Opowieść Ojca - Michael O’Brien

Reflow text when sidebars are open.
Pod koniec lutego pewnego roku w nieodległej przeszłości doktor Irina Filippowna, lekarka, przemierzała koleją transsyberyjską niekończącą się przestrzeń tajgi i była mimowolnym świadkiem zupełnie wyjątkowego zdarzenia. Chociaż wagon, w którym podróżowała był wagonem trzeciej klasy, siedzenie twarde, a współpasażerowie w podłych lub rozpaczliwych nastrojach z powodu niedawnego zakłócenia ruchu przez protestujących ekologów, postanowiła przespać większą część podróży pomiędzy Nowosybirskiem a Irkuckiem. Wracała po wygłoszeniu wykładu z immunologii na uczelni medycznej w pierwszym z wymienionych miast i miała nadzieję, że wysiądzie w drugim bez zbędnych problemów, po czym uda się autobusem i saniami do swej rodzinnej wioski, gdzie prowadzi niewielką, lecz niezbędną praktykę.
Była przystojną kobietą, lekko po czterdziestce, owdowiałą, z dwoma synami na utrzymaniu. Przywykła pracować z cichą determinacją i żyć jak najprościej, by przeprowadzić pozostałą część rodziny przez aktualne czasy - ową sytuację społeczno-polityczną, która obecnie wydawała się w jakiejś mierze bardziej zagmatwana niż w czasach reżimu komunistycznego. Nie żywiła sympatii do czegokolwiek, co pozostało po owej jawnej omnipotencji państwa wraz z jego zachłannością. Nie marnowała też energii, żeby zrozumieć wszechświat w innych kategoriach, gdyż cokolwiek by leżało u jego podstaw i tak nie mogłoby być udowodnione naukowo. Sama uważała się za matkę i naukowca. Często przyznawała, że jest wiele rzeczy, za które powinna być wdzięczna, zwłaszcza za męża oraz synów, którzy - jeśli można tak powiedzieć - stanowili teraz całe jej życie. Była osobą o skomplikowanej, lecz w żaden sposób nie wyjątkowej biografii. Będąc intelektualistką, co prawda zubożałą, nie miała ani sprytu polityka, ani nie można było uznać jej za naiwną. Nie hołdowała sentymentalnym iluzjom co do ojczystego kraju, jednak w duszy żywiła do niego zagorzałą miłość, mimo iż wątpiła w samo istnienie duszy.
Miała zwyczaj dostrajać od czasu do czasu swą - jak ją nazywała - rosyjską maskę, ową nieprzeniknioną neutralną minę, która wskazywała na postawę obojętności i rezygnacji. Zdarzało się bowiem, że ześlizgiwała się ona z jej twarzy w najmniej odpowiednich momentach, przeważnie tych, które określała później jako chwile zapomnienia się ze względów humanitarnych. Nie była osobą nieczułą ani zrezygnowaną, ale idąc przez życie, nauczyła się ukrywać bardziej osobiste cechy swego charakteru - a na pewno przed obcymi. Jak sobie mówiła, była uodporniona.
Kątem oka przyglądała się jakiemuś nieszczęśliwemu mężczyźnie zajmującemu siedzenie po drugiej stronie przedziału. Odnotowała to w swojej świadomości, ale nie przywiązywała żadnej wagi do jego obecności. Mężczyzna zrazu zdawał się nie różnić specjalnie od pozostałych osób w wagonie, mimo iż był zakutany w brudny wojskowy płaszcz, wychudzony, z podkrążonymi oczami, o posępnym wzroku i nieogolony. Był mniej więcej w jej wieku, może trochę starszy. Od czasu do czasu podnosił lewą rękę, dając do zrozumienia, jakby była zwichnięta lub oparzona, i przyciskał ją do zmarzniętej szyby znajdującej się obok. Tak, to oparzenie, stwierdziła, obserwując grymas na jego twarzy, ognistoczerwoną pręgę na dłoni i sączące się pęcherze. Przyszło jej na myśl, żeby podać mu maść antybiotykową, którą miała ze sobą w apteczce, ale się rozmyśliła. Jego włosy, ufarbowane na sztuczny, rażąco żółty kolor, stały niczym sztywne kolce jak u przebrzmiałej amerykańskiej gwiazdy rocka. Całkiem sporo młodych Rosjan z wielkich miast obnosiło się z takim wyglądem, lecz u mężczyzny w średnim wieku było to odrażające. Postanowiła go nie zagadywać. Może był pijany albo był jakimś kryminalistą, albo jedno i drugie - na pewno jednak osobą niespokojną, a setki wiorst, jakie trzeba było jeszcze pokonać, mogły łatwo zamienić się w istną udrękę. Kraj był pełen szalonych, wyzutych z własności ludzi, podobnych do niego. I chociaż przez moment poczuła impuls, żeby mu pomóc, zaraz się przywołała do porządku, wyrzucając biednego głupca zdecydowanie ze swych myśli.
Zamknęła oczy, mając nadzieję, że się trochę zdrzemnie przed następnym irytującym łoskotem przy przejeździe przez kolejny zamarznięty ciek odwadniający bezkresne pustkowie. Ledwie zdążyła usnąć, gdy jego głos gwałtownie ją rozbudził. Deklamował poezję z jakimś dziwnym akcentem. Dokładniejsze przyjrzenie się patetycznie spiętemu monologującemu mężczyźnie ujawniło, że jego rysy twarzy niezupełnie pasują do typu którejś z licznych grup etnicznych zamieszkujących kraj. Kimże on może być? Skąd pochodzi? Zresztą, co ją to obchodzi; to nie jej sprawa.
Bardziej zirytowana niż zdegustowana zauważyła, że deklamuje on wiersz bardzo ładnej dziewczynie siedzącej naprzeciwko, a ta płacze. Obcokrajowiec, z wyraźną fascynacją, pożądaniem lub po prostu szaleństwem, starał się ją pocieszyć wierszem. Następnie sięgnął do kieszeni i, ku zdumieniu wszystkich obecnych pasażerów, ni stąd, ni zowąd stanął w płomieniach. Tak, to był ogień i dym. Rezolutny starszy pan chlusnął na jego spodnie filiżankę wody i ogień zgasł. Głupiec wił się w męczarniach. Zwalił się na swoje siedzenie, wykrzywiając twarz w nieznośnym bólu.
Doktor Filippowna westchnęła, potrząsnęła głową i sięgnęła do swojej apteczki.
W pierwszą niedzielę adwentu rok wcześniej człowiek nazywający się Alexander Graham odmówił modlitwę, z której miały wyniknąć nieprzewidziane konsekwencje.
Mieszkał na Oak Avenue w Halcyonie, miasteczku z dwunastoma tysiącami dusz, położonym w zalesionej, pagórkowatej okolicy na północ od jeziora Ontario. Ponieważ jego dom znajdował się zaledwie kilka kwartałów od kościoła parafialnego, wyszedł tego wieczora w śnieżycę i wlókł się ulicą z zamiarem krótkiego nawiedzenia Najświętszego Sakramentu. Chociaż nie był osobą nadzwyczajnie pobożną, od niedawna nurtowała go myśl, że jego życie dobiega już kresu, albo wkrótce dobiegnie, i chciał o tym porozmawiać z Bogiem.
Okna kościoła były ciemne, ale zauważył, że drzwi boczne są otwarte. W przedsionku wytarł nogi w zabłoconą wycieraczkę, by usunąć śnieg z butów, i po omacku znalazł drzwi wiodące do głównej nawy. Wewnątrz było ciepło, świeciły się tylko migoczące bursztynowe lampki wigilijne umieszczone przed posągami oraz rubinowa lampka tabernakulum, wisząca nad głównym ołtarzem. Rzucały one przytłumiony blask, wystarczający, żeby dotrzeć środkiem nawy do miejsca, które zazwyczaj zajmował. Znajdowało się po lewej stronie, w połowie drogi do ołtarza, obok kolumny. Ciche syczenie świec, zapach wosku i kadzidła wiszący w powietrzu, subtelne echo w kopule - słyszalne sza - oto według niego atmosfera całego świata. W tym kościele został ochrzczony i nigdy nie modlił się w innym. Każdy szczegół tej świątyni był tak głęboko w nim osadzony, że nie mógł sobie bez niej wyobrazić świata.
Będąc spokojnym, dystyngowanym mężczyzną dobiegającym pięćdziesiątki, był przyzwyczajony prowadzić życie bez zbędnego rozgłosu. W istocie wolał, żeby właśnie tak się toczyło. Jeśliby nawet w kościele byli jacyś inni parafianie, nie mieliby specjalnej ochoty wiedzieć, dlaczego on tam przebywa, a jeszcze mniej zainteresowani byliby, aby do niego podejść. Wyczuwał, że jego stosunek do Boga jest w dużej mierze taki sam jak do bliźnich.
Uklęknął, zrobił znak krzyża i zaczął odmawiać zwyczajowe modlitwy. Wypowiadał je w myśli, starając się pojmować każde słowo jak najlepiej potrafił. Rzadko doświadczał jakiegoś uczucia związanego z modlitwą i jeśli miałby przypomnieć sobie tego rodzaju porozrzucane przypadki, musiałby cofnąć się pamięcią parę dobrych lat, żeby wyszukać ostatnie takie fakty. Nie miało to dla niego znaczenia. Przekonany był, że na emocjach nie można polegać i że nie są one konieczne w trudzie praktykowania wiary religijnej.
Jednakże tego właśnie wieczoru zawładnęła nim jakaś chęć powałęsania się. Może dlatego, że był zmęczony i odczuwał ciężar samotności, jego uwaga ulatywała i te tchnące formalizmem modlitwy urwały się. Kiedy indziej zebrałby siły i podjął modlitwę na nowo, ale teraz z jakiegoś powodu nie potrafił. Opuścił głowę i oparł ją na ręce, pozostając tak bez ruchu przez parę minut, nie myśląc o niczym ani niczego sobie nie wyobrażając. W końcu się poruszył i westchnął.
- Moje życie jest skończone - szepnął Obecnemu w tabernakulum.
Nie spodziewał się odpowiedzi i się jej nie doczekał. Z natury nie był pesymistą, nie miał też skłonności do depresji. Zatem owo mgliste odczucie końca lub spełnienia nie było efektem choroby. Wcale nie miał chęci umierać, ale trzeba też powiedzieć, że nie był zbytnio przywiązany do życia. Od śmierci żony kilka lat temu i wyjazdu dwóch synów na uczelnię coraz bardziej oddalał się od ludzi. Był przykładnym mężem i odpowiedzialnym oraz kochającym ojcem, choć nieco roztargnionym. I oto teraz życie jego małej rodziny osiągnęło etap, kiedy zaczęła się ona wtapiać w większą wspólnotę.
Czasami bardzo mu brakowało zmarłej żony, ale ona nie mogła już powrócić. Tęsknił za synami, ale ci wkroczyli w świat, intensywnie organizując sobie własne życie. Od czasu do czasu odwiedzali Halcyon, ale wiedział, że to prawo powrotu nie jest wieczne. Przypuszczał, że obecnie dom wydawał się synom stałym punktem w obracającym się wszechświecie, kotwicą lub rodzajem ikony, której sporadycznie dotykają, a nawet darzą szacunkiem, tak jak poważa się tradycję - kiedyś użyteczną, teraz zaś pozbawioną mistyki. Kochali go, a jakże, lecz ich usposobienia należały już do innej generacji - były aktywne, entuzjastyczne, przesiąknięte dynamiką życia w sposób całkowicie mu obcy. Dlatego był samotny. To, że kochał, i to za cenę poświęcenia, nie podlegało dyskusji. Dał im to, co powinien dać. Teraz wszak żałował, że nie poznał ich tak, jak mógł ich poznać. Oni też go nie rozumieli, bo był dosyć milczący, zaczytany i obowiązkowy.
Zastanawiał się, czy stara bomba w jego piersiach miała, jak tego od dawna oczekiwał, wkrótce detonować. Z tym zagrożeniem żył od ponad trzydziestu lat i - prawdę mówiąc - już dawno przestał sobie nim zaprzątać głowę. Czyżby to uczucie zbliżającego się końca było znakiem od Boga? Przygotuj się, Alex, uprzątnij książki, zrób ostatnie zapisy w swych notatkach, bo konto niedługo zostanie zamknięte.
Spoglądając w górę na tabernakulum, powiedział:
- Rób ze mną, co Ci się podoba.
Następnego wieczoru Halcyon gotował się do zimowego snu pod niespokojnym niebem poruszających się spiralnie gwiazd i strumieniem zielonych zórz polarnych. Sto spadzistych dachów w centrum starego miasteczka igrało soplami lodu, załamując światło bożonarodzeniowych lampek, które w ostatnim tygodniu pojawiły się na domach i sklepach, konkurując ze świetlistym niebem. Powietrze stało w całkowitym bezruchu i dym z kominów unosił się prosto w ciemność. Gdy sporadycznie jakiś samochód przejeżdżał powoli Main Street, jego opony skamlały, mieszając się ze śmiechem chłopców zdążających do domu z miejskiego lodowiska z kijkami hokejowymi i łyżwami dyndającymi im na ramionach. Niewielu innych ludzi widać było na chodnikach; było już po ósmej i cała okolica zanurzyła się we wczesnej zimowej drzemce.
Stawiając czoło z determinacją, ale i zadowoleniem, arktycznemu powietrzu, co generalnie nieczęsto się zdarzało w tej populacji, Alex wszedł na schody ze starego brunatnego piaskowca, wiodące do jego mieszkania i jednocześnie biura, zamykając za sobą drzwi. Chociaż miał zwyczaj palić światło i zostawiać drzwi otwarte w swoim sklepie z książkami dla wieczornych zainteresowanych, codziennie aż do godziny dziesiątej z wyjątkiem niedziel, ogarnęło go pragnienie wczesnego spaceru pod gwiazdami. Przez chwilę stał, zapinając guziki swego granatowego marynarskiego anoraka, zawijając szalik i zakładając wyłożone futerkiem rękawiczki. Bez kapelusza (nie lubił kapeluszy), ale chroniony gęstą czupryną kiedyś blond włosów, obecnie przetykanych pasemkami siwizny, poczuł teraz w uszach pierwsze ukłucie mrozu, co raczej go ożywiło, niż zniechęciło.
Gdy przemierzał okolicę, pomyślał po raz kolejny, a czynił to niezliczoną ilość razy, że nie ma na ziemi miejsca równie urokliwego jak Halcyon. Ta szczególna lojalność podyktowana była faktem, że rzadko wyprawiał się poza miasteczko i boczne drogi otaczającej je krainy wzgórz, oferujące okrężne wędrówki niezawodnie sprowadzające go do centrum świata. Faktycznie, nigdy nie wychylił się poza Toronto, oddalone dwie godziny jazdy na południe. Był tam tylko raz w życiu i nie kusiło go pragnienie, by powtórzyć to doświadczenie. Urodził się w Halcyonie, podobnie jak cztery pokolenia jego przodków, i czuł się z tego powodu szczęśliwy. Chociaż jego życie nie było całkowicie spokojne, czuł wdzięczność, że trudne lata, teraz odchodzące w przeszłość, nie zdominowały czasów, w których zaznał dużo szczęścia.
Alex oddychał mocno, unikając pokusy pewnych wspomnień. Zwrócił uwagę na rozgrywającą się przed nim scenę - widok, który zawsze upewniał go w przekonaniu, że chociaż życie jest niedoskonałe, to jego kardynalną zasadą jest dominacja porządku. Jego sklep usytuowany był w cichej alejce, minutkę drogi od Main Street, w pobliżu najwyższego punktu miasteczka, skąd można było oglądać większość dachów i wszystkie okoliczne wzgórza. Na oddalonych szczytach pagórków widać było nieliczne światła z samotnych gospodarstw. Pola pokryte śniegiem połyskiwały we wschodzącym księżycu, obramowane czarnymi korpusami iglaków i bledszymi koronami drzew liściastych. Samo miasteczko położone było na urwisku w dolinie rzeki Clementine, na dużym zakręcie, gdzie na początku XIX wieku zbudowano tamę. Ciężka kamienna konstrukcja nie rozpadła się i wrota śluzy ciągle działały, lecz opustoszała ruina młyna, któremu kiedyś służyła - o nazwie: Halcyońskie Zboża i Pasze - i wokół którego rozwijało się miasteczko, stała teraz jako milcząca pamiątka poddana próbie czasu.
Wypuścił parę mroźnych chuchów i zdziwił się, gdy iskrzące kolory zmaterializowały się w postaci mikroskopijnych kryształków oddechu. Uśmiechnął się i powiedział do siebie:
- Zawsze jest coś nowego; żyję już dłużej niż cztery dekady, a po raz pierwszy widzę coś takiego.
Zszedł na chodnik i chuchnął jeszcze kilka razy, tym razem bezpośrednio w stronę jaśniejszych świateł Main Street. Iskrzące się kryształki pojawiały się za każdym razem, opadając powoli, aż do zniknięcia.
Był tak zaabsorbowany tym zjawiskiem, że nie usłyszał zbliżających się kroków.
- Ty czuć się dobrze, Alex?
Podniósłszy wzrok, ujrzał Marię Sabbatino stojącą trzy kroki dalej, z surową miną.
- Wszystko w porządku, Mario. Obserwowałem światełka na mrozie.
- Och - zareagowała. - Jej duże czarne oczy przyglądały mu się spod frędzli srebrzystych włosów, obciętych na grzywkę. Skonsternowana zmarszczyła gęste jak u mężczyzny brwi. Miała podejrzliwy wyraz twarzy z dwoma krągłymi oliwkowymi policzkami zaczerwienionymi na odcień śliwki, jakby była bliźniaczką postaci z ilustracji książki o Pompejach.
- Alex, ty jeść dzisiaj kolację? Ty jadać?
- Zjadłem dzisiaj kolację, Mario. Jadam.
- A może ty wypić dzisiaj za dużo, co?
- Nie było dzisiaj picia, Mario.
- Alex, proszę, ty nie pić za dużo. Ty iść na spacer, upaść, nikt nie widzieć i ty zamarznąć na śmierć. Ty w porządku: może ty iść do nieba, ale ty myśleć o chłopcach, o ludziach, którzy płakać nad twoja trumna, co?
Alex uśmiechnął się i cicho zachichotał.
- Czemu ty śmiać? Nie żart: ty upaść i marznąć na śmierć.
Mając nadzieję, że nie zabrzmi to zbyt protekcjonalnie, jeszcze raz zachichotał - nie z powodu jej sposobu wysławiania się, a na pewno nie dlatego, że była w miasteczku postacią cokolwiek zabawną, lecz z powodu absurdalności jej przekonania, że ludzie zapłaczą nad jego trumną.
Któż mógłby płakać nad moją trumną?, zastanawiał się. Tylko ci, co piją za dużo z kufla emocjonalnej pobłażliwości wobec siebie. Ci, co są pochłonięci przyjemnościami Wielkiej Żałoby - łowcy interesów, reprezentujący zakłady pogrzebowe.
Nie chciał, żeby te myśli dowodziły jakiegoś braku życzliwości, i nie nosiły one nawet śladu litowania się nad sobą. Miał po prostu zwyczaj korygować w myślach błędne założenia, którym ludzie dawali bez końca upust w jego obecności; i oczywiście korygował też założenia, które od czasu do czasu pojawiały się również w jego własnej głowie.
- Mario, spójrz na to. - Wskazał na światła Main Street i wypuścił chmurkę mrozu. - Czy widziałaś kiedyś wcześniej te iskierki?
Wzruszyła ramionami.
- Ja nigdy nie widzieć tego wcześniej. No i co, Alex? Ty mieć iskierki, ale móc je ugotować?
Wyrzuciła prawą rękę w górę, w geście prawdopodobnie zrozumiałym dla jej rodaków, który pewnie miał wyrażać chęć głębszego wniknięcia w tajemnicę - tak długo, jak zachowywała swe prawa do niezważającej na nic troski oraz surowej macierzyńskiej przygany. Alex dobrze znał ten gest, chociaż nie udało mu się do końca go zrozumieć w czasie owych miesięcy, gdy Maria pracowała dla niego w ostatnim stadium choroby Carol. Przypuszczał, że był to element głuchoniemego alfabetu, rodzaj wizualnego kodu, użytecznego podczas dyskusji o przeznaczeniu, śmierci, zarobkach, przepisach na makaron oraz podchodach nastolatków.
Był on na tyle wieloznaczny, że mógł, w zależności od sytuacji, oznaczać: To nic takiego, nieważne! Choć to łamie ci serce, cóż mogę poradzić! Och, już to widziałam, nie nabierzesz mnie! Życie to nie bajka! Czy myślisz, że jestem głupia? Nie zawracaj mi głowy!, i tak dalej. Niewprawnemu oku gest ten mógł wydawać się pogardliwy, lecz w istocie - jak przypuszczał - był formą intymnej komunikacji. Gest kobiety można było prawidłowo odczytać tylko po przestudiowaniu leksykonu wyrazów twarzy i tonacji głosu, towarzyszących precyzyjnemu, szybkiemu smagnięciu podniesionego ramienia z otwartą dłonią - w dziwnej symbiozie rezygnacji i protestu - smagnięciu będącemu czytelnym produktem tysięcy lat egzystowania w rzymskiej codzienności (chodzi o imperium, a nie miasto, Alex wiedział bowiem, że Maria pochodzi z zubożałego południa, gorących i suchych wzgórz Kalabrii).
Mimo iż Alex był Celtem, w którego żyłach płynęła anglosaska krew, nie zdążył jeszcze rozkodować tego leksykonu. Nie było pewnie potrzeby jego opanowania, ponieważ w alternatywnym języku wspólnie przeżywanego cierpienia, który ma zawsze ograniczone słownictwo, rozumieli się oboje całkiem dobrze. Był wdzięczny za to, że Maria była jego sąsiadką i współparafianką - a także wybawicielką, gdyż kilka lat temu ocaliła mu życie. Wkroczyła bowiem, gdy wszystko się rozpadło: została kucharką, gospodynią, główną zrzędą, małostkowym tyranem w kuchni, a w chwilach słabości - opłakującą dolę swych podopiecznych.
Któregoś dnia przyłapał ją, jak płakała w spiżarni.
- Povera, povera Carolina! - łkała. - Biedni chłopcy, nie ma mama, nie ma mama!
Było to bulwersujące i ozdrowieńcze - ozdrowieńcze przede wszystkim dla tych trzech powściągliwych osób płci męskiej, które do owej chwili nie pokazywały swego bólu, pogodzone z losem. Nienaturalne łkanie Marii zaprowadziło Alexa i jego dwóch synów w intymność ich sypialni, gdzie każdy z nich, w towarzystwie własnych wspomnień, dał wreszcie upust swemu bólowi.
- To sprawunki na Boże Narodzenie? - zapytał, wskazując dużą papierową torbę w jej lewej ręce (prawą miała zawsze wolną, żeby gestykulować).
- Si, ja znaleźć coś dla Paola. Ładna szal i rękawica sportowa. On nie potrzebować, ale niedługo przyjechać i wtedy potrzebować.
Paolo, jej syn, bardziej wyidealizowany i wytęskniony niż piętnastowieczny rozpuszczony książę florencki, był analitykiem komputerowym w miejscu, które Maria określała z pogardą jako Valle Silicone1 w Kalifornii.
- A dla Bruna ja dostać to.
Maria po raz pierwszy się uśmiechnęła i chociaż wszystkim, którzy jej nie znali, uśmiech ten mógłby się wydać dosyć powściągliwy, Alex wiedział, że była to prawdziwa eksplozja, pełna płomieni czułości i tolerancji. Na skali jej emocjonalnego życia nie było stref tłumionych uczuć, lecz dla pogrzebów i ślubów osób, które były z nią jedynie luźno związane, zarezerwowane były tylko formalne reakcje. Najgłębsze uczucia chowała wyłącznie w swoim wnętrzu.
Pokazała mu plastikową torbę wypełnioną skórą i kabelkami.
- To elektrycznie działać rękawiczki! - oznajmiła triumfalnie. - Razem z bateriami. Czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt pięć! Gdy on pracować nocna zmiana na torach, nie marznąć mu ręce. - To powiedziawszy, wyraźnie ożywiona rozdarła plastikowe opakowanie i zamierzała zademonstrować, jak można przyczepić pakiet baterii do rękawa płaszcza za pomocą rzepów.
Zatrzymał ją, śmiejąc się.
- Nie, nie, nie, jest za zimno, Mario. Pokażesz mi innym razem.
- Ecco! No dobrze, może innym razem. Ty przyjść do nas po pasterka, wypić cicchetto da vino2 i Bruno pokazać ci rękawiczka.
Gdy ponownie pakowała podarek, spojrzał z czułością na jej głowę w czapce z imitacji lamparciego futra i poczuł irracjonalną chęć pochylenia się i niezgrabnego uściskania kobiety, ucałowania czubka jej głowy - byłby to synowski odruch, który by ją tylko zaniepokoił i zmieszał. Nie uległ więc temu impulsowi.
Gdy z powrotem zapakowała rękawiczki, podniosła wzrok, zmrużyła oczy i powiedziała z groźbą w głosie:
- Chłopaki kontaktować się z tobą w te święta?
- Jeszcze nie, ale spodziewam się od nich kartek.
- Dzieci! My łamać dla nich krzyż, łamać dusza, wypruwać flaki, dawać wszystko, a co dostawać?
- Wnuki? - zasugerował Alex.
- Ja powiedzieć ci, co my dostawać: to, że oni łamać nasze serca! - Uderzyła się w piersi ręką od gestów.
Alex kiwnął mądrze głową, mrucząc pod nosem i puszczając mniejsze kłęby pary, bez iskierek.
- Alex - rzekła, zmieniając ton i przypatrując mu się bystro. Carolina, ona odejść ile, już pięć lat?
Z filozoficzną miną zrobiła mały znak krzyża na piersiach.
Alex jeszcze raz przytaknął, czuł się nieswojo.
