ROZDZIAŁ 1
KLUCZ
Stanąłem przed drzwiami w kolorze antycznego dębu. Poczułem spore podekscytowanie, które wywołało delikatne łaskotanie w żołądku. Spojrzałem w lewo, następnie w prawo. Ani z jednej, ani z drugiej strony nie dochodził żaden, nawet najcichszy odgłos świadczący o tym, iż któryś z moich sąsiadów jest teraz u siebie. Być może przebywali wewnątrz swoich mieszkań, natomiast zachowywali się po prostu cicho. Zerknąłem na zegarek, zbliżała się trzecia po południu.
Uśmiechnąłem się. Przede mną kolejny etap życia.
Wyjąłem z kieszeni kurtki klucz, który wydał mi się znacznie cięższy niż w momencie, gdy dostałem go od właściciela. Wsadziłem go w zamek i przekręciłam raz w prawo. Nacisnąłem klamkę i zrozumiałem, że nie da rady jeszcze otworzyć drzwi, więc przekręciłem klucz drugi raz.
Znalazłem się wewnątrz. Usłyszałem nagle jakiś dziwny dźwięk, jakby delikatny pisk, odwróciłem się i rzuciłem szybkie spojrzenie na wejście, następnie na dużą, starą szafę w przedpokoju. Podszedłem do niej, myśląc przez chwilę, że czuję się, jakbym grał główną rolę w jakimś horrorze, w którym w takim momencie po otwarciu złowrogo zaskrzypią zawiasy, a na podłogę wypadnie martwe ciało jakiegoś studenta z poderżniętym gardłem... Ale tak się oczywiście nie stało. Szafa okazała się całkowicie pusta. Skąd mógł dochodzić ten cichy pisk? Pomyślałem o drzwiach, że to zapewne ich wina.
Uśmiechnąłem się po raz kolejny, przypominając sobie, że w weekend zrobię niezapomnianą parapetówkę. Zaproszę wszystkich przyjaciół i będziemy świętować do białego rana.
Wsadziłem dłoń do kieszeni dżinsowych spodni, wyjąłem z niej portfel, który rzuciłem na małą szafkę, znajdującą się pod zakurzonym lustrem wiszącym na ścianie w kolorze zgniłego fioletu. Cały czas miałem w głowie świadomość, że od teraz będę tutaj mieszkał - trzecie piętro, dwa pokoje, kuchnia, łazienka i przedpokój. Czterdzieści pięć metrów kwadratowych. Pomyślałem, że to początek czegoś nowego. Czegoś, co zmieni moje życie.
W tym momencie usłyszałem ciche stukanie dochodzące z dużego pokoju, poszedłem więc tam z ciekawości. Gdy wszedłem do środka, momentalnie ucichło. Być może sąsiad wbijał gwóźdź w ścianę. Nigdy wcześniej nie mieszkałem w bloku. Zrozumiałem szybko, że nie jestem przecież jedynym lokatorem budynku i muszę powoli przyzwyczajać się do tego typu sytuacji.
Zresztą nieważne.
Wyprowadziłem się w końcu od rodziców! Moi rówieśnicy zrobili to wcześniej ode mnie, ale w moim przypadku, tak jakoś wyszło, że nie miałem pieniędzy na wynajem. Gdy zarobiłem więcej gotówki, od razu zacząłem działać. Starzy pytali, po co mi takie duże lokum. Sam nie wiedziałem po co, ale uważałem, że to dobra decyzja. Tak czułem, gdy przejrzałem już wszystkie możliwe oferty.
Przypomniałem sobie o przywiezieniu jeszcze kilku niezbędnych rzeczy i to na tym powinienem się teraz skupić. Zajrzałem jeszcze szybko do łazienki, następnie do mniejszego pokoju i wyszedłem na balkon, żeby popatrzeć przez chwilę na widok, który od teraz będzie mnie witał codziennie rano. Stojąc i podziwiając park znajdujący się naprzeciwko bloku, usłyszałem dosyć głośne pukanie.
Wróciłem do salonu, zostawiając otwarte drzwi balkonowe, by mieszkanie się trochę przewietrzyło. Szybkim krokiem ruszyłem do przedpokoju, aby otworzyć osobie, która postanowiła mnie odwiedzić. Być może to któryś z sąsiadów? Miło by było poznać kogoś już pierwszego dnia. Spojrzałem przez wizjer - nikogo nie zauważyłem na korytarzu. Otworzyłem trochę skonsternowany tą sytuacją.
