­pi­sami kodeksu kar­nego, który spo­rzą­dziły daw­niej na pod­sta­wie ana­lo­gicz­nych "gier kukieł­ko­wych" istoty zwane "sta­rymi próch­nami".

Gdyby jed­nak przy­pad­kiem uznały więk­szo­ścią gło­sów, że w twoim postę­po­wa­niu nie było niczego kary­god­nego - rzecz raczej wśród nich nie­spo­ty­kana - to ta cała ich "roz­prawa", szcze­gó­łowo zre­fe­ro­wana na papie­rze i przez wszyst­kich pod­pi­sana, trafi... pew­nie myślisz, do ognia? Nie!... do odpo­wied­nich spe­cja­li­stów, czyli w danym wypadku do instan­cji, którą same nazy­wają "Świę­tym Syno­dem". Tam pro­ce­dura jest iden­tyczna, z takim wyjąt­kiem, że tym razem twój wystę­pek będą oce­niać istoty "ważne".

I dopiero na samym końcu tego ich "prze­le­wa­nia z pustego w próżne" uświa­do­mią sobie rzecz pod­sta­wową, czyli fakt, że oskar­żony znaj­duje się poza ich zasię­giem.

Wła­śnie tu poja­wia się główne nie­bez­pie­czeń­stwo dla two­jej osoby, ponie­waż gdy "ponad wszelką wąt­pli­wość" ustalą, że nie można cię schwy­tać, wów­czas posta­no­wią - tym razem już jed­no­gło­śnie - ni mniej, ni wię­cej, tylko "rzu­cić na cie­bie ana­temę", o któ­rej ci wcze­śniej wspo­mi­na­łem.

A wiesz, co to jest i jak to się sto­suje? Nie?...

Więc słu­chaj i drżyj...

"Naj­waż­niej­sze" istoty wyda­dzą roz­po­rzą­dze­nie wszyst­kim pozo­sta­łym isto­tom, by te w trak­cie odpo­wied­nich cere­mo­nii, odpra­wia­nych na spe­cjalne oka­zje przez spe­cjal­nych kapła­nów we wszyst­kich odpo­wied­nich ich­nich pla­ców­kach, takich jak "kościoły", "kaplice", "syna­gogi", "ratu­sze" itd., życzyły ci w myślach cze­goś w rodzaju:

Żebyś stra­cił rogi, żeby ci włosy przed­wcze­śnie posi­wiały, żeby jedze­nie w twoim żołądku zamie­niło się w tapi­cer­skie gwoź­dzie, żeby język two­jej przy­szłej żony zro­bił się trzy razy dłuż­szy, a na koniec poży­czy­łyby ci jesz­cze, żeby kawa­łek two­jego ulu­bio­nego cia­sta, kiedy przy­ło­żysz go do ust, zmie­nił się w pastę do butów, i tak dalej w tym samym duchu.

Czy teraz już rozu­miesz, na jakie nie­bez­pie­czeń­stwo się nara­zi­łeś, nazy­wa­jąc tych odle­głych trój­mó­zgo­wych dzi­wa­ków "śli­ma­kami"?

Wypo­wie­dziaw­szy te słowa, Bel­ze­bub z uśmie­chem popa­trzył na swego ulu­bieńca.

Roz­dział 12

Pierw­sze "wark­nię­cie"

Po krót­kiej prze­rwie Bel­ze­bub kon­ty­nu­ował:

- Ta histo­ria z "ana­temą" przy­wio­dła mi na myśl jesz­cze inną histo­rię, która moim zda­niem dostar­czy bar­dzo dobrego mate­riału do wyja­śnie­nia dzi­wacz­no­ści psy­chiki trój­mó­zgo­wych istot tej przy­pa­dłej ci do gustu pla­nety; co wię­cej, opo­wieść ta powinna też tro­chę cię uspo­koić i wzbu­dzić nadzieję, że nawet gdyby te ory­gi­nalne ziem­skie istoty przy­pad­kiem się dowie­działy, jak je obra­zi­łeś, i rzu­ciły na cie­bie wspo­mnianą ana­temę, to i tak ty sam wyj­dziesz na tym być może cał­kiem "nie­źle".

Histo­ria, którą zamie­rzam ci opo­wie­dzieć, zda­rzyła się bar­dzo nie­dawno wśród tam­tej­szych istot trój­mó­zgo­wych, a wywo­łały ją nastę­pu­jące wyda­rze­nia:

W jed­nym z ich dużych spo­łe­czeństw żyła sobie spo­koj­nie pewna zwy­czajna istota upra­wia­jąca zawód, jak to się tam okre­śla, "pisa­rza".

Nawia­sem mówiąc, zapa­mię­taj także to, że w zamierz­chłej prze­szło­ści wśród istot wyko­nu­ją­cych ów zawód dość czę­sto można było spo­tkać takie istoty, które naprawdę coś same wymy­ślały i pisały, ale w póź­niej­szych cza­sach, a szcze­gól­nie ostat­nio, tam­tejsi "pisa­rze" prze­pi­sują już tylko z roz­ma­itych ksią­żek - naj­le­piej jak naj­star­szych - prze­różne pasu­jące do sie­bie zda­nia i w ten spo­sób two­rzą "nową" książkę.

Warto zauwa­żyć, a nawet pod­kre­ślić, że wszyst­kie książki napi­sane w ciągu ostat­nich wie­ków przez tych ich­nich współ­cze­snych pisa­rzy stały się jed­nym z głów­nych czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na to, że szybko, nawet bar­dzo szybko, rozum pozo­sta­łych tam­tej­szych istot trój­mó­zgo­wych nabrał, jeśli cho­dzi o lek­kość, cech eteru.

A więc, mój chłop­cze...

Ów współ­cze­sny pisarz, o któ­rym zaczą­łem mówić, był takim samym pisa­rzem jak wszy­scy pozo­stali tam­tejsi pisa­rze i niczym spe­cjal­nym się nie wyróż­niał.

Pew­nego razu, gdy skoń­czył któ­rąś ze swo­ich ksią­żek, zaczął zasta­na­wiać się nad tym, o czym jesz­cze mógłby napi­sać, i posta­no­wił wtedy poszu­kać jakiejś nowej "idei" w książ­kach ze swo­jej "biblio­teki", którą obo­wiąz­kowo musi mieć każdy tam­tej­szy pisarz.

W trak­cie tych poszu­ki­wań przy­pad­kiem wpa­dła mu w ręce książka pod tytu­łem "Ewan­ge­lie".

"Ewan­ge­liami" nazywa się tam książkę napi­saną kie­dyś przez nie­ja­kiego Mate­usza, Marka, Łuka­sza i Jana o Jezu­sie Chry­stu­sie, posłańcu naszego nie­skoń­czo­nego na tę pla­netę.

Książka ta jest bar­dzo sze­roko roz­po­wszech­niona wśród tam­tej­szych trój­cen­tro­wych istot, które ponoć egzy­stują zgod­nie ze wska­zów­kami tego posłańca.

Kiedy owa książka wpa­dła przy­pad­kiem w ręce wspo­mnia­nego pisa­rza, w jego gło­wie zaświ­tała nagle myśl: "Dla­czego ja sam nie mógł­bym napi­sać "Ewan­ge­lii"?".

Pewne bada­nia, które prze­pro­wa­dzi­łem w zupeł­nie innym celu, wyka­zały mi, że roz­my­ślał on wów­czas w nastę­pu­jący spo­sób:

"W czym jestem gor­szy od tych antycz­nych dzi­ku­sów, Mate­usza, Marka, Łuka­sza i Jana?!

W grun­cie rze­czy jestem od nich bar­dziej "ucy­wi­li­zo­wany" i mógł­bym napi­sać dla współ­cze­snych czy­tel­ni­ków o wiele lep­szą "Ewan­ge­lię".

Zresztą taką "Ewan­ge­lię" trzeba koniecz­nie napi­sać, ponie­waż dzi­siejsi "Anglicy" i "Ame­ry­ka­nie" bar­dzo lubią tę książkę, a kurs gieł­dowy ich fun­tów i dola­rów jest obec­nie wyjąt­kowo wysoki".

Jak pomy­ślał, tak zro­bił.

I jesz­cze tego samego dnia zaczął wymą­drzać nową "Ewan­ge­lię".

Ale kiedy tylko ją ukoń­czył i oddał do dru­karni, od razu zaczęły się wszyst­kie pery­pe­tie zwią­zane z tą jego nową "Ewan­ge­lią".

Gdyby czasy były inne, pew­nie nic by się nie wyda­rzyło i ta jego "Ewan­ge­lia" tra­fi­łaby po pro­stu do biblio­tek tam­tej­szych biblio­ma­nów, zaj­mu­jąc miej­sce pomię­dzy wie­loma innymi książ­kami wykła­da­ją­cymi podobne "prawdy".

Ale na szczę­ście lub nieszczę­ście tego pisa­rza pew­nym "isto­tom dzier­żą­cym wła­dzę" w tym dużym spo­łe­czeń­stwie, w któ­rym toczyła się jego egzy­sten­cja, bar­dzo się nie wio­dło w "ruletce" i "baka­ra­cie", toteż nie­ustan­nie doma­gały się od pro­stych istot ich spo­łe­czeń­stwa, by te wysy­łały im za gra­nicę to, co nazywa się tam "pie­niędzmi". Ponie­waż tym razem ich żąda­nia prze­brały miarę, te zwy­czajne istoty w końcu prze­bu­dziły się ze swo­jej nawy­ko­wej, by tak rzec, śpiączki i zaczęły "się sta­wiać".

Widząc to, dzier­żące wła­dzę istoty, które zostały u sie­bie, zanie­po­ko­iły się i się­gnęły po odpo­wied­nie "środki".

Do tych "środ­ków" nale­żało też natych­mia­stowe zmie­ce­nie z powierzchni ich pla­nety wszyst­kiego, co powstało ostat­nio w ich ojczyź­nie i co mogłoby prze­szka­dzać zwy­kłym isto­tom ich spo­łe­czeń­stwa w ponow­nym zapad­nię­ciu w śpiączkę.

Tak się zło­żyło, że aku­rat w tym okre­sie uka­zała się "Ewan­ge­lia" wspo­mnia­nego pisa­rza.

Istoty dzier­żące wła­dzę doszu­kały się w tre­ści tej nowej "Ewan­ge­lii" cze­goś, co ich zda­niem prze­szka­dzało zwy­kłym isto­tom ich spo­łe­czeń­stwa w takim ponow­nym zapad­nię­ciu w śpiączkę, a ponie­waż do tego czasu nabrały już wiel­kiej wprawy w pozby­wa­niu się takich rodzi­mych "karie­ro­wi­czów", któ­rzy mie­szają się do nie swo­ich spraw, posta­no­wiły więc natych­miast skoń­czyć z samym pisa­rzem oraz z jego "Ewan­ge­lią".

Oka­zało się jed­nak, że z jakichś wzglę­dów z tym pisa­rzem nie dało się tego zro­bić, co bar­dzo je zanie­po­ko­iło, i dla­tego długo zasta­na­wiały się oraz radziły, jak w tej sytu­acji należy postą­pić.

Nie­które z nich zapro­po­no­wały, żeby po pro­stu zamknąć go tam, gdzie lęgnie się wiele szczu­rów i plu­skiew, a inne suge­ro­wały, żeby "posłać go na białe niedź­wie­dzie" itd., itp. W końcu jed­nak posta­no­wiły publicz­nie, zgod­nie z wszel­kimi zasa­dami i z całą pompą, rzu­cić na tego pisa­rza oraz na jego "Ewan­ge­lię" taką samą "ana­temę", jaką nie­wąt­pli­wie rzu­ci­łyby także na cie­bie, gdyby się dowie­działy, jak je obra­zi­łeś.

A oto, mój chłop­cze, w jaki spo­sób prze­ja­wiła się w danym wypadku dzi­wacz­ność psy­chiki współ­cze­snych istot trój­mó­zgo­wych tej ory­gi­nal­nej pla­nety: ów fakt publicz­nego rzu­ce­nia ana­temy na tego pisa­rza i na jego "Ewan­ge­lię" oka­zał się dla niego samego - jak powiada czci­godny Mułła Nasr Eddin - "manną z nieba".

Doszło do tego w nastę­pu­jący spo­sób:

Zwy­kłe istoty tego spo­łe­czeń­stwa, widząc, że istoty dzier­żące wła­dzę poświę­ciły mu tyle "uwagi", same bar­dzo się nim zain­te­re­so­wały i zaczęły zachłan­nie kupo­wać oraz czy­tać nie tylko jego nową "Ewan­ge­lię", ale też pozo­stałe książki, które napi­sał wcze­śniej.

Od tej chwili, jak to się zwy­kle dzieje z trój­cen­tro­wymi isto­tami, które mają sie­dli­sko na tej ory­gi­nal­nej pla­ne­cie, stop­niowo porzu­ciły one wszyst­kie inne zain­te­re­so­wa­nia i zajęły się wyłącz­nie tym pisa­rzem.

Zgod­nie z panu­ją­cym tam zwy­cza­jem, gdy jedni go wychwa­lali, inni od razu zaczy­nali go oczer­niać i wsku­tek takich pole­mik liczba osób, które się nim zain­te­re­so­wały, rosła nie tylko tam, na miej­scu, ale także w innych spo­łe­czeń­stwach.

A przy­czy­niły się do tego istoty dzier­żące wła­dzę, które odwie­dzały po kolei, zwy­kle z kie­sze­niami wypcha­nymi pie­niędzmi, inne spo­łe­czeń­stwa, gdzie grano w ruletkę i baka­rata, i toczyły tam nie­ustanne spory na temat tego pisa­rza, stop­niowo zara­ża­jąc owym tema­tem rów­nież istoty z tych innych spo­łe­czeństw.

Krótko mówiąc, dzięki dzi­wacz­no­ści ich­niej psy­chiki, cho­ciaż o samej "Ewan­ge­lii" już dawno zapo­mniano, to jej autor do dzi­siaj pra­wie wszę­dzie cie­szy się sławą wybit­nego pisa­rza.

Teraz więc o czym­kol­wiek by ten pisarz napi­sał, każdy rzuca się na jego dzieła i uznaje je za bez­sporną prawdę.

Wszy­scy odno­szą się do jego pism z takim nabo­żeń­stwem, z jakim sta­ro­żytni Kal­kia­nie słu­chali wieszczb swo­ich świę­tych "pytii".

Warto w tym miej­scu zauwa­żyć, że jeśli dzi­siaj zapy­tasz tam kogo­kol­wiek o tego pisa­rza, to okaże się, iż każdy go zna i oczy­wi­ście uznaje za istotę nie­zwy­kłą.

Ale jeśli rów­no­cze­śnie spy­tasz, o czym on pisze, to więk­szość z nich przy­zna się - oczy­wi­ście pod warun­kiem że będą szcze­rzy - iż nie prze­czy­tała ani jed­nej jego książki. Co zresztą nie prze­szko­dzi im toczyć na jego temat spo­rów i roz­mów, a nawet upie­rać się z pianą na ustach, że ów pisarz to istota o "wyjąt­ko­wym umy­śle" i feno­me­nalny znawca psy­chiki istot zamiesz­ku­ją­cych pla­netę Zie­mia.

Roz­dział 13

Dla­czego w rozu­mie ludzi fan­ta­zja może być wzięta za rze­czy­wi­stość

- Mój drogi i łaskawy dziadku! Bądź tak dobry i wyja­śnij mi, choćby tylko w przy­bli­że­niu, dla­czego tam­tej­sze istoty uznają to, co "efe­me­ryczne", za rze­czy­wi­stość?

Na takie pyta­nie swego wnuka Bel­ze­bub odpo­wie­dział, co nastę­puje:

- Ta oso­bli­wość ich psy­chiki poja­wiła się wśród trój­mó­zgo­wych istot na pla­ne­cie Zie­mia dopiero w ostat­nich cza­sach i jest wyni­kiem wyłącz­nie tego, że ich część pod­sta­wowa, która kształ­tuje się w nich tak samo jak we wszyst­kich innych trój­mó­zgo­wych isto­tach, zaczęła stop­niowo pozwa­lać innym czę­ściom ich cał­ko­wi­tej obec­no­ści postrze­gać każde nowe wra­że­nie bez wypeł­nia­nia jakiej­kol­wiek "partk­dołg­po­win­no­ści ist­nie­nio­wej", czyli postrze­gać je tylko tak, jak na ogół czy­nią to ich oddzielne i nie­za­leżne loka­li­za­cje zwane "cen­trami ist­nie­nio­wymi"; uży­wa­jąc ich języka, można by powie­dzieć, że wie­rzą one we wszystko, co mówią im inni, zamiast wie­rzyć tylko w to, co same mogą poznać za pomocą wła­snego zdro­wego osądu, to zna­czy prze­ko­nu­jąc się o tym dzięki rezul­ta­tom "dys­puty kon­fron­ta­tyw­nej" pro­wa­dzo­nej mię­dzy wszyst­kimi danymi, które już wcze­śniej zostały w nich zde­po­no­wane i z któ­rych kształ­tują się zazwy­czaj roz­ma­ite poję­cia w każ­dej z ich róż­no­rod­nych loka­li­za­cji.

Ogól­nie można powie­dzieć, że w tych dziw­nych isto­tach dowolny nowy pogląd kry­sta­li­zuje się tylko wtedy, gdy jakiś Jan Kowal­ski wyrazi o kimś lub o czymś pewną opi­nię; a jeśli potem na ten sam temat powie dokład­nie to samo Piotr Wiśniew­ski, to nabie­rają już cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że tak wła­śnie jest i abso­lut­nie nie mogłoby być ina­czej.

Dzięki tej oso­bli­wo­ści ich psy­chiki pra­wie wszyst­kie tam­tej­sze istoty, które usły­szały, w jaki spo­sób mówi się tam o rze­czo­nym pisa­rzu, są już teraz prze­ko­nane, że jest on fak­tycz­nie wiel­kim psy­cho­lo­giem i nie­zrów­na­nym znawcą psy­chiki istot swo­jej pla­nety.

Tym­cza­sem kiedy spe­cjal­nie w trak­cie mojego ostat­niego pobytu na tej pla­ne­cie uda­łem się - aby wyja­śnić zupeł­nie inną kwe­stię - z oso­bi­stą wizytą do tego pisa­rza, o któ­rym ja także mia­łem oka­zję usły­szeć, w rze­czy­wi­sto­ści oka­zał się, według mnie, taki sam jak wszy­scy tam­tejsi współ­cze­śni pisa­rze, to zna­czy oka­zał się kimś bar­dzo ogra­ni­czo­nym i, jak powie­działby nasz drogi Mułła Nasr Eddin: "nie widzą­cym dalej niż czu­bek wła­snego nosa"; nato­miast jeśli cho­dzi o zna­jo­mość praw­dzi­wej psy­chiki istot jego pla­nety w real­nych warun­kach ich egzy­sten­cji, to śmiało można by go nazwać "kom­plet­nym anal­fa­betą".

Powta­rzam, histo­ria tego pisa­rza w zna­mienny spo­sób poka­zuje, do jakiego stop­nia te przy­pa­dłe ci do gustu trój­mó­zgowe istoty, szcze­gól­nie te współ­cze­sne, prze­stały urze­czy­wist­niać partk­dołg­po­win­no­ści ist­nie­niowe, a także wska­zuje na to, że w nich - w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści trój­mó­zgo­wych istot - nie kry­sta­li­zują się żadne subiek­tywne "prze­ko­na­nia ist­nie­niowe", które są wyni­kiem ich wła­snego logicz­nego prze­my­śli­wa­nia, a za to kry­sta­li­zują się jedy­nie takie prze­ko­na­nia ist­nie­niowe, które są uza­leż­nione wyłącz­nie od tego, co powie­dzą na dany temat inni.

A więc tylko dla­tego, że prze­stały wypeł­niać partk­dołg­po­win­no­ści ist­nie­niowe - które jako jedyne pozwa­lają isto­cie na uświa­do­mie­nie sobie rze­czy­wi­sto­ści taką, jaka jest - widziały one w tym pisa­rzu jakieś nie­ist­nie­jące zalety.

Ów dziwny rys ich zbior­czej psy­chiki - pole­ga­jący na tym, by trzy­mać się tylko tego, co powie Jan Kowal­ski albo Piotr Wiśniew­ski, nie usi­łu­jąc dowie­dzieć się cze­goś wię­cej - zako­rze­nił się w nich dawno temu i teraz już w ogóle nie dążą do tego, żeby poznać to, co da się zro­zu­mieć tylko dzięki wła­snym aktyw­nym prze­my­śle­niom.

Trzeba jed­nak jasno powie­dzieć, że nie ma z tym nic wspól­nego organ kun­da­bu­for, wsz­cze­piony ich przod­kom, ani też jego następ­stwa, które z winy nie­któ­rych Świę­tych Indy­wi­duów skry­sta­li­zo­wały się w nich i póź­niej zaczęły prze­cho­dzić dzie­dzicz­nie z poko­le­nia na poko­le­nie.

Nie, winne są tylko one same, a to dla­tego, że stop­niowo usta­no­wiły nie­nor­malne warunki zewnętrz­nej egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej, które krok po kroku dopro­wa­dziły do ukształ­to­wa­nia się w ich zbior­czej obec­no­ści tego, co stało się teraz ich wewnętrz­nym "złym bogiem" i co nazywa się "samo­uspo­ko­je­niem".

Zresztą sam to wszystko póź­niej bar­dzo dobrze zro­zu­miesz, kiedy zgod­nie z obiet­nicą przy­to­czę wię­cej fak­tów, które wiążą się z tą przy­pa­dłą ci do gustu pla­netą.

Na wszelki wypa­dek radzę ci jed­nak, abyś w przy­szło­ści bar­dzo ostroż­nie wyra­żał się o trój­mó­zgo­wych isto­tach tej pla­nety i w żaden spo­sób ich nie ura­ził, bo w prze­ciw­nym wypadku, jak same mówią, "licho nie śpi", i jeśli się dowie­dzą, że jakoś je obra­zi­łeś, to, zgod­nie z innym ich wyra­że­niem, "pod­łożą ci świ­nię".

Nie zaszko­dzi, jeżeli w tym miej­scu przy­po­mnę jesz­cze jedną mądrą sen­ten­cję naszego dro­giego Mułły Nasr Eddina, która brzmi:

"Co takiego nie może się zda­rzyć na tym świe­cie?! Nawet pchła potrafi cza­sami połknąć sło­nia!".

Bel­ze­bub chciał jesz­cze coś powie­dzieć, ale w tej chwili wszedł sługa ze statku i prze­ka­zał mu "ete­ro­gram" zaadre­so­wany do niego.

Kiedy Bel­ze­bub wysłu­chał już tre­ści ete­ro­gramu i sługa wyszedł, Has­sin ponow­nie zwró­cił się do Bel­ze­buba, mówiąc:

- Drogi dziadku! Pro­szę, opo­wiedz mi jesz­cze coś o trój­cen­tro­wych isto­tach, które powstają i egzy­stują na tej inte­re­su­ją­cej pla­ne­cie zwa­nej "Zie­mią".

Bel­ze­bub znowu popa­trzył na wnuka z oso­bli­wym uśmie­chem i zro­biw­szy bar­dzo dziwny gest głową, kon­ty­nu­ował:

Roz­dział 14

Otwar­cie się per­spek­tyw, które nie obie­cują niczego spe­cjal­nie weso­łego

- Przede wszyst­kim muszę ci powie­dzieć, że na samym początku istoty tej pla­nety miały taką samą zbior­czą obec­ność jak trój­mó­zgowe istoty zwane "kesczap­mart­nymi" - które powstają na wszyst­kich ana­lo­gicz­nych pla­ne­tach całego naszego Wiel­kiego Wszech­świata - i że dłu­gość ich egzy­sten­cji była taka sama jak u wszyst­kich innych trój­mó­zgo­wych istot.

Roz­ma­ite zmiany w ich zbior­czej obec­no­ści zaczęły zacho­dzić dopiero po dru­gim nie­szczę­ściu, które spo­tkało tę pla­netę, kiedy to zapadł się w nią jej główny kon­ty­nent zwany wów­czas "Atlan­tydą".

Od tam­tej pory, ponie­waż zaczęły one stwa­rzać takie warunki zewnętrz­nej egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej, że jakość ich pro­mie­nio­wa­nia coraz bar­dziej się pogar­szała, Wielka Przy­roda była zmu­szona stop­niowo prze­obra­zić ich zbior­czą obec­ność, sto­su­jąc różne kom­pro­misy oraz zmiany, aby dzięki nim wyre­gu­lo­wać jakość emi­to­wa­nych przez nie wibra­cji, nie­zbędną przede wszyst­kim do zabez­pie­cze­nia pomyśl­nej egzy­sten­cji byłych czę­ści tej pla­nety.

Z tego samego powodu Wielka Przy­roda stop­niowo zwięk­szyła liczbę tam­tej­szych istot, skut­kiem czego obec­nie zamiesz­kują one już pra­wie wszyst­kie stałe lądy tej pla­nety.

Zewnętrzna forma ich ciała pla­ne­tar­nego jest u wszyst­kich pra­wie iden­tyczna, nato­miast jeśli cho­dzi o jego roz­miar i inne subiek­tywne szcze­góły, to oczy­wi­ście ich powłoka odzwier­cie­dla - tak samo jak u nas - cechy dzie­dziczne, warunki towa­rzy­szące ich poczę­ciu, a także inne typowe czyn­niki, od któ­rych zależy powsta­nie oraz kształ­to­wa­nie się wszyst­kich istot.

Poza tym róż­nią się mię­dzy sobą kolo­rem skóry oraz cha­rak­te­rem owło­sie­nia i te atry­buty ich obec­no­ści, jak wszę­dzie indziej, są uza­leż­nione od rezul­ta­tów wpły­wów pla­ne­tar­nych wystę­pu­ją­cych na tej czę­ści powierzchni ich pla­nety, na któ­rej dane istoty powstają i kształ­tują się aż do osią­gnię­cia wieku odpo­wie­dzial­nego lub, jak same mówią, do czasu, gdy staną się "peł­no­let­nie".

Co się zaś tyczy ich zbior­czej psy­chiki i jej pod­sta­wo­wych rysów, to u wszyst­kich wystę­pują tam takie same oso­bli­wo­ści, i to bez względu na to, na któ­rej czę­ści powierzchni ich pla­nety dane istoty przy­szły na świat. Do tych oso­bli­wo­ści należy rów­nież ta wła­ści­wość tam­tej­szych istot trój­mó­zgo­wych, która powo­duje, że w całym Wszech­świe­cie tylko na tej dziw­nej pla­ne­cie zacho­dzi ów prze­ra­ża­jący pro­ces zwany "pro­cesem uni­ce­stwia­nia nawza­jem swo­jej egzy­sten­cji" lub, jak mówią tam na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie, "wojna".

Oprócz tej głów­nej wła­ści­wo­ści ich zbior­czej psy­chiki w każ­dej z nich - także bez względu na miej­sce ich powsta­nia i egzy­sten­cji - w pełni się kry­sta­li­zują i stają nie­od­łączną czę­ścią ich zbior­czej obec­no­ści funk­cje znane tam pod nazwą "ego­izm", "miłość wła­sna", "próż­ność", "pycha", "zaro­zu­mia­łość", "łatwo­wier­ność", "podat­ność na suge­stię" i jesz­cze parę innych takich cech, zupeł­nie nie­nor­mal­nych i nie­god­nych esen­cji jakiej­kol­wiek trój­mó­zgo­wej istoty.

Spo­śród tych nie­nor­mal­nych wła­ści­wo­ści ist­nie­nio­wych ich psy­chiki naj­bar­dziej dokucz­liwa jest dla nich ta zwana "podat­no­ścią na suge­stię".

Kie­dyś spe­cjal­nie opo­wiem ci o tej wyjąt­kowo ory­gi­nal­nej i dziw­nej psy­chicz­nej oso­bli­wo­ści.

Bel­ze­bub zamilkł i zamy­ślił się dłu­żej niż zwy­kle, a potem, zwra­ca­jąc się znów do wnuka, rzekł:

- Widzę, że bar­dzo inte­re­sują cię trój­mó­zgowe istoty, które powstają i egzy­stują na tej ory­gi­nal­nej pla­ne­cie zwa­nej "Zie­mią", a ponie­waż, żeby skró­cić sobie czas naszej podróży na statku "Kar­nak", chcąc nie chcąc będziemy poru­szać naj­roz­ma­it­sze tematy, posta­ram się opo­wie­dzieć ci o nich jak naj­wię­cej.

Abyś mógł jasno pojąć, jak dziwna jest ich psy­chika, naj­le­piej moim zda­niem będzie, jeśli zre­la­cjo­nuję ci po kolei moje oso­bi­ste zstą­pie­nia na tę pla­netę, a także wyda­rze­nia, które się tam roze­grały i któ­rych sam byłem świad­kiem.

Powierzch­nię pla­nety Zie­mia odwie­dzi­łem oso­bi­ście sześć razy i na każdą z tych wizyt zło­żyły się inne oko­licz­no­ści.

Zacznę więc od mojego pierw­szego zstą­pie­nia!

Roz­dział 15

Pierw­sze zstą­pie­nie Bel­ze­buba na pla­netę Zie­mia

- Po raz pierw­szy zstą­pi­łem na pla­netę Zie­mia - roz­po­czął opo­wieść Bel­ze­bub - z powodu pew­nej mło­dej istoty, która była człon­kiem naszego ple­mie­nia i, pech chciał, cał­kiem poważ­nie zwią­zała się z jedną tam­tej­szą istotą trój­mó­zgową, skut­kiem czego uwi­kłała się w bar­dzo głu­pią histo­rię.

Pew­nego dnia kilka istot naszego ple­mie­nia, które tak jak ja miesz­kały na pla­ne­cie Mars, odwie­dziło mnie w domu, aby zwró­cić się do mnie z prośbą.

Otóż powie­działy mi, że trzy­sta pięć­dzie­siąt mar­sjań­skich lat wcze­śniej jeden z ich mło­dych krew­nych prze­sie­dlił się na pla­netę Zie­mia i ostat­nio stał się tam przy­czyną bar­dzo przy­krych dla wszyst­kich jego bli­skich zda­rzeń.

Potem dodały:

"My, jego bli­scy, zarówno ci egzy­stu­jący na pla­ne­cie Zie­mia, jak i tu, na Mar­sie, chcie­li­śmy sami, w miarę naszych moż­li­wo­ści, poło­żyć kres owemu nie­przy­jem­nemu zaj­ściu, ale mimo wszyst­kich naszych sta­rań i pod­ję­tych kro­ków niczego jak dotąd nie udało się nam osią­gnąć.

Teraz, już cał­ko­wi­cie prze­ko­nani, że sami nie pora­dzimy sobie z tą nie­przy­jemną histo­rią, zde­cy­do­wa­li­śmy się nie­po­koić Waszą Prze­wie­leb­ność i bła­gal­nie pro­simy, byś był tak dobry i udzie­lił nam mądrej rady, która pozwo­li­łaby nam wyjść z tej żało­snej dla nas sytu­acji".

Następ­nie przed­sta­wiły mi w szcze­gó­łach, na czym pole­gało owo nie­szczę­ście, które je spo­tkało.

Ze wszyst­kiego, co mi powie­działy, wywnio­sko­wa­łem, że to zda­rze­nie nie dość, że oka­zało się przy­kre dla bli­skich tej mło­dej istoty, to jesz­cze może się stać tak samo nie­przy­jemne dla istot całego naszego ple­mie­nia.

Nie mogłem więc postą­pić ina­czej, jak tylko od razu zaofe­ro­wać, że pomogę im poło­żyć kres temu nie­po­ro­zu­mie­niu.

Począt­kowo pró­bo­wa­łem im pomóc, nie opusz­cza­jąc pla­nety Mars, ale gdy się prze­ko­na­łem, że nic stam­tąd nie zwo­juję, posta­no­wi­łem sam zstą­pić na pla­netę Zie­mia i na miej­scu zna­leźć jakieś roz­wią­za­nie. Już następ­nego dnia, zabraw­szy ze sobą wszystko, co nie­zbędne i co mia­łem aku­rat pod ręką, pole­cia­łem tam na naszym statku "Oka­zja".

Przy­po­mi­nam ci, że "Oka­zja" to sta­tek, na któ­rym wszyst­kie istoty naszego ple­mie­nia zostały wysłane do tego układu sło­necz­nego i który, jak już ci mówi­łem, zosta­wiono tam do naszej dys­po­zy­cji na potrzeby komu­ni­ka­cji mię­dzy­pla­ne­tar­nej.

Jego stałe miej­sce postoju znaj­do­wało się na Mar­sie i to wła­śnie mi powie­rzono z Góry naczelne dowódz­two nad nim.

Tak więc na tym samym statku "Oka­zja" pole­cia­łem po raz pierw­szy na pla­netę Zie­mia.

Nasz sta­tek wylą­do­wał wtedy na wybrzeżu kon­ty­nentu, który w cza­sie dru­giego nie­szczę­ścia, jakie spo­tkało tę pla­netę, cał­ko­wi­cie znik­nął z jej powierzchni.

Ów kon­ty­nent nazy­wał się "Atlan­tyda" i był głów­nym miej­scem egzy­sten­cji zarówno trój­mó­zgo­wych istot tej pla­nety, jak i więk­szo­ści istot naszego ple­mie­nia.

Zaraz po wylą­do­wa­niu uda­łem się do mia­sta o nazwie "Sam­lios", gdzie żył ten nasz nie­szczę­sny młody współ­ple­mie­niec, który stał się przy­czyną mojego zstą­pie­nia.

Sam­lios był w tam­tym cza­sie bar­dzo dużym mia­stem i jed­no­cze­śnie sto­licą naj­więk­szego spo­łe­czeń­stwa na pla­ne­cie Zie­mia.