- Czas znaleźć jakaś dobra kobieta, ożenić w kościele przed Bóg: ona doglądać ciebie. Ty potrzebować ktoś opiekować się. Patrz te uszy! Ty nie znaleźć kogo dość szybko, Alex, jak ty stać co wieczór na ulica i puszczać kłębki. Oni zabrać cię ambulans do szpital dla ludzi matto-pazzo!
Prawą ręką w futrzanej rękawiczce bez palców zrobiła kółko nad skronią.
- Matto pazzo? A, masz na myśli: wariat.
Skinęła posępnie.
- Tak, wariat. Wiem, ty nie wariat, Alex, ale dzisiaj ja widzieć ciebie, jak stać na mrozie, gapić się, puszczać kłęby z ust i widzieć iskry. Pewnie ktoś nie znać cię, myśleć: matto-pazzo.
- Chyba że się przewrócę i zamarznę na śmierć.
Klepnęła go w nadgarstek prawą ręką w rękawiczce.
- Nie żartować z tego! Pomyśleć, co ja mówić.
- Dobrze, Mario, pomyślę o tym.
Poszła w górę ulicy, zgarbiona sześćdziesięciolatka, mierząca niecałe pięć stóp, z pogodą w sercu, opatulona, w drętwą ciemność sztucznego Nowego Świata, martwiąca się o byle co i o wszystko. Wzruszyła go jej troska, ale wiedział, że nawet minuty nie poświęci na rozważenie jej sugestii - tego panaceum oferowanego przez matczyne serca, ilekroć napotykają tragedię, zgorszenie lub ranę we wszechświecie stworzonym przez niezależną osobę płci męskiej. Nikt nie mógłby nigdy zastąpić Carol. Ta część jego życia jest zakończona.
Odwracając się od świateł Main Street, pomaszerował swoją Oak Avenue w kierunku grzbietu wzniesienia, gdzie iglice trzech kościołów tworzyły koronę Halcyonu. Najwyższym z nich był kościół Najświętszej Maryi Panny od Aniołów - neogotyckie cudo z bladoróżowego kamienia, z mistrzowsko wykonanymi witrażami, przewyższające wszystko w sąsiedztwie. Anglikański kościół Świętego Pawła, nowoczesny, ze stali i szkła, stał po przeciwnej stronie ulicy. Pół kwartału dalej znajdował się monolityczny Findley Memorial United3 z czerwonego granitu, zwieńczony krenelażową wieżą obronną. Za nim aleja zaczynała znowu opadać długim łukiem opasującym urwiska, by na końcu dotrzeć do rzeki.
Gdy wszedł na teren Najświętszej Maryi Panny, zatrzymał się chwilę na chodniku prowadzącym do drzwi wejściowych. Przypominając sobie modlitwę z dnia poprzedniego: Uczyń ze mną, co zechcesz, zastanawiał się nad sobą. Bez wątpienia tak właśnie Bóg postępował ze swymi stworzeniami. Dlaczego więc czuł potrzebę konstatacji rzeczy oczywistej? Co w ten sposób zamierzał? O co prosił, jeżeli istotnie o coś prosił? No cóż, to już nie miało znaczenia, bo zniknął ów niecodzienny nastrój przynaglający go do tej modlitwy.
W powietrzu płynęły wyciszone pienia chóru ćwiczącego kolędy. Nagle śpiew stał się głośniejszy, gdy główne drzwi kościoła Najświętszej Maryi Panny się otworzyły i dwie postacie wyszły na zewnątrz: nastolatek i dziewczynka. Przeskoczyli schodki i skierowali się na chodnik, a potem zerwali się do biegu. Gdy go mijali, zauważył ich ubogą odzież i zatroskane twarze. Trzymając się za ręce, zniknęli za rogiem przecznicy, zmierzając w kierunku Lowertown i rzeki. Nie przypominał sobie, żeby ich widział wcześniej i przypuszczał, że należą do jednej z nowych rodzin, które wprowadziły się do domów u podnóża urwiska, zbudowanych przez administrację hrabstwa w zeszłym roku, z subsydiowanymi czynszami.
Puszczając więcej kłębów, ruszył do przodu.
Mimo iż większa część życia Alexa skupiona była na zajęciach naukowych, uprzejmej wymianie zdań z klientami na temat literatury, prowadzeniu dokładnych zapisów finansowych w sklepie oraz na prostowaniu nieracjonalnych założeń, czasami pozwalał sobie na rozważania ocierające się o poezję albo przynajmniej zahaczające o nieoczekiwane strumienie świadomości. W takich momentach nigdy nie czuł się przytłoczony czy opętany. Były to raczej trafnie obrane chwile intuicji. Nie były produktywne z punktu widzenia autentycznej kreatywności, bo nie był ani poetą, ani malarzem, ani muzykiem, ale były pożyteczne, gdyż koiły jego umysł. Inni brali się za picie lub układanie wierszy, albo i coś gorszego. Alex jednak zamykał drzwi swojej księgarni i wybierał się na wędrówkę gdzie oczy poniosą, po ciemnych wzgórzach, które były mu tak znajome jak labirynt półek z książkami i hyperionowe wzniesienia miasteczka. Te drobne ćwiczenia w nieprecyzyjności, w praktykowaniu rezygnacji utrzymywały jego ciało w giętkości.
Maria Sabbatino myliła się, zakładając, że on - podobnie jak niejeden wdowiec - zaczął pić. Tak naprawdę nigdy nie miał pociągu do alkoholu, więc gdy wznosił razem z księdzem Tobym jeden jedyny toast noworoczny w salonie nad sklepem, to płyn pochodził ciągle z tej samej butelki amontillado, rozpoznawalnej po etykiecie z czerwonym krzyżem krzyżowca, zdobionym złotą tarczą zwieńczoną malutkim trójwymiarowym kielichem osadzonym w czarnym szkle hiszpańskim. Poziom likieru w butelce był każdego roku nieco niższy, co ksiądz Toby komentował żartem wyrażanym poważnym tonem. I tak to wyglądało. Do zobaczenia w przyszłym roku - o tej samej porze, w tym samym miejscu, z tą samą butelką. Pięć lat temu, trzy tygodnie po pogrzebie Carol, Maria zaskoczyła go pewnego poranka, gdy kończył whisky Seagram - należącą jeszcze do jego ojca - wlewając ją sobie do gardła prosto z butelki. Miał nadzieję, że to złagodzi zabójczy atak bólu. Niestety, tak się nie stało. Jedynym tego efektem było przeświadczenie Marii o jego problemie alkoholowym i to przekonanie nigdy jej już nie opuściło.
Oak Avenue wznosiła się w górę, po czym zaczynała opadać. Gdyby szedł nią dalej, mijając jeszcze osiem kwartałów, doszedłby na skraj miasta, do mostu nad rzeką Clementine, skąd trafiłby w okolice wzgórz północnych. Była to jego ulubiona trasa - spacer mniej więcej dwugodzinny, zależnie od pogody. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zachciało mu się obrać trasę najmniej lubianą, prowadzącą prosto w dół urwiska do tamy u młyna, w poprzek biegnącej tam ścieżki - przedsięwzięcie zdradliwe, lecz radosne - i dalej wzdłuż wybiegu Psia Łata ku zboczu. Wybieg, zwany przez miejscowych Psią Łatą, nosił oficjalnie nazwę: Droga Wąwozu Wolfe'a, lecz jego mniej pochlebne określenie pochodziło od zespołu budynków chylących się ku upadkowi. Wiele z nich stanowiły domy z desek szalunkowych oraz szopy zbudowane w XIX wieku, przylegające do brzegów drogi żwirowej wiodącej w górę wąwozu. Mieszkali tu kiedyś robotnicy młynarscy i rzeczni, lecz złota era tego miejsca odeszła już dawno do przeszłości. Wiele z tych budynków było teraz pustych, a te, w których jeszcze zamieszkiwano, miały wkrótce opustoszeć, bo postępy dotowanego budownictwa, usytuowanego w Halcyonie za wodą, były nie do zatrzymania. Atrakcją wybiegu było to, że prowadził na szczyt skarpy do miejsca, skąd Alex mógł widzieć teren za zakrętem rzeki i obserwować, jak wije się ona między wzgórzami na południe, w kierunki jeziora Ontario. Ponadto, z tej wysokości, i tylko z tej wysokości, można było spoglądać w dół na cały Halcyon, który nocą przybierał wygląd kolii na szyi pięknej kobiety, inkrustowanej ognistymi drogocennymi kamieniami, spoczywającej w pozycji leżącej, śpiącej w sukni układającej się w skromne i eleganckie, ale też podniecające białe satynowe fałdy. Latem suknia była zielona. Jako młody człowiek często tam chodził, żeby poczuć silną słodycz tęsknoty za tajemniczą aurą kobiecości - za bólem, który przekładałby się na zwyczajowe umiejętności towarzyskie, rozbudowane fabuły i plany zalotów, gdyby nie był tak bezgranicznie nieśmiały, nie był jedynakiem, nie odziedziczył rodzinnej ekscentryczności i nie był synem sędziego pokoju. Jakby nie dość tego, dwa lata wczesnego dzieciństwa spędził w łóżku, by odzyskać zdrowie po napadach gorączki reumatycznej. W tamtym okresie - jak mówiono - choroba uszkodziła serce i jedynym remedium miała być całkowita bezczynność. Podczas rekonwalescencji zanurzył się w świat książek i już tam pozostał. W ten sposób to, co miało być stanem przejściowym - nieśmiały charakter młodzieńca - stało się jego trwałym sposobem na życie.
Później, niczym cud, w jego życie wkroczyła Carol, przemieniając go do cna: rozniecając ogień w palenisku, mimo iż miał już ukształtowaną osobowość. Z natury był introwertykiem - jego charakter budowali umiejętnie i cierpliwie pierwszej klasy fachowcy - z solidnymi drewnianymi drzwiami, które się zatrzasnęły, i oknami zamykanymi natychmiast, tak żeby żaden przechodzień nie miał wglądu do środka. Jednak serce ciągle biło, a węgiel się żarzył. I jeżeli teraz nie było już paliwa, żeby podtrzymać ogień, Alex nadmiernie się tym nie przejmował, bo był zadowolony ze swego życia. Miał już za sobą jedną walkę na pięści z rozpaczą, i pamięć o niej słabła, pozostawiając jedynie pewne ślady na dnie duszy. Trzeba było jednak strzec się jakiegoś powrotu tego stanu, jakiejś podatności na zabójcze ukąszenie. Nawet na pierwszy rzut oka było aż nadto jasne, że mamy do czynienia nie ze zwykłym mordercą, lecz z grasującym seryjnym zabójcą i że serce jest jego ulubionym celem. Serce w ogóle jest organem najbardziej wystawionym na ciosy.
Mimo to Alex nie był tak zasklepiony w sobie, żeby polegać tylko na jakiegoś rodzaju absolutnej pewności. Zdawał sobie sprawę, że podejmowane środki ostrożności - nawet to, że wybrał życie spokojnego, dla oczu postronnych, bibliofila - nie dawały dostatecznej gwarancji bezpieczeństwa. Musisz pozostać w miarę elastyczny, mówił sobie, na tyle, na ile potrafisz. Wiedział, że jeżeli nie zdobędzie się na ten wysiłek, to w średnim wieku łatwo zwiędnie, skurczy się, wyschnie i zwapnieje, stanie się kimś w rodzaju gnoma z dickensowskiego sklepu. Sam stanie się owym starym dziwakiem. Jeśli natomiast, zamiast tego, wybierał się na piesze wędrówki do znanych sobie gęsto porośniętych wrzosowisk, to widział tam przestronne krajobrazy i utrzymywał mięśnie, serce i umysł otwarte na możliwości nieskończenie wielkiego i zadziwiającego wszechświata.
Skręcając z Oak Avenue, zszedł w dół po stromym zboczu Tamarack (z liściastymi alejkami i iglastymi uliczkami). Szedł powoli - przy każdym kroku uderzając mocno obcasami, by nie upaść. Dotarłszy bez problemu do drogi biegnącej wzdłuż rzeki, skręcił w lewo i przemierzył pół kwartału w górę rzeki, w kierunku tamy. Tam, w najwęższym punkcie doliny, rzeka miała tylko trzydzieści lub czterdzieści stóp szerokości, przy czym jej wody nabierały rozpędu w wąwozie i na krawędzi tamy, spadając z hukiem na skały w dole. Zbliżając się do kładki, usłyszał piskliwe krzyki, lecz zrazu nie zwrócił na nie uwagi, przekonany, że na położonej nieco dalej ślizgawce hałasują dzieci. Ryk wody przelewającej się przez spływ na tamie tłumił wszelkie inne dźwięki. Gdy wchodził na kładkę, zerknął w dół przez lewe ramię, od strony wysokiego boku tamy, spodziewając się zobaczyć tylko półkole piwnobrunatnej wody przed śluzą.
W wodzie było dwoje dzieci, otwierających i zamykających usta w niemym krzyku. Uczepiły się kawałka kry lodowej po stronie miasteczka. Jedno z nich miało drugie pod ramieniem, a oboje drapali rozpaczliwie półkę lodową, starając się ją uchwycić, lecz jej kawałki ciągle się obrywały, i znoszeni przez prąd, w ciągu jednej, dwóch sekund tego szokującego widowiska, przemieścili się w bezpośrednie sąsiedztwo wrót śluzy.
Gdyby to było lato, przepłynęliby górą, lecz o tej porze roku nurt był słabszy i poziom wody niższy. Alex ocenił, że mimo to - zważywszy na to, gdzie się znajdowali - woda by ich przykryła. Zeskoczył z kładki, upadając na cztery kończyny i lądując na śniegu, i z całych sił popędził w ich stronę. Teraz ich słyszał: piskliwy jęk z jednych ust i krzyki z drugich.
- Trzymajcie się mocno, mocno - zawołał.
Przedarł się przez próg śnieżny przy krawędzi koryta rzeki i położył plackiem na lodzie, twarzą do dołu. Słyszał trzask kruszonego lodu, gdy usiłował energicznie uwolnić się ze skafandra z wełnianej bai. Dzieci znajdowały się przynajmniej dziesięć stóp od niego, z twarzami zwróconymi ku niemu. Dziewczynka piszczała, krztusząc się, starszy chłopiec dyszał ciężko:
- Ratunku! Ratunku!
- Idę do was! Już idę - krzyknął Alex. - Wytrzymajcie!
Dzieci miały dzikie, przerażone oczy, na twarzach i ubraniach zmrożone cząsteczki mgiełki. Alex przyczołgał się do krawędzi, próbował zbliżyć się, by móc rzucić im skafander, żeby zamiast liny posłużył do wyciągnięcia ich w bezpieczne miejsce. Pełznąc powoli do przodu - parę cali, pół stopy, cała stopa - modlił się, żeby starczyło mu czasu. Wyrzucił skafander, ale jego koniec upadł ciężko tuż obok prawej ręki chłopca usiłującej rozpaczliwie go schwycić. Kawałek lodu obłamał się pod nim, ale walcząc o złapanie się kry, pilnował, żeby nie oddalić się od dziewczynki.
Alex przesunął się do przodu na czworakach i jeszcze raz wyrzucił skafander. Tym razem ręka chłopca go pochwyciła. Alex ciągnął mocno, ale dzieci były za ciężkie; musiał podsunąć się bliżej. Jeszcze raz mocno wypchnął się do przodu, mając nadzieję, że ślizgnie się po lodzie, ale ten złamał się pod nim i mężczyzna znalazł się w wodzie.
Zimna woda sparaliżowała go i w nagłej ciemności poczuł przez moment, że traci przytomność. Mocno wierzgając, ponownie wydostał się na powierzchnię, odrzucił kawałki kry i z mozołem kierował się ku dzieciom. Siła prądu się wzmogła, gdy się do nich zbliżał, i pociągnęła go w dół. Buty uderzyły w skaliste dno koryta rzeki. Woda sięgała mu tuż powyżej mostka. Trzy stopy dalej dzieci przewracały oczami, a ramię chłopca znowu ześlizgiwało się z lodu - w odległości długości ciała od miejsca, gdzie rzeka przewalała się przez tamę.
Alex zmusił zdrętwiałe nogi do ruchu - jeden, drugi krok, jeszcze jeden. Woda sięgała teraz do szyi.
Chłopiec puścił krę, gdy Alex pół płynąc, pół skacząc, znalazł się pomiędzy nim a tamą. Chwytając dzieci mocno za ramiona, zwrócił się w kierunku brzegu, ciągnąc je za sobą. Napinając palce u nóg, szukał stopami jakiegoś kamienia czy zatopionej kłody - czegokolwiek, co mogłoby posłużyć mu za podparcie. Niespodziewanie jedna noga odmówiła mu posłuszeństwa: nie mógł jej do końca wyprostować; nie miał w niej czucia i nie wiedział, czy złapał go skurcz, czy uderzył w coś na dnie. Ruszył, wypychając biodra; parł do przodu, jednak ciężar dziecięcych ciał niemiłosiernie spowolnił jego ruchy.
Blisko brzegu wyprostował się, zauważył, że woda sięga mu tuż powyżej kolan. Lód przed nim rozpadał się z każdym jego krokiem. Nie mogąc opanować drżenia, skostniały na całym ciele, wziął dziewczynkę w ramiona i powlókł się w kierunku suchego lądu. Wciągnął ją na brzeg i położył na śniegu. Następnie wrócił po chłopca; ten dyszał głośno, usiłując stanąć na czworakach. Alex ścisnął go wokół klatki piersiowej i pociągnął w górę. Zataczając się, wyszli z wody. Gdy upadł na ziemię, ujrzał ludzi biegnących w ich stronę. Usłyszał klaksony samochodów, trzaśnięcia drzwi, wołania i krzyki. I w ciągu kilku sekund, zanim zamknął oczy, ujrzał galaktyki pomału obracające się w przestrzeniach leżących wysoko ponad rewirami serca.
Przyśniło mu się światło, i światło stało się obecnością, a obecność stała się głosem.
Musisz wrócić, szeptał głos, masz zadanie do wykonania.
Otworzył oczy i ujrzał biały jasno oświetlony pokój oraz księdza Toby'ego z purpurową stułą na szyi i lekarza stojącego obok ze stetoskopem przewieszonym przez szyję.
- Alex! - Usta księdza Toby'ego otwierały się i zamykały, aż zlały się z jego wargami. - Alex, słyszysz mnie?
- Powrócił, proszę księdza - rzekł doktor. - Mało brakowało, ale wyjdzie z tego.
Później obudził się i ujrzał księdza Toby'ego na krześle koło łóżka, czytającego jakieś czasopismo, z wyciągniętymi, skrzyżowanymi nogami. Dalej, za otwartymi drzwiami świeciła się czerwona lampka przy głównym wejściu, ludzie ubrani w zielone mundurki przechodzili żwawo to w jedną, to w drugą stronę.
Ciało Alexa było przyłączone przewodami do aparatów, które regularnie wydawały buczący dźwięk. Bulgotało mu w płucach i odczuwał w nich ból. Twarz miał zranioną i potłuczone ręce, które przeszywał rwący ból. Gdy je podniósł, zauważył, że ma zabandażowane palce.
- Oj! - rzekł chrapliwym głosem.
Ksiądz Toby, widząc, że Alex się przebudził, przysunął krzesło bliżej łóżka.
- Cześć, stary - rzekł ściszonym głosem. - Jak się czujesz?
- Boli - chrypnął Alex. - Boli, jak oddycham.
- Poboli jeszcze chwilę przy oddychaniu. Wiesz, gdzie jesteś?
- Matto-pazzo.
- Matto-pazzo?
- W szpitalu matto-pazzo.
- Tak, jesteś w szpitalu. Pamiętasz, co się stało?
- Pływałem.
- Tak, wybrałeś się trochę popływać.
Ostry ból przeszył go w koniuszkach ust, w wargach, wszędzie.
- Wiesz co, lepiej nic nie mów. Odpoczywaj. Masz zapalenie płuc, ale dobrze sobie radzisz.
Weszła pielęgniarka i ksiądz Toby wstał.
- Zaczyna z tego wychodzić - zwrócił się do niej kapłan. - Jest trochę zdezorientowany, ale myślę, że jest ciągle z nami.
- Gorąco mi! - powiedział Alex.
- Masz gorączkę, ale za chwilę może ci być znowu zimno - rzekł ksiądz Toby. - Musimy poskładać cię do kupy.
- Zamarznąć na śmierć. Łącznie z bateriami.
Pielęgniarka i kapłan spojrzeli na niego z wyrazem niepokoju na twarzach.
Alex zasnął.
Później się obudził, widział, jak światło dnia wlewa się przez okno. Zobaczył też wazon z kwiatami - czerwonymi, białymi, fioletowymi i żółtymi. Rozkwitały, zmieniając powoli barwy. Zapach rozchodził się po całym pokoju.
Znowu zapadł w sen.
Gdy się obudził, na parapecie stała ognista gwiazda betlejemska, a za nią widział gwiazdy. W hallu słychać było kolędy i bicie dzwonów.
Młoda pielęgniarka weszła do pokoju i zmieniła worek z płynem, który kapał do rurki zamocowanej taśmą do jego przedramienia. Pomogła mu podnieść się na łóżku. Łyżeczka po łyżeczce karmiła go z miseczki chudą osoloną zupą. Czuł cudownie jej ramię obejmujące jego barki. Jak słodka byłaby śmierć; właściwie można było umierać.
- Jest pani taka ciepła. - Jego głos chrypiał. - Jest pani taka piękna.
W tym momencie zmitygował się, skonsternowany tym niekontrolowanym wyznaniem. Odpowiedziała lekko ironicznym uśmiechem i wmusiła w niego następną łyżkę zupy.
Gdy później wpadł ksiądz Toby, powiedziała mu:
- Niech ksiądz pilnuje tego pana, dobrze? To prawdziwy tygrys.
- Rzeczywiście to kawał łobuza - rzekł kapłan.
Gdy wyszła z pokoju, ksiądz Toby usiadł na brzegu łóżka.
- Czyżbyś był tygrysem? - odezwał się, unosząc brwi. - Cieszę się, że wracasz do krainy żywych, Alex. Masz się lepiej? Miewasz jeszcze dreszcze?
Alex potrząsnął głową.
- Gorączkę?
- Nie, ale bolą mnie ręce, bolą mnie nogi, również twarz.
- Przez moment trochę się o ciebie martwiliśmy. Ale myślę, że wkrótce wrócisz do domu.
- Jaki mamy dzień?
- Czternasty grudnia.
- Niemożliwe!
- Możliwe, możliwe. Na moment się wyłączyłeś.
Do Alexa dotarło teraz, co się stało.
- Jak się czują dzieci? - zapytał.
- Tych dwoje dzieci? Parę dni przebywały na oddziale dziecięcym, potem wróciły do domu.
- Jak to się stało, że wpadły do wody?
- Jedna z sąsiadek miała je zabrać po próbie chóru w kościele Najświętszej Maryi Panny. Ale ulice były zbyt oblodzone i nie miała na tyle dobrych opon, żeby wjechać na wzniesienie. Uzgodnili więc wspólnie, że spotkają się na dole przy drodze biegnącej wzdłuż rzeki, na wysokości tamy. Gdy tam dotarli, chłopiec uznał, że kobieta się spóźnia. Nie chcieli stać i marznąć. Postanowili więc obrać skrót przez rzekę i spotkać się z sąsiadką po drugiej stronie.
- Czy nie wiedziały, że to bardzo niebezpieczne? Dlaczego przechodziły tak blisko przelewu?
- To nie wina chłopca. Chciał przechodzić dalej od przelewu, ale dziewczynka biegła przodem. Wołał, żeby się zatrzymała, ale było już za późno. Ona wpadła, a on pobiegł za nią. - Księdzu Toby'emu dreszcz przebiegł po plecach. - Bogu dzięki, że ty się zjawiłeś.
- Cieszę się, że są bezpieczne. Dlaczego nie puszczono mnie do domu?
- Z początku byłeś w szoku i miałeś hipotermię. Później nastąpiło wstrzymanie pracy serca, prawdopodobnie bez trwałego skutku. Ale wdało się zapalenie płuc i lekarze są jeszcze nieco zaniepokojeni z powodu serca, zważywszy na to, co ci się przydarzyło. Chodzi o okres, gdy opuściłeś szkołę - to było po ukończeniu klasy dziesiątej, prawda? Leżałeś wtedy trochę w łóżku.
- Dwa lata.
- Doktor Hendricks powiedział mi, że twoje krążenie nie jest całkiem w porządku. Chcą cię mieć na oku. Na pewno powie ci, o co dokładnie chodzi.
- W porządku - powiedział Alex sennie.
- Muszę teraz wracać do parafii spowiadać, ale zjawię się później. Mam ci przynieść kilka książek?
- Nie, dziękuję.
Znowu zrobiło mu się gorąco, myśli mu się mąciły. Gdy ponownie otworzył oczy, było już jasno i ksiądz Toby siedział na krześle i czytał.
- Kto ma pieczę nad sklepem? - zapytał Alex.
Ksiądz Toby podniósł wzrok, zamknął książkę i uśmiechnął się.
- O ile się orientuję, to nikt. Zjawiła się Maria Sabbatino. Głośno lamentowała nad tobą i poprosiła o twoje klucze. Dałem jej. Pomyślałem, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, zważywszy, że parę lat temu była u ciebie gospodynią. Powiedziała, że chce wejść i sprzątnąć, zanim wrócisz, włożyć ci do lodówki coś do zjedzenia, przybrać mieszkanie na Boże Narodzenie.
Alex jęknął.
- Niepotrzebnie, ja w każdym razie nigdy nie robię dekoracji. Odkąd chłopcy sobie poszli. Odkąd... no... Carol zawsze to robiła.
Stary ból niemiłosiernie powrócił. Ksiądz Toby spostrzegł to i przyciągnął krzesło bliżej łóżka.
- No stary - powiedział, szeroko się uśmiechając - czy wiesz, że jesteś niemałym bohaterem?
Alex patrzył na niego beznamiętnie.
- A tak. Całe miasto się w tobie zakochało.