Klatka schodowa okazała się pusta.
Pomyślałem, że może ktoś robi sobie głupie żarty. Może jakieś dzieciaki wywęszyły, iż na trzecie piętro wprowadza się nowy sąsiad i postanowiły na powitanie zrobić mały dowcip, pukając i następnie się gdzieś chowając.
Zrobiłem krok w przód i stanąłem na wycieraczce. Wytężyłem słuch, ale nie usłyszałem żadnych dźwięków świadczących o tym, że ktoś znajdował się na korytarzu. Wydało mi się to trochę dziwne. Odwracając się, by wrócić do mieszkania, zauważyłem, że z tego całego zachwytu nie wyjąłem klucza i tkwił cały czas w zamku. Wyciągnąłem więc go, rozejrzałem się jeszcze raz po klatce schodowej i wróciłem do środka.
Zamknąłem po cichu drzwi. I nie wiem dlaczego to zrobiłem, ale rzuciłem jeszcze raz okiem przez wizjer na przestrzeń znajdującą się po drugiej stronie - pusto. Wydedukowałem, że ten, kto do mnie zapukał, musiał się bardzo szybko zmyć albo zrobił to któryś z sąsiadów mieszkających na tym samym piętrze... Pomyślałem, że jak ich spotkam, to najwyżej o to zapytam.
Położyłem klucz na małej szafce pod zakurzonym lustrem i ruszyłem w kierunku balkonu, żeby już go zamknąć, gdy dotarło do mnie coś, co sprawiło, że zatrzymałem się po kilku krokach.
Na szafce nie było mojego portfela.
Odwróciłem się powoli i dostrzegłem, że leży obok szafki, na podłodze. Nie ukrywam, że poczułem lekki niepokój. Podszedłem i podniosłem portfel. Pamiętałem, że na pewno położyłem go wcześniej na blacie. Nie "położyłem" tylko "rzuciłem" go na szafkę, a to jednak spora różnica, więc mógł się na niej nie zatrzymać i najzwyczajniej w świecie spaść. Otworzyłem i sprawdziłem na wszelki wypadek zawartość - wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Zaśmiałem się głośno z własnego zachowania. Schowałem portfel do kieszeni.
Postanowiłem jednak nie zamykać balkonu, ponieważ nie będzie mnie tylko godzinę, góra półtorej. Niech się solidnie przewietrzy. Poza tym na dworze nie jest zimno. Uchyliłem jeszcze okno w kuchni, następnie opuściłem mieszkanie i zamknąłem drzwi na klucz.
Schodząc na dół, nie spotkałem żadnego sąsiada. Klatka była pusta i cicha, zza mijanych przeze mnie drzwi nie dobiegał żaden dźwięk, jakby oprócz mnie nikt więcej tutaj nie mieszkał.
***
Nie było mnie jednak dłużej, niż przypuszczałem, mianowicie ponad pięć godzin. Musiałem pozałatwiać kilka ważnych spraw. Zaczynało się już powoli ściemniać. Wchodząc na trzecie piętro, znów nikogo nie spotkałem.
Wetknąłem klucz w zamek i przekręciłem dwa razy w prawo, otworzyłem drzwi. Przeszło mi przez głowę, czy przypadkiem nie zamykałem ich wcześniej na dwa zamki, dolny i górny, ale po chwili zastanowienia, olałem sprawę. Wszedłem do lokalu, zapaliłem światło i rzuciłem dużą torbę sportową na podłogę. Postanowiłem, że rozpakuję ją następnego dnia, a teraz włączę sobie telewizję. Bez żadnego zainteresowania tym, co w niej nadawano, przełączałem obojętnie kanały. W końcu, patrząc na jakiś mdły i mało interesujący film, wyłączyłem odbiornik i usiadłem do laptopa, żeby powysyłać zaproszenia na parapetówkę. Napisałem do kilku osób, że zapraszam w sobotę do mojego pierwszego wynajętego mieszkania.
Przypomniałem sobie nagle, że zostawiłem wcześniej w drugim pokoju otwarty balkon. Ruszyłem więc czym prędzej, aby jak najszybciej go zamknąć. Wszedłem do salonu i stanąłem jak wryty - drzwi były zamknięte. Zdębiałem, nie dowierzając w to, co widzę.
Stałem nieruchomo przez kilkanaście sekund, kontemplując ten widok.
- Jakim cudem?! - krzyknąłem i zaśmiałem się głośno.