W nim też miał swoją sie­dzibę przy­wódca tego dużego spo­łe­czeń­stwa, noszący tytuł "króla Appo­lisa".

To wła­śnie z kró­lem Appo­li­sem zawarł zna­jo­mość nasz młody i nie­do­świad­czony zio­mek.

W mie­ście Sam­lios pozna­łem wszyst­kie szcze­góły tej histo­rii.

Otóż dowie­dzia­łem się, że jesz­cze przed tym incy­den­tem nasz nie­szczę­sny rodak utrzy­my­wał z jakichś powo­dów przy­ja­ciel­skie sto­sunki z kró­lem i był czę­stym gościem w jego domu.

Jak się oka­zało, pew­nego razu nasz młody zio­mek pod­czas wizyty w domu króla Appo­lisa przy­jął "zakład", który stał się powo­dem całej tej dal­szej histo­rii.

Przede wszyst­kim muszę ci powie­dzieć, że spo­łe­czeń­stwo, któ­remu prze­wo­dził król Appo­lis, było wów­czas naj­więk­szym i naj­bo­gat­szym ze wszyst­kich spo­łe­czeństw na Ziemi, a mia­sto Sam­lios, w któ­rym rezy­do­wał, naj­więk­szym i naj­bo­gat­szym ze wszyst­kich miast.

Aby utrzy­mać takie bogac­two i maje­stat, król Appo­lis potrze­bo­wał oczy­wi­ście ogrom­nej ilo­ści, jak oni mówią, "pie­nię­dzy", a także wiel­kiego nakładu pracy ze strony zwy­kłych istot tej spo­łecz­no­ści.

Trzeba od razu zazna­czyć, że w cza­sie mojego pierw­szego oso­bi­stego zstą­pie­nia na tę pla­netę inte­re­su­jące cię istoty trój­mó­zgowe nie miały już w sobie organu kun­da­bu­for, jed­nakże u nie­któ­rych z nich zaczęły się kry­sta­li­zo­wać różne następ­stwa wła­ści­wo­ści tego tak zgub­nego dla nich organu.

W okre­sie, któ­rego doty­czy moja opo­wieść, w czę­ści tam­tej­szych istot już skry­sta­li­zo­wało się następ­stwo pew­nej wła­ści­wo­ści, która wtedy, gdy jesz­cze funk­cjo­no­wał w nich organ kun­da­bu­for, sprzy­jała temu, że bar­dzo łatwo i bez żad­nych "wyrzu­tów sumie­nia" uchy­lały się one od dobro­wol­nego wypeł­nia­nia obo­wiąz­ków bądź to wzię­tych na sie­bie, bądź też nało­żo­nych na nie przez star­szych, co z kolei powo­do­wało, że wszel­kie powin­no­ści speł­niały tylko pod wpły­wem lęku i zastra­sze­nia wywo­ły­wa­nych "groź­bami" pocho­dzą­cymi z zewnątrz.

To wła­śnie następ­stwo wspo­mnia­nej wła­ści­wo­ści, które już cał­ko­wi­cie skry­sta­li­zo­wało się u nie­któ­rych ówcze­snych istot, było przy­czyną całego zaj­ścia.

A oto, mój chłop­cze, jak poto­czyły się wypadki:

Król Appo­lis, który nad­zwy­czaj sumien­nie wypeł­niał wzięte na sie­bie obo­wiązki, cho­ciaż sam nie szczę­dził wysił­ków ani wła­snych dóbr dla wspie­ra­nia potęgi powie­rzo­nego mu spo­łe­czeń­stwa, rów­no­cze­śnie jed­nak wyma­gał tego samego od wszyst­kich swo­ich pod­da­nych.

Ponie­waż wspo­mniane następ­stwo wła­ści­wo­ści organu kun­da­bu­for było już do tego czasu, jak ci powie­dzia­łem, w pełni skry­sta­li­zo­wane u nie­któ­rych jego pod­da­nych, zaczął więc sto­so­wać wszel­kiego rodzaju "zastra­sze­nia" i "groźby", aby wyeg­ze­kwo­wać od wszyst­kich to, czego wyma­gała świet­ność powie­rzo­nego mu spo­łe­czeń­stwa.

Jego metody były tak róż­no­rodne i zara­zem tak roz­sądne, że nawet ci spo­śród jego pod­da­nych, w któ­rych to następ­stwo już się skry­sta­li­zo­wało, nie mogli go nie sza­no­wać, mimo że jed­no­cze­śnie nadali mu, oczy­wi­ście za jego ple­cami, prze­zwi­sko "Arcy­chy­trus".

A zatem, mój chłop­cze, metody, które król Appo­lis zasto­so­wał, aby uzy­skać od swych pod­da­nych to, co było nie­zbędne do zacho­wa­nia potęgi powie­rzo­nego mu spo­łe­czeń­stwa, z jakichś powo­dów wydały się nie­spra­wie­dliwe naszemu mło­demu i naiw­nemu ziom­kowi, który, jak twier­dzono, czę­sto się obu­rzał i nie mógł zna­leźć sobie miej­sca, ile­kroć sły­szał o któ­rymś z tych nowych spo­so­bów króla Appo­lisa.

Tak więc pew­nego razu w trak­cie roz­mowy z kró­lem nie wytrzy­mał i powie­dział mu w oczy o swoim wzbu­rze­niu i o tym, co sądzi o jego "bez­wstyd­nym" sto­sunku do pod­da­nych.

Sły­sząc to, król Appo­lis nie tylko się nie obu­rzył - jak to się zwy­kle dzieje na pla­ne­cie Zie­mia, gdy ktoś mie­sza się w nie swoje sprawy - i nie wyrzu­cił naszego ziomka na zbity łeb, lecz zaczął razem z nim zasta­na­wiać się nad przy­czy­nami swej suro­wo­ści.

Bar­dzo długo o tym roz­ma­wiali i ich roz­mowa skoń­czyła się "zakła­dem", to zna­czy wyzna­czyli sobie nawza­jem warunki, a następ­nie spi­sali je na papie­rze i obaj pod­pi­sali się pod nimi wła­sną krwią.

Jed­nym z tych warun­ków było to, że król Appo­lis zobo­wią­zy­wał się od tej pory sto­so­wać w celu uzy­ska­nia od swych pod­da­nych wszyst­kiego, czego potrze­bo­wał, tylko te środki i metody, które wskaże mu nasz zio­mek.

W razie gdyby pod­dani prze­stali wpła­cać kró­lowi tak jak dotąd należ­no­ści, nasz rodak brał na sie­bie całą odpo­wie­dzial­ność i zobo­wią­zy­wał się dostar­czyć do skarbca króla Appo­lisa sumę potrzebną do utrzy­ma­nia oraz zapew­nie­nia dal­szego roz­kwitu zarówno samej sto­licy, jak i całego spo­łe­czeń­stwa.

A zatem, mój chłop­cze, już od następ­nego dnia król Appo­lis zaczął bar­dzo rze­tel­nie wypeł­niać narzu­cone mu przez umowę zobo­wią­za­nia i kie­ro­wał swoim spo­łe­czeń­stwem ści­śle według wska­zó­wek naszego mło­dego rodaka.

Jed­nakże rezul­taty takich rzą­dów bar­dzo szybko oka­zały się cał­kiem sprzeczne z tym, o czym myślał i czego ocze­ki­wał nasz pro­sta­czek.

Otóż w tym spo­łe­czeń­stwie pod­dani - oczy­wi­ście głów­nie ci, u któ­rych skry­sta­li­zo­wało się już wspo­mniane następ­stwo wła­ści­wo­ści organu kun­da­bu­for - nie tylko kom­plet­nie prze­stali wpła­cać wyma­gane datki do skarbca króla Appo­lisa, ale nawet zaczęli wykra­dać po tro­chu to, co już wcze­śniej wpła­cili.

Ponie­waż nasz kra­jan przy­rzekł, że dostar­czy wszystko, co nie­zbędne, i na doda­tek pod­pi­sał takie zobo­wią­za­nie wła­sną krwią - a prze­cież wiesz, co dla każ­dego z nas zna­czy wzię­cie na sie­bie dobro­wol­nego zobo­wią­za­nia, i to poświad­czo­nego krwią - już wkrótce musiał, natu­ral­nie z wła­snej kie­szeni, wyrów­ny­wać skarb­cowi wszel­kie straty.

Naj­pierw prze­ka­zał cały swój doby­tek, a następ­nie wpła­cił do skarbca wszystko, co mógł dostać od swo­ich bli­skich, któ­rzy miesz­kali na pla­ne­cie Zie­mia.

A gdy wszel­kie ich zasoby już się wyczer­pały, zwró­cił się o pomoc do krew­nych zamiesz­ka­łych na naszej pla­ne­cie Mars.

Wkrótce rów­nież na Mar­sie zabra­kło środ­ków, a skar­biec mia­sta Sam­lios cią­gle dopo­mi­nał się o wię­cej i tym potrze­bom nie było końca.

To wła­śnie wtedy wszy­scy bli­scy naszego rodaka zanie­po­ko­ili się i posta­no­wili zwró­cić się do mnie z prośbą, abym pomógł im wybrnąć z tych tara­pa­tów.

A więc, drogi chłop­cze, kiedy przy­by­łem do wspo­mnia­nego mia­sta, przy­wi­tały mnie tam wszyst­kie istoty naszego ple­mie­nia pozo­stałe na tej pla­ne­cie, od tych naj­star­szych do naj­młod­szych.

Wie­czo­rem tego samego dnia zwo­ła­li­śmy naradę, żeby zna­leźć razem wyj­ście z zaist­nia­łej sytu­acji.

Na tę pierw­szą naradę zapro­si­li­śmy także samego króla Appo­lisa, z któ­rym nasza star­szy­zna już wie­lo­krot­nie wcze­śniej roz­ma­wiała w tej spra­wie.

Pod­czas wspól­nej narady król Appo­lis, zwra­ca­jąc się do nas wszyst­kich, powie­dział, co nastę­puje:

"Spra­wie­dliwi przy­ja­ciele!

Jest mi oso­bi­ście bar­dzo przy­kro z powodu tego, co się stało i co przy­spo­rzyło tyle trosk tutaj zebra­nym, i całym swoim jeste­stwem mar­twię się o to, iż nie będę mógł uchro­nić was od kło­po­tów, które jesz­cze was cze­kają.

Rzecz w tym - kon­ty­nu­ował król Appo­lis - że mecha­nizm rzą­dze­nia moim spo­łe­czeń­stwem, wpro­wa­dzony w życie i usta­no­wiony od stu­leci, uległ obec­nie rady­kal­nej zmia­nie i nie można już teraz do niego powró­cić bez ponie­sie­nia poważ­nych kon­se­kwen­cji, które nie­wąt­pli­wie wywo­łają obu­rze­nie więk­szo­ści moich pod­da­nych. W powsta­łej sytu­acji nie jestem już w sta­nie sam odwró­cić biegu wypad­ków w taki spo­sób, by nie pocią­gnęło to za sobą tych poważ­nych następstw, i dla­tego w imię spra­wie­dli­wo­ści pro­szę was wszyst­kich o pomoc".

Potem dodał jesz­cze:

"Czy­nię sobie gorz­kie wyrzuty wzglę­dem was wszyst­kich, ponie­waż ja też czuję się w dużym stop­niu winny tego nie­szczę­ścia.

A poczu­wam się do winy, ponie­waż egzy­stu­jąc w tych warun­kach o wiele dłu­żej niż mój opo­nent, a wasz współ­brat, czyli ten, z któ­rym zawar­łem zakład, powi­nie­nem był prze­wi­dzieć, co się może wyda­rzyć.

Szcze­rze mówiąc, popeł­ni­łem nie­wy­ba­czalny błąd, podej­mu­jąc ryzyko zawar­cia tego rodzaju umowy z istotą, która być może jest ode mnie rozum­niej­sza, ale za to mniej prak­tyczna w tego rodzaju spra­wach.

Jesz­cze raz pro­szę was wszyst­kich, a szcze­gól­nie Waszą Prze­wie­leb­ność, aby­ście wyba­czyli mi, a także pomo­gli poło­żyć kres tej smut­nej histo­rii, znaj­du­jąc jakieś szczę­śliwe wyj­ście z zaist­nia­łej sytu­acji.

Tak jak się sprawy mają obec­nie, jedyne, co mogę uczy­nić, to tylko dzia­łać zgod­nie z waszymi wska­zów­kami".

Po wyj­ściu króla Appo­lisa jesz­cze tego samego wie­czoru wybra­li­śmy spo­śród nas kilka doświad­czo­nych star­szych istot, które w nocy miały wspól­nie roz­wa­żyć wszyst­kie dane i spo­rzą­dzić orien­ta­cyjny plan dal­szego dzia­ła­nia.

Potem się roze­szli­śmy, usta­la­jąc wpierw, że następ­nego wie­czoru spo­tkamy się ponow­nie w tym samym miej­scu, przy czym na tę drugą naradę król Appo­lis nie został zapro­szony.

Na początku dru­giego zebra­nia jedna z wybra­nych w przed­dzień star­szych istot zre­la­cjo­no­wała nam, co nastę­puje:

"Przez całą noc zasta­na­wia­li­śmy się nad tą poża­ło­wa­nia godną histo­rią i roz­wa­ży­li­śmy wszyst­kie jej szcze­góły, aż w końcu jed­no­myśl­nie doszli­śmy do wnio­sku, że nie ma innego wyj­ścia, jak tylko wró­cić do uprzed­nich warun­ków rzą­dze­nia.

Jed­no­cze­śnie, także jed­no­gło­śnie, zgo­dzi­li­śmy się, że powrót do sta­rego porządku w tym spo­łe­czeń­stwie nie­chyb­nie wywoła sprze­ciw pod­da­nych i że taka rewolta na pewno pocią­gnie za sobą wszyst­kie te następ­stwa, które na Ziemi stały się nie­unik­nione w tego rodzaju sytu­acjach.

A to oczy­wi­ście spo­wo­duje - jak to się już stało tutaj zwy­cza­jem - że na liczne dzier­żące wła­dzę istoty tego spo­łe­czeń­stwa spad­nie wiele cier­pień, nie wyklu­cza­jąc nawet moż­li­wo­ści ich osta­tecz­nej zagłady; jeśli zaś cho­dzi o samego króla Appo­lisa, to z pew­no­ścią nie uda mu się unik­nąć takiego losu.

Następ­nie zaczę­li­śmy roz­my­ślać nad tym, co należy zro­bić, żeby przy­naj­mniej kró­lowi Appo­li­sowi oszczę­dzić tych żało­snych kon­se­kwen­cji.

Naprawdę bar­dzo nam na tym zale­żało, ponie­waż poprzed­niego dnia na naszym wal­nym zebra­niu król Appo­lis oka­zał się wobec nas nie­zwy­kle szczery i życz­liwy, i byłoby nam wszyst­kim nie­zmier­nie przy­kro, gdyby on sam rów­nież miał ucier­pieć.

Po dłu­gich roz­wa­ża­niach doszli­śmy do wnio­sku, że króla Appo­lisa będzie można uchro­nić przed cio­sem tylko pod warun­kiem, że w cza­sie wspo­mnia­nych roz­ru­chów prze­jawy gniewu wzbu­rzo­nych istot tego spo­łe­czeń­stwa zwrócą się nie prze­ciwko samemu kró­lowi, lecz prze­ciw jego oto­cze­niu, to zna­czy prze­ciwko temu, co nazywa się tutaj jego "rzą­dem".

Poja­wiło się jed­nak pyta­nie: Czy powier­nicy króla zgo­dzą się ponieść wszyst­kie kon­se­kwen­cje?

Doszli­śmy do sta­now­czego wnio­sku, że takiej zgody nie wyrażą, bo na pewno uznają, iż wszyst­kiemu winny jest tylko król i że sam powi­nien za to zapła­cić.

Potem powzię­li­śmy, jak zawsze jed­no­gło­śnie, nastę­pu­jące posta­no­wie­nie:

Aby uchro­nić przy­naj­mniej króla Appo­lisa przed tym nie­unik­nio­nym zagro­że­niem, istoty z naszego ple­mie­nia powinny, za jego zgodą, zastą­pić wszyst­kie istoty pia­stu­jące w tym spo­łe­czeń­stwie odpo­wie­dzialne sta­no­wi­ska, a kiedy owa "psy­cho­pa­tia" mas osią­gnie zenit, każda z nich będzie musiała wziąć na sie­bie część ogółu spo­dzie­wa­nych rezul­ta­tów".

Gdy nasz przed­sta­wi­ciel zakoń­czył swoje spra­woz­da­nie, po krót­kiej wymia­nie opi­nii jed­no­myśl­nie posta­no­wi­li­śmy postą­pić zgod­nie z pro­po­zy­cją star­szy­zny naszego ple­mie­nia.

Następ­nie posła­li­śmy jedną z tych sędzi­wych istot do króla Appo­lisa, by przed­ło­żyła mu nasz plan; on wyra­ził na niego zgodę, powta­rza­jąc swą obiet­nicę, że pod­po­rząd­kuje się wszyst­kim naszym zale­ce­niom.

Posta­no­wi­li­śmy więc nie zwle­kać i już następ­nego dnia przy­stą­pi­li­śmy do zastę­po­wa­nia wszyst­kich urzęd­ni­ków człon­kami naszego ple­mie­nia.

Po dwóch dniach oka­zało się jed­nak, że liczba naszych współ­ple­mień­ców, któ­rzy miesz­kają na pla­ne­cie Zie­mia, nie wystar­czy, by zastą­pić wszyst­kich urzęd­ni­ków tego spo­łe­czeń­stwa, i dla­tego bez­zwłocz­nie wysła­li­śmy sta­tek "Oka­zja" na pla­netę Mars, aby ścią­gnąć posiłki.

Tym­cza­sem król Appo­lis pod kie­row­nic­twem dwóch istot z naszej star­szy­zny zaczął pod prze­róż­nymi pre­tek­stami zastę­po­wać w sto­licy Sam­lios swo­ich urzęd­ni­ków człon­kami naszego ple­mie­nia, a kiedy kilka dni póź­niej sta­tek "Oka­zja" wró­cił z pla­nety Mars z posił­kami, taka sama zmiana warty nastą­piła także na pro­win­cji i już wkrótce wszyst­kie "odpo­wie­dzialne sta­no­wi­ska" w owym spo­łe­czeń­stwie objęły istoty z naszego ple­mie­nia.

Kiedy ta reor­ga­ni­za­cja dobie­gła końca, król Appo­lis, pod kie­run­kiem tych samych sędzi­wych istot, zajął się przy­wra­ca­niem sta­rego trybu rzą­dze­nia swoim spo­łe­czeń­stwem.

Zgod­nie z ocze­ki­wa­niami powrót do sta­rych porząd­ków nie­mal od pierw­szego dnia zaczął oddzia­ły­wać na zbior­czą psy­chikę tych istot tego spo­łe­czeń­stwa, w któ­rych już na dobre skry­sta­li­zo­wały się następ­stwa wspo­mnia­nej wła­ści­wo­ści szko­dli­wego organu kun­da­bu­for.

Nie­za­do­wo­le­nie rosło z dnia na dzień i nie­ba­wem poja­wił się w nich ten impuls, który zaczął cecho­wać obec­ność tam­tej­szych trój­mó­zgo­wych istot wszyst­kich póź­niej­szych okre­sów, a który od czasu do czasu pobu­dza je do wsz­czy­na­nia pro­cesu nazy­wa­nego przez nie obec­nie "rewo­lu­cją".

W trak­cie tej ich ówcze­snej rewo­lu­cji znisz­czyły - co póź­niej rów­nież stało się typowe dla tych trój­mó­zgo­wych feno­me­nów naszego Wiel­kiego Wszech­świata - wiele dóbr, które same gro­ma­dziły przez całe wieki, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że została uni­ce­stwiona i na zawsze poszła w zapo­mnie­nie róż­nego rodzaju "wie­dza", która rów­nież była owo­cem wie­lo­wie­ko­wych wysił­ków. Oprócz tego obró­ciły wni­wecz egzy­sten­cję wielu innych podob­nych do nich istot, które weszły już na drogę pro­wa­dzącą do uwol­nie­nia się od następstw wła­ści­wo­ści organu kun­da­bu­for.

W tym miej­scu warto przy­to­czyć pewien nad­zwy­czaj zdu­mie­wa­jący i nie­zro­zu­miały fakt.

Cho­dzi o to, że pod­czas kolej­nych tego rodzaju rewo­lu­cji tam­tej­sze istoty trój­mó­zgowe - pra­wie wszyst­kie lub przy­naj­mniej w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści ule­głe owej "psy­cho­zie" - z jakie­goś powodu prze­waż­nie nisz­czą egzy­sten­cję aku­rat tych podob­nych do nich istot, które w ten czy inny spo­sób tra­fiły już na drogę moż­li­wego uwol­nie­nia się od skry­sta­li­zo­wa­nych w nich następstw wła­ści­wo­ści tego zgub­nego organu kun­da­bu­for - organu, który na ich nie­szczę­ście mieli w sobie ich przod­ko­wie.

A więc, mój chłop­cze! Dopóki toczył się pro­ces tej ich rewo­lu­cji, dopóty król Appo­lis pozo­sta­wał w jed­nej ze swych "let­nich rezy­den­cji" nie­da­leko mia­sta Sam­lios.

Nikt go nie tykał, ponie­waż nasze istoty, upra­wia­jąc pro­pa­gandę, przy­go­to­wały teren w taki spo­sób, że całą winą obar­czono nie króla Appo­lisa, lecz jego oto­cze­nie, czyli funk­cjo­na­riu­szy admi­ni­stra­cji.

Mało tego... istoty, które wpa­dły w tę psy­chozę, zaczęły nawet "odczu­wać smu­tek" i bar­dzo żało­wać swo­jego króla, mówiąc, że ich "biedny król" był do tej pory oto­czony bez­wstyd­nymi i nie­wdzięcz­nymi pod­wład­nymi i że wła­śnie dla­tego wybu­chła ta nie­po­żą­dana rewo­lu­cja.

A kiedy rewo­lu­cyjna psy­choza zupeł­nie już uci­chła, król Appo­lis wró­cił do mia­sta Sam­lios i zaczął stop­niowo, znów z pomocą naszej star­szy­zny, zastę­po­wać naszych ziom­ków swo­imi byłymi urzęd­ni­kami, któ­rym udało się oca­leć, albo wer­bo­wał nowe kadry spo­mię­dzy swych pod­da­nych.

Po przy­wró­ce­niu daw­nych sto­sun­ków mię­dzy kró­lem Appo­li­sem i jego pod­da­nymi ci ostatni ponow­nie zaczęli napeł­niać skar­biec "pie­niędzmi" i wyko­ny­wać roz­kazy swego władcy, skut­kiem czego sprawy wspól­noty poto­czyły się znowu zwy­kłym, wcze­śniej usta­lo­nym try­bem.

Co się zaś tyczy naszego naiw­nego nie­far­tow­nego rodaka, będą­cego sprawcą wszyst­kich tych wyda­rzeń, to zro­biło mu się z ich powodu tak przy­kro, że nie chciał już dłu­żej zostać na tej szcze­gól­nie pecho­wej dla niego pla­ne­cie i powró­cił z nami na pla­netę Mars.

Póź­niej zresztą oka­zał się zna­ko­mi­tym sta­ro­stą wszyst­kich istot naszego ple­mie­nia.

Roz­dział 16

Względ­ność poję­cia czasu

Po krót­kiej prze­rwie Bel­ze­bub kon­ty­nu­ował:

- Abyś uzy­skał jaśniej­szy obraz dzi­wacz­no­ści psy­chiki tych przy­pa­dłych ci do gustu trój­mó­zgo­wych istot, które mają sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia, i gene­ral­nie lepiej zro­zu­miał wszystko, co doty­czy tej ory­gi­nal­nej pla­nety, powi­nie­neś wpierw moim zda­niem wyro­bić sobie dokładne poję­cie o ich rachu­bie czasu, a także dowie­dzieć się, w jaki spo­sób ist­nie­niowe dozna­nie tego, co nazywa się "pro­ce­sem upływu czasu", stop­niowo ule­gło zmia­nie w ich obec­no­ściach i jak to dozna­nie aktu­al­nie się mani­fe­stuje.

Koniecz­nie muszę ci to wytłu­ma­czyć, ponie­waż dopiero wtedy będziesz mógł jasno wyobra­zić sobie i pojąć tam­tej­sze wyda­rze­nia, o któ­rych już ci opo­wie­dzia­łem, jak rów­nież te, o któ­rych ci dopiero opo­wiem.

Przede wszyst­kim musisz wie­dzieć, że trój­mó­zgowe istoty tej pla­nety tak samo jak my przyj­mują za pod­sta­wową jed­nostkę swo­jej rachuby czasu "rok" i dłu­gość tego swo­jego "roku" wyzna­czają na pod­sta­wie czasu trwa­nia pew­nego ruchu ich pla­nety wokół innego kosmicz­nego sku­pie­nia, a kon­kret­nie okresu, w któ­rym ich pla­neta, pod­le­ga­jąc pro­ce­som "spa­da­nia" i "doga­nia­nia", zata­cza wokół swo­jego słońca to, co nazywa się "kren­to­nal­nym kołem".

W podobny spo­sób my na naszej pla­ne­cie Kara­taz przyj­mu­jemy za "rok" odci­nek czasu upły­wa­jący pomię­dzy dwoma kolej­nymi momen­tami, w któ­rych słońce "Samos" i słońce "Selos" są do sie­bie naj­bar­dziej zbli­żone.

Istoty z pla­nety Zie­mia zwą sto takich swo­ich lat "wie­kiem".

Jeden swój "rok" dzielą na dwa­na­ście czę­ści, a każdą z tych czę­ści nazy­wają "mie­sią­cem".

Dłu­gość jed­nego "mie­siąca" wyzna­czają na pod­sta­wie czasu, w któ­rym duży, ode­rwany od Ziemi kawa­łek - nazy­wany teraz przez nie "Księ­ży­cem" - zata­cza wokół ich pla­nety, zgod­nie z tymi samymi kosmicz­nymi pra­wami "spa­da­nia" i "doga­nia­nia", pełne kren­to­nalne koło.

Trzeba zazna­czyć, że dwa­na­ście kren­to­nal­nych kół Księ­życa nie odpo­wiada dokład­nie jed­nemu kren­to­nal­nemu kołu ich pla­nety wokół jej słońca i wła­śnie dla­tego musiały pójść na pewne kom­pro­misy w obli­cze­niach tych swo­ich mie­sięcy, aby otrzy­mana suma odpo­wiadała mniej wię­cej rze­czy­wi­sto­ści.

Następ­nie ten swój mie­siąc dzielą na trzy­dzie­ści "dób" lub, jak prze­waż­nie mówią, "dni".

Za dobę przyj­mują taki okres, w któ­rym ich pla­neta, znaj­du­jąc się pod dzia­ła­niem wspo­mnia­nych kosmicz­nych praw, doko­nuje "peł­nego obrotu" wokół wła­snej osi.

Zwróć przy oka­zji uwagę na to, że tą samą nazwą "dzień" okre­ślają rów­nież pro­ces tro­go­au­to­ego­kra­tyczny nazy­wany przez nas "kszta­ca­wacht" i zacho­dzący okre­sowo zarówno w atmos­fe­rze ich pla­nety, jak i wszyst­kich innych pla­net, na któ­rych urze­czy­wist­niany jest kosmiczny pro­ces zwany, jak już ci mówi­łem, "ilno­so­par­nym"; to samo zja­wi­sko okre­ślają jesz­cze sło­wami "jest widno".

A jeśli cho­dzi o drugi, prze­ciwny mu pro­ces, który my nazy­wamy "kłda­cachti", to one zwą go "nocą" albo mówią o nim "jest ciemno".

Tak więc trój­mó­zgowe istoty, które mają sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia, naj­dłuż­szy okres upływu czasu nazy­wają "wie­kiem" i ten ich "wiek" składa się ze stu "lat".

"Rok" ma dwa­na­ście "mie­sięcy", a "mie­siąc" prze­cięt­nie trzy­dzie­ści "dni", czyli dób.

"Doba" dzieli się na dwa­dzie­ścia cztery "godziny", a "godzina" na sześć­dzie­siąt "minut". Z kolei każda "minuta" jest podzie­lona na sześć­dzie­siąt "sekund".

Ponie­waż nie znasz jesz­cze, mój chłop­cze, wyjąt­ko­wych wła­ści­wo­ści czasu, powi­nie­neś więc w pierw­szej kolej­no­ści dowie­dzieć się, że praw­dziwa nauka obiek­tywna defi­niuje to kosmiczne zja­wi­sko w nastę­pu­jący spo­sób:

"Czas jako taki w ogóle nie ist­nieje; jest to tylko cało­kształt rezul­ta­tów wypły­wa­ją­cych ze wszyst­kich zja­wisk kosmicz­nych obec­nych w danym miej­scu".

Czasu samego w sobie żadna istota nie może ani pojąć rozu­mem, ani odczuć za pomocą któ­rej­kol­wiek zewnętrz­nej lub wewnętrz­nej funk­cji ist­nie­nio­wej. Dozna­wa­nie go jest nie­moż­liwe, i to bez względu na poziom instynktu, który się budzi i jest obecny w każ­dym mniej wię­cej samo­dziel­nym sku­pie­niu kosmicz­nym.

Czas można okre­ślić jedy­nie, porów­nu­jąc różne zja­wi­ska kosmiczne zacho­dzące w tym samym miej­scu i w tych samych warun­kach, w któ­rych się stwier­dza jego ist­nie­nie i go roz­waża.

Należy dodać, że w Wiel­kim Wszech­świe­cie wszyst­kie bez wyjątku zja­wi­ska, nie­za­leż­nie od tego, gdzie powstają i się mani­fe­stują, są po pro­stu kolej­nymi zgod­nymi z pra­wem "roz­drob­nie­niami" pew­nego cało­ścio­wego zja­wi­ska, któ­rego pier­wot­nym źró­dłem jest Prze­naj­święt­sze Słońce Abso­lut.

To dzięki temu wszyst­kie kosmiczne zja­wi­ska, gdzie­kol­wiek by zacho­dziły, "obiek­ty­wi­zują się".

A reali­za­cja takich kolej­nych zgod­nych z pra­wem "roz­drob­nień" odbywa się pod każ­dym wzglę­dem - nawet ich inwo­lu­cji i ewo­lu­cji - w opar­ciu o pod­sta­wowe kosmiczne prawo świę­tego Hep­ta­pa­ra­par­szy­noch.

Jedy­nie czas nie ma war­to­ści obiek­tyw­nej, gdyż nie jest rezul­ta­tem roz­drob­nie­nia jakie­goś kon­kret­nego zja­wi­ska kosmicz­nego. A ponie­waż z niczego nie powstaje i pozo­sta­jąc samo­wy­star­czal­nie-nie­za­leż­nym, zawsze się mie­sza ze wszyst­kimi prze­ja­wami, to tylko on w całym Wszech­świe­cie zasłu­guje na miano "Ide­al­nie Uni­ka­to­wego Subiek­tyw­nego Zja­wi­ska".

Tak więc, mój chłop­cze, tylko Czas lub, jak nie­któ­rzy mówią, "Hero­pas", nie ma źró­dła, które warun­ko­wa­łoby jego powsta­nie, i jedy­nie on, na podo­bień­stwo Bożej Miło­ści, zawsze, jak już ci powie­dzia­łem, pły­nie nie­za­leż­nie, sam z sie­bie, łącząc się w okre­ślo­nych pro­por­cjach z wszel­kimi zja­wi­skami, które zacho­dzą we wszyst­kich obec­nych w danym miej­scu two­rach naszego Wiel­kiego Wszech­świata.

Powta­rzam raz jesz­cze: to wszystko, co ci przed chwilą powie­dzia­łem, będziesz mógł jasno zro­zu­mieć dopiero póź­niej, gdy - jak już obie­ca­łem - spe­cjal­nie wyja­śnię ci wszyst­kie pod­sta­wowe prawa Powsta­nia i Ist­nie­nia Świata.

Tym­cza­sem zapa­mię­taj tylko, że ponie­waż czas nie ma źró­dła swego powsta­nia i w prze­ci­wień­stwie do wszel­kich innych zja­wisk kosmicz­nych wystę­pu­ją­cych w dowol­nej kosmicz­nej sfe­rze nie da się dokład­nie stwier­dzić jego obec­no­ści, to wcze­śniej wspo­mniana przeze mnie nauka obiek­tywna sto­suje do jego bada­nia tę samą jed­nostkę pod­sta­wową, któ­rej używa do pre­cy­zyj­nego okre­śle­nia gęsto­ści i jako­ści - w zna­cze­niu życio­daj­no­ści wibra­cji - każ­dej z sub­stan­cji kosmicz­nych wystę­pu­ją­cych we wszyst­kich miej­scach i we wszyst­kich sfe­rach naszego Wiel­kiego Wszech­świata.

Owa pod­sta­wowa jed­nostka, od dawna sto­so­wana do mie­rze­nia czasu, to jedna chwila tego, co zwie się "świę­tym dozna­niem ego­kul­nac­nar­nym" i co poja­wia się w Świę­tych Indy­wi­du­ach Kosmicz­nych zamiesz­ku­ją­cych Prze­naj­święt­sze Słońce Abso­lut, ile­kroć wzrok naszego jed­no­byt­nego nie­skoń­czo­nego kie­ruje się w prze­strzeń i bez­po­śred­nio dotyka ich obec­no­ści.