- Ojej.
- Zdarzenie znalazło się na pierwszej stronie Halcyon Leader4, zawojowało też gazety w Toronto i poświęcono mu sześćdziesiąt sekund w CBC National5. Jednak atmosfera Bożego Narodzenia, poczucie wspólnoty, heroizm jeszcze nie umarły. Właśnie.
- Co za bzdura!
- Nie mów, Alex. Twój świetny wyczyn pływacki rozświetlił wiele serc. Wiarę w ludzi i tak dalej.
- To mogło się zdarzyć każdemu.
- Być może. Ale fakty są takie, że zdarzyło się tobie.
- Ten chłopiec uratował swoją siostrę. Ja akurat się tam znalazłem.
- I akurat uratowałeś tę dwójkę.
Alex dostał napadu kaszlu. Gdy mu przeszło, powiedział:
- Wiesz co, nie róbmy z tego jakiejś wielkiej sprawy. Wolałbym raczej, żeby ludzie o tym zapomnieli.
- Tamta rodzina nie zamierza o tym zapomnieć.
- To szkoda. Chciałbym, aby wszyscy zapomnieli.
- Ale to się nie uda, bracie.
- Mam nadzieję, że jednak tak się stanie.
- Poza tym, jesteś akurat takim bohaterem, jakiego ludzie kochają, pokornym bohaterem.
- To nie pokora. Chcę po prostu powrócić do swojego życia i nie musieć mieć do czynienia z hipotezami ludzi.
Ksiądz Toby spojrzał na niego zaciekawiony.
- Jakimi hipotezami?
Alex wzruszył ramionami.
- To fałszywe wyobrażenia.
- A cóż to takiego?
- Nie wiem. Ludzie spodziewają się czegoś po człowieku. Chcą go poznać.
- A co w tym złego, że ludzie chcą cię poznać?
Klatka piersiowa Alexa zaczęła się unosić, w płucach mu bulgotało. Przechylił się nad miską ze stali nierdzewnej, aż atak ustał. Potem opadł wyczerpany na łóżko.
- Spokojnie, stary. Nic już nie mów. Potrzebujesz odpoczynku.
Alex skinął głową i zamknął oczy.
Gdy je ponownie otworzył, zobaczył księdza Toby'ego wchodzącego do pokoju w płaszczu, strząsającego z ramion płatki śniegu.
- Dzień dobry, bohaterze.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Dlaczego nie? Przecież to prawda.
- To nieprawda.
- W czym rzecz? Nie możesz przyjąć małej pochwały?
Ksiądz Toby zmarszczył brwi i spojrzał badawczo na Alexa.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz, księże?
- To znaczy jak, Alex?
- W ten sposób.
- W jaki sposób?
- W taki właśnie.
I tak wyglądała stara gra, którą toczyli z przerwami od dzieciństwa. Jej reguły zmieniały się z latami, a sens nie był czytelny dla nikogo poza tymi dwoma graczami. Obaj jednak wiedzieli, o co chodzi. Schodząc na poziom irracjonalnego, dziecinnego zachowania, wytworzyli między sobą równowagę. Była to wojna woli, która bez względu na swą temperaturę była absolutnie przyjacielska. Od początku stała się treningiem umacniania formy dwóch raczej refleksyjnych temperamentów, trochę tak jak zwykli chłopcy popychający i przepychający się, wreszcie zaczynający się mocować bez krzty wrogości - następnie wstający i odchodzący zgodnie na spotkanie rzeczywistości.
- W jaki sposób, Molu?
Taki przydomek od dawna miał u Toby'ego Alex ze względu na swe związki z książkami.
- Otóż w taki sposób, Toffi.
Tak Alex od dawna nazywał Toby'ego, który był kiedyś uzależniony od cukierków toffi Mackintosha, a na nazwisko miał McIntosh.
- W jaki sposób?
- W taki właśnie sposób.
W miarę jak stan zdrowia Alexa się poprawiał, mężczyznę ogarniały innego rodzaju myśli. Uderzyło go, że ksiądz Toby był jego jedynym bliskim przyjacielem, właściwie jego jedynym przyjacielem, i że był obecny w jego życiu od bardzo dawna. I chociaż cenił tę przyjaźń, uświadomił sobie, że nie jest od niej uzależniony i gdyby miała zniknąć z jego życia, jak zniknęło tyle innych rzeczy, nie brakowałoby mu jej za bardzo. W przeciwieństwie do niego ksiądz Toby miał kilkoro bliskich przyjaciół, ponieważ jego dobrotliwa, wychodząca naprzeciw potrzebom bliźnich natura przyciągała do niego ludzi. Ten niski, gruby, nieśmiały Toby, który był zbawiennym towarzyszem Alexa w dzieciństwie, nie był już tym samym chłopcem co kiedyś. Jego wyjątkowy status uległ stopniowemu rozpłynięciu się w okresie, gdy Alex był przykuty do łóżka. Talent hokejowy i związane z tym schudnięcie, gwałtowne zadziałanie przysadki mózgowej w wieku lat piętnastu i autentycznie zadziwiający skok wzrostu - cudowne szczęście, jakie odczuwał z powodu swej własnej metamorfozy, przemieniły go na zawsze. Cierpienie z wczesnych lat młodości przeobraziło się w coś na kształt cierpkiej mądrości. Mdła dziecięca pobożność stała się, w jakimś sensie równolegle, czymś silnym i głębokim, co ostatecznie doprowadziło go do święceń kapłańskich.
Gdy tak prowadzili tę starą zabawę słowną, Alex zaczął czytać między wierszami. Zauważył, że w ostatnim okresie nie był nawet w połowie takim przyjacielem dla księdza Toby'ego, jak kapłan dla niego. Zauważył też, że mógł pomylić się co do łączącej ich relacji. Zawsze zakładał, że ksiądz Toby naprawdę go lubił, być może podziwiając obrany przez Alexa styl życia, właściwy dla intelektualisty. Przypuszczał, że miał do czynienia z przypadkiem późno dojrzewającego ekstrawertyka wciągniętego na spokojne wody wiecznego introwertyka, co stanowiło wygodne wzajemne uzupełnienie. Teraz zastanawiał się, czy ksiądz Toby, przecież szeregowy katolik, co prawda miłosierny, czuł do niego litość, uważając, że Alex jest samotną duszą potrzebującą przyjaciela.
Jeżeli rzeczy tak się miały, to bardzo istotna hipoteza w życiu Alexa wymagała wyjaśnienia. Przerwał grę w pół zdania.
- Księże, powiedz mi prawdę.
- Jaką prawdę?
- Dlaczego tak na mnie patrzyłeś?
- Jak patrzyłem?
- Naprawdę chcę wiedzieć.
Ksiądz Toby zaśmiał się, spuścił wzrok.
- Alex...
- Jestem gotowy się dowiedzieć. Proszę, powiedz.
- Jesteś chorym człowiekiem. Lepiej odpocznij.
- Spojrzałeś na mnie w ten szczególny sposób, którym się posługujesz, gdy chcesz o mnie powiedzieć coś, czego nie chcę słyszeć. To takie uduchowione spojrzenie.
Ksiądz Toby się żachnął.
- Coś ci się wydaje.
Popatrzyli na siebie ze sztucznie miłym wyrazem twarzy.
- Wygląda mi na to, że robisz uniki - powiedział Alex.
- A czego miałbym unikać? Słuchaj, czujesz się w tej chwili podle, Alex, i sporo przeszedłeś przez ostatnie pięć lat. Nie nadawaj rzeczom nadmiernych znaczeń.
Następnego dnia Alex otworzył oczy i zobaczył Marię stojącą obok łóżka, z wilgotnymi oczami, wpatrującą się w niego, jakby był jakimś woskowym bambino w żłobku. Mówiła mu coś o kluczach, ale nie mógł się skupić. Potem z bardzo dumną miną, wynikającą z prawa własności, wyjaśniła mu, że Bruno uratował jego skafander z bai, wyciągając go z rzeki. Parafianie zrzucili się, żeby oddać go do czyszczenia.
- Oto on - powiedziała, otwierając szafkę przy łóżku. - Jak nowy, jak kurtka powinien wyglądać, czysty pierwszy raz od pięć lat.
Zamknął oczy i odpłynął.
Później, rano, doktor Hendricks podszedł do łóżka i przekazał Alexowi szczegóły dotyczące jego stanu fizycznego, powiedział, że dopiero co przeprowadził serię testów, wyniki są dobre: wydruki elektrokardiogramu i z monitora wskazują, że serce nie jest uszkodzone. Jednak ze względu na zapalenie płuc, chce zatrzymać Alexa parę dni dłużej na obserwacji.
- Ksiądz Toby mówi, że miało miejsce zatrzymanie akcji serca - podpowiedział Alex.
Hendricks, minimalista i asekurant, lekko się skrzywił.
- Powiedziałbym, że pańskie serce nie biło regularnie.
- Czy ja umarłem?
- Mówiąc fachowo: tak. Przez trzydzieści sekund nie było pulsu i ślicznie pan zsiniał. Dosyć szybko jednak pana odzyskaliśmy. Poza wysokim ciśnieniem, związanym z zapaleniem płuc, jest pan w dobrej formie. Na razie ciśnienie jest stabilne, gdy pielęgniarka wychodzi. Proszę po prostu przez chwilę unikać skakania do zamarzniętych rzek, a będzie dobrze.
Nareszcie bez rurek, uwolniony od nieustającego dźwięku buczka, Alex wydostał się z łóżka i przemierzał pokój tam i z powrotem, penetrując las roślin doniczkowych i kwiatowe aranżacje. Kręciło mu się w głowie i miał miękkie nogi, był jednak zadowolony, że kwiaty znowu zaczęły się zachowywać normalnie: już nie rozwijały płatków jak w zwolnionym filmie, a ich fale zapachowe stały się niewidzialne. Karteczki przy podarkach zawierały kilka nazwisk, które rozpoznawał, lecz dużo bilecików było od nieznajomych. Na stoliku obok łóżka leżała paczka kopert; na wierzchu był list od jego najstarszego syna. Usiadł na skraju łóżka i go otworzył.
Kochany Tato!
Jestem z Ciebie bardzo dumny. Wszędzie się tutaj w Toronto o tym pisze. Nawet jeden z adwokatów z Osgoode Hall zapytał mnie, czy jesteśmy spokrewnieni. Jak tylko się dowiedziałem, chciałem wskoczyć w pierwszy pociąg do Halcyonu, ale mając na głowie za kilka tygodni egzaminy adwokackie, boję się, że jeśli się zjawię, to nie dam rady. Dzwoniłem codziennie do dr. Hendricksa i on mówi, że z tego wyjdziesz. Czuję się okropnie, że nie mogę akurat teraz Ci pomóc, mam jednak nadzieję, że w Boże Narodzenie wpadnę na dwa dni do domu. Chcę dowiedzieć się wszystkiego z pierwszej ręki, chociaż CBC już Cię wyprzedziło. Ha, ha!
Mam Ci parę rzeczy do powiedzenia.
Czy Andrew wie, co się stało? Próbowałem go łapać, ale na razie nie oddzwonił.
Zdrowiej jak najszybciej,
Jacob
Późnym popołudniem młoda pielęgniarka weszła do pokoju i powiedziała Alexowi, że ma gości. Wyszła na korytarz i po chwili wróciła z dwojgiem dzieci. Siedmio- lub ośmioletnia dziewczynka weszła pierwsza, za nią chłopiec mniej więcej piętnastoletni. Pielęgniarka poklepała ich czule po ramionach i rzekła:
- Zostawiam was samych. - I wyszła, zamykając drzwi.
Goście Alexa stanęli obok łóżka, zrazu niezdolni do spojrzenia mu w oczy. Czuli się nieswojo, nie wiedząc dobrze, co powiedzieć. Obwódki ich uszu nosiły purpurowe ślady otarć. Dziewczynka miała spuszczoną głowę, lecz jej oczy spoglądały na Alexa z mieszaniną nieśmiałości i poufałości. Miała słodką, gładką twarzyczkę z niebieskimi oczami, jej blond włosy były starannie uplecione w warkocz. Chłopiec wpatrywał się w podłogę; nagle oczy mu zabłysły, lecz równie szybko odwrócił wzrok. Szczupła, powściągliwa twarz, piwne oczy pod nieuporządkowaną czarną czupryną. Ściągnął szybko swoje nakrycie głowy w kształcie stożka i zerwał wełnianą dzianą czapeczkę z głowy siostry.
- Cześć - zagaił Alex.
- Dzień dobry - odpowiedzieli uroczyście unisono.
Chłopiec popchnął dziewczynkę do przodu. Wręczyła Alexowi kopertę i cofnęła się o krok.
- Chcemy panu podziękować za uratowanie nas - wymamrotał chłopiec niezdarnie. - Za wyciągnięcie nas z rzeki.
Twarz dziewczynki się rozjaśniła.
- Prawie się utonęliśmy - zawołała.
- Utopiliśmy - poprawił ją brat.
- Zginęlibyśmy! I nasza mama złamałaby sobie serce.
- Miałaby złamane serce - powiedział chłopiec.
Alex uśmiechnął się do nich i rzekł do chłopca:
- Zdawało mi się, że to ty najwięcej zdziałałeś. Nie pozwoliłeś siostrze utonąć. Jak długo byłeś w wodzie?
- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może parę minut.
- Jak macie na imię?
- Ja jestem Jamie, a to jest Hannah.
- No cóż, miło mi was widzieć. Czy wiecie, jak się nazywam?
Jamie skinął głową. Hannah podeszła do krawędzi łóżka i powiedziała żywiołowo:
- Pan nazywa się Graham. Pan nas uratował!
Chłopiec nerwowo zwijał czapkę.
- No więc, było nam miło spotkać się z panem - rzekł. - Chcieliśmy po prostu wpaść i podziękować. Pielęgniarka powiedziała, że możemy być tu tylko minutę. Musimy złapać ostatni autobus szkolny.
- Jasne, Jamie i Hannah. Dziękuję, że przyszliście. Bardzo się cieszę, że z wami już wszystko w porządku.
- Moja mama też dziękuje - dodała Hannah. - Napisała do pana list.
Obserwował, jak idą przez hall i rozmyślał nad ich zachowaniem. Był zdania, że ubogim dzieciom brakuje pewności siebie.
Wyczerpała go ta wizyta, odbywana w nieco napiętej atmosferze. Nigdy nie potrafił rozmawiać z dziećmi, co wynikało z tego, że generalnie nie umiał komunikować się z ludźmi. Położył kopertę otrzymaną od dzieci na stoliku przy łóżku, zamknął oczy i zapadł w sen.
Na kolację zjadł cały posiłek bez pomocy pielęgniarki. Po filiżance gorącej herbaty i męczącym kaszlu mającym oczyścić płuca otworzył kopertę. List był napisany odręcznie na papierze w linie, z datą trzy dni po wypadku.
Szanowny Panie Graham,
Brak mi słów, żeby wyrazić podziękowanie za Pański odważny czyn. Ryzykował Pan własnym życiem, żeby uratować Jamie'ego i Hannah. Będę Panu za to dozgonnie wdzięczna. Nie mogę Panu zapłacić (choć wiem, że należy Pan do tych osób, które i tak nie chciałyby zapłaty), ale proszę pamiętać, że jest na tym świecie pewna rodzina, która nigdy nie zapomni tego, co Pan zrobił.
Wiem, że jest Pan zajęty i ma własne, niewątpliwie bardzo wypełnione życie. Lecz jeśli znalazłby Pan odrobinę czasu, bylibyśmy bardzo szczęśliwi, gdyby zechciał Pan nas odwiedzić i zjeść z nami posiłek. Mieszkamy przy ulicy Concession 4, powyżej Wąwozu Wolfe'a.
Dzwoniłam do szpitala i powiedziano mi, że jest Pan ciągle bardzo chory, ale że wyzdrowieje. Dziękuję za to Bogu. My wszyscy tutaj (cała ósemka) codziennie modlimy się za Pana.
Z poważaniem
Mrs. Teresa Colley
PS Przyjechałabym do miasta, żeby Panu osobiście podziękować, lecz niestety obecnie nie mamy samochodu.
Włożył list z powrotem do koperty i położył ją na stoliku. Ogarnęła go przez chwilę fala smutku, gdy pomyślał o ich życiu, o którym tyle się dowiedział z tych krótkich zdań.
List nie mówił: Mój mąż i ja pragniemy Panu podziękować, lecz tylko ja. Gdzie jest mąż, jeżeli w ogóle jest. Podpisała się Mrs., więc musi być mąż. Dziewczynka nie była doświadczona, ale chłopiec był świadkiem paru bolesnych wydarzeń. Zauważył u niego coś w rodzaju rezerwy, a nawet cynizmu. Może jego matka jest kobietą, która miała kłopoty z mężczyznami i chłopiec doznał z tego powodu jakiejś krzywdy? Dziewczynka, bez wątpienia, będzie wzorowała się na matce i sama doświadczy szkody, chociaż to nie przyjdzie od razu.
Wzmianka o zapłacie. Dlaczego to poruszyła? Może dlatego, że sama walczy o byt, ma swoją dumę i musi płacić, żeby funkcjonować w życiu, chcąc uniknąć zobowiązań i upokorzeń, których musiałaby doznać, przyjmując pomoc. Z drugiej strony, zaprosiła go na posiłek do własnego domu. Jeżeli to była szczera oferta, traktowała gościnność swej rodziny jako coś godnego szacunku.
Przeprosiła za to, że nie dziękuje osobiście, tłumacząc to brakiem samochodu. Było raczej rzadkością, żeby mieszkańcy wsi pozostawali bez samochodu. Czy został oddany do naprawy? Może ktoś go przejął. Czyżby jej mąż odjechał nim i go nie zwrócił?
Alex usiadł raptownie w łóżku i w myślach zganił siebie samego. To było osądzanie, powiedział do siebie. Uprzedzenie. Przypomniał sobie, że wiele kobiet znajduje się w poważnych tarapatach nie ze swojej winy. Dlaczego zakładał to najgorsze? Rzeczywiście, ostatnie dane statystyczne na temat nieudanych małżeństw nie były zadowalające: sześćdziesiąt procent z tendencją rosnącą. Mogła być wszelako wdową walczącą heroicznie, by utrzymać dzieci ze skromnych zasobów.
Jak słusznie stwierdził ksiądz Toby, nie był w dobrej kondycji. Jego stan sprawiał, że był bardziej podatny na wyobrażanie sobie różnych rzeczy. Ten umysł, umysł! Ciągle gotowy przenosić własne założenia na innych, na wspólnotę, na cały świat. Relacje międzyludzkie są tak skomplikowane i zawsze skręcające w kierunku irracjonalności. Trzeba czym prędzej wracać do sklepu i książek.
1 Właściwie: Silicon Valley (Dolina Krzemowa); wszystkie przypisy, chyba że zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza.
2 Lampkę wina (wł.).
3 Wspólny Memoriał Findleya.
4 Przewodnik Halcyoński.
5 Canadian Broadcasting Corporation (Kanadyjska Rozgłośnia Radiowa).
Doktor Hendricks odesłał Alexa do domu dwudziestego grudnia, nafaszerował go antybiotykami i surowo nakazał, żeby odpoczywał. Wypuścił go tylko pod warunkiem, że otworzy księgarnię dopiero po Nowym Roku. Gdy taksówka podjechała do krawężnika, Alex rzucił z lubością okiem na szyld witryny swojego sklepu: Książki Zimorodka. Srebrzysto-niebieskie pióra błyszczały w popołudniowym słońcu, oko ze szlachetnego kamienia mrugnęło do niego, grzebieniasty czubek skłonił się w królewskim pozdrowieniu wracającemu gospodarzowi.
Próbował zapłacić kierowcy, mężczyźnie o nazwisku Jedediah Smythe, który był jego kolegą klasowym, a którego koleje życiowe od tamtego czasu rzadko zbiegały się z jego. Jed odmówił przyjęcia pieniędzy, mówiąc:
- To już moja sprawa, panie Graham.
- Chyba żartujesz.
- Ojej, mówię poważnie.
- Ale dlaczego?
- A musi być powód?
- To bardzo ładnie z twojej strony, ale ja nie mogę ci na to pozwolić.
- Jak następnym razem uratuje pan komuś życie, to znowu przejedzie się za darmo.
- Nie zrobiłem niczego, czego nie zrobiliby inni.
- Jasne. - Jed uchylił czapki. - No to wesołych świąt, panie Graham, i spokojnie, okej?
Podkręcił szybę i przygazował, aż opony przywarły do śliskiej nawierzchni alejki i taksówka ruszyła do przodu. Alex patrzył, jak znika za garbem na wysokości Oak Avenue.
No tak, już się zaczęło. Jest personą publiczną, bohaterem. Ale dlaczego Jed cały czas nazywał go panem Grahamem?
Potrząsając głową, wszedł na schody, zauważył, że ktoś oczyścił je ze śniegu. Otworzył drzwi do księgarni i wszedł do środka, wdychając z lubością zapach starzejących się książek i starego werniksu. Spoglądając dokoła na ciemną boazerię i panelowy sufit, witając milczące rzędy ściśniętych książek, nieomal nadepnął na stertę kopert rozrzuconych pod otworem na listy. Z pewnym wysiłkiem pochylił się i zebrał je wszystkie. Na szczęście biurko było niedaleko drzwi. Podszedł do niego na chwiejnych nogach, usiadł i nie zdejmując skafandra i butów, zaczął sortować pocztę. Kilka rachunków, parę listów służbowych i kilka tuzinów kartek świątecznych (poprzednio rzadko otrzymywał więcej niż dziesięć). Nie otworzył żadnej, czytał tylko adresy nadawców, których większości nie rozpoznawał. Nie było niczego z Anglii.
Była jedna kartka od Jacoba. Uśmiechając się, Alex rozciął kopertę nożykiem i wyciągnął kartę, która na pierwszy rzut oka wydawała się fotografią placu budowy. Po bliższym przyjrzeniu się dostrzegł, że jest to jakieś abstrakcyjne dzieło sztuki wykonane z aluminium, zatytułowane: Anioł.
Cześć Tato!
Moi informatorzy meldują mi, że za parę dni wypuszczą Cię za dobre sprawowanie. To wspaniała wiadomość. Jestem pewien, że w czasie świąt będziesz zajęty, skoro zostałeś bohaterem miasta. Miałem nadzieję, że wpadnę na dzień lub dwa do domu na wakacje, ale zdarzyło się coś wielkiego.
Chciałem Ci powiedzieć osobiście, ale nie wychodzi, jak planowałem. Poznałem kogoś nadzwyczajnego. Jej rodzina jest dość zamożna i zaprosiła mnie do Whistler na całe Boże Narodzenie. To taka okazja, która zdarza się jeden raz w życiu - pełny pakiet wczasowy w najlepszym uzdrowisku narciarskim Kolumbii Brytyjskiej, a nawet w ogóle na świecie. Oni za mnie płacą.
Bądź spokojny - to rodzinny wypad i będziemy tam stale pilnowani. Wracamy pod koniec pierwszego tygodnia stycznia. Czy jest szansa, żebyś przybył do Toronto spotkać się z nią? Daj mi znać telefonicznie, zanim wyruszysz.
Moc uścisków. Radosnych świąt Bożego Narodzenia!
Jacob
Jak ona ma na imię, Jacob? Kto to jest? Jak wygląda?
Powiesiwszy skafander na wieszaku i zdjąwszy buty, postawił je równo na macie przy wejściu, sprawdził zegar po dziadku, który się zatrzymał, gdy Alex przebywał w szpitalu. Ustawił należycie wskazówki: minutową i godzinową, nakręcił sprężynę i udał się na górę do swego mieszkania. Tam zauważył, że salon jest przystrojony czymś, co - jak zgadł - było włoskimi dekoracjami. Były to kolorowe wstążki przecinające pokój krzyżowo, czekoladowi święci zwisający na nitkach z żyrandola oraz dania z dziwnie wyglądającej masy kandyzowanej na każdym stole. Kuchnia błyszczała czystością jak oddział szpitalny, linoleum było wyszorowane i nawoskowane po raz pierwszy od lat, lodówka pełna plastikowych pojemników z doczepionymi małymi karteczkami.
Sypialnia nie była szczególnie zmieniona, choć stosy książek wzdłuż ścian były ułożone bardziej prosto i widać było, że ktoś tam odkurzał. Na stoliku nocnym koło łóżka zauważył wazon z czerwonymi goździkami obok zdjęcia Carol. Wyrzeźbiony w drewnie krucyfiks wiszący nad łóżkiem został oczyszczony, jego korpus wytarty z kurzu i nasączony oliwą. Wytarty dywan był odkurzony, obrazy na ścianie wyprostowane. Bielizna w łóżku z baldachimem też była zmieniona i nie było to już kłębowisko przesiąkniętych potem poduszek, zalatujących piżmem kocy i zszarzałych prześcieradeł, tylko nieskazitelnie czyste dzieło: świeżo wyprasowana biała pościel zdradzała, że została wygotowana i wykrochmalona, podwinięta niczym zgięta kartka i przykryta niebieskim kocem misternie wykończonym rdzawoczerwoną szydełkową lamówką.
Był tam ślad Marii.
Czuł wdzięczność za jej liczne przejawy życzliwości i pomyślał, że powinien do niej przedzwonić, jednak nagle poczuł się tak znużony, że położył się na łóżku i zasnął.
W Wigilię Bożego Narodzenia stan jego płuc na tyle się poprawił, że postanowił stawić czoło zimnu nocy i pójść na pasterkę. Włożył garnitur i krawat, wyczyścił buty i z głębi zakamarków szafy w sypialni wydobył jedną ze swych najwartościowszych rzeczy: płaszcz, który należał jeszcze do jego dziadka. Długość i krój całe pokolenia temu wyszły z mody. Poza tym jedwabna podszewka była cienka, ale jodełkowy tweedowy wierzch wydawał się niemal w takim stanie, jak w dniu wyprodukowania. Ważył dwa razy tyle, co współczesne płaszcze. W sam raz pasował w ramionach, co uzasadniało ubranie go nie tylko dlatego, że był ciepły, ale i dla podkreślenia tradycji, godności, znaczenia. Do tego dodał jeszcze jeden skarb: wełniany szkocki szal klanu Grahamów, w kratę - leśna zieleń przecinana czernią.