Przecież zostawiłem balkon otwarty, żeby mieszkanie się przewietrzyło. A może jednak go zamknąłem? Wydało mi się to trochę dziwne.
Wcześniej jakieś pukanie do drzwi, następnie portfel na podłodze, a teraz zamknięte drzwi balkonowe, które chyba powinny być otwarte. Chyba, ponieważ może jednak je zamknąłem. A może nie zamknąłem?
Zaśmiałem się jeszcze raz i wróciłem do laptopa.
Pooglądałem przez jakieś pół godziny filmiki na YouTubie i posłuchałem muzyki, a potem postanowiłem zmontować sobie na szybko kolację. Nie zrobiłem zbyt dużych zakupów, więc pozostało mi zjeść tego wieczoru parówki, które przygrzałem w mikrofalówce. Jedząc i maczając je w pikantnym keczupie, zastanawiałem się, czy na pewno zatrzasnąłem wcześniej ten cholerny balkon. Bo jeżeli nie, to w takim razie zamknął się sam? Może to wina przeciągu? Ale przecież tego dnia nawet nie było wiatru. Drzwi do mieszkania na pewno zamknąłem na klucz, więc nikt nie mógł wejść do środka. Pomyślałem, że może to duchy i uśmiechnąłem się, przeżuwając kolejny kawałek berlinki. Rozejrzałem się podejrzliwie po kuchni, jakbym jednak trochę uwierzył w to, co przed chwilą przeszło mi przez myśl.
Skończyłem kolację, wstałem od stołu, następnie wstawiłem do zlewu talerz i widelec. Nie chciało mi się ich myć. Wychodząc z kuchni, dokładnie w momencie, gdy podnosiłem rękę, by nacisnąć przycisk światła, usłyszałem za swoimi plecami wyjątkowo głośny trzask przepalającej się żarówki.
W kuchni zapadła ciemność.
Nie wiedziałem, czy w mieszkaniu znajdę gdzieś jakąś zapasową, a sam też nie pomyślałem, aby takową kupić, więc postanowiłem zająć się tym następnego dnia, jak się w końcu dobrze wyśpię. Ale też dziwna sprawa, akurat w momencie, gdy chciałem zgasić światło, przepaliła się żarówka. Może to jednak duchy? Duchy, które bezczelnie robią sobie ze mnie jaja? Poszedłem jeszcze do łazienki, żeby umyć zęby.Podczas tej czynności nie wydarzyło się nic specjalnego.
Wróciłem do pokoju, zajrzałem jeszcze do laptopa i ucieszyłem się na widok czterech potwierdzeń przybycia w sobotę na parapetówę. Położyłem się do łóżka i włączyłem znowu telewizor, żeby popatrzeć jeszcze na jakiś film. Leciał akurat horror o rodzinie, która wprowadziła się do nawiedzonego domu, w którym straszył i nękał ich jakiś złośliwy demon. Postanowiłem nie przełączać i obejrzeć do końca. Co jakiś czas oczy zamykały mi się na coraz dłużej, aż w końcu nie miałem sił ich w ogóle otwierać. Poczułem, że za chwilę zasnę.
Zanim odpłynąłem w objęcia Morfeusza, uświadomiłem sobie jeszcze, że tak naprawdę to nawet nie wiem, kto mieszkał tutaj przede mną.
***
Wiedziałem, że to sen, bardzo rzadko mi się to zdarza, ale tym razem byłem tego świadomy. Znalazłem się w jakimś opuszczonym pustostanie. Błądziłem po korytarzu, szukając wyjścia w otaczającej mnie ciemności, odczuwając z sekundy na sekundę coraz większą bezradność. W pewnym momencie poczułem, że się duszę. Brałem głębokie wdechy, ale to nic nie dawało, jakby moje płuca przestawały działać. Zacząłem biec przed siebie w akcie desperacji, czując, że jeżeli nie opuszczę tego miejsca, to po prostu się uduszę i umrę. Pragnąłem, jak najszybciej się obudzić, ponieważ miałem już serdecznie dosyć tego porąbanego koszmaru.
Zbudziło mnie bardzo głośne pukanie do drzwi.
Podniosłem głowę i spojrzałem na telewizor, który gapił się na mnie czarnym ekranem. Cóż, może go wyłączyłem, gdy już zasypiałem, a może tego jednak nie zrobiłem? Następnie rzuciłem okiem na dekoder wyświetlający godzinę - trzecia piętnaście. Co za debil może pukać do mnie o tej porze? A może ktoś potrzebuje pomocy?
