3
Wczoraj przed południem wezwano mnie do sekretariatu. Niewiele brakowało do końca mojego wykładu, rozmawialiśmy właśnie o Francesco Biamontim. Słowa noc to jedna z powieści, które wybrałam na ten semestr; choć niełatwa, spodobała się moim studentom. To miało być wyzwanie dla ich znajomości języka i przekonań o własnym kraju.
Alaina uderzyły "niespokojne chwile ciszy" u bohatera i w krajobrazie Alp Nadmorskich, które przeplatają się w książce od pierwszej do ostatniej strony. Jak znaki interpunkcyjne, stwierdził.
- Zupełnie jakbyśmy byli w Ligurii - dodała brunetka z drugiego rzędu.
- W gruncie rzeczy to niedaleko, tuż za granicą, trochę na południe. - Skinęłam w stronę okna.
Luc wiercił się na krześle, chciał zabrać głos. Zamierzał przeczytać jedno zdanie, które ugodziło jego narodową dumę: "Co jakiś czas ktoś bierze Francję w ramiona, pokazuje ją światu na dowód, że jeszcze żyje, ale ona już jest martwa"1.
Uprzedziłam go pytaniem: "Czy zawsze trzeba odrzucać słowa krytyki? Czy nie mogą być pomocne w zrozumieniu tego, czego my nie widzimy?".
Ktoś dzwonił do mnie z Włoch w pilnej sprawie. Próbował na komórkę, ale była wyłączona, jak mi powiedziała sekretarka, zasłaniając słuchawkę dłonią. Zanim odebrałam, zdążyłam jeszcze wyobrazić sobie różne możliwe katastrofy, ale nie tę. Nie tę, która nie pozwala mi zasnąć w pokoju numer 405. Słyszę, jak za ścianą ktoś wchodzi, zamyka drzwi, oddaje mocz.
Nie od razu rozpoznałam głos, dialekt Pescary brzmiał tak nierealnie w słuchawce.
- Musisz tu natychmiast wracać. - Reszta to był nerwowy bełkot.
Rozmowa była krótka, powiedziałam, że wyjadę rano, jeżeli znajdę miejsce w pociągu. Kiedy się rozłączyłam, brakowało mi powietrza, sekretarka podstawiła krzesło, usiadłam. Przypomniałam sobie o ćwiczeniach oddechowych, które Piero pokazał mi, gdy po raz pierwszy razem wybraliśmy się na Gran Sasso. Wchodziliśmy szlakiem Via Direttissima, dzień był tak pogodny, że góra wznosiła się przed nami jak oślepiająca bazylika. Na stromym odcinku spojrzałam w pustkę pod nogami, tak łatwo było sięgnąć po śmierć, wystarczyło puścić ręce. Nie byłam w stanie iść dalej, drżałam, uczepiona skalnej ściany.
Teraz, w sekretariacie Uniwersytetu w Grenoble, wykonałam kilka wdechów przeponą i odzyskałam kontrolę. Podano mi szklankę wody, wypiłam. Przeszłość wzywała mnie do siebie jak naciągnięta sprężyna, która, nagle zwolniona, wraca do punktu wyjścia.
Teraz jestem tutaj. Z zewnątrz, od strony portu, dochodzi mechaniczny świst potęgujący się w ciemności. Urywa się w regularnych odstępach, a wtedy cisza robi się ciężka. Kto wie, czy Adriana słyszy i świst, i ciszę. Jutro ją zobaczę. Ale jutro już jest, o czym informują mnie fluorescencyjne numery na nadgarstku: 01:01.
Ona też nie spała tamtej nocy, kiedy przyszła do mojego mieszkania. Rankiem czekała na mnie w łazience, siedząc na brzegu wanny, z ręcznikiem na ramionach i świeżo umytymi włosami.
- No dalej, nie chcę, żeby Piero tak mnie zobaczył - powiedziała i podała mi nożyczki.
Zaprotestowałam, że nie potrafię, że powinna iść do fryzjera.
- Nie, wstydzę się. To nie jest trudne, tnij na taką długość. - Dotknęła się powyżej ucha.
Uczesała się na gładko, żeby ułatwić mi zadanie. Zabrałam się do pracy z nieodpowiednimi nożyczkami w jednej ręce i pasmami jej włosów w drugiej. Kosmyki opadały i bezgłośnie kładły się jej na nogach, na dnie wanny, na podłodze. Adriana uspokoiła się, już nie napinała mięśni, nie zaciskała zębów.
- Skąd przyszłaś? - zaryzykowałam pytanie.