Taka pod­sta­wowa jed­nostka została usta­lona przez naukę obiek­tywną po to, by można było dokład­nie okre­ślić i porów­nać mię­dzy sobą roz­ma­ite stop­nie subiek­tyw­nych doznań poje­dyn­czych świa­do­mych Indy­wi­duów, a także "odmienne tempa" róż­nych obiek­tyw­nych zja­wisk kosmicz­nych, które mani­fe­stują się w roz­ma­itych sfe­rach naszego Wiel­kiego Wszech­świata i dzięki któ­rym powstają wszyst­kie, zarówno małe, jak i wiel­kie, kosmiczne twory.

Główna oso­bli­wość pro­cesu upływu czasu polega na tym, że obec­no­ści wszyst­kich for­ma­cji kosmicz­nych róż­nej skali postrze­gają go w ten sam spo­sób i w tej samej kolej­no­ści.

Abyś mógł choćby w przy­bli­że­niu zro­zu­mieć to, o czym ci wła­śnie powie­dzia­łem, weźmy na przy­kład pro­ces upływu czasu zacho­dzący w dowol­nej kro­pli wody znaj­du­ją­cej się w karafce, która stoi na stole.

Każda kro­pla wody w tej karafce sama w sobie repre­zen­tuje cały nie­za­leżny świat, "świat Mikro­ko­smo­sów".

W tym mikro­sko­pij­nym świe­cie powstają i żyją, tak jak w innych kosmo­sach, względ­nie samo­dzielne, nie­skoń­cze­nie małe "indy­wi­dua" lub "istoty".

Dla istot tego nie­skoń­cze­nie małego świata czas pły­nie dokład­nie w tej samej kolej­no­ści, w jakiej odczu­wają go wszyst­kie indy­wi­dua we wszyst­kich innych kosmo­sach.

Te mikro­sko­pijne istoty, podob­nie jak istoty z kosmo­sów innej "skali", dla wszyst­kich swo­ich per­cep­cji i prze­ja­wów mają prze­ży­cia okre­ślo­nej dłu­go­ści i tak samo jak te ostat­nie doznają upływu czasu, porów­nu­jąc okres trwa­nia ota­cza­ją­cych je zja­wisk.

Dokład­nie w ten sam spo­sób jak istoty z innych kosmo­sów one się rodzą, dora­stają, łączą i roz­dzie­lają gwoli uzy­ska­nia tego, co zwane jest "rezul­ta­tem płcio­wym", a także cho­rują oraz cier­pią i koniec koń­cem, jak wszystko inne, co ist­nieje, a w czym nie utrwa­lił się obiek­tywny rozum, giną jako takie na zawsze.

Cały pro­ces egzy­sten­cji takich nie­skoń­cze­nie małych istot tego rów­nie mikro­sko­pij­nego świata wymaga okre­ślo­nego czasu, któ­rego dłu­gość jest pro­por­cjo­nalna do dłu­go­ści wszyst­kich ota­cza­ją­cych zja­wisk mani­fe­stu­ją­cych się w danej "skali kosmicz­nej".

Rów­nież tym mikro­sko­pij­nym isto­tom potrzebny jest okre­ślony czas na pro­ces ich powsta­wa­nia i kształ­to­wa­nia się, a także na różne zda­rze­nia, które zacho­dzą w trak­cie ich egzy­sten­cji aż do ich cał­ko­wi­tego i osta­tecz­nego uni­ce­stwie­nia.

Prze­bieg peł­nego pro­cesu egzy­sten­cji istot tej kro­pli wody tak samo wymaga okre­ślo­nych kolej­nych "odstę­pów" upływu czasu.

Taki okre­ślony czas potrzebny jest zarówno na ich rado­ści, jak i smutki, sło­wem na wszyst­kie nie­zbędne doświad­cza­nia ist­nie­niowe, wli­cza­jąc w to "złe passy", a także "okresy gorą­cej chęci dosko­na­le­nia się".

Powta­rzam: rów­nież u nich pro­ces upływu czasu ma swoje har­mo­nijne nastę­po­wa­nie i to nastę­po­wa­nie wynika z cało­kształtu zja­wisk, które je ota­czają.

Mówiąc ogól­nie, dłu­gość pro­cesu upływu czasu jest postrze­gana i odczu­wana jed­na­kowo przez wszyst­kie wspo­mniane kosmiczne indy­wi­dua, a także wszyst­kie już osta­tecz­nie ufor­mo­wane "zin­stynk­ty­wi­zo­wane" jed­nostki, z jedną tylko róż­nicą, która jest wypad­kową odręb­nego cha­rak­teru ich obec­no­ści oraz ich stanu w danym momen­cie.

Przy czym, mój chłop­cze, trzeba zauwa­żyć, że choć u poszcze­gól­nych indy­wi­duów, które egzy­stują w dowol­nych samo­dziel­nych jed­nost­kach kosmicz­nych, ich defi­ni­cja upływu czasu nie jest, w peł­nym tego słowa zna­cze­niu, obiek­tywna, nie­mniej jed­nak dla nich samych się obiek­ty­wi­zuje, a to dla­tego, że ów upływ czasu postrze­gają one zgod­nie z peł­nią wła­snej obec­no­ści.

Ta sama kro­pla wody, którą wzię­li­śmy za przy­kład, pomoże ci jaśniej zro­zu­mieć moją myśl.

Mimo że z punktu widze­nia ogól­now­szech­świa­to­wej obiek­tyw­no­ści cały okres pro­cesu upływu czasu toczący się w tej kro­pli wody jest przez nią odczu­wany zupeł­nie subiek­tyw­nie, to przez istoty, które w tej kro­pli wody egzy­stują, dany upływ czasu jest postrze­gany już jako obiek­tywny.

Aby to jesz­cze lepiej wyja­śnić, możemy wziąć za przy­kład pewne istoty zwane "hipo­chon­dry­kami", które żyją wśród przy­pa­dłych ci do gustu trój­mó­zgo­wych istot pla­nety Zie­mia.

Tym ziem­skim hipo­chon­dry­kom bar­dzo czę­sto się wydaje, iż czas pły­nie nie­zmier­nie powoli i wle­cze się, jak to ujmują, "prze­raź­li­wie nudno".

Otóż dokład­nie tak samo nie­któ­rym z tych nie­skoń­cze­nie małych istot w kro­pli wody może się cza­sami wyda­wać - oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że wśród nich rów­nież zda­rzają się tacy hipo­chon­drycy - iż czas pły­nie bar­dzo powoli i "prze­raź­li­wie nudno".

Tym­cza­sem w rze­czy­wi­sto­ści, zgod­nie z dozna­niem dłu­go­ści czasu, jakie mają twoi ulu­bieńcy z pla­nety Zie­mia, cała ta długa egzy­sten­cja "istot-Mikro­ko­smo­sów" trwa zale­d­wie kilka ich­nich "minut", a nie­kiedy nawet tylko parę "sekund".

Teraz, mój chłop­cze, abyś jesz­cze lepiej mógł zro­zu­mieć czas i jego szcze­gólne wła­ści­wo­ści, warto byłoby porów­nać twój wiek z odpo­wia­da­ją­cym mu wie­kiem istoty, która egzy­stuje na pla­ne­cie Zie­mia.

Dla naszego porów­na­nia musimy sko­rzy­stać z tej samej pod­sta­wo­wej jed­nostki czasu, którą, jak już ci mówi­łem, sto­suje do takich obli­czeń nauka obiek­tywna.

Przede wszyst­kim powi­nie­neś wie­dzieć, że nauka obiek­tywna wyka­zała - opie­ra­jąc się na danych, które poznasz wtedy, gdy spe­cjal­nie wyja­śnię ci pod­sta­wowe prawa Stwo­rze­nia i Ist­nie­nia Świata - iż wszyst­kie nor­malne istoty trój­mó­zgowe, wli­cza­jąc w to oczy­wi­ście te, które powstają na naszej pla­ne­cie Kara­taz, doznają świę­tego "dzia­ła­nia ego­kul­nac­nar­nego", słu­żą­cego do obli­cza­nia czasu, czter­dzie­ści dzie­więć razy wol­niej niż Święte Indy­wi­dua znaj­du­jące się na Prze­naj­święt­szym Słońcu Abso­lut.

Pro­wa­dzi to do tego, że dla trój­mó­zgo­wych istot naszego Kara­taza pro­ces upływu czasu toczy się czter­dzie­ści dzie­więć razy szyb­ciej niż na Słońcu Abso­lut i z taką samą pręd­ko­ścią ów pro­ces powi­nien prze­bie­gać dla istot mają­cych sie­dli­sko na pla­ne­cie Zie­mia.

Jed­no­cze­śnie obli­czono, że w prze­dziale czasu, w trak­cie któ­rego słońce "Samos" osiąga punkt naj­więk­szego zbli­że­nia do słońca "Selos" - czyli w okre­sie uwa­ża­nym na pla­ne­cie Kara­taz za "rok" - pla­neta Zie­mia zata­cza wokół swo­jego słońca Ors trzy­sta osiem­dzie­siąt dzie­więć wła­snych "kół kren­to­nal­nych".

Wynika z tego, że nasz "rok", według umow­nie obiek­tyw­nej rachuby czasu, jest trzy­sta osiem­dzie­siąt dzie­więć razy dłuż­szy niż okres, który przyj­mują za rok twoi ulu­bieńcy.

Na pewno zain­te­re­suje cię fakt, że wszyst­kie te obli­cze­nia wyja­śnił mi po czę­ści Wielki Arcy­in­ży­nier Wszech­świata, Jego Wymier­ność Archa­nioł Alge­ma­tant.

Oby dane mu było udo­sko­na­lić się aż do świę­tego Ankłada!

Udzie­lił mi on tych wyja­śnień w trak­cie swo­jego pobytu na pla­ne­cie Mars, gdy przy­był tam w roli świę­tego członka trze­ciej Zna­mie­ni­tej Komi­sji z powodu pierw­szego wiel­kiego nie­szczę­ścia, które spo­tkało pla­netę Zie­mia. Infor­ma­cje te następ­nie dopeł­nił kapi­tan mię­dzy­pla­ne­tar­nego statku "Wszę­do­byl­ski", z któ­rym odby­łem kilka przy­ja­ciel­skich roz­mów pod­czas mojej podróży powrot­nej do ojczy­zny.

Teraz powin­ni­śmy jesz­cze zwró­cić uwagę na to, że ty, jako trój­mó­zgowa istota, która powstała na pla­ne­cie Kara­taz, jesteś w tej chwili tylko dwu­na­sto­let­nim chłop­cem i pod wzglę­dem bycia oraz rozumu dokład­nie przy­po­mi­nasz dwu­na­sto­latka z pla­nety Zie­mia, który jesz­cze się nie ukształ­to­wał i nie jest sie­bie świa­domy - co zresztą cha­rak­te­ry­zuje wszyst­kie ziem­skie istoty trój­mó­zgowe w trak­cie pro­cesu ich dora­sta­nia do wieku istoty odpo­wie­dzial­nej.

Wszyst­kie cechy two­jej zbior­czej psy­chiki zwane "cha­rak­te­rem", "tem­pe­ra­men­tem", "skłon­no­ściami", sło­wem wszyst­kie szcze­gólne wła­ści­wo­ści two­jej psy­chiki obja­wia­jące się na zewnątrz, odpo­wia­dają dokład­nie tym wła­ści­wo­ściom, które zna­mio­nują tam­tej­szą nie­doj­rzałą i nie­u­kształ­to­waną istotę trój­mó­zgową w wieku lat dwu­na­stu.

Tym­cza­sem z wszyst­kiego, co ci powie­dzia­łem, wynika, że choć zgod­nie z naszą rachubą czasu wciąż jesteś tylko nie­u­kształ­to­wa­nym i nie­świa­do­mym sie­bie dwu­na­sto­let­nim chłop­cem - jak każdy chło­piec w tym wieku na pla­ne­cie Zie­mia - jed­nak według rachuby opar­tej na ich subiek­tyw­nych poję­ciach oraz ich ist­nie­nio­wych dozna­niach upływu czasu egzy­stu­jesz już nie dwa­na­ście, ale całe cztery tysiące sześć­set sześć­dzie­siąt osiem lat.

Wszystko to, o czym ci mówię, sta­nowi mate­riał, dzięki któ­remu będziesz mógł póź­niej uprzy­tom­nić sobie nie­które z czyn­ni­ków warun­ku­ją­cych stop­niowe skra­ca­nie się nor­mal­nej prze­cięt­nej dłu­go­ści ich egzy­sten­cji - dłu­go­ści, która stała się dzi­siaj, w obiek­tyw­nym sen­sie, już pra­wie "zerowa".

Ści­śle mówiąc, takie stop­niowe zmniej­sza­nie się prze­cięt­nej dłu­go­ści egzy­sten­cji trój­mó­zgo­wych istot tej nie­szczę­snej pla­nety, wsku­tek czego ta dłu­gość została zre­du­ko­wana nie­mal do "zera", miało nie jedną, ale wiele bar­dzo róż­no­rod­nych przy­czyn.

Pierw­sza i główna spo­śród nich to oczy­wi­ście fakt, że sama Przy­roda odpo­wied­nio się przy­sto­so­wu­jąc, musiała zmie­nić po tro­chu ich obec­ność na taką, jaką jest ona obec­nie.

Co się zaś tyczy wszyst­kich innych przy­czyn, to - aby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość - powi­nie­nem w pierw­szej kolej­no­ści pod­kre­ślić, że mogłyby one na tej nie­szczę­snej pla­ne­cie w ogóle nie zaist­nieć, gdyby nie to, iż poja­wiła się tam ta pierw­sza przy­czyna, z któ­rej moim zda­niem wynik­nęły, oczy­wi­ście bar­dzo powoli, pozo­stałe.

To wszystko, mój chłop­cze, będziesz mógł zro­zu­mieć w trak­cie moich kolej­nych opo­wie­ści o tych trój­mó­zgo­wych isto­tach, na razie jed­nak powiem ci tylko o tej pierw­szej i głów­nej przy­czy­nie, a mia­no­wi­cie o tym, dla­czego i w jaki spo­sób Wielka Przy­roda została zmu­szona do tego, by pod­dać rewi­zji ich obec­ność i nadać jej nową formę.

Przede wszyst­kim musisz wie­dzieć, że gene­ral­nie we Wszech­świe­cie ist­nieją dwa "rodzaje" czy też dwie "zasady" dłu­go­ści egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej.

Pierw­sza zasada egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej, zwana "fula­sni­tamną", jest wła­ściwa wszyst­kim trój­mó­zgo­wym isto­tom, które powstają na dowol­nej pla­ne­cie naszego Wiel­kiego Wszech­świata. Pod­sta­wo­wym celem oraz sen­sem egzy­sten­cji takich istot jest słu­że­nie za wehi­kuł do trans­for­ma­cji kosmicz­nych sub­stan­cji potrzeb­nych do "ogól­no­ko­smicz­nego pro­cesu tro­go­au­to­ego­kra­tycz­nego".

Dru­giej zasa­dzie egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej pod­le­gają z kolei wszyst­kie istoty jed­no­mó­zgowe i dwu­mó­zgowe, i to nie­za­leż­nie od miej­sca swego powsta­nia.

Sens oraz cel egzy­sten­cji tych istot rów­nież spro­wa­dza się do tego, by za ich pomocą odby­wała się trans­for­ma­cja sub­stan­cji kosmicz­nych, w tym wypadku potrzeb­nych jed­nak nie do celów o cha­rak­te­rze ogól­no­ko­smicz­nym, lecz jedy­nie do speł­nie­nia wyma­gań danego układu sło­necz­nego, a nawet samej tylko pla­nety, w któ­rej i na któ­rej te istoty powstają.

W każ­dym razie abyś mógł lepiej pojąć dzi­wacz­ność psy­chiki tych przy­pa­dłych ci do gustu trój­mó­zgo­wych istot, powi­nie­neś także wie­dzieć, że na początku, gdy organ kun­da­bu­for został usu­nięty z ich obec­no­ści wraz ze wszyst­kimi jego wła­ści­wo­ściami, czas trwa­nia ich egzy­sten­cji odpo­wia­dał zasa­dzie fula­sni­tam­nej, to zna­czy miały one obo­wią­zek egzy­sto­wać tak długo, aż przy­oble­kło się w nich i w pełni udo­sko­na­liło pod wzglę­dem rozumu to, co zwie się "cia­łem kes­dżan" lub - jak same zaczęły potem nazy­wać tę swoją część ist­nie­niową - "ciało astralne", o któ­rym, nawia­sem mówiąc, współ­cze­sne istoty wie­dzą już tylko ze sły­sze­nia.

Póź­niej jed­nak, mój chłop­cze, kiedy z przy­czyn, o któ­rych dowiesz się z moich dal­szych opo­wie­ści, zaczęły one egzy­sto­wać w spo­sób zbyt nie­nor­malny i cał­kiem nie­godny istot trój­mó­zgo­wych - co spo­wo­do­wało, że z jed­nej strony, prze­stały emi­to­wać wibra­cje nie­zbędne Przy­ro­dzie do wspie­ra­nia ode­rwa­nych kawał­ków ich pla­nety, a z dru­giej, kie­ro­wane główną cechą swo­jej dziw­nej psy­chiki zaczęły one nisz­czyć inne formy istot swo­jej pla­nety, stop­niowo zmniej­sza­jąc w ten spo­sób liczbę źró­deł potrzeb­nych do tego samego celu - otóż wła­śnie wtedy, aby uzy­skać rów­no­wagę nie­zbęd­nych wibra­cji zarówno jeśli cho­dzi o jakość, jak i ilość, Przy­roda była zmu­szona z cza­sem dosto­so­wać obec­ność tych trój­mó­zgo­wych istot do dru­giej zasady, a mia­no­wi­cie zasady "Ito­kla­noc", to zna­czy urze­czy­wist­niać je w ten sam spo­sób jak istoty jed­no­mó­zgowe i dwu­mó­zgowe.

Przy innej oka­zji spe­cjal­nie wyja­śnię ci też zna­cze­nie zasady Ito­kla­noc.

Tym­cza­sem zapa­mię­taj, że choć na samym początku główne przy­czyny skró­ce­nia dłu­go­ści egzy­sten­cji istot trój­mó­zgo­wych tej pla­nety nie zale­żały od nich samych, jed­nak póź­niej pod­sta­wo­wym źró­dłem wszyst­kich żało­snych rezul­ta­tów stały się - i jesz­cze bar­dziej są obec­nie - nie­nor­malne warunki zwy­kłej codzien­nej egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej, które one same sobie stwo­rzyły. Wsku­tek tych warun­ków dłu­gość ich egzy­sten­cji na­dal się zmniej­sza i stała się teraz już tak krótka, że róż­nica mię­dzy dłu­go­ścią pro­cesu egzy­sten­cji trój­mó­zgo­wych istot innych pla­net całego Wszech­świata i tych trój­mó­zgo­wych istot z pla­nety Zie­mia jest nie­mal taka sama jak ta, która wystę­puje mię­dzy rze­czy­wi­stą dłu­go­ścią ich wła­snej egzy­sten­cji a dłu­go­ścią egzy­sten­cji nie­skoń­cze­nie małych istot w kro­pli wody, które wzię­li­śmy wcze­śniej za przy­kład.

Czy rozu­miesz teraz, mój chłop­cze, dla­czego nawet Wielki Hero­pas, czyli Czas, został zmu­szony do urze­czy­wist­nia­nia tak oczy­wi­stego non­sensu w obec­no­ściach tych nie­szczę­śli­wych trój­mó­zgo­wych istot, które powstają i egzy­stują na pla­ne­cie Zie­mia?

Dzięki wszyst­kiemu, co ci przed chwilą wyja­śni­łem, sam już możesz wejść w jego poło­że­nie i zro­zu­mieć tego bez­li­to­snego, ale za to zawsze i we wszyst­kim spra­wie­dli­wego Hero­pasa!

Wypo­wie­dziaw­szy te słowa, Bel­ze­bub zamilkł, a gdy ponow­nie zwró­cił się do swego wnuka, rzekł z cięż­kim wes­tchnie­niem:

- Ech! Drogi chłop­cze!

Póź­niej, kiedy opo­wiem ci wię­cej o trój­cen­tro­wych isto­tach tej nie­szczę­snej pla­nety Zie­mia, sam wszystko zro­zu­miesz i wyro­bisz sobie na ten temat wła­sną opi­nię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roz­dział 1

Roz­bu­dze­nie myśli

Wśród róż­nych prze­ko­nań, które ukształ­to­wały się w mojej zbior­czej obec­no­ści w trak­cie mojego odpo­wie­dzial­nego, oso­bli­wie ukła­da­ją­cego się życia, znaj­duje się także jedno nie­wąt­pliwe prze­ko­na­nie, że zawsze i wszę­dzie na Ziemi, u wszyst­kich ludzi - bez względu na poziom roz­woju ich rozu­mie­nia i formę, w jakiej prze­ja­wiają się czyn­niki warun­ku­jące powsta­nie w ich indy­wi­du­al­no­ści wszel­kiego rodzaju ide­ałów - pano­wał zwy­czaj, że roz­po­czy­na­jąc jakieś nowe dzieło, należy koniecz­nie wypo­wie­dzieć gło­śno, a jeśli nie na głos, to przy­naj­mniej w myśli, usta­loną for­mułę, zro­zu­miałą dla każ­dej, nawet cał­kiem nie­wy­kształ­co­nej osoby, róż­nie brzmiącą w róż­nych epo­kach, a w naszych cza­sach wyra­żaną nastę­pu­ją­cymi sło­wami: "W imię Ojca i Syna i Ducha Świę­tego, Amen".

Oto dla­czego, zabie­ra­jąc się teraz do tego cał­kiem nowego dla mnie przed­się­wzię­cia, mia­no­wi­cie pisar­stwa, ja także zaczy­nam od wypo­wie­dze­nia tej for­muły i nie tylko wyma­wiam ją na głos, ale robię to nawet bar­dzo dobit­nie i z całą, jak to okre­ślili sta­ro­żytni Tulu­zyci, "w pełni prze­ja­wioną into­na­cją", oczy­wi­ście w owej pełni, która mogła powstać w mojej zbior­czej obec­no­ści jedy­nie dzięki ukształ­to­wa­nym już w celu takiego prze­jawu i grun­tow­nie zako­rze­nio­nym w niej danym - danym, nawia­sem mówiąc, które z reguły kształ­tują się w natu­rze czło­wieka w jego wieku przy­go­to­waw­czym i które póź­niej, w trak­cie jego odpo­wie­dzial­nego życia, decy­dują o cha­rak­te­rze i życio­daj­no­ści owej into­na­cji.

Po takim początku mogę teraz być już cał­kiem spo­kojny i zgod­nie z wyro­bio­nymi u ludzi poję­ciami moral­no­ści reli­gij­nej powi­nie­nem nawet być ponad wszelką wąt­pli­wość prze­ko­nany, iż w tym moim nowym przed­się­wzię­ciu wszystko odtąd, jak to się mówi, "pój­dzie jak po maśle".

W każ­dym razie tak wła­śnie zaczą­łem, a co będzie dalej, w tej chwili można tylko powie­dzieć, jak to kie­dyś wyra­ził pewien śle­piec, "zoba­czymy".

W pierw­szej kolej­no­ści położę swoją rękę, co wię­cej, rękę prawą - na razie wpraw­dzie nieco uszko­dzoną z powodu nie­szczę­ścia, które ostat­nio mi się przy­da­rzyło, ale bądź co bądź naprawdę moją i która ni­gdy mnie w życiu jesz­cze nie zawio­dła - na sercu, oczy­wi­ście także moim wła­snym (lecz o sta­ło­ści czy niesta­ło­ści tej czę­ści mnie całego nie widzę teraz potrzeby się roz­wo­dzić), i wyznam szcze­rze, że choć oso­bi­ście nie mam naj­mniej­szej ochoty zabie­rać się do pisa­nia, to zmu­siły mnie do tego cał­kiem nie­za­leżne ode mnie oko­licz­no­ści, które, sam jesz­cze nie wiem, czy powstały przy­pad­kowo, czy też celowo stwo­rzyły je zewnętrzne siły. Wiem tylko, że te oko­licz­no­ści wyma­gają, bym napi­sał nie jakieś "byle co", w rodzaju na przy­kład lek­tury do poduszki, lecz waż­kie i opa­słe tomy.

Rad nie­rad zaczy­nam...

Ale od czego zacząć?

Do dia­bła! Czyż znowu pojawi się to samo nader nie­przy­jemne i bar­dzo oso­bliwe dozna­nie, jakiego mia­łem oka­zję doświad­czyć mniej wię­cej trzy tygo­dnie temu, kiedy ukła­da­łem w myślach ogólny zarys oraz kolej­ność idei, które posta­no­wi­łem opu­bli­ko­wać, i kiedy tak samo nie wie­dzia­łem, od czego zacząć?

To ówcze­sne dozna­nie mógł­bym teraz ująć tylko w takich sło­wach: "strach przed uto­nię­ciem w powo­dzi wła­snych myśli".

Wtedy, aby pozbyć się takiego nie­po­żą­da­nego dozna­nia, mogłem jesz­cze odwo­łać się do tej zgub­nej wła­ści­wo­ści, którą dzielę ze wszyst­kimi współ­cze­snymi ludźmi - ponie­waż stała się nam przy­na­leżna - i która powo­duje, że odkła­damy wszystko "na poju­trze", nie czu­jąc z tego powodu żad­nych wyrzu­tów sumie­nia.

Otóż mogłem to wów­czas bar­dzo łatwo zro­bić, ponie­waż do fak­tycz­nego roz­po­czę­cia pisa­nia wciąż jesz­cze mia­łem dużo czasu; teraz jed­nak nie mogę już tak postą­pić i, jak to się mówi, "choć­bym miał pęk­nąć", muszę zacząć.

Ale tak naprawdę od czego zacząć...?

Hurra! Eureka!

Pra­wie wszyst­kie książki, które mia­łem oka­zję w życiu prze­czy­tać, zaczy­nały się od przed­mowy.

A więc ja też muszę zacząć od cze­goś w tym rodzaju.

Mówię "w tym rodzaju", ponie­waż gene­ral­nie w trak­cie całego mojego życia, od chwili, gdy zaczą­łem odróż­niać chłopca od dziew­czynki, wszystko, abso­lut­nie wszystko, robi­łem nie tak, jak robią to inni podobni do mnie dwu­nożni nisz­czy­ciele dobra przy­rody. Dla­tego także teraz muszę - i być może jest to już nawet moim suro­wym obo­wiąz­kiem - zabrać się do pisar­stwa ina­czej, niż zro­biłby to każdy inny pisarz.

Tak czy owak, zamiast od tra­dy­cyj­nego wstępu zacznę cał­kiem po pro­stu od ostrze­że­nia.

Postą­pię bar­dzo roz­sąd­nie, zaczy­na­jąc od ostrze­że­nia, choćby dla­tego, że nie sprze­ciwi się to żad­nej z moich orga­nicz­nych, psy­chicz­nych czy nawet "sobie­pań­skich" skłon­no­ści oraz zasad, a jed­no­cze­śnie będzie cał­kiem uczciwe, oczy­wi­ście w obiek­tyw­nym sen­sie tego słowa, ponie­waż z nie­za­chwianą pew­no­ścią ocze­kuję, jak zresztą wszy­scy ci, któ­rzy dobrze mnie znają, iż dzięki moim pismom więk­szość czy­tel­ni­ków od razu - a nie stop­niowo, co z upły­wem czasu, prę­dzej czy póź­niej, spo­tka wszyst­kich ludzi - straci w zupeł­no­ści wszel­kie "bogac­twa", czy to prze­ka­zane im dzie­dzicz­nie, czy zdo­byte wła­sną pracą, wystę­pu­jące w postaci "koją­cych pojęć", które są jedy­nie źró­dłem upięk­szo­nych wyobra­żeń o ich obec­nym życiu lub naiw­nych mrzo­nek o tym, co czeka ich w przy­szło­ści.

Tego rodzaju wstępy zawo­dowi pisa­rze roz­po­czy­nają z reguły prze­mową do czy­tel­nika pełną prze­róż­nych napu­szo­nych i pom­pa­tycz­nych, można by rzec, "prze­sło­dzono-nadę­tych" zwro­tów.

Chyba tylko pod tym wzglę­dem pójdę za ich przy­kła­dem i ja rów­nież zacznę od takiej prze­mowy, ale posta­ram się jej nie "prze­do­brzyć", co oni mają w zwy­czaju czy­nić, gdy tą swoją manierą szar­pią nerwy każ­dego mniej wię­cej nor­mal­nego czy­tel­nika.

A zatem...

Moi dro­dzy, wielce sza­nowni, rezo­lutni i oczy­wi­ście bar­dzo cier­pliwi Pano­wie oraz moje czci­godne, cza­ru­jące i bez­stronne Panie! Prze­pra­szam... pomi­ną­łem naj­waż­niej­sze: oraz moje zgoła nie­roz­hi­ste­ry­zo­wane Panie!

Mam zaszczyt poin­for­mo­wać Pań­stwa, że cho­ciaż w rezul­ta­cie pew­nych oko­licz­no­ści zaist­nia­łych na jed­nym z ostat­nich eta­pów pro­cesu mojego życia zabie­ram się teraz do pisa­nia ksią­żek, to w trak­cie całej mojej dotych­cza­so­wej egzy­sten­cji nie tylko nie napi­sa­łem jesz­cze żad­nej książki ani żad­nego "poucza­ją­cego arty­kułu", lecz także nie dane mi było napi­sać ani jed­nego listu, w któ­rym był­bym zmu­szony bez­względ­nie prze­strze­gać tego, co zwie się "gra­ma­tycz­no­ścią", i dla­tego, cho­ciaż zosta­łem teraz zawo­do­wym pisa­rzem, to nie mając żad­nej wprawy ani w sto­so­wa­niu wszyst­kich usta­lo­nych, pro­fe­sjo­nal­nych pisar­skich norm i metod, ani w zakre­sie "języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego", zmu­szony będę pisać zupeł­nie ina­czej niż zwy­kli "paten­to­wani pisa­rze", do któ­rych stylu naj­praw­do­po­dob­niej już od dawna tak się przy­zwy­cza­ili­ście jak do wła­snego zapa­chu.

Moim zda­niem poczu­je­cie się tym ziry­to­wani przede wszyst­kim dla­tego, że jesz­cze w dzie­ciń­stwie wsz­cze­piono wam auto­ma­tyzm, który obec­nie już ide­al­nie zhar­mo­ni­zo­wał się z waszą zbior­czą psy­chiką i który zna­ko­mi­cie działa w momen­cie postrze­ga­nia wszel­kiego rodzaju nowych wra­żeń, powo­du­jąc, że dzięki takiemu "dobro­dziej­stwu" nie potrze­bu­je­cie już teraz, w waszym odpo­wie­dzial­nym życiu, podej­mo­wać żad­nych indy­wi­du­al­nych wysił­ków.

Szcze­rze mówiąc, uwa­żam, że środ­kiem cięż­ko­ści tego mojego wyzna­nia nie powi­nien być mój brak zna­jo­mo­ści wszel­kich zasad i metod pisar­skich, lecz nie­opa­no­wa­nie przeze mnie wspo­mnia­nego "języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego", któ­rego bez­względ­nie wymaga się w życiu współ­cze­snym, i to nie tylko od pisa­rzy, ale także od każ­dego zwy­kłego śmier­tel­nika.

Co się zaś tyczy pierw­szego punktu, czyli mojego braku zna­jo­mo­ści róż­nych pisar­skich zasad i metod, to on pra­wie w ogóle mnie nie mar­twi.

A nie mar­twi mnie, ponie­waż dzi­siaj wśród ludzi takie "dyle­tanc­two" jest już na porządku dzien­nym. To dobro­dziej­stwo poja­wiło się i pano­szy obec­nie po całej Ziemi dzięki tej nie­zwy­kłej nowej cho­ro­bie, na którą przez ostat­nie dwa­dzie­ścia-trzy­dzie­ści lat zapa­dają, z tego lub innego powodu, przede wszyst­kim te osoby wszyst­kich trzech płci, które śpią z na wpół otwar­tymi oczami i któ­rych twa­rze są pod każ­dym wzglę­dem żyzną glebą pod uprawę wszel­kiego rodzaju prysz­czy.

Ta dziwna cho­roba naj­czę­ściej obja­wia się w nastę­pu­jący spo­sób: jeśli pacjent jest choć tro­chę piśmienny i opłaca czynsz za trzy mie­siące z góry, to on (ona lub ono) nie­chyb­nie zaczyna pisać jakiś "poucza­jący arty­kuł" albo nawet całą książkę.

Zda­jąc sobie dobrze sprawę z ist­nie­nia tej nowej ludz­kiej cho­roby, a także z tego, że przy­brała ona na Ziemi roz­miary epi­de­mii, mam prawo - co zresztą powin­ni­ście zro­zu­mieć - przy­jąć, iż już się na nią, jak powie­dzie­liby uczeni "medycy", uod­por­ni­li­ście, a zatem nie będzie­cie dotkli­wie obu­rzeni moim nie­okrze­sa­niem, jeśli cho­dzi o różne zasady i metody pisar­skie.

To wła­śnie uświa­do­mie­nie sobie tego faktu spo­wo­do­wało, że środ­kiem cięż­ko­ści mego ostrze­że­nia posta­no­wi­łem uczy­nić swoją nie­zna­jo­mość "języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego".