Zerwałem się z łóżka.
Zawsze śpię prawie nago, w samych bokserkach, więc założyłem szybko moje domowe dresy, klapki i koszulkę, którą miałem wcześniej na sobie przez cały dzień. Następnie ruszyłem w kierunku drzwi. Jak pech, to pech - dosyć mocno uderzyłem najmniejszym palcem u stopy w tę małą szafkę, z której wcześniej spadł na podłogę mój portfel.
- Ałaaa! - zawyłem, czując ból, który na moment mnie niemal sparaliżował.
Ktoś zapukał znowu, dokładnie trzy razy, teraz jeszcze głośniej. Jakby chciał zrobić mi na złość.
Wziąłem kilka głębokich oddechów, by chociaż odrobinę przytłumić ból w małym palcu.
Nie patrząc nawet wcześniej przez wizjer, otworzyłem drzwi, żeby natychmiast dowiedzieć się, co i kogo sprowadza do mnie o tej porze. Po trzeciej w nocy. Może jednak to któryś z sąsiadów, bo niby kto inny?
Drzwi otworzyły się ciężej niż w dzień. Na dodatek złowieszczo zaskrzypiały, wywołując u mnie strach i niepewność. Na korytarzu nie paliło się światło. Poczułem się zdezorientowany.
Wyszedłem z mieszkania i po omacku odnalazłem ręką przycisk na ścianie. Nastała nikła jasność.
Nikogo nie było na klatce.
Macki strachu ogarnęły moje zmysły.
Rozejrzałem się i ruszyłem biegiem na czwarte piętro. Zatrzymałem się w połowie drogi i spojrzałem w górę - pusto.
- O co chodzi?! - powiedziałem dosyć głośno, tak że mój głos rozszedł się echem po całym korytarzu. - Ktoś sobie robi ze mnie jaja? Co to za głupie żarty?! Ludzie chcą spać!
Odpowiedziała mi głęboka i ponura cisza. Trwałem przez moment w bezruchu, aż po minucie znów zrobiło się ciemno.
Wróciłem powoli na swoje piętro. Stanąłem jeszcze przed otwartymi drzwiami do mieszkania, spojrzałem w lewo, następnie w prawo, podejrzewając, że to może któryś z moich sąsiadów do mnie pukał, po czym szybko się schował. Tylko po co miałby to w ogóle robić? Po co ktokolwiek miałby walić do mnie o tej porze i później się ukryć? Wzruszyłem bezradnie ramionami i wszedłem do środka. Zamknąłem za sobą drzwi na dwa zamki, zerknąłem jeszcze szybko przez wizjer i wróciłem do łóżka.
Miałem nadzieję, że ponownie uda mi się zasnąć. Niestety, tak się nie stało. Do świtu nasłuchiwałem i patrzyłem w sufit.
Nie mam w zwyczaju pić codziennie kawy, natomiast tego poranka wręcz jej potrzebowałem. Z parującym kubkiem w ręku podszedłem do okna, żeby spojrzeć na park. Zdziwiło mnie, że nie ma tam żadnych ludzi. Po chwili kontemplacji dostrzegłem jednak jakiś ruch - spomiędzy drzew wyszła kobieta w czerwonej sukience, trzymała na smyczy psa. W pewnym stopniu ucieszył mnie ten widok, ponieważ nie widziałem tutaj jeszcze żadnego z sąsiadów. Chciałem już wyjść na balkon i krzyknąć do niej "dzień dobry!", następnie zapytać, czy przypadkiem nie mieszka w tej samej klatce co ja. Upiłem łyk kawy i uśmiechnąłem się. Kobieta z psem, brunetka, mająca na oko gdzieś trzydzieści lat, szła spacerem w kierunku bloku, w którym mieszkam. Dyskretnie ją obserwując, poczekałem aż zniknęła za rogiem budynku i ruszyłem szybkim krokiem do przedpokoju. Uchyliłem drzwi wejściowe. Przez około dziesięć minut nasłuchiwałem uważnie. Miałem cichą nadzieję, że kobieta z psem wejdzie do mojej klatki. Tak się jednak nie stało. Dokończyłem pić kawę i westchnąłem zrezygnowany. Na wszelki wypadek zamknąłem drzwi na zamek.