Zwykle w ciągu roku kościół Najświętszej Maryi Panny wypełniony bywał w niedzielę tylko w trzech czwartych, dzisiaj jednak pozostały jedynie miejsca stojące, co zresztą było typowe w okresie Bożego Narodzenia. Na organach w chórze grała z większym niż zwykle entuzjazmem panna Dufort, wraz z młodszą siostrą, również panną Dufort, która przewracała strony. Mszę świętą koncelebrowali proboszcz, wielebny Penny, oraz ksiądz Toby. Prezbiterium roiło się od ministrantów, był wśród nich Jamie Colley. Homilię, rozważanie na temat aspektu Wcielenia w wierze katolickiej, wygłosił ksiądz Toby. Alexowi trudno było się skoncentrować, chociaż był pewny, że treść była równie znakomita, jak płynący prosto z serca przekaz. Próbował się modlić przez całą mszę, ale był wyczerpany i rozproszony natężeniem emocjonalnych bodźców. Hymn po komunii wykonały dzieci z parafii, które zgromadziwszy się na tle bożonarodzeniowej sceny, śpiewały rzewną Kolędę dzwonów i potrząsały różnorodnymi dzwoneczkami. Alex oparł się pokusie rozejrzenia się po ławkach w poszukiwaniu kobiety bez męża otoczonej kilkorgiem dzieci.
Po modlitwach końcowych organy potężnie rozbrzmiały pieśnią na wyjście: Ten dzień tak bardzo radosny. Wierni wychodzili chwiejnym krokiem, śpiewając banalny tekst dopisany do kompozycji Bacha. Na szczęście słowa zagłuszyły stuletnie niemieckie piszczałki. Gdy pieśń się skończyła, wśród tłumu w ławkach rozległy się pełne uniesienia rozmowy. Wiele osób kierowało się ku wyjściu, dzieci biegały po nawach tam i z powrotem. Tylko garstka wiernych klęczała, modląc się u żłóbka pod ołtarzem.
Alex przyklęknął w przejściu między rzędami ławek i starał się iść pod prąd, mając nadzieję, że jeżeli skieruje się ku bocznemu wyjściu, to nie zostanie zauważony. To mu się nie udało, gdyż co kilka kroków ktoś wyciągał do niego rękę, by go uścisnąć, klepnąć po plecach, wypowiedzieć słowa, których nie można było dosłyszeć w tym zgiełku. W pewnym momencie zaszli mu drogę Bruno i Maria Sabbatino i uściskali go. Alex podziękował Marii za wszystko, co dla niego zrobiła. Miała łzy w oczach i ręką od gestów wykonała lekceważący ruch. Bruno namawiał, żeby Alex wpadł na łyk wina i pokaz rękawiczek z "elektrowerkiem", lecz Alex grzecznie odmówił.
Doszedłszy do wyjścia awaryjnego po lewej stronie prezbiterium, popchnął drzwi i znalazł się na zewnątrz, wolny! Powietrze było znacznie chłodniejsze niż wcześniej wieczorem. Chwycił go kaszel. Owijając twarz szalem, pospieszył wzdłuż bocznej alejki, skręcił w lewo w przecznicę i w ciągu kilku minut znalazł się w domu.
Była już godzina druga w nocy. Późna pora i choroba poprowadziły go z wolna ku schodom i w kierunku łóżka. Nie miał nastroju na świętowanie. Myśl o łyku wina czy kęsie ciasta z bakaliami, a nawet wysłuchaniu choćby jednego nagrania z kolędą, wywoływała w nim uczucie egzystencjalnej żałości, zionącej pustki. W takich sytuacjach pospieszna ucieczka w królestwo snu była najlepszym wyjściem.
Nagle pomyślał o Andrew, odczuwając przez chwilę niepokój, chłopakowi bowiem nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by nie skontaktował się w Boże Narodzenie. Był ciekaw, czy syn wysłał kartkę lub list i powiedział sobie, że na pewno to zrobił. Może przesyłka zatrzymana została przez pocztę brytyjską, spóźniła się na odprawę lotniczą i dopiero teraz przepływała Atlantyk na pokładzie statku albo jako wiadomość w butelce. Andrew zawsze był trochę roztargniony, jeśli chodzi o czas, harmonogramy i ostateczne terminy. Był bardzo inteligentny, intelektualnie zdolniejszy niż Jacob, lecz łatwo podatny na impulsy. Był niekonsekwentny i brakowało mu prawniczych przymiotów: poczucia wagi spraw i trwałej równowagi umysłu, w czym z kolei celował Jacob. Andrew może zadzwoni jutro. Z drugiej strony mógł po prostu zapomnieć.
Z początku Alex nie był pewny, licząc różnicę czasu. Później zdawszy sobie sprawę, że w Anglii jest już siódma, podniósł słuchawkę telefonu stojącego przy łóżku. Odłożył ją na widełki. Jeszcze obudzi chłopaka. Jednak jeżeli pójdzie do łóżka i zadzwoni później w ciągu dnia, Andrew będzie prawdopodobnie poza domem spędzać czas z kolegami. Jeszcze raz podjął słuchawkę i pomagając sobie książką adresową, wykręcił numer Tyburne College1.
Trwało minutę, zanim uzyskał połączenie na linii międzykontynentalnej i zanim dał się słyszeć podwójny angielski sygnał. Wkrótce potem Alex usłyszał nagrany komunikat:
Dodzwoniłeś się do Tyburne College w Oksfordzie. Nasze biuro jest zamknięte do dwudziestego siódmego grudnia. Jeżeli życzysz sobie uzyskać połączenie z biurem profesora lub pokojem studenta, wciśnij numer wewnętrzny. Jeżeli chcesz przekazać wiadomość, zacznij mówić po sygnale.
Personel i studenci Tyburne życzą szczęśliwego Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku.
Alex nie znał numeru wewnętrznego do Andrew, więc po sygnale powiedział: Dobry wieczór. Mówi Alex Graham z Kanady. Próbuję skontaktować się z moim synem Andrew, studentem Tyburne. Czy mogą państwo poprosić go, żeby przedzwonił do mnie do domu? Szczęśliwego Bożego Narodzenia państwu i wszystkim dobrej nocy.
Odłożył słuchawkę, uśmiechając się do siebie, zadowolony z tego, że potrafił użyć brytyjskiego wyrażenia określającego telefonowanie2, które przypomniało mu się w związku z filmami o lotnikach RAF-u w czasach II wojny światowej. Wyrażenie "Szczęśliwego Bożego Narodzenia" było ich wersją "Radosnego Bożego Narodzenia" i to - jego zdaniem - wersją lepszą, bo czym innym jest dawanie radości, a czym innym dawanie szczęścia. Po stwierdzeniu, że nie jest zdolny ani do jednego, ani do drugiego, udał się spać, biorąc ze sobą Opowieści wigilijne Charlesa Dickensa, ilustrowane wydanie oksfordzkie, oraz śmiertelnie poważne tomisko, które nabył niedawno dla księgarni: studium na temat ruchów rewolucyjnych w dziewiętnastowiecznej Rosji, napisane sześćdziesiąt pięć lat przed rewolucją bolszewicką przez emigracyjnego dekabrystę mieszkającego w Paryżu. Pozycja ta była tak rozkosznie usypiająca, że gdyby Dickensowi się nie udało, Rosjanie by go uśpili. I w tej sprawie, podobnie jak w wielu innych, Alex miał rację.
Obudził się, nie czując się zdrowym, więc pozostał w łóżku przez cały dwudziesty piąty i dwudziesty szósty grudnia - trochę spał, trochę czytał, wstawał tylko, by wmusić w siebie trochę jedzenia i przepłukać gardło. Na dole pukano do drzwi, ale nie odpowiadał. Nie było żadnych telefonów. W pewnym momencie wziął prysznic, a potem, gdy się golił, zauważył w na wpół zaparowanym lustrze, że jest chudszy niż zazwyczaj. Zważył się i ku swemu zdziwieniu stwierdził, że stracił prawie dwanaście funtów, czego raczej nie udawało mu się dokonać wcześniej. Normalnie trzymał dobrą formę, przynajmniej jeśli chodzi o posturę i mięśnie, z ledwo dostrzegalnymi objawami średniego wieku, ujawniającymi się w pasie. Teraz jednak wyglądał, jakby te rezerwy stopniały. Z odległości dwudziestu kroków mógłby uchodzić za młodego atletę, jednak z bliska widoczne były oznaki i rezultaty starzenia się. Poszedł do kuchni, gdzie zagrzał sobie jedną z duszonych potraw przygotowanych przez Marię i zmusił się do zjedzenia porcji.
Rankiem dwudziestego siódmego grudnia wykonał jeszcze jeden telefon do Oksfordu. Tym razem odpowiedział żywy człowiek. Właściwie spodziewał się jednego z tych zimnych angielskich głosów, doskonale poprawnych i od stóp do głów przejmujących chłodem (jeszcze jeden przesąd!), w typie tych, z którymi często się spotykał, gdy u londyńskich handlowców zamawiał rzadkie pozycje, których nakład został wyczerpany. Mile zaskoczył go przyjacielski męski głos.
- A tak, panie Graham. Sprawdziliśmy nagrania w dzień Bożego Narodzenia i natknęliśmy się na pańskie. Dzięki za radosną wiadomość. Zostawiliśmy informację pod drzwiami pokoju Andrew. Nie oddzwonił do pana?
- Jeszcze nie. Czy rozmawiał z nim pan?
- Nie, ale to nic nadzwyczajnego o tej porze roku. Dosyć ściśle kontrolujemy studentów w trakcie semestru. Jesteśmy tu bardziej wspólnotą niż instytucją. Nie jesteśmy typowym oksfordzkim college'em, czego pan jest niewątpliwie świadom.
- Oczywiście, Andrew jest tam bardzo szczęśliwy.
- Spodziewam się, że jest, proszę pana. Jednak w domu przebywa ponad sześćdziesięciu młodych mężczyzn, więc nie zawsze jesteśmy w stanie dokładnie wypowiedzieć się na temat ich wyjść i powrotów. Niektórzy mają zajęcia w innych college'ach. Inni są na seminariach, a kolejni pobierają nauki w jeszcze innych miejscach. A o tej porze roku są dosyć rozbiegani. Tylko garstka pozostała na święta.
- Andrew do nich nie należał?
- Chyba nie. Sądzę, że wyjechał z kumplem. Wielu z naszych chłopaków zaprasza zagranicznych studentów na Boże Narodzenie do siebie.
- Ale nie jest pan pewien?
- Niestety nie, ale spróbuję się dowiedzieć.
- Dziękuję bardzo, panie...
- Groves, John Groves, proszę pana. Jestem sekretarzem college'u.
- Jestem panu bardzo wdzięczny za pomoc, panie Groves. Otóż od jakiegoś czasu nie mam wiadomości od Andrew i zaczynam się trochę niepokoić. To całkiem do niego niepodobne.
- Nie napisał do pana?
- Od jesieni.
- A mejlował?
- Wie pan, ja nie mam internetu. Nie jestem online, jak to mówią.
Groves lekko się zaśmiał.
- Proszę mi wybaczyć, panie Graham, powinienem był panu wyznać, że to się często zdarza. Młodzi ludzie z zagranicy przejmują nagminnie nasz styl życia - historia, kultura, wie pan. No i znaczenie mają atrakcje Londynu. Oni czasami zapominają zadzwonić do domu. Ostatecznie ustatkowują się.
- Rozumiem, to bardzo pocieszające.
- Studenci mają wrócić trzynastego stycznia. Jeżeli pański syn nie skontaktuje się do tego czasu, to myślę, że zrobi to, gdy zastanie wiadomość. Również ja mu o tym osobiście przypomnę.
Alex odłożył słuchawkę, czuł się trochę głupio. Powinien był wiedzieć, że jest proste wyjaśnienie. Gdy powiedział Grovesowi, że nieskontaktowanie się Andrew z domem jest do niego niepodobne, niezupełnie dokładnie przedstawiał rzeczywistość. Andrew zdarzało się, że nie pamiętał o urodzinach, nawet o własnych, a jego spóźnialstwo stało się przysłowiowe. Jacob żartował, że Andrew cierpi na "chronodemencję" - stan, który czyni jego młodszego brata niezdolnym w danym momencie dnia do orientacji, która jest godzina. To żart rodzinny, ale było w nim coś na rzeczy. Nie był to oczywiście żaden stan chorobowy - raczej cecha osobowości, jako że Andrew łatwo dawał się wciągać w tysiąc i jeden fascynujących, lecz drugorzędnych spraw, nie bacząc na cel główny. Na uniwersytecie w Toronto otrzymał tytuł licencjata historii dzięki przypływowi czystej inteligencji, lecz metodą obcą bardziej poukładanemu Jacobowi.
Od sierpnia Andrew napisał trzy razy i zadzwonił raz pod koniec października. Z entuzjazmem odnosił się do swego nowego życia, gawędząc o wielu nadprogramowych zainteresowaniach, na przykład o debacie, w którą się zaangażował w miejscu zwanym Związkiem Oksfordzkim, a także o ekscytujących przyjaźniach - słowem o wszystkim z wyjątkiem tematu zajęć u swojego profesora. Zapisał się do Magdalen College, lecz jego domem było Tyburne. Mówiąc ściśle, Tyburne nie było wydziałem uniwersytetu. Pod parasolem uniwersytetu w Oksfordzie znajdowało się oficjalnie trzydzieści osiem college'ów, ale miasto było też siedzibą kilku stałych instytucji prywatnych. Tyburne było jedną z takich instytucji, niewielkim instytutem oferującym nauczanie z dziedziny historii i kultury, choć pierwotnie stanowiło miejsce zamieszkania dla katolików studiujących w funkcjonujących college'ach. Mogło się pochwalić salą seminaryjną, podziwu godną biblioteką oraz kaplicą. Przypadek ten był dosyć wyjątkowy, ponieważ żaden z budynków Tyburne nie miał więcej niż dziesięć lat. Było nowoczesne, wygodne i stanowiło terytorium "papieskie" na terenie uniwersytetu, którego kolejne ciała zarządcze nie zezwoliły od czasów reformacji na utworzenie choćby jednego katolickiego college'u akredytowanego przez Kościół katolicki.
Alex dużo poświęcił, żeby wysłać Andrew do Oksfordu. Pomogło niepełne stypendium oraz zarobki chłopaka z jego letniej pracy. Jednak te środki żadną miarą nie pokrywały lwiej części kosztów. Alex spieniężył ostatnią część swego spadku (obligacje z dawnych oszczędności ojca) i opróżnił własne konto, narażając w ten sposób przyszłość Zimorodka. Niemniej jednak ryzyko się opłaciło. Andrew mógł być nieobliczalny, ale był utalentowany i zasługiwał na danie mu szansy. Zadowolenie Alexa, że jeden z jego synów go prześciga, było po części podyktowane tym, że on sam po szkole średniej nie poszedł na uniwersytet. Oceny bowiem miał mierne, zdrowie słabowite, a chęć opuszczenia Halcyonu równą zeru, mimo iż zdarzały mu się momenty, kiedy powab innych miejsc zawładał jego wyobraźnią. Późnym popołudniem, dosyć zdezorientowany, postanowił odświeżyć sobie znajomość pokoi na parterze. Okrył szyję szalikiem, owinął się w przetarty szlafrok w szkocką kratę i powoli, krok za krokiem, cały czas trzymając się poręczy, zszedł na dół na korytarz. Zatrzymał się na moment, łapiąc oddech, po czym skręcił w prawo do największego z czterech pokoi na parterze. Z płucami było chyba lepiej, ale w mało sprzyjających momentach powracał bezwład i zawroty głowy. Opadł na jedno z dwóch prostych krzeseł stojących obok kominka na użytek klientów, oparł głowę i odpoczywał. Kochał ten pokój, bo był to salon rodzinny w czasach, gdy był chłopcem. Obfitujący we wspomnienia, był ośrodkiem jedynego domu, w jakim kiedykolwiek mieszkał. Przymknął oczy i uleciał w przeszłość, do początków.
Pełzając na czworakach, mały Alex pchał malowane ołowiane żołnierzyki po terenie bitwy pomiędzy biurem taty i jadalnią. Przeskoczywszy parę lat do przodu, zobaczył siebie rozciągniętego na pledzie przy kominku, czytającego na swój sposób książki o Narnii, podczas gdy żar palącego się węgla drzewnego przypiekał mu jedną stronę twarzy.
- Starczy na jeden wieczór, Alexandrze. Czy odrobiłeś pracę domową?
- Nie, mamo.
Rzeka czasu płynęła dalej i Alex ujrzał siebie uśmiechającego się do Carol. Ona również uśmiechała się do niego. Siedzieli przy karcianym stoliku, grając w Scrabble, i spoglądali na siebie, każde usiłując wygrać dzięki dłuższym i bardziej zmyślnym słowom. W tym czasie, gdy jego ojciec zrzędził z narożnego fotela nad Globe and Mail3, zegar dziadka wybił dziewiątą. I Alex małymi majuskułami wyliterował: Kocham cię. Następnie ona: Ja też cię kocham. Alex przeszukawszy stos liter, odpowiedział: Będziemy tańczyć jak tamte trzy jelenie. Zarumieniła się.
Następnego roku, gdy ojciec i matka omawiali coś pilnego za zamkniętymi drzwiami biura po drugiej stronie hallu, Alex i Carol siedzieli naprzeciw siebie w fotelach po obu stronach kominka i wsłuchiwali się w syk płomieni i szum wiatru w kominie. Nie mogąc już dłużej się powstrzymać, padł niczym rycerz na jedno kolano, wziął obie dłonie Carol w swoje i poprosił ją o rękę. A ona napisała końcem palca na jego otwartej dłoni: Zgadzam się. Bardziej czytelne było jednak jej spojrzenie, równie szybkie i nieśmiałe jak lotna kaligrafia pszczół wykonujących orientalne kółka lub taniec jesiennych jeleni. Potem, nie wypowiadając słowa, spojrzeli sobie głęboko w oczy, w których migotały iskierki ognia.
Jakiś czas później Alex i jego narzeczona stali po obu stronach matki, witając weteranów, adwokatów, sędziów i księży przybyłych, żeby złożyć wyrazy współczucia w pokoju ciągle zdominowanym obecnością sędziego. Trumna stała pod oknami salonu, przykryta starą flagą narodową, medalami oraz krzyżem. Powietrze przesiąkło ckliwą wonią gladioli, róż, chryzantem i wiecznie zielonych wieńców.
- Był wielkim człowiekiem, Marto, wielkim człowiekiem.
Zostawiwszy na chwilę matkę, Alex poszedł do biura ojca i znalazł skrzypce leżące na sejfie. Wróciwszy do salonu, położył je na trumnie, co wywołało u matki napad szlochu.
Następowały kolejne wspomnienia: Carol cała w bieli, matka w różowej sukni, kobiety wzajemnie się całujące, promieniujące szczęściem, wszędzie dźwięczące kieliszki z winem, uśmiechnięty ksiądz Toby, proszący o ciszę.
- Wznoszę toast za małżeństwo zawarte w niebie - oświadczył. - I miejmy nadzieję, że niedługo ujrzymy drużynę hokejową małych Alexandrów, ślizgających się tu wokoło.
Goście ryknęli śmiechem i pospieszyli tłumnie do pokoju wznieść toast. Carol znowu się rumieniła, Alex zaś uśmiechnięty, wpatrywał się w podłogę. Nienawidził wszelkich badawczych spojrzeń i tęsknił za przejażdżką pociągiem do miasta Quebec, gdzie będą mogli wreszcie być sami. Będą mogli pospacerować milcząco, co tak uwielbiają, chłonąc atmosferę starych uliczek, świętych ludzi, wielkiej rzeki - całej tej docierającej historii, płynnej jak woda.
Gdy wrócili z miesiąca miodowego, matka wprowadziła ich do tego właśnie pokoju i mocno ścisnęła im dłonie. Ze łzami w oczach rzekła:
- Teraz już nie mam żadnych argumentów: to mój dar dla was obojga, żebyście mogli wystartować w życiu. Kwestie prawne są już załatwione. Mnie będzie w Toronto bardzo dobrze - te nowe mieszkania własnościowe to najbardziej praktyczny wynalazek, a ja zawsze uważałam, że ten dom jest za duży dla tak małej rodziny jak nasza. Wiem, że gdyby twój ojciec był tutaj, toby mnie poparł. Dom jest wasz i możecie z nim robić, co chcecie.
- Ależ mamo - wykrzyknęła Carol. - Nie będziesz czuła się samotna?
- Będzie mi was obojga bardzo brakować, ale miasto jest tylko parę godzin jazdy stąd, a połączenie kolejowe dobrze funkcjonuje. Zatem będziemy się często widywać. I zdradzę wam mały sekret: Nigdy nie czułam się w Halcyonie do końca komfortowo. Jestem osobą mniej wymagającą niż Angus. Nie urodziłam się tutaj i... no cóż, żona sędziego...
Nie skończyła wyjaśniać, ale żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by pytać, co miała na myśli.
- Angus zostawił wam mały spadek - dodała. - Nie wystarczy, żeby z niego żyć, ale dwoje młodych zakochanych niewiele potrzebuje, prawda?
I rzeczywiście nie potrzebowali wiele. Mama przeprowadziła się do swego mieszkania, a Carol i Alex wprowadzili się do sypialni pana Domu na Halcyonie, jak lubili go nazywać w pierwszych latach. Marzyli i planowali, modlili się i w końcu zdecydowali się na księgarnię. I taki był początek ich wielkiej przygody.
- Ale jak go nazwiemy? - zapytała Carol pół roku później, będąc już w czwartym miesiącu ciąży, gdy rozpakowywali pudła z książkami lub zbijali razem półki.
- Chcesz powiedzieć, że to będzie chłopiec? - spytał Alex.
- Mnie chodzi o nasz biznes.
- Nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Co myślisz o Trzech Tańczących Jeleniach?
- Hm. - Skrzywiła się, marszcząc brwi tak uroczo, że nie potrafił oprzeć się, żeby jej nie pocałować.
- Proszę natychmiast przestać, panie Graham. Musimy poważnie pogłówkować, jeżeli chcemy dokonać otwarcia za dwa tygodnie.
- Nigdy nie otworzymy. Za bardzo mnie absorbujesz.
Zrobiła śmieszną minę, która była wypróbowaną metodą zabicia namiętności. Śmiejąc się, opadli na tapczan.
- No więc, co z tym zrobimy? - zapytał.
- Z czym?
- Z trzema jeleniami.
- O nie - odparła, potrząsając głową. - To za bardzo intymne. To tylko na twój i mój użytek, nikogo innego.
- No to jak ją nazwiemy?
- Może Książki Halcyonu?
- Mało oryginalne.
- To prawda. Masz jakieś sugestie?
Trzymali się za ręce i dumali przez chwilę.
- Teraz trafiłeś w dziesiątkę - powiedziała Carol, skinąwszy głową. - Tak, myślę, że to jest to.
Podali sobie ręce, później się ucałowali i wrócili do pracy.
Urodził się Jacob i dosyć szybko zaczął przemieszczać się po salonie, przewracając stosy książek, wspinając się na półki, zamęczając przeglądających książki dziesiątkami pytań, na które nie sposób było odpowiedzieć.
- Carol, ja przez niego oszaleję, klienci również się wyniosą. Możesz przyjść i go zabrać?
- Czas na twoją drzemkę, Kuba - rzekła, odsłaniając w uśmiechu zęby i podnosząc chłopca. - Przepraszam, panie Findley. Mam nadzieję, że nie zawracał panu głowy.
- Ależ nie, absolutnie nie - odparł ponadosiemdziesięcioletni pan Findley, najzamożniejszy człowiek w mieście, z obwisłymi policzkami i bokobrodami jak baranie kotlety. - To bystry chłopiec i daleko zajdzie. Ale zdaje się, że rozerwał lekko kartkę w pierwszym wydaniu Goldsmitha. Może zechce pani udzielić małego rabatu, jako że jestem absolutnie zainteresowany zakupem tej pozycji.
W mgnieniu oka pojawił się również Andrew - obgryzający grzbiety słowników, bawiący się papeterią, rozrzucający po podłodze korespondencję.
I tak to trwało. Zanim się połapał, chłopcy poszli do szkoły przy parafii Najświętszej Maryi Panny, matka znalazła się w domu opieki, liczny rodzinny klan Carol wtargnął pewnego lata niczym huragan, po czym odjechał, sprzedaż raz rosła, raz spadała. Matka umarła. Potem przyszedł na Carol pierwszy atak raka, po którym nastąpił spokój. I ulga. Ale również smutek, bo lekarz powiedział, że już nie będzie mogła mieć dzieci. Spadek się wyczerpał, a dochody ze sprzedaży książek właściwie nigdy nie wystarczały. Sprzedali skrzypce, które okazały się wartościowe; wykonano je w tym samym mieście i epoce, co stradivariusy, choć były gorszej jakości. Sprzedali również pianino, razem z książkami prawniczymi ojca i kilkoma innymi rzeczami. Pozwoliło to przetrwać rodzinie i księgarni.
Otworzywszy oczy, Alex rozejrzał się po salonie, obecnie głównej sali Zimorodka. Ściany były wyłożone dębowymi półkami, które dopóty pięły się w górę, dopóki nie zetknęły się ze zdobionymi gzymsami sufitu, wysokiego na dwanaście stóp. Książki całkowicie wypełniały półki, a nawet wysypywały się, tworząc sterty, gdzie tylko było miejsce. Wolno stojące półki przedzielały pokój na wnęki i alkowy, tak iż całość przypominała przeładowaną bibliotekę, zawierającą około dwudziestu czterech tysięcy tomów. Szesnaście tysięcy innych tytułów składowano w trzech mniejszych pokojach na parterze. Jeden z nich mieścił literaturę klasyczną i współczesną, inny - książki z dziedziny sztuki i historii. Trzeci zaś stanowił kolekcję rosyjską. Był to pokój najmniejszy i, pod względem liczby pozycji, najmniej znaczący. Składał się bowiem z mniej niż dwóch tysięcy tytułów. Był to jednak owoc trzydziestu lat badań i znacznych inwestycji pieniężnych, jak również niemałego wysiłku. W istocie była to ogromna miłość Alexa.