Gwoli samo­uspra­wie­dli­wie­nia, a być może także po to, by zła­go­dzić w waszej "świa­do­mo­ści na jawie" sto­pień potę­pie­nia mojej nie­wie­dzy w zakre­sie tego nie­zbęd­nego we współ­cze­snym życiu języka, uwa­żam za konieczne wyznać z pokor­nym ser­cem i z policz­kami pło­ną­cymi ze wstydu, że wpraw­dzie mnie rów­nież uczono takiego języka w dzie­ciń­stwie - to zna­czy w okre­sie, gdy nie­któ­rzy starsi, przy­go­to­wu­jący mnie do odpo­wie­dzial­nego życia, "nie szczę­dzili" żad­nych środ­ków zastra­sze­nia i cią­gle zmu­szali mnie do wku­wa­nia na pamięć peł­nej gamy róż­nych "niu­an­sów", które w sumie skła­dają się na to współ­cze­sne "cudo" - ale nie­stety, na wasze nie­szczę­ście, nic z tego, co mi wtedy wbi­jano do głowy, nie przy­swo­iłem sobie i zupeł­nie nic z tego nie oca­lało na potrzeby mojej obec­nej dzia­łal­no­ści pisar­skiej.

A niczego nie zapa­mię­ta­łem nie z wła­snej winy ani nie z winy moich byłych, god­nych i niegod­nych sza­cunku nauczy­cieli, lecz ów ludzki trud poszedł na marne z powodu pew­nego nie­ocze­ki­wa­nego i zupeł­nie wyjąt­ko­wego zda­rze­nia, które roze­grało się w chwili mojego poja­wie­nia się na bożym świe­cie, a pole­ga­ją­cego - jak ostat­nio wyja­śniła mi, po bar­dzo dro­bia­zgo­wym "psy­cho-fizyczno-astro­lo­gicz­nym" bada­niu, pewna dobrze znana w Euro­pie okul­tystka - na tym, że dokład­nie w owej chwili wibra­cje dźwięku wydo­by­wa­ją­cego się w sąsied­nim domu z fono­grafu Edi­sona wkra­dły się do naszego miesz­ka­nia przez dziurę wybitą w oknie przez naszą stuk­niętą kulawą kozę i że odbie­ra­jąca mnie aku­szerka miała wła­śnie w ustach nasy­coną koka­iną pastylkę pro­duk­cji nie­miec­kiej - i to nie żaden erzac - którą ssała przy akom­pa­nia­men­cie wspo­mnia­nych dźwię­ków, nie dozna­jąc jed­nak nale­ży­tej roz­ko­szy.

Oprócz tego tak nie­po­wsze­dniego zda­rze­nia na moją obecną sytu­ację zło­żyło się - co, muszę wyznać, sam odga­dłem po dłu­gich roz­my­śla­niach według metody nie­miec­kiego pro­fe­sora Herr Stump­fsin­n­sch­mau­sena - także to, że póź­niej, zarówno w okre­sie przy­go­to­waw­czym, jak i w doro­słym już życiu, zawsze auto­ma­tycz­nie i instynk­tow­nie, a cza­sem nawet świa­do­mie, to zna­czy z zasady, uni­ka­łem w obco­wa­niu z innymi uży­wa­nia tego języka. I stro­ni­łem od tej baga­teli, a może wcale nie baga­teli, znowu z powodu trzech danych, które w wieku przy­go­to­waw­czym ukształ­to­wały się w mojej zbior­czej obec­no­ści i o któ­rych zamie­rzam poin­for­mo­wać was nieco dalej w tym pierw­szym roz­dziale moich pism.

W każ­dym razie jest fak­tem roz­świe­tlo­nym ze wszyst­kich stron jak ame­ry­kań­ska reklama, któ­rego nie są już w sta­nie zmie­nić, nawet korzy­sta­jąc z wie­dzy "eks­per­tów od mał­pich szwin­dli", żadne siły, że ja, któ­rego ostat­nio bar­dzo wielu ludzi uważa za dosyć dobrego nauczy­ciela tań­ców świą­tyn­nych, choć sta­łem się od dzi­siaj zawo­do­wym pisa­rzem i oczy­wi­ście będę pisał dużo - gdyż od dzie­ciń­stwa cechuje mnie to, że kiedy coś robię, "to robię tego dużo" - nie dys­po­nu­jąc jed­nak, jak widzi­cie, potrzebną do tego auto­ma­tycz­nie nabytą i auto­ma­tycz­nie prze­ja­wia­jącą się wprawą, zmu­szony będę zapi­sy­wać wszyst­kie moje prze­my­śle­nia pro­stym, zwy­kłym i stwo­rzo­nym przez życie potocz­nym języ­kiem, bez żad­nych lite­rac­kich mani­pu­la­cji ani "gra­ma­tycz­nych wymą­drzań".

Ale to jesz­cze nie wszystko!... Prze­cież nie zde­cy­do­wa­łem o rze­czy naj­waż­niej­szej: w jakim języku mam pisać?

Wpraw­dzie zaczą­łem już pisać po rosyj­sku, ale, jak powie­działby naj­mą­drzej­szy z mędr­ców, Mułła Nasr Eddin1, w tym języku "daleko nie zaj­dziesz".

Język rosyj­ski jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo dobry. Nawet sam go lubię, ale... tylko wtedy, gdy w grę wcho­dzi wymie­nia­nie się aneg­do­tami lub wychwa­la­nie czy­je­goś rodo­wodu.

Język rosyj­ski jest tro­chę podobny do języka angiel­skiego, który z kolei zna­ko­mi­cie nadaje się do tego, by można było, zasiadł­szy w palarni w jed­nym wygod­nym fotelu z nogami wycią­gnię­tymi na dru­gim, pro­wa­dzić dys­ku­sję o austra­lij­skim mro­żo­nym mię­sie lub cza­sem też o "kwe­stii afgań­skiej".

Oba te języki przy­po­mi­nają danie zwane w Moskwie "solanką", do któ­rego można wrzu­cić wszystko z wyjąt­kiem cie­bie i mnie, w tym nawet "poobied­nią czeszmę2" Sze­he­re­zady.

Powi­nie­nem jesz­cze dodać, że różne przy­pad­kowo - a może nieprzy­pad­kowo - stwo­rzone warunki, w któ­rych toczyła się moja mło­dość, spo­wo­do­wały, iż musia­łem bar­dzo sumien­nie uczyć się - sam oczy­wi­ście się do tego zmu­sza­jąc - mówić, czy­tać i pisać w wielu języ­kach, osią­ga­jąc w nich taki sto­pień bie­gło­ści, że gdy­bym posta­no­wił nie wyko­rzy­sty­wać do wyko­ny­wa­nia tego ex promptu wymu­szo­nego na mnie przez los zawodu "auto­ma­ty­zmu" naby­tego dzięki prak­tyce, to praw­do­po­dob­nie mógł­bym teraz pisać w dowol­nym z nich.

Jeśli jed­nak miał­bym postą­pić roz­sąd­nie i posłu­żyć się takim wszech­u­ła­twia­ją­cym auto­ma­ty­zmem, który gene­ral­nie zawdzię­cza się dłu­giej prak­tyce, to powi­nie­nem pisać albo po rosyj­sku, albo po ormiań­sku, ponie­waż w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lub trzy­dzie­stu lat oko­licz­no­ści mojego życia zmu­siły mnie do uży­wa­nia w obco­wa­niu z innymi tylko tych dwóch języ­ków, w rezul­ta­cie czego osią­gną­łem w nich taką wprawę, że posłu­guję się nimi już cał­kiem auto­ma­tycz­nie.

A kysz, ty rogate licho!... Nawet i w tym wypadku od razu zaczął drę­czyć mnie całego jeden z aspek­tów mojej oso­bli­wej psy­chiki, nie­ty­powy dla nor­mal­nego czło­wieka.

Główną przy­czyną tego "nie­szczę­ścia", które spa­dło na mnie w pode­szłym już bez mała wieku, jest to, że od samego dzie­ciń­stwa, wraz z wszel­kim innym - rów­nie nie­po­trzeb­nym we współ­cze­snym życiu - chła­mem, zako­rze­niła się w mojej oso­bli­wej psy­chice wła­ści­wość, która auto­ma­tycz­nie całemu mnie naka­zuje zawsze i we wszyst­kim kie­ro­wać się wyłącz­nie mądro­ścią ludową.

W danym wypadku, jak zwy­kle w podob­nych nie­wy­raź­nych jesz­cze sytu­acjach życio­wych, natych­miast poja­wiło się i teraz, że tak powiem, "roi się" w moim mózgu - skon­stru­owa­nym tak nie­udacz­nie, że mogę skwi­to­wać go tylko szy­der­stwem - to mądre porze­ka­dło ludowe, które znali już ludzie w odle­głej prze­szło­ści, a które dotarło do nas w nastę­pu­ją­cej for­mie: "Każdy kij ma dwa końce".

Moim zda­niem w świa­do­mo­ści wszyst­kich mniej wię­cej zdrowo myślą­cych ludzi, któ­rzy pra­gną zro­zu­mieć zarówno pod­sta­wową myśl ukrytą w takim dziw­nym sfor­mu­ło­wa­niu, jak i jego rze­czy­wi­sty sens, musi przede wszyst­kim zro­dzić się przy­pusz­cze­nie, iż wszyst­kie idee, na któ­rych opiera się i z któ­rych powinno wypły­wać domyślne zna­cze­nie tego powie­dze­nia, odwo­łują się do tej zna­nej ludziom od wie­ków prawdy, która głosi, że każde zja­wi­sko wystę­pu­jące w życiu czło­wieka jest wyni­kiem dwóch cał­kiem prze­ciw­staw­nych przy­czyn oraz two­rzy dwa rezul­taty, tak samo dia­me­tral­nie różne, które z kolei są przy­czyną innych nowych zja­wisk - "nowych" oczy­wi­ście tylko z pozoru. Na przy­kład jeżeli "coś", co jest wyni­kiem dwóch róż­nych przy­czyn, wywo­łuje świa­tło, to to samo "coś" musi nie­chyb­nie wywo­łać także zja­wi­sko prze­ciwne, czyli ciem­ność; albo też, jeśli w orga­ni­zmie dowol­nej żywej istoty jakiś czyn­nik warun­kuje powsta­nie impulsu nama­cal­nego zado­wo­le­nia, to nie­uchron­nie musi on wywo­ły­wać rów­nież nie­za­do­wo­le­nie, oczy­wi­ście tak samo nama­calne - i tak dalej, zawsze i we wszyst­kim.

Gdy­bym w danej sytu­acji, sto­su­jąc się do tej mądro­ści ludo­wej - ukształ­to­wa­nej przez wieki i wyra­żo­nej za pomocą kija, który, jak powie­dziano, fak­tycz­nie ma dwa końce: jeden uzna­wany za dobry, a drugi za zły - sko­rzy­stał ze wspo­mnia­nego auto­ma­ty­zmu, który wyro­bi­łem w sobie tylko dzięki dłu­giej prak­tyce, to oczy­wi­ście oka­za­łoby się to dla mnie dobre, ale, zgod­nie z tym porze­ka­dłem, dla czy­tel­nika musia­łoby to mieć sku­tek wręcz odwrotny - a na czym polega odwrot­ność tego, co dobre, bar­dzo łatwo potrafi zro­zu­mieć nawet ten, kto nie jest posia­da­czem hemo­ro­idów.

Krótko mówiąc, jeżeli wyko­rzy­stam swoją prze­wagę i chwycę za dobry koniec kija, to zły koniec nie­chyb­nie spad­nie na głowę czy­tel­nika.

I coś takiego rze­czy­wi­ście może się wyda­rzyć, ponie­waż język rosyj­ski zupeł­nie nie nadaje się do wyra­ża­nia wszel­kich "sub­tel­no­ści" licz­nych kwe­stii filo­zo­ficz­nych, które zamie­rzam dość obszer­nie poru­szyć w moich pismach, nato­miast język ormiań­ski, choć na to pozwala, to na nie­szczę­ście wszyst­kich współ­cze­snych Ormian stał się zupeł­nie nie­przy­datny do roz­pa­try­wa­nia pojęć współ­cze­snych.

Wyłącz­nie po to, żeby zła­go­dzić gorycz wewnętrz­nej krzywdy, którą wła­śnie sobie wyrzą­dzi­łem, powiem tylko, że we wcze­snej mło­do­ści, gdy zain­te­re­so­wały mnie i pochło­nęły kwe­stie filo­zo­ficzne, język ormiań­ski przed­kła­da­łem nad wszyst­kie inne języki, któ­rymi wów­czas wła­da­łem, włą­cza­jąc w to nawet mój język ojczy­sty.

Bar­dzo go lubi­łem głów­nie z powodu jego swo­istego cha­rak­teru i dla­tego, że w niczym nie przy­po­mi­nał sąsied­nich czy spo­krew­nio­nych z nim języ­ków.

Wszyst­kie jego, jak to mówią uczeni filo­lo­go­wie, "tonal­no­ści" były wła­ściwe tylko jemu i, co zro­zu­mia­łem już nawet wtedy, dosko­nale odpo­wia­dał on psy­chice ludzi tej naro­do­wo­ści.

Jed­nakże w ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat ten język tak się na moich oczach zmie­nił, że cho­ciaż nie stra­cił jesz­cze do końca owej samo­dziel­no­ści i spe­cy­fiki, które cha­rak­te­ry­zo­wały go od zamierz­chłej prze­szło­ści, to stał się dziś czymś, co można by nazwać "bła­zeń­skim potpo­urri języ­ków", i wszyst­kie jego współ­brz­mie­nia, wpa­da­jąc do ucha mniej wię­cej pojęt­nego oraz świa­do­mego słu­cha­cza, przy­po­mi­nają mie­sza­ninę turec­kich, per­skich, fran­cu­skich, kur­dyj­skich i rosyj­skich słów, a także jesz­cze innych cał­kiem "nie­straw­nych" arty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków.

Pra­wie to samo można powie­dzieć o moim ojczy­stym języku, grec­kim, któ­rego uży­wa­łem w dzie­ciń­stwie i któ­rego "auto­ma­tyczna moc sko­ja­rze­niowa" wciąż zacho­wała dla mnie swój smak. Podej­rze­wam, że potra­fił­bym teraz wyra­zić w nim wszystko, co zechcę, ale nie mogę się nim w tym wypadku posłu­żyć z tego pro­stego i raczej śmiesz­nego powodu, że ktoś musi prze­pi­sy­wać i tłu­ma­czyć moje tek­sty na inne języki. A któż potrafi to zro­bić?

Z peł­nym prze­ko­na­niem można stwier­dzić, że nawet naj­lep­szy eks­pert od nowo­cze­snej greki nie byłby w sta­nie zro­zu­mieć abso­lut­nie nic z tego, co napi­sał­bym w języku, który przy­swo­iłem sobie w dzie­ciń­stwie, ponie­waż w ciągu tych trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat moi dro­dzy "współ­ple­mieńcy", dając się uwieść przed­sta­wi­cie­lom współ­cze­snej cywi­li­za­cji i pra­gnąc za wszelką cenę upodob­nić się do nich nawet pod wzglę­dem języka, potrak­to­wali mój drogi język ojczy­sty dokład­nie tak samo, jak zro­bili to ze swoim języ­kiem Ormia­nie chcący dorów­nać rosyj­skiej inte­li­gen­cji.

Ów grecki język, któ­rego ducha i esen­cję prze­ka­zano mi dzie­dzicz­nie, jest tak podobny do języka, któ­rym mówią dziś współ­cze­śni Grecy, jak, zgod­nie z wyra­że­niem Mułły Nasr Eddina, "gwóźdź jest podobny do mszy pogrze­bo­wej".

Co tu teraz z tym fan­tem zro­bić?

E...e...ech! Nie warto się przej­mo­wać, sza­cowny nabywco moich wymą­drzań. Jeśli nie zabrak­nie fran­cu­skiego arma­niaku i "cha­zar­skiej basturmy", to znajdę wyj­ście nawet z tej cięż­kiej sytu­acji. To prze­cież nie pierw­szy i nie ostatni raz!

Tak czę­sto w życiu pako­wa­łem się w różne tara­paty i jakoś z nich wycho­dzi­łem, że nie­mal weszło mi to już w nawyk.

Na razie będę więc pisał czę­ściowo po rosyj­sku, czę­ściowo po ormiań­sku, tym bar­dziej że pośród ludzi krę­cą­cych się zawsze koło mnie, jest parę takich osób, które z mniej­szą lub więk­szą łatwo­ścią "głów­kują" w obu tych języ­kach, i cią­gle jesz­cze żywię nadzieję, iż będą potra­fiły cał­kiem nie­źle z nich prze­pi­sy­wać, a także tłu­ma­czyć dla mnie.

Na wszelki wypa­dek powta­rzam raz jesz­cze - aby­ście zapa­mię­tali to dobrze, a nie tak, jak macie w zwy­czaju o wszyst­kim pamię­tać i póź­niej, w opar­ciu o to wasze "pamię­ta­nie", dotrzy­my­wać słowa, które dali­ście sobie i innym - że bez względu na to, jakiego języka użyję, zawsze i we wszyst­kim będę uni­kał tego, co nazwa­łem "języ­kiem bon­to­nowo-lite­rac­kim".

Jest tutaj rze­czą nad­zwy­czaj cie­kawą i w naj­wyż­szym stop­niu, może nawet wyż­szym, niż wam się wydaje, godną waszego zain­te­re­so­wa­nia, to, że od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa, mia­no­wi­cie od chwili, gdy zro­dziła się we mnie potrzeba nisz­cze­nia pta­sich gniazd i doku­cza­nia sio­strom moich rówie­śni­ków, poja­wiło się w moim, jak je nazy­wali sta­ro­żytni teo­zo­fo­wie, "ciele pla­ne­tar­nym", i to nie wia­domo dla­czego głów­nie w jego pra­wej połówce, mimo­wolne instynk­towne dozna­nie, które stop­niowo, aż do okresu mojego życia, gdy zosta­łem "nauczy­cie­lem tań­ców", prze­kształ­cało się w wyraźne odczu­cie, i które póź­niej - kiedy dzięki wyko­ny­wa­niu tego zawodu pozna­łem ludzi repre­zen­tu­ją­cych wiele róż­nych "typów" - zamie­niło się w świa­dome prze­ko­na­nie, iż podobne języki, czy raczej ich "gra­ma­tyki", ukła­dają ludzie przy­po­mi­na­jący pod wzglę­dem zna­jo­mo­ści danego języka dokład­nie te dwu­nożne typy, które sza­cowny Mułła Nasr Eddin scha­rak­te­ry­zo­wał nastę­pu­jąco: "Bez nich nasze świ­nie ni­gdy nie pozna­łyby się na jako­ści poma­rań­czy".

Tego rodzaju ludzie, osią­gnąw­szy odpo­wie­dzialny wiek w pro­ce­sie naszego nie­nor­mal­nego życia i zamie­niw­szy się wsku­tek spa­czo­nej dzie­dzicz­no­ści oraz przy­pra­wia­ją­cego o mdło­ści wycho­wa­nia w "mole-poże­ra­cze" owego dobra, które przy­go­to­wali i pozo­sta­wili nam nasi przod­ko­wie, a które prze­ka­zał nam czas, po pierw­sze, nie mają naj­mniej­szego poję­cia i praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie sły­szeli o takim rażą­cym fak­cie, że w funk­cjo­no­wa­niu mózgo­wym każ­dego stwo­rze­nia - a więc także czło­wieka - kształ­tuje się w wieku przy­go­to­waw­czym dokład­nie okre­ślona wła­ści­wość, któ­rej auto­ma­tyczne prze­jawy pod­le­gają pew­nemu prawu, nazwa­nemu przez sta­ro­żyt­nych Kor­ko­lan "pra­wem sko­ja­rzeń", a po dru­gie, nie wie­dzą o tym, że pro­ces myśle­nia każ­dej żywej istoty, zwłasz­cza czło­wieka, prze­biega wyłącz­nie w zgo­dzie z tym pra­wem.

Skoro tak się zło­żyło, że poru­szy­łem tu temat, który ostat­nio stał się jed­nym z moich koni­ków, mia­no­wi­cie kwe­stię ludz­kiego myśle­nia, uwa­żam, że mogę już teraz - nie cze­ka­jąc na odpo­wiedni roz­dział, który prze­zna­czy­łem na jej wyja­śnie­nie - zasy­gna­li­zo­wać pewną nie­pod­wa­żalną, przy­pad­kowo zdo­bytą przeze mnie infor­ma­cję o tym, że w prze­szło­ści we wszyst­kich stu­le­ciach prze­strze­gano na Ziemi zasady, zgod­nie z którą każdy śmia­łek chcący nabyć prawo do tego, by inni, a także on sam, uwa­żali go za czło­wieka "myślą­cego świa­do­mie", już w począt­ko­wych latach swego odpo­wie­dzial­nego życia dowia­dy­wał się o tym, że czło­wiek dys­po­nuje dwoma rodza­jami myśle­nia: po pierw­sze, myśle­niem za pomocą myśli wyra­ża­nych sło­wami, któ­rych sens jest zawsze względny; po dru­gie, myśle­niem wła­ści­wym zarówno czło­wiekowi, jak i wszyst­kim zwie­rzę­tom, które nazwał­bym "myśle­niem za pomocą form".

Ten drugi rodzaj myśle­nia, "myśle­nie za pomocą form", które powinno słu­żyć zarówno do uchwy­ce­nia dokład­nego sensu wszel­kich pism, jak i - po zro­bie­niu świa­do­mego zesta­wie­nia z uprzed­nio zebra­nymi infor­ma­cjami - do przy­swo­je­nia go sobie, kształ­tuje się w ludziach w zależ­no­ści od warun­ków geo­gra­ficz­nych, miej­sca zamiesz­ka­nia, kli­matu oraz epoki, i w ogóle od całego śro­do­wi­ska, w jakim dany czło­wiek przy­szedł na świat i w jakim toczy się jego egzy­sten­cja aż do osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści.

To dla­tego w mózgach ludzi nale­żą­cych do odmien­nych ras, żyją­cych w róż­nych warun­kach i na róż­nych obsza­rach, wykształ­cają się w odnie­sie­niu do tej samej rze­czy czy idei, a nawet całego sys­temu pojęć, pewne cał­kiem nie­za­leżne formy, które powo­dują, że w trak­cie prze­pływu sko­ja­rzeń poja­wia się w ich byciu takie lub inne dozna­nie wywo­łu­jące okre­ślone wyobra­że­nie i to wyobra­że­nie zostaje następ­nie prze­ło­żone na jakieś słowa, które służą jedy­nie do nada­nia mu zewnętrz­nego, subiek­tyw­nego wyrazu.

W ten spo­sób dane słowo, odno­szące się do tej samej rze­czy lub idei, nabiera dla ludzi żyją­cych w róż­nych miej­scach i nale­żą­cych do róż­nych ras bar­dzo okre­ślo­nej i cał­kiem odmien­nej "wewnętrz­nej tre­ści".

Ina­czej mówiąc, jeśli w zbior­czej obec­no­ści danego czło­wieka, uro­dzo­nego i wyro­słego w tym czy innym miej­scu, utwo­rzyła się w rezul­ta­cie spe­cy­ficz­nych lokal­nych wpły­wów oraz wra­żeń pewna "forma", która poprzez sko­ja­rze­nia wywo­łuje w nim dozna­nie okre­ślo­nej "wewnętrz­nej tre­ści" i tym samym poja­wie­nie się okre­ślo­nego obrazu czy poję­cia wyra­ża­nego przez niego jakimś sło­wem, któ­rego uży­cie zamie­nia się w nawyk i które, jak już powie­dzia­łem, jest subiek­tywne, to ktoś sły­szący to słowo - w któ­rego byciu z powodu odmien­nych warun­ków, w jakich przy­szedł na świat i dora­stał, ukształ­to­wała się w odnie­sie­niu do tego słowa forma o innej "wewnętrz­nej tre­ści" - będzie zawsze odbie­rał je i oczy­wi­ście nie­uchron­nie rozu­miał zupeł­nie ina­czej.

Nawia­sem mówiąc, można to bar­dzo wyraź­nie stwier­dzić, jeśli uważ­nie i bez­stron­nie obser­wuje się wymianę opi­nii mię­dzy oso­bami, które należą do róż­nych ras lub które dora­stały i kształ­to­wały się w róż­nych kra­jach.

A zatem, pełen werwy i bra­wury kan­dy­da­cie na nabywcę moich wymą­drzań, ostrze­gł­szy cię, że mam zamiar pisać nie tak, jak zwy­kle piszą "zawo­dowi pisa­rze", lecz cał­kiem ina­czej, radzę ci, byś poważ­nie się zasta­no­wił, zanim zabie­rzesz się do czy­ta­nia moich dal­szych wywo­dów. W prze­ciw­nym razie oba­wiam się o twój słuch i inne organy postrze­ga­nia, a także o narządy tra­wienne, które pew­nie już tak się do cna zauto­ma­ty­zo­wały i prze­stro­iły na roz­po­wszech­niony obec­nie na Ziemi "język inte­li­gencko-lite­racki", że czy­ta­nie moich pism może wpły­nąć na cie­bie bar­dzo, ale to bar­dzo kako­fo­nicz­nie, powo­du­jąc, że stra­cisz swój... wiesz co?... ape­tyt na ulu­bione danie i na to szcze­gól­nie łech­czące twe "wnę­trze" uczu­cie, które poja­wia się w tobie, gdy widzisz swoją sąsiadkę bru­netkę.

O tym, że mój język lub, ści­ślej mówiąc, forma mojego myśle­nia może mieć tego rodzaju sku­tek, jestem - dzięki wie­lo­krot­nie powta­rza­ją­cym się w prze­szło­ści zda­rze­niom - tak prze­ko­nany całym swoim byciem, jak "rasowy osioł" prze­ko­nany jest o słusz­no­ści i zasad­no­ści swego uporu.

Dopiero teraz, gdy ostrze­głem cię przed tym, co naj­waż­niej­sze, z abso­lut­nym spo­ko­jem patrzę w przy­szłość, albo­wiem jeśli z powodu moich pism sta­niesz się ofiarą jakie­goś nie­po­ro­zu­mie­nia, to winien będziesz tylko ty sam, moje sumie­nie zaś pozo­sta­nie czy­ste, jak na przy­kład... sumie­nie byłego cesa­rza Wil­helma.

Na pewno myślisz w tej chwili, że jestem, jak nie­któ­rzy to okre­ślają, mło­dym czło­wie­kiem "o miłej apa­ry­cji i podej­rza­nym wnę­trzu" i że jako racz­ku­jący pisarz naj­wy­raź­niej umyśl­nie zacho­wuję się eks­cen­trycz­nie, w nadziei, iż pomoże mi to stać się sław­nym i przez to boga­tym.

Jeśli rze­czy­wi­ście tak myślisz, to nawet nie wiesz, jak bar­dzo się mylisz.

Po pierw­sze, nie jestem młody; żyję już tak długo, że, jak to się mówi, "jadłem chleb nie tylko z nie­jed­nego pieca, ale z wielu pie­karni"; a po dru­gie, wcale nie piszę z zamia­rem zro­bie­nia kariery ani też nie liczę na to, że "stanę na wła­snych nogach" dzięki owemu zawo­dowi, który moim zda­niem stwa­rza od razu wiel­kie szanse na zdo­by­cie miana kan­dy­data do Pie­kła, oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że tacy ludzie potra­fią choćby do tego stop­nia udo­sko­na­lić wła­sne bycie, a to dla­tego, że sami nic nie wie­dząc, wypi­sują wszel­kiego rodzaju bred­nie i, auto­ma­tycz­nie zysku­jąc w ten spo­sób auto­ry­tet, są winni poja­wie­nia się jed­nego z głów­nych czyn­ni­ków ogółu przy­czyn, które z roku na rok pro­wa­dzą do coraz więk­szego "roz­drob­nie­nia" już i tak nad­mier­nie pokru­szo­nej ludz­kiej psy­chiki.

Co się zaś tyczy mojej oso­bi­stej kariery, to dzięki wszyst­kim siłom wyso­kim i niskim, a jeśli chcesz, nawet pra­wym i lewym, zro­bi­łem ją dawno temu i już od dłuż­szego czasu "stoję na wła­snych nogach", i to nie­wąt­pli­wie bar­dzo moc­nych nogach, a co wię­cej, jestem pewien, że na złość wszyst­kim moim byłym, obec­nym i przy­szłym wro­gom wystar­czy im krzepy jesz­cze na wiele lat.

Tak... nie zaszko­dzi, jeśli zdra­dzę ci rów­nież pomysł, który wła­śnie zro­dził się w moim obłą­ka­nym mózgu, a mia­no­wi­cie, że chcę spe­cjal­nie popro­sić dru­ka­rza, któ­remu oddam tę książkę, żeby wydru­ko­wał niniej­szy pierw­szy roz­dział moich pism w taki spo­sób, by każdy mógł go prze­czy­tać, nie roz­ci­na­jąc kar­tek książki, dzięki czemu, dowie­dziaw­szy się, że nie jest ona napi­sana w spo­sób zwy­kły - to zna­czy jako pomoc do łatwego i gład­kiego two­rze­nia w myślach czy­tel­nika pod­nie­ca­ją­cych obra­zów i usy­pia­ją­cych marzeń - mógł on, jeśli zechce, zwró­cić ją i, nie tra­cąc czasu na dys­ku­sje ze sprze­dawcą, odzy­skać swoje być może zaro­bione w pocie czoła pie­nią­dze.

A muszę tak postą­pić, ponie­waż wła­śnie znowu przy­po­mnia­łem sobie histo­rię usły­szaną we wcze­snej mło­do­ści, która przy­tra­fiła się pew­nemu zakau­ka­skiemu Kur­dowi i która w póź­niej­szych latach, ile­kroć w podob­nych sytu­acjach wra­ca­łem do niej myślą, budziła we mnie "długo nie­ga­snący" impuls czu­ło­ści. Sądzę więc, że okaże się to bar­dzo poży­teczne zarówno dla mnie, jak i dla cie­bie, jeśli szcze­gó­łowo ci ją teraz zre­la­cjo­nuję.

Okaże się to poży­teczne głów­nie dla­tego, że "sól" tej histo­rii - lub, jak wyra­zi­liby się czy­stej krwi współ­cze­śni żydow­scy biz­nes­meni, jej "cymes" - posta­no­wi­łem przy­jąć za jedną z pod­sta­wo­wych zasad tej nowej formy lite­rac­kiej, jaką zamie­rzam zasto­so­wać, by osią­gnąć cel, któ­rego chcę dopiąć za pomocą mojej nowej pro­fe­sji.

Pew­nego razu ów zakau­ka­ski Kurd wyru­szył w jakimś inte­re­sie ze swej wsi do mia­sta i po przyj­ściu na targ zoba­czył tam budkę z róż­nymi ślicz­nie wysta­wio­nymi owo­cami.

Wśród nich jego uwagę zwró­cił jeden szcze­gól­nie piękny zarówno pod wzglę­dem koloru, jak i kształtu "owoc", któ­rego wygląd tak przy­padł mu do gustu i któ­rego tak bar­dzo zapra­gnął skosz­to­wać, że mimo pra­wie zupeł­nego braku pie­nię­dzy natych­miast posta­no­wił zaku­pić przy­naj­mniej jeden z tych darów Wiel­kiej Przy­rody.

Następ­nie, cały pod­eks­cy­to­wany i z nie­zwy­kłą jak na sie­bie odwagą, wszedł do środka i wska­zu­jąc swym zro­go­wa­cia­łym pal­cem na "owoc", który wpadł mu w oko, zapy­tał wła­ści­ciela sklepu o cenę. Wła­ści­ciel odparł, że funt tych "owo­ców" kosz­tuje sześć gro­szy.

Uznaw­szy, iż nie jest to wcale wygó­ro­wana cena za tak, jego zda­niem, piękny owoc, nasz Kurd posta­no­wił kupić cały funt.

Po zała­twie­niu wszyst­kich spraw w mie­ście jesz­cze tego samego dnia ruszył pie­chotą w drogę powrotną do domu.

Idąc tak o zacho­dzie słońca przez góry i doliny, bez­wied­nie postrze­ga­jąc zewnętrzny aspekt tych cza­ru­ją­cych frag­men­tów łona Wspól­nej Matki, Wiel­kiej Przy­rody, i mimo­wol­nie wdy­cha­jąc czy­ste powie­trze, nie­za­nie­czysz­czone cha­rak­te­ry­stycz­nymi wyzie­wami miast prze­my­sło­wych, nasz Kurd cał­kiem natu­ral­nie poczuł nagle chęć dogo­dze­nia sobie także jakimś zwy­czaj­nym pokar­mem; usiadł więc na skraju drogi, wyjął z torby z pro­wian­tem kawa­łek chleba oraz te zaku­pione "owoce", które tak cie­szyły jego oczy, i powoli zabrał się do jedze­nia.

Lecz - o zgrozo! - bar­dzo szybko poczuł, że wszystko zaczyna w nim pło­nąć.

Nie bacząc na to, nasz Kurd kon­ty­nu­ował posi­łek.

To nie­szczę­sne dwu­nożne stwo­rze­nie jadło dalej tylko z powodu owej szcze­gól­nej przy­na­leż­nej ludziom cechy, na którą pierw­szy zwró­ci­łem uwagę i któ­rej zasadę, przy­jąw­szy ją za pod­stawę stwo­rzo­nej przeze mnie nowej formy lite­rac­kiej, zamie­rzam uczy­nić jed­nym z czyn­ni­ków mają­cych jak "gwiazda prze­wod­nia" popro­wa­dzić mnie do wytknię­tego sobie celu, a któ­rej sens oraz wagę, jestem pewien, sam wkrótce uchwy­cisz - oczy­wi­ście zgod­nie ze stop­niem two­jego rozu­mie­nia - jeśli prze­czy­tasz któ­ryś z kolej­nych roz­dzia­łów moich dzieł, natu­ral­nie pod warun­kiem że podej­miesz ryzyko kon­ty­nu­owa­nia tej lek­tury lub być może sam "wywę­szysz" już coś pod koniec tego pierw­szego roz­działu.