Usłyszałem nagle cichy dźwięk dzwonka telefonu dobiegający z dużego pokoju. Ruszyłem, żeby jak najszybciej odebrać, rzucając po drodze krótkie, ale za to dosyć gniewne spojrzenie na tę wstrętną szafkę, w którą uderzyłem małym palcem podczas nocnej "przygody" z pukaniem do drzwi. Pomyślałem nawet, że wystawię ją w Internecie, żeby oddać komuś za darmo, a jeżeli nikt jej nie będzie chciał, co jest bardzo prawdopodobne, to wyląduje za jakieś dwa tygodnie na śmietniku.
Wszedłem do pokoju, postawiłem pusty kubek na stole i spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Uśmiechnąłem się, widząc, kto do mnie dzwoni. Poczułem falę napływającej radości i od razu odebrałem.
- Co tam?
- Hej, żyjesz? Masz chwilę? - Usłyszałem ciepły i przyjemnie łagodny głos Alicji.
- Tak, żyję - odpowiedziałem.
- Dopiero teraz przeczytałam twoje zaproszenie na parapetówę. Nie chciało mi się odpisywać, więc dzwonię.
- Okej. Będziesz w sobotę? - zapytałem, cały czas się uśmiechając.
- Oczywiście, że będę! Dzwonię właśnie po to, aby oficjalnie potwierdzić moje przybycie! Beze mnie parapetówka u ciebie przecież nie istnieje, dobrze o tym wiesz. - Alicja się zaśmiała. W tle usłyszałem szczeknięcie psa, jakby potwierdził to, co przed chwilą powiedziała.
- To super. Nie mogę się już doczekać, aż cię zobaczę. Rozejrzysz się po moim gniazdku.
- Jestem bardzo ciekawa, jak będziesz mieszkać. To znaczy jak już mieszkasz.
Ucieszyło mnie to, że mówi w taki sposób. Ucieszyło mnie, że jest ciekawa.
- W takim razie, do zobaczenia w sobotę.
- I nie masz mi nic więcej do powiedzenia? - W głosie Alicji pojawiło się delikatne rozczarowanie.
- Nie wiem, po prostu nie wiem, co mam więcej powiedzieć. Nie lubię rozmawiać przez telefon. - Zaśmiałem się sucho.
- A jak twoja kolejna książka? Napisałeś już coś?
Zapadła chwila ciszy.
- Napisałem pięćdziesiąt stron - odpowiedziałem. - Napisałbym więcej, ale przeprowadzka i tak dalej, na pewno rozumiesz.
- Tak, rozumiem, też przecież się przeprowadzałam, na dodatek trzy razy.
- Alicja, posłuchaj. Dzieją się w tym mieszkaniu dziwne rzeczy albo tak mi się tylko wydaje, nie wiem, może trochę przesadzam... Na pewno nie jestem jeszcze przyzwyczajony do odgłosów w bloku. Spędziłem tutaj dopiero pierwszą noc, a już miało tu miejsce osobliwe i trochę niepokojące zdarzenie.
- Co takiego się stało? - Głos Alicji sprawiał, iż robiło mi się coraz bardziej gorąco.
- Ktoś pukał do mnie po trzeciej w nocy. Pukał do drzwi, gdy spałem. Obudził mnie.
- To bardzo ciekawe. I kto to był? Jakiś sąsiad czy może jedna z twoich byłych dziewczyn? - Alicja znowu się zaśmiała.
- Nie wiem. Otworzyłem drzwi, żeby to sprawdzić, ale nikogo nie było na klatce - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Może ktoś sobie robił głupie żarty...
- Też tak pomyślałem. Okej, do soboty, pogadamy na spokojnie, jak już przyjdziesz. Dobrze wiesz, że nie lubię za bardzo prowadzić konwersacji przez telefon, ponieważ zaczynam robić się wtedy spięty.
- Tak, wiem i trochę mnie to śmieszy. Do zobaczenia w sobotę. Trzymaj się, Wojtek.
- Do zobaczenia. - Rozłączyłem się.
***
Siedząc na niezwykle brzydkiej i wyjątkowo zużytej kanapie, która miała zniknąć w ciągu kilku dni, usłyszałem głośny i przeciągły dźwięk domofonu, jakby ktoś specjalnie naciskał zbyt długo guzik, tylko po to, żeby mnie zdenerwować.
Sądziłem, że w końcu przestanie dzwonić, ale zawzięcie robił to dalej.
Najwidoczniej to znowu jakieś głupie żarty z nowego sąsiada, pomyślałem.