Duża część tej kolekcji składała się z klasyki: Tołstoja, Dostojewskiego i Czechowa, w różnych dziewiętnastowiecznych przekładach, jak również pisarzy, takich jak Pasternak i Szołochow, wydanych w czasach sowieckich. Osobny dział miał Sołżenicyn, podobnie jak dysydenccy poeci, których niektóre dzieła uzyskał Alex przez pośredników w Niemczech i Szwajcarii. Wiele z tych książek stanowiły zwykłe niebeletrystyczne pozycje obejmujące szeroki zakres tematyczny, pisane po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku - niektóre z czasów przed rewolucją, niektóre z ery sowieckiej, niektóre postsowieckie. Wszystkie jednak dotyczące takiego czy innego aspektu związanego z Rosjanami oraz terytoriami, które wpadły w objęcia imperiów carskiego i sowieckiego. Niewiele było materiałów marksistowskich i Alex oznakował nieliczne książki z tego gatunku samoprzylepnymi czerwonymi nalepkami, na których napisał: Propaganda - tylko w celach studiów historycznych.
Cechą wyróżniającą jego kolekcję była naprawdę duża liczba starych dzieł rosyjskich. Wiedzieli o niej naukowcy z całej Ameryki Północnej, zgłębiający slawistykę. Nie umknęła też uwagi w Europie, ponieważ Alex nie szczędził grosza na rzadkie książki w języku rosyjskim. Dobrą jedną czwartą tych pozycji wydano przed rewolucją, w tym poszukiwane klasyki, jak pierwsze wydanie Ojców i dzieci Turgieniewa, Eugeniusza Oniegina Puszkina, Bohatera naszych czasów Lermontowa oraz - najbardziej nadzwyczajne ze wszystkich: Martwe dusze Gogola.
Alex nauczył się cyrylicy, mając czternaście lat, gdy leczył się z gorączki reumatycznej. Pozostając w pozycji horyzontalnej, nie mając nic do roboty, czytał - w takt niekończącego się całymi dniami i tygodniami tykania zegara - setki National Geographic usztaplowanych koło łóżka. I gdzieś w połowie okresu rekonwalescencji natknął się na artykuł o Syberii. Ziemia ta była tak obca, a jednak tak dziwnie znajoma, że serce mu niebezpiecznie waliło, w miarę jak rosła w nim fascynacja. Na jednym z obrazków była śliczna dziewczyna o policzkach niczym jabłka. Miała tańczące oczy obramowane czerwonym futrem - z miejsca się zakochał. Był tam też chłopiec - jego rówieśnik, galopujący na kudłatym kucyku w poprzek pokrytego lodem jeziora - natychmiast się z nim zaprzyjaźnił. Znał ich, chociaż nie był w stanie wyjaśnić skąd.
Owego wieczora, gdy ojciec zajrzał na krótką pogawędkę, Alex poprosił go, żeby kupił słownik rosyjsko-angielski.
- Rosyjski? - spytał ojciec. - Czyżbyśmy bali się komunistycznej inwazji?
- Nie, tato - odpowiedział, podnosząc czasopismo dla zilustrowania, o co chodzi.. - To jest... to jest... to jest...
To było jak ogień i woda. To życie promieniowało żarem w czymś, co wydawało się strefą zera absolutnego. Mroźne chmury wrzały na wszystkich wargach, jakby oddech był zmaterializowaną mową duszy.
- To jest jak greka - powiedział, wskazując znak na fotografii jednej ze stacji kolejowej na Arktyce.
Ponieważ Alex dopiero niedawno nauczył się alfabetu greckiego i akurat przedzierał się w oryginale przez Iliadę, i ze względu... owszem, ze względu na problemy z sercem ojciec przestrzegł go przed braniem na siebie zbyt wielu rzeczy naraz.
- Grahamowie mają w genach ogromne zdolności językowe, Alexandrze. Nie przeczę, ale powinieneś skupić się na czymś jednym.
- Dam radę z dwoma. Litery są całkiem podobne, a poza tym...
- Nie, Alexandrze.
- Proszę, tato.
- Powiedziałem nie.
Alex zatrzymał przez chwilę wzrok na przejmująco napiętych ustach ojca i jego oczach przepełnionych bólem. Wówczas zrozumiał: ojciec uważał, że byłaby to bezcelowa strata czasu i pieniędzy, bo Alex może nie pożyć na tyle długo, żeby zyskać z tego jakąś korzyść.
- Czy najszybciej jest dostać się z jednego miejsca do drugiego po linii prostej? - zapytał chłopiec.
- Tak - odpowiedział sędzia, marszcząc brwi.
- Ale Einstein mówi, że przestrzeń jest zakrzywiona. Może to znaczy, że możemy dotrzeć do miejsca przeznaczenia, przecinając łuk krzywej.
- Niezupełnie za tobą podążam, Alexandrze.
- A może to tak jak jedno oko i dwoje oczu.
- Możesz to wyjaśnić?
Chłopiec położył dłoń na jednym oku.
- Widzisz, tato?
- A co niby chcesz, żebym zobaczył?
- Jedno oko widzi to samo co dwoje oczu.
- Tak...
Alex siedział, jakby kij połknął i pośpiesznie wyrzucił z siebie z ogromnym przekonaniem:
- Jedno oko widzi płasko, a dwoje oczu głęboko, ale głębia jest niewidzialna i odkrywa się ją dopiero, gdy jej już nie ma. Może więc głębia jest czymś w rodzaju krzywej w przestrzeni lub krzywej w umyśle. Nie chciałbym jednak powiedzieć, że jest to krzywa w czasie, gdyż jest to niemożliwe ze względu na fizykę prędkości światła i naszą biologię, ale jeżeli wziąć dwa alfabety...
- Uspokój się, Alexandrze, uspokój się - rzekł Angus, popychając lekko chłopca, żeby się położył. - Teraz odpocznij, jesteś cały czerwony i puls ci skacze.
Alex czuł, jak pulsuje mu niespokojnie tętnica szyjna, a myśli biegną tu i tam, mieszając wszystko w trzęsawisku wyobraźni. Miał w uszach tętent koni. Potem poczuł rękę matki na czole, głaszczącą i głaszczącą. Nie sposób było mieć oczy otwarte, bo wówczas wszystkiemu brakowało głębi, a może to była sama głębia. Miłosiernie zapadł w sen.
Następnego dnia usiadł na łóżku i poprosił o Małego konstruktora. Zbudował statek kosmiczny i znowu zasnął.
Kolejnego dnia po południu odwiedził go Toby (mama powiedziała, że może być tylko godzinę, bo Toby jest... no cóż, był niezdarny i tłukł różne rzeczy, chociaż zawsze przez przypadek). Gdy mama zeszła na dół, żeby zrobić chłopcom gorącą czekoladę, Alex powiedział mu, że słyszał, jak doktor powiedział, że może nie dać rady.
- Nie dać rady - rzekł Toby jękliwym głosem. - Co to ma niby znaczyć?
Alex wzruszył ramionami. Poprosił Toby'ego, żeby mu przyniósł model ożaglowanego szkunera, który stał na biblioteczce. Gdy przyjaciel to zrobił, Alex potrzymał go przez chwilę w dłoniach, po czym wepchnął na kolana Toby'ego.
- Chcę, żebyś go sobie wziął.
- Nie chcę go - wymamrotał Toby. Jego dolna warga drżała w twarzy okrągłej jak dynia. Krótkie palce z paznokciami przyciętymi do żywego mięsa pieściły czule łódkę.
- Teraz jest twój.
- Nie chcę go - zapiszczał jeszcze raz, a cała twarz mu nabrzmiała.
- Musisz to wziąć, bo ja umrę.
W tym momencie obaj chłopcy usłyszeli stłumiony okrzyk i podnieśli głowy. W drzwiach stała mama z twarzą wykrzywioną bólem. Odwróciła się i pośpiesznie odeszła korytarzem.
Toby zabrał łódkę do domu i tego samego dnia ojciec Alexa kupił synowi słownik rosyjsko-angielski.
- Tato, czy myślisz, że mógłbyś poprosić Leo, żeby do mnie przyszedł - zapytał Alex z wyrachowanym spojrzeniem.
- A któż to taki, u licha, ten Leo? - odrzekł ojciec z zaniepokojoną miną.
Dwa lata wcześniej dwunastoletni Alex siedział nad rzeką Clementine, w miejscu, gdzie przepływa ona przez las, milę na północ od miasta. Za siedzenie służyła mu niezwykle płaska skała. Miał zwyczaj od czasu do czasu tam się udawać, żeby trochę pomedytować. Był tam zawsze sam i zawsze szczęśliwy przyglądał się falom, których nie obchodziły jego rozmyślania. Wyrwany delikatnym świstem z zadumy, zauważył starego mężczyznę stojącego parę kroków dalej, zarzucającego wędkę, której linka przemknęła przez jeden z głębokich akwenów rzeki. Przez moment pozostali w milczeniu, świadomi swej obecności. Alex powrócił do wpatrywania się w nurt rzeki, życząc sobie, żeby mężczyzna poszedł. Stary człowiek raz po raz spoglądał na niego i być może on też liczył na to, że zostanie sam.
Gdy na końcu liny wyłonił się z rzeki karp i stary człowiek uklęknął, żeby wyjąć haczyk, Alex nie zdołał się powstrzymać i się zbliżył. Ryba była gruba, o metalicznym połysku. Protestowała ostatkiem tchu. Trzepocząc się, tworzyła optycznie symetryczny obraz srebrzystych łusek przechodzących w czarne, potem w białe, i znowu w srebrzyste - płynne dzieło sztuki powoli zmieniające się w pełne godności nieruchome formy.
Stary człowiek podniósł głowę.
- Woda - powiedział.
Alex wpatrywał się w niego z zainteresowaniem.
- Wygląda na to, że jesteś nad wodą od dłuższego czasu, chłopczyku - rzekł z twardym obcym akcentem.
Alexowi nie przyszła do głowy żadna odpowiedź.
- Czekasz na złotą rybkę, żeby do ciebie przemówiła?
- Ryby nie mówią - rzekł Alex, mierząc go podejrzliwie.
- Otóż mówią. W moim kraju mówią dużo, może za dużo.
- Co ma pan na myśli?
- Co mam na myśli, co mam na myśli? - westchnął starzec wyrozumiałym głosem. - Nie da się opowiedzieć, chłopczyku.
- Nie jestem chłopczykiem.
- Jeśli wolisz, dobrze: to nie jesteś chłopczykiem.
- Ale co pan chciał powiedzieć?
- A dlaczego miałbym ci mówić?
- Bo lubię wiedzieć.
- To spytaj te ryby.
- Te ryby nie mówią.
- Nie? No tak, to dlatego że w tym kraju ryby nie są magiczne. Nic tu nie jest magiczne.
Alex patrzył, jak starzec odcina głowę ryby ząbkowanym nożem.
- W moim kraju jest chłopiec taki jak ty - powiedział stary człowiek, odcinając płetwy i ogon.
- Kto to jest?
- Mój wnuk
- Och.
Kolisty kształt, kolisty dźwięk - miniaturowe potwierdzenie rozszerzającego się kosmosu.
- On jest daleko stąd, bardzo daleko.
- Gdzie?
- W kraju archanioła.
- A gdzie to jest?
- Na wschodzie, na północy.
- Czy on odwiedzi tu pana?
- Już nigdy go nie zobaczę.
- Och.
Kształt kosmosu się zagina, jajo rozpada się w płaską linię, kolisty dźwięk redukuje się do umierającej nuty muzycznej.
- Czas - westchnął stary mężczyzna. - Oj, czas, czas.
- Kronos - powiedział chłopiec.
- Kronos? To nie po angielsku?
- To po grecku.
- Aha, to jak rosyjski.
I tak oto ten stary człowiek wkroczył w życie Alexa. Był nowym woźnym w szkole. Mieszkał w jednym pokoju na zapleczu kościoła Najświętszej Maryi Panny. Doglądał kotła grzewczego, odgarniał śnieg z chodników, a w wolnym czasie czytywał szeptem do siebie. To chyba tyle, co trzeba wiedzieć. Ale miało się ujawnić kilka ciekawych szczegółów: chodził w niedzielę na mszę, lecz nie przyjmował komunii. A na ścianie w jego pokoju, gdzie Alex wszedł któregoś dnia, żeby doręczyć wiadomość od nauczyciela, było dziwne niewielkie malowidło niewiasty przyciskającej do piersi niemowlę - matka i dziecko, policzek przy policzku.
- Bogorodica - powiedział stary człowiek, wskazując na niewiastę. - Boża Rodzicielka.
- A pan? - zapytał śmiało chłopiec.
- Leonid - rzekł stary mężczyzna, wskazując na środek klatki piersiowej.
- Leonid - powtórzył Alex posępnie.
- Któż to taki, u licha, ten Leo? - zapytał jeszcze raz ojciec.
- Leo ze szkoły.
- Masz na myśli woźnego? Do czego, u licha, on ci potrzebny? A, rozumiem: żeby ci pomóc w rosyjskim. Wątpię, żeby zechciał, Alexandrze, tak naprawdę niewiele o nim wiemy.
- Rozmawiałem z nim. On jest dobry, wiem, że jest dobry.
Ostatecznie więc biedny Leonid Wozinsky został przywleczony, żeby siedział na krześle obok łóżka, ze słownikiem w ręku, wpatrując się w małego bogatego chłopca. Leonid wyglądał jak Dziadek Mróz, chociaż był chudszy i nie miał brody: policzki miał czerwone, nos jak guzik, a błyszczące oczy nieomal orientalne. Ojciec był tego dnia w sądzie, matka kręciła się nerwowo. Podała gościowi do rąk filiżankę herbaty i wyszła, zostawiając uchylone drzwi.
Sfatygowane robocze ubranie Leonida niewątpliwie wprawiało go w zakłopotanie, bo po łyknięciu dwoma haustami herbaty, miął dużymi kwadratowymi rękami swą sukienną czapkę, ponownie ją prostował, po czym przykrył nią dziurę w spodniach na wysokości kolana.
Stary Rosjanin i chłopiec popatrzyli na siebie przez chwilę.
W końcu Leonid chrząknął i wymamrotał:
- Rzeka jest zamarznięta.
- Wiem - powiedział chłopiec. - Smutno panu, że jej nie widać?
- Tak. Latem, jak już wyzdrowiejesz, zabiorę cię w to miejsce, gdzie się spotkaliśmy.
- O tak - rzekł Alex radośnie. - Proszę.
- Proszę po rosyjsku to pożałujsta.
- Pożałujsta! - wyszeptał Alexander, wypróbowując to słowo, jakby było jakimś kluczem obracającym zamek.
Leonid się uśmiechnął.
- Podoba ci się?
- Tak, podoba mi się.
- Dobrze, to teraz zaczynamy.
Otworzył słownik. Jego twarz nabrzmiewała długotrwałą ironią.
Przez dwa następne lata Leonid przyniósł wiele książek, cennych rosyjskich książek, przeważnie opowiadania dla dzieci i młodzieży. Czytał je na głos i pokazywał obrazki, jakby Alex był dzieckiem. Rodzice Alexa posłusznie kupowali płyty i kasety, aby uzupełnić te sesje. Później Leonid brutalnie zażądał uczenia się na pamięć, pisania wypracowań i tłumaczenia akapitów. Wywiązywanie się z tych zadań nagradzane było czytaniem na głos nowel. W końcu mężczyzna i chłopiec zaczęli wymyślać opowiadania. Rosyjskie bajki Leonida. Fantazje dziecięce Alexa. Leonid był szczególnie wymagający w kwestii akcentu.
- Słownictwo to zdechły karp - ogłosił energicznie. - Jest niemy i bezbarwny.
- Słownictwo to ryba? - zapytał Alex, marszcząc brwi.
- Z akcentem - karp pływa, skacze, jest złoty!
- Ryby mają akcent?
Puknął się w głowę: - Wiedzieć nie znaczy widzieć, Aleksandr.
Puknął się w klatkę piersiową: - Inżynieria to nie sztuka.
Wywalił język i pomachał nim: - Rozmawiać nie znaczy mówić.
- Rozmawiać nie znaczy mówić - powtórzył Alex z powątpiewaniem. - Co to znaczy?
- Chodzi o muzykę w języku, poezję!
- Ale co ma pan na myśli? - dopytywał się.
- Nic. Jesteś za młody, żeby zrozumieć.
- Nie, wcale nie jestem. Proszę mi powiedzieć.
- Niet.
- Pożałujsta!
Leonid zareagował najbardziej przekonującą bronią, bardziej zniechęcającą niż jego usposobienie: spojrzeniem spod nieczułej stalowej maski.
Innego dnia, gdy był w milszym nastroju, powiedział:
- Co dzisiaj przeczytamy, Sasza?
- Dlaczego nazywasz mnie Sasza? - zapytał Alex, wiedząc, że Sasza to taki kotek w bajce Piotruś i wilk.
- Sasza to zdrobnienie imienia Aleksandr - wyjaśnił Leonid.
- Wolałbym, żebyś mnie tak nie nazywał.
- To będę cię nazywał Saszeńka.
To było jeszcze gorsze - takie dziecinne i brzmiące trochę żeńsko. Alex potrząsnął głową.
- Mógłbyś nazywać mnie Aleksiej - zasugerował.
- Aleksiej nie jest zdrobnieniem od Aleksandr.
- Ależ jest - zaprotestował Alex.
- Właśnie że nie! To są dwa różne imiona. Sasza pochodzi od Aleksandra, Alosza od Aleksieja.
- To będę Aloszą.
- Nie, głupi chłopaku! - rzekł Leonid, cały się gotując. - Nic nie rozumiesz. Sasza to Sasza, a Alosza to Alosza.
W zakłopotaniu każdy z nich starał się zmusić drugiego do odwrócenia wzroku.
- Nie możesz nagiąć reguł? - powiedział Alex po chwili.
- Niet.
- Choć trochę?
- Niet, niet!
- Jeśli poproszę złotą rybkę, pozwoli mi, bym wypowiedział życzenie, i wówczas będziesz musiał nazywać mnie Aloszą.
- To idź i poproś ją.
- Pójdę, gdy poczuję się lepiej.
- To poczuj się lepiej.
Ni stąd, ni zowąd Leonid zaczął trząść się w niemym śmiechu.
- O co chodzi? - spytał Alex.
- O ciebie, właśnie o ciebie.
- Przykro mi - powiedział Alex, okazując autentyczną skruchę. - Nie chciałem być niegrzeczny.
- Nie, nie, dobrze, że walczysz, Saszeńka.
- Nie zwracaj się tak do mnie.
- No, walcz jeszcze ze mną, walcz twardo - jak ta rybka na żyłce.
Z całym formalizmem będącym na usługach młodzieńca o wyższym statusie społecznym Alex odrzekł:
- Wolałbym, żebyś zwracał się do mnie per Alosza albo nie używał żadnego określenia.
Leonid wyszczerzył zęby.
- To niemożliwe.
- Gdybyś chciał, tobyś mógł.
- Nie, angielski chłopczyku, nie mogę. Czy chcesz, żebym zniszczył język rosyjski, rosyjską tradycję, tylko po to, żeby cię uszczęśliwić?
- O... nie.
- Dobrze, to powiedz mi, dlaczego tak bardzo lubisz imię Alosza.
- Nie wiem.
- Czy chodzi o bajkę? Czy powodem jest Głupi Alosza i żarptak?
- Nie.
W rzeczywistości jednak o to chodziło. Bo sierota Alosza stał się wysoki, silny i przystojny po tym, jak schwytał magicznego żarptaka i podarował go królowi. Ten zaadoptował chłopca i nagrodził pałacem oraz górą złota. I tak został on Księciem Aloszą Mądrym.
- To pójdźmy na kompromis - oznajmił Leonid. - Nazwę cię Alik. To zdrobnienie od Aleksandr.
- Alik - mruknął Alex bez entuzjazmu, ale zadowolony z małego zwycięstwa.
Gdy słownictwo Alexa osiągnęło pewną masę krytyczną, zgodzili się rozmawiać ze sobą tylko po rosyjsku. Zrozumienie rosło dziwnie skokowo, nigdy po linii prostej, zawsze po zakrętach, falach i stycznych.
- Kiedy przyjechałeś do Kanady? - zapytał raz Alex.
- Zapomniałem. - Leonid wzruszył ramionami.
- Zawsze byłeś woźnym?
- Nie.
- A co robiłeś, zanim tu przybyłeś?
Stary mężczyzna wyglądał przez okno sypialni i nie odpowiadał.
- Łowiłeś?
- Tak, łowiłem - odrzekł zamyślony. - Zawsze łowiłem.
- A gdzie twoja rodzina?
Twarz starego przybrała formę maski.
- Oni są w Rosji?
Bez odpowiedzi.
- Archangielsk? Czy tam mieszkają?
- Inteligentny z ciebie chłopak. Może zbyt inteligentny.
- Na wschodzie i północy?
- Nie pytaj. - Starzec dyszał z goryczą, niczym wicher w Arktyce.
Alex zrozumiał więc, że są sprawy, których lepiej nie tykać. Jednak inne tematy były dozwolone.
- Czy w Rosji łapałeś karpie?
- Tak.
- Dobrze smakowały?
- Doskonale, jak kurczaki. Jak magiczna ryba, która spełnia życzenia.
- Naprawdę? - zareagował Alex, robiąc duże oczy.
Zaowocowało to jednym z niezmiernie rzadkich u Leonida uśmiechów.
- Jasne, że tak. W Rosji wszystkie złote rybki spełniają życzenia.
- To dlatego tak świetnie smakują?
- Da, właśnie dlatego są tak smaczne.
Tego rodzaju odpowiedzi były możliwe dlatego, że woda stanowiła punkt, gdzie przecinały się krzywe dwóch żywotów.
- Wymowę masz już jak mały Rosjanin - stwierdził Leonid pod koniec owych dwóch lat. - Nie jest doskonała, ale jest... - Gwałtownie szukał właściwego określenia. - To rzadki przypadek, to zdumiewające.
- To cudowna zdolność do języków wyssana z mlekiem matki u Grahamów - powiedział Alex po rosyjsku.
- O, co za popis, Alik - odparł Leonid z odrobiną drwiny. - Jeżeli nie umrzesz, zostaniesz jednego dnia wielkim profesorem.
W którą jednak stronę płynęła woda, Alexander Graham nie mógł jeszcze dostrzec - ani jednym okiem, ani dwoma. Choć we wszystkich bajkach woda wpływała do morza, morze pozostawało poza zasięgiem wzroku, za krawędzią świata.
Gdy skończył szesnaście lat i jako tako powrócił do zdrowia, było za późno na zadawanie staremu człowiekowi śmielszych pytań. W międzyczasie przeniósł się on do Toronto albo gdzieś poza Toronto. Wyjechał zaraz po tym, jak stwierdzono, że Alex powrócił do zdrowia. Była jesień, ulice Halcyonu pokryte były, jak dywanem, złotą i krwistą czerwienią, zmywaną przez deszcz i zamieniającą się w czerń. Chłód przenikał do kraju, spychając go w doroczną drzemkę. Sędzia Graham odwiózł Leonida na przystanek autobusowy koło kawiarni przy szosie numer 11. Alex też pojechał, skrywając ból, tłumiąc w sobie słowa, które zdradziłyby nadmiar elokwencji. Leonid nachmurzył się, gdy wymieniał z chłopcem uścisk dłoni, a jeszcze bardziej, gdy sędzia włożył mu do ręki kopertę. Miał kamienną twarz, gdy wpychał ją do kieszeni.
Wchodząc po schodkach do autokaru, odwrócił się i powiedział:
- Woda, Aleksandr. Po chwili, jakby się poprawiając lub też pozwalając sobie na większą swobodę, szepnął:
- Woda, Alosza.
Woda - ich pierwszy i ostatni temat.
I zniknął na zawsze.
Alex zakaszlał i otrząsnął się ze wspomnień. Po raz ostatni rozejrzał się po księgarni, podniósł się z trudem i podreptał na górę. Tam położył się do łóżka i pozostał w nim do rana następnego dnia. Po śniadaniu zaryzykował zejście do salonu i powrócił do wspomnień.
Miał lat siedemnaście, był więźniem szkoły średniej, której nienawidził. W wolnym czasie czytywał bardziej wymagające rosyjskie książki, słuchał taśm, studiował rozbudowane słowniki, ćwiczył akcent, tęsknił za Leo, zastanawiał się, dlaczego jego przyjaciel w ogóle nie daje znaku życia. Później miał lat osiemnaście - całe godziny codziennie samotnie spacerował. Latem samotnie pływał. Nieniepokojony w sypialni brał się za monumentalne powieści: Wojna i pokój, Bracia Karamazow, Cichy Don, Doktor Żywago - na pierwszy ogień szła wersja angielska, później rosyjska. Czytając, porównywał tekst oryginalny z tłumaczeniem. Tłumaczenie wielkiej literatury - jak zauważył - było tyle sztuką, co nauką, i niewiele przekładów angielskich, z którymi się zapoznał, cechował ów przymiot sztuki. Mimo iż kompetentni technicznie tłumacze często przekazywali materię utworu nienaruszoną, to po drodze gubili jego duszę. Martwy karp a żywy karp.