Tak więc wła­śnie w momen­cie, gdy naszego Kurda ogar­nęły wszyst­kie nie­zwy­kłe dozna­nia, jakie wywo­łał w nim ten oso­bliwy posi­łek na łonie przy­rody, tą samą drogą nad­szedł chłop z jego wio­ski, znany wśród swo­ich z rozumu i obe­zna­nia, który widząc, że cała twarz współ­ziomka gorzeje, łzy leją mu się z oczu, a on mimo to - jakby cho­dziło o speł­nie­nie naj­wyż­szego obo­wiązku - dalej je praw­dziwe "strąki papryki", rzekł do niego:

- Co robisz, ty trąbo jery­choń­ska?! Prze­cież spa­lisz się żyw­cem! Prze­stań jeść ten nie­ty­powy pro­dukt, tak obcy two­jej natu­rze.

Nasz Kurd odparł na to:

- Nie, za nic na świe­cie nie prze­stanę! Prze­cież dałem za niego moje ostat­nie sześć gro­szy! Choć­bym miał wyzio­nąć ducha, zjem wszystko do końca!

Po czym nasz rezo­lutny Kurd - należy oczy­wi­ście przy­jąć, iż takim był - wcale nie prze­stał, tylko na­dal jadł strąki papryki.

Mam nadzieję, że po tym, co wła­śnie prze­czy­ta­łeś, w two­ich myślach powstaje już odpo­wied­nie sko­ja­rze­nie, które powinno przy­wieść cię, jak to się cza­sem zda­rza nie­któ­rym współ­cze­snym ludziom, do tego, co gene­ral­nie nazy­wasz rozu­mie­niem, i że w danym wypadku poj­miesz, dla­czego ja - który tak dobrze znam tę przy­na­leżną ludziom cechę i który wie­lo­krot­nie czu­łem litość w obli­czu jej nie­uchron­nego prze­jawu pole­ga­ją­cego na tym, że jeśli ktoś za coś zapłaci, to musi zużyć to do końca - oży­wi­łem się w całej swej zbior­czej obec­no­ści z powodu pomy­słu, który przy­szedł mi do głowy, a mia­no­wi­cie, by przed­się­wziąć wszel­kie moż­liwe kroki, żebyś ty, jak to się mówi, "mój brat w ape­ty­cie i duchu", w razie gdyby się oka­zało, że wpraw­dzie przy­zwy­cza­iłeś się do czy­ta­nia naj­róż­niej­szych ksią­żek, jed­nak tylko tych, które są w cało­ści napi­sane we wspo­mnia­nym "inte­li­genc­kim języku", dowie­dziaw­szy się dopiero po zapła­ce­niu za moje pisma, iż nie są one napi­sane zwy­kłym, przy­stęp­nym i łatwym języ­kiem, nie był zmu­szony na sku­tek wspo­mnia­nej ludz­kiej cechy do czy­ta­nia ich za wszelką cenę do samego końca, tak jak nasz biedny zakau­ka­ski Kurd, który musiał zjeść wszyst­kie strąki owej szla­chet­nej, tylko z wyglądu przy­pa­dłej mu do gustu czer­wo­nej papryki, z którą "lepiej nie żar­to­wać".

Aby unik­nąć wszel­kich nie­po­ro­zu­mień - wyni­ka­ją­cych z tej ludz­kiej wła­ści­wo­ści, na którą skła­dają się dane naj­wy­raź­niej gro­ma­dzące się w zbior­czej obec­no­ści współ­cze­snego czło­wieka wsku­tek tego, że czę­sto cho­dzi do kina i ni­gdy nie prze­gapi oka­zji spoj­rze­nia w lewe oko prze­ciw­nej płci - chcę, by to moje wpro­wa­dze­nie wydru­ko­wano we wska­zany powy­żej spo­sób, to zna­czy tak, aby każdy mógł je prze­czy­tać, nie roz­ci­na­jąc pozo­sta­łych kar­tek książki.

W prze­ciw­nym razie księ­garz zacznie, jak to się mówi, "cze­piać się" i nie­wąt­pli­wie postąpi zgod­nie z pod­sta­wową zasadą wszyst­kich księ­garzy, wyra­żaną przez nich sło­wami: "Zacho­wasz się jak wielki głu­piec, a nie rybak, jeśli pozwo­lisz ujść rybie, która połknęła już haczyk", i odmówi przy­ję­cia książki z roz­cię­tymi stro­ni­cami.

Nie mam co do tego cie­nia wąt­pli­wo­ści. W pełni ocze­kuję, że okaże taki brak sumie­nia.

Czyn­niki, które utwier­dziły mnie w prze­ko­na­niu o takiej nie­uczci­wo­ści księ­ga­rzy, osta­tecz­nie ukształ­to­wały się we mnie, kiedy, będąc zawo­do­wym "indyj­skim faki­rem", musia­łem, dla peł­nego wyja­śnie­nia pew­nej "ultra­fi­lo­zo­ficz­nej" kwe­stii, zapo­znać się mię­dzy innymi z pro­ce­sem sko­ja­rze­nio­wym, który rzą­dzi prze­ja­wami auto­ma­tycz­nie zbu­do­wa­nej psy­chiki współ­cze­snych księ­ga­rzy i księ­gar­nia­nych sprze­daw­ców w chwili, gdy wtry­niają kupu­ją­cym książki.

Wie­dząc o tym wszyst­kim i staw­szy się, od czasu nie­szczę­ścia, jakie na mnie spa­dło, do gra­nic spra­wie­dliwy i skru­pu­latny, nie mogę nie powtó­rzyć mojego ostrze­że­nia i wręcz bła­gal­nie nale­gam, abyś jesz­cze zanim zaczniesz roz­ci­nać stro­nice tej mojej pierw­szej książki, bar­dzo uważ­nie, i to nie raz, prze­czy­tał niniej­szy pierw­szy roz­dział moich pism.

Gdy­byś jed­nak pomimo tego ostrze­że­nia chciał się zapo­znać z dal­szą tre­ścią tych wywo­dów, to nie pozo­staje mi już nic innego, jak tylko z całej mojej "auten­tycz­nej duszy" życzyć ci prze­smacz­nego, a także byś to wszystko, co prze­czy­tasz, "stra­wił" nie tylko dla wła­snego zdro­wia, ale rów­nież dla zdro­wia wszyst­kich two­ich bli­skich.

Powie­dzia­łem "z mojej auten­tycz­nej duszy", ponie­waż miesz­ka­jąc ostat­nio w Euro­pie i czę­sto mając do czy­nie­nia z ludźmi, któ­rzy przy każ­dej odpo­wied­niej i nieodpo­wied­niej oka­zji lubią wyma­wiać na próżno jakieś święte imię, prze­zna­czone wyłącz­nie do życia wewnętrz­nego czło­wieka, to zna­czy z ludźmi, któ­rzy przy­się­gają bez potrzeby, ja, będąc, jak już wyzna­łem, wiel­bi­cie­lem nie tylko w teo­rii - jak czy­nią to ludzie współ­cze­śni - ale także w prak­tyce utrwa­lo­nych przez wieki powie­dzeń zaczerp­nię­tych z mądro­ści ludo­wej, w tym rów­nież wysoce sto­sow­nej w tym miej­scu mak­symy wyra­żo­nej sło­wami: "Kiedy wej­dziesz mię­dzy wrony, musisz kra­kać jak i one", posta­no­wi­łem - by nie naru­szyć przy­ję­tego tu, w Euro­pie, zwy­czaju przy­się­ga­nia w zwy­kłej roz­mo­wie, a zara­zem postą­pić zgod­nie z przy­ka­za­niem wypo­wie­dzia­nym ustami Świę­tego Moj­że­sza: "Nie będziesz brał świę­tych imion nada­remno" - zro­bić uży­tek z jed­nego z tych "świeżo upie­czo­nych", mod­nych współ­cze­snych języ­ków, mia­no­wi­cie angiel­skiego, i odtąd w wyma­ga­ją­cych tego sytu­acjach przy­się­gać na moją "angiel­ską duszę".

Cho­dzi o to, że w tym mod­nym języku słowa "dusza" i "pode­szwa" nie tylko wyma­wia się, ale i pisze pra­wie tak samo.

Nie wiem, co sądzisz o tym ty, który jesteś już w poło­wie kan­dy­da­tem na nabywcę moich pism, ale mój spe­cy­ficzny cha­rak­ter nie pozwala mi, jak bar­dzo umy­słem bym tego nie pra­gnął, powstrzy­mać się od obu­rze­nia w obli­czu takiego prze­jawu przed­sta­wi­cieli współ­cze­snej cywi­li­za­cji. Doprawdy, jak można to, co w czło­wieku naj­wyż­sze i szcze­gól­nie umi­ło­wane przez naszego wspól­nego ojca stwórcę, nazy­wać tym samym sło­wem i czę­sto, nie zda­jąc sobie z tego sprawy, brać za to, co w nim naj­niż­sze i naj­brud­niej­sze?

Ale dość już "filo­lo­gi­zo­wa­nia"! Powróćmy do pod­sta­wo­wego zada­nia tego pierw­szego roz­działu, czyli do "tar­mo­sze­nia" myśli, które zle­żały się zarówno we mnie, jak i w czy­tel­ni­kach, a także do dania tym ostat­nim pew­nego ostrze­że­nia.

Otóż uło­ży­łem już w gło­wie plan oraz usta­li­łem kolej­ność tego, co zamie­rzam wyło­żyć, ale szcze­rze mówiąc, nie dotarło jesz­cze do mojej świa­do­mo­ści, jaką formę przyj­mie to na papie­rze; tak czy owak, wszyst­kie rezul­taty funk­cjo­no­wa­nia mojego instynktu wzbu­dzają już we mnie wyraźne prze­czu­cie, że w cało­ści przy­bie­rze to formę "cze­goś", co będzie nie­sły­cha­nie "ostre" i co podziała na zbior­czą obec­ność każ­dego czy­tel­nika mniej wię­cej tak, jak "strąki papryki" podzia­łały na nie­szczę­snego zakau­ka­skiego Kurda.

Teraz więc, gdy pozna­łeś już histo­rię naszego współ­ziomka, zakau­ka­skiego Kurda, uwa­żam za swój obo­wią­zek uczy­nić pewne wyzna­nie i dla­tego, zanim przejdę do dal­szej czę­ści tego pierw­szego roz­działu, słu­żą­cego za wstęp do wszyst­kiego, co posta­no­wi­łem napi­sać w przy­szło­ści, chcę poin­for­mo­wać twoją "czy­stą", czyli dzia­ła­jącą na jawie świa­do­mość, że we wszyst­kim, co od tego momentu napi­szę, będę celowo wykła­dał swe myśli w takiej kolej­no­ści i robił takie "logiczne zesta­wie­nia", by sedno pew­nych real­nych pojęć mogło auto­ma­tycz­nie, samo z sie­bie prze­do­stać się z tej "świa­do­mo­ści na jawie", którą więk­szość współ­cze­snych ludzi uważa za świa­do­mość praw­dziwą, lecz która, jak twier­dzę i doświad­czal­nie udo­wad­niam, sta­nowi fik­cję, do tego, co nazy­wasz "podświa­do­mo­ścią" - a co moim zda­niem zasłu­guje na miano "praw­dzi­wej" ludz­kiej świa­do­mo­ści - i tam, mecha­nicz­nie ule­ga­jąc takiej prze­mia­nie, jaka gene­ral­nie powinna zacho­dzić w zbior­czej obec­no­ści czło­wieka, przy­nieść mu, dzięki jego wła­snemu "aktyw­nemu myśle­niu", wyma­gane rezul­taty przy­na­leżne czło­wie­kowi, a nie tylko te wła­ściwe jed­no­mó­zgo­wym lub dwu­mó­zgo­wym zwie­rzę­tom.

Posta­no­wi­łem postą­pić w ten spo­sób, aby ten oto roz­dział wstępny, który ma za zada­nie, jak już powie­dzia­łem, roz­bu­dzić twoją świa­do­mość, w pełni osią­gnął swój cel i docie­ra­jąc nie tylko do two­jej, według mnie, na razie wyłącz­nie fik­cyj­nej świa­do­mo­ści, ale też do świa­do­mo­ści praw­dzi­wej - którą nazy­wasz podświa­do­mo­ścią - zmu­sił cię, być może po raz pierw­szy, do aktyw­nego myśle­nia.

Przy oka­zji muszę powie­dzieć, że w zbior­czej obec­no­ści każ­dego czło­wieka, nie­za­leż­nie od jego cech dzie­dzicz­nych i od wycho­wa­nia, kształ­tują się dwie samo­dzielne świa­do­mo­ści, któ­rych funk­cjo­no­wa­nie oraz prze­jawy nie mają ze sobą pra­wie nic wspól­nego.

Pierw­sza z nich jest rezul­ta­tem postrze­ga­nia wszel­kiego rodzaju zupeł­nie przy­pad­ko­wych albo zamie­rze­nie wywo­ła­nych przez innych mecha­nicz­nych wra­żeń, do któ­rych należy zali­czyć także współ­brz­mie­nia róż­nych auten­tycz­nie "pustych słów"; nato­miast druga świa­do­mość kształ­tuje się albo z "uprzed­nio zebra­nych mate­rial­nych rezul­ta­tów", które zostały prze­ka­zane czło­wie­kowi dzie­dzicz­nie i które sca­liły się z odpo­wied­nią czę­ścią jego zbior­czej obec­no­ści, albo z umyśl­nie spo­rzą­dzo­nych przez niego sko­ja­rze­nio­wych zesta­wień takich ist­nie­ją­cych już w nim "zma­te­ria­li­zo­wa­nych danych".

Według mojej opi­nii, będą­cej wyni­kiem wielu lat doświad­czal­nych badań pro­wa­dzo­nych w wyjąt­kowo sprzy­ja­ją­cych warun­kach, to wła­śnie ta druga świa­do­mość - która sama w sobie i w swo­ich prze­ja­wach nie jest niczym innym, jak tym, co nazy­wasz "pod­świa­do­mo­ścią", i która kształ­tuje się ze "zma­te­ria­li­zo­wa­nych rezul­ta­tów" dzie­dzicz­no­ści oraz z celowo zro­bio­nych zesta­wień - powinna domi­no­wać w zbior­czej obec­no­ści czło­wieka.

Wycho­dząc od tego - jak dotąd tylko mojego - prze­ko­na­nia, które nie­wąt­pli­wie wydaje ci się owo­cem fan­ta­zji cho­rego umy­słu, teraz już nie mogę, jak sam widzisz, zlek­ce­wa­żyć tej dru­giej świa­do­mo­ści i wręcz powi­nie­nem uznać za swój obo­wią­zek zre­da­go­wa­nie niniej­szego pierw­szego roz­działu moich pism, który ma być wpro­wa­dze­niem do wszyst­kiego, co napi­szę w przy­szło­ści, w taki spo­sób, by prze­nik­nął on i wystar­cza­jąco dla mojego celu "potar­mo­sił" wszel­kie per­cep­cje, które nagro­ma­dziły się w tych obu two­ich świa­do­mo­ściach.

Kie­ro­wany tą ideą, chcę w pierw­szej kolej­no­ści poin­for­mo­wać twoją fik­cyjną świa­do­mość, że dzięki trzem bar­dzo spe­cy­ficz­nym danym, które skry­sta­li­zo­wały się w mojej zbior­czej obec­no­ści w róż­nych okre­sach mojego wieku przy­go­to­waw­czego, mam naprawdę wyjąt­kowy dar, by tak rzec, "gma­twa­nia i mące­nia" u ludzi, z któ­rymi się spo­ty­kam, wszyst­kich pojęć oraz prze­ko­nań, jakoby mocno zasa­dzo­nych w ich zbior­czej obec­no­ści.

Pro­szę, pro­szę!... już czuję, jak w two­jej fał­szy­wej, a według cie­bie "praw­dzi­wej" świa­do­mo­ści zaczy­nają kłę­bić się jak "ślepe muchy" wszyst­kie dane, prze­ka­zane ci dzie­dzicz­nie od "wujka i mamusi", które w sumie budzą w tobie wpraw­dzie tylko jeden, ale za to ze wzru­sza­jącą siłą prze­bi­ja­jący się zawsze i we wszyst­kim impuls cie­ka­wo­ści - czyli kon­kret­nie w tym wypadku potrzebę jak naj­szyb­szego dowie­dze­nia się, dla­czego ja, począt­ku­jący pisarz, któ­rego nazwi­ska jesz­cze ani razu nie wymie­niono w gaze­tach, sta­łem się nagle takim uni­ka­tem.

Mniej­sza z tym... Oso­bi­ście bar­dzo cie­szy mnie poja­wie­nie się takiego zacie­ka­wie­nia, choćby tylko w two­jej fał­szy­wej świa­do­mo­ści, ponie­waż wiem z doświad­cze­nia, że ten nie­godny czło­wieka impuls może cza­sem u nie­któ­rych osób zmie­nić cha­rak­ter i prze­obra­zić się w szla­chetny impuls pra­gnie­nia wie­dzy, co zazwy­czaj sprzyja potem lep­szej per­cep­cji i dokład­niej­szemu zro­zu­mie­niu istoty dowol­nego przed­miotu, na któ­rym zda­rza się współ­cze­snemu czło­wie­kowi sku­pić uwagę; dla­tego też nawet z przy­jem­no­ścią jestem gotowy zado­wo­lić tę cie­ka­wość, która w tej chwili się w tobie roz­bu­dziła.

A więc zamień się teraz w słuch i posta­raj się nie spra­wić mi zawodu, lecz speł­nić moje ocze­ki­wa­nia.

Ta moja ory­gi­nalna oso­bo­wość, "zwą­chana" już przez nie­które Indy­wi­dua z obu chó­rów try­bu­nału na wyso­ko­ści, który wymie­rza obiek­tywną Spra­wie­dli­wość, a także przez pewną, na razie bar­dzo ogra­ni­czoną liczbę osób tu, na Ziemi, opiera się, jak już powie­dzia­łem, na trzech spe­cy­ficz­nych danych, które ukształ­to­wały się we mnie jesz­cze w okre­sie mojego wieku przy­go­to­waw­czego.

Pierw­sze z tych danych już od samego początku ich powsta­nia przy­brały postać naczel­nej i prze­wod­niej dźwi­gni mojej zupeł­nej cało­ści, a każde z dwóch pozo­sta­łych cze­goś w rodzaju "życio­daj­nych źró­deł", słu­żą­cych do pie­lę­gno­wa­nia i dosko­na­le­nia tych pierw­szych, które poja­wiły się we mnie, kiedy byłem zale­d­wie, jak to się mówi, "puco­ło­wa­tym brzdą­cem".

Moja droga babka nie­boszczka wów­czas jesz­cze żyła i miała ponad sto lat.

W chwili, gdy umie­rała - niech zazna spo­koju w Kró­le­stwie Nie­bie­skim! - moja matka, jak było wtedy w zwy­czaju, zapro­wa­dziła mnie do jej łoża, gdzie moja droga babka, kiedy cało­wa­łem jej prawą rękę, poło­żyła mi na gło­wie swą umie­ra­jącą lewą rękę i szep­tem, ale bar­dzo dobit­nie powie­działa:

- Mój naj­star­szy wnuku! Słu­chaj i zawsze pamię­taj o moim suro­wym naka­zie: Ni­gdy w życiu nie rób niczego tak, jak robią inni!

Powie­dziaw­szy to, wpa­trzyła się w grzbiet mojego nosa i, widząc chyba moje zakło­po­ta­nie oraz mętne zro­zu­mie­nie tego, co powie­działa, dodała nieco gniew­nie i auto­ry­ta­tyw­nie:

- Albo nic nie rób i chodź tylko do szkoły, albo rób coś, czego nikt inny nie robi.

Po czym bez­zwłocz­nie i z dają­cym się zauwa­żyć odru­chem pogardy dla całego oto­cze­nia, a także z chwa­lebną samo­świa­do­mo­ścią, oddała swoją duszę bez­po­śred­nio w ręce Samej Jego Wier­no­ści Archa­nioła Gabriela.

Myślę, że zacie­kawi cię, a nawet okaże się poucza­jąca infor­ma­cja, iż wszystko to wywarło wtedy na mnie tak silne wra­że­nie, że rap­tem nie mogłem ścier­pieć wokół sie­bie obec­no­ści innych ludzi i dla­tego, jak tylko opu­ści­li­śmy pokój, gdzie leżało śmier­telne "ciało pla­ne­tarne" przy­czyny przy­czyny mojego powsta­nia, po cichutku, sta­ra­jąc się nie zwra­cać na sie­bie uwagi, wkra­dłem się do nory, gdzie pod­czas Wiel­kiego Postu prze­cho­wy­wano otręby i obierki ziem­nia­czane dla naszych "higie­ni­stek", czyli świń, a potem bez jedze­nia i picia leża­łem tam w burzy wiru­ją­cych i nie­skład­nych myśli - któ­rych, szczę­śli­wie dla mnie, mia­łem wtedy w moim dzie­cię­cym mózgu jesz­cze bar­dzo mało - aż do chwili, gdy z cmen­ta­rza wró­ciła matka, któ­rej płacz, po stwier­dze­niu mojej nieobec­no­ści oraz bez­sku­tecz­nych poszu­ki­wa­niach, "zła­mał" mnie tak, że momen­tal­nie wysze­dłem z nory i zatrzy­maw­szy się wpierw na progu z wycią­gnię­tymi z jakie­goś powodu rękami, pod­bie­głem do niej, a następ­nie mocno ucze­pi­łem się jej spód­nicy i tupiąc mimo­wol­nie nogami, nie wia­domo z jakiej przy­czyny zaczą­łem naśla­do­wać ryk osła nale­żą­cego do naszego sąsiada, ofi­cera śled­czego.

Dla­czego to wszystko wywarło na mnie wtedy tak silne wra­że­nie? Dla­czego nie­mal auto­ma­tycz­nie tak dziw­nie zare­ago­wa­łem? Dużo się nad tym zasta­na­wia­łem w ostat­nich latach, szcze­gól­nie w cza­sie zapu­stów, ale do tej pory nie udało mi się tego zro­zu­mieć.

Jak dotąd wysnu­łem tylko jedno logiczne przy­pusz­cze­nie, iż być może postą­pi­łem tak, ponie­waż pokój, w któ­rym roze­grała się ta święta scena, mająca nabrać ogrom­nego zna­cze­nia dla całego mojego przy­szłego życia, wypeł­niał na wskroś zapach kadzi­dła przy­wie­zio­nego spe­cjal­nie z klasz­toru na górze Athos, bar­dzo popu­lar­nego wśród wyznaw­ców wszyst­kich odmian reli­gii chrze­ści­jań­skiej.

Cokol­wiek to mogło być, ów fakt pozo­staje do dzi­siaj gołym fak­tem.

W dniach, które nastały po tym wyda­rze­niu, mój stan ogólny w żaden szcze­gólny spo­sób się nie zmie­nił, jeśli nie liczyć tego, że czę­ściej niż zwy­kle cho­dzi­łem wtedy ze sto­pami w powie­trzu, to zna­czy na rękach.

Pierw­szego czynu będą­cego w rażą­cej sprzecz­no­ści z zacho­wa­niem innych ludzi doko­na­łem - co prawda bez udziału zarówno mojej świa­do­mo­ści, jak i podświa­do­mo­ści - dokład­nie czter­dzie­stego dnia po śmierci babki, gdy cała nasza rodzina, dalecy i bli­scy krewni, a także ci, któ­rzy darzyli sza­cun­kiem moją drogą, powszech­nie kochaną babu­nię, zgro­ma­dzili się na cmen­ta­rzu, by zgod­nie ze zwy­cza­jem odpra­wić nad jej spo­czy­wa­ją­cymi w gro­bie śmier­tel­nymi szcząt­kami cere­mo­nię zwaną pani­chidą. Nagle ni stąd, ni zowąd - zamiast pod­dać się kon­wen­cji, która obo­wią­zuje wśród wszyst­kich ludzi bez względu na poziom ich postrze­gal­nej lub niepostrze­gal­nej moral­no­ści oraz sytu­ację mate­rialną, a która polega na tym, że należy stać spo­koj­nie jak przy­bity, z gro­bową miną i, jeśli to moż­liwe, nawet ze łzami w oczach - zaczą­łem pod­ska­ki­wać tanecz­nie wokół mogiły, śpie­wa­jąc:

"Niech ze świę­tymi zazna spo­koju,

Bo był to czło­wiek innego pokroju".

...itd.

Mam wra­że­nie, że jeśli cho­dzi o wszel­kiego rodzaju "mał­po­wa­nie" - czyli naśla­do­wa­nie zwy­kłych zauto­ma­ty­zo­wa­nych prze­ja­wów oto­cze­nia - to wła­śnie w tam­tej chwili poja­wiło się w mojej zbior­czej obec­no­ści to "coś", co zawsze i w sto­sunku do wszyst­kiego budzi w niej, jak to teraz nazy­wam, "nie­od­partą potrzebę" robie­nia rze­czy ina­czej niż inni.

W tam­tym okre­sie zacho­wy­wa­łem się na przy­kład w nastę­pu­jący spo­sób:

Jeśli mój brat, sio­stry oraz dzieci sąsia­dów - które przy­cho­dziły bawić się z nami - chcieli nauczyć się łapać piłkę jedną, oczy­wi­ście prawą ręką, to rzu­cali ją w powie­trze, nato­miast ja w tym samym celu naj­pierw, cho­ciaż także prawą ręką, ude­rza­łem piłką mocno o zie­mię i dopiero gdy się odbiła, robi­łem koziołka, a potem łapa­łem ją, i to wyłącz­nie kciu­kiem oraz środ­ko­wym pal­cem lewej ręki; lub jeśli wszyst­kie inne dzieci zjeż­dżały na san­kach ze wzgó­rza zwró­cone twa­rzą do przodu, ja pró­bo­wa­łem to robić, i to za każ­dym razem coraz lepiej, jak mówiły wtedy dzieci, "na wstecz­nym biegu"; albo też kiedy roz­da­wano nam róż­no­kształtne "pier­niczki apa­rań­skie", wszyst­kie dzieci obli­zy­wały je przed wło­że­niem do ust, naj­wy­raź­niej po to, by ich posma­ko­wać i wydłu­żyć sobie czas dozna­wa­nej przy­jem­no­ści, pod­czas gdy ja... naj­pierw obwą­chi­wa­łem jeden ze wszyst­kich stron, może nawet przy­kła­da­łem go do ucha, bacz­nie się wsłu­chu­jąc, potem zaś pra­wie nie­świa­do­mie, ale bar­dzo poważ­nie mam­ro­ta­łem do sie­bie: "I tak, i tak, i tak trzeba, nie jedz, czego nie trzeba", a następ­nie, wyda­jąc odpo­wied­nie ryt­miczne dźwięki, bra­łem tylko jeden kęs, po czym, w ogóle się nim nie delek­tu­jąc, od razu go poły­ka­łem - itd., itp.

Pierw­sze zda­rze­nie, w trak­cie któ­rego poja­wiły się we mnie jedne z dwóch wspo­mnia­nych danych repre­zen­tu­ją­cych "życio­dajne źró­dła", pozwa­la­jące mi kul­ty­wo­wać i dosko­na­lić nakaz mojej zmar­łej babki, roze­grało się w cza­sie, gdy zmie­ni­łem się już z puco­ło­wa­tego brzdąca w mło­dego łobuza i sta­łem się, jak to się nie­kiedy okre­śla, "kan­dy­da­tem na mło­dego czło­wieka o miłej apa­ry­cji i podej­rza­nym wnę­trzu".

A doszło do niego przy­pad­kiem, lub może nawet spe­cjal­nym zrzą­dze­niem losu, w nastę­pu­ją­cych oko­licz­no­ściach:

Pew­nego razu z kil­koma takimi samymi jak ja mło­dymi łobu­zami zasta­wia­łem na dachu domu sąsiada sidła na gołę­bie, gdy nagle jeden z chłop­ców, który stał nade mną i uważ­nie mnie obser­wo­wał, rzekł:

- Według mnie pętlę z koń­skiego wło­sia powin­ni­śmy zarzu­cić w taki spo­sób, aby przy­pad­kiem nie wpadł w nią środ­kowy, naj­dłuż­szy palec gołę­bia, ponie­waż - jak ostat­nio wyja­śnił nam nasz nauczy­ciel zoo­lo­gii - kiedy gołąb jest w ruchu, wła­śnie w tym palcu sku­pia się cały jego zapas sił i oczy­wi­ście, jeśli pętla zaci­śnie się na tym palcu, gołąb będzie mógł ją wtedy łatwo zerwać.

Inny chło­piec, który stał pochy­lony tuż na wprost mnie i który w dodatku, kiedy mówił, pry­skał obfi­cie śliną, wark­nął po tej uwa­dze pierw­szego chłopca i, plu­jąc na wszyst­kie strony, wypo­wie­dział nastę­pu­jące słowa:

- Zamknij jadaczkę, ty bez­na­dziejny, skun­dlony pomio­cie Hoten­to­tów! Co z cie­bie za kaleka życiowa, taka sama zresztą jak twój nauczy­ciel! Jeśli zało­żyć, że fak­tycz­nie w tym środ­ko­wym palcu sku­pia się naj­więk­sza siła fizyczna gołę­bia, to tym bar­dziej wła­śnie ten palec powin­ni­śmy zła­pać w sidła. Dopiero wtedy okaże się zna­cząca dla naszego celu - czyli schwy­ta­nia tych nie­szczę­snych gołębi - pewna oso­bli­wość, cha­rak­te­ry­zu­jąca wszyst­kich posia­da­czy owego mięk­kiego i śli­skiego "cze­goś", zwa­nego "mózgiem", a pole­ga­jąca na tym, że gdy w wyniku innych oddzia­ły­wań, od któ­rych zależy jego zni­koma moc prze­ja­wia­nia się, docho­dzi do zgod­nego z pra­wem i okre­sowo nie­zbęd­nego, by tak rzec, "prze­ta­so­wa­nia obec­no­ści", wtedy wywo­łane przez nie drobne "zamie­sza­nie", któ­rego zada­niem jest wznie­ce­nie innych prze­ja­wów ogól­nego funk­cjo­no­wa­nia, pro­wa­dzi natych­miast do chwi­lo­wego prze­su­nię­cia się środka cięż­ko­ści całego orga­ni­zmu - w któ­rym to śli­skie "coś" odgrywa bar­dzo małą rolę - a to z kolei czę­sto daje w tym ogól­nym funk­cjo­no­wa­niu nie­ocze­ki­wane i gra­ni­czące z absur­dem, nie­lo­giczne rezul­taty.

Ostat­nie słowa wygło­sił, tak pry­ska­jąc śliną, że mia­łem wra­że­nie, iż moja twarz została wysta­wiona na dzia­ła­nie roz­py­la­cza do far­bo­wa­nia tka­nin barw­ni­kami ani­li­no­wymi, zapro­jek­to­wa­nego i zbu­do­wa­nego przez Niem­ców.

Tego było już za wiele. Nie wsta­jąc z kucek, rzu­ci­łem się na niego i całą siłą ude­rzy­łem go głową w dołek, skut­kiem czego padł jak długi i z miej­sca stra­cił to, co zwie się "przy­tom­no­ścią".

Nie wiem i nie chcę wie­dzieć, jakie rezul­taty poja­wią się w two­ich myślach, gdy prze­każę ci infor­ma­cję o pew­nym, moim zda­niem nie­zwy­kłym, zbiegu oko­licz­no­ści życio­wych, ale jeśli cho­dzi o mnie, to ów splot wyda­rzeń pozwo­lił mi jesz­cze moc­niej utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że wszyst­kie opi­sy­wane przez mnie zda­rze­nia, które zaszły w mojej mło­do­ści, nie były kwe­stią zwy­kłego przy­padku, lecz zostały celowo stwo­rzone przez jakieś obce siły.

Rzecz w tym, że takiej zwin­no­ści nauczył mnie zale­d­wie kilka dni przed tym wyda­rze­niem pewien grecki ksiądz z Tur­cji, który, będąc prze­śla­do­wany przez Tur­ków za swe prze­ko­na­nia poli­tyczne, musiał stam­tąd uciec i kiedy przy­był do naszego mia­sta, rodzice zatrud­nili go jako mojego nauczy­ciela nowo­cze­snej greki.

Nie wiem, na czym opie­rały się poli­tyczne idee i prze­ko­na­nia tego grec­kiego księ­dza, ale bar­dzo dobrze pamię­tam, że ze wszyst­kiego, co mi mówił - nawet wtedy, gdy wyja­śniał róż­nicę mię­dzy zda­niami wykrzyk­ni­ko­wymi w sta­ro­żyt­nej i nowo­cze­snej grece - wyraź­nie prze­bi­jało marze­nie o tym, żeby jak naj­szyb­ciej dostać się na Kretę i poka­zać się tam, jak przy­stało na praw­dzi­wego patriotę.

Muszę przy oka­zji wyznać, że sam bar­dzo wystra­szy­łem się na widok rezul­tatu mojej zręcz­no­ści, ponie­waż nie wie­dząc jesz­cze, że ude­rze­nie w to miej­sce może wywo­łać taki sku­tek, pomy­śla­łem, że tego chłopca zabi­łem.

W chwili, gdy doświad­cza­łem takiego lęku, inny chło­piec, kuzyn pierw­szej ofiary mojej "sztuki samo­obrony", naj­wy­raź­niej w przy­pły­wie uczu­cia "pokre­wień­stwa", bez zasta­no­wie­nia sko­czył na mnie i z peł­nym roz­ma­chem wal­nął mnie pię­ścią w twarz.

Od tego ude­rze­nia, jak to się mówi, "zoba­czy­łem wszyst­kie gwiazdy" i jed­no­cze­śnie moje usta tak nabrzmiały, jakby napchano do nich papki w ilo­ści wystar­cza­ją­cej do sztucz­nego utu­cze­nia tysiąca kur­cza­ków.