- Z miejsca, którego nie znasz. - Strzepnęła włosy z nosa. - Nie wyskakuj mi tu z pytaniami, tylko tnij. - Ziewnęła, aż kości jej zatrzeszczały. - Musisz mi pożyczyć coś do ubrania, wyszłam w pośpiechu. - Roześmiała się, szarpiąc nocną koszulę.
- A Vincenzo?
- Nie potrzebuje mleka, karmię go jeszcze. A inne rzeczy potem mu kupisz.
- Ja?
- Ty. Lepiej, żebym przez jakiś czas się nie pokazywała. - I zamknęła usta, ucinając dalszą dyskusję.
Gdy skończyłam, otrzepała się, wtedy obie załamałyśmy ręce nad rezultatem: włosy wyszły nierówne, poszarpane, a Adriana z głębokimi sińcami pod oczami wyglądała jak chora. Zamiast się rozzłościć, poprosiła o elektryczną maszynkę Piera i bez pośpiechu dokończyła pracę, pomagając sobie ruchami głowy.
- Zaczynamy od zera - oznajmiła, z zadowoleniem patrząc w lustro.
Nagle wydała się taka mała i krucha, jak jajko. Miała dwadzieścia siedem lat, budziła we mnie instynkt macierzyński, chciałam dotknąć jej szorstkiej głowy, doskonałej w zestawieniu z dziką twarzą. Musnęłam ją czubkami palców, a ponieważ się nie odsunęła, wyciągnęłam całą dłoń, jakbym próbowała zamknąć jej głowę w nieruchomej pieszczocie.
Poszłyśmy do pokoju, żeby sprawdzić, co u Vincenza. Adriana położyła dwie poduszki na brzegu łóżka, żeby nie spadł na podłogę. Z drugiej strony spał Piero, w ubraniu, odwrócony w stronę dziecka, jedną ręką delikatnie obejmując jego ciałko. Przez okno wpadało szare jeszcze światło, odgłosy budzącego się miasta i śmieciarek na ulicach. Adrianie wyrwał się okrzyk zadziwienia, Piero otworzył oczy, ale się nie poruszył.
- Tego się po tobie nie spodziewałem - powiedział, skinąwszy na dziecko.
Wszedł po cichu, od razu usłyszał nasze głosy w łazience. Chwila zaskoczenia, potem położył się koło niespodzianki. Teraz się przeciągał, prężąc opalone stopy.
W kuchni żartował z Adrianą na temat jej nowej fryzury. Dotknął mojej ręki, gdy zapalałam gaz pod kawiarką. Z bliska czuć było od niego zapach szpitala, wrócił do domu przesiąknięty środkami dezynfekującymi i bólem. Zapytałam, jak się czuje jego ojciec, uspokoił mnie.
- Nakryj w jadalni, to wyjątkowy poranek - powiedział i wyszedł.
Tak wychowała go matka i tak robiłam i ja przy wielkich okazjach: flandryjski obrus, porcelanowe filiżanki, srebrne łyżeczki, wszystko otrzymane w prezencie ślubnym. Nakrywałam niespokojna o Adrianę, którą słyszałam przez drzwi, o jej dziecko, które kilka godzin temu znalazło się w moim życiu. Właśnie nadeszła przyszłość, inna, niż się spodziewałam.
- To jest ciocia - przedstawiła mnie Vincenzowi, kiedy się obudził.
Chciała dać mi go na ręce, on jednak wykrzywił usteczka do płaczu, więc się odsunęłam. Rozglądał się ciemnymi oczkami. Marszczył brwi, ale zaraz je prostował, uspokojony kontaktem z matką. Z ciekawością macał ją po ogolonej głowie. Adriana przewinęła go - w torbie miała pieluszki - a potem rozpięła koszulę i przystawiła go do piersi, siedząc na moim łóżku. Vincenzo pił do syta, dotykając rączką piersi pokrytej błękitnymi żyłkami. Z kącika ust mleko ściekało mu na szyję. Nie mogłam uwierzyć, że moja siostra, choć taka chuda, może mieć tyle pokarmu. Niemowlę kątem oka sprawdzało, czy pozostaję w bezpiecznej odległości. Miało już dziewięć miesięcy.
Piero wrócił z polnymi kwiatami kupionymi na ryneczku i ciepłymi jeszcze cornetti z cukierni Renzi. Adriana od razu się na nie rzuciła, jednym kęsem odgryzła połowę rogalika.
Dziecko pozwoliło, żeby wujek wziął je na ręce, uśmiechało się do niego tak, jakby podczas krótkiego wspólnego snu nawiązali porozumienie. Przyniosłam z kuchni bulgoczącą jeszcze kawiarkę. Usiedliśmy - Piero z Vincenzem na rękach, Adriana obok. Podała synkowi kawałek cornetto. Wyglądaliśmy jak rodzina, która rozkoszuje się porannym posiłkiem.