Alex zaczął podejrzewać, że rzeczywista Rosja - jej charakter, jej dusza - była praktycznie Zachodowi nieznana. Zaintrygowany tą ideą, później nią owładnięty, wkrótce całkowicie się jej poświęcił. W miarę jak jego zauroczenie z okresu, gdy miał lat dziewiętnaście i dwadzieścia przemieniało się w prawdziwą pasję, nie przestawał tak naprawdę zadawać sobie pytania, dlaczego tak ma być. Dopiero wkroczenie Carol w jego życie przyhamowało nieco tę pasję, zapobiegło temu, że nie stała się obsesją. W ciągu jednej zimy próbował napisać po rosyjsku powieść, używając języka potocznego. Produkt końcowy: tragiczna opowieść o dziewczynie o różanych policzkach i chłopaku ujeżdżającym kuca, żyjących nad Morzem Białym w regionie Rosji arktycznej, których czystą miłość zniszczył zły komunistyczny komisarz - była tak przewidywalna i tak nużąca, że nawet jej autor był nią znudzony. Liczyła sto osiemdziesiąt stron na luźnych kartkach w linie, i wszystkie je Alex spalił, zanim ktokolwiek zdołał ją przeczytać. Przy czym nie chodzi o to, czy ktoś ze znanego mu świata potrafiłby odcyfrować pismo pisane odręcznie cyrylicą. Chociaż jego coraz lepsze zrozumienie ludzkiej psychologii - wywiedzione w dużej mierze z Dostojewskiego - pozwalało mu od czasu do czasu na próbę autorefleksji, poczucie ironii, które ona wywoływała, było w pełni charakterystyczne dla duszy słowiańskiej.
- Wszyscy rusofile to romantycy - w ten sposób napominał często samego siebie w tym okresie swego życia. Jednakże był szczęśliwy, że pozostał romantykiem, a Rosja odległa o ocean i oddzielona żelazną kurtyną poiła gorzką słodyczą jego nieodwzajemnioną miłość. Po latach, gdy kurtyna została wreszcie zdarta, ukazując to, co z tej duszy pozostało, był już starszy, chory z niepokoju o niedomagającą żonę i niezdolny do osobistego odkrywania tego kraju, o którym tak często marzył. Rok po jej śmierci rozważał ideę podróży. Był to impuls wynikły wyłącznie z jego desperackiej chęci ucieczki od wiszącej w powietrzu otchłani rozpaczy. Chociaż doprowadził aż do tego, że otrzymał paszport, to dokument ten nie został wykorzystany i bez wątpienia pozostałby na zawsze w szkatułce spoczywającej w szafce sypialni.
Z miejsca, gdzie teraz siedział w salonie, miał widok, przez korytarz, prosto na salkę rosyjską usytuowaną w południowym skrzydle budynku. Słońce zaglądało przez szyby frontowego okna, odbijając na podłodze z twardego drewna wzorzec oprawionego w ołowiane ramy szkła. Snop światła przeciął jedyną dekorację pokoju - niewielkie malowidło przedstawiające Władimira Sołowjowa wiszące na ścianie nad szafką z przedmiotami o charakterze religijnym: książkami liturgicznymi, wydrukami ikon w foliowych koszulkach, pismami filozofów religijnych oraz żywotami rosyjskich świętych.
Wpatrywał się przez parę minut w salkę rozjaśnioną zapalonym światłem i ocieploną tysiącem związanych z nią wspomnień. Była sercem budynku, jego prawdziwym centrum. Nagle zapragnął wypić filiżankę mocnej czarnej herbaty, nalanej z kipiącego samowara. Rzeczywiście miał samowar. Raz i drugi rozpalił pod nim w przeszłości, teraz jednak spoczywał on w kącie rosyjskiej salki. Porysował się jego srebrny korpus, pokrył nalotem, pozbywając się mistyki. Jak piękne i pocieszające byłoby sączenie tego napoju i wydobywanie z pamięci tych wszystkich wersów, które dla niego tyle znaczyły.
Wyszeptał na głos fragment z Turgieniewa:
W owych dniach zwątpienia, w owych dniach straszliwych wspomnień związanych z losem mojej ojczyzny, ty jeden jesteś moją siłą i moją podporą, o wielki, potężny, prawdziwy i wolny języku rosyjski! Gdyby nie ty, jak można by nie popaść w rozpacz, widząc, co się dzieje w naszej ojczyźnie? Nie dziwota, że taki język dany jest nie byle jakiemu, lecz wielkiemu ludowi!4
- Zimorodek! - wykrzyknął Alex, siadając prosto. Przecież Halcyon to stara nazwa greckiego mitu o zimorodku5.
Tak, wielkiemu ludowi. Lecz ludowi rozdartemu przez wewnętrzne sprzeczności: a to spojrzenie na zachód ku Europie, a to na wschód ku Orientowi. Spojrzenie w górę w kierunku Boga oraz w dół ku ziemi. Spojrzenie na zewnątrz w kierunku świata akcji i do wewnątrz ku kontemplacji. Gwałtowność i mistyka, osada i pustkowie, ikona i miecz.
Bardziej Dostojewski niż Turgieniew, który stał się sumieniem swego ludu - jego emocjonalność to ikona emocjonalności rosyjskiej - był wyrazicielem jego bólu, grzechów, wściekłości, dojmującej żałości i ciągle odżywających nadziei. Alex często pytał siebie, czy ten istotowo duchowy krzyk znajdujący odbicie i powracający echem w literaturze rosyjskiej jest tym, co w Rosjanach go pociągało. Dlaczego ich ból wydawał się górować nad niezliczonymi cierpieniami innych ludów? Czy było tak, ponieważ musieli oni zmagać się bezpośrednio z surowością bytowania w stopniu, w jakim żadna inna nacja nie musiała się borykać? Albo było tak, ponieważ pokazywali to najwymowniej, mówili o życiu tak, jak nikt inny, zaświadczając o tym, że niebo i ziemia są wszędzie wokół nas i w nas samych? Świadcząc o brutalnej wojnie toczonej przez duszę wśród upajającego, cudownego bytu? Piękno i śmierć na językach wszystkich: od chłopa pańszczyźnianego po księcia?
Może.
Oczywiście walka ze śmiercią nie cechowała tylko Rosjan. W Ameryce Północnej jednak pilnowano, by nie wyszła poza własne ramy: przypisu do życia. No właśnie, tu leżała istota sprawy.
W chwilach rozmyślań Alex zastanawiał się nad dziesiątkami lat jego fascynacji tym krajem. Czy nie było czegoś patetycznego w człowieku takim jak on, który prawie nie ośmielił się wytknąć nosa poza granice swego bezpiecznego i uporządkowanego otoczenia? Kto potrafiłby zrozumieć Wschód jako przygodę z pozycji fotela? Chociaż nie był kimś znaczącym - był tego świadom - nie chciał odrzucić od razu wszelkich innych wyjaśnień. Czy możliwe było, żeby Bóg chciał zachować geniusz Rosji na małych wysepkach wygnania, czekając, aż jej kultura stanie się wolna i znowu zapuści korzenie w rodzimej glebie? Jeśli tak, to specyficzne zainteresowanie Alexa osiągnęło swój cel.
Czy moje życie się skończyło? Zapewne tak.
Możliwe, lecz jego kuratela nad obcym dziedzictwem jeszcze się nie skończyła. W zeszłym roku napisał do człowieka o nazwisku Sierow, zamieszkałego w Sankt Petersburgu, poleconego mu przez dystrybutora rzadkich książek z Berlina. Zaoferował mu sprzedaż całej kolekcji rosyjskiej Zimorodka. Na razie nie otrzymał odpowiedzi. Zważywszy na obecne status quo w Rosji, list mógł nie dotrzeć do adresata. Nie mając żadnej wiadomości od miesięcy, Alex podjął niełatwą próbę kontaktu przez telefon, używając swej własnej wersji literacko-leonidowego rosyjskiego, mając nadzieję uzyskać numer jakiegokolwiek Sierowa mieszkającego w Sankt Petersburgu nad Kanałem Gribojedowa. Telefonistka nikogo takiego nie znalazła. Firma Sierowa: Rzadkie Książki i Rękopisy - Pietrowskij nie figurowała też w miejskim spisie telefonów. Zadzwonił do Berlina, lecz jego berliński kontakt nie mógł zaoferować mu innego wyjaśnienia niż następujące:
- W tej chwili sytuacja jest niestabilna. Proszę jeszcze raz spróbować drogą pocztową.
Napisał ponownie, ale do tej pory nie otrzymał odpowiedzi.
Zazwyczaj nie trzeba było wiele, by pobudzić ten czy ów aspekt misternego romansu Alexa z Rosją, dzisiaj jednak miał już dosyć. Westchnął, wstał z fotela, przemierzył korytarz i zamknął francuskie drzwi rosyjskiej salki. Następnie powlókł się na schody i doszedł do swego apartamentu, gdy usłyszał znajome tykanie i bicie zegara.
1 Fikcyjna uczelnia w Oksfordzie dla katolików.
2 Ring up (ang.).
3 Świat i Poczta.
4 Iwan Turgieniew, Język rosyjski - hymn na cześć języka rosyjskiego z roku 1882 - przekład własny tłumacza.
5 Alkyóné (łac. Alcyone) - w mitologii greckiej: córka króla wiatrów Eola i żona Keyksa, syna Gwiazdy Polarnej. W Metamorfozach Owidiusza zamieniona w zimorodka, a Keyks w nurka. Mit ten tłumaczy siedem dni spokoju na morzu w okresie lęgu zimorodków.
Dwudziesty dziewiąty grudnia wstał jasny i błękitny i w miarę jak wschodziło słońce, z dachów zaczął kapać topniejący śnieg. Alex miał pokusę wyjścia, by zażyć nienormalnie dobrej pogody, jednak wydostanie się z łóżka trochę go kosztowało i gdy usiłował się ubrać, zrezygnował w połowie drogi. Dowlókł się do łazienki, żeby odchrząknąć. Minął zawrót głowy, lecz ciążyło mu nadal wyczerpanie fizyczne, wrócił więc do łóżka i pozostał tam przez cały poranek. Później w ciągu dnia dzwonił ksiądz Toby, żeby dowiedzieć się, jak się czuje. Wymówił się też od ich dorocznego toastu na Nowy Rok, ponieważ w sylwestra miał odprawiać mszę wieczorną w parafialnej kaplicy misyjnej w Maplewoods. Wpadł doktor Hendricks, żeby przepytać i zbadać Alexa. Płuca wyglądają lepiej, orzekł doktor, spadła też temperatura, zbliżając się do normalnej. Ciśnienie jednak było ciągle wyższe niż być powinno.
- Z powrotem do łóżka - rozkazał lekarz.
Andrew nie zadzwonił tego dnia, z pewnością dlatego, że nie wrócił jeszcze do Oksfordu.
Trzydziesty dzień grudnia był równie bezbarwny. W wigilię Nowego Roku rano wdepnął znowu Hendricks. Wziął coś do czytania i orzekł, że temperatura Alexowi się unormowała i że ciśnienie ładnie mu spada.
- Niemniej jednak - ostrzegł - nie kuś losu: żadnego wychodzenia, żadnego przyjmowania klientów.
Alexowi wolno się ubrać i ewentualnie - jeżeli ma takie życzenie - chodzić po domu. Jednak do pełnego dojścia do siebie potrzebuje jeszcze bezwzględnie tygodnia lub dwóch tygodni.
- Przeżyjesz brak dochodów ze sprzedaży? - zapytał doktor.
- No, będzie trudno.
- Przykro mi - odpalił Hendricks - ale gwarantuję, że jeśli za wcześnie się rzucisz w wir pracy, to będziesz miał nawrót choroby.
- Mało mnie to martwi.
- Na pewno? - odrzekł Hendricks. - Posłuchaj, Alex, zapalenie płuc, zanim pojawiły się antybiotyki, było największym zabójcą na tej planecie, i nadal jest jednym z największych. Nawroty są częste w ciągu przynajmniej roku po złapaniu zapalenia. Bądź więc ostrożny.
- W porządku - odrzekł Alex bez przekonania, zastanawiając się, czy za dwa dni nie otworzyć sklepu, licząc na to, że Hendricks się nie dowie.
Hendricks, który odbierał go jako noworodka, dobrze go znał. Czytając w jego myślach, pogroził mu palcem.
- Nie próbuj. Jeżeli chcesz umrzeć z dodatnim kontem, to proszę bardzo, ale nie mów, że cię nie ostrzegałem.
- Logika trochę tu szwankuje - odparł Alex z uśmiechem.
- Mam rację w każdym calu.
Wczesnym wieczorem Alex włożył swój brązowy garnitur, białą koszulę i zielony dziany krawat. Przeglądając się w lustrze komody, zobaczył Alexa innego, niż go pamiętał: mężczyznę wyglądającego dziesięć lat młodziej niż wskazywał faktyczny wiek. Ostatnia utrata wagi w połączeniu z włosami, które dopiero co zaczęły zdradzać jego prawdziwy wiek, stwarzała wrażenie ogólnie dobrej kondycji. Mógłby odgrywać tę komedię, dopóki ktoś nie popatrzyłby z bliska lub kazał mu coś powiedzieć, lub oczekiwał od niego czegoś, co wymagałoby siły fizycznej.
Alex zastanawiał się, czy może zignorować zalecenia doktora Hendricksa i uczestniczyć we mszy w kościele Najświętszej Maryi Panny. Hendricks mieszkał w drugiej części miasta i, zgodnie z rozsądkiem, na ranne msze niedzielne uczęszczał do Findley Memorial United. Alexowi bardzo brakowało sakramentów, powiedział więc sobie, że wyzdrowiał już dostatecznie, by nie obawiać się pogody. Około dziewiątej trzydzieści opatulił się wełnianym skafandrem z bai i szalami; włożył jeden z wełnianych kapeluszy Jacoba, rękawice i buty na misiu, i wyszedł na ulicę. Pięciominutowy spacer kosztował go trochę wysiłku i zanim dotarł do drzwi frontowych kościoła, mimo szala przykrywającego twarz, czuł rzężenie w górnych partiach klatki piersiowej.
Kościół nie był tak pełny jak podczas pasterki. Przyszła większość stałych bywalców, a mniej gości. Gdy złapał się na wypatrywaniu rodziny Colleyów, natychmiast tego zaprzestał i zmusił się, by skierować uwagę na leżący przed nim modlitewnik. Przeczytał kilkakrotnie wersety znajdującego się na nim napisu: Gilbert Alphonsus Graham, na pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej, uroczystość Bożego Ciała, 1863, kościół Najświętszej Maryi Panny Anielskiej, Halcyon, Hrabstwo York, Górna Kanada.
Następnego ranka obudził się z męczącym kaszlem. Lekkie pogorszenie, pomyślał i nie wstawał aż do południa. Ksiądz Toby zadzwonił, żeby złożyć mu życzenia szczęśliwego Nowego Roku. Wspomniał, że wyjeżdża na parę dni odwiedzić rodzinę w Toronto. Mieszkali tam jego rodzice, którzy wybrali przedmieście. Alex nigdy do końca nie zrozumiał, dlaczego McIntoshowie wynieśli się z Halcyonu. Ostatecznie byli drugim pokoleniem obywateli tego miasta oraz mieli syna, który był kapłanem, z czego byli niezmiernie dumni. Alex sądził, że pociągnął ich urok pasaży handlowych, lepsza opieka medyczna oraz wygodne mieszkania. Być może po prostu zmęczyli się życiem na najniższym szczeblu społecznym, zbyt wiele razy nazwano ich szczurami rzecznymi i osobnikami niskich lotów - by wymazać to z pamięci. Wielkie miasto przyciągało bardzo wielu ludzi: niektórzy chcieli uciec od dusznych niepisanych małomiasteczkowych reguł, niektórzy poszukiwali lepszej pracy, inni potrzebowali bardziej stymulującego tempa życia. Młodzi prawie nigdy nie wracali już do Halcyonu.
Andrew nie zadzwonił tego dnia.
Kaszel na przestrzeni tygodnia stopniowo ustępował i w poniedziałek Alex otworzył podwoje Zimorodka. Sąsiedzi, widząc w witrynie informację: Otwarte, zjawili się, żeby się przywitać i pogratulować mu z racji uratowania obojga dzieci. Późnym popołudniem w drodze do domu z pracy zajrzało kilkoro regularnych klientów; nabyli więcej niż zwykle. Zapytali go też o zdrowie. Były także dalsze gratulacje i Alex pogodził się ze swoim nowym wizerunkiem, który - jak sądził - pójdzie szybko w zapomnienie. Tego dnia zarobił sto osiemdziesiąt cztery dolary i był za to wdzięczny, ponieważ miał do zapłacenia masę rachunków, a konto czekowe księgarni zbliżało się do przekroczenia limitu zadłużenia. W nie lepszej kondycji było też jego konto osobiste. Jedynym dodatkowym zasobem było małe konto oszczędnościowe, którego nie ruszał całe lata. Figurowało na nim około trzystu dolarów, które uciułał nie wiadomo po co - może na tanią trumnę.
Następny dzień był pełen zajęć, bo rozeszła się wiadomość, że sklep jest otwarty. Rano kierownik szkoły Najświętszej Maryi Panny zadzwonił, żeby zamówić ponad sto książek. Wyjaśniał z pewną nadgorliwością, że jest pora, by ożywić krwiobieg szkolnej biblioteki. Wysłał czek w porze lunchu, dostarczony Alexowi do rąk - a właściwie ręką Jamie'ego Colleya. Chłopiec był równie milczący jak poprzednio. Zatrzymał się tylko na chwilę, by wybrać dla siebie książkę na temat strategii rozgrywek szachowych, i wyszedł natychmiast po dokonaniu transakcji. Do kolacji Zimorodek kipiał od wertujących i kupujących. Gdy tego wieczoru Alex zamknął księgarnię i usiadł przy biurku, żeby podliczyć wpływy, stwierdził, że uzyskał rekordową kwotę: ponad tysiąc sześćset dolarów. Uświadomił sobie, że ludzie byli hojni. Doszli do wniosku, że tygodnie rekonwalescencji nie były łaskawe dla jego biznesu. Nie chciało mu się wierzyć, że byli zdolni zrobić coś takiego. Dosyć dobrze rozumiał pierwszy przypływ obywatelskiej aprobaty, bo jego wyczyn stał się najważniejszą informacją w życiu tego małego miasteczka, zmarszczką na tafli wody. Był wszak zdumiony tym, że ludzie zdobyli się na zrobienie czegoś więcej, dosłownie na odjęcie sobie od ust. Otrzymał lekcję pokory i w ten sposób jednocześnie został nagrodzony, lecz czuł, że to się również skończy.
W środę czternastego stycznia ciągle nie było telefonu od Andrew. W czwartek rano Alex wykręcił numer Tyburne College i poprosił Johna Grovesa. Gdy ten podszedł do telefonu, powiedział, że wszyscy studenci oprócz Andrew już powrócili.
- Młodzi ludzie byli obowiązani przybyć na miejsce najpóźniej do wczorajszego wieczora. Andrew zna reguły, panie Graham, ale może spóźnia się nie z własnej winy. Spodziewam się, że przyjedzie dzisiaj albo zadzwoni, żebyśmy wiedzieli, co się stało. Zajęcia zaczynają się jutro i jestem pewien, że nie będzie chciał się na nie spóźnić.
- Więc pan ciągle nie wie, dokąd on się udał?
- Rozpytywałem w tej sprawie. On się koleguje z dwoma lub trzema facetami ze swego piętra, lecz oni nie mają pojęcia, dokąd się udał na ferie. Jest całkiem możliwe, że dołączył do kogoś w Magdalen. Jak pan wie, on ma tam zajęcia.
- Gdy już się pojawi, proszę mu powiedzieć, żeby zaraz do mnie zadzwonił. Nieważne, o której godzinie. - Alex zawahał się, potem wyznał: - Zaczynam się trochę niepokoić.
- Rozumiem, proszę pana. Ja też na pana miejscu bym się zaniepokoił. Jednak nie zamartwiałbym się. Na pewno jest jakieś proste wyjaśnienie.
- Tak, niewątpliwie.
O wpół do dziewiątej następnego ranka odezwał się telefon przy łóżku. Alex podniósł słuchawkę i wymamrotał:
- Hallo.
- Witam pana po południu, panie Graham, mówi John Groves. Właściwie powinienem powiedzieć: dzień dobry rano. Mam nadzieję, że nie niepokoję pana zbyt wcześnie.
- Czy ma pan jakieś wieści od Andrew? Czy już wrócił?
- W istocie nie. Sami zaczynamy czuć się cokolwiek zafrasowani.
- Jakieś nowe wiadomości?
- Nic, o czym byśmy wiedzieli. Ale dzwonię jeszcze raz, żeby pan wiedział, jak się rzeczy mają. Andrew do tej pory nie skontaktował się z nami, żeby powiedzieć, gdzie się znajduje i wyjaśnić powód spóźnienia.
Alex poczuł, że zamienia się w kłębek nerwów.
- Dokąd mógł pojechać?
- Nadal nie wiemy. Jeden z kolegów wspomniał, że Andrew mógł poznać kogoś w samym mieście, ludzi niezwiązanych z Tyburne czy Magdalen. Podkreślił jednak, że to tylko jego przypuszczenie.
- Rozumiem.
- Czy mogę pana spytać, czy coś podobnego zdarzało się już Andrew: zniknięcie bez pozostawienia wiadomości?
- Nie. Co prawda bywa zapominalski, ale to wykracza poza jego normę.
- Rzeczywiście na to wygląda. Jednak niewiele więcej możemy zrobić, dopóki on nie zechce się pokazać.
- Czy sprawdził pan jego pokój?
- Administrator go otworzył i razem tam weszliśmy. Ale rozejrzawszy się, nie znaleźliśmy niczego szczególnego. Wygląda na to, że nie pojawił się tam od końca semestru.
- Czy były tam jego walizki?
- Tak, dwie.
- On miał również dużą torbę. Niebieską w paski po bokach.
- Nie było takiej torby.
- A była jakaś notatka?
- Pomyśleliśmy o tym, więc sprawdziliśmy dokładnie. Nie było żadnej notatki. Muszę przyznać, że pokój był sprzątnięty - na tyle, ile się można dzisiaj spodziewać po młodym człowieku. Wszystko wyglądało tam normalnie.
- Zastanawiam się, czy zawiadomić policję.
- Policję? Jeżeli pan sobie życzy, to ich wezwę. Może coś wygrzebią.
- Byłbym bardzo zobowiązany. Przepraszam za fatygę.
- Nie ma za co, panie Graham. Nie ma za co.
Po niedzielnej mszy Alex wziął na bok księdza Toby'ego i rozmawiał z nim na schodach frontowych kościoła. Gdy opisał, co się stało, kapłan zmarszczył brwi i uspokajał, lecz było jasne, że nie wie, co z tym zrobić. Jego odzienie wydęło się na wietrze, a on sam tupał, żeby nie zmarzły mu stopy.
- Będę się modlił za Andrew, Alex. Nic jednak nie pomożesz, zamartwiając się. Jesteś tysiące mil od niego i nic na razie nie możesz zrobić. - Ksiądz Toby klepnął go po plecach. - Pamiętasz tego dzieciaka, który ciągle jeździł po mieście na rowerze, pakując się w tysiące tarapatów, zawsze spóźniony na kolację?
- Pamiętam. Nie zmienił się.
- Pamiętasz, jak wybrał się rowerem na północ do Kamiennego Olbrzyma? Pamiętasz, jak znaleźliśmy go po dwóch dniach?
- Tak, skulonego pod skałą, obserwującego bieg rzeki.
- No właśnie. A pamiętasz, jak wówczas wyglądał?
Alex westchnął.
- Był wyczerpany i głodny, podrapany przez krzaki. Miał oparzone palce, bo chciał między stopami olbrzyma rozpalić ognisko.
- Pamiętasz, jaki czuł się szczęśliwy? Pamiętasz, co ci powiedział, gdy zapytałeś go, dlaczego to zrobił?
- Powiedział, że musiał zobaczyć Kamiennego Człowieka i zadać mu pytanie.
- Powiedział ci kiedykolwiek, czy otrzymał odpowiedź?
- Chyba nie. W każdym razie ja w jego wieku nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnego. Miał dziesięć lat!
- Andrew to marzyciel. Po prostu posunął się trochę dalej niż ty kiedykolwiek.
- Był zawsze nieodpowiedzialny. Gdybym poświęcał mu więcej czasu, nauczyłbym go czegoś.
- Nauczyłeś go wielu rzeczy.
Alex wyrzucił w górę ręce.
- Niby czego go nauczyłem? Czy w ogóle nauczyłem czegoś moich chłopców?
Ksiądz Toby spojrzał na niego przeciągle.
- Uczyłeś ich w każdym momencie życia, do czasu, aż opuścili dom. Dałeś im ojca, który żył wiarą. Dałeś im ojca, który kochał swą żonę. Dałeś im umiłowanie wiedzy.
Alex mrugając szybko oczami, pochylił się do przodu i gwałtownie zacisnął pięść. Ostatni wierni, wychodząc z kościoła, patrzyli na niego zaciekawieni.
- Dałem im tak mało... tak mało.
- Dałeś im więcej, niż większość dzieci otrzymuje od swych ojców.
- Włożyłem wszystko w ten sklep. Pochłonął cały mój czas i całą energię, nie mówiąc o każdym zaoszczędzonym cencie. I po co? Powiem ci po co: żeby mieć przytulną niszę w życiu, żebym mógł się schować w kącie i czytać książkę i żeby nikt mi nie przeszkadzał. Co gorsza: zmusiłem rodzinę, żeby za to płaciła.
- Nie, nie, nie. - Ksiądz Toby potrząsnął głową.
- I robiłem to, bo nie potrafiłem robić nic innego, ot co.
- Przestań wreszcie - rzekł ksiądz Toby poirytowany. - Rozumiem, że się zamartwiasz, czujesz się bezradny i to cię rozkłada.
Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie nerwowo.
- Teraz odpocznij, po prostu odpocznij - powiedział stanowczo ksiądz Toby. - On jest studentem uniwersytetu, który się spóźnił dwa dni na zajęcia po feriach świątecznych. Z pewnością zjawi się tam dzisiaj lub jutro i wszyscy będą zawstydzeni, że ich reakcja była na wyrost.