Po krót­kiej chwili, gdy te dwa dziwne dozna­nia już tro­chę się uspo­ko­iły, fak­tycz­nie odkry­łem, że mam w ustach jakieś obce ciało, a gdy wyją­łem je pal­cami, oka­zało się, że był to ni mniej, ni wię­cej, tylko ząb o wiel­kich roz­mia­rach i dziw­nym kształ­cie.

Widząc, jak gapię się na ten nie­zwy­kły ząb, wszy­scy chłopcy stło­czyli się wokół mnie i w oso­bli­wym mil­cze­niu także zaczęli mu się przy­glą­dać z wiel­kim zacie­ka­wie­niem.

Do tego czasu chło­pak, który wcze­śniej padł bez czu­cia, doszedł już do sie­bie i sta­nąw­szy na nogi jakby ni­gdy nic, zaczął razem z innymi patrzeć w osłu­pie­niu na mój ząb.

Ten dziwny ząb miał sie­dem odga­łę­zień i na końcu każ­dego z nich wyraź­nie ryso­wała się kro­pla krwi, a oprócz tego każdą poje­dyn­czą kro­plę jasno prze­świe­tlał jeden z sied­miu aspek­tów prze­jawu bia­łego pro­mie­nia.

Po takim nie­ty­po­wym dla nas, mło­dych łobu­zów, krót­kim mil­cze­niu ponow­nie wybuchł nor­malny har­mi­der i wśród tej wrzawy posta­no­wi­li­śmy pójść zaraz do cyru­lika, spe­cja­li­sty od wyry­wa­nia zębów, aby zapy­tać go, dla­czego ten ząb wygląda wła­śnie tak.

Zeszli­śmy więc wszy­scy z dachu i ruszy­li­śmy w kie­runku cyru­lika, a ja, jako "boha­ter dnia", kro­czy­łem na czele całej grupy.

Cyru­lik, rzu­ciw­szy prze­lotne spoj­rze­nie, powie­dział, że jest to po pro­stu "ząb mądro­ści" i że jeden taki ząb mają wszy­scy osob­nicy płci męskiej, któ­rzy do chwili, gdy po raz pierw­szy wypo­wie­dzieli słowa "tata" i "mama", kar­mieni byli wyłącz­nie mle­kiem matki, a także któ­rzy potra­fią na pierw­szy rzut oka roz­po­znać wśród wielu twa­rzy twarz wła­snego ojca.

To zda­rze­nie, któ­rego "pełną ofiarą" padł mój biedny ząb mądro­ści, spo­wo­do­wało w sumie, że po pierw­sze, moja świa­do­mość zaczęła odtąd zawsze i w sto­sunku do wszyst­kiego wchła­niać w sie­bie samo sedno istoty nakazu mojej zmar­łej babci - nie­chaj zazna ona pokoju w Kró­le­stwie Nie­bie­skim! - a po dru­gie, dla­tego że nie posze­dłem do żad­nego "dyplo­mo­wa­nego den­ty­sty", aby wyle­czyć dziurę po tym zębie, czego zresztą nie mogłem zro­bić, ponie­waż nasz dom poło­żony był zbyt daleko od jakie­go­kol­wiek współ­cze­snego ośrodka kul­tury, zaczęło chro­nicz­nie sączyć się z niej "coś", co - jak dopiero nie­dawno wyja­śnił mi słynny mete­oro­log, który stał się moim "przy­ja­cie­lem od serca" dzięki naszym czę­stym spo­tka­niom w noc­nych restau­ra­cjach na pary­skim Mont­mar­trze - ma taką wła­ści­wość, że roz­bu­dza we mnie potrzebę pozna­nia oraz usta­le­nia przy­czyn poja­wia­nia się każ­dego podej­rza­nego "real­nego faktu", i ta nie­dzie­dziczna wła­ści­wość mojej zbior­czej obec­no­ści stop­niowo samo­rzut­nie dopro­wa­dziła do tego, że sta­łem się spe­cja­li­stą od bada­nia wszel­kich podej­rza­nych zja­wisk, na które tylko mia­łem oka­zję się natknąć.

Póź­niej, kiedy zamie­ni­łem się - oczy­wi­ście przy współ­pracy naszego Powszech­nego Władcy, Bez­li­to­snego Hero­pasa, to zna­czy "upływu czasu" - w opi­sa­nego już przeze mnie mło­dego czło­wieka, ta świeżo ufor­mo­wana we mnie po tym wyda­rze­niu wła­ści­wość stała się nie­ga­sną­cym ogni­skiem, które cią­gle roz­grze­wało moją świa­do­mość.

Dru­gim ze wspo­mnia­nych życio­daj­nych czyn­ni­ków, który umoż­li­wił osta­teczne sca­le­nie się nakazu mojej dro­giej babki ze wszyst­kimi danymi two­rzą­cymi moją zbior­czą indy­wi­du­al­ność, był ogół wra­żeń wywo­ła­nych przez przy­pad­kowo zdo­byte przeze mnie infor­ma­cje doty­czące histo­rii, która wyda­rzyła się tutaj, na Ziemi, i która była przy­czyną powsta­nia pew­nej "zasady", przy­ję­tej następ­nie - jak dowiódł tego pan Alan Kar­dec pod­czas "abso­lut­nie taj­nego" seansu spi­ry­ty­stycz­nego - za jedną z pod­sta­wo­wych "zasad życio­wych" wśród wszyst­kich podob­nych do nas istot, które poja­wiają się i egzy­stują na innych pla­ne­tach naszego Wiel­kiego Wszech­świata.

Tę nową "ogól­now­szech­świa­tową zasadę życiową" można sfor­mu­ło­wać w nastę­pu­jący spo­sób:

"Jak sza­leć, to sza­leć razem z prze­syłką".

Ponie­waż ta zasada, uznana już teraz za uni­wer­salną, powstała na tej samej pla­ne­cie, na któ­rej i ty powsta­łeś - i gdzie na doda­tek pra­wie zawsze masz życie usłane różami oraz czę­sto tań­czysz foks­trota - uwa­żam więc, że nie mam prawa ukry­wać przed tobą zna­nych mi infor­ma­cji, które rzucą świa­tło na pewne szcze­góły zaist­nie­nia takiego uni­wer­sal­nego faktu.

W trak­cie mojej pierw­szej wizyty w sercu Rosji, w Moskwie, wkrótce po tym, jak już na zawsze wsz­cze­piła się w moją naturę rze­czona wła­ści­wość - to jest bez­wiedne dąże­nie do wyja­śnia­nia przy­czyn powsta­nia wszel­kiego rodzaju "real­nych fak­tów" - nie znaj­du­jąc niczego innego, co mogłoby zaspo­koić taką moją psy­chiczną potrzebę, zają­łem się bada­niem roz­ma­itych rosyj­skich legend oraz porze­ka­deł. I wła­śnie wtedy - nie wiem, czy przez przy­pa­dek, czy też zgod­nie z obiek­tyw­nym i pra­wi­dło­wym porząd­kiem rze­czy - dowie­dzia­łem się mię­dzy innymi, co nastę­puje:

Pewien Rosja­nin, w oczach oto­cze­nia spra­wia­jący wra­że­nie zwy­kłego kupca, musiał udać się w jakichś inte­re­sach ze swego pro­win­cjo­nal­nego mia­sta do tej dru­giej sto­licy Rosji, Moskwy, i jego ulu­biony - ponie­waż podobny tylko do matki - syn, korzy­sta­jąc z oka­zji, popro­sił go o przy­wie­zie­nie mu pew­nej książki.

Po przy­by­ciu do Moskwy ów wielki autor "ogól­now­szech­świa­to­wej zasady życio­wej", zgod­nie z panu­ją­cym tam do dzi­siaj zwy­cza­jem, razem ze swym przy­ja­cie­lem upił się w sztok ory­gi­nalną rosyj­ską wódką.

I kiedy ci dwaj człon­ko­wie tej wiel­kiej współ­cze­snej zbio­ro­wo­ści dwu­noż­nych oddy­cha­ją­cych stwo­rzeń, wychy­liw­szy odpo­wied­nią liczbę kie­lisz­ków owego "rosyj­skiego dobro­dziej­stwa", przy­stą­pili do dys­ku­sji o "powszech­nej oświa­cie" - ponie­waż wła­śnie od tego tematu już od dawna zwy­kło się tam roz­po­czy­nać każdą roz­mowę - nasz kupiec nagle, przez sko­ja­rze­nie, przy­po­mniał sobie prośbę swego syna i bez­zwłocz­nie posta­no­wił udać się wraz z przy­ja­cie­lem do księ­garni, aby zaku­pić zamó­wioną książkę.

W skle­pie, przej­rzaw­szy książkę, którą wrę­czył mu sprze­dawca, kupiec zapy­tał o jej cenę.

Sprze­dawca odpo­wie­dział, że książka kosz­tuje sześć­dzie­siąt kopie­jek.

Zauwa­żyw­szy jed­nak, że cena podana na okładce wynosi tylko czter­dzie­ści pięć kopie­jek, kupiec zaczął naj­pierw ważyć myśli w szcze­gólny, nie­ty­powy dla Rosjan spo­sób, a następ­nie, wyko­nu­jąc dziwny ruch ple­cami, wypro­sto­wał się nie­mal jak słup i wypi­na­jąc pierś do przodu jak ofi­cer gwar­dii, zamarł w bez­ru­chu, a po krót­kiej pau­zie bar­dzo spo­koj­nie, lecz gło­sem, któ­remu nadał ton wiel­kiej sta­now­czo­ści, powie­dział:

- Ale tutaj jest napi­sane czter­dzie­ści pięć kopie­jek. Dla­czego prosi pan o sześć­dzie­siąt?

Na to skle­pi­karz, robiąc wła­ściwą wszyst­kim sprze­daw­com "ole­istą minę", odparł, że książka fak­tycz­nie kosz­tuje tylko czter­dzie­ści pięć kopie­jek, ale że musi być sprze­dana za sześć­dzie­siąt, bo pięt­na­ście kopie­jek wyniósł sam koszt prze­syłki.

Po usły­sze­niu tej odpo­wie­dzi w naszym rosyj­skim kupcu wpro­wa­dzo­nym w zakło­po­ta­nie takimi dwoma sprzecz­nymi, lecz ewi­dent­nie dają­cymi się pogo­dzić fak­tami wyraź­nie coś zaczęło się dziać. Wpa­tru­jąc się w sufit, ponow­nie oddał się roz­my­śla­niom - tym razem jed­nak już jak angiel­ski pro­fe­sor, wyna­lazca kap­su­łek z ole­jem rycy­no­wym - a następ­nie skie­ro­wał się nagle w stronę przy­ja­ciela i po raz pierw­szy na świe­cie wypo­wie­dział słowa wyra­ża­jące w swej isto­cie nie­wąt­pliwą obiek­tywną prawdę, która od tam­tej pory przy­brała cha­rak­ter porze­ka­dła.

Zwra­ca­jąc się do przy­ja­ciela, rzekł wtedy:

- Mniej­sza z tym, mój drogi! Bie­rzemy tę książkę. Tak czy owak, mamy dzi­siaj zasza­leć, a "jak sza­leć, to sza­leć razem z prze­syłką"!

Jeśli cho­dzi o mnie, nie­szczę­śliwca ska­za­nego jesz­cze za życia na doświad­cza­nie roz­ko­szy Pie­kła, to przez dość długi czas po tym odkry­ciu działo się ze mną coś bar­dzo dziw­nego, czego ani przed­tem, ani potem już nie doświad­czy­łem. Otóż mia­łem wtedy wra­że­nie, że wszyst­kie nor­mal­nie wystę­pu­jące we mnie wie­lo­źró­dłowe prze­ży­cia i sko­ja­rze­nia "zaczęły się ści­gać", jakby roz­gry­wały derby podobne do tego, które do dzi­siaj orga­ni­zują u sie­bie miesz­kańcy Chiwy.

Jed­no­cze­śnie wzdłuż całego mojego krę­go­słupa wystą­piło silne, pra­wie nie do wytrzy­ma­nia swę­dze­nie, a w samym środku mojego ple­xus sola­ris poja­wiły się rów­nie nie­zno­śne kolki; i wszystko to, czyli te dwa dziwne, wza­jem­nie sty­mu­lu­jące się dozna­nia, po jakimś cza­sie nie­spo­dzie­wa­nie zastą­pił stan takiego wewnętrz­nego spo­koju, jakiego póź­niej doświad­czy­łem w życiu tylko raz, gdy odpra­wiano nade mną cere­mo­nię wiel­kiego wta­jem­ni­cze­nia do brac­twa "wytwór­ców masła z powie­trza". A potem, kiedy "Ja", czyli to moje "nie­znane coś", co w zamierz­chłych cza­sach jeden dzi­wak - zwany przez swoje oto­cze­nie, podob­nie jak my dzi­siaj nazy­wamy takie osoby, "uczo­nym" - okre­ślił jako "pewne względne, prze­lotne zja­wi­sko, uza­leż­nione od jako­ści funk­cjo­no­wa­nia myśli, czu­cia i orga­nicz­nego auto­ma­ty­zmu", a jesz­cze inny słynny sta­ro­żytny uczony, Arab Mal-el-Lel, zde­fi­nio­wał jako "łączny rezul­tat świa­do­mo­ści, podświa­do­mo­ści oraz instynktu" - defi­ni­cję, którą, nawia­sem mówiąc, zapo­ży­czył potem i powtó­rzył w inny spo­sób nie mniej znany grecki uczony Kse­no­font - tak więc gdy w tym sta­nie to moje "Ja" zwró­ciło swoją ogłu­piałą uwagę do środka, wów­czas stwier­dziło bar­dzo jasno, że po pierw­sze, wszystko, co pozwo­liło mi pojąć sens, aż po poje­dyn­cze słowa, tego porze­ka­dła, które stało się "ogól­now­szech­świa­tową zasadą życiową", prze­kształ­ciło się we mnie w pewną szcze­gólną sub­stan­cję kosmiczną, a następ­nie, połą­czyw­szy się z danymi, które już od dawna skry­sta­li­zo­wały się we mnie dzięki naka­zowi mojej zmar­łej babki, zmie­niło te dane w "coś" i to "coś", roz­cho­dząc się po całej mojej zbior­czej obec­no­ści, osia­dło na zawsze w każ­dym ato­mie, który się na nią składa; a po dru­gie, wła­śnie wtedy to moje pechowe "Ja" wyraź­nie odczuło i z impul­sem ule­gło­ści uświa­do­miło sobie ów godny poża­ło­wa­nia dla mnie fakt, że, chcąc nie chcąc, od tego momentu będę musiał zawsze i we wszyst­kim bez wyjątku mani­fe­sto­wać się zgod­nie z tą nie­od­łączną cechą, która ukształ­to­wała się we mnie, nie będąc podyk­to­wana pra­wami dzie­dzicz­no­ści, ani też nie pod wpły­wem róż­nych ota­cza­ją­cych warun­ków, lecz która powstała w mojej zbior­czej obec­no­ści w wyniku dzia­ła­nia trzech nie­ma­ją­cych ze sobą nic wspól­nego, przy­pad­ko­wych przy­czyn zewnętrz­nych, a mia­no­wi­cie: po pierw­sze, dzięki naka­zowi osoby, która bez naj­mniej­szego pra­gnie­nia z mojej strony stała się bierną przy­czyną przy­czyny mojego powsta­nia; po dru­gie, z powodu mojego zęba, któ­rego wybił jakiś "młody łobuz", głów­nie dla­tego, że ktoś inny "się pośli­nił"; a po trze­cie, dzięki sfor­mu­ło­wa­niu, które w sta­nie upo­je­nia wypo­wie­działa osoba cał­kiem mi obca, to zna­czy jakiś "rosyj­ski kupiec".

Jeśli jesz­cze zanim pozna­łem tę "ogól­now­szech­świa­tową zasadę życiową", mani­fe­sto­wa­łem się już ina­czej niż pozo­stałe powsta­jące i wege­tu­jące ze mną na tej samej pla­ne­cie, podobne do mnie dwu­nożne zwie­rzęta, czy­ni­łem to auto­ma­tycz­nie i naj­wy­żej pół­świa­do­mie, ale po tym wyda­rze­niu zaczą­łem już robić to świa­do­mie i z instynk­tow­nym dozna­niem dwóch połą­czo­nych ze sobą impul­sów: samo­za­do­wo­le­nia oraz samo­świa­do­mo­ści pra­wi­dło­wego i uczci­wego wypła­ce­nia się z wła­snego długu wobec Wiel­kiej Przy­rody.

Należy także pod­kre­ślić, że nawet jeżeli przed tym wyda­rze­niem robi­łem już wszystko nie tak jak inni, to moje mani­fe­sta­cje pra­wie w ogóle nie rzu­cały się w oczy ota­cza­ją­cym mnie współ­ziom­kom, jed­nakże odkąd sedno tej zasady życio­wej stało się inte­gralną czę­ścią mojej natury, odtąd, z jed­nej strony, wszyst­kie moje prze­jawy, zarówno te zamie­rzone w jakimś celu, jak i te "poja­wia­jące się z czy­stego nie­rób­stwa", nabrały życio­daj­no­ści i zaczęły sprzy­jać for­mo­wa­niu się "odci­sków" na orga­nach per­cep­cji każ­dego bez wyjątku podob­nego do mnie stwo­rze­nia, które bez­po­śred­nio lub pośred­nio zwró­ciło uwagę na moje zacho­wa­nie, a z dru­giej strony, te wszyst­kie moje pomy­sły zaczą­łem reali­zo­wać w zgo­dzie z naka­zem zmar­łej babki, dopro­wa­dza­jąc je do gra­nic moż­li­wo­ści; jed­no­cze­śnie też samo z sie­bie zro­dziło się we mnie przy­zwy­cza­je­nie, by zaczy­na­jąc coś nowego, a także przy każ­dej, oczy­wi­ście na dużą skalę, zmia­nie zawsze wypo­wia­dać w myśli lub na głos: "Jak sza­leć, to sza­leć razem z prze­syłką".

A więc na przy­kład rów­nież w danym wypadku, skoro z powo­dów ode mnie nie­za­leż­nych, lecz wypły­wa­ją­cych z dziw­nych i przy­pad­ko­wych oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­cych mojemu życiu przy­szło mi pisać książki, to powi­nie­nem robić to, kie­ru­jąc się tą samą zasadą, która dzięki róż­nym nad­zwy­czaj­nym i stwo­rzo­nym przez samo życie splo­tom wyda­rzeń stop­niowo wykształ­ciła się i sca­liła z każ­dym ato­mem mojej zbior­czej obec­no­ści.

Tę moją psy­cho­or­ga­niczną zasadę zasto­suję tym razem w spo­sób nastę­pu­jący: zamiast postę­po­wać zgod­nie z ist­nie­ją­cym od naj­daw­niej­szych cza­sów zwy­cza­jem wszyst­kich pisa­rzy, który polega na obie­ra­niu za temat róż­nych utwo­rów takich zda­rzeń, które ponoć roze­grały się lub roz­gry­wają na Ziemi, ja opi­szę wyda­rze­nia na skalę całego Wszech­świata. A zatem także w obec­nym wypadku: "Jak brać, to brać!", czyli "Jak sza­leć, to sza­leć razem z prze­syłką".

Na skalę Ziemi może pisać byle jaki pisarz, ale ja nie jestem byle jakim pisa­rzem!

Czyż mógł­bym ogra­ni­czyć się tylko do tej naszej, w obiek­tyw­nym sen­sie, "mizer­nej Ziemi"?!

Nie, tego zro­bić nie mogę; nie wolno mi prze­cież uczy­nić tema­tem moich pism tych samych kwe­stii, które z reguły poru­szają inni pisa­rze, a to choćby tylko dla­tego, że mogłoby się nagle oka­zać, iż mają rację nasi uczeni spi­ry­ty­ści i że dowie się o tym moja bab­cia. A czy potra­fi­cie sobie wyobra­zić, czym gro­zi­łoby to mojej dro­giej, kocha­nej babce?!

Prze­cież prze­wró­ci­łaby się w gro­bie, i to nie raz, jak się zazwy­czaj mówi, lecz - na ile potra­fię ją zro­zu­mieć, zwłasz­cza teraz, gdy zosta­łem już "spe­cem" od wcho­dze­nia w poło­że­nie innych ludzi - tak wiele razy, że mogłaby się zamie­nić w "irlandzki kurek na dachu".

Czy­tel­niku, pro­szę, nie martw się... Jak naj­bar­dziej, będę rów­nież pisał o Ziemi, ale przyj­mu­jąc tak bez­stronną pozy­cję, że ta względ­nie mała pla­neta, wraz ze wszyst­kim, co się na niej znaj­duje, zaj­mie takie miej­sce, jakie w isto­cie jej się należy i jakie nawet zgod­nie z twoją zdrową logiką - którą zawdzię­czasz oczy­wi­ście mojemu prze­wod­nic­twu - przy­słu­guje jej w naszym Wiel­kim Wszech­świe­cie.

Natu­ral­nie muszę też dopil­no­wać tego, żeby róż­nymi "boha­te­rami" moich pism nie zostały takie typy, jak te opi­sane w unie­sie­niu przez ziem­skich pisa­rzy wszel­kiej rangi i wszyst­kich epok, czyli boha­te­ro­wie w rodzaju jakie­goś Jana Kowal­skiego czy Pio­tra Wiśniew­skiego, któ­rzy uro­dzili się wsku­tek nie­po­ro­zu­mie­nia i przy­go­to­wu­jąc się do "odpo­wie­dzial­nego życia", nie zdo­łali osią­gnąć niczego, co stwo­rze­niu na podo­bień­stwo Boga, to zna­czy czło­wie­kowi, przy­stoi mieć, a tylko stop­niowo, do ostat­niego tchnie­nia roz­wi­jają w sobie tego rodzaju roz­ma­ite uroki, jak na przy­kład: "lubież­ność", "ckli­wość", "kochli­wość", "zja­dli­wość", "zaję­cze serce", "zawiść" i inne nie­godne czło­wieka przy­wary.

Ja w swo­ich dzie­łach zamie­rzam przed­sta­wić takich boha­te­rów, któ­rych każdy, jak to się mówi, "rad nie­rad" będzie zmu­szony całym swoim jeste­stwem uznać za praw­dzi­wych i o któ­rych nie­uchron­nie skry­sta­li­zują się we wszyst­kich czy­tel­ni­kach dane budu­jące opi­nię, iż taki boha­ter to naprawdę "ktoś", a nie zale­d­wie "byle kto".

W ciągu ostat­nich tygo­dni, gdy leża­łem w łóżku z bar­dzo jesz­cze obo­la­łym cia­łem i kre­śli­łem w gło­wie zarys moich przy­szłych pism, obmy­śla­jąc formę oraz kolej­ność ich przed­sta­wie­nia, posta­no­wi­łem, że głów­nym boha­te­rem pierw­szej serii uczy­nię... wiesz kogo?... Wiel­kiego Bel­ze­buba we wła­snej oso­bie, i to nie bacząc na to, że mój wybór już od samego początku może wywo­łać w myślach więk­szo­ści czy­tel­ni­ków sko­ja­rze­nia, które nie­chyb­nie wzbu­dzą w nich wszel­kiego rodzaju auto­ma­tyczne impulsy sprze­ciwu będące wyni­kiem dzia­ła­nia ogółu danych, które obo­wiąz­kowo poja­wiają się w psy­chice ludzi na sku­tek prze­róż­nych nie­nor­mal­nie usta­lo­nych warun­ków ich zewnętrz­nego życia i które kry­sta­li­zują się w nich głów­nie w wyniku owej sła­wet­nej, zako­rze­nio­nej w ich życiu "moral­no­ści reli­gij­nej" - co w sumie będzie musiało dopro­wa­dzić do nagro­ma­dze­nia się w nich czyn­ni­ków budzą­cych nie­wy­tłu­ma­czalną wro­gość wobec mojej osoby.

Ale wiesz co, czy­tel­niku?

Na wypa­dek, gdy­byś mimo mojego ostrze­że­nia pod­jął ryzyko zapo­zna­nia się z dal­szym cią­giem moich pism i pró­bo­wał zawsze asy­mi­lo­wać je z impul­sem bez­stron­no­ści oraz pra­gnie­niem zro­zu­mie­nia samej istoty róż­nych kwe­stii, które posta­no­wi­łem w nich wyło­żyć, chcę teraz - mając na wzglę­dzie tę przy­na­leżną psy­chice czło­wieka oso­bli­wość, powo­du­jącą, że jedy­nie po "zacie­śnie­niu wię­zów wza­jem­nej szcze­ro­ści i zaufa­nia" przy­swa­ja­nie sobie dobra nie wywo­łuje w nim sprze­ciwu - otwar­cie ci się przy­znać do sko­ja­rzeń, które powstały w moich myślach i dopro­wa­dziły do tego, że w odpo­wied­niej sfe­rze mojej świa­do­mo­ści osa­dziły się dane pod­po­wia­da­jące całej mojej indy­wi­du­al­no­ści, żeby wybrać na głów­nego boha­tera moich pism wła­śnie takie Indy­wi­duum jak to, za które ucho­dzi w two­ich oczach Pan Bel­ze­bub.

Zro­bi­łem to nie bez pod­stępu.

Moja chy­trość spro­wa­dza się po pro­stu do tego, że opar­łem się na logicz­nym przy­pusz­cze­niu, iż jeśli okażę Bel­ze­bu­bowi taką uwagę, to On z pew­no­ścią - w co jak dotąd nie wąt­pię - będzie chciał się odwdzię­czyć, poma­ga­jąc mi w tym, co zamie­rzam napi­sać, wszel­kimi dostęp­nymi Mu spo­so­bami.

Cho­ciaż Pan Bel­ze­bub ule­piony jest, jak to się mówi, "z innej gliny", jed­na­ko­woż On także potrafi myśleć i, co naj­waż­niej­sze, ma - jak dawno temu dowie­dzia­łem się z trak­tatu słyn­nego kato­lic­kiego mni­cha, brata Fulona - kędzie­rzawy ogon; a ponie­waż, nauczony doświad­cze­niem, nabra­łem głę­bo­kiego prze­ko­na­nia, że kędzie­rza­wość ni­gdy nie jest czymś natu­ral­nym, lecz można ją osią­gnąć tylko dzięki róż­nym zamie­rzo­nym mani­pu­la­cjom, wnio­skuję więc - zgod­nie ze "zdrową logiką", która ufor­mo­wała się w mojej świa­do­mo­ści na sku­tek czy­ta­nia ksią­żek poświę­co­nych hie­ro­man­cji - że rów­nież Pan Bel­ze­bub musi mieć sporą dozę próż­no­ści i dla­tego uzna, iż zde­cy­do­wa­nie nie wypada Mu nie udzie­lić pomocy komuś, kto będzie robił reklamę Jego imie­niu.

Nie na darmo nasz nie­zrów­nany wspólny nauczy­ciel, Mułła Nasr Eddin, czę­sto powta­rza:

"Jak nie posma­ru­jesz, to nie tylko ni­gdzie zno­śnie nie poży­jesz, ale nawet nie pood­dy­chasz".

A inny ziem­ski mędrzec, Koźma Prut­kow, który rów­nież zawdzię­czał swą mądrość bez­den­nej głu­po­cie ludzi, wyra­ził to samo sło­wami:

"Kto nie sma­ruje, ten nie jedzie".

Zna­jąc te, a także jesz­cze wiele innych tego rodzaju powie­dzeń zaczerp­nię­tych z mądro­ści ludo­wej i utrwa­lo­nych na prze­strzeni wie­ków w życiu zbio­ro­wym ludzi, posta­no­wi­łem "posma­ro­wać łapę" Pana Bel­ze­buba, który, jak każdy się domy­śla, ma moż­li­wo­ści oraz wie­dzy w nad­mia­rze.

Dość tego, mój stary! Żarty, nawet te filo­zo­ficzne, na bok, wygląda na to, że z powodu tych wszyst­kich dygre­sji zła­ma­łeś już jedną z głów­nych zasad, które sam wypra­co­wa­łeś i poło­ży­łeś u pod­staw sys­temu mają­cego umoż­li­wić ci, za pomocą tej nowej pro­fe­sji, speł­nie­nie marzeń, a mia­no­wi­cie zasadę, która głosi, że zawsze trzeba mieć w pamięci oraz brać pod uwagę fakt osła­bie­nia funk­cji myślo­wej współ­cze­snego czy­tel­nika i w związku z tym nie zamę­czać go, zmu­sza­jąc do przy­swa­ja­nia mnó­stwa idei w krót­kim cza­sie.

Co wię­cej, kiedy popro­si­łem jed­nego z ludzi, któ­rzy kręcą się zawsze wokół mnie, bo chcą "zasłu­żyć sobie na wej­ście do raju w butach", o gło­śne prze­czy­ta­nie po kolei wszyst­kiego, co napi­sa­łem w tym pierw­szym roz­dziale, wtedy to, co nazywa się moje "Ja" - oczy­wi­ście z udzia­łem wszyst­kich spe­cy­ficz­nych danych, które utrwa­liły się w mojej ory­gi­nal­nej psy­chice w ciągu dotych­cza­so­wego życia i które pozwa­lają mi na przy­kład zro­zu­mieć psy­chikę innych podob­nych do mnie, ale róż­nią­cych się typem stwo­rzeń - ponad wszelką wąt­pli­wość stwier­dziło i uświa­do­miło sobie, że już ten pierw­szy roz­dział nie­chyb­nie spo­wo­duje, iż w zbior­czej obec­no­ści wszyst­kich bez wyjątku czy­tel­ni­ków pojawi się "coś", co auto­ma­tycz­nie wywoła w sto­sunku do mojej osoby jawną wro­gość.

Prawdę mówiąc, nie to mnie teraz naj­bar­dziej mar­twi, ale fakt, że pod koniec tej lek­tury skon­sta­to­wa­łem, iż we wszyst­kim, co zostało wyło­żone w niniej­szym roz­dziale, cała moja zbior­cza obec­ność - w któ­rej wyżej wspo­mniane "Ja" odgrywa bar­dzo małą rolę - prze­ja­wiła się zde­cy­do­wa­nie wbrew przy­ka­za­niu ogól­now­szech­świa­to­wego i szcze­gól­nie cenio­nego przeze mnie nauczy­ciela, Mułły Nasr Eddina, które brzmi: "Ni­gdy nie wsa­dzaj kija w mro­wi­sko".

Ale nie­po­kój, jaki ogar­nął cały sys­tem zawia­du­jący moimi odczu­ciami, kiedy uświa­do­mi­łem sobie, że czy­tel­nik nie­uchron­nie będzie musiał zacząć żywić do mnie ani­mo­zję, od razu przy­gasł, gdy przy­po­mnia­łem sobie stare rosyj­skie przy­sło­wie: "Nie ma takiej krzywdy, która z cza­sem nie pój­dzie na prze­miał, jak zboże na mąkę".

Od tam­tej pory nie tylko zupeł­nie prze­stał mi doku­czać ów nie­po­kój, który ogar­nął mój sys­tem w chwili, gdy uprzy­tom­ni­łem sobie, że zła­ma­łem przy­ka­za­nie Mułły Nasr Eddina, lecz także, zaraz po tym, jak zda­łem sobie z tego sprawę, w obu moich dopiero nie­dawno zyska­nych duszach zaczął się bar­dzo dziwny pro­ces przy­bie­ra­jący postać nie­zwy­kłego swę­dze­nia, które, stop­niowo nara­sta­jąc, wywo­łuje obec­nie pra­wie nie­zno­śny ból w oko­licy nieco poni­żej pra­wej połowy mojego już i tak nad­wy­rę­żo­nego ple­xus sola­ris.

Chwila moment!... Ten pro­ces także zdaje się usta­wać i w każ­dym zaka­marku mojej świa­do­mo­ści - powiedzmy, na razie, mojej "podświa­do­mo­ści" - zaczyna wyła­niać się już to wszystko, co jest potrzebne do uzy­ska­nia cał­ko­wi­tej pew­no­ści, iż ów pro­ces usta­nie zupeł­nie, ponie­waż wła­śnie przy­po­mnia­łem sobie inną mądrość życiową, któ­rej sens zro­dził w moich myślach reflek­sję, że nawet jeśli rze­czy­wi­ście postą­pi­łem wbrew radzie czci­god­nego Mułły Nasr Eddina, to jed­no­cze­śnie, bez pre­me­dy­ta­cji, dzia­ła­łem wedle zasady kogoś nad­zwy­czaj sym­pa­tycz­nego, któ­rego sława nie sięga daleko, ale o kim ni­gdy nie zapo­mną ci wszy­scy, co choć raz mieli oka­zję go spo­tkać - mam na myśli ów samo­rodny talent, kocha­nego Kara­peta z Tyflisu.

Nie ma rady... ten mój roz­dział wpro­wa­dza­jący zro­bił się już tak długi, że nic się teraz nie sta­nie, jeśli prze­dłużę go jesz­cze tro­chę i opo­wiem o tym arcy­sym­pa­tycz­nym tyfli­skim Kara­pe­cie.

Przede wszyst­kim musi­cie wie­dzieć, że dwa­dzie­ścia lub dwa­dzie­ścia pięć lat temu sta­cja kole­jowa w Tyfli­sie była wypo­sa­żona w "gwiz­dek parowy".

Jego dźwięk budził każ­dego ranka kole­ja­rzy i pra­cow­ni­ków sta­cji, a ponie­waż tyfli­ski dwo­rzec poło­żony był na wzgó­rzu, to gwiz­dek ten można było usły­szeć pra­wie w całym mie­ście, gdzie wyry­wał on ze snu nie tylko kole­ja­rzy, lecz także innych jego miesz­kań­ców.

Jeśli dobrze pamię­tam, lokalne wła­dze Tyflisu nawią­zały nawet kore­spon­den­cję z zarzą­dem kolei w spra­wie zakłó­ca­nia poran­nego snu spo­koj­nym oby­wa­te­lom.