Nagle ktoś zapukał kilkakrotnie do drzwi. Adriana zerwała się, uderzyła nogą o stół. Kawiarka przechyliła się, ale złapałam ją w locie, niestety, oparzyłam przy tym rękę. Siostra uciekła do łazienki, zapominając o Vincenzu.
Sąsiadce z góry spadło pranie na nasz balkon. Nie wiedziała, że mamy siostrzeńca, jaki piękny chłopczyk, a gdzie mama? Jest, ale zajęta. Teraz i nam przyjdzie ochota na dziecko. I chwyciła niemowlę za rączkę, machając nią wesoło. To było dla Vincenza za dużo: matka nagle gdzieś przepadła, a jakaś obca kobieta mówiła coś do niego i go dotykała. Rozpłakał się najpierw cicho, a chwilę później na całe gardło. Ale i to nie wywabiło Adriany z kryjówki, a może go nie słyszała, skulona w jakimś kącie z rękami przyciśniętymi do uszu, jak czasami w naszym domu w miasteczku. Wołałam ją, nie odpowiedziała, zaczęłam więc szarpać za klamkę, walić pięściami w drzwi do łazienki. Przestałam przejmować się sąsiadką. Zawsze tak było z moją siostrą, w sekundzie potrafiła wywołać we mnie zarówno czułe wzruszenie, jak i furię.
- Adriana, wyłaź, weź swoje dziecko - wrzasnęłam.
Poczekałam na odpowiedź, której nie było.
Wróciłam do przedpokoju i oddałam oniemiałej sąsiadce część garderoby. Pożegnałam ją w pośpiechu. Piero w tym czasie próbował uspokoić Vincenza, pokazywał mu coś w nadziei, że go zabawi: fale na morzu widoczne przez otwarte okno, płynącą łódkę, ale wzrok chłopczyka nie docierał tak daleko. Teraz pragnął tylko powrotu matki. Gdy tylko zamknęłam drzwi wejściowe, Adriana wyszła z łazienki z umytą twarzą, wzięła synka, który już wyciągał do niej rączki, i w jednej chwili, jak po dotknięciu ukrytego wyłącznika, płacz ucichł.
- Uważasz się za dobrą, ale jest w tobie wiele zła - nie omieszkała mi wyrzucić, zanim na powrót usiadła przy stole, żeby dokończyć śniadanie.
Opadliśmy z Pierem na kanapę, czułam, jak z jego skóry paruje pot. Nie przywykliśmy do zamieszania, jakie wywołują dzieci. Kilku z naszych przyjaciół już je miało, i to całkiem małe; lubiliśmy ich potomstwo na odległość. Sami nie myśleliśmy teraz o rodzicielstwie, nie pragnęliśmy tego, dzieci, choć w przyszłości konieczne, były jeszcze w sferze mało konkretnych fantazji.
Minęło kilka minut, wstałam, musiałam przygotować pokój, kupić niezbędne rzeczy dla Vincenza. Piero położył nogi na kanapie i zdrzemnął się, by odpocząć po nocy w szpitalu z ojcem i po porannych niespodziankach.
Porozmawialiśmy wieczorem. Kiedy wszedł, leżałam już w łóżku. Zapalił lampkę na szafce nocnej i pochylił się, by pocałować mnie w kark, w swój ulubiony krąg. Cichy szelest koszuli zawieszanej na krześle i butów zdejmowanych pod oknem.
- Moja dziewczynka jeszcze nie śpi - szepnął, wnosząc do pościeli zapach mięty i resztki wesołości.
- Nie gniewaj się na Adrianę - powiedziałam. - Wpadła bez uprzedzenia, ale raczej nie zostanie z dzieckiem na długo.
Zgasił światło i objął mnie od tyłu, lubił zasypiać w tej pozycji.
- Cieszę się, że są u nas. Vincenzo jest kochany, a twoja siostra zawsze mnie rozbawia.
- Ale mnie nie - odparłam i wzięłam go za rękę.
Potarł nosem o moją łopatkę, jakby go swędział. Potem krzyknął dla żartu, tłumiąc głos na moich plecach:
- Nawet latem masz lodowate stopy.
- A ty gorące.
- Zaraz ci je ogrzeję - powiedział, zapadając w sen.
Poczułam, jak jego ciało wiotczeje, a on miękko mnie otula. Jego ręka zwolniła uścisk. Najchętniej leżałabym tak aż do rana, przytomna i bezpieczna.