Alex przytaknął, pocierając twarz.
- Później dasz mu burę, której nigdy nie zapomni.
- Owszem, to też.
- Następnie zrobi dyplom, wróci do domu, ożeni się, osiedli na przedmieściach i stanie się prawdziwie godnym współczucia konformistą, czy nie tak?
- Prawdopodobnie masz rację. Większość tak kończy.
- To droga każdej cielesnej istoty, stary.
- Muszę już iść - mruknął nieprzytomnie Alex i odwrócił się na pięcie.
Ksiądz Toby obserwował, jak odchodzi, zwracając uwagę zwłaszcza na jego zgarbione plecy oraz na to, że się nie pożegnał, to zaś w jego długiej znajomości z Alexem Grahamem nigdy przedtem się nie zdarzyło.
Alex spędził resztę poranka i wczesne popołudnie przy aparacie telefonicznym znajdującym się na dole przy schodach. Próbował skoncentrować się na treści czytanej książki, lecz zupełnie mu się to nie udawało. W pewnym momencie wspiął się po schodach na górę i błąkał się od sypialni do sypialni, dojmująco odczuwając milczenie i nieobecność konkretnych osób. W pokoju Jacoba dominował sprzęt elektroniczny: muzyczny i komputerowy, oraz półki z porządnie ułożonymi i odpowiednio posegregowanymi książkami, nadającymi pomieszczeniu swoisty charakter. Modele samolotów zwisały z sufitu przymocowane sznurkami i skomplikowany wynalazek małego konstruktora (pewna tajemnicza maszyna) zajmował uprzywilejowane miejsce na konsoli przy ścianie. W głowach łóżka - schludnie przykrytego narzutą, którą zrobiła Carol dla Jacoba w roku swej śmierci - wisiał krucyfiks. Na ścianie w nogach łóżka wisiała grafika w ramce przedstawiająca średniowiecznego rycerza na koniu, z wyciągniętym mieczem, szarżującego w środek bitwy. Alex widział ten obraz wiele razy, ale teraz coś kazało mu się zatrzymać, by posnuć parę refleksji nad swoim starszym synem.
Popchnął drzwi do pokoju Andrew i wszedł do środka. Przez kilka minut pozostawał bez ruchu, rozglądając się dokoła, usiłując na nowo zrozumieć znane sobie przedmioty tam się znajdujące: zmaltretowaną, na wpół sflaczałą piłkę nożną, leżącą na toaletce obok sportowego trofeum; szklany słoik stojący na parapecie okiennym, zawierający wyschnięte łodygi chwastów z dziwnymi strąkami nasion; wieloryba z papieru mâché, długiego na trzy stopy, zawieszonego na szpagacie przymocowanym do sufitu, Andrew wykonał go w klasie plastycznej szkoły średniej, z małą figurką Jonasza wyskakującego z paszczy; półki zapchane literaturą: opowiadaniami, podręcznikami do rysunku i komiksami - przemieszanymi swobodnie z przedmiotami kultu chrześcijańskiego; ściany zdobione portretami rysowanymi węglem - przepięknych dziewcząt i starszych ludzi - każdy z rysunków miał przedstawiać charakter; łóżko raczej luźno zasłane, przykryte narzutą wykonaną przez Carol dla Andrew w roku, w którym umarła. Tutaj również w głowach łóżka na ścianie wisiał krucyfiks, pod nim zaś oprawiony w ramkę wiersz napisany niewyrobionym, niedojrzałym jeszcze charakterem pisma:
Łóżko moje jest jak mała łódka;
Siostrzyczka mi pomaga, gdy do niego wchodzę;
Otula mnie żeglarskim płaszczem
I w ciemność mnie wprowadza.
Gdy nadchodzi noc jestem na pokładzie,
Dobranoc mówiąc wam wszystkim na brzegu
Oczy swe przymykam i daleko płynę
Nic nie dostrzegając ani też nie słysząc.
Czasem coś ze sobą biorę
Jak to czynią roztropni żeglarze
Może porcję ślubnego tortu
Może zabawkę jakąś lub dwie.
Tak żeglujemy noc całą przez ciemność
Lecz kiedy dzień powraca już,
Bezpieczny w domu, przy swej przystani
Widzę, jak cumuje moja łódź1.
(skreślone ręką sir Andrew Angusa Lancelota Grahama)
Alex nie zauważył wcześniej owego Lancelota. Była to fantazja jego syna, idealizacja, poszerzenie swojego ja. Przypomniał sobie, jak recytował ten wiersz Jacobowi i Andrew, gdy byli bardzo mali, każdy z nich wsunięty pod jedno ramię. Przechodzili strona po stronie Czarodziejski ogród wierszy - chłopcy zawsze żądni przewracać kartki przed końcem wiersza, pędzący do przodu, chcący więcej, więcej, więcej. Z tych wieczornych czytań znali wszystkie wiersze na pamięć i poprawiali go, ilekroć pomylił jakieś słowo. Hołdowali nawykom, żywili się tradycjami. To były dobre czasy, szczęśliwe czasy. Teraz po tylu latach czuł znowu ich chwilową radość, ich niewinność i wspólnotę. Gdzie to się podziało?
Około godziny trzeciej zadzwonił okrętowy dzwonek i Alex zszedł na dół otworzyć drzwi wejściowe księdzu Toby'emu, który żeby nie zmarznąć, tupał i uderzał się rękami po żebrach. Jego samochód stał przy krawężniku.
- Cześć, chciałem się dowiedzieć, czy Andrew się zgłosił.
- Na razie nic nowego.
- Wiesz co, przejedźmy się. Oderwiesz się trochę psychicznie od tych spraw.
- Lepiej nie, bo może być telefon.
- Telefon będzie, jak wrócisz. Nastaw na automat.
- Nie mam automatycznej sekretarki.
Ksiądz Toby potrząsnął głową.
- Komputera też nie używasz, nie korzystasz z poczty elektronicznej, nie przeglądasz Internetu. Jak, u diaska, utrzymujesz ten biznes na chodzie?
- Tak jak robili to ludzie przez setki lat.
- Wielka czarna księga rachunkowa i gęsie pióro? - zaśmiał się ksiądz Toby. - No, twój biznes się nie rozleci, jak nabierzesz trochę świeżego powietrza. Chodźmy.
- Dziękuję, może innym razem.
- Bierz płaszcz. Mówi twój proboszcz.
- Jesteś wikarym.
- Nieważne. Chodź, to ci dobrze zrobi. W ten sposób nie urwiesz dzieciakowi głowy, gdy zadzwoni.
Alex zastanawiał się chwilę.
- W porządku - rzekł i poszedł po płaszcz i buty.
Jechali ku wzgórzu Oak, po czym skręcili w kierunku Tamarack - czub japońskiej maszyny księdza Toby'ego pruł w dół po stromej pochyłości terenu. Na dole skręcili w lewo, w Drogę nad Rzeką i kwartał dalej przejechali powoli koło tamy. Alex wpatrywał się w nią na swym fotelu, chcąc dostrzec wodę po stronie wzniesienia. Gdy ją minęli, skierował wzrok ponownie na wprost i patrzył przez przednią szybę.
- Bohaterze - odezwał się ksiądz Toby ledwo słyszalnym głosem. Zanim Alex zdążył cokolwiek powiedzieć, ksiądz Toby zaczął gwizdać jakąś irytującą piosenkę, która zdawała się nie mieć żadnej melodii.
Alex nie zwracał na niego uwagi.
Przejechali mostem nad rzeką Clementine i wjechali między wzgórza po drugiej stronie rzeki. Był dzień w rodzaju tych, które działają na większość ludzi przygnębiająco: ciężki, zaciągnięty mrokiem środka zimy pod brudnym kocem chmury przesuwającej się na północ, grożący zasypaniem śniegiem. Wyżej położone zalesione wzgórza pochylały się pod wpływem wiatru i milion gałęzi, niczym kościste palce, rozdrapywało ów sufit swego uwięzienia.
Pogoda doskonale pasowała do nastroju Alexa, ale wydawało się, że w najmniejszym stopniu nie dotykała księdza Toby'ego. Przez całą drogę, aż do potrójnego skrzyżowania przy Concession Road 4, gwizdał swoją bezsensowną piosenkę. Droga wiodła wzdłuż szczytu skarpy, z północnego zachodu na południowy wschód, i Alex dobrze ją znał, gdyż stanowiła element jego ulubionego spaceru. Ksiądz Toby skręcił w prawo.
- Dokąd jedziesz? - zapytał Alex.
- Donikąd, po prostu zwiedzam okolicę. Jak ci się podoba sceneria?
- Naprawdę smętna.
- Hmm.
- Hmm?
- Hmm-hmm.
- Aha, hmm.
Było to coś znośniejszego niż gwizdanie.
Gdy przejechali skrótem prowadzącym do Psiej Łaty, Alex odwrócił się na siedzeniu, żeby rzucić okiem na Halcyon. Późne popołudnie stało się teraz ciemniejsze i kiedy samochód minął przerwę między klonowymi zasadzeniami, zobaczył, że wioska przybrała swą najświetniejszą postać - jak klejnot w naszyjniku pięknej kobiety. Po chwili jednak pojawiły się połacie sosnowego lasu, zasłaniając widok.
- Powinieneś więcej wychodzić - odezwał się ksiądz Toby jakby od niechcenia. - Jesteś istnym samotnikiem.
- Dobrze mi z tym.
- Na pewno? Nigdy nie czujesz się samotny?
- Mam swoje wspomnienia.
- Czy po śmierci Carol kiedykolwiek porządnie się wypłakałeś, wykrzyczałeś, co ci leży na sercu, rozwaliłeś drzwi kopniakiem?
- Płakałem, Toby. Chcesz, żebym robił to publicznie?
- Grzebiesz się żywcem, Alex. Pomału się zabijasz w tej swojej księgarni.
- Wcale się nie zabijam. Wolę spokojne życie.
- W samotności, cały czas w samotności.
- Lubię ciszę.
- W porządku, ale co rozumiesz pod słowem cisza?
- Cisza to cisza.
- Nie zgadzam się - odparł ksiądz Toby, przybierając uduchowioną minę. - Myślę, że jest dobra i zła cisza.
- I uważasz, że moja jest zła. Nie lubisz mojego stylu życia, więc musi być zły.
- Nie mówiłem, że nie lubię, w jaki sposób żyjesz.
- Zdawało mi się, że właśnie to chciałeś powiedzieć.
- Gdybyśmy częściej rozmawiali, być może nie wyciągałbyś pochopnie takich wniosków.
- To mów - skrzywił się Alex.
- Osoby całkowicie zamknięte w sobie nigdy nie pytają, co inni ludzie mają właściwie na myśli. Nigdy nie zadają sobie trudu, żeby się dowiedzieć.
- To tylko słowa - bąknął Alex nieomal ze wzgardą. Powstrzymał się, żeby nie wygarnąć, że słowa nie przywrócą umarłym życia.
- Ty, który zbudowałeś swe życie na książkach, gardzisz słowami?
- Nie gardzę słowami, po prostu nie ufam im, gdy pojawiają się na ludzkich ustach.
Ksiądz Toby zaśmiał się i nie powiedział nic więcej. Po przejechaniu jeszcze około pół mili, zwolnił i zjechał na pobocze przy skrzynce pocztowej. Dróżka, zawalona śniegiem, skręcała w górę ku małemu domowi przycupniętemu pośród brzozowego zagajnika. Nie było śladów opon, tylko jedna ścieżka wydeptana na śniegu. Na skrzynce widniało nazwisko: Roger Colley.
- Hm, tu mieszkają Colleyowie - oznajmił ksiądz Toby, jak gdyby odświeżając niewyraźną pamięć. Chcesz zatrzymać się na chwilę?
- Nie, powinienem już wracać.
- Okej, jak chcesz, ale skoro już tu jesteśmy, powinienem bezwzględnie wdepnąć na moment. To nie potrwa długo.
Nie czekając na odpowiedź Alexa, wyszedł z samochodu. Nie zamknął drzwi.
- Dlaczego nie pójdziesz ze mną? Obiecałeś, że odwiedzisz ich kiedyś.
- Niczego takiego nie obiecywałem.
- A, myślałem, że obiecałeś. Oni też tak sądzą.
- Ale nie obiecałem - rzekł Alex stanowczo. - Ja po prostu tu zaczekam i nacieszę się ciszą, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.
Ksiądz Toby wzruszył ramionami i zaczął gwizdać. Trzasnął drzwiami.
W tym momencie obaj zauważyli małą postać biegnącą ku nim w dół, ślizgającą się na ścieżce. Było to dziecko. Dziecko upadło, podniosło się i dalej biegło.
Była to Hannah Colley.
Przybiegnąwszy do auta, uścisnęła księdza Toby'ego, a potem przycisnęła twarz do szyby po stronie kierowcy. Gdy zobaczyła Alexa, zaczęła podskakiwać.
- Pan przyjechał, pan przyjechał! Wiedziałam, że pan przyjedzie.
Pochylając się, ksiądz Toby zajrzał jej przez ramię i uśmiechnął się do Alexa.
Alex wysiadł z samochodu.
- Pan Graham, pan Graham! - śpiewała dziewczynka.
- Dzień dobry, Hannah.
- Pan przyjechał nas odwiedzić! - zawołała z niekłamanym zachwytem.
- Tak jest - odpowiedział ksiądz Toby. - Pan Graham przyjechał was odwiedzić, Hannah. Poprowadź nas.
Dziewczynka wyskoczyła do przodu, docierając do domu sporo przed nimi.
Idąc pod górę, Alex kilka razy spojrzał na zegarek.
- Proszę, nie za długo - wymamrotał.
- Spokojnie, stary, spokojnie. Nie będziemy siedzieć długo.
To był mały drewniany domek z pobielonym wapnem sidingiem, jasnoniebieskimi okiennicami i czerwonymi ramami okien. Drzwi wejściowe były koloru szafirowego. Wydobywający się z komina dym drzewny kierował się z wiatrem na wschód, napełniając powietrze zapachem palonej brzozy. Z tyłu stała zapadająca się stodoła. Jej cynowy dach łopotał i brzdękał, a z szopy dobiegało pianie koguta. Poza tym była tam chata z drewnianych bali, z której komina wydobywał się dym.
Duży płowy pies, nieznanej rasy, leżał na ganku domu, blokując wejście. Podniósł na gości kaprawy wzrok, po czym zwinął się na boku i spał dalej.
- Panowie muszą przejść nad Clovisem - wyjaśniła dziewczynka.
Ksiądz Toby wyciągnął rękę, żeby zapukać akurat, gdy drzwi się otworzyły.
Spośród wielu wyobrażeń, które Alex wziął na sumienie w swym życiu, to dotyczące Theresy Colley było jednym z najmniej trafnych. Był przekonany, że kobieta, która do niego napisała, żeby mu podziękować za uratowanie dzieci, należy do kategorii ofiar. Widział małżeństwo z kłopotami, obecnie skończone z takiego czy innego powodu, po którym pozostała ogromna doza goryczy. Gdy z rzadka myślał o Theresie Colley, był pewien, że jest tęga i korpulentna, przedwcześnie osiwiała (a przynajmniej ukrywająca to pod farbą do włosów), paląca i jeśli nie pijąca, to co najmniej uzależniona od mydlanych oper - jej cechy jawiły się drastycznie wyraziście.
Jego uprzedzenia nie wypływały z nieżyczliwości, bo ten opis pasował do kilku kobiet mieszkających w tej okolicy. Chociaż nie znał żadnej z nich osobiście, od czasu do czasu widywał je robiące zakupy lub idące do kościoła, lub podrzucające dzieci do szkoły. Sądził, że generalnie były to zapewne dzielne kobiety, dźwigające ciężary, które skruszyłyby niejednego mężczyznę. Bez wątpienia nie myślałby źle o Theresie Colley, nawet gdyby pasowała do tego wzorca. Ale ona nie pasowała.
Kobieta, która wyszła na ganek, nie była podobna do żadnej spotkanej wcześniej.
- Księże - rzekła, przestępując psa - proszę podać mi rękę. Niech ksiądz uważa: ganek jest oblodzony. Proszę nie zwracać uwagi na Clovisa, jest dosyć powolny.
- Czyż wszyscy tacy nie jesteśmy, Thereso.
W mgnieniu oka Alex dostrzegł kilka szczegółów. Miała łagodny, a zarazem jasny i opanowany głos. Była średniego wzrostu i średniej budowy ciała, miała delikatną twarz i szaroniebieskie oczy, w których wiele się działo. Jej ciemnoblond włosy zaplecione były w pojedynczy warkocz opadający na plecy.
Gdy goście, bezpieczni, znaleźli się w sieni, spojrzała Alexowi prosto w oczy i wyciągnęła do niego dłoń.
- Panie Graham, jestem Theresa Colley. Tak się cieszymy, że mógł pan wpaść.
- Jestem zadowolony, że tu jestem - wymamrotał Alex, ściskając odruchowo jej rękę i lekko się kłaniając. Należała do tego typu osób, którym instynktownie składa się ukłon, była bowiem zarówno ciepła, jak i w całkowicie naturalny sposób dystyngowana, bez formalizmu czy pretensjonalności.
Jej odzienie było proste: jasnobrązowy kardigan, biała bluzka i spódnica do pół łydki, drukowana w małe różowe różyczki. Pantofle. Na szyi mały srebrny krzyżyk. I prosta złota obrączka ślubna na serdecznym palcu lewej ręki.
- Właśnie zaparzyłam czajnik herbaty - powiedziała, zwracając się do księdza Toby'ego. - I myślę, że ciasteczkowi piraci coś nam zostawili. Zechcą panowie do nas dołączyć.
Prostolinijny uśmiech rozświetlił całe pomieszczenie.
- Z przyjemnością - odpowiedział ksiądz Toby.
Nie miała kolczyków, nie była umalowana - nie potrzebowała tego.
W tym momencie zza rogu wyskoczył duży królik rdzawej barwy i minął ich, zdążając do salonu.
Obaj mężczyźni unieśli brwi, ksiądz Toby pokazał zęby w uśmiechu, Alex zaś wydawał się lekko odurzony.
- Ona lada dzień będzie rodzić - powiedziała Theresa. - Jest zimno i nie chcemy, żeby małe urodziły się w szopie. - Popatrzyła czule na to stworzenie i dodała: - Jest udomowiona.
Królik przemierzył dywan i klapnął obok kominka, gdzie za szybą płonęła warstwa brzozowych polan.
Alex zauważył, że nie był to jakiś wymyślnie urządzony pokój. Były tam proste kanapy i krzesła, wyglądające, jakby korzystało z nich więcej niż jedno pokolenie, a także różnego rodzaju istoty. Tu i tam widać było wiejskie wazony, a w nich wysuszone kwiaty. Zauważył, że miała duszę artysty, a przynajmniej, przy całej swej biedzie, poczucie gustu. Rzucały się w oczy również inne detale: trzy regały zapchane książkami dla dzieci, sfatygowane pianino bez kilku klawiszy, wiklinowy kosz pełen wełnianych motków i drutów, a także niedokończony sweterek dziecięcy.
Atmosferę pokoju podkreślało tu i tam kilka jasnych akcentów: na stoliku do kawy stał czerwony ptaszek wyrzeźbiony i pomalowany dziecięcą ręką, w kącie świeciła się ceramiczna lampa koloru niebieskiej cyranki, wreszcie na parapecie w mosiężnym kandelabrze paliła się żółta łojowa świeca. Na cegłach nad gzymsem kominka wisiało malowidło olejne przedstawiające latarnię morską na skalistym wybrzeżu, niszczonym przez szalejące morze. Alex zastanawiał się, czy nie była to metafora odnosząca się do jej życia. W dalej położonym rogu pokoju stał stół na postumencie, służący za domowy ołtarzyk - z białą porcelanową Madonną, Biblią i plątaniną różańców. Na ścianie nad kanapą wisiał drewniany krucyfiks, wyglądający na bardzo stary. Żyła wiarą. Już wówczas wiedział, że żyła wiarą.
Ksiądz Toby rozejrzał się wokoło i zapytał:
- Gdzie są dzieciaki?
- Najmłodsze odbywa swoje spanko - rzekła. - Jamie zaś zabrał resztę na sanki. Myślę, że Hannah pobiegła powiedzieć im, że panowie przyjechali.
Zaprosiła księdza Toby'ego i Alexa, żeby usiedli na kanapie i gdy usadowili się wygodnie, wyszła z pokoju.
- No co myślisz? - szepnął ksiądz Toby do Alexa.
Alex spojrzał na niego chłodno.
- O czym?
- O Theresie.
- Myślę, że jest sympatyczną osobą - odparł Alex spokojnie. - A gdzie jest jej mąż?
Ksiądz Toby spojrzał zaskoczony.
- To ty nie wiesz?
Alex potrząsnął głową.
- Zginął w wypadku na kajaku w zatoce Georgian Bay półtora roku temu. Myślałem, że wiesz.
- Niestety. Rozumiem, że powinienem był wiedzieć, ale nie śledzę za bardzo wiadomości.
- Dziwne, że o tym nie słyszałeś. Wszyscy w mieście znają tę rodzinę. Przeprowadzili się tutaj mniej więcej cztery lata temu. Roger uczył w szkole Najświętszej Maryi Panny. Kiedyś mi powiedział, że chce nabyć książki w Zimorodku. Mówił, że jest tam klimat. Jesteś pewien, że go nie pamiętasz? Facet pod czterdziestkę, łysiejący, w garniturze i pod krawatem, lubił czytać książki historyczne.
- Tak, przypominam sobie - rzekł Alex wymijająco. Do księgarni ludzie przychodzili i z niej wychodzili. Mniej więcej pięć lat temu przestał na nich zwracać uwagę.
Theresa Colley powróciła z załadowaną tacą, którą postawiła na stoliku kawowym przed gośćmi.
- Proszę bardzo, panowie. Mam nadzieję, że lubią panowie mocną herbatę. I muszę przeprosić, ale mamy tylko własnej roboty chleb i masło, i resztkę bożonarodzeniowego ciasta.
- To świetnie - odparł ksiądz Toby entuzjastycznie. - Istna uczta, Thereso.
Uśmiechnęła się, spoglądając na Alexa.
- Przygotowalibyśmy coś szczególnego dla panów, ale ksiądz Toby nie uprzedził nas dostatecznie wcześnie. Gdy zadzwonił dzisiaj rano, żeby powiadomić, że przyjeżdżacie, dziewczęta nalegały, żeby upiec trochę chleba.
Alex spojrzał na księdza Toby'ego kątem oka. Kapłan stał się bardzo zajęty, stał nad talerzami i usiłował wybrać coś do zjedzenia.
- Proszę się nie krępować - powiedziała, napełniając filiżanki ze spękanego brązowego imbryka.
Siedząc na fotelu naprzeciw kanapy, sączyła herbatę, podczas gdy mężczyźni wybierali kawałki chleba i ciasta. Pozostawali przez minutę w kłopotliwej ciszy, zastanawiając się, co powiedzieć. W końcu Theresa postawiła filiżankę na spodek i odstawiła ją na boczny stolik. Złożywszy razem dłonie, wychyliła się do przodu.
- Panie Graham, ja... - Zmarszczyła brwi. - Nie wiem, jak mam to panu powiedzieć. Starałam się to wyrazić w moim liście, ale słowo pisane jest zawsze takie niewystarczające, prawda?
Alex skinął głową, ksiądz Toby również.
- Od owego wieczora, gdy pan uratował Hannah i Jamie'ego, spędziłam dużo czasu, układając, co powiem panu osobiście. To było bardzo z serca płynące i doniosłe - to, co chciałam powiedzieć. Ale nagle zabrakło mi słów.
- Pani list powiedział wszystko, pani Colley.
Uśmiechnęła się smutno.
- Czy na pewno? Odnoszę wrażenie, że nie. Nie jestem w stanie określić tego, co pan dla nas zrobił. Gdyby pana tam nie było, nie sądzę...
Przerwała, łzy napłynęły jej do oczu.
- Chyba bym tego nie przeżyła.
Usiadła prosto, szybko chwyciła filiżankę i wypiła jej zawartość.
Alex siedział, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany.
Ksiądz Toby odchrząknął.
- Nasz Alex jest sam dość lakoniczny, Thereso. Milczenie to jego najwyższa elokwencja.
Theresa uśmiechnęła się i wytarła oczy.
- Moim zdaniem to bardzo dzielny człowiek.
- Tak też jest.
Alex zaczął się wiercić. Miał zamiar zaprotestować, ale wszystkich uratowało pukanie do drzwi gdzieś z drugiej strony kuchni. Theresa zerwała się i poszła otworzyć. Gwar głosów dochodził z tamtego kierunku i po chwili kilkoro dzieci wpadło do pokoju - z błyszczącymi oczyma i płonącymi policzkami. Z innej strony rozległ się głos wrzeszczącego malucha.
Hannah przedstawiła przybyszy. Była wśród nich nieśmiała dwunastolatka o imieniu Clare (która podniosła królika i kołysała go jak niemowlę) i dwóch śmiałych rudowłosych siedmioletnich bliźniaków o imionach Gil i Robbie, którzy podeszli bliżej, żeby zbadać najpierw gości, potem zawartość talerzy. Rzucili się na kolana przy stoliku kawowym i plądrowali to, co się na nim znajdowało, od czasu do czasu zatrzymując się, by popatrzeć na mitycznego pana Grahama, który uratował ich brata i siostrę.
Theresa powróciła z dwulatkiem na rękach.
- To Joseph - powiedziała do Alexa. - Jest trochę nie w sosie, ale zasadniczo można wytrzymać.
Joseph rzucił okiem na Alexa, zawył i odwrócił się, chowając się w ramionach matki.
- A Jamie'ego pan zna - dodała.
Jamie wszedł niezauważony i stał, obserwując, oparty o odrzwia korytarza. Posępnie skłonił się gościom. Zastanawiająca była rozpiętość emocji u obu uratowanych dzieci: przymilność Hannah ostro kontrastowała z zauważalnym chłodem jej brata. Alex był ciekaw, co dręczyło chłopca.