Obo­wią­zek pusz­cze­nia pary w gwiz­dek spa­dał wła­śnie na Kara­peta, który był zatrud­niony na tej sta­cji.

Rano, kiedy przy­cho­dził do pracy i pod­cho­dził do liny, za pomocą któ­rej napusz­czał pary do gwizdka, jesz­cze zanim ją zła­pał i za nią pocią­gnął, machał rękami we wszyst­kie strony i z wielką powagą, jak muzuł­mań­ski mułła z mina­retu, gło­śno krzy­czał:

- Twoja matka to...! Twój ojciec to...! Twój dzia­dek to naj­więk­szy...! Oby twoje oczy, uszy, nos, śle­dziona, wątroba, nagniotki..." itd. Sło­wem wygła­szał w róż­nej kolej­no­ści wszyst­kie prze­kleń­stwa, jakie znał, i dopiero potem pocią­gał za linę.

Kiedy dowie­dzia­łem się o Kara­pe­cie oraz o tym prak­ty­ko­wa­nym przez niego oby­czaju, któ­re­goś wie­czoru, gdy wró­cił już z pracy do domu, poja­wi­łem się u niego z małym bukła­kiem kache­tyj­skiego wina i po obo­wiąz­ko­wym odpra­wie­niu uro­czy­stego lokal­nego rytu­ału "wzno­sze­nia toa­stów" zapy­ta­łem go - także oczy­wi­ście w odpo­wied­niej for­mie, sto­su­jąc się do miej­sco­wego "kodeksu grzecz­no­ścio­wego", który regu­lo­wał tam sto­sunki wza­jemne - dla­czego to robi.

Opróż­niw­szy jed­nym hau­stem szklankę i, jak naka­zuje gru­ziń­ski zwy­czaj, odśpie­waw­szy raz pieśń bie­siadną "Jesz­cze­śmy się nie nażarli", Kara­pet zaczął powoli mówić:

- Ponie­waż pijesz wino nie po dzi­siej­szemu, to zna­czy nie tylko dla pozo­rów, ale w samej rze­czy uczci­wie, już to poka­zuje mi, że chcesz dowie­dzieć się o tym moim zwy­czaju nie z czy­stej cie­ka­wo­ści, jak nasi inży­nie­ro­wie i tech­nicy, lecz istot­nie kie­ro­wany pra­gnie­niem wie­dzy; dla­tego chcę, a nawet uwa­żam za swoją powin­ność, szcze­rze wyznać ci, co dokład­nie było przy­czyną moich wewnętrz­nych, że tak powiem, "pedan­tycz­nych roz­wa­żań", które mnie do tego dopro­wa­dziły i stop­niowo wpo­iły we mnie ów zwy­czaj.

Dalej opo­wie­dział, co nastę­puje:

- Daw­niej pra­co­wa­łem na sta­cji na nocną zmianę jako nie­wy­kwa­li­fi­ko­wany robot­nik do czysz­cze­nia boj­le­rów paro­wych, ale gdy spro­wa­dzono rze­czony gwiz­dek, kie­row­nik sta­cji, naj­wi­docz­niej bio­rąc pod uwagę mój wiek oraz fakt, że nie nadaję się już do wyko­ny­wa­nia cięż­kiej pracy, kazał mi tylko przy­cho­dzić rano i wie­czo­rem o okre­ślo­nej porze, aby pusz­czać parę do gwizdka.

Już w pierw­szym tygo­dniu tej nowej służby zauwa­ży­łem, że przez godzinę lub dwie po speł­nie­niu mojego poran­nego obo­wiązku czu­łem się jakoś nie­wy­raź­nie.

A odkąd to wzma­ga­jące się z dnia na dzień dziwne uczu­cie prze­ro­dziło się w wyraźny instynk­towny nie­po­kój, który ode­brał mi nawet ape­tyt na postny żurek, odtąd już nie­mal bez prze­rwy zaczą­łem łamać sobie głowę, pró­bu­jąc odna­leźć jego przy­czynę.

Z jakie­goś powodu szcze­gól­nie inten­syw­nie zasta­na­wia­łem się nad tym, idąc do pracy i wra­ca­jąc z niej. Ale jak­kol­wiek się sta­ra­łem, nie potra­fi­łem, nawet w przy­bli­że­niu, niczego sobie wyja­śnić.

Trwało to przez pra­wie sześć mie­sięcy i odci­ski na moich pal­cach zro­biły się już cał­kiem twarde od pocią­ga­nia za sznur gwizdka paro­wego, gdy nagle zupeł­nie przy­pad­kowo poją­łem, dla­czego coś takiego się we mnie dzieje.

Wstrząsu, który zaini­cjo­wał moje poprawne rozu­mo­wa­nie, pro­wa­dzące w rezul­ta­cie do nie­za­chwia­nego prze­ko­na­nia, dozna­łem dzięki okrzy­kowi usły­sza­nemu przy­pad­kowo w nastę­pu­ją­cych, dość nie­zwy­kłych oko­licz­no­ściach:

Pew­nego poranka, gdy po nie­prze­spa­nej nocy - spę­dzo­nej w poło­wie na chrzci­nach dzie­wią­tej córki mojego sąsiada, a w poło­wie na czy­ta­niu bar­dzo inte­re­su­ją­cej i rzad­kiej książki pod tytu­łem "Senne widzia­dła i czary", która przy­pad­kowo wpa­dła mi w ręce - śpie­szy­łem się, żeby puścić parę, zoba­czy­łem nie­spo­dzie­wa­nie na rogu ulicy zna­jo­mego fel­czera, zatrud­nio­nego przez wła­dze miej­skie, który ski­nął na mnie, bym się zatrzy­mał.

Do obo­wiąz­ków tego zaprzy­jaź­nio­nego fel­czera nale­żało przej­ście o okre­ślo­nej porze uli­cami mia­sta w towa­rzy­stwie asy­stenta pcha­ją­cego spe­cjal­nie skon­stru­owany wózek i wyła­pa­nie wszyst­kich wałę­sa­ją­cych się psów, które nie miały na obro­żach bla­szek wyda­wa­nych przez lokalne wła­dze po wnie­sie­niu odpo­wied­niej opłaty, a następ­nie dostar­cze­nie tych psów do miej­skiej rzeźni, gdzie trzy­mano je przez dwa tygo­dnie na koszt mia­sta, żywiąc odpad­kami. Jeśli po wyga­śnię­ciu tego ter­minu wła­ści­ciele psów nie zgło­sili się i nie uiścili należ­no­ści, wów­czas cere­mo­nial­nie zaga­niano psy do pew­nego przej­ścia, które pro­wa­dziło pro­sto do spe­cjal­nie zbu­do­wa­nego pieca.

Już po krót­kiej chwili z dru­giego końca tego zba­wien­nego i mają­cego wiel­kie zna­cze­nie pieca wypły­wała z rado­snym bul­go­tem, przy­no­sząc zysk ojcom naszego mia­sta, okre­ślona ilość kla­row­nego, ide­al­nie czy­stego tłusz­czu, uży­wa­nego do wyra­bia­nia mydła i być może jesz­cze cze­goś innego, a oprócz tego wysy­py­wała się z niego z nie mniej przy­jem­nym dla ucha szme­rem spora ilość bar­dzo poży­tecz­nych sub­stan­cji do nawo­że­nia.

Ów zaprzy­jaź­niony fel­czer wyła­py­wał psy w nastę­pu­jący pro­sty i nad podziw zręczny spo­sób:

Zdo­był gdzieś dużą starą sieć rybacką, którą w cza­sie tych oso­bli­wych, słu­żą­cych ogól­no­ludz­kiemu dobru wycie­czek po pery­fe­riach naszego mia­sta nosił uło­żoną w odpo­wiedni spo­sób na swych sil­nych ple­cach, i kiedy jakiś pies "bez pasz­portu" poja­wiał się w zasięgu jego wszech­wi­dzą­cego i strasz­li­wego dla całego psiego gatunku oka, on, bez pośpie­chu i ze zwin­no­ścią pan­tery, pod­kra­dał się bli­sko niego, a następ­nie w odpo­wiednim momen­cie, gdy jego ofiara była czymś zain­te­re­so­wana lub zwa­biona, zarzu­cał na nią sieć i szybko ją omo­ty­wał, po czym, pod­to­czyw­szy bli­żej wózek, roz­plą­ty­wał w taki spo­sób, iż tra­fiała pro­sto do umiesz­czo­nej na tym wózku klatki.

Kiedy mój zna­jomy fel­czer dał mi znak, abym się zatrzy­mał, aku­rat goto­wał się do zarzu­ce­nia swej sieci na kolejną ofiarę, która stała w tym cza­sie, mer­da­jąc ogo­nem i przy­glą­da­jąc się jakiejś suce.

Mój przy­ja­ciel miał wła­śnie zarzu­cić sieć, gdy nagle roz­le­gły się dzwony pobli­skiej cer­kwi, wzy­wa­jące ludzi na pierw­sze ranne modli­twy.

To dzwo­nie­nie roz­brzmie­wa­jące znie­nacka w poran­nej ciszy prze­stra­szyło psa, który usko­czyw­szy w bok, pomknął jak strzała na peł­nej psiej pręd­ko­ści w dół pustej ulicy.

Otóż wła­śnie wtedy fel­czer, tak tym roz­wście­czony, że aż włosy pod pachą sta­nęły mu dęba, cisnął sieć na chod­nik i splu­wa­jąc przez lewe ramię, gło­śno wykrzyk­nął: "Do dia­bła! Zna­leźli sobie porę na dzwo­nie­nie!".

W chwili, gdy okrzyk fel­czera dotarł do mojego apa­ratu poję­cio­wego, od razu zaczęły kłę­bić się w nim prze­różne myśli, które osta­tecz­nie dopro­wa­dziły mnie do traf­nego, jak sądzę, zro­zu­mie­nia przy­czyny tego, że drę­czył mnie ów instynk­towny nie­po­kój.

Zaraz po tym, jak uprzy­tom­ni­łem to sobie, byłem nawet na sie­bie zły, że tak pro­sta i jasna myśl nie przy­szła mi wcze­śniej do głowy.

Całym swoim jeste­stwem poczu­łem, że moja inge­ren­cja w życie publiczne musiała nie­uchron­nie pro­wa­dzić do takiego rezul­tatu, jak wła­śnie to dozna­nie, które przez cały czas ogar­niało moją zbior­czą obec­ność.

Nie­wąt­pli­wie wszy­scy ludzie wyrwani z ich słod­kiej poran­nej drzemki hała­sem gwizdka paro­wego musieli prze­kli­nać "na czym świat stoi" mnie, przy­czynę tej pie­kiel­nej kako­fo­nii, i z pew­no­ścią wła­śnie dla­tego ze wszyst­kich stron pły­nęły w moim kie­runku wibra­cje wszel­kiego rodzaju zło­śli­wych inten­cji.

Tam­tego pamięt­nego poranka - gdy, wypeł­niw­szy swój obo­wią­zek, sie­dzia­łem w typo­wym dla mnie nastroju w pobli­skiej gospo­dzie i jadłem flaczki z czosn­kiem - kon­ty­nu­ując moje roz­wa­ża­nia, dosze­dłem do wnio­sku, że jeśli sam naj­pierw prze­klnę tych wszyst­kich, w któ­rych moja służba dla dobra czę­ści z nich zda­wała się wzbu­dzać takie obu­rze­nie, to, jak bar­dzo by mnie prze­kli­nali ci ludzie prze­by­wa­jący w "sfe­rze idio­ty­zmu", czyli - zgod­nie z wyja­śnie­niami zawar­tymi w prze­czy­ta­nej przeze mnie poprzed­niej nocy książce "Senne widzia­dła i czary" - pomię­dzy snem a drzemką, i tak nie będzie to miało na mnie żad­nego wpływu.

I rze­czy­wi­ście, od kiedy zaczą­łem to robić, prze­sta­łem odczu­wać ów instynk­towny nie­po­kój.

Teraz jed­nak, mój cier­pliwy czy­tel­niku, już chyba naprawdę muszę zakoń­czyć ten pierw­szy roz­dział. Trzeba tylko jesz­cze go pod­pi­sać.

Ten, któ­rego...

Stop! Ty nie­dojdo! Z pod­pi­sem nie ma żar­tów. Przy­po­mnij sobie, jak w jed­nym z kra­jów Europy Środ­ko­wej musia­łeś zapła­cić dzie­się­cio­letni czynsz za dom, w któ­rym miesz­ka­łeś led­wie trzy mie­siące, i to tylko dla­tego, że wła­sno­ręcz­nie pod­pi­sa­łeś papier, na któ­rym zobo­wią­za­łeś się co roku odna­wiać umowę o najem tego domu.

Oczy­wi­ście po takich i jesz­cze wielu innych podob­nych przej­ściach życio­wych, jeśli cho­dzi o mój pod­pis, muszę być teraz bar­dzo, bar­dzo ostrożny.

No dobrze, niech już będzie:

Ten, któ­rego w dzie­ciń­stwie nazy­wano "Tatach", we wcze­snej mło­do­ści "Sma­gły", póź­niej "Czarny Grek", w wieku doj­rza­łym "Tygrys Tur­kie­stanu", a obec­nie już nie byle kto, lecz praw­dziwy "Mon­sieur" lub "Mister" Gur­dżi­jew czy też "bra­ta­nek Księ­cia Muchrań­skiego" albo, na koniec, po pro­stu "Nauczy­ciel Tań­ców".

Roz­dział 2

Pro­log: Dla­czego Bel­ze­bub zna­lazł się w naszym ukła­dzie sło­necz­nym

Działo się to według obiek­tyw­nej rachuby czasu w roku 223 po stwo­rze­niu świata lub, jak powie­dziano by na Ziemi, w roku 1921 po naro­dze­niu Chry­stusa.

Przez Wszech­świat prze­la­ty­wał "Kar­nak", sta­tek komu­ni­ka­cji "mię­dzy­prze­strzen­nej".

Po wystar­to­wa­niu z prze­stwo­rzy "Asu­pa­ra­cata", to zna­czy z prze­strzeni Drogi Mlecz­nej, "Kar­nak" leciał teraz z pla­nety Kara­taz do układu sło­necz­nego "Pan­dec­noch", któ­rego słońce zwane jest na Ziemi "Gwiazdą Polarną".

Na wspo­mnia­nym statku mię­dzy­prze­strzen­nym znaj­do­wał się Bel­ze­bub wraz ze swo­imi krew­nymi i bli­skimi.

Uda­wał się wła­śnie na pla­netę Rewo­zw­ra­dendr, na spe­cjalną naradę, w któ­rej zgo­dził się uczest­ni­czyć na prośbę swych sta­rych przy­ja­ciół.

Jedy­nie wspo­mnie­nie wie­lo­let­niej przy­jaźni potra­fiło go skło­nić do przy­ję­cia tego zapro­sze­nia, albo­wiem był już stary i dla kogoś w jego wieku tak długa droga wraz ze wszyst­kimi tru­dami, które się z nią wią­zały, sta­no­wiła zada­nie nie­ła­twe.

Tuż przed tą podróżą Bel­ze­bub wró­cił do sie­bie, do miej­sca swego powsta­nia, czyli na pla­netę Kara­taz, z dala od któ­rej, z powo­dów od jego esen­cji nie­za­leż­nych, spę­dził wiele lat swego życia w warun­kach sprzecz­nych z jego naturą.

Te dłu­gie lata takiej nie­ty­po­wej dla niego egzy­sten­cji, a także per­cep­cje nie­zwy­kłe dla jego natury i prze­ży­cia nie­zgodne z jego esen­cją, nie omiesz­kały pozo­sta­wić wyraź­nego śladu na jego zbior­czej obec­no­ści.

Oprócz tego już sam czas musiał go posta­rzyć i te nie­zwy­kłe warunki egzy­sten­cji przy­wio­dły Bel­ze­buba, wła­śnie tego Bel­ze­buba, któ­rego mło­dość była tak wyjąt­kowo hoża, burz­liwa i wspa­niała, do rów­nie nie­zwy­kłej sta­ro­ści.

Dawno, dawno temu, kiedy Bel­ze­bub egzy­sto­wał jesz­cze u sie­bie na pla­ne­cie Kara­taz, został przy­jęty z racji swo­jej wyjąt­ko­wej inte­li­gen­cji do służby na "Słońcu Abso­lut" - głów­nym miej­scu prze­by­wa­nia naszego pana władcy nie­skoń­czo­nego - i tam, wraz z innymi podob­nymi do sie­bie isto­tami, stał się powier­ni­kiem jego nie­skoń­czo­no­ści.

Ponie­waż jego rozum nie zdą­żył się jesz­cze wtedy ukształ­to­wać i jego młode, a więc cią­gle nie­po­ha­mo­wane i nace­cho­wane nie­równo pły­ną­cym cią­giem sko­ja­rzeń myśle­nie opie­rało się na wąskich poję­ciach - co jest natu­ralne dla istot, które nie stały się jesz­cze cał­kiem odpo­wie­dzialne - to pew­nego razu dostrzegł on w zarzą­dza­niu Świa­tem coś, co wydało mu się "nie­lo­giczne", i zna­la­zł­szy wspar­cie u swych kole­gów, istot tak jak on nie w pełni ukształ­to­wa­nych, wmie­szał się w nie swoje sprawy.

Ze względu na moc i nie­okrze­sa­nie jego natury inge­ren­cja Bel­ze­buba i jego towa­rzy­szy szybko wzbu­rzyła wszyst­kie umy­sły i nie­wiele bra­ko­wało, a wywo­ła­łaby rewo­lu­cję w cen­tral­nym kró­le­stwie Mega­lo­ko­smosu.

Dowie­dziaw­szy się o tym, jego nie­skoń­czo­ność, mimo swej wszech­mi­ło­ści i wszech­mi­ło­sier­dzia, zmu­szony był ska­zać Bel­ze­buba i jego towa­rzy­szy na zesła­nie do jed­nego z odle­głych zakąt­ków Wszech­świata, do układu sło­necz­nego "Ors" - nazy­wa­nego przez jego miesz­kań­ców po pro­stu "ukła­dem sło­necz­nym" - i wyzna­czyć na miej­sce ich egzy­sten­cji pla­netę Mars, zezwa­la­jąc im na prze­by­wa­nie rów­nież na innych pla­ne­tach, ale wyłącz­nie w obrę­bie tego samego układu sło­necz­nego.

Pośród wygnań­ców, oprócz wspo­mnia­nych kole­gów Bel­ze­buba, było też wielu z tych, któ­rzy po pro­stu z nim sym­pa­ty­zo­wali, a także krewni i pod­władni zarówno jego samego, jak i jego towa­rzy­szy.

Ponie­waż wszy­scy przy­byli na tę odle­głą pla­netę ze swoim potom­stwem i pozo­sta­łymi domow­ni­kami, więc w krót­kim cza­sie na pla­ne­cie Mars utwo­rzyła się cała kolo­nia trój­cen­tro­wych istot z róż­nych pla­net środ­ko­wej czę­ści naszego Wiel­kiego Wszech­świata.

Cała ta nie­ty­powa dla tej pla­nety popu­la­cja powoli przy­sto­so­wała się do swo­jego nowego miej­sca zamiesz­ka­nia i wielu jej człon­ków, żeby skró­cić sobie jakoś dłu­gie lata wygna­nia, zna­la­zło takie czy inne zaję­cie bądź na samej pla­ne­cie Mars, bądź też na sąsied­nich pla­ne­tach, które były pra­wie zupeł­nie opu­sto­szałe z powodu ich odda­le­nia od cen­trum oraz ubó­stwa wszel­kich wystę­pu­ją­cych tam for­ma­cji.

Z bie­giem lat wielu z nich, z wła­snej woli lub kie­ru­jąc się potrzebą ogółu, prze­nio­sło się stop­niowo z pla­nety Mars na inne pla­nety, ale sam Bel­ze­bub pozo­stał ze swo­imi powier­ni­kami na Mar­sie, gdzie zor­ga­ni­zo­wał sobie w miarę zno­śną egzy­sten­cję.

Jed­nym z jego głów­nych zajęć na Mar­sie było urzą­dze­nie obser­wa­to­rium, które miało słu­żyć do bada­nia odle­głych kon­cen­tra­cji Wszech­świata, a także do stu­dio­wa­nia warun­ków egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej na sąsied­nich pla­ne­tach; to obser­wa­to­rium stało się póź­niej nawet bar­dzo słynne i cenione w całym Wszech­świe­cie.

Wpraw­dzie układ sło­neczny Ors, zarówno z powodu swego odda­le­nia od cen­trum, jak i z róż­nych innych przy­czyn, popadł do pew­nego stop­nia w stan zanie­dba­nia, jed­nak od czasu do czasu Prze­święte Indy­wi­dua kosmiczne nale­żące do oto­cze­nia naszego nie­skoń­czo­nego wspól­nego ojca wysy­łały na pla­nety tego układu posłań­ców, któ­rych zada­niem było upo­rząd­ko­wa­nie egzy­sten­cji ist­nie­nio­wej powsta­ją­cych tam trój­mó­zgo­wych istot w taki spo­sób, aby toczyła się ona w zgo­dzie z ogólną har­mo­nią Świata.

Otóż na jed­nej z pla­net tego układu sło­necz­nego, mia­no­wi­cie na pla­ne­cie zwa­nej "Zie­mią", posłań­cem naszego nie­skoń­czo­nego był nie­jaki Asziata Szy­je­masz. Dzięki temu, że Bel­ze­bub wypeł­nił pewne zada­nie, które było nie­zbędne do osią­gnię­cia celu misji Asziaty Szy­je­masza, ów wysłan­nik, powró­ciw­szy na Słońce Abso­lut, zaczął gorąco bła­gać jego nie­skoń­czo­ność o uła­ska­wie­nie tego nie­gdyś mło­dego i poryw­czego, a teraz już posta­rza­łego Bel­ze­buba.

Bio­rąc pod uwagę prośbę Asziaty Szy­je­ma­sza, a także skromną i świa­domą egzy­sten­cję samego Bel­ze­buba, nasz stwórca i sprawca prze­ba­czył mu i zezwo­lił na powrót do miej­sca jego powsta­nia.

Z tej wła­śnie przy­czyny po dłu­giej nie­obec­no­ści Bel­ze­bub znowu zna­lazł się w cen­trum Wszech­świata.

W cza­sie wspo­mnia­nego zesła­nia jego wpływ i auto­ry­tet nie tylko nie zma­lały, lecz wręcz odwrot­nie, jesz­cze bar­dziej wzro­sły, ponie­waż całe jego oto­cze­nie jasno uświa­do­miło sobie, że dzięki wie­lo­let­niej egzy­sten­cji w tak nie­zwy­kłych warun­kach jego wie­dza i doświad­cze­nie musiały na pewno roz­sze­rzyć się i pogłę­bić.

Kiedy więc na jed­nej z pla­net układu sło­necz­nego Pan­dec­noch roz­gry­wały się wyda­rze­nia nie­ma­łej wagi, sta­rzy przy­ja­ciele Bel­ze­buba posta­no­wili zakłó­cić mu spo­kój i zapro­sili go na naradę poświę­coną tym waż­nym wypad­kom.

Oto dla­czego Bel­ze­bub wyru­szył na pokła­dzie statku "Kar­nak" w tę długą podróż z pla­nety Kara­taz na pla­netę Rewo­zw­ra­dendr.

Pasa­że­rami tego wiel­kiego statku mię­dzy­prze­strzen­nego byli krewni oraz zaufani Bel­ze­buba, a także wiele istot obsłu­gu­ją­cych sam sta­tek.

W okre­sie, któ­rego doty­czy nasza opo­wieść, wszy­scy pasa­że­ro­wie bądź byli zajęci wypeł­nia­niem swo­ich obo­wiąz­ków, bądź też po pro­stu urze­czy­wist­niali to, co nazywa się "aktyw­nym myśle­niem ist­nie­nio­wym".

Spo­śród ogółu pasa­że­rów statku wyróż­niał się pewien bar­dzo ładny chło­piec, który trzy­mał się zawsze bli­sko Bel­ze­buba.

Był to Has­sin, syn Tulufa, ulu­bio­nego syna Bel­ze­buba.

Bel­ze­bub po raz pierw­szy zoba­czył swego wnuka Has­sina dopiero po powro­cie z wygna­nia do domu i doce­niw­szy jego dobre serce, a także ule­gł­szy temu, co zwie się "rodzinną siłą przy­cią­ga­nia", natych­miast go polu­bił.

A ponie­waż nad­szedł wła­śnie okres, żeby roz­wi­nąć rozum małego Has­sina, Bel­ze­bub, dys­po­nu­jąc dużą ilo­ścią wol­nego czasu, pod­jął się wycho­wa­nia wnuka i odtąd zabie­rał go wszę­dzie ze sobą. To dla­tego Has­sin towa­rzy­szył mu rów­nież w tej dłu­giej podróży i zna­lazł się w gro­nie ota­cza­ją­cych go osób.

Has­sin ze swej strony tak poko­chał Bel­ze­buba, że nie chciał odstę­po­wać od niego ani na krok i z zapa­łem przy­swa­jał sobie wszystko, co mówił mu i czego uczył go dzia­dek.

Na początku naszej opo­wie­ści Bel­ze­bub z Has­si­nem i swoim sta­rym odda­nym sługą Ahu­nem, który zawsze wszę­dzie mu towa­rzy­szył, zasie­dli na naj­wyż­szym "kasniku", czyli na gór­nym pokła­dzie statku "Kar­nak", pod "kal­no­kra­no­ni­sem" - to zna­czy czymś w rodzaju wiel­kiego "szkla­nego dzwonu" - i roz­ma­wiali, obser­wu­jąc jed­no­cze­śnie bez­gra­niczne prze­stwo­rza.

Bel­ze­bub opo­wia­dał o ukła­dzie sło­necz­nym, w któ­rym spę­dził wiele lat.

Tym razem opi­sy­wał oso­bli­wo­ści przy­rody na pla­ne­cie zwa­nej "Wenus".

W trak­cie roz­mowy powia­do­miono Bel­ze­buba, że kapi­tan statku chce z nim poroz­ma­wiać, na co Bel­ze­bub wyra­ził zgodę.

Roz­dział 3

Przy­czyna zwłoki w spa­da­niu statku "Kar­nak"

Po krót­kiej chwili wszedł kapi­tan i powi­taw­szy Bel­ze­buba z wszyst­kimi należ­nymi jego ran­dze hono­rami, powie­dział:

- Wasza Prze­wie­leb­ność, pozwól, że spy­tam o twoją nie­pod­wa­żalną opi­nię na temat pew­nej "nie­uchron­no­ści", która zna­la­zła się na tra­sie naszego lotu i która prze­szka­dza nam spa­dać w linii pro­stej.

Rzecz w tym, że jeśli podą­żymy wyzna­czo­nym kur­sem, to za dwa "kil­prena"3 nasz sta­tek znaj­dzie się w ukła­dzie sło­necz­nym "Wuanik".

Tak się składa, że w tym samym miej­scu, które powi­nien minąć nasz sta­tek, około kil­prena wcze­śniej pojawi się duża kometa o nazwie "Sakur", nale­żąca do wspo­mnia­nego układu sło­necz­nego.

Jeśli będziemy trzy­mać się prze­wi­dy­wa­nego kursu, to nie­chyb­nie prze­tniemy tra­jek­to­rię tej komety.

A jak Wasza Prze­wie­leb­ność sam wie, ta "postrze­lona" kometa zawsze roz­rzuca na tra­sie swo­jego prze­lotu dużo "cyl­no­trago"4, który, dostaw­szy się do ciała pla­ne­tar­nego istoty, dez­or­ga­ni­zuje pra­wie wszyst­kie funk­cje tego ciała, i to tak długo, aż cał­ko­wi­cie się z niego ulotni.

W pierw­szej chwili pomy­śla­łem - kon­ty­nu­ował kapi­tan - że aby unik­nąć strefy cyl­no­trago, powin­ni­śmy skie­ro­wać nasz sta­tek drogą okrężną, jed­nakże w takiej sytu­acji musie­li­by­śmy zro­bić duży "objazd", co wydłu­ży­łoby tro­chę czas podróży. Z dru­giej strony, cze­ka­nie gdzieś, aż cyl­no­trago się ulotni, potrwa jesz­cze dłu­żej.

Sto­jąc przed takim dyle­ma­tem, nie potra­fię sam zade­cy­do­wać, jak postą­pić, i dla­tego ośmie­lam się nie­po­koić cię, Wasza Prze­wie­leb­ność, aby wysłu­chać two­jej kom­pe­tent­nej rady.

Gdy kapi­tan skoń­czył mówić, Bel­ze­bub namy­ślił się chwilę, po czym odpo­wie­dział, co nastę­puje:

- Naprawdę nie wiem, co ci dora­dzić, mój drogi kapi­ta­nie... Cho­ciaż może... Otóż w ukła­dzie sło­necz­nym, gdzie spę­dzi­łem wiele lat, znaj­duje się pewna pla­neta zwana "Zie­mią". Na tej pla­ne­cie Zie­mia powstały i wciąż powstają bar­dzo dziwne trój­cen­trowe istoty. Wła­śnie wśród nich, na jed­nym z kon­ty­nen­tów tej pla­nety, zwa­nym "Azją", uro­dziła się i egzy­sto­wała nie­zwy­kle mądra istota trój­mó­zgowa, któ­rej nadano tam imię "Mułła Nasr Eddin".

Ów ziem­ski mędrzec Mułła Nasr Eddin - kon­ty­nu­ował Bel­ze­bub - na każdą, czy to wielką, czy też małą oka­zję zwią­zaną z ory­gi­nalną egzy­sten­cją tam­tej­szych istot, miał odpo­wied­nie i bar­dzo trafne powie­dze­nie.

Ponie­waż wszyst­kie jego porze­ka­dła uka­zy­wały zawsze praw­dziwe obli­cze istot tej pla­nety, więc w cza­sie mojego pobytu tam stale kie­ro­wa­łem się jego mak­sy­mami, przez co zapew­ni­łem sobie wśród nich wygodną egzy­sten­cję.

Rów­nież w danym wypadku, mój drogi kapi­ta­nie, chcę użyć jed­nej z jego mądrych sen­ten­cji.

W sytu­acji, w jakiej się zna­leź­li­śmy, on praw­do­po­dob­nie powie­działby:

"Nie da się prze­sko­czyć wła­snych kolan i bez­sen­sem jest pró­bo­wać poca­ło­wać się w łokieć!".

To samo powiem teraz tobie i jesz­cze dodam: Nie ma rady. W obli­czu zda­rze­nia, któ­rego źró­dłem są siły nie­po­rów­na­nie więk­sze niż nasze wła­sne, trzeba się pod­dać.

Obec­nie pozo­staje tylko odpo­wie­dzieć na pyta­nie, które z wymie­nio­nych przez cie­bie roz­wią­zań należy wybrać: czy lepiej gdzieś prze­cze­kać, czy lepiej nad­ło­żyć drogi?

Mówisz, że choć "objazd" wydłuży naszą podróż, to cze­ka­nie zaj­mie jesz­cze wię­cej czasu.

Dobrze, drogi kapi­ta­nie. Jeśli zro­bimy objazd i w ten spo­sób zaosz­czę­dzimy nawet nieco czasu, to jak sądzisz, czy warto eks­plo­ato­wać i nad­wy­rę­żać maszy­ne­rię naszego statku tylko po to, żeby tro­chę wcze­śniej dotrzeć do celu naszej podróży?

Jeżeli taka okrężna droga może przy­czy­nić się do choćby naj­mniej­szego uszko­dze­nia naszego statku, to powin­ni­śmy moim zda­niem wybrać drugą z two­ich pro­po­zy­cji, czyli zatrzy­mać się gdzieś, dopóki droga nie oczy­ści się z tego tok­sycz­nego cyl­no­trago, zaosz­czę­dza­jąc w ten spo­sób naszemu stat­kowi nie­po­trzeb­nych awa­rii.

A czas takiej nie­prze­wi­dzia­nej zwłoki spró­bu­jemy wypeł­nić czymś poży­tecz­nym dla nas wszyst­kich.

Ja sam na przy­kład bar­dzo chęt­nie poroz­ma­wiał­bym z tobą o współ­cze­snych stat­kach w ogóle, a w szcze­gól­no­ści o naszym statku, ponie­waż w trak­cie mojej nie­obec­no­ści wpro­wa­dzono w tej dzie­dzi­nie wiele inno­wa­cji, o któ­rych wciąż jesz­cze nic nie wiem.

Wystar­czy, jeśli dodam, że w moich cza­sach tego rodzaju wiel­kie statki mię­dzy­prze­strzenne były tak skom­pli­ko­wane i nie­wy­godne w uży­ciu, iż pra­wie połowa ich mocy zuży­wana była na trans­port mate­ria­łów potrzeb­nych do wytwa­rza­nia ener­gii, która umoż­li­wiała im poru­sza­nie się.

Nato­miast współ­cze­sne statki, z pro­stotą i swo­bodą, jaką potra­fią zapew­nić wszel­kim prze­ja­wom ist­nie­nio­wym, to wręcz model "bło­go­sto­kirno". Nie­kiedy można na nich nawet zapo­mnieć o tym, że nie jest się na żad­nej pla­ne­cie.

No wła­śnie, mój drogi kapi­ta­nie, bar­dzo chciał­bym się dowie­dzieć, w jaki spo­sób udało się zre­ali­zo­wać takie dobro­dziej­stwa, a także jaka jest zasada dzia­ła­nia współ­cze­snych stat­ków.

Na razie możesz więc odejść i wydać wszyst­kie pole­ce­nia nie­zbędne do tego, by odpo­wied­nio zatrzy­mać nasz pojazd, a potem, gdy będziesz już zupeł­nie wolny, wróć do mnie, aby­śmy mogli spę­dzić czas naszej nie­unik­nio­nej zwłoki na poży­tecz­nych dla nas wszyst­kich roz­mo­wach.