Podszedłem do drzwi i podniosłem słuchawkę.
- Słucham?!
Usłyszałem cichy, ale dosyć wyraźny śmiech, jakby ten, kto zadzwonił, oddalał się już od wejścia do klatki.
- Słucham?! - powtórzyłem.
Nikt nie odpowiedział, więc odwiesiłem słuchawkę. Zaczynało mnie to już trochę irytować. Wróciłem do pokoju. Usiadłem z powrotem na kanapie, włączyłem laptopa, żeby trochę popisać i znowu usłyszałem domofon. Wystrzeliłem jak z procy w kierunku drzwi.
- Posłuchaj, gówniarzu! Jeżeli jeszcze raz do mnie zadzwonisz, to zejdę na dół i pożałujesz, że się w ogóle urodziłeś - wypluwałem słowa do słuchawki.
- Dzień dobry, ulotki, otworzy pan drzwi od klatki?
- Ulotki? Jakie ulotki? - zapytałem zmieszany.
- Otworzyliśmy nową pizzerię i chciałem tylko zostawić ulotki - odpowiedział mężczyzna stojący na dole. - To jak, otworzy pan? Prośba.
- Nie dzwoniłeś do mnie przed chwilą?
- O co panu chodzi? Nie dzwoniłem do pana, chcę tylko zostawić ulotki. - Po głosie dało się poznać, że to jakiś młody człowiek, który zapewne jest dostawcą pizzy. - Dzwoniłem też pod jedynkę, ale nikt nie odebrał...
- Dobrze, okej, już otwieram.
- Bardzo dziękuję.
Nacisnąłem przycisk otwierający drzwi na dole i znowu odwiesiłem słuchawkę. Wróciłem do dużego pokoju, żeby wreszcie w spokoju popisać. Po dwóch godzinach postanowiłem wyruszyć na miasto; pojechać do jakiegoś hipermarketu, aby zrobić porządne zakupy, następnie odwiedzić bar mleczny i zjeść gorący obiad. Uznając, że zakupy i obiad są bardzo dobrym pomysłem, wstałem, podszedłem do okna, uchyliłem je i postanowiłem tak zostawić. Uchyliłem też balkon, z tą różnicą, iż tym razem będę miał pewność, że go nie zamknąłem. Niech się przewietrzy. Za oknem świeciło słońce, było dosyć ciepło, więc na podkoszulek założyłem rozpiętą koszulę i podwinąłem rękawy. Popsikałem się ulubioną wodą toaletową, ponieważ lubię dobrze pachnieć. Założyłem trampki, wyszedłem z mieszkania i zamknąłem drzwi na dolny zamek.
Schodząc na dół, znowu nie spotkałem żadnego sąsiada.
Wyszedłem, zatrzymałem się na moment i zaczerpnąłem świeżego powietrza, poczułem zapach kończącej się wiosny. Z klatki po lewej stronie wyszła jakaś kobieta - niestety, nie ta, która wcześniej spacerowała z psem po parku. Przechodząc obok, spojrzała na mnie podejrzliwie. Uśmiechnąłem się do niej, i gdy to zrobiłem, kobieta przyśpieszyła kroku, jakby coś się jej we mnie nie spodobało. Zmarszczyłem brwi.
- Dzień dobry! - przywitałem się.
Kobieta, idąc coraz szybciej, spuściła wzrok na chodnik i nic nie odpowiedziała, jakby mnie nie usłyszała lub udawała, że nie słyszy.
- Dzień dobry! - powtórzyłem.
- Dzień... dzień dobry - odparła, rzucając na mnie krótkie i podejrzliwe spojrzenie.
- Jestem tutaj nowy - powiedziałem, myśląc przy tym, że uda mi się nawiązać jakąś rozmowę, chociażby z sąsiadką z klatki obok.
- Nie obchodzi mnie to - odpowiedziała lodowatym tonem, który sprawił, że poczułem, jakby temperatura spadła o kilkanaście stopni.
- Aha. - Zatkało mnie.
Kobieta szybkim tempem poszła dalej i zniknęła za rogiem budynku. Przez chwilę się zastanawiałem, dlaczego patrzyła na mnie tak podejrzliwie i dlaczego była taka niemiła. Wzruszyłem ramionami, przypominając sobie o zakupach, barze mlecznym i ciepłym obiedzie. Ruszyłem na parking, żeby odpalić samochód.
***
PEŁNA WERSJA EBOOKA DOSTĘPNA PO ZAKUPIE