Wszyscy przez kilka minut trochę rozmawiali, dopóki dzieci były zainteresowane gośćmi. Potem zaczęły opowiadać matce szczegóły swych popołudniowych przygód.
Alex i ksiądz Toby byli zadowoleni, że mogli słuchać, nie musząc się bezpośrednio angażować w rozmowę. Zważywszy na swoją samotność - bo obaj żyli we względnej samotności - zaczęli teraz rozważać, ile stracili, uciekając od gwaru życia w większej rodzinie. Podziwiali żywotność uczuć i form, złożoność relacji, konsekwencję wymagań w grupie dzieci, których wiek zawierał się w przedziale od niemowlęctwa do starszej nastoletniości. Zastanawiali się też, jak Theresa daje sobie z tym wszystkim radę.
- Jamie - powiedziała - czy dziadek wie, że jest pora podwieczorku?
- Mówiłem mu - odrzekł chłopiec. - Powiedział, że za chwilę przyjdzie.
Pogawędka została podjęta na nowo i po pięciu minutach otworzyły się tylne drzwi, po czym z trzaskiem się zamknęły. Przysadzisty mężczyzna wszedł do salonu przez część jadalną w kuchni i na moment się zatrzymał, patrząc gniewnie na gości. Miał na sobie połatane dżinsy, buty drwala i czerwone safari w kratę. Jego siwe włosy były zaczesane do tyłu nad wypukliną gęsto pomarszczonego czoła, niebieskie oczy spoglądały zza okularów w metalowej oprawce. Wydawało się, że zamierza przestraszyć gości.
Theresa podeszła do niego i wzięła go za rękę.
- Chodź i poznaj pana Grahama - powiedziała, ciągnąc go delikatnie w kierunku pokoju.
- Grahama? - odrzekł starszy pan, jakby nie spodobało mu się brzmienie tego nazwiska.
Alex powstał i wymienił z nim uścisk ręki, lecz przenikliwe niebieskie oczy odwróciły się z nagłą niechęcią.
- Pan Graham jest tym, który uratował Jamie'ego i Hannah - wyjaśniła.
- A, ten Graham - powiedział szorstko, jakby było to coś mało znaczącego. Następnie odwrócił się i wrócił do jadalni, gdzie usiadł przy stole, tyłem do gości. Natychmiast najmłodsza trójka ruszyła wdrapywać mu się na kolana i ramiona.
Starszy mężczyzna zajęty był ustawianiem figur szachowych na szachownicy, pozwolił, żeby dzieci mu w tym pomagały.
- Jamie - mruknął - obiecałeś, że ze mną zagrasz.
- Zagram, dziadku - odpowiedział chłopak. - Jak goście pójdą.
- Boris Spasski dzisiaj, Bobby Fischer jutro, i tyle - odparł dziadek.
- To mój ojciec - rzekła Theresa z uśmiechem, bez cienia usprawiedliwiania się, choć cicho. - Nazywa się Edward Phillips. Ostatnio nie czuje się dobrze.
- Nie czuję się dobrze - ryknął starszy pan. - I nie jestem głuchy.
Dzieci zarechotały i uściskały go, a on odwzajemnił się tym samym.
- Pan Graham jest właścicielem księgarni Zimorodek - zawołała w jego kierunku. - To jeden z naszych przyjaciół, tato.
Starszy pan powstał, a dzieci, śmiejąc się, odpadły od niego jak małpy z drzewa.
- Co takiego? Powiedziałaś zimorodek?
Podszedł do kanapy i stanął nad Alexem.
- Czy pan ma świadomość, co to takiego zimorodek? - warknął cicho.
- Myślę, że wiem - odparł niepewnie Alex.
- Czy pan wie, że zimorodek jest ptakiem, który nie odlatuje na zimę, o jasnym upierzeniu, zazwyczaj opalizującym w słońcu, z czubkiem, z krótkim ogonkiem i długim, mocnym, ostrym dziobem?
Alex przytaknął potwierdzająco.
- Ha, to jeśli chodzi o cechy! Ale czy pan faktycznie rozumie, po co to stworzenie jest na świecie? Może tylko dla ozdoby - ptak na pięciodolarówce?
Alex powstrzymał się grzecznie od odpowiedzi.
- Czy pan wie, co to takiego halcyon? - ciągnął dalej pan Phillips. - To nie tylko zwykłe określenie, prawda? To nie coś złotego, pomyślnego czy spokojnego, prawda? - Oczy starego człowieka zapłonęły na cały pokój. - Czy pan nas rozumie, Graham? Czy pan nas naprawdę rozumie?
- Tato... - mruknęła córka, próbując go pohamować, widząc, że zanosi się nieuchronnie na ostrą krytykę.
- To, Graham, jest moje potomstwo i trud mojej miłości, pielęgnowane wśród przeciwności! Jak mam im powiedzieć, że światło dogorywa i wkrótce może zaniknąć? Jak mam przekazać im wiedzę o halcyonie, żeby nie przestała przechodzić z pokolenia na pokolenie?
Alex złapał wątek.
- Zawsze intrygował mnie mit grecki o halcyonie, sir.
- Naprawdę? To dosyć rzadkie w dzisiejszych czasach. Niewielu obecnie zdaje sobie sprawę, że jest ptak przewyższający inne ptaki. Starożytne legendy głoszą, że zakłada on gniazdo w morzu mniej więcej w okresie zimowego przesilenia. Uspokaja fale ze względu na swoje małe, wylęgające się w muszelkach.
- Tak jest - potwierdził Alex. - To ojciec ojców wszystkich zimorodków, chociaż jest większy od tych, które obecnie tak nazywamy.
Stary człowiek skinął triumfalnie głową. Potem powrócił do stołu w jadalni i usiadł, wyglądając na niezwykle usatysfakcjonowanego.
Alex spojrzał z nagłym niepokojem na zegarek.
- Obawiam się, że musimy jechać. Oczekuję w domu telefonu.
Powstał. Ksiądz Toby również. Theresa oraz dzieci odprowadzili ich do sieni, gdzie młodsi pomogli gościom odnaleźć płaszcze i buty.
Theresa potrząsnęła głową, zagadkowo uśmiechnięta.
- Jakie to dziwne - rzekła. - Wie pan, jest pan pierwszą osobą, jaką tu widzieliśmy, która go chyba rozumie? Ludzie myślą, że on jest... cóż, pan wie, jacy są ludzie. Czy pan rzeczywiście wiedział, co on miał na myśli?
- Istotnie, tak, wiedziałem - odparł Alex. - To było dla mnie doskonale logiczne.
Ksiądz Toby wyglądał na speszonego. Protekcjonalnie klepnął Alexa po ramieniu, przygotowując się do zrobienia dowcipnej uwagi.
- Pani ojciec to solidny facet, pani Colley. Dziękuję za przedstawieniu mu nas.
Wyglądała na uradowaną. Wychyliła się, jeszcze raz ściskając jego rękę.
- Mamy nadzieję, że panowie jeszcze powrócą. To jest dla nas ogromnie ważne. Musiałam obiecać dzieciom, że zaproszę was na kolację, aby nasza rodzina mogła wam należycie podziękować.
- Nie, nie, nie ma takiej potrzeby. Nie chciałbym fatygować. Bardzo się cieszę, że Jamie i Hannah są teraz bezpieczni, lecz naprawdę nie powinna pani uważać, że jest mi coś winna.
Jej twarz posmutniała i Alex natychmiast pożałował tej bezmyślnej uwagi.
- To nie jest kwestia bycia czy niebycia dłużnym - powiedziała poważnie i z namysłem. - Chodzi o to, że my też byśmy chcieli. Obiecałam dzieciom. I musi pan przyprowadzić również księdza Toby'ego
- Świetny pomysł, Thereso! - wtrącił się ksiądz Toby. - Kiedy możemy przyjść?
Pomijając Alexa, powiedziała:
- Czy jakaś niedziela by pasowała?
- Doskonale - odparł ksiądz Toby.
- To może około czwartej w następną niedzielę?
- Będziemy punktualnie.
- Proszę przybyć wcześniej, jeżeli będziecie mieli ochotę. - Obróciła się w kierunku Alexa z uśmiechem. - To załatwione. Nie jesteśmy formalistami, więc może pan włożyć wygodne ubranie. Jeżeli będzie dobra pogoda, może zechce pan pójść z dziećmi na sanki.
Ksiądz Toby zaczął kierować Alexa do drzwi wyjściowych, ale zatrzymał ich krzyk. U progu kuchni stał stary mężczyzna z podniesioną prawą ręką.
- Zimorodki łapią ogień! - zawołał do Alexa.
- A płomień przyciąga ważki! - odpowiedział Alex.
Te wypowiedzi całkowicie wprawiły wszystkich w zakłopotanie, pozostawało tylko jedno wyjście: ksiądz Toby wykorzystał okazję i z towarzyszeniem chóru pożegnań wypchnął Alexa przez drzwi frontowe. Obaj mężczyźni potknęli się o psa, lecz nic im się nie stało.
Gdy po ciemku wracali do miasta, żaden z nich przez pierwsze pięć minut nie powiedział ani słowa. Wydawało się, że Alex chowa się z opuszczoną głową w swoim skafandrze.
- Co u licha powiedziałeś temu staremu człowiekowi - zapytał ksiądz Toby.
- Konwersowaliśmy na wysokim poziomie, niezrozumiałym dla zwykłych śmiertelników.
- Jestem pod wrażeniem. Dzięki za spełnienie jego oczekiwań.
- Spełnienie jego oczekiwań? Myślę, księże, że pan Phillips to wartościowa istota ludzka.
- Cieszę się, że tak myślisz. Theresa i jej dzieci myślą podobnie, ale są jedynymi, którzy tak sądzą. Wiesz, on jest umysłowo chory.
- To w takim razie jest już nas dwóch.
- Mówię poważnie. On był nauczycielem w liceum w Toronto, ale doznał rozstroju nerwowego i wcześniej odszedł na emeryturę.
- Aha. No cóż, uderzyła mnie jego inteligencja.
- Zapewne jest lub był inteligentny. Theresa mi powiedziała, że od lat pracuje nad książką, właściwie od dziesiątek lat. To jest coś, co go wciągnęło jako młodego człowieka i w czym od tego czasu się grzebie. Pracuje w chacie za domem. Jest to szopa zbudowana z bali, zabezpieczona przed mrozem, ale prymitywna. Spędza tam większość dnia, wykrawając z drewna statki i zabawki dla dzieciaków lub stukając na maszynie ze starą klawiaturą.
- A co to za książkę on pisze?
- Theresa mi kiedyś powiedziała: o angielskim poecie.
- O Gerardzie Manleyu Hopkinsie?
- Być może.
- Pan Phillips zadeklamował werset z jednego z jego wierszy.
- Rzecz o zimorodku?
- Tak.
- W każdym razie - rzekł ksiądz - powinieneś zobaczyć jego warsztat. Uwielbiam tam wchodzić. Jest taki nieujarzmiony.
- Co znaczy nieujarzmiony?
- Jest tam totalny galimatias. Wszędzie drewniane wióry na podłodze; dobra tona książek - większość z dziedziny poezji i o zwierzętach. Cała jedna ściana pełna cytatów malowanych na kłodach. Wielki stół warsztatowy wzdłuż przeciwległej ściany, z wszelakimi ręcznymi narzędziami, jakie sobie możesz tylko wyobrazić. Nie ma tam prądu, więc ogrzewa piecem na drewno, a para starych latarni okrętowych służy mu za jedyne oświetlenie. Ma łóżko polowe, gdzie za dnia może się zdrzemnąć. Jest tam nawet wypchana sowa śnieżna.
- O, to wygląda na cudowne miejsce.
- I takie jest. Gdybym był dzieckiem, spędzałbym dużo czasu na dworze z dziadkiem. Dzieciaki Colleyów tak właśnie czynią, zwłaszcza chłopcy. On jest ekscentrykiem, ale dla nich jest wspaniały. Wprowadził się tutaj w zeszłym roku po śmierci Rogera Colleya.
- Pani Colley ma co dźwigać.
- No ma, nie jest jej łatwo.
- Nie wygląda, żeby im się dobrze powodziło. Nie mają samochodu i budynki wymagają remontu. Odzież dzieci wydaje się schodzona.
- No tak, wytarta, lecz czysta. Dzieci trzymają samodyscyplinę.
- Ona musi sporo naprawiać.
- To też, a poza tym większość ubrań kupuje w lumpeksach.
- Jej mąż nie miał ubezpieczenia na życie?
- Obawiam się, że nie. Może był optymistą, ale najprawdopodobniej dopóki żył, każdy grosz odkładali na spłatę domu i ziemi.
- Jak teraz dają sobie radę?
- Zdaje mi się, że żyją z emerytury jej ojca i z tego, co zarząd jego szkoły dał im w formie odprawy - nie jest to bajeczna suma. Dzieci sprzedają jaja, odśnieżają.
- Jak sobie radzą bez samochodu?
- Pomagają sąsiedzi. U okolicznych ludzi Theresa cieszy się dość dużym poważaniem. Podwożą ich na msze i na zakupy spożywcze.
- Aha.
- I oczywiście starszy chłopiec, Jamie, najmuje się do pracy w gospodarstwach usytuowanych wzdłuż drogi.
- Mówiąc o Jamie'em, jest on dla mnie pewną zagadką. Jest taki sztywny i mało przyjazny, że można by pomyśleć, iż ratując go, wyświadczyłem mu niedźwiedzią przysługę.
Ksiądz Toby spojrzał na Alexa z ukosa.
- Rzeczywiście tak to odbierasz?
- Nie wiem, co mam myśleć. On wydaje się zatroskany.
Ksiądz Toby nie odpowiedział od razu. Skręcił w lewo, w Drogę Wąwozu Wolfe'a i jechał nią w dół, w kierunku podnóża doliny. Na przecięciu tamy skręcił w prawo ku rzece i zmierzał w kierunku Clementine Bridge.
- Chłopiec był razem z ojcem, gdy ten umarł - odezwał się ksiądz Toby.
- Naprawdę? Jak to się stało?
- Było to latem ubiegłego roku. Grupa mężczyzn z synami - większość stanowili nauczyciele, których Roger znał z Toronto - wybrała się na wycieczkę kajakami po zatoce Georgian Bay. Razem było pięć kajaków. Na drugi lub trzeci dzień wiosłowali w odległości około dwóch mil od brzegu, przecinając szeroką zatokę, i rozglądali się za miejscem, gdzie mogliby rozwinąć obóz na noc. Wszyscy byli w dobrych humorach i Roger, który zarażał swym entuzjazmem, zaproponował, żeby popłynąć dalej ujściem zatoki w kierunki skalistej wysepki niedaleko przylądka. Było to może trzy mile od brzegu. Wszyscy byli zgodni, że wyspa zapewne wolna od niedźwiedzi będzie atrakcją dla chłopców, więc ruszyli w jej kierunku. Była jeszcze godzina do zachodu słońca, więc wydawało im się, że bez problemów dotrą do wyspy i przed zapadnięciem ciemności rozłożą tam obóz.
Nasilił się wiatr i wiosłowanie stało się trudniejsze. Przede wszystkim byli dosyć zmęczeni i to przekraczało możliwości niektórych z nich. Wyglądało, że trzeba będzie ciężko się nawiosłować pod wiatr. Cztery kajaki postanowiły zawrócić. Roger i Jamie przekonywali, że dadzą radę dopłynąć do wyspy i oświadczyli, że popłyną sami. Pozostali starali się im to wyperswadować, lecz Roger nie należał do tych, którzy rezygnują, będąc tak blisko celu. Jedni i drudzy uzgodnili, że rozpalą ogniska, jak tylko staną na brzegu. W ten sposób nie stracą się z oczu.
Roger i Jamie byli jeszcze około mili od wyspy, gdy wiatr zaczął silniej wiać. Fale stały się tak wysokie, że kajak zaczął się kołysać. Skierowali dziób na wiatr, mając nadzieję wyprowadzić kajak. Jednak wiatr zmienił gwałtownie kierunek i kajak wywrócił się dnem do góry. Podmuch wyrzucił go w górę i gdy spadał w dół, metalowe nadburcie uderzyło Rogera w głowę. Nie wyleciał z kajaka, ale był zamroczony i minęła minuta, zanim odzyskał przytomność.
Obaj mieli na sobie kamizelki ratunkowe i najmądrzejsze, co mogli zrobić, to uwiesić się na kajaku. Ten jednak był zalany wodą i zanurzony. Jednocześnie robiło się ciemno i fale były tak wysokie, że nigdzie nie mogli dostrzec kajaka. W tym czasie ludzie z pozostałych kajaków dopłynęli do brzegu i urządzali obóz. Ten sztorm był rodzajem przelotnej letniej nawałnicy, gwałtownej, lecz krótkiej. Chmury ostatecznie się rozpierzchły i wówczas księżyc wszystko rozjaśnił. Wiatr zupełnie ucichł.
Gdy mężczyźni na brzegu dosłyszeli słabe wołania o pomoc, wskoczyli do kajaków, zabierając ze sobą latarki, i wiosłowali energicznie w kierunku słyszanego głosu. Po półgodzinie znaleźli Rogera i Jamie'ego. Chłopiec był przytomny, ramionami oplótł ojca. Był przestraszony i trząsł się z zimna. Nie miał jednak żadnych obrażeń. Przenieśli go do kajaka, Rogera do drugiego. Mężczyzna miał paskudną ranę na czole i bez przerwy krwawił. Wokoło rany było wielkie fioletowe stłuczenie i obszerna opuchlizna. Nałykał się też wody, ponieważ wydobywała się ona z jego ust za każdym razem, jak podnosiła się i opadała klatka piersiowa. Musieli oczyścić mu płuca, lecz gdy starali się to zrobić, on westchnął i...
- Umarł.
- Tak, tak po prostu umarł.
Alex podniósł wzrok i zobaczył, że samochód zatrzymał się przed jego domem; silnik chodził na luzie.
Potrząsnął głową.
- To straszne. Biedna rodzina.
Ksiądz Toby głośno westchnął.
- Wiesz, jak Jamie i Hannah mieli ten wypadek na tamie, to musiał być dla chłopca koszmar. To tak jakby przeżywał jeszcze raz to samo.
- Niewątpliwie.
- Jeżeli jest taki zafrasowany, Alex, to nie dlatego, że jest nieżyczliwy czy niewdzięczny. Stara się to jakoś w sobie przepracować. Ciągle nosi żałobę po ojcu i zastanawia się, o co - u licha - w tym życiu chodzi.
- Myślę, że gdybym był na jego miejscu, też bym się zastanawiał, dlaczego Bóg pozwolił, żeby to się zdarzyło, i dlaczego to nieomal zdarzyło się dwa razy.
- No właśnie.
Siedzieli, milcząc przez parę sekund.
- To było ukartowane - powiedział Alex.
- Co masz na myśli? - zareagował ksiądz Toby.
- Ty to nagrałeś.
- Co niby nagrałem?
- Wiesz dobrze, o co mi chodzi.
- A, chodzi ci o wizytę u Colleyów? - rzekł ksiądz Toby z niewinną miną.
- Jesteś przejrzysty jak woda.
Ksiądz Toby odchrząknął.
- To nie był dobry pomysł - burknął Alex z irytacją.
- Dlaczego?
- Bo to mogło stworzyć fałszywe oczekiwania.
- Jak na faceta, który nie jest zainteresowany, zadałeś dosyć sporo pytań na ich temat. I zgodziłeś się wrócić na kolację, czyż nie?
- Nie zgodziłem się, zostałem zniewolony.
- I to było takie bolesne?
Alex odwrócił się bokiem i wpatrywał się w Toby'ego.
- Nigdy więcej mi tego nie rób.
Ksiądz Toby spojrzał na niego nerwowo.
- Nie możesz naprawiać innych - kontynuował Alex. - Nie możesz majstrować przy życiu ludzi. Nie jesteśmy pionkami. Nie jesteśmy marionetkami. Nie jesteśmy małymi postaciami wyciętymi z kartonu, którymi można się bawić. Życie nie na tym polega.
- Przepraszam, myślałem...
- Myślałeś? - przerwał Alex. - Myślałeś, że możesz mnie naprawić: biednego dysfunkcyjnego Alexa, i rozwiązać sprawę: biedna obciążona pani Colley - wszystko za jednym pociągnięciem? Samotny wdowiec, samotna wdowa - zetknąć ich razem, i proszę, jakie piękne rozwiązanie?
Ksiądz Toby położył prawą rękę na kierownicy i patrzył prosto przez przednią szybę.
- Nie, tak nie myślałem.
- Ależ myślałeś. To jest tak oczywiste, tak skrajnie czytelne, tak...
- Alex, dlaczego się złościsz?
- Nie złoszczę się, czuję niesmak. Nie lubię być manipulowany.
- To nie manipulacja. Ja tylko dałem ci okazję poznania kilkorga dobrych ludzi, notabene ludzi, którzy są teraz z tobą związani - czy tego chcesz, czy nie.
- Uratowałem im życie. Czy to mało?
- To są istoty ludzkie, Alex, nie pozycje wiadomości dziennika radiowego czy telewizyjnego.
- Wiem, że to istoty ludzkie, ale ja już mam swoje własne życie.
- Życie to przygoda.
- Dziękuję za odkrywcze stwierdzenie, ale już miałem swoją przygodę i ona się zakończyła.
- Cieszę się, że sobie to wszystko już wyjaśniłeś.
- Chcę, żeby teraz wszystko wróciło do normalności i będę ci wdzięczny, jeżeli nie wykręcisz mi więcej takiego numeru.
Ksiądz Toby popatrzył dłużej na Alexa.
- Wiesz co, powracając myślą do odległej przeszłości, powiedziałeś dziś rano coś bardzo celnego. Przez krótką chwilę popatrzyłeś na siebie i dałeś uczciwą ocenę. Pamiętasz?
- Co takiego? - mruknął Alex.
- Powiedziałeś, że wpełzłeś między książki, żeby życie nie mogło cię dopaść.
- Tak powiedziałem? To cofam to.
- Nie powinieneś. Nie powinieneś tego cofać, ponieważ to prawda.
Alex otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął.
- Lecz to tylko część prawdy. Myślę, że w istocie nie znasz siebie samego.
- Proszę cię, oszczędź mi tej taniej psychologii - obruszył się Alex.
- Jesteś mężnym człowiekiem - odrzekł powoli ksiądz Toby. - A jednocześnie czegoś się obawiasz.
Alex zacisnął usta. Popatrzył chłodno na księdza Toby'ego i wyszedł z samochodu. Trzasnął drzwiami, dotarł po schodkach do Zimorodka i wszedł do środka.
Nie zdejmując płaszcza ani nie zapalając światła, usiadł na ławce w korytarzu przy telefonie i nic nie widząc, wpatrywał się w podłogę. Po chwili usłyszał odgłos odjeżdżającego samochodu księdza Toby'ego.
Samotnie spędził podły wieczór, chodząc po domu w górę i w dół, analizując, przypominając sobie fakty, odrzucając jedne hipotezy i gromadząc nowe. Nic nie było jednoznaczne, a co miało związek z jego mroczną osobowością, nie trzymało się kupy. W pewnym momencie posunął się do tego, że zaczął walić pięścią w ścianę, tak iż obrazy zaczęły się kiwać na haczykach. A jako że był raczej łagodnego usposobienia, ten wybuch cokolwiek go zatrwożył. Rzucił się na sofę i siedział, gapiąc się w próżnię.
- Dlaczego się tak złoszczę? - mruknął.
Bo jesteś samotny - pomyślał. Bo faktycznie chciałbyś poznać tę kobietę, ale nie chcesz brać na siebie jej rodziny.
- A więc jestem samolubem? Czy taki jestem istotnie? - burknął w samoobronie.
Boisz się, bo uważasz, że to będzie cię kosztowało za dużo zmian.
- Istotnie, kosztowałoby.
Lecz może nie tyle, ile sądzisz.
- Nie zamierzam oddać swego życia ślepemu losowi, zdać się na niepewność.
Wolałbyś pewnie siedzieć tutaj i do końca życia pielęgnować swoje książki?
- Istotnie! Tego bym bardzo chciał.
A co ze stałym bólem serca?
- Nie zawracaj mi głowy tym stałym bólem serca! Gwiżdżę na to. W każdym razie chodzi tylko o seks, o nic więcej.
Czyżby tylko o seks i nic więcej?
Alex jeszcze przez chwilę się burzył, a gdy ten wewnętrzny dialog nieco przycichł, zaczął snuć refleksje. Powiedział sobie, że gdyby tak sięgnął głębiej, to doszedłby do wniosku, że wszystko zasadza się na podtrzymaniu gatunku. Nie spierał się w sprawach seksu, ponieważ nie był ani pruderyjny, ani purytański. Nie bał się go ani go nie ubóstwiał; wspomnienia z nim związane kojarzyły mu się z największą radością jego życia: miłością, którą dzielił z Carol.
Nie, jego spór w tych ostatnich latach dotyczył niesprawiedliwości życia, jaskrawego i mocnego dowodu na to, że potężne dary - takie jak atrakcyjność i siła - rozdawane są na chybił trafił, najwidoczniej bez względu na efekt, jaki wywrą na odbiorcy czy też bez względu na efekt odwrotny u tych, którzy zostali na lodzie. Ze względu na instynkt pierwotny siłą napędową społeczeństwa była cielesność, z punktu widzenia kryteriów najbardziej wyrafinowanych w grę wchodziła estetyka. Piękno było misternie związane z seksem. Jednak wydawało się sięgać poza fizyczność. Wiedział, że w jego krytycznej analizie czegoś brakuje, jednak nie czuł potrzeby, by określić, co to takiego. Czemu miałoby to służyć? Miał swoją samotność, i to mu wystarczało.
1 R. L. Stevenson. Utwór ukazał się w zbiorze Czarodziejski ogród wierszy, tł. Ludmiła Marjańska, Warszawa 1992.