Gdy kapi­tan wyszedł, Has­sin zerwał się nagle i zaczął pod­ska­ki­wać, klasz­cząc w ręce oraz wykrzy­ku­jąc:

- Jak się cie­szę, jak się z tego cie­szę!

Bel­ze­bub popa­trzył z czu­ło­ścią na te rado­sne prze­jawy swego ulu­bieńca, ale stary Ahun nie wytrzy­mał i kar­cąco pokrę­ciw­szy głową, zaczął mam­ro­tać pod nosem, nazy­wa­jąc chłopca "dora­sta­ją­cym ego­istą".

Has­sin, usły­szaw­szy to, zatrzy­mał się przed nim i filu­ter­nie spo­glą­da­jąc, powie­dział:

- Nie złość się na mnie, łaskawy Ahu­nie. Powo­dem mojej rado­ści nie jest wcale ego­izm, lecz jedy­nie przy­pad­kowo pomyślny dla mnie zbieg oko­licz­no­ści. Sam sły­sza­łeś. Drogi dzia­dek nie tylko zarzą­dził postój, ale też obie­cał kapi­ta­nowi, że z nim poroz­ma­wia.

A prze­cież wiesz, że przy oka­zji takich roz­mów drogi dzia­dek zawsze zaczyna opo­wia­dać o miej­scach, w któ­rych był, i tak samo wiesz, jak świet­nie umie opo­wia­dać oraz jak wiele nowych infor­ma­cji kry­sta­li­zuje się w naszych obec­no­ściach dzięki tym opo­wie­ściom.

Jaki tam ego­izm?! Wszak on sam z wła­snej dobrej woli, roz­wa­żyw­szy w swym mądrym umy­śle wszyst­kie oko­licz­no­ści nie­prze­wi­dzia­nego zda­rze­nia, zarzą­dził postój, który nie tak bar­dzo, jak widać, krzy­żuje mu plany.

Mam wra­że­nie, że mój drogi dzia­dek ni­gdzie się nie spie­szy, ponie­waż może zna­leźć na "Kar­naku" wszystko, co jest mu potrzebne do zapew­nie­nia spo­koju i wygody, a poza tym ma tu wokół sie­bie wielu z tych, któ­rzy go kochają i któ­rych on sam kocha.

Pamię­tasz, sam powie­dział: "Siłom więk­szym od wła­snych nie wolno się prze­ciw­sta­wiać" i jesz­cze dodał, że nie tylko nie wolno się im sprze­ci­wiać, ale trzeba się im pod­dać i z czcią przy­jąć wszyst­kie ich rezul­taty, bło­go­sła­wiąc i wychwa­la­jąc cudowne dzieła opatrz­no­ściowe pana naszego stwórcy.

Nie z tego się cie­szę, że mamy pecha, ale z nie­prze­wi­dzia­nego, zesła­nego z Góry zda­rze­nia, dzięki któ­remu będziemy mogli raz jesz­cze wysłu­chać opo­wie­ści mojego dro­giego dziadka.

Czy to moja wina, że te oko­licz­no­ści przy­pad­kiem oka­zały się dla mnie naj­bar­dziej pożą­dane i szczę­śliwe?!...

Nie, drogi Ahu­nie, nie powi­nie­neś mnie ganić, a tylko wspól­nie ze mną skła­dać dzięki Źró­dłu, z któ­rego powstają wszyst­kie dobro­czynne rezul­taty.

Bel­ze­bub uważ­nie i z uśmie­chem wysłu­chał gada­niny swego ulu­bieńca, a następ­nie rzekł:

- Masz rację, kochany Has­si­nie, a ponie­waż masz rację, to jesz­cze przed powro­tem kapi­tana opo­wiem ci o tym, o czym tylko sobie zaży­czysz.

Na te słowa chło­piec od razu pod­biegł i siadł u stóp Bel­ze­buba, a po chwili namy­słu powie­dział:

- Mój drogi dziadku! Tak dużo opo­wie­dzia­łeś mi już o tym ukła­dzie sło­necz­nym, w któ­rym spę­dzi­łeś tyle dłu­gich lat, że być może sam mógł­bym teraz, kie­ru­jąc się wyłącz­nie logiką, kon­ty­nu­ować opis szcze­gó­łów przy­rody tego oso­bli­wego zakątka naszego Wszech­świata.

Cie­kaw jed­nak jestem, czy na pla­ne­tach owego układu sło­necz­nego mają sie­dli­sko istoty trój­mó­zgowe i czy oble­kają się w nich "wyż­sze ciała ist­nie­niowe"?

To wła­śnie, drogi dziadku, chciał­bym, żebyś mi teraz powie­dział - zakoń­czył Has­sin, patrząc z umi­ło­wa­niem na Bel­ze­buba.

- Tak - odrzekł Bel­ze­bub - trój­cen­trowe istoty zamiesz­kują nie­malże wszyst­kie pla­nety tego układu sło­necz­nego i pra­wie każda z nich może przy­oblec w sobie "wyż­sze ciała ist­nie­niowe".

Wyż­sze ciała ist­nie­niowe lub, jak zwie się je na nie­któ­rych pla­ne­tach tego układu sło­necz­nego, "dusze" nie oble­kają się jedy­nie w tych trój­mó­zgo­wych isto­tach, które mają sie­dli­sko na pla­ne­tach, gdzie ema­na­cje naszego Prze­naj­święt­szego Słońca Abso­lut docie­rają dopiero po tym, jak stop­niowo, wsku­tek wie­lo­krot­nego zała­ma­nia, utra­ciły peł­nię swo­jej siły i w końcu zostały pozba­wione wszel­kiej życio­daj­nej mocy nie­zbęd­nej do oble­ka­nia wyż­szych ciał ist­nie­nio­wych.

Oczy­wi­ście, mój chłop­cze, na każ­dej pla­ne­cie tego układu sło­necz­nego ciała pla­ne­tarne istot trój­mó­zgo­wych wykształ­cają się i przy­bie­rają zewnętrzną formę sto­sow­nie do przy­rody danej pla­nety, adap­tu­jąc się do niej we wszyst­kich swo­ich szcze­gó­łach.

Na przy­kład na pla­ne­cie Mars, na którą zosta­li­śmy zesłani, trój­cen­trowe istoty wykształ­cają takie ciała pla­ne­tarne, któ­rych forma, jak ci to powie­dzieć... któ­rych forma przy­po­mina "karuna", to zna­czy mają długi i sze­roki tułów z ogrom­nym zapa­sem tłusz­czu, a także głowy z wiel­kimi, wypu­kłymi i peł­ga­ją­cymi oczami. Na ple­cach tych ogrom­nych ciał pla­ne­tar­nych są umo­co­wane dwa duże skrzy­dła, a na dole dwie sto­sun­kowo małe stopy z bar­dzo sil­nymi pazu­rami.

Pra­wie cała siła tych olbrzy­mich ciał pla­ne­tar­nych została tak przy­sto­so­wana przez Przy­rodę, aby mogła słu­żyć do pro­duk­cji ener­gii dla ich oczu i skrzy­deł.

Dzięki takiej oso­bli­wo­ści trój­mó­zgowe istoty, które mają sie­dli­sko na tej pla­ne­cie, potra­fią z łatwo­ścią - bez względu na panu­jącą "kłda­cachti"5 - widzieć wszę­dzie i mogą się poru­szać nie tylko po samej pla­ne­cie, ale też nad nią, a nie­które z nich nawet zna­la­zły spo­sób na to, żeby od czasu do czasu wydo­stać się poza gra­nice jej atmos­fery.

Inna pla­neta, znaj­du­jąca się nieco poni­żej Marsa, jest zamiesz­kana przez trój­mó­zgowe istoty, które z racji panu­ją­cych tam ogrom­nych mro­zów pokryte są gęstą i miękką sier­ścią.

Zewnętrzna forma tych trój­cen­tro­wych istot przy­po­mina "tusuka", to zna­czy rodzaj podwój­nej kuli, z któ­rych jedna, mia­no­wi­cie górna, służy jako pojem­nik na główne organy całego ciała pla­ne­tar­nego, nato­miast druga, dolna, na organy prze­twa­rza­jące pierw­szy i drugi pokarm ist­nie­niowy.

W gór­nej kuli znaj­dują się trzy otwory wycho­dzące na zewnątrz, z któ­rych dwa służą do widze­nia, a trzeci do sły­sze­nia.

Druga, niż­sza kula ma tylko dwa takie otwory: jeden z przodu, do pobie­ra­nia pierw­szego i dru­giego pokarmu ist­nie­nio­wego, drugi zaś z tyłu, do usu­wa­nia nie­po­trzeb­nych już orga­ni­zmowi odpad­ków.

Na niż­szej kuli umo­co­wane są też dwie bar­dzo żyla­ste nogi i na każ­dej z nich znaj­duje się narośl, która speł­nia rolę naszych pal­ców.

W tym samym ukła­dzie sło­necz­nym, mój drogi chłop­cze, znaj­duje się jesz­cze inna, cał­kiem mała pla­neta nosząca nazwę "Księ­życ".

Ta ory­gi­nalna malutka pla­neta czę­sto w cza­sie swo­jego obiegu bar­dzo zbli­żała się do naszej pla­nety Mars i nie­kiedy z dużą przy­jem­no­ścią całymi kil­pre­nami przy­glą­da­łem się przez "tesku­ano"6 mojego obser­wa­to­rium pro­ce­sowi egzy­sten­cji trój­mó­zgo­wych istot, które ją zamiesz­kują.

Cho­ciaż istoty tej pla­nety mają bar­dzo wątłe ciała pla­ne­tarne, jed­nak dys­po­nują "moc­nym duchem", któ­remu wszyst­kie zawdzię­czają wyjąt­kową wytrzy­ma­łość oraz zdol­ność do pracy.

Zewnętrz­nym kształ­tem przy­po­mi­nają wiel­kie mrówki i, podob­nie jak mrówki, one też nie­ustan­nie się roją i pra­cują zarówno na powierzchni, jak i wewnątrz swo­jej pla­nety.

Ich nie­usta­jąca dzia­łal­ność przy­nio­sła już widoczne rezul­taty.

Na przy­kład zauwa­ży­łem kie­dyś, że w ciągu dwóch naszych lat "prze­wier­ciły" całą swoją pla­netę.

Zmu­siły je do tej pracy panu­jące tam nie­nor­malne warunki kli­ma­tyczne, które wyni­kają z tego, że powsta­nie ich pla­nety nie było prze­wi­dziane i w związku z tym Siły Wyż­sze nie zadbały zawczasu o wyre­gu­lo­wa­nie na niej har­mo­nii kli­ma­tycznej.

"Kli­mat" na tej pla­ne­cie jest fak­tycz­nie "zwa­rio­wany" i pod wzglę­dem zmien­no­ści pobiłby na głowę "roz­go­rącz­ko­wane kobiety histe­ryczki" egzy­stu­jące na innej z pla­net tego samego układu sło­necz­nego, o któ­rej rów­nież ci opo­wiem.

Tam, na owym Księ­życu, panuje cza­sem taki mróz, że wszystko na wskroś zama­rza i istoty zupeł­nie nie są w sta­nie oddy­chać na otwar­tym powie­trzu; potem zaś nagle robi się tak gorąco, że w jego atmos­fe­rze bły­ska­wicz­nie ścina się jajko.

Tylko przez dwa krót­kie okresy, mia­no­wi­cie przed i po cał­ko­wi­tym okrą­że­niu innej sąsied­niej pla­nety, pogoda na tej ory­gi­nal­nej malut­kiej pla­ne­cie staje się tak piękna, że pod­czas kilku obro­tów wokół wła­snej osi ona cała roz­kwita, dostar­cza­jąc w tym cza­sie róż­nych pro­duk­tów na pierw­szy pokarm ist­nie­niowy, i to w ilo­ści wie­lo­krot­nie prze­kra­cza­ją­cej ogólne zapo­trze­bo­wa­nie jej miesz­kań­ców w trak­cie ich egzy­sten­cji w tym ich­nim oso­bli­wym kró­le­stwie wewnątrz­pla­ne­tar­nym, przez nich samych urzą­dzo­nym oraz chro­nio­nym przed wszyst­kimi kapry­sami tego "zwa­rio­wa­nego" kli­matu, który powo­duje tak nie­har­mo­nijne zmiany warun­ków atmos­fe­rycz­nych.

W pobliżu tej małej pla­nety znaj­duje się pewna duża pla­neta, która cza­sami rów­nież bar­dzo się zbliża do Marsa i nosi nazwę "Zie­mia".

Zresztą Księ­życ sam jest czę­ścią pla­nety Zie­mia - pla­nety, która cią­gle musi łożyć na jego egzy­sten­cję.

Także na owej pla­ne­cie zwa­nej "Zie­mią" ukształ­to­wały się trój­mó­zgowe istoty, które mają wszel­kie dane ku temu, by przy­oble­kły się w nich wyż­sze ciała ist­nie­niowe.

Ale pod wzglę­dem "mocy ducha" w niczym nie przy­po­mi­nają one istot mają­cych sie­dli­sko na opi­sa­nej przed chwilą małej pla­ne­cie.

Zewnętrzna powłoka istot zamiesz­ku­ją­cych pla­netę Zie­mia bar­dzo przy­po­mina naszą, pomi­ja­jąc to, że ich skóra jest nieco bar­dziej śli­ska i że nie mają ogona, a na gło­wach bra­kuje im rogów. Naj­go­rzej sprawa wygląda z ich nogami, ponie­waż są pozba­wione kopyt; fak­tem jest, że aby chro­nić je przed zewnętrz­nymi wpły­wami, wymy­śliły one to, co nazy­wają "obu­wiem", ale ów wyna­la­zek na nie­wiele im się zdaje.

Oprócz tego, że ich powierz­chow­ność jest nie­do­sko­nała, także ich rozum jest naprawdę "nie­po­wta­rzal­nie dziwny"!

Z bar­dzo wielu powo­dów, o któ­rych być może rów­nież kie­dyś ci opo­wiem, ich "rozum ist­nie­niowy" z cza­sem tak się prze­obra­ził, że obec­nie zro­bił się już nie­zwy­kle ory­gi­nalny i w naj­wyż­szym stop­niu dzi­waczny.

Bel­ze­bub chciał jesz­cze coś powie­dzieć, ale w tym momen­cie wszedł kapi­tan statku. Bel­ze­bub, obie­caw­szy chłopcu, że innym razem opo­wie mu o isto­tach z pla­nety Zie­mia, zwró­cił się do kapi­tana.

Naj­pierw popro­sił go, by mu powie­dział, kim jest, jak długo jest kapi­ta­nem i czy lubi swą pracę, a następ­nie, żeby udzie­lił mu pew­nych infor­ma­cji o współ­cze­snych stat­kach kosmicz­nych.

Kapi­tan odrzekł:

- Wasza Prze­wie­leb­ność, mój ojciec, gdy tylko zaczą­łem zbli­żać się do osią­gnię­cia wieku istoty odpo­wie­dzial­nej, prze­zna­czył mnie do tej pracy w służ­bie naszego nie­skoń­czo­nego stwórcy.

Na początku zaj­mo­wa­łem na stat­kach mię­dzy­prze­strzen­nych naj­niż­sze sta­no­wi­ska, ale w końcu dosłu­ży­łem się funk­cji kapi­tana i teraz minęło już osiem lat, odkąd peł­nię ją na stat­kach dale­ko­bież­nych.

Moją ostat­nią posadę na statku "Kar­nak" obją­łem zresztą po ojcu - który peł­nił funk­cję kapi­tana nie­mal od Stwo­rze­nia Świata - wtedy, kiedy on w nagrodę za swoją wie­lo­let­nią nie­na­ganną służbę u jego nie­skoń­czo­no­ści objął sta­no­wi­sko rządcy układu sło­necz­nego "Kal­man".

Krótko mówiąc - kon­ty­nu­ował kapi­tan - zaczą­łem swą służbę dokład­nie wtedy, gdy Wasza Prze­wie­leb­ność wyru­szał do miej­sca swego wygna­nia.

W tam­tym cza­sie byłem tylko pro­stym "zamia­ta­czem" na ówcze­snych stat­kach dale­ko­bież­nych.

Tak... upły­nęło bar­dzo, bar­dzo dużo czasu!

Od tam­tej pory wszystko się zmie­niło i wszystko zostało zmie­nione; tylko pan nasz władca pozo­staje nie­zmienny. Nie­chaj bło­go­sła­wień­stwo "Amen­cano" obsy­pie jego nie­zmien­ność na wieki wie­ków!

Wasza Prze­wie­leb­ność słusz­nie raczył zauwa­żyć, że dawne statki były bar­dzo nie­wy­godne i cięż­kie.

Tak, to prawda, w tam­tych cza­sach były one bar­dzo skom­pli­ko­wane i pokraczne. Ja rów­nież dosko­nale je pamię­tam. Mię­dzy ówcze­snymi i dzi­siej­szymi stat­kami ist­nieje wielka róż­nica.

W naszej mło­do­ści wszyst­kie statki, zarówno te do komu­ni­ka­cji mię­dzy­ukła­do­wej, jak i mię­dzy­pla­ne­tar­nej, napę­dzane były kosmiczną sub­stan­cją "Ele­kil­po­mag­ti­st­cen", czyli związ­kiem skła­da­ją­cym się z dwóch odręb­nych czę­ści wszech­obec­nego Oki­da­no­cha.

To wła­śnie żeby móc wypro­du­ko­wać ów zwią­zek sub­stan­cji, nie­gdy­siej­sze statki musiały zabie­rać ze sobą taką ilość mate­ria­łów.

Wkrótce po tym, jak Wasza Prze­wie­leb­ność stąd odle­ciał, takie statki wyszły z uży­cia i zastą­piono je stat­kami według sys­temu świę­tego Wenomy.

Roz­dział 4

Prawo spa­da­nia

- Zda­rzyło się to w roku 185 według obiek­tyw­nej rachuby czasu.

Święty Wenoma w dowód uzna­nia za swoje zasługi został prze­nie­siony z pla­nety "Surt" na świętą pla­netę "Czy­ściec", gdzie po zapo­zna­niu się z nową sytu­acją i nowymi obo­wiąz­kami zaczął poświę­cać cały wolny czas na swoją ulu­bioną dzia­łal­ność.

A jego ulu­bio­nym zaję­ciem było odkry­wa­nie nowych zja­wisk, które można było wywo­łać za pomocą róż­nych kom­bi­na­cji zja­wisk już ist­nie­ją­cych i zgod­nych z pra­wem.

Nieco póź­niej, stu­diu­jąc prawa kosmiczne, święty Wenoma spo­strzegł w nich to, co stało się potem słyn­nym odkry­ciem, które jako pierw­szy nazwał "pra­wem spa­da­nia".

Owo kosmiczne prawo święty Wenoma sfor­mu­ło­wał w nastę­pu­jący spo­sób:

"Wszystko, co ist­nieje w Świe­cie, spada w dół. "Dołem" dla każ­dej czę­ści Wszech­świata jest jej naj­bliż­sza "sta­bil­ność", a ową sta­bil­ność repre­zen­tuje to miej­sce lub punkt, w któ­rym zbie­gają się linie sił pły­nące ze wszyst­kich kie­run­ków.

Cen­tra wszyst­kich słońc i wszyst­kich pla­net naszego Wszech­świata są wła­śnie takimi punk­tami "sta­bil­no­ści". Są one "dołem" tej strefy prze­strzeni, do któ­rej z pre­cy­zją zmie­rzają i w któ­rej sku­piają się siły napły­wa­jące ze wszyst­kich kie­run­ków danej czę­ści Wszech­świata. Każdy z tych punk­tów jest także środ­kiem cięż­ko­ści, który umoż­li­wia słoń­com i pla­netom utrzy­my­wa­nie zaj­mo­wa­nych przez nie pozy­cji".

Następ­nie święty Wenoma wyja­śnił, iż każda rzecz, bez względu na miej­sce, w któ­rym się znaj­duje, po upusz­cze­niu jej w prze­strzeń dąży do spad­nię­cia na to lub inne słońce albo tę lub inną pla­netę, w zależ­no­ści od tego, któ­remu słońcu czy pla­ne­cie pod­po­rząd­ko­wana jest część prze­strzeni, w któ­rej tę rzecz upusz­czono - a to dla­tego, że każde takie słońce lub pla­neta jest "sta­bil­no­ścią" albo "dołem" danej strefy.

Przyj­mu­jąc to za punkt wyj­ścia, święty Wenoma w trak­cie swo­ich dal­szych badań zasta­na­wiał się:

"Skoro tak jest, to czy nie można by wyko­rzy­stać tej kosmicz­nej wła­ści­wo­ści do jakże nie­zbęd­nego nam poru­sza­nia się mię­dzy prze­strze­niami Wszech­świata?".

I od tam­tej pory nadał swo­jej pracy taki kie­ru­nek.

Jego dal­sze święte trudy poka­zały, że choć w zasa­dzie jest to moż­liwe, jed­nakże nie da się w pełni wyko­rzy­stać do tego "prawa spa­da­nia", które sam odkrył, a to z tego pro­stego powodu, że atmos­fery ota­cza­jące pra­wie wszyst­kie sku­pie­nia kosmiczne będą utrud­niały spa­da­nie w linii pro­stej obiektu pusz­czo­nego w prze­strzeń.

Stwier­dziw­szy to, święty Wenoma całą swą uwagę poświę­cił na odkry­cie - w myśl zasady spa­da­nia - spo­sobu budowy stat­ków, które potra­fi­łyby poko­nać ów opór atmos­fery.

Po trzech "lunia­sach" święty Wenoma odkrył taką moż­li­wość i póź­niej, gdy pod jego kie­run­kiem zbu­do­wano już odpo­wied­nią kon­struk­cję, przy­stą­pił do eks­pe­ry­men­tów prak­tycz­nych.

Ta swo­ista struk­tura wyglą­dała jak duże pomiesz­cze­nie, któ­rego ściany były zro­bione ze spe­cjal­nego mate­riału przy­po­mi­na­ją­cego szkło.

Do każ­dej ściany tego dużego pomiesz­cze­nia przy­mo­co­wano coś w rodzaju "żalu­zji" wyko­na­nych z mate­riału, który nie prze­pusz­czał pro­mieni sub­stan­cji kosmicz­nej Ele­kil­po­mag­ti­st­cen, i te żalu­zje, choć szczel­nie przy­le­gały do ścian rze­czo­nego pomiesz­cze­nia, swo­bod­nie roz­su­wały się we wszyst­kich kie­run­kach.

Wewnątrz pomiesz­cze­nia ulo­ko­wano spe­cjalną "bate­rię", która wytwa­rzała i dostar­czała wspo­mnianą sub­stan­cję Ele­kil­po­mag­ti­st­cen.

Ja sam, Wasza Prze­wie­leb­ność, byłem obecny przy pierw­szych eks­pe­ry­men­tach, które święty Wenoma prze­pro­wa­dził, opie­ra­jąc się na odkry­tych przez sie­bie zasa­dach.

Cała tajem­nica pole­gała na tym, że kiedy po pod­nie­sie­niu żalu­zji przez te spe­cjalne szkła prze­pusz­czano pro­mie­nie Ele­kil­po­mag­ti­st­cen, wów­czas w całej prze­strzeni, do któ­rej one prze­ni­kały, ule­gało znisz­cze­niu to wszystko, z czego nor­mal­nie składa się atmos­fera pla­net, na przy­kład "powie­trze", prze­różne "gazy", "mgły" itp. Owa część prze­strzeni robiła się wtedy rze­czy­wi­ście abso­lut­nie pusta i była pozba­wiona jakie­go­kol­wiek oporu czy ruchu - do tego stop­nia, że nawet nowo naro­dzona istota mogła popy­chać to olbrzy­mie urzą­dze­nie, prze­su­wa­jąc je do przodu jak piórko.

Na zewnątrz ścian tego oso­bli­wego pomiesz­cze­nia umo­co­wane były urzą­dze­nia podobne do skrzy­deł, wpra­wiane w ruch za pomocą tej samej sub­stan­cji Ele­kil­po­mag­ti­st­cen i słu­żące do nada­nia roz­pędu owej ogrom­nej kon­struk­cji, tak by mogła ona ruszyć w pożą­da­nym kie­runku.

Rezul­taty tych eks­pe­ry­men­tów uzy­skały popar­cie oraz bło­go­sła­wień­stwo komi­sji wery­fi­ka­cyj­nej pod prze­wod­nic­twem Archa­nioła Ados­sija, po czym przy­stą­piono do budowy dużego statku, sto­su­jąc przy­to­czone zasady.

Taki sta­tek już wkrótce był gotowy do użytku i bar­dzo szybko na wszyst­kich liniach komu­ni­ka­cji mię­dzy­ukła­do­wej zaczęły kur­so­wać wyłącz­nie statki tego typu.

Wpraw­dzie póź­niej, Wasza Prze­wie­leb­ność, stop­niowo wyszły na jaw różne nie­do­god­no­ści tego sys­temu, to jed­nak na­dal prze­wyż­szał on wszyst­kie wcze­śniej­sze sys­temy.

Nie da się ukryć, że choć w prze­strze­niach pozba­wio­nych atmos­fery statki skon­stru­owane według tego sys­temu rze­czy­wi­ście funk­cjo­no­wały bez zarzutu i poru­szały się nie­mal z pręd­ko­ścią wydo­by­wa­ją­cych się z pla­net pro­mieni "etcy­kol­nio­nach­nych", nie­mniej jed­nak przy każ­dym zbli­że­niu się do jakie­goś słońca lub pla­nety ste­ro­wa­nie nimi zamie­niało się w istną tor­turę, gdyż wyma­gało ogrom­nej liczby skom­pli­ko­wa­nych manew­rów wymu­szo­nych przez to samo "prawo spa­da­nia".

Rzecz w tym, że kiedy sta­tek wcho­dził w śro­do­wi­sko atmos­fe­ryczne jakie­goś słońca lub pla­nety, które miał omi­nąć, od razu zaczy­nał spa­dać w ich kie­runku i, jak już mówi­łem, potrzeba było wiel­kiej uwagi oraz ogrom­nej wie­dzy, żeby nie pozwo­lić mu zbo­czyć z kursu.

Kiedy te ówcze­sne statki mijały jakieś słońce czy pla­netę, czę­sto musiano zmniej­szać ich nor­malną pręd­kość kil­ka­set razy.

Szcze­gól­nie trudno było nimi ste­ro­wać w stre­fach, gdzie wystę­po­wały duże sku­pi­ska "komet".

Dla­tego wła­śnie sta­wiano wiel­kie wyma­ga­nia isto­tom, które miały kie­ro­wać tymi stat­kami, i były one przy­go­to­wy­wane do peł­nie­nia swych obo­wiąz­ków przez istoty bar­dzo wyso­kiego rozumu.

Ale mimo wymie­nio­nych wad sys­tem świę­tego Wenomy, jak już powie­dzia­łem, wyparł stop­niowo wszyst­kie dotych­cza­sowe sys­temy.

Statki sys­temu świę­tego Wenomy ist­niały już od dwu­dzie­stu trzech lat, gdy po raz pierw­szy poja­wiły się słu­chy, że Archa­nioł Hari­ton wyna­lazł nowy typ statku do komu­ni­ka­cji mię­dzy­ukła­do­wej i mię­dzy­pla­ne­tar­nej.

Roz­dział 5

Sys­tem Archa­nioła Hari­tona

- Wkrótce po rozej­ściu się tej pogło­ski zaczęto prze­pro­wa­dzać, znów pod nad­zo­rem Wiel­kiego Archa­nioła Ados­sija, ogól­no­do­stępne doświad­cze­nia prak­tyczne z tym nowym wyna­laz­kiem, który miał nabrać póź­niej tak kolo­sal­nej wagi.

Jed­no­gło­śnie uznano ów nowy sys­tem za naj­lep­szy i bar­dzo szybko przy­sto­so­wano go do powszech­nego użytku, wsku­tek czego stop­niowo wyparł on wszyst­kie wcze­śniej­sze sys­temy.

Nawet dzi­siaj sys­tem Wiel­kiego Anioła, teraz już Archa­nioła, Hari­tona jest w uży­ciu abso­lut­nie wszę­dzie.

Sta­tek, któ­rym obec­nie lecimy, zbu­do­wany został zgod­nie z tymi samymi zasa­dami i przy­po­mina wszyst­kie inne statki skon­stru­owane według tego sys­temu.

A ów sys­tem jest w isto­cie bar­dzo pro­sty.

Cały ten wielki wyna­la­zek spro­wa­dza się do jed­nego "cylin­dra" w kształ­cie zwy­kłej beczki.

Sekret tego cylin­dra kryje się w roz­miesz­cze­niu mate­ria­łów, z któ­rych zro­bione są jego ścianki wewnętrzne.

Mate­riały te są izo­lo­wane od sie­bie za pomocą "bursz­tynu", a ponie­waż jed­no­cze­śnie są roz­miesz­czone w pew­nym porządku, to mają taką wła­ści­wość, że oddzia­łują na każdą kosmiczną sub­stan­cję gazową, która dostaje się do zamknię­tej nimi prze­strzeni - czy to "atmos­ferę", "powie­trze", "eter", czy też inny "zwią­zek" jed­no­rod­nych ele­men­tów kosmicz­nych - powo­du­jąc natych­mia­stowe roz­prę­że­nie tej sub­stan­cji wewnątrz cylin­dra.

Dno tego cylin­dra-beczki jest her­me­tycz­nie zamknięte, ale jego wieko, choć można je rów­nież szczel­nie zamknąć, jest umo­co­wane na zawia­sach w taki spo­sób, że może się otwie­rać i ponow­nie zamy­kać pod wpły­wem wewnętrz­nego ciśnie­nia.

A zatem, Wasza Prze­wie­leb­ność, kiedy ów cylin­der-beczka wypeł­nia się atmos­ferą, powie­trzem lub inną podobną sub­stan­cją, wów­czas pod wpły­wem dzia­ła­nia ścia­nek tego szcze­gól­nego cylin­dra-beczki te sub­stan­cje tak się roz­prę­żają, że nie jest on w sta­nie ich pomie­ścić.

Pró­bu­jąc wydo­stać się z tego za cia­snego dla nich pomiesz­cze­nia, owe sub­stan­cje oczy­wi­ście napie­rają rów­nież na wieko cylin­dra-beczki, które się otwiera dzięki wspo­mnia­nym zawia­som, wypusz­cza­jąc te roz­prę­żone sub­stan­cje, i zaraz potem znowu zamyka. A ponie­waż Przy­roda gene­ral­nie nie znosi próżni, to rów­no­cze­śnie z uwal­nia­niem roz­prę­żo­nych sub­stan­cji gazo­wych cylin­der-beczka napeł­nia się nowymi sub­stan­cjami z zewnątrz, z któ­rymi dzieje się to samo co z poprzed­nimi, i tak dalej bez końca.

W ten spo­sób te sub­stan­cje nie­ustan­nie się zmie­niają, a wieko cylin­dra na prze­mian się otwiera i zamyka.

Do tego wieka przy­twier­dzona jest bar­dzo pro­sta dźwi­gnia, która poru­sza się razem z nim i wpra­wia w ruch kilka tak samo nie­skom­pli­ko­wa­nych "kół zęba­tych", a te z kolei obra­cają łopat­kami przy­mo­co­wa­nymi do boków i rufy statku.

W ten spo­sób, Wasza Prze­wie­leb­ność, w prze­strze­niach pozba­wio­nych wszel­kiego oporu współ­cze­sne statki, takie jak nasz, po pro­stu spa­dają w kie­runku naj­bliż­szej "sta­bil­no­ści", za to w prze­strze­niach, w któ­rych znaj­dują się jakie­kol­wiek sub­stan­cje kosmiczne sta­wia­jące opór, te sub­stan­cje, nie­za­leż­nie od ich gęsto­ści, pod­dają się dzia­ła­niu wspo­mnia­nego cylin­dra i umoż­li­wiają stat­kowi poru­sza­nie się w dowol­nym kie­runku.

Warto zauwa­żyć, że im gęściej­sze są ele­menty-sub­stan­cje w danej czę­ści Wszech­świata, tym łatwiej i spraw­niej prze­biega wypeł­nia­nie i opróż­nia­nie cylin­dra-beczki, a to z kolei powo­duje zwięk­sze­nie pręd­ko­ści ruchu wszyst­kich dźwi­gni.

Nie­mniej jed­nak, powta­rzam, obszar pozba­wiony atmos­fery, czyli prze­strzeń zawie­ra­jąca tylko świa­towe "Eter­no­krilno", jest także dla współ­cze­snych stat­ków naj­lep­szy, ponie­waż w takiej stre­fie nie ist­nieje żaden opór i "prawo spa­da­nia" może zna­leźć w niej pełne zasto­so­wa­nie bez potrzeby korzy­sta­nia z pracy cylin­dra.

Oprócz tego współ­cze­sne statki mają jesz­cze taką zaletę, że w prze­strze­niach pozba­wio­nych atmos­fery mogą roz­pę­dzać się w dowol­nym kie­runku i spa­dać tam, gdzie im się spodoba, czego w wypadku stat­ków według sys­temu świę­tego Wenomy nie uda­wało się osią­gnąć bez skom­pli­ko­wa­nych mani­pu­la­cji.

Jed­nym sło­wem, Wasza Prze­wie­leb­ność, współ­cze­sne statki pod wzglę­dem wygody i pro­stoty nie mają nic wspól­nego z wcze­śniej­szymi stat­kami, które nie­kiedy bywały bar­dzo skom­pli­ko­wane i któ­rym rów­no­cze­śnie bra­ko­wało takich moż­li­wo­ści, jakimi dys­po­nują statki uży­wane przez nas obec­